Hiszpański zawrót głowy - Kim Lawrence - ebook + książka

Hiszpański zawrót głowy ebook

Kim Lawrence

4,2

Opis

Gwen Meredith wyjechała do Nowego Jorku, by zrobić karierę. Cały czas poświęca pracy i nauce. Jednak pewnego dnia poznaje hiszpańskiego milionera Ria Bardalesa i traci dla niego głowę. Ma nadzieję na trwały związek, ale Rio ma inne plany. Gwen nie mówi mu, że jest w ciąży, i ze złamanym sercem wraca do Anglii, zdecydowana na samotne macierzyństwo. Po trzech latach ponownie się spotykają. Widząc ciemnooką Ellie, Rio natychmiast się domyśla, że dziewczynka jest jego córką…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (10 ocen)
4
4
2
0
0

Popularność




Kim Lawrence

Hiszpański zawrót głowy

Tłumaczenie: Małgorzata Dobrogojska

HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Spaniard’s Surprise Love-Child

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Kim Lawrence

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6765-6

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Klasyczną muzykę płynącą z systemu nagłaśniającego, podarowanego przez słynną pieśniarkę z okazji wydania pierwszego platynowego albumu, prawie całkowicie zagłuszyła wrzawa młodych głosów, tupot stóp i szuranie krzeseł po starej, drewnianej posadzce. Gromada uczniów w jednakowych mundurkach wlała się do szkolnej auli i choć kilkoro z kolegów Gwen skrzywiło się od wznoszącego się pod krokwie Tudor School harmidru, ona sama nie zwróciła na niego uwagi. Jej myśli błądziły gdzie indziej, choć niezbyt daleko. Żłobek, który okazał się czynnikiem decydującym, kiedy zaproponowano jej pracę w Mere Grange, znajdował się niecałe pięćset metrów od miejsca, gdzie teraz siedziała wraz z resztą zespołu.

Pomimo obaw i nieprzespanej nocy, Ellie tego ranka czuła się dobrze. Marudziła wprawdzie trochę, ale temperaturę ciała miała normalną. Gwen sprawdziła to dwukrotnie, ale wciąż była trochę niespokojna. Z pewnością nie ona pierwsza czuła się winna, zostawiając dziecko w żłobku, i nawet świadomość, że córeczka dobrze się tam czuje, nie mogła tego zmienić.

– Wszystko będzie dobrze. Nie przejmuj się tak.

Gwen odwróciła się do swojej przyjaciółki Cassie i uśmiechnęła niewesoło.

– Skąd wiesz, że martwię się o Ellie?

– Kochanie, ty zawsze się o nią martwisz. A ja uważam, że świetnie sobie radzisz, choć przecież niełatwo być samotną matką.

Gwen przymknęła błękitne jak niebo oczy. Cassie wiedziała o niej więcej niż ktokolwiek inny, wciąż jednak było to tylko niezbędne minimum. Tylko tyle, że ojciec Ellie jest obcokrajowcem, a Gwen nie utrzymuje z nim kontaktu.

Wzruszyła ramionami, nie chcąc go wspominać. Niestety, kiedy tylko spojrzała w czekoladowe oczy córeczki, niechciany obraz powracał, może więc nie warto wkładać w to tyle wysiłku.

Zanim dopadły ją wyrzuty sumienia z powodu minionych błędów i nietrafionych wyborów, spod sceny dobiegł głośny okrzyk.

Gwen odwróciła się w tamtą stronę, podobnie Cassie.

– Chyba tam pójdę i pomogę.

Jej klasowa asystentka, Ruth, usiłowała zapanować nad dwudziestką znudzonych, naładowanych energią pięciolatków. Ktoś, kto jako pierwszych usadził ich w audytorium, musiał nie mieć pojęcia, że umiejętność skupienia przez nich uwagi jest bardzo ograniczona.

– Powodzenia. Uważaj na siebie. – W cichym głosie Cassie pobrzmiewało ostrzeżenie. – Dyrektor na pewno zauważy, że cię tu z nami nie ma, i nie będzie zachwycony. Powiedział przecież wyraźnie „cały zespół” – przypomniała.

– Brak jednej pochylonej w ukłonie głowy chyba nie wpłynie na decyzję Pani Sponsorki o dofinansowaniu rozbudowy biblioteki. Zresztą nie pierwszy raz będzie świadkiem takiej sytuacji. – Gwen niespecjalnie się przejęła ostrzeżeniem.

Dotarła do pierwszego rzędu akurat w porę, by zatrzymać jednego ze swoich przedsiębiorczych podopiecznych, zamierzającego wymknąć się przez wyjście awaryjne.

– Tędy, Max. – Zmierzwiła mu kręcone rude włosy, a potem wzięła za rękę i odprowadziła na miejsce.

– Widzę, że siedzisz obok Williama… Cóż, to chyba nie najlepszy pomysł.

Już nieraz się o tym przekonała.

– Posuń się, Sophie – powiedziała. – Max może usiąść obok ciebie. Doskonale. I nie ruszaj się stąd – napomniała go jeszcze, zanim podeszła do Ruth. – Prawie ci zwiał.

– Przepraszam, pani Meredith. – Ruth uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Gwen odpowiedziała uśmiechem, choć czuła się dziwnie, gdy nazywała ją „panią” kobieta ledwie rok starsza. W tej prestiżowej, płatnej szkole takie kwestie były ściśle sprecyzowane i nie pochwalano zbytniej poufałości w kontaktach zawodowych. Podobnie jak romansów między pracownikami, na co jednak przymykano oczy, jeżeli potrafili być dyskretni.

Gwen romanse nie interesowały. Czasem przychodziło jej do głowy, że jej libido zanikło, na szczęście zdarzało się to niezbyt często. Przez resztę czasu była zbyt zmęczona, żeby się nad tym zastanawiać. Przede wszystkim liczył się sen, chętnie witała też wolną chwilę na przeczytanie książki czy zadbanie o siebie. Takie były jej skromne marzenia, a z pożądaniem fizycznym dała już sobie spokój i wcale za nim nie tęskniła.

– Nic się nie stało, Ruth.

– Pani Meredith, Max robi do mnie miny – poskarżyła się Ruth.

Gwen spojrzała na rudowłosego rozrabiakę, emanującego w tej chwili anielską słodyczą i niewinnością. Poczekała chwilę i uznawszy, że przyciągnęła wzrok wystarczającej liczby uczniów, uniosła dwa palce i przyłożyła je do warg. Cisza wprawdzie nie zapadła, ale możliwość psocenia została ograniczona.

– To cud – szepnęła Ruth. – Jak to się robi?

Gwen podziękowała za uwagę skinieniem głowy i obiecała uczniom wycieczkę przyrodniczą. Zawsze uważała marchewkę za skuteczniejszą niż kij. Zanim jednak zdołała wrócić na swoje miejsce obok sceny, gwar młodych głosów przycichł, co oznaczało, że już nie zdąży wślizgnąć się niepostrzeżenie na swoje miejsce. Usiadła więc na ławce obok Ruth, a na scenę wszedł dyrektor w towarzystwie ważnego gościa. Miał donośny głos, więc kiedy się odezwał, od razu zapadła cisza.

Gwen słuchała wprowadzenia jednym uchem, uważnie obserwując dzieci. Miała nadzieję, że gość nie będzie tak samo zakochany w brzmieniu własnego głosu jak dyrektor. Zdolności skupienia uwagi u pięciolatków są ograniczone, zwłaszcza jeżeli dzieci się nudzą. Miała jednak nadzieję, że prędzej pozasypiają, zanim zaczną rozrabiać.

– A teraz oddaję głos panu Bardales.

Bardales… Nagroda ufundowana przez Lady Cavendish miała być w tym roku wręczona przez jej pełnomocnika, ponieważ fundatorka nie mogła być osobiście obecna na uroczystości. Ale dla Gwen nazwisko Bardales miało zupełnie inne konotacje.

Na pozór nic się nie zmieniło. Wciąż uśmiechała się pogodnie i tylko trzepotanie długich, zakręconych rzęs i delikatne drżenie mięśni pod skórą wokół szerokich ust zdradzały, że rozpaczliwie stara się powstrzymać atak paniki. Nie traciła jednak nadziei, że zdoła utrzymać uczucia pod kontrolą.

Wzięła głęboki oddech i uspokoiła się trochę. Potarła ramiona obsypane gęsią skórką. Nienawidziła tego swojego przewrażliwienia. Minęło już kilka miesięcy, odkąd doświadczyła paraliżującego lęku na widok ciemnej głowy w tłumie wypełniającym centrum handlowe. Chwilę później uświadomiła sobie jednak brak charakterystycznie kanciastej szczęki i kociej płynności ruchów. Wrażenie trwało tylko chwilę, a po nim przyszła potężna fala ulgi. W sumie była na siebie zła, że pozwoliła zaszaleć rozbuchanej wyobraźni.

Skąd jednak te obawy? Kątem oka zerknęła na gościa i natychmiast zrozumiała. To niestety rzeczywistość. Mężczyzna był wysoki, ciemnowłosy, a doskonale skrojony garnitur podkreślał siłę drzemiącą w smukłej, umięśnionej sylwetce. Nie sposób było uwolnić się od napływających wspomnień. Trzy lata rozpłynęły się we mgle i znów znalazła się w Nowym Jorku.

Bar był tak samo chłodny i wyrafinowany jak jego klientela, a Gwen, siedząca na wysokim barowym stołku, wyjątkowo dobrze do niego pasowała. Chłodna, smukła, sprawiająca wrażenie odpowiedniej przynależności, co tu liczyło się najbardziej. Była w Nowym Jorku od trzech miesięcy i zdawała sobie sprawę, że nic nie zdarza się z dnia na dzień. Najważniejsze, że jej pięcioletni plan był gotowy do realizacji.

Przez pierwszy miesiąc pracowała jak szalona i nie potrafiła ukryć, że bardzo się stara zrobić dobre wrażenie.

Już w czasie studiów przekonała się, że warunkiem powodzenia są wyniki w nauce. Niektórzy potrafili imprezować i wciąż mieć dobre stopnie, ale nie Gwen, która musiała się skupić wyłącznie na pracy. Dla osiągnięcia wyznaczonego celu postanowiła zawiesić życie towarzyskie na kołku. Dopiero po kilku tygodniach zauważyła, że to nie działa. Dodatkowe godziny spędzone w biurze nie wystarczyły. Potrzebowała też dodatkowych godzin poza biurem.

Przyjąwszy pierwsze zaproszenie, czuła się nieswojo w biurowym mundurku. Teraz posiadła już umiejętność błyskawicznej przemiany wersji dziennej na wieczorową. Trwało to nie więcej niż pięć minut w damskiej toalecie.

Jak wszystko w życiu, to także wymagało dobrej organizacji: odświeżenie makijażu, pociągnięcie warg wyrazistą czerwoną szminką i rozpuszczenie włosów, które po potrząśnięciu głową spadały wspaniałymi falami na szczupłe plecy. Całość wieńczyła zamiana skromnych kolczyków na znacznie okazalsze.

Zdjęła dopasowany żakiet, odsłaniając małą czarną sukienkę, ozdobioną naszyjnikiem w stylu art déco. Żakiet, starannie złożony, trafił do przepastnej designerskiej torby razem z pantoflami na niskim obcasie, zastąpionymi szpilkami. Cała operacja zajęła nie więcej niż dwie minuty.

Niewiarygodne, co można osiągnąć dobrą organizacją, a w tym akurat była świetna. Zaszła tak daleko, bo nie pozwalała sprowadzić się na manowce. Dobrze wiedziała, czego chce, i wybrała najszybszy sposób osiągnięcia celu. Ludzie szybko zaczęli to zauważać. Któregoś dnia podsłuchała rozmowę w damskiej łazience i zaczęła się zastanawiać, kim jest ta bezwzględna osoba, o której rozmawiano.

Potem odkryła, że chodzi o nią.

– Jesteś po prostu zazdrosna, Trish, że Gwen ze swoją urodą mogłaby trafić na szczyty przez łóżko.

Tak właśnie brzmiał jeden z podsłuchanych okrutnych komentarzy.

Skrzyżowała więc smukłe zgrabne kostki, odwróciła głowę i roześmiała się, podobne jak inni. Gniew, wywołany nieprzychylnym komentarzem, minął, ale nieprzyjemne wspomnienie wciąż było bardzo żywe. Spróbowała uwolnić się od napięcia, kładąc sobie dłoń na karku i kręcąc głową na boki.

W jednej kwestii komentujący mieli rację. Rzeczywiście, była zdeterminowana odnieść sukces… choć nigdy nie poniżyłaby się do wykorzystywania w tym celu urody. To bolało i prowokowało do konfrontacji z autorką złośliwej wypowiedzi. Zdawała sobie jednak sprawę, że znacznie skuteczniej będzie ją zignorować i dowieść swojej wyższości postępkami, a nie słowami. Przyznanie się do dziewictwa w żaden sposób nie poprawiłoby sytuacji, znacznie łatwiej było uchodzić za ambitną dziwkę pozbawioną zasad moralnych.

– Widzę, że jesteś wściekła. – Louise, która zaczęła pracować w departamencie finansów wcześniej niż Gwen, zerknęła na nią z uniesionymi brwiami. – Chcesz jeszcze drinka?

Zaprzeczyła i sięgnęła po nietkniętą dotąd szklankę, a przy okazji zobaczyła swoje odbicie w lustrzanej ścianie za barem. Rozpuszczone włosy lśniły, najwyraźniej warto było wydać stosunkowo dużą kwotę na oddanie ich w ręce fachowca. Upiła łyk koktajlu i obiecała sobie zachować dobry nastrój przez cały wieczór. Pobyt w tym mieście był dokładnie taką stymulacją, jakiej potrzebowała.

Wytężyła słuch, żeby pochwycić słowa kobiety siedzącej obok Louise.

– Twój szkocki akcent jest taki słodki… Wszyscy tak uważają.

Przynajmniej ci, którzy nie podejrzewają mnie o robienie kariery przez łóżko, pomyślała Gwen, skrywając gorycz za uśmiechem. Ponieważ musiałaby krzyczeć, żeby się przebić przez gwar rozmów, wolała z uśmiechem pokiwać głową niż poprawiać pomyłkę kobiety w kwestii swojej narodowości, choć czuła się przy tym, jakby zdradzała swoje walijskie korzenie.

Nawiasem mówiąc, nikt stamtąd nie poznałby w niej teraz dawnej nieśmiałej kujonki okularnicy, pomyślała, nachylając się znowu, by usłyszeć, co do niej mówi Louise.

– Nie patrz tam, ale on nie odrywa od ciebie wzroku, odkąd tu wszedł.

Louise ostrożnie zerknęła w stronę lustrzanej ściany oddzielającej bar od ulicy.

– Nie patrz tam – powtórzyła ostrzegawczo.

– Nie patrzę – uspokoiła ją Gwen.

Generalnie nie miała nic przeciwko romansowi, ale to nie był odpowiedni moment. Nie miała zamiaru pozwolić, by coś ją rozproszyło, zawsze jednak miło, że ktoś dostrzegł jej staranie o wygląd.

Louise upiła łyk koktajlu, westchnęła i przysunęła się bliżej, żeby zerknąć zza ramienia Gwen.

– Ależ on jest… Och, idzie tu. Tylko nie panikuj – syknęła.

Gwen, zanim zobaczyła osobę, najpierw usłyszała głos. Głęboki, intrygujący, ze specyficznym akcentem. Podekscytowanie przyjaciółki rozbawiło ją, więc uśmiechnęła się lekko, ale uśmiech zaraz zgasł i przeszył ją lodowaty dreszcz.

Ten sam głos usłyszała teraz. Wróciła do rzeczywistości. Znów siedziała w szkolnej auli i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu Rio Bardales, miliarder i dziedzic rodzinnego imperium też znalazł się tutaj. Właśnie przyciągnął uwagę słuchaczy gestem smukłej dłoni. Z podświadomości Gwen wypłynęło krępujące wspomnienie tej dłoni błądzącej po jasnej skórze… jej skórze… Przełknęła i zamrugała, starając się odsunąć niechciane obrazy.

Wszyscy poza nią klaskali. Nie potrafiła ich naśladować nawet gdyby chciała. Jedynym, czego teraz pragnęła całym sercem, było wyrwanie się z tego miejsca i ucieczka. Odruchowo pokręciła głową w milczącym zaprzeczeniu. To nie może być prawda, pomyślała.

– Wygląda jak gwiazdor filmowy…

Ociekający uwielbieniem i zachwytem szept przyjaciółki natychmiast przywołał wspomnienia. Dokładnie to samo pomyślała tamtej nocy w nowojorskim barze, gdzie się spotkali. Wtedy też miał na sobie garnitur, pomięty, jakby się w im przespał, mimo to wyglądał fantastycznie. Nawet pomijając fizyczne atrybuty takie jak wzrost, smukłość sylwetki i umięśnienie, same rysy wystarczyły, by przyciągnąć uwagę. Ciemne, prawie czarne oczy w kształcie migdałów, zdecydowanie zarysowane brwi, długie rzęsy, rzeźbione kości policzkowe, kwadratowa broda z uroczym dołkiem robiły wrażenie, ale to przede wszystkim zmysłowym wargom od początku nie potrafiła się oprzeć. Teraz, kiedy ze sceny płynął jego głos, obrazy z przeszłości osaczyły ją z całą mocą. Miała wrażenie, że wszyscy naokoło muszą widzieć, co się z nią dzieje i że ją nieustannie obserwują. Oni jednak zachowywali się zadziwiająco obojętnie. Teraz na przykład śmiali się, bo Rio powiedział coś zabawnego. Doskonale pamiętała, że potrafił być duszą towarzystwa. Przymknęła oczy, wzbraniając sobie wspomnień, ale było już za późno. Usłużna wyobraźnia podsunęła jej obraz pierwszego zetknięcia nagich ciał, kiedy rozpiął jej stanik i, patrząc głęboko w oczy, przyciągnął do siebie. Wciąż świetnie pamiętała ciepło jego skóry, jej czysty, lekko słonawy aromat i płynącą z bezpośredniego kontaktu przyjemność. Nie przestawał przy tym wpatrywać się w nią płonącym pożądaniem wzrokiem, co skutecznie uniemożliwiło jej cisnące się na usta wyjaśnienia.

Być może byłyby one w tych okolicznościach zupełnie nieistotne. Skoro się jeszcze nie zorientował… to właśnie odkryła korzyści płynące z przespania się z nieznajomym: nie była mu winna niczego, a przede wszystkim żadnych wyjaśnień…

Jak na ironię, dokładnie to powtórzył jej kilka dni później, lodowatym tonem ociekającym pogardą, której nie zapomni do końca życia.

– Nic ci nie jestem winien, a zwłaszcza wyjaśnień. Uprawialiśmy seks i to wszystko.

Każda kolejna wypowiadana pogardliwym tonem sylaba raniła ją coraz mocniej, kiedy, nienawykła do nagości, sięgnęła po jego koszulę, by w niej pójść do łazienki. Materiał wciąż pachniał nim, ale nie dał jej wrażenia bliskości i intymności, wręcz przeciwnie, poczuła się głęboko upokorzona i przemarznięta do szpiku kości.

Nie tego się spodziewała, choć przecież musiała zdawać sobie sprawę, że kilka namiętnych nocy to jeszcze nie związek. Wszystko się urwało, kiedy odkrył, że był jej pierwszym kochankiem, i oświadczył stanowczo, że nie zamierza się wiązać, a połączył ich tylko i wyłącznie seks.

Nie uciekła, bo nie chciała, by wiedział, że oczekiwała czegoś więcej. Ale choć miała nadzieję usłyszeć, że ich relacja to nie tylko zwykła przygoda, szybko zrozumiała, że było to wyłącznie jej pobożne życzenie.

Być może zdawał sobie z tego sprawę, bo na wypadek, gdyby nie zrozumiała, powiedział jej z brutalną szczerością:

– Nie łączy nas nic wyjątkowego, więc nie masz prawa mnie o nic wypytywać.

Chłód i zachowanie pełne wyższości mówiły jasno, że powinna jak najszybciej zniknąć nie tylko z jego łóżka i domu, ale i z życia.

– To, z kim sypiam, to nie twoja sprawa. I absolutnie nie zgadzam się na grzebanie w mojej prywatnej korespondencji – oznajmił wyniośle.

Próbowała się bronić, wyjaśnić mu, że zerknęła na list niechcący, ale nic z tego nie wyszło. Po części dlatego, że rzeczywiście przeczytała fragment, choć nie było to jej intencją. Podniosła go po prostu z podłogi wraz ze stosem korespondencji, którą przypadkowo zrzuciła łokciem. Próbowała ułożyć ją w równie zgrabny stosik, jaki stanowiła wcześniej, kiedy jej wzrok przykuł nagłówek listu. Powinna się była powstrzymać od czytania, ale nie potrafiła. Stąd poczucie winy, kiedy ją przy tej czynności zastał. Mogła próbować udawać, że niczego nie przeczytała, ale to byłoby bez sensu. Zresztą pod jego oskarżycielskim spojrzeniem nie umiała się powstrzymać od wyjaśnień.

– Powiedziałam tylko: „A więc masz dziecko”. Nie wiedziałam. Jesteś z jego matką? – Czuła, że krew odpływa jej z twarzy. – Chyba nie jesteś żonaty?

Zerknął na nią spod oka.

– A gdybym był, miałoby to jakieś znaczenie?

Chętnie by go spoliczkowała, ale nigdy nikogo nie uderzyła, więc tylko zacisnęła pięści, starając się nie dać się sprowokować.

– Jak mu na imię?

Nie było powodu, żeby nie miał mieć dziecka czy nawet kilkorga, nie musiał też jej o tym wspominać. Przecież jasno powiedział, że nie łączy ich nic poważniejszego. Nadzieja na coś więcej była jej autorskim pomysłem.

Rio należał do mężczyzn, którzy na wiadomość o ojcostwie reagują pytaniem o wynik testu DNA. Zagadnięty o imię syna, odparł, że nie pamięta. Wtedy nagle zdała sobie sprawę, że w ciągu tych kilkudziesięciu sekund dowiedziała się o nim więcej niż w ciągu minionych trzech dni, a właściwie nocy.

Uniósł ciemną brew i patrzył na nią z mrożącym niesmakiem. Już wcześniej okazywał jej wyższość, ale nie aż tak miażdżąco.

– Co cię może obchodzić moje dziecko? – spytał na pozór obojętnie, ale wzrok miał gniewny.

– Właściwie nic – odparła, blednąc. – Ale ojcostwo to coś więcej niż wynik testu, prawda? Wymaga zaangażowania przez całe życie. Mam tylko nadzieję, że to dziecko ma kogoś, dla kogo jest ważne i kto przynajmniej pamięta jego imię.

Zakończyła lekceważącym parsknięciem, teatralnym gestem zdjęła jego koszulę i demonstracyjnie upuściła ją na podłogę, po czym dumnie wymaszerowała z pokoju.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY