Smak hiszpańskich pomarańczy - Kim Lawrence, Kathryn Ross, Chantelle Shaw - ebook
Opis

Tapas, chłodna sangria, hiszpańskie pomarańcze. Spróbuj, jak smakują w Andaluzji, Barcelonie i Madrycie...

 

Wakacje w Andaluzji

Lily spędza wakacje na południu Hiszpanii. Chce zapomnieć o zdradach i kłamstwach męża. W śródziemnomorskich miasteczkach odzyskuje spokój i radość. Czuje, że może zacząć wszystko od nowa. Gdy poznaje Santiaga, postanawia zaryzykować. Przystojny Hiszpan odkrywa przed nią nieznane smaki życia. Może wreszcie los się do niej uśmiechnął? Jednak romans niespodziewanie się kończy, a Lily musi stawić czoło zaskakującym wydarzeniom…

 

Wino, słońce, Barcelona

Carrie pracuje w agencji reklamowej w Barcelonie. Ma przygotować  kampanię promującą słynne wina Santos. To dla niej szansa, by zaistnieć w branży. Przypadkiem w samolocie poznaje przystojnego prawnika. Tak dobrze im się rozmawia, że Carrie nieopatrznie zdradza mu szczegóły projektu. Gdy przyjeżdża do winnicy, by przedstawić swoje propozycje, okazuje się, że jej klientem jest poznany wcześniej prawnik, Maks Santos. Zaskoczona sądzi, że z powodu swej niedyskrecji już straciła zlecenie. Jednak Maks od razu akceptuje projekt, ale stawia pewne warunki…

 

Tylko w Madrycie

Dwa miesiące zostały Javierowi Herrera, żeby się ożenić. W przeciwnym razie, według zapisu testamentu dziadka, straci rodzinny bank. Tylko kto zgodzi się na ślub w tak krótkim czasie? Niespodziewanie w jego posiadłości pojawia się Grace Beresford, o której słyszał, że jest kapryśna i rozpieszczona. Prosi go o prolongatę spłaty długu ojca. Javier wpada na pomysł, jak rozwiązać swój problem. Proponuje jej fikcyjny ślub w zamian za anulowanie długów. Już kilka godzin po tym jak umilkły dźwięki weselnego przyjęcia, Javier przekonuje się, że Grace jest zupełnie inna, niż się spodziewał…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kim Lawrence Kathryn Ross Chantelle Shaw

Smak hiszpańskich pomarańczy

Tłumaczenie: Marta Dmitruk

Kim Lawrence

Wakacje w Andaluzji

Przełożyła Marta Dmitruk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Większość ludzi po dziesięciu minutach zrezygnowałaby z dalszych prób. Dan Taylor do nich nie należał. Niektórzy twierdzili, że brak stylu nadrabia uporem. I w gruncie rzeczy mieli rację.

Santiago Morais miał, jak powszechnie uważano, aż za dużo stylu. Słuchał, jak przyjaciel po raz kolejny wyjaśnia mu, dlaczego nie tylko powinien poświęcić ten weekend na randkę w ciemno, ale że jest to jego obowiązkiem.

– Nie.

Prawdę mówiąc, Dan był lekko zaskoczony, że kuzyn nie chce mu pomóc. Takiej bezwzględności spodziewał się po nim pięć lat temu, kiedy po raz pierwszy pojawił się w londyńskim biurze Morais International. Jedyne, co za nim przemawiało, to odległe, bardzo odległe pokrewieństwo z rodziną Morais.

Podejrzewał, że zostanie wyrzucony. Skontaktowanie się z Santiagiem było tak trudne, jak przewidywał. Kiedy wreszcie znalazł się z nim sam na sam, odwaga niemal go opuściła. Santiago był młodszy, niż się spodziewał, i znacznie bardziej bezwzględny.

Widząc jego mroczne, cyniczne i lodowate spojrzenie, Dan instynktownie zrezygnował ze starannie przygotowanego przemówienia i wypalił po prostu:

– Proszę posłuchać, nie ma powodu, by mnie pan zatrudnił tylko dlatego, że jedna z moich ciotecznych babek poślubiła dalekiego kuzyna pańskiej matki. Nie mam żadnych kwalifikacji… Właściwie w całym swoim życiu nie dokończyłem niczego, co zacząłem, ale jeśli da mi pan szansę, nie będzie pan tego żałować. Dam z siebie wszystko. Muszę czegoś dowieść.

– Czego? – Niski, niemal całkowicie pozbawiony obcego akcentu głos sprawił, że Dan podskoczył.

– Że nie jestem nieudacznikiem.

Santiago wstał, przez co wydał się jeszcze groźniejszy. Przez długą chwilę patrzył w milczeniu na Dana. Niepokojąco przenikliwe oczy nie zdradzały jego myśli.

– W porządku, przepraszam, że zawracałem…

– Poniedziałek, ósma trzydzieści.

Dan otworzył usta i cofnął się.

– Co pan powiedział?

Santiago uniósł brew.

– Jeśli jest pan zainteresowany pracą u mnie, proszę zjawić się tu w poniedziałek o ósmej trzydzieści.

Dan opadł na najbliższe krzesło.

– Nie pożałuje pan tego – obiecał.

Dotrzymał słowa. Szybko udowodnił, ile jest wart, i – co było może bardziej zaskakujące – obu mężczyzn połączyła przyjaźń. Przyjaźń, która przetrwała odejście Dana z Morais International i założenie dwa lata temu własnej firmy.

Dan zrobił urażoną minę i spojrzał na swego dalekiego hiszpańskiego kuzyna, który odłożył na bok przeglądane właśnie akta i powiedział coś do dyktafonu w rodzimym języku.

– Muszę powiedzieć, że twoje zachowanie można ocenić tylko jako wyjątkowo bezduszne.

– Jeśli za bezduszność uznasz fakt, że nie chcę spędzić weekendu na zabawianiu tłustej, nudnej i niezrównoważonej kobiety – to twoje własne słowa – żebyś miał Rebekę tylko dla siebie, to istotnie jestem bezduszny.

– Ma na imię Rachel, a jej przyjaciółka nie jest niezrównoważona. Zdaje mi się, że przechodzi załamanie nerwowe albo coś w tym rodzaju.

– Naprawdę mnie kusisz, Danielu, ale odpowiedź wciąż brzmi: nie.

– Gdybyś znał Rachel, nie byłbyś tak twardy.

– Czy twoja Rachel jest piękna?

– Bardzo, i nie patrz na mnie w ten sposób. To nie jest przelotny romans. Ona jest tą jedyną, po prostu wiem, że tak jest. – Nachmurzył się, gdy Santiago zareagował na to wyznanie cynicznym uśmieszkiem. – Wydaje mi się, że mógłbyś okazać więcej zrozumienia, zważywszy…

– Zważywszy…?

– Czy nie zacząłeś już myśleć o ożenku?

– Jak sądzę, kiedyś będzie to konieczne. – Nie umknęła jego uwagi wyrafinowana ironia faktu, że to na nim spoczywa obowiązek zachowania drogocennego nazwiska Morais.

– Wiesz, co mam na myśli. Nie zamierzasz ożenić się z tą gorącą piosenkarką, z którą stale widuję cię na zdjęciach?

– Ta gorąca piosenkarka ma agenta z nadmiernie rozwiniętą wyobraźnią. Susie nie jest we mnie zakochana.

Wyraz zaciekawienia pojawił się na twarzy Dana.

– Więc to tylko…

– To nie twoja sprawa.

– Całkiem słusznie, ale uważam, że zachowujesz się niemądrze. Proponuję ci weekend w uroczym dworku, a nie namawiam, żebyś został dawcą szpiku. No popatrz – powiedział, wyciągając z kieszeni fotografię. – Czyż nie jest cudowna? A jeśli chodzi o to, że jest ode mnie trochę starsza, to ja lubię starsze kobiety – dorzucił obronnym tonem, podtykając kuzynowi zdjęcie pod nos.

Santiago westchnął i wyjął pogięty kartonik z palców młodszego mężczyzny. Posłusznie zerknął na niezbyt ostrą podobiznę wysokiej blondynki, jego zdaniem nieróżniącej się od innych wysokich blondynek.

– Tak, jest bardzo… – Urwał, jego oliwkowa skóra stawała się coraz bledsza, gdy patrzył na osobę do połowy zasłoniętą przez przyjaciółkę Dana.

– Dobrze się czujesz? – spytał Dan, uświadomiwszy sobie, że ojciec Santiaga parę lat temu zmarł nagle na zawał w pięćdziesiątym piątym roku życia.

Santiago nie przypominał z wyglądu ojca, nie odziedziczył jego tuszy ani zamiłowania do brandy – ludzie gadali, że ze starszego pana był niezły numer – ale kto wie, co mógł po nim odziedziczyć? Na przykład skłonność do chorób serca i nagłego zgonu?

– Nic mi nie jest. – Santiago nie zamierzał zdradzić, że rozpoznał kobietę na zdjęciu. – Czy to ona ma nam towarzyszyć podczas weekendu? – spytał ostrożnie, wskazując postać w tle.

– Taaak, to Lily – przyznał Dan bez entuzjazmu. – Mieszka u Rachel od trzech tygodni. Znają się od dawna. Wydaje mi się, że nie lubi mężczyzn… Z pewnością nie lubi mnie. Może zrobiła się taka pokręcona po tym, jak rzucił ją mąż.

– Mąż od niej odszedł…?

Dan skinął głową.

– Nie znam szczegółów, ale chyba przez to się załamała.

– Rozwiedli się?

– Jak wspomniałem, nie znam szczegółów. Umówiłem się z kolegą, że przez ten weekend zdejmie mi ją z głowy, ale rozchorował się, i to na świnkę.

– To bardzo nieuprzejme z jego strony – mruknął z ironią Santiago.

– Nie twierdzę, że zrobił to specjalnie, ale, do diabła, planowałem ten weekend od tygodni, odkąd kupiłem pierścionek.

– Chcesz się oświadczyć?

Spojrzał na zażenowanego Dana; miał nadzieję, że Rachel nie okaże się taka jak Lily. Przyjaźń z Lily nie była najlepszą rekomendacją.

– Sześć lat to nie taka duża różnica wieku.

– Nieznaczna – przytaknął Santiago, rozbawiony myślą, że przyjaciela niepokoi tak błaha sprawa jak różnica wieku. – To zmienia sytuację – zastanowił się na głos.

– Tak? – spytał ostrożnie Dan.

– Ponieważ jestem romantykiem…

– Od kiedy?

– …dotrzymam towarzystwa tej… Lily.

Dan był tak wdzięczny, że Santiago zdołał pozbyć się go dopiero po dziesięciu minutach.

Kiedy kuzyn w końcu wyszedł, Santiago sięgnął po zdjęcie, które ukradkiem wsunął do kieszeni, i położył je na biurku.

Włosy Lily sprawiały wrażenie ciemnych, ale wiedział, że w naturze były ciemnoblond, że nie był to matowy brąz, lecz fascynująca plątanina odcieni, od złota do głębokiej ciepłej miedzi.

Ta twarz w kształcie serca – szczuplejsza, niż ją pamiętał – te wielkie, kocie, błękitne oczy i miękkie, zmysłowe usta nie zdradzały, że ich posiadaczka jest kobietą o wątpliwej moralności. Zrobiła z niego durnia.

Ale jak powtarzał sobie wielokrotnie od miesięcy, mógł się pocieszać myślą, że i tak miał szczęście. Nie został mężem tej pozbawionej serca małej oszustki. Inny rozkoszował się delikatnymi ustami. Inny spał z głową złożoną na jej miękkich, ciepłych piersiach. Inny miał prawo dotykać pachnącej różami i wanilią skóry i budzić się w uścisku gładkich ramion. Inny wysłuchiwał jej kłamstw i w nie wierzył.

Inny, ale nie ja.

O dziwo, myśl o tym „szczęściu” nie sprawiła mu przyjemności.

Wyleczył się już; prześladowało go tylko wspomnienie własnej karygodnej łatwowierności i nie pozwalało w pełni radować się tym, co życie miało do zaoferowania. Potrzebował tego, co psycholodzy nazywają zamknięciem rozdziału, a co on w myślach nazywał dopilnowaniem, by Lily dostała to, na co zasłużyła.

Teraz, dzięki Danowi, miał ku temu okazję.

– Płakałaś.

Lily sądziła, że jest sama. Podskoczyła, słysząc te słowa, i cicho pociągnęła nosem, zanim uniosła głowę.

– Nie – mruknęła, wykrzywiając pokrytą plamami twarz w dzielnym uśmiechu. – To ten cholerny katar sienny.

Przyjaciółka westchnęła.

– Ty nie masz kataru siennego – odparowała, upuszczając na podłogę markową torebkę. Odetchnęła głęboko, wysuwając stopę z pantofelka.

Lily patrzyła, jak drugi pantofel na kilkucentymetrowym obcasie idzie śladem pierwszego; Rachel zmalała nagle do wzrostu metr sześćdziesiąt.

Wydmuchała buntowniczo nos.

– Teraz już mam – upierała się.

Rachel uniosła mistrzowsko przyciemnione brwi, westchnęła teatralnie, ale nie podtrzymała tematu.

– Jeśli tak twierdzisz – odpowiedziała i skrzywiła się, pocierając najpierw jedną bolącą stopą, a potem drugą, o smukłe łydki. – No, i co będziemy robić wieczorem?

– Prawdę mówiąc, mam ochotę wcześnie się położyć.

– Wcześnie się położyć! Od tygodnia kładziesz się wcześnie. Najwyższy czas, żebyś się odprężyła, Lily. Nam obu dobrze to zrobi – stwierdziła.

Dopiero teraz skruszona Lily zauważyła cienie zmęczenia wokół oczu Rachel.

– Ciężki dzień?

– Czasem zastanawiam się, dlaczego zostałam księgową.

– Dla sześciocyfrowych zarobków…?

Rachel uśmiechnęła się szeroko.

– Zarabiam tyle, bo jestem genialna w tym, co robię. A teraz co do dzisiejszego wieczoru. Dan ma bardzo miłego kumpla… jest wolny, wypłacalny… Przyznaję, nie wygląda jak Brad Pitt, ale…

– Jak się nie ma, co się lubi…?

Rachel zrobiła poważną minę.

– Cóż, zamierzałam powiedzieć: ale kto tak wygląda? Czy mam zadzwonić do Dana i…

– Nie! – Rachel uniosła brwi, więc Lily dodała spo kojniej: – Doceniam, co próbujesz zrobić, naprawdę, ale szczerze mówiąc, mężczyzna to ostatnie, czego potrzebuję.

Łatwo było ustalić, czego nie potrzebowała – randka w ciemno zajmowała wysokie miejsce na tej liście. Trudniej było zdecydować, czego potrzebowała.

– Co zamierzasz zrobić? Złożyć śluby czystości?

Lily zignorowała to pytanie.

– Właściwie pomyślałam sobie, że czas wrócić do domu.

Do domu… ale na jak długo?

Celowo zepchnęła myśl o niepewnej przyszłości w najdalsze zakamarki mózgu.

Nie było to proste. Dom został wystawiony na sprzedaż i – jak poinformował agent – jakaś para sprawiała wrażenie zainteresowanej. Zważywszy na fatalny przebieg oględzin, graniczyło to z cudem.

Rachel pojawiła się nieoczekiwanie, gdy Lily zdążyła pokazać potencjalnym nabywcom połowę posiadłości. Przyjaciółka rzuciła tylko na nią okiem i spokojnie poinformowała zaskoczoną parę, że będą musieli przyjść innego dnia. Potem stanowczo wyprowadziła ich z domu.

Następnie spakowała torbę Lily, znalazła opiekunkę dla kota i poprosiła sąsiada o podlewanie roślin. Lily po prostu siedziała i patrzyła. Przypuszczała, że bezwład i apatia były objawami tego, co Rachel zauważyła na jej twarzy.

Przerwa, którą sobie zrobiła, osiągnęła pożądany cel. Pomimo łez, wylanych dzisiejszego popołudnia, czuła się nieco silniejsza. Uświadomiła sobie, że od wielu miesięcy po prostu dryfuje. Nie zaczęła nawet szukać mieszkania. Podpisywała tylko wszystko, co przysyłał jej prawnik Gordona.

Tak, zdecydowanie był już najwyższy czas, by stanęła na nogi.

Rachel nie zgodziła się z nią.

– Nie możesz jeszcze wrócić do domu. Mam różne plany.

Lily, której nie spodobało się słowo „plany”, zerknęła na nią podejrzliwie.

– Plany…?

Rachel zachowywała się, jakby nic nie usłyszała.

– Boże, ależ te buty mnie katują – poskarżyła się, podnosząc z podłogi szpilki z czarno-różowymi kokardkami.

– Więc ich nie noś.

Takie rozwiązanie wydawało się oczywiste Lily, która wprawdzie lubiła się stroić, ale nie była taką niewolniczką mody jak jej przyjaciółka.

– Żartujesz chyba? Dzięki nim moje nogi wydają się seksowne.

Lily spojrzała na jej nogi i z całkowitą szczerością stwierdziła:

– Twoje nogi wyglądałyby seksownie nawet w kaloszach.

– Dosyć gadania o moich nogach. – Rachel klepnęła się w jędrne, opalone udo i skupiła uwagę na Lily.

Rachel nie potrafiła zrozumieć tej nieugiętej rezerwy. Gdyby przeszła przez takie piekło, chciałaby zrzucić ciężar z piersi, ale wszystkie próby ośmielenia przyjaciółki nie dały rezultatu.

– Nie sądzisz, że poczułabyś się lepiej, gdybyś o tym porozmawiała?

Obie wiedziały, co kryło się pod słówkiem „tym”. Rozwód Lily – atrament nie wysechł jeszcze na orzeczeniu rozwodowym – i wcześniejsze poronienie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Przez ułamek sekundy Lily miała ochotę opowiedzieć wszystko Rachel, ale ta chęć szybko minęła.

Rachel nie znała nawet połowy jej historii, a prawda była tak szokująca, że nie mogła przewidzieć, jak nawet jej tolerancyjna przyjaciółka zareagowałaby na nieocenzurowaną wersję.

– W dzisiejszych czasach nie ukrywa się emocji. Całe to zachowywanie rezerwy prowadzi tylko do wrzodów.

– Mój żołądek ma się dobrze. – Lily położyła dłoń na brzuchu i z zaskoczeniem odkryła, że stracił on miękką, kobiecą krągłość, której zawsze nienawidziła.

Miękkość, która – jak twierdził Santiago – była tak seksowna i kobieca. Choć minęło całe dwanaście miesięcy od tamtego pierwszego, gorącego pocałunku, nadal nie mogła myśleć o nim bez przyspieszonego bicia serca.

– I co?

Zniecierpliwiony głos Rachel zadziałał jak lina łącząca Lily z rzeczywistością. Zlizała czubkiem języka krople potu perlące się nad górną wargą i uśmiechnęła się z przymusem, ocierając wilgotne dłonie o dżinsy.

– Przepraszam, ja…

Czy to nie jest żałosne tak żyć przeszłością? Nie mogę wbić sobie do tej tępej głowy, że on nigdy mnie nie kochał?

– Nie słuchałaś, co mówię. – Rachel przyjrzała się zaczerwienionej twarzy przyjaciółki. – Wyglądasz, jakby…

– Nic mi nie jest.

– Dobrze ci zrobi kieliszek wina. Nie ruszaj się. – Podeszła na bosaka do wielkiej stalowej lodówki. Po chwili zjawiła się z butelką chardonnay i dwoma kieliszkami, które od razu napełniła. – Spokojny wieczór w domu… Taaak, mogę to przeżyć – stwierdziła, podając kieliszek Lily. Zwinęła się wygodnie na kanapie i sięgnęła po gazetę. – Ciekawe, co dziś w telewizji? – Przewróciła kilka kartek, nagle zatrzymała się i położyła na stole stronę z reklamą. – A tutaj – powiedziała z pożądliwym uśmiechem – jest coś, co chętnie znalazłabym w swojej świątecznej pończosze.

– Myślałam, że jesteś zakochana w przemiłym Danie.

Lily zaśmiała się i spojrzała przez ramię przyjaciółce, by zobaczyć przystojniaka, którego ta pożerała wzrokiem.

– Jestem zakochana, nie ślepa. No, to dopiero facet. Spójrz na te usta i te oczy… – zachwycała się Rachel. – Zastanawiam się, czy na żywo jest tak samo przystojny? – Rzuciła Lily żartobliwie błagalne spojrzenie. – Błagam, nie zepsuj wszystkiego, mówiąc, że to tylko kwestia odpowiedniego oświetlenia. Jesteś tak obrzydliwie cyniczna.

Lily zlodowaciała, gdy jej wzrok padł na półstronicowe zdjęcie ciemnookiego, nieuśmiechniętego mężczyzny.

– Ma w sobie coś – przyznała, czytając nagłówek nad zdjęciem, głoszący: „Morais znowu wygrywa, konkurencja liczy straty”. Zupełnie jak ja, pomyślała.

– Coś! – pisnęła Rachel. – On jest nieprawdopodobnie cudowny. Ten facet – postukała palcem w fotografię – nie tylko sprawia wrażenie, że może być rozkosznie nieprzyzwoity w łóżku, ale jest również prawdziwym geniuszem finansowym. Nazywa się Santiago Morais. – Rachel zmarszczyła gładkie czoło. – Jest Włochem albo…

– Hiszpanem – wtrąciła bezbarwnym tonem Lily.

– Tak, masz rację. Od kiedy czytujesz strony poświęcone biznesowi?

– On pojawia się także w kolumnach plotkarskich.

– Można się było tego spodziewać. Wiesz, tak sobie myślę, że następne wakacje spędzę w Hiszpanii. Nigdy nic nie wiadomo, może wpadnę na pana Cudownego. Zaniesie mnie do łóżka i będzie się ze mną namiętnie kochał.

– Przez całe pięć dni?

Rachel zerknęła z rozbawieniem na twarz Lily.

– Hej, wymyśl sobie własną fantazję! – zaprotestowała. Lily zarumieniła się tak, że jej przyjaciółka zachichotała. – Masz w sobie mroczne głębie, dziewczyno.

Nawet nie wyobrażasz sobie jakie, pomyślała Lily. Przez pewien czas, po wyjściu ze szpitala, sądziła, że nigdy już niczego nie poczuje. Teraz nie była pewna, czy byłoby to takie złe! Och, kiedy wszystko powróci do normy? Żeby mogła być zwykłą bibliotekarką, która mieszka w nadmorskim mieście. Wiedziała, że ciągłe „gdybanie” nie jest zdrowe ani konstruktywne, ale nie mogła nic poradzić na to, że zastanawia się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby kilka miesięcy temu nie wybrała się rano na basen.

To była błaha decyzja, ale zmieniła jej życie. Wydawało się, że poranne pływanie nie ma w sobie nic złowieszczego ani znaczącego, że to dobry sposób na otrzeźwienie po długiej, bezsennej nocy, spędzonej w dekadenckim apartamencie dla nowożeńców w pięciogwiazdkowym hiszpańskim hotelu, w którym, jak chodziły słuchy, wszystkie miejsca były całkowicie wykupione na najbliższe dziesięciolecie.

Nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby myśli, które nie pozwalały jej zasnąć, krążyły wokół nieobecnego męża. Męża, który nie odpowiadał na jej telefony. Tego samego męża, który powiadomił ją poprzedniego rana SMS-em, że problemy w pracy, które zmusiły go do opuszczenia jej na lotnisku, zanim zdążyli rozpocząć wspólny urlop, przerodziły się w katastrofę, i jednak do niej nie dołączy.

Gordon nie mógł wiedzieć, że otrzymawszy tę wiadomość, zapragnęła jak najlepiej wykorzystać urlop i wybrała się z grupową wycieczką do pobliskiego renesansowego miasta, Baezy. Takie miejscowości były jednym z powodów, dla których zakochała się w Andaluzji.

W trakcie zwiedzania natknęła się na kobietę i mężczyznę, którzy szybko ruszyli w jej kierunku. Przypomniała sobie, że widywała czasem tę parę podczas spotkań towarzyskich.

– Matt… Susan… – powitała ich.

Mężczyzna rozejrzał się dokoła.

– Gordona tu nie ma?

– Niestety, nie mógł przyjechać.

– Wcale mnie to nie dziwi. Musi być całkowicie pochłonięty tym nowym przedsięwzięciem. Nie mogłem uwierzyć, kiedy doszły mnie słuchy, że odchodzi. Przy znaję, uważałem, że Gordon jest stałym elementem firmy, tak jak ja.

Jakimś cudem Lily udało się zachować przyklejony do twarzy uśmiech.

– Ja też, Matt.

– I awans miał jak w banku.

Lily potwierdziła to skinieniem głowy.

– Wspominał o tym.

Jak się wydawało, to była jedna z niewielu rzeczy, o których wspomniał.

– Moim zdaniem, dobrze zrobił. Czasem trzeba podjąć ryzyko. – Spojrzał w przeciwny koniec placu. – Czy to nie twoja grupa zbiera się do odejścia?

– Tak. Miło mi było was zobaczyć.

W błogiej nieświadomości, że kilka jego słów uświadomiło Lily, że jej małżeństwo to parodia, Matt zawołał za nią:

– Pozdrów ode mnie Gordona i życz mu szczęścia!

– Dobrze – obiecała z uśmiechem.

Gordon będzie naprawdę potrzebował szczęścia, gdy go dopadnę. Oczywiście, od pewnego czasu wiedziała, że mają problemy małżeńskie, ale do dzisiaj nie podejrzewała, że mogą być nie do pokonania. Mąż prowadzi podwójne życie!

Przy pierwszej okazji odłączyła się od grupy i poszukała schronienia na uroczym, wypełnionym kwiatami placu. Usiadła w kawiarni z ogródkiem, zamówiła kawę, potem, zmieniwszy zdanie, poprosiła łamanym hiszpańskim o wino. Właściciel przyniósł jej butelkę. Siedziała, popijając mocny czerwony trunek, i myślała, co powinna najpierw zrobić.

Czy kobieta w jej sytuacji nie potrzebuje planu działania? Mogła obciążyć kartę kredytową tak, by Gordon utonął we własnych łzach. To nie byłoby trudne. Męża łączyła głęboka, niemal duchowa więź z jego portfelem – prawdę mówiąc, był skąpy jak diabli!

Rozważała chwilę pomysł, by przespać się z pierwszym atrakcyjnym facetem, którego zobaczy.

Butelka została opróżniona, lecz Lily nadal nie podjęła decyzji, co powinna zrobić. Uczynny właściciel kawiarni zaproponował, że wezwie dla niej taksówkę. Przynajmniej raz w życiu pomyślała sobie: Do diabła z kosztami! I pozwoliła, by to zrobił.

Biorąc pod uwagę te wszystkie rewelacje oraz fakt, że spędziła resztę popołudnia, odsypiając, nie spodziewała się zmrużyć oka w nocy.

I nie zmrużyła, ale z powodu, którego nie przewidziała. Wszystkie myśli o podstępnym mężu i jego tajemniczych planach przegnało wspomnienie ciemnej, jakby wyrzeźbionej twarzy całkowicie obcego mężczyzny. Ten fakt rzucał nowe światło na jej charakter. Nie była pewna, czy korzystne.

Następnego ranka, po kilkakrotnym przepłynięciu basenu, udało się jej zracjonalizować to, co wydarzyło się wieczorem w hotelowej restauracji. No dobrze, więc padła ofiarą gwałtownego ataku pożądania – tak bywa, stwierdziła w duchu.

Niesłusznie tak to przeżywała. Przecież nie dopuściła się czegoś tak okropnego jak zdrada – no, najwyżej w myślach. I podejrzewała, że taki sam grzech popełniła każda kobieta, której wzrok padł na wysokiego, energicznego Hiszpana z grzesznie seksownym uśmiechem i o niesamowitym głosie.

Miał mocne szczęki, ciemne, płonące oczy i surowe, zmysłowe usta, które po prostu musiały wywoływać seksualne fantazje u niezliczonych kobiet. Słuchała nieuważnie rozmowy starszego małżeństwa, które zaprosiło ją do swojego stolika, gdy pojawił się w drzwiach. Nie tylko Lily go zauważyła, ale ona przyglądała mu się dłużej niż inni. Nie była w stanie się pohamować.

Miała wrażenie, że minęło dużo czasu – najprawdopodobniej tylko kilka chwil – zanim zdołała oderwać od niego wygłodniałe spojrzenie, ale nim to zrobiła, ich oczy na krótko się spotkały. Na ułamek sekundy otoczenie gdzieś zniknęło, a jej ciało przeszyło coś, co przypominało wstrząs elektryczny. Ogarnęły ją emocje, których nie znała i nie pojmowała. Rachel bez wątpienia rozpoznałaby te uczucia jako pożądanie, ale Lily wiedziała, że sprawa nie jest aż tak prosta. Pobladła i wstrząśnięta swoją reakcją, utkwiła wzrok we wzorze marmurowej posadzki. Serce nadal jej waliło, a wewnętrzny instynkt ostrzegł ją, że mężczyzna zbliża się do nich.

Kiedy w końcu podszedł do stolika, każdy nerw w jej ciele był napięty oczekiwaniem. Gdy minął ją, jakby była niewidzialna, i poklepał po ramieniu siedzącego obok niej starszego pana, poczuła się głupio.

Wymieniwszy kilka uprzejmych zdań z parą, która najwidoczniej często bywała whotelu, przystojny nieznajomy odszedł. Dopiero później Lily poznała jego tożsamość – nazywał się Santiago Morais, był właścicielem tego hotelu i – jak się wydawało – mnóstwa innych.

Prawie nie dał po sobie poznać, że w ogóle ją zauważył. Lekkie pochylenie głowy w jej kierunku, zero kontaktu wzrokowego – najbardziej pobłażliwy sędzia musiałby stwierdzić, że skąpy to materiał na seksualne fantazje.

Potrząsnęła głową, wydostała się z basenu, usiadła i oparła podbródek na podciągniętych kolanach. Przymknęła oczy i odchyliła w tył głowę, aby poczuć na twarzy ciepło porannego słońca.

Kiedy uniosła powieki, stał nad nią Santiago Morais – przyczyna bezsennej nocy – i przyglądał się jej.

– Dzień dobry. Mam nadzieję, że dobrze ci się spało?

Początek rozmowy był oficjalny, ale nie było nic oficjalnego w niespokojnym, rozgorączkowanym błysku, który spostrzegła w jego głęboko osadzonych, osłoniętych ciężkimi powiekami oczach, zanim zakryły je markowe ciemne okulary.

Nic nie odpowiedziała, po części dlatego, że struny głosowe odmówiły jej posłuszeństwa, gdy zaczął spokojnie zdejmować koszulę. Przyglądała się, zbyt zaszokowana, by zapanować nad wyrazem twarzy, jak przeczesuje palcami ciemne włosy, przy okazji demonstrując przyciągającą uwagę grę muskułów. Naprawdę nie miał ani odrobiny zbędnego tłuszczu na swym atletycznym, szczupłym ciele.

– Ja nie spałem dobrze – oznajmił, nie czekając, aż Lily odpowie na jego pytanie.

– Przykro mi – wykrztusiła.

Nie wyglądał na człowieka, który ma za sobą niespokojną noc. Promieniowała od niego wprost nieprzyzwoita żywotność, a może – testosteron?

– Kąpiel była przyjemna? – spytał, rozpinając dżinsy i odsłaniając płaski, lekko oprószony ciemnymi włosami brzuch, o idealnie zarysowanych mięśniach.

– Właśnie miałam już iść.

Czyżby się jej przyglądał…? Na tę myśl dreszcz przeszedł jej ciało. Uklękła w chwili, gdy Santiago zsunął dżinsy z wąskich bioder.

Powinna odwrócić wzrok, choćby z litości nad swoim cierpiącym sercem. Próbowała to zrobić, ale nie mogła; jej spojrzenie jakby przylgnęło do jego ciała. Był taki piękny… Przypomniała sobie, że na widok jego wytwornej, wysportowanej sylwetki poczuła się niezręczna, niezgrabna i gruba.

– Zamierzałam zrzucić trochę kilogramów tego lata – wyjaśniła, czując nagłą potrzebę usprawiedliwienia swego wyglądu.

Santiago uniósł kruczoczarne brwi. Ciemne szkła skrywały jego oczy, trudno było odczytać, co myślał, ale mogła zgadywać.

Uśmiechnęła się, by pokazać, że jest przy zdrowych zmysłach.

– Ale sam wiesz, jak to jest.

Ciało Santiaga znowu przyciągnęło jej uwagę. Zdążył już rozebrać się do czarnych kąpielówek, które pozostawiły dość pola wyobraźni.

– Dlaczego chcesz zrzucić choćby jeden kilogram?

Nie potraktowała na serio zdziwienia Santiaga.

– Miło z twojej strony… ale sama wiem, że jestem za gruba – wyjaśniła rzeczowo. – Nie mogę nawet winić za to genów, podobno moja matka była szczupła.

Babka, która jak wiele osób stawiała znak równości pomiędzy tuszą a lenistwem, znajdowała wielką przyjemność w użalaniu się, że Lily nie odziedziczyła urody matki.

– Za gruba! – Wyraz niedowierzania znikł z jego twarzy, rozległ się głęboki, ciepły śmiech. – Wcale nie jesteś za gruba!

Przykucnął, by ich twarze znalazły się niemal na jednym poziomie, i tak ją tym zaskoczył, że do głowy jej nie przyszło protestować, kiedy wyciągnął rękę i ujął ją pod brodę.

Spojrzał w jej szeroko otwarte, zdumione oczy. Na widok jego leniwego uśmiechu poczuła ucisk w żołądku.

– Jesteś miękka… – Głos miał głęboki, kojarzący się z puszystym aksamitem. Zadrżała gwałtownie, gdy zatoczył kciukiem kółko na jej gładkim policzku; znowu poczuła przypływ ciepła. – I kwitnąca. – Zatrzymał spojrzenie na jej lekko rozchylonych ustach. – I bardzo, bardzo kobieca.

Gordon wcale tak nie uważał i Lily czuła, że ma prawo się nie zgodzić.

– Nie wszyscy tak uważają – stwierdziła szorstko.

Zbagatelizował tę nieoświeconą męską mniejszość pogardliwym wzruszeniem ramion.

– Dlaczego stale siebie krytykujesz? – zastanowił się, marszcząc brwi. Pozwolił, by jego dłoń zsunęła się z jej policzka. – Najwyraźniej wpojono ci takie zachowanie.

– To cała ja, beznadziejny przypadek. Słuchaj, miło się z tobą rozmawia… – Jasne było, dlaczego odczuwała do niego nieodparty pociąg, ale zagadką pozostało, dlaczego próbował udawać, że czuje to samo do niej. – Ale naprawdę muszę już…

Niski głos Santiaga uciął jej wykręty.

– Wcale nie beznadziejny, querida. Kochanek, który cię doceni, ktoś, kto nauczy cię cieszenia się swoim ciałem, mógłby cię uleczyć.

Lily usiadła znowu, nogi dosłownie ugięły się pod nią.

– Zgłaszasz się na ochotnika?

– A jeśli tak, byłabyś zainteresowana?

Nie uśmiechnęła się, ogarnęła ją panika. Gdyby potraktowała jego słowa poważnie, popełniłaby wielki błąd i naraziła się na krańcowe poniżenie.

– Przypuszczam, że tak wyobrażasz sobie dobry żart – burknęła.

– Wcale się nie śmieję – zaprzeczył stanowczo.

W jego zachowaniu wyczuwało się napięcie i skupienie, nie wiedziała, co je wywołało, ale i tak poczuła podniecenie. Uniósł rękę i przeczesał włosy palcami.

– Nie znałaś swojej matki? – Spojrzała na niego zaskoczona nagłą zmianą tematu. – Powiedziałaś, że „podobno” twoja matka była szczupła – przypomniał jej.

– Przestań wreszcie to robić! – prychnęła, poprawiając ręcznik.

– Co?

– Gapić się w mój dekolt.

– Nie martw się. Mogę rozmawiać o twojej rodzinie i jednocześnie podziwiać twoje ciało.

– Ale ja nie chcę omawiać z tobą spraw mojej rodziny.

Drapieżny błysk białych zębów rozjaśnił jego szczupłą, smagłą twarz.

– Więc zadowolę się podziwianiem twojego ciała.

Lily jęknęła z bezsilności i poczuła, że krople potu ściekają w zagłębienie pomiędzy jej piersiami.

– Tego też nie chcę – odpowiedziała ostro.

– Naprawdę?

Wychodząc z założenia, że lepiej unikać kłamstwa, kiedy to możliwe, nie odpowiedziała na jego pytanie.

– Zawsze tak dręczysz gości hotelowych? – rzuciła.

Pokręcił głową, trudno było zrozumieć, co kryje się za jego krzywym uśmieszkiem.

– Nie, to dla mnie wyjątkowe doświadczenie.

– Tak dla wyjaśnienia, moja matka urodziła mnie i podrzuciła babci na wychowanie. Nie widziałam matki… nigdy… A jeśli chodzi o ojca, nie wiem, kto nim był, ale wszystko wskazuje na to, że i ona nie miała pojęcia.

Do diabła, dlaczego mu to powiedziała? Lily zaczęła z gniewem gramolić się na nogi. Krzyknęła z zaskoczenia, kiedy ręcznik, który przyciskała do siebie, został bezceremonialnie wyszarpnięty jej z palców.

– Oddaj mi go!

Potrząsnął głową, beztrosko wrzucił ręcznik do basenu i zdjął okulary. Niesamowicie długie rzęsy uniosły się i odsłoniły zadziwiające oczy, ciemne, prawie czarne, nakrapiane srebrnymi punkcikami. Złapała oddech i nie zdołała opanować dreszczu – tak nieprawdopodobnie zmysłowe było przesłanie kryjące się w głębinach tych hipnotyzujących źrenic.

– Nie zapytałaś, dlaczego nie spałem minionej nocy…

Przycisnęła dłoń do nasady szyi, nad obojczykiem, gdzie wyczuwała gwałtowne uderzenia pulsu.

– Nie spałem, bo myślałem o tobie. Rano wyszedłem na dwór, żeby ochłonąć, i ty byłaś tutaj. Wierzysz w przeznaczenie…?

– Naprawdę powinnam już iść… Suszenie włosów trwa godzinami; jest ich tyle…

– Twoje włosy są gęste i lśniące. – Przesunął wilgotne pasma między palcami.

– Tak uważasz? – spytała niepewnie.

– Tak.

Lily próbowała odzyskać choć odrobinę rozsądku; potrząsnęła głową.

– No nie, są po prostu mysie.

– Musimy naprawdę popracować nad twoją samooceną.

– My? Nie ma „nas”. Nie możemy dalej tak rozmawiać. Ja cię wcale nie znam! – podniosła głos w słabym proteście, czując, jak maleje jej opór.

– A co to ma do rzeczy?

– Wszystko – odpowiedziała, wpatrując się bezwolnie w te niesamowite oczy.

Potrząsnął głową.

– To bez znaczenia. – Ujął ją za ramiona. – Wystarczy, że spojrzę na ciebie, a już pragnę zatracić się w twojej słodkiej, jedwabistej miękkości.

– Nie możesz tak do mnie mówić! – wykrztusiła.

Wzruszył wymownie ramionami.

– Właśnie to powiedziałem.

Jego uśmiech był upajającą mieszaniną czułości i dzikości. Nie próbował jej powstrzymać, gdy – nie mogąc dłużej opierać się pokusie – wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.

– Chcę patrzeć na ciebie, dotykać cię.

Ani na sekundę nie odrywając od niej oczu, zdjął jej dłoń ze swego policzka i uniósł do ust.

– Czy tylko tego chcesz?

Lily potrząsnęła głową.

– Myślę… Nie wiem…

Santiago odwrócił jej dłoń i przesunął kciukiem po wnętrzu, potem dotknął prostej obrączki na palcu. Uniósł głowę.

– Ale nadal myślisz o swoim mężu?

ROZDZIAŁ TRZECI

– Nie myślę o nim, choć powinnam.

Zawstydzona, Lily zaczerpnęła tchu i uwolniła rękę. Swoim pytaniem Santiago nie tylko zepsuł nastrój, lecz całkiem zmienił atmosferę. I bardzo dobrze, pomyślała. Jej małżeństwo mogło być parodią, ale nadal była zamężna. I pomimo wczorajszych nierozsądnych marzeń o zemście uważała, że nieustanne zdrady Gordona nie dają jej prawa do postępowania w ten sam sposób.

Teraz wydawało się, że Santiago przez cały czas wiedział, że była mężatką. Fakt, że nic w jego zachowaniu nie wskazywało, że mu to przeszkadza, wzbudził w niej głęboką niechęć.

Co prawda, nie miała prawa go potępiać. Przecież nie uciekała przed nim z krzykiem?

– Nie powinnaś czuć się nieswojo.

Nieswojo! Zasłużyła na to, by czuć się podle.

– Nie oczekiwałabym, że to zrozumiesz – wykrztusiła z pogardą.

Czyżby wziął ją na cel, ponieważ była mężatką?

– Rozumiem, i to, co czujesz, jest naturalne – uspokoił ją.

To tylko podsyciło gniew Lily.

– Często to robisz, prawda? – Zagryzła usta i odwróciła głowę. W złości strząsnęła jego dłoń, którą położył jej na ramieniu.

– Niezręcznie się zachowałem – stwierdził z powagą.

Uniosła brodę.

– Przykro mi, że sprawy nie ułożyły się tak, jak planowałeś – stwierdziła gorzko.

Przyjrzał się uważnie jej twarzy, nim odpowiedział:

– To zrozumiałe, że czujesz się w pewien sposób winna, że masz wrażenie, jakbyś zdradzała…

Lily wytrzeszczyła z niedowierzaniem oczy: ten facet musi być całkowicie pozbawiony wrażliwości!

– …pamięć swojego męża. Szanuję twoje uczucia, naprawdę. W czasach, kiedy tak wiele osób przywiązuje niewielką wagę do przysięgi małżeńskiej, twoje oddanie jest godne podziwu.

Dopiero po chwili dotarło do niej, co powiedział, i wyciągnęła nieprawdopodobny wniosek. Nie wiadomo dlaczego był przekonany, że ma do czynienia z wdową!

– Ale ty żyjesz, querida, i jesteś namiętną, piękną kobietą, która ma przed sobą całe życie. – Ujął jej twarz w dłonie. – Jestem pewien, że twój mąż chciałby, abyś była szczęśliwa. I choć teraz mi nie uwierzysz, nadejdzie dzień – zapewnił z przekonaniem – kiedy znowu odnajdziesz miłość. A w międzyczasie…

– A w międzyczasie…

Opuścił ręce.

– Masz swoje potrzeby… pragnienia…

– I tutaj zaczyna się twoja rola?

Dlaczego poczuła się tak zawiedziona? Przynajmniej był szczery.

– Nie możesz zaprzeczyć, że nawzajem ciągnie nas do siebie.

Potrząsnęła głową i zastanowiła się, co by powiedział, gdyby wyznała, że nigdy dotąd nie odczuwała nic podobnego.

– Nie pozwól, by przeżyty ból odebrał ci odwagę do życia.

– Nie boję się – odpowiedziała i uświadomiła sobie, że po raz pierwszy od dawna – może w ogóle po raz pierwszy – jest to prawda. Zaczerpnęła tchu. Najwyższy czas wyprowadzić go z błędu. – Jeśli chodzi o Gordona, mylisz się całkowicie. Prawdę mówiąc, jestem na niego wściekła.

– Wydaje mi się, że bardzo często ludzie czują złość do ukochanej osoby, która zmarła. Wini się ją za to, że nas opuściła.

– Nie, mój mąż nie…

Mięsień zadrgał na szczupłej twarzy Santiaga.

– Zatrzymujemy tych, których kochamy, w naszych sercach, ale nadchodzi czas, kiedy musimy pozwolić im odejść.

Lily, która wolałaby wrzucić Gordona do ciemnego, wilgotnego, pełnego szczurów lochu, niż zatrzymać go w sercu, wbiła wzrok w Santiaga.

– Dlaczego sądzisz, że mój mąż nie żyje?

– Wszyscy o tym wiedzą.

– Wszyscy? – O Boże, to wyjaśniało współczujące spojrzenia, którymi ją obrzucano.

Skinął głową.

– Wiem, że hotele powinny zapewniać anonimowość, ale kobieta zajmująca sama apartament dla nowożeńców budzi wiele domysłów. Personel wiedział, że rezerwacji dokonał twój mąż, więc kiedy pojawiłaś się bez niego, zaczęli się zastanawiać…

– Można by sądzić, że mają lepsze zajęcia – warknęła.

– A potem powiedziałaś Javierowi…

– Nic nie mówiłam Javierowi… Nie znam żadnego Javiera… – Urwała. – O nie! – Spojrzała na niego pytająco. – Masz na myśli chłopaka z recepcji?

– Ten „chłopak” ma trzyletniego syna, ale tak, czasem pracuje w recepcji.

Przypomniało jej się, jak wróciła z Baezy i chciała wziąć klucz od pokoju. Wypite wino sprawiło, że wspomnienia były trochę niewyraźne, ale pamiętała, że facet w recepcji sprawiał wrażenie zakłopotanego, kiedy w odpowiedzi na jego pytanie, czy mąż do niej dołączy, łzy napłynęły jej do oczu.

– Nie dołączy. – Nagle ją olśniło. Nigdy nie zamierzał tego zrobić. – Nie ma go. Odszedł na zawsze.

Z roztargnieniem potarła skronie. Jeden problem z głowy – wiedziała już „dlaczego”. Teraz musi tylko wymyślić, jak mu powiedzieć, że mąż żyje i ma się dobrze, i z tego powodu ona nie jest do wzięcia.

– Zjesz ze mną śniadanie?

– Co?

– Śniadanie. Nie tutaj, jeśli to cię krępuje. Znam jedno miejsce, jakieś pół godziny jazdy stąd. Potrzebna będzie terenówka, żeby tam dojechać, jednak, uwierz mi, warto. Otoczenie jest wspaniałe. Jedzenie niezbyt wyszukane, ale ze świeżych miejscowych produktów i doskonale przyrządzone. Luis ma na zewnątrz wielki piec opalany drewnem i możemy jeść na dworze.

Uznał, że jej milczenie oznacza zgodę, gdyż dorzucił:

– Spotkamy się na dworze za… powiedzmy… dwadzieścia minut…?

Uśmiechnął się do niej i dał nurka do basenu.

– Wiesz, masz prawo do zdenerwowania.

– Co? – Dopiero po kilku chwilach Lily zdołała powrócić myślami do rzeczywistości, niemającej nic wspólnego z mężczyzną, który w końcu życzył jej, by trafiła do piekła. No cóż. Jego życzenie się spełniło.

– Powiedziałam, że masz prawo do zdenerwowania. – Zmarszczka ukazała się na gładkim czole Rachel. – Łapie cię jakieś choróbsko? Jesteś strasznie rozpalona.

– Nie, nic mi nie jest – skłamała Lily. – Po prostu ociepliło się po południu – wskazała wpadające przez otwarte okno słońce – a ten sweter jest trochę…

– Koszmarny – dokończyła Rachel. – Nie chcę być okrutna, ale ten twój kloszardowy ubiór nie dodaje ci urody, kochanie. Może gdybyś zdobyła się na trochę wysiłku, poczułabyś się lepiej? Kiedy jestem zdołowana, kupuję parę butów…

– Terapia zakupowa nie jest lekiem na wszystko.

– Naprawdę wiem, że para nowych butów nie naprawi wiele, ale… Dobry Boże, Lily, jeśli nie miałabyś prawa załamać się po tym, co cię spotkało, to kto by je miał? Powiem ci, że gdybym przeszła przez to, co ty: straciłaś dziecko, potem Gordon, ten skończony dupek, odszedł do tej małej…

– Co do Gordona… wiesz, nie był takim czarnym charakterem.

Rachel wyglądała, jakby miała wybuchnąć.

– Nie był czarnym charakterem?!

– A Olivia nie jest mała.

Przed oczami Lily pojawił się obraz atletycznej rudowłosej psycholog sportu, którą jej były mąż zamierzał poślubić zaraz po otrzymaniu rozwodu.

– I raczej nie byłam zaskoczona, gdy Gordon zwrócił się do mnie o rozwód.

Czekał na nią na lotnisku, gdy wróciła z Hiszpanii. Poczucie winy i cierpienie sprawiły, że z początku nie zauważyła dziwnego zachowania męża. Całkowicie zapomniała, że winien jest jej wyjaśnienia, ponieważ sama też miała sporo do wyznania.

Gordon odczekał, dopóki nie wsiedli do samochodu, by oznajmić, że to nie praca powstrzymała go, by dołączyć do niej, lecz inna kobieta. Lily nawet nie próbowała udawać zaskoczenia.

– Ma na imię Olivia i… No cóż, Lily, chcę z nią być. Uważam, że powinniśmy się rozwieść.

– Dobrze.

Gordon, najwidoczniej przygotowany na wielką scenę, był oszołomiony jej reakcją i odrobinę podejrzliwy.

– Nie masz nic przeciwko temu?

Potrząsnęła apatycznie głową.

– Nie chcesz wiedzieć… – zaczerwienił się – jak długo…

– Jeśli chcesz mi powiedzieć.

– Rozumiesz, o czym mówię, Lily? – Wymawiał słowa powoli, jakby rozmawiał z dzieckiem. – To nie jest przejściowy romans.

– Nie tym razem.

Gordon spurpurowiał i przyjął pozycję obronną.

– No, gdybyś była bardziej…

Urwał i najwyraźniej próbował odzyskać panowanie nad sobą.

– Czy to nie odbije się na twojej karierze?

– Złożyłem rezygnację.

– A co z awansem?

Awans był jedyną sprawą, o której potrafił mówić przez ubiegły rok. W jego głosie pojawiło się wyzwanie.

– Uświadomiłem sobie, że służba w administracji państwowej mnie ogranicza. Potrzebowałem zmiany.

– Kiedy podjąłeś tę decyzję?

– Odszedłem z pracy dwa miesiące temu.

– Czy powinnam zapytać, co robiłeś każdego ranka, kiedy wychodziłeś do pracy… albo podczas służbowych wyjazdów?

– Olivia i ja zakładamy fitness club na Cyprze.

– To coś innego. – Nie musiała nawet udawać całkowitego braku zainteresowania.

– Do diabła, nie planowałem tego, ale musisz przyznać, że my nie… Ale nie oczekuję, że to zrozumiesz. Od chwili, gdy ją ujrzałem… – ciągnął cicho, z egzaltacją.

Lily patrzyła w okno, nie widząc przejeżdżających obok samochodów.

– Może rozumiem.

Gordon nic nie powiedział, ale widziała, że jej nie uwierzył. Przez ułamek sekundy miała ochotę wyznać mu, że też kogoś poznała i już wie, jak marne było ich małżeństwo.

Rachel prychnęła pogardliwie.

– Pewnie, nie byłaś zaskoczona… Po prostu oczekiwałaś, że mąż porzuci cię dla kochanki, chociaż spodziewasz się dziecka.

Może czas wszystko wyjaśnić.

– Kiedy to prawda. Nie byłam zaskoczona. Nasze małżeństwo umarło na długo przed pojawieniem się Olivii.

Rachel otworzyła usta, ale natychmiast zaczęła potrząsać głową.

– Nie wierzę. Byliście parą, jaką wszyscy, których znam, chcieliby być.

– Tylko przy ludziach.

– Więc ty i Gordon nie byliście szczęśliwi?

– Nie byłam nieszczęśliwa.

Rachel podwinęła pod siebie długie nogi i westchnęła.

– Dlaczego nigdy mi nic nie powiedziałaś?

Lily wygięła szerokie usta w gorzkim uśmiechu.

– Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz… tak powiedziałaby babka.

– Nie jestem twoją babką i wiem, że nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale była naprawdę zimną…

– Daj spokój – poprosiła ją Lily.

Rachel wzruszyła ramionami i ustąpiła.

– Jeśli byłaś nieszczęśliwa, dlaczego z nim zostałaś?

– Myślałam, że jakoś się nam ułoży… – Lily urwała i potrząsnęła głową. – Sama zadawałam sobie to pytanie milion razy.

– Ale nigdy nie słyszałam, żebyście się sprzeczali.

– Zdarzało się – przyznała Lily, wspominając nieustanne docinki i wyrzuty. – Ale to minęło. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że pod koniec byliśmy zbyt obojętni, by się sprzeczać. To smutne. Od razu wiedziałam, że Olivia nie jest taka jak inne.

– Inne! Gordon miewał romanse?

Lily spojrzała w oszołomione oczy przyjaciółki i przyznała ze skrępowaniem:

– O dwóch wiedziałam. Mogło być ich więcej – dorzuciła obojętnym tonem. – To niemal pewne.

Rachel zaśmiała się.

– Nie wierzę w ani jedno słowo! – Potrząsnęła głową, jak gdyby chciała uporządkować myśli. – A ty wiedziałaś?

Lily przytaknęła.

– Przejmowałaś się tym?

– Oczywiście, że się cholernie przejmowałam! To było ogromnie poniżające, ale Gordon zawsze okazywał skruchę.

Rachel skrzywiła się.

– Przepraszam. Nadal nie mogę uwierzyć, że nie pisnęłaś słowa. Jestem twoją najlepszą przyjaciółką.

Lily zamachała bezsilnie dłońmi.

– Mówienie o tym wydawało mi się nielojalne, a Gordon błagał mnie, żebym nic nie wspominała. Uważasz, że jestem żałosna?

– No cóż, przecież nie mieliście dzieci i… – Urwała, na jej twarzy pojawił się wyraz przerażenia. Poderwała się i przysiadła na poręczy krzesła, które zajmowała Lily. – Och, bardzo cię przepraszam.

Lily potrząsnęła głową i uśmiechnęła się uspokajająco.

– Nie, masz rację, nie mieliśmy dzieci.

– Ale nie zrezygnowaliście całkowicie z małżeństwa; postaraliście się o dziecko.

Lily utkwiła bławatkowe oczy w twarzy przyjaciółki i potrząsnęła głową.

– Nie.

– Więc to był przypadek. – W oczach Lily pojawiło się coś, czego Rachel nie potrafiła określić. – Nie mówię, że to cię nie cieszyło – dodała pospiesznie.

Nikt, kto widział Lily w tamtym okresie, nie przegapiłby faktu, że była zachwycona perspektywą macierzyństwa.

– To najszczęśliwszy okres mojego życia – przyznała.

– Mów, co chcesz, ale uważam, że zachował się jak skończony drań, porzucając cię, gdy byłaś w ciąży.

– Kiedy zaszłam w ciążę, nie spałam z Gordonem prawie od roku.

Tytuły oryginałów:

Santiago’s Love-Child

A Spanish Engagement

The Spanish Duke’s Virgin Bride

Pierwsze wydania:

Harlequin Mills & Boon Limited, 2005

Harlequin Mills & Boon Limited, 2003

Harlequin Mills & Boon Limited, 2007

Opracowanie graficzne okładki:

KubaMagierowski

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Pogoda

Korekta:

GrażynaHenel

© 2005 by Kim Lawrence

© 2003 by Kathryn Ross

© 2007 by Chantelle Shaw

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2007, 2009, 2012, 2015

Opowiadania z tego tomu ukazały się poprzednio pod tytułami Romans w Hiszpanii, Hiszpańskie zaręczyny, Książę z Madrytu.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1391-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com