Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
lub
0 zł
29,98 zł
14,99 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Marcin Engel, Matylda, Kama i inni znów muszą działać,
bo możliwe, że na Śląsku pojawił się kolejny seryjny morderca.
Najpierw na parkingu pod lasem dochodzi do strzelaniny, w której ginie chłopak, a sprawa tylko trochę przypomina gangsterskie porachunki.
Niedługo potem wędkarze wyciągają z jeziora zwłoki młodej kobiety w koronkowej sukni, a trzech policjantów zostaje uwięzionych w piwnicy poniemieckiego domu, w którym ktoś następnie podkłada ogień.
Na dodatek w Zabrzu znika spokrewniona z Matyldą nastoletnia Iza, więc sprawa zaczyna mieć charakter osobisty.
Bohaterowie mają mało czasu, by powiązać ze sobą wszystkie wątki i uratować dziewczynę.
I nie będzie to łatwe zadanie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 404
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 14 min
Lektor: Łukasz Bogdan
Copyright © by Ryszard Ćwirlej, 2026 Copyright © by TIME SA, 2026
Redaktor naczelny: Michał Zarzycki, mzarzycki@grupazpr.pl Redakcja: Filip Modrzejewski Korekta pod kątem języka śląskiego: Agnieszka Dudek Korekta: Katarzyna Pikosz Projekt okładki i stron tytułowych: Karolina Żelazińska-Sobiech
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN 978-83-8343-830-6
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
– Sikać mi się chce – powiedział ten niższy, siedzący na miejscu pasażera szczupły chłopak o rumianej twarzy dziecka i wielkich niebieskich oczach.
– Pierona, Antoni, byli my na tankszteli w Cieszynie. – Wyższy, chudy trzydziestolatek o mocno wystającej grdyce pokręcił kompletnie łysą głową z niedowierzaniem. – Niy mógł żeś sie tam odlać?
– Ja cie prosza, Arek… No niby mogłem, ale mi sie niy chciało. To przez ta Cola.
– Zatruł żeś sie Pepsi?
– Niy. – Antoni pokręcił głową. – Pepsi je dobro. Ale kupiłech Cola tako niefirmowo. Bo była tańszo.
– Wytrzymiesz jeszcze chwila?
– Pewnie. Ale dużo?
– Niy.
– To wytrzymia.
– Dobra, jak trza, to trza. Zarozki bydzie taki lasek. Jak przejadymy Pruchna, to tam bydziesz mógł loć, wiela bydziesz chcioł.
– Może być las – zgodził się z kolegą Antoni.
Z głośników starego Transportera płynęła cicho piosenka Samoloty Dawida Podsiadły i Kaśki Sochackiej. Arek pogłośnił radio, bo warkot silnika zagłuszał muzykę. Antoni wybijał palcami rytm o deskę rozdzielczą, patrząc przez boczną szybę na ciemniejące od burzowych chmur niebo. Wpadające przez uchylone okno powietrze było ciężkie i lepkie od wilgoci. Pachniało nadciągającą nieuchronnie burzą.
– A wiesz, co Eliza pedziała Hani o tobie? – przypomniał sobie nagle chłopak i przerwał zabawę w perkusistę.
– Co? – zainteresował się natychmiast Arek.
– Że mosz piykne oczy.
– Jo? – zdziwił się i zaraz uśmiechnął się pod wąsem.
Chyba przypadł mu do gustu ten komplement.
– A skond ty to wisz?
– No jak skond. Przeca ci godom, że od Hani.
– A Hania tak ci to wszystko pedziała?
Antoni wzruszył ramionami.
– Jak niy wierzysz…
– No, godej, co jeszcze pedziała.
– Wincy to nic. Wiesz, jak to jest z frelkami.
Arek skinął głową na potwierdzenie.
Ale nie wiedział. W ogóle niewiele wiedział na temat dziewczyn.
– Frelki godajo roztomajte głupoty – rzucił, robiąc przy tym minę znawcy. Mógł przed młodym udawać, bo był od niego starszy o osiem lat, czyli miał już życiowe doświadczenie. – Musza sie jej spytoć, czy to prowda.
– Nie możesz. Bo jak się jij spytosz, to wyjdzie zara, że wisz to ode mie i że Hania mi wypaplała. Znaczy, musisz to rozegrać inaczyj. Na przikłod spytać jom, czy podobajo sie jij niebieskie oczy. A ona powiy, że ja, to ty wtedy pedziesz: takie jak moje, a ona…
– Dobra, niy fanzol mi już. Je zjazd. Widzisz?
– No.
– Może być?
– Luksusu niy ma, ale dom rada – stwierdził z zadowoleniem.
– Luksusy były na tankszteli, tukej mosz ino natura.
Volkswagen powoli zjechał z szosy i wtoczył się na rozjeżdżoną leśną przecinkę. Widać było, że wielu kierowców wybiera to miejsce, by załatwić potrzebę, a przy okazji pozbywa się śmieci. Wszędzie walały się papiery, worki foliowe, plastikowe butelki i puszki.
– Ja pierona, jaki hasiok – rzucił z odrazą Arek.
– No widza, jaki syf – zgodził się ze starszym kolegą Antoni. – Ja tylko pod drzewko i już.
– Dej pozor, cobyś sie niy umarasił.
– Jasne, beda uważoł na… – machnął ręką i poszedł ku drzewom, uważnie spoglądając pod nogi.
Arek tymczasem sięgnął po butelkę z wodą mineralną, odkręcił korek i wypił kilka łyków.
Ta duchota była zdecydowanie męcząca. Na szczęście w samochodzie podczas jazdy nie jest najgorzej, bo można otworzyć szyby i wpuścić powietrze. Niestety nie było chłodne. Auto miało nawiew, ale ten nie wystarczał, by zrobiło się chłodniej. Gdyby była klimatyzacja, to co innego. No ale nie w tym dwudziestoletnim gracie.
Volkswagen był z dwa tysiące drugiego roku i Arek pomyślał, że wtedy chyba jeszcze nie wymyślono klimy. A jeśli nawet, to nikt nie instalował jej do takich roboczych furgonów jak ten, którym jechali.
Auto było stare i wysłużone, dawno powinno pójść na złom, ale ojciec nawet nie chciał o tym słyszeć. Należał do ludzi oszczędnych, skrupulatnie liczących każdą złotówkę, więc o zakupie nowego samochodu nie było mowy. Gdy Arek podzielił się kiedyś z nim swoją opinią na temat stanu furgonu, ojciec, a zarazem szef, uśmiechnął się swoim zwyczajem, poklepał syna przyjacielsko po ramieniu i wyjaśnił:
– Ty, Arku, jesteś z wykształcenia mechanikiem, o ile pamiętam.
– Ja, prowda. Jo żech je mechanik, ale żech nigdy niy robiył w warsztacie.
– Szkoda, bo nam by się przydał człowiek, który potrafi wszystko zreperować.
– No przecie robia wszysko. Zamki, rurki i co sie ino popsuje, to jo robia…
– Prawda, że z bieżącymi naprawami sobie radzisz. I oczywiście bardzo to cenimy. Ale mechanik samochodowy to mechanik. Ktoś taki mógłby dbać o wszystkie nasze auta.
– Musioł bych sie wrócić nazod do szkoły – zdumiał się.
– A może to jest pomysł.
– Szkoła? – przeraził się Arek, bo szczerze nienawidził nauczycieli, lekcji i przede wszystkim kolegów.
– Nie, nie myślałem o szkole. Raczej o jakichś praktykach w warsztacie samochodowym. Mogę takie załatwić. Co o tym myślisz?
Arek przez chwilę nic nie mówił.
Nie lubił samochodów i grzebania się w smarach. Nie znał się na naprawie aut i nie sądził, żeby się kiedykolwiek tego nauczył. Ale z drugiej strony, jak miał odmówić ojcu? Przecież on tyle dla niego zrobił. Pomógł mu, gdy był w najgorszym dole. Wyciągnął go i pozwolił zrozumieć, że nie jest śmieciem, ale wartościowym człowiekiem. Może ta szkoła to kolejny element jego planu. Przecież tak mu kiedyś powiedział. Mam plan dla ciebie. Mam cały, dokładnie przemyślany plan, dzięki któremu będziesz z siebie dumny. Będziesz szczęśliwym ojcem i mężem, a ludzie, z którymi będziesz miał do czynienia, będą cię szanowali.
Chciał, żeby go szanowano. Chciał mieć żonę i dzieci, ale nigdy nie miał kobiety. I to nagle miałoby się zmienić, bo Elizie podobały się jego oczy? Przecież wcale nie są ładne. Widział je co dzień w lustrze i sądził, że są całkiem zwyczajne. Ale może ta Eliza dostrzegła coś, czego on nie widział, bo się przyzwyczaił. A gdyby tak podejść do niej i zagadać? Tylko co jej powiedzieć? Może na przykład coś o pogodzie, że ładnie i ciepło. A ona odpowie, że to prawda. Albo może się zacznie z niego śmiać. Tak być przecież może. Ona nie jest ze Śląska i mówi po polsku, a on inaczej. Niby nikomu to nie przeszkadza, ale kto wie, jak jest z tą Elizą, która przyjechała tu niedawno z Poznania. Jeśli on coś powie, a ona się zacznie śmiać, to chyba zapadnie się pod ziemię… Co ten Antoni robi? Nie widać go w tych krzakach. Mówił, że tylko chce się wysikać, a to wygląda na grubszą sprawę. Poszedł tam i nie zabrał papieru? Zaraz, jeśli on tam coś robi i się nie podetrze, to za chwilę będzie śmierdzieć w samochodzie. Nie, na to nie mógł pozwolić, bo jak gówniany smród raz się przylepi do samochodu, to koniec.
Sięgnął do schowka przed siedzeniem pasażera i wydobył stamtąd rolkę. Zawsze ją tam wozi, bo przecież nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć w trasie.
Wyskoczył z furgonu i poszedł tam, gdzie przed chwilą stał młodszy kolega.
– Antoni, kaj żeś je? – zawołał.
– Tukej żech je – usłyszał z krzaków.
– A co tam robisz w tych habyziach?
– Jak co? No wiysz, co sie robi w habyziach.
– Przyniósł żech ci srajtaśma – rzucił Arek i roześmiał się głośno. – Bo z brudnym zadkiem nie wpuszczam.
Rozczochrana głowa Antoniego wynurzyła się z chaszczy. Chłopak uśmiechał się od ucha do ucha.
– A co ty se myślisz, że jo jakiś kretyn? Mom chusteczki higieniczne. Je żech czysty jak niemowlak.
– Ino sie dobrze podetrzij i chodź, jadymy, bo…
Obaj spojrzeli w stronę wjazdu z szosy. Jakiś samochód zjechał z niej właśnie i powoli zbliżał się do nich.
– Chce sie jeszcze kto załatwić – uznał Antoni.
Wyszedł z krzaków i ruszył w kierunku samochodu. Arek z papierem toaletowym w dłoni poszedł za nim. Granatowa Toyota Avensis zatrzymała się tuż za ich furgonem. Ze środka wyszło dwóch mężczyzn. Wyższy, ostrzyżony na łyso, miał na sobie kurtkę dżinsową i spodnie do kompletu. Drugi, niższy, zachował trochę włosów na głowie, ale były przycięte bardzo krótko. Ubrany był w popielate spodnie dresowe o szerokich nogawkach, ozdobionych na całej długości białymi paskami. Obcisła biała koszulka podkreślała rzeźbę mięśni ramion i piersi. Obaj szli niespiesznym krokiem w kierunku Antoniego i Arka.
– Ej, ty. – Niższy wskazał palcem Arka.
– Jo? – Chłopak przyłożył dłoń do piersi.
– Ten Volkswagen to wasz? – zapytał.
– A bo co? – odpowiedział Arek.
– Nic. Chcieliśmy tylko wiedzieć.
– Ale panowie, o co chodzi? – zapytał Arek, wyczuwając, że ci dwaj mają złe zamiary.
Przybysze spojrzeli po sobie.
Wyższy skinął głową, a niższy odpowiedział mu lekkim uśmiechem. Obaj jak na komendę sięgnęli do tyłu, zza pasków spodni wyciągnęli pistolety i wycelowali je w chłopaków. Ci przez sekundę stali jak zamurowani, nie wiedząc, jak się zachować. Chyba czekali, aż ktoś powie „ręce do góry!”. Ale nikt nic nie powiedział, nie wymówił ani słowa. Łysy pociągnął za spust i Arek padł na wznak jak rażony gromem. Antoni od razu skoczył w bok i dopadł krzaków. Niższy posłał za nim kulę, a ta trafiła chłopaka w plecy. Ranny, oparł się o drzewo ręką i wtedy dostał drugą kulą w głowę.
– Mógł ci uciec – rzucił oskarżycielsko łysy.
– Nie pierdol – odparł niższy. – Uciekł czy nie? Dostał w łeb i po nim. Popatrz se lepiej na tego twojego.
Wyższy podszedł do leżącego na plecach Arka. Ten miał otwarte oczy. Malowało się w nich przerażenie zmieszane z niedowierzaniem. Mężczyzna spojrzał badawczo, zapewne oceniając stan postrzelonego.
– No dalej, kurwa, Kermit! – ponaglił go niższy.
Łysy wycelował w głowę Arka i pociągnął za spust.
– Załatwione – stwierdził.
Podeszli do Volkswagena. Niższy otworzył boczne drzwi. Na podłodze leżała duża, czarna sportowa torba. Otworzył ją i zajrzał do środka.
– I co? – zapytał łysy.
– Cieszymy się – odparł mały.
Chwycił torbę za uszy i przerzucił sobie przez ramię. Obaj wrócili do samochodu.
Minutę później na rozjeżdżonej leśnej drodze zapanowała cisza, przerywana tylko odgłosami samochodów na szosie.
Po chwili nad lasem odezwał się pierwszy grzmot.
Po wodzie niósł się charakterystyczny, szorstki głos trzciniaka, który oznajmiał wszystkim w okolicy, że już świta, więc czas brać się do pracy.
– Karra-karra-kirr… czek-czek czek… karra.
Karol Czok, emerytowany majster z elektrowni, uśmiechnął się, bo mu się zdawało, jakby ten trzciniak wołał do niego. Nie widział ptaka ukrytego w trzcinach, ale był przekonany, że za chwilę gdzieś mu się pokaże. A wtedy mu powie: „Dzień dobry, kolego”. Wsłuchany w ten ptasi głos, zapalił papierosa i odwrócił się za siebie, by zobaczyć, jak słońce wyłania się zza gigantycznych kominów.
Promienie przechodziły przez kłęby pary unoszącej się nad Elektrownią Łaziska, i oświetlały dwie wieże kopalni Bolesław Śmiały, masywną basztową i lżejszą strzałową. Lubił ten widok i kiedy przychodził tu na ryby, nad staw Brada, w dzielnicy o tej samej nazwie, stał tak wpatrzony w ten spektakl światła i pary, niezmiennie nim zauroczony. Nie potrafiłby powiedzieć, co go w tym pociągało. Nieraz się nad tym zastanawiał, stojąc rano z papierosem w ustach i sycąc wzrok wielkością… Tylko czego? Boskiego światła czy ludzkiej myśli, która na drodze promieni słonecznych postawiła te wielkie szaropopielate kolumny. Kiedyś powiedział szwagrowi, który przyjechał tu z nim na ryby, że czuć w tym widoku wielką moc, ale nic więcej nie potrafił wyjaśnić. Pokazał tylko na zaciśniętą pięść, która miała to symbolizować. Szwagier wiedział, o co mu chodzi. Dlatego wyjął halbę czystej z torby i rozlał do kubków – na wzmocnienie mocy.
Tego dnia szwagra nie było, bo coś ostatnio słabo się czuje i cherla, jakby był zaziębiony. Karol powiedział mu, że ma iść do lekarza się przebadać, bo taki kaszel to nic dobrego. Ale co się dziwić, skoro chop przez całe życie robił na grubie. Dopiero niedawno przeszedł na emeryturę i od razu zaczął się kiepsko czuć.
Karol Czok pomyślał, że szwagrowi przydałaby się jakaś pomoc, ale co on właściwie może zrobić? Przesłać mu co najwyżej moc dobrych myśli i wypić za jego zdrowie. Z tego na pewno by się ucieszył. Trzeba dochować wierności tradycji i zrobić to, co robili zawsze razem. Sięgnął do leżącej na trawie zielonej torby rybackiej i z zewnętrznej kieszeni wydobył srebrzystą piersiówkę. Odkręcił ją i pociągnął solidny łyk. Wódka była jeszcze zimna, bo rano przed wyjściem z domu Karol nalał ją z flaszki stojącej w lodówce. Zamlaskał zadowolony, spojrzał jeszcze raz na wstające słońce za wielkimi kominami i zajął się rozkładaniem wędek.
Chwycił pierwszą, tę teleskopową do łapania na grunt, i z kijem w dłoni zaczął penetrować wzrokiem toń. Woda była spokojna, niezmarszczona najmniejszym podmuchem wiatru. Drzewa rosnące po drugiej stronie stawu, oświetlone promieniami słonecznymi, pięknie odbijały się w tafli. Na przeciwległym brzegu siedziało trzech wędkarzy. Jeden z nich to chyba stary Zięba, ale tego nie mógł być pewien na sto procent.
Nie miał okularów do patrzenia na odległość, bo niby nie potrzebował. Używał tylko tych do czytania, ponieważ liter w gazecie nie widział za dobrze. Dlatego dobrał sobie odpowiednie szkła w aptece i zakładał je do czytania gazety, gdy chciał się dowiedzieć, co słychać na świecie. Może by iść do okulisty się przebadać i zamówić sobie takie bryle do dali i bliży? Tyle że to może sporo kosztować. Zresztą jaki to ma sens? Co za różnica, czy tam, na drugim brzegu, siedzi Zięba czy inny leber. Ważne, że Karol widzi to, co jest bliżej, czyli ważniejsze niż to, co gdzieś daleko.
Choćby tu, z prawej, widział rozkładającego swój sprzęt Anzelma Popioła. Ten niedźwiedziowaty brodacz też tu przychodził, kiedy tylko mógł urwać się z domu. Podobnie jak Czok jest emerytem. Znają się od zawsze, obaj są Bradziokami.
Anzelm skinął mu głową, a Czok pomachał i wrócił do swoich wędek. Każdy miał swoją robotę i nie było co tracić czasu na gadanie. Jednak po wędkowaniu to co innego. Przychodzili do siebie, żeby sprawdzić, co ten drugi złowił. Połowy tu nigdy nie były obfite, zdarzały się płotki, okonie, a niekiedy można było nawet wyciągnąć szczupaka. Ale staw Brada nigdy nie był specjalnie rybny. Jeśli zależałoby im na poważnych zdobyczach, mogliby jeździć trochę dalej, na Osadnik. Ale obaj byli przywiązani do swoich miejsc i pewnie też do tych widoków, których nie oferowało żadne inne.
Ostatnio nawet zapytał Popioła, czemu zawsze przyjeżdża tutaj, skoro w okolicy jest tyle innych miejsc.
– Bo jo żech jest tu doma – rzucił krótko były hutnik, który całe życie przepracował w Hucie Łaziska, tu, po sąsiedzku, po drugiej stronie drogi z Wisły na Katowice.
Co ciekawe, Czok go doskonale rozumiał. Tu są u siebie, więc ten kawałek brzegu z lustrem wody jest ich, no może nie formalnie, ale przez zasiedzenie na pewno.
Założył dżdżownicę na haczyk i zarzucił pierwszą wędkę. Potem oparł ją o rozcapierzony stojak, wbity w miękką ziemię, i już chciał szykować kolejną wędkę, gdy do jego uszu dobiegł krzyk. Czok spojrzał w prawo.
Popiół machał do niego ręką.
– Zgupioł żeś, Anzelm? – zawołał do sąsiada.
– Pódź sam, migiem!
– Co?
– Pódź.
– Co je?
– Niy godej nic… Pódź.
Czok rzucił papierosa i go rozdeptał.
Ten Popiół chyba zobaczył w wodzie swoją gębę, bo wygląda na przestraszonego, pomyślał i ruszył w jego kierunku.
Kolega wędkarz stał jak skamieniały, wpatrzony w toń.
– A coś tam zoboczył, chopie?
– Sam się podziwej.
– Bo jak żeś zobaczył halba gorzołki, to jo ci godom, że… – Czok zatrzymał się nad brzegiem i spojrzał w lewo w szuwary.
To miejsce wskazywał palec Popioła.
Nachylił się jeszcze bardziej i naraz poczuł, jak cała krew spływa mu do nóg.
– Jezusie Maryjo… Utopiec? – zapytał go bojaźliwie Popiół i przeżegnał się bezwiednie.
Czok zrobił to samo, po czym wskazał na zwłoki.
– Toć to dziołcha… Trza jom wyciongnonć.
– A jak cię wciongnie? Niy słyszoł żeś o utopcach, wciongajom pod woda. Nawet niy dosz rody pitnąć, a on…
– Przeca godom ci, że to dziołcha, niy żodyn utopiec.
– Jezu Chryste…
– Muszymy jom wyciongnońć.
Czok zaczął zdejmować buty, skarpetki i spodnie. Nie miał woderów, bo nigdy ich nie potrzebował na tym stawie. Popiół, widząc, jak kolega się przygotowuje, też się rozebrał. Pierwszy wszedł do wody Karol. Powoli ruszył w kierunku unoszącej się na wodzie białej tkaniny. Gdy podszedł bliżej, przystanął, żeby się przyjrzeć. Tak jak przypuszczał, była to młoda dziewczyna. Mógł wyraźnie dostrzec rysy twarzy i jasne, długie włosy.
– Niy żyje – powiedział cicho.
– Co godasz? – Popiół stanął obok niego i znów się przeżegnał. – Najświyntszo Panienko, tako młodo frelko…
– Bier jo pod ręka, jo pod drugo, i wyciongomy – zakomenderował Czok.
Niespodziewanie dla samego siebie objął dowodzenie. Popiół słuchał poleceń bez żadnych zastrzeżeń. Od zawsze tak miał, że robił to, co mu kazali w hucie jego przełożeni. A Czok przez wiele lat w elektrowni był majstrem, więc wydawanie poleceń było dla niego czymś naturalnym.
– Pozor, chopie, żeby my jij jeszcze niy uszkodzili – instruował kolegę.
Najdelikatniej jak potrafili, chwycili ją i pociągnęli za sobą. Przy brzegu unieśli ciało i zrobiwszy kilka kroków, położyli ostrożnie na trawie. Zaraz wyprostowali się i uważnie spojrzeli na martwą dziewczynę.
– Znasz jom? – zapytał Czok.
– Niy. – Popiół pokręcił głową.
– Jo tyż jom piyrszy roz widza.
– To niy naszo dziołcha.
– Patrz sie, jakby do piyrszyj komunii szła – stwierdził Karol. – Mo tako bioło sukienka.
– Za staro do komunii. Może na weselu była? – zauważył Anzelm.
– Kaj tam na weselu? Przeca dziś poniedziałek. A wesela som w sobota.
– A poprawiny to co? W niedziela przeca.
– Prowda, mogła z wesela przijść. Z Leśnej Restauracji sam niedaleko…
– Ale po co prziszła?
Czok wzruszył ramionami.
Obaj jeszcze przez chwilę stali wpatrzeni w dziewczynę. W końcu emerytowany elektryk włożył rękę do kieszeni wędkarskiej kamizelki.
– O to niyech sie mortwi policyjo – rzucił i wyciągnął z kieszeni telefon.
Miał bardzo dobry aparat komórkowy. Żaden tam smartfon z szybką, ale porządny telefon z dużymi knyflami do wciskania. Dzięki nim nie mylił się nigdy, wybierając numer albo szukając tych już zapisanych w telefonie. Syn mu kupił pod choinkę ten telefon, żeby fater sobie mógł, mimo pogorszającego się wzroku, bez problemów się dodzwonić, gdzie będzie chciał.
Wystukał numer alarmowy. Niemal natychmiast usłyszał głos operatorki.
– Halo, dzień dobry, mówi Karol Czok z Łazisk Górnych, zamieszkały na ulicy Cieszyńskiej czterdzieści sześć. – Bez zastanowienia przeszedł na czystą polszczyznę. Nie dlatego, że wstydził się śląskiej godki. Po prostu przez lata pracy jako majster w elektrowni przywykł do tego, że z inżynierami i ludźmi spoza Śląska rozmawia po polsku. Również teraz, rozmawiając z operatorką numeru alarmowego, wolał mówić w ten sposób, żeby nie miała żadnych wątpliwości. – Jestem nad stawem Brada w Łaziskach. Dojazd od ulicy Ceglanej. Właśnie z kolegą Anzelmem Popiołem wyciągnęliśmy z wody młodą dziewczynę, która niestety nie żyje.
Przez chwilę słuchał pytań operatorki.
– Słuchaj mnie, dziołcha – przeszedł na śląski, uznawszy zapewne, że przekazał już precyzyjnie wszelkie potrzebne informacje. – Jo terozki stoja na brzegu, a na trawie leży mortwa dziołszka. I widza, że niy żyje, bo niy dycho, a dopiro co my jom wyciongli z wody. Bydymy sam siedzieć prziy nij i czekoć, aż przyjedzie policjyo, i sie nie frasuj, niy ostawimy jij samyj, bo to by było niy po chrześcijańsku. Czekomy.
Skończył rozmowę i spojrzał na kolegę.
– Zaroski przyjadom – wyjaśnił.
Popiół pokiwał głową i wyciągnął z kieszeni paczkę tytoniu i bibułkę. Podał je Karolowi, a ten wziął szczyptę i skręcił fachowo. Wolał, co prawda, swoje Camele, ale przecież nie wypada odmawiać koledze, zwłaszcza w takiej sytuacji. Zapalił, a potem spojrzał na wielkie kominy, spowite kłębami pary. I przyszło mu do głowy, że wraz z nimi unosi się gdzieś ku niebu niewinna duszyczka tej dziewczynki. Pomyślał, że ryby miały dziś więcej szczęścia niż ona.
Sypialnia, wyłożona kartonowo-gipsową płytą, wyglądała doskonale. Oczywiście brakowało jeszcze ostatecznego szlifu, to znaczy wyszpachlowania i pomalowania, ale to przecież szczegóły. Było tu jeszcze roboty na co najmniej tydzień, może nawet półtora.
Stanisław Cieślak mógł być z siebie dumny. Już wiedział, że jego pokój na poddaszu będzie wspaniały. Dotychczas spał na dole, w gościnnym, gdzie nocą, w wietrzne dni, słychać było szum fal i drzew. Ale stąd, z nowego pokoju, na pewno będzie jeszcze lepiej. Z tym że na nocne seanse dźwiękowe będzie musiał trochę poczekać. Jego okno wychodziło na pole, za którym rozciągał się pas lasu porastającego wydmy, a dalej już plaża i morze. Wody nie było stąd widać, ale jemu wystarczała sama świadomość, że to zaledwie czterysta metrów stąd, jakieś pięćset kroków. Pamiętał, że gdy był mały, z bratem Bronkiem biegali ścieżką między polami. I wtedy wychodziło im niespełna tysiąc kroków. Po latach wynik i dystans się zmieniły. Wówczas wydawało się to na tyle daleko, że trzeba było biec na plażę, żeby nie tracić czasu. Dziś chodzi zdecydowanie wolniej, ale już sam spacer przez pole jest dla niego wielką przyjemnością. Stanisław zwykł przechodzić przez lasek do wydmy, zdejmować buty i iść boso, by zaraz dotrzeć do szerokiej plaży.
Szum fal, powiew wiatru, morski słony zapach przesycony jodem i uderzający w nozdrza stanowiły jedyny w swoim rodzaju wybuchowy ładunek szczęścia, który napełniał jego serce radością. Ten widok, za każdym razem inny, mniej lub bardziej pełen światła i kolorów, upewniał go w przekonaniu o wielkości Bożego dzieła. To właśnie w przyrodzie, w jej pięknie i majestacie, najwyraźniej dostrzegał ogrom pracy Stwórcy i jednocześnie czuł się istotnym ziarenkiem w boskiej piaskownicy. Ksiądz Stanisław Cieślak siadał na piasku, wyciągał paczkę Marlboro i zapalał jednego. Tylko jednego na dzień, i akurat w takich okolicznościach. Jako kryptopalacz palił od czasu do czasu, tam, na plaży, gdy obserwował grę barw na morskich falach i czuł jakby boskie tchnienie owiewające jego twarz.
Dziś nic nie będzie z palenia, pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie. Musi jeszcze pojechać do Koszalina po gładź szpachlową i grunt. Jeśli dziś uda mu się zaszpachlować wszystkie nierówności i połączenia płyt, to jutro będzie mógł gruntować.
Jeszcze raz rzucił okiem na swoje dzieło i zadowolony wyszedł z pokoju. Zszedł schodami. Gdy tylko znalazł się w kuchni, poczuł aromatyczny zapach kawy.
– O, jest nasz niewykwalifikowany robotnik – powitała go siedząca za stołem Matylda.
– Kwalifikacje nie są najważniejsze – odpowiedział, uśmiechając się szeroko. – Liczy się przede wszystkim zapał, no i odrobina Bożego błogosławieństwa.
– Tak, tak, zapał i błogosławieństwo to elementy konieczne do palenia czarownic. W tym byliście nieźli – odpowiedziała mu, zadowolona, że się tak pięknie podłożył.
Stanisław lubił z nią dyskutować na każdy temat, bo pojedynki na argumenty z emerytowaną śledczą sprawiały mu sporo satysfakcji. Matylda była osobą niezwykle inteligentną i – co ważne – wyposażoną w ogromną wiedzę, więc podczas ich starć aż iskrzyło w powietrzu.
Tego ranka nie miał jednak ochoty na gierki słowne, bo chciał skończyć szpachlowanie.
– Jesteśmy nadal! – stwierdził od niechcenia, podchodząc do ekspresu.
Podstawił kubek i wybrał ikonkę zwykłej kawy.
– Jak to? – Matylda z zainteresowaniem spojrzała na niego znad tygodnika.
Stanisław uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że połknęła haczyk, ale postanowił nie dawać jej satysfakcji.
– Codziennie palimy podczas mszy świece i kadzidło.
– Padre… – machnęła ręką, wypuszczając z niej tygodnik. Najwyraźniej spodziewała się ciętej riposty, a tu tylko kapiszon. – I w ten sposób przyczyniacie się do efektu cieplarnianego. Ile jest kościołów w samej Europie? Zaraz… jedna świeca to jakieś osiemdziesiąt watów… Policz sobie, tysiące kościołów, codziennie, przez cały rok… a wy jeszcze dokładacie kadzidło.
– Czysta demagogia, droga Matyldo! – podsumował Stanisław jej wyliczenia. – Atmosfery nie ogrzewa ciepło ze świec, tylko dwutlenek węgla. Gdyby było inaczej, musielibyśmy zakazać ludziom picia gorącej herbaty albo… kawy – wskazał na jej kubek.
– Nie, mój wielebny – pokręciła głową, nie dając za wygraną. – Kościół od wieków walczy z ludźmi, którzy zadają niewygodne pytania. Ludzie mają wierzyć bez zastrzeżeń i nie interesować się światem, bo odpowiedzi na wszystkie pytania zawiera Biblia. A jeśli ktoś był zbyt dociekliwy, trafiał na stos. I tu wracamy do początku naszej dyskusji…
– Matyldo, ja nie dyskutuję, tylko piję kawę.
– Ha, uciekasz z pola walki! – zawołała z tryumfem w głosie.
– Nie uciekam, tylko jadę do Koszalina. Potrzebujesz czegoś z miasta?
– Nie wiem, musiałabym się zastanowić… Może flaszeczkę koniaku? Mógłby być Ararat, bracie szafarzu.
– Jasne, zrobi się. A wina mszalnego nie chcesz?
– Zwariowałeś? Takiego cienkusza nawet pan Zagłoba by nie tknął.
– No widzisz, jaka to ciężka praca. Zagłoba by nie tknął, ty byś nie tknęła, a ja muszę.
– Podziwiam twoje poświęcenie, wielebny.
– A gdzie mój ukochany braciszek? – Stanisław rozejrzał się po kuchni, tak jakby jego brat mógł się ukryć gdzieś w jej zakamarkach.
Kuchnia została odnowiona w zeszłym roku i musiał przyznać, że remont, którego dokonał własnoręcznie, przyniósł znakomite efekty.
Jakiś czas temu bracia Cieślakowie dostali w spadku po zmarłej ciotce stary przedwojenny dom z czerwonej cegły, przykryty bordową dachówką, wraz ze stodołą, oborą i stajnią. Nieruchomość zapisała im obu, ale Stanisław zrzekł się swojej części na rzecz brata – pod warunkiem, że będzie mógł korzystać z domu i przyjeżdżać tu na odpoczynek. Na co dzień mieszka w Warszawie, więc z przyjemnością spędza tu czas wolny. Dodatkowo, jako zapalony majsterkowicz, wziął się do odnawiania starych wnętrz. Dotąd wyremontował kuchnię, pokój gościnny i sypialnię na dole, a teraz przyszedł czas na jego pokój na poddaszu. Ale nie tylko malowaniem i szpachlowaniem zajmował się Stanisław. Odnowił też stare meble. Kredens, stół kuchenny, krzesła – wszystkie te sprzęty nabrały nowego wyglądu. Zdarł stary, łuszczący się lakier, przeszlifował każdy centymetr i pomalował specjalnym białawym lakierem, konserwującym i jednocześnie odsłaniającym słoje. Matylda miała mieszane uczucia co do tej renowacji, bo lubiła klimatyczne starocie, ale nie powiedziała tego Stanisławowi, żeby nie sprawiać mu przykrości. Zresztą nie była tu u siebie. Jej przyjaciel Bronek, brat Stanisława, tu gospodarzy, a ona jest tylko… jego przyjaciółką.
Oboje owdowieli i na emeryturze zaczęła się ich bliższa zażyłość. Matylda wiele lat temu przyjmowała Bronka do pracy w wydziale dochodzeniowo-śledczym komendy stołecznej. Była zastępcą kierownika, a on początkującym oficerem śledczym. Lubili się i szanowali w pracy, ale prywatnie każde z nich miało własne życie. Kilka lat temu trafili na siebie przypadkiem i odtąd ich ścieżki splatały się tak mocno, że teraz podążali razem jedną drogą.
– Poszedł po zakupy – wyjaśniła Matylda.
Niczego więcej nie musiała dodawać, tymczasem drzwi się otworzyły i wszedł Bronek, postawny siedemdziesięciolatek ze starannie przyciętym wąsem i pokaźną łysiną na czubku głowy. Bracia byli do siebie podobni, choć pięć lat młodszy od niego Stanisław miał jeszcze trochę włosów na skroniach przyprószonych siwizną.
– Czuję kawę – rzucił od progu Bronek, któremu już w pierwszy dzień pracy koledzy w wydziale nadali przezwisko „Borewicz”.
Nie miał szansy na inne, skoro nosił takie samo imię i nazwisko jak aktor grający głównego bohatera popularnego wtedy serialu.
– Kawa jest, tylko trzeba sobie zrobić – rzuciła Matylda. – Ja mogę naszykować kanapki.
Nie znosiła robić kanapek, ale dzięki temu unikała wcielania się w rolę kobiety parzącej kawę mężczyznom. Była wyemancypowana i przekonana o równouprawnieniu, kiedy było jej to na rękę. Sama nie miałaby nic przeciwko temu, by podawano jej kawę.
– Kupiłem świeże bułki, szynkę, ser i masło – wyjaśnił Bronek, kładąc foliowe torby na stół.
– Czy byłbyś tak uprzejmy i podał deskę z nożem? – Matylda uśmiechnęła się słodko do Stanisława.
Ksiądz w cywilu nie sprzeciwił się. Podszedł do białego kredensu, wyjął z szuflady nóż i chwycił deskę leżącą na blacie.
– A, byłbym zapomniał – odezwał się Bronek. – Sprawdziłem skrzynkę i znalazłem list do ciebie, Matyldo.
– Do mnie?!
– No chyba że jest tu jeszcze jakaś inna Matylda Kaczmarek.
Bronek podszedł do ekspresu i podstawił kubek. Matylda zaczęła kroić bułki, a Stanisław, nie chcąc siedzieć bezczynnie, zaczął je smarować masłem. Te posmarowane kładł na ładnym przedwojennym talerzu, ozdobionym malowanymi kwiatkami.
– A gdzie masz ten list? – zapytała w końcu Matylda.
– Tam, w torbie z szynką.
– O, bogowie – westchnęła.
Z powodu Staszka używała liczby mnogiej, by dać mu do zrozumienia, że ten, w którego on wierzy, jest tylko jednym z wielu. Ale zaczepka się nie udała, bo Stanisław był skupiony na starannym smarowaniu.
– Kto to widział, żeby w dzisiejszych czasach pisać listy! Dziś pisze się mejle, esemesy albo te no, tłity… – narzekała, choć sama wysyłała do swoich bliskich kartki świąteczne i wakacyjne.
– Urzędy lubią listy i jeszcze długo będą je wysyłać – stwierdził ksiądz.
– To nie żadne pismo – wyjaśnił były policjant. – Zresztą jaki urząd wysłałby coś tu do Matyldy, przecież ona tu nie mieszka.
– Nie pismo? To co… Zaraz, gdzie ten list? – Zaczęła przetrząsać torbę z zakupami. – No jest. Masz ci los! Kto to widział, żeby kopertę wsadzać do szynki. Widzisz, Bronek, list cały uświniony. No i jak teraz mam go…
– Kto do ciebie napisał? – zapytał, nie zwracając uwagi na pretensje.
Przyzwyczaił się już do nich na tyle, by nie podejmować w takich sytuacjach polemiki.
– Zaraz, gdzie są moje okulary? Miałam je tu przed chwilą, jak czytałam „Politykę”. Kto mi je…
– Proszę bardzo. – Stanisław podsunął jej okulary w drucianej oprawce, które wyciągnął spod tygodnika.
– Nie żebym tak bardzo ich potrzebowała, ale… – Była nieco przewrażliwiona w kwestii swojego wieku i pewnych słabości, jakie przynosi zaawansowana dojrzałość. – Ale wiecie, że po sześćdziesiątce oczy szybciej się męczą.
Wiedzieli. Obaj byli po sześćdziesiątce, a Matylda jest od nich starsza. Jednak obaj byli na tyle taktowni, by nie wypominać jej wieku.
– No dobra, spójrzmy, kto to… O, jest z tyłu adres. Katarzyna… To przecież siostra mojego Gustawa! Ona mieszka w Mikołowie. Wiecie, gdzie ten Mikołów jest?
Bronek zaczął nakładać plastry szynki na posmarowane bułki, a Staszek dokładał ser. Matylda rozcięła kopertę ubrudzonym nożem, wydobyła list i zaczęła czytać.
– No i co? – zapytał Stanisław, widząc, jak uśmiech znika z jej twarzy.
– No mówże, co się dzieje – ponaglił ją Bronek, dostrzegłszy, że Matylda pobladła.
Położyła list na stole i spojrzała na nich.
– Podobno kłopoty mają to do siebie, że znajdą cię wszędzie. Te znalazły mnie w Chłopach, na samym końcu Polski.
– I co? – zapytał Stanisław.
– Pojedziemy do Mikołowa.
Za oknem, na polu, odezwał się traktor.
Sąsiad Marian Mazguła zaczął prace polowe.
Dość późno jak na zwyczaje rolników, ale Marian należy do ludzi ceniących sobie spokojny sen. Szczególnie taki po flaszce chłodnej wódki.
Wyobraźcie sobie zapach wilgoci i węgla. Gdzieś ponad głową jednostajny szum wentylacji, a z oddali dochodzą odgłosy zwielokrotniane przez sklepione korytarze. I do tego wszystkiego szmer wody, która płynie gdzieś tu, choć jej nie widać. Kopalnia wita gości swoją własną mową, apelując do wszystkich zmysłów, budząc w przybyszu respekt i strach. Wszystkie te uczucia ogarnęły mnie, gdy tylko wyszedłem z windy.
W życiu bym nie przypuszczał, że kiedyś zostanę górnikiem. Jako dzieciak chciałem być wszystkim pilotem, astronautą, nawet piratem. Ale nie człowiekiem, który codziennie zjeżdża trzysta metrów pod ziemię. Owszem, jazda w dół ma w sobie element tajemniczości jak wyprawa po ukryty skarb. Ale codzienna, monotonna praca pod ziemią, ze świadomością, że nad głową ma się tysiące ton skał, może być deprymująca. W przedszkolu malowałem na czarno tuby sklejone z brystolu, ozdabiałem je pióropuszami z krepiny i zakładałem dumnie na głowę, by świętować Barbórkę. Świętowałem, tańcząc i śpiewając Poszła Karolinka do Gogolina… Ale wtedy nigdy, nawet przez sekundę, nie pomyślałem, że kiedyś będę pracował w kopalni.
A tu, proszę, stoję w chodniku kopalni Guido w Zabrzu, na poziomie trzystu dwudziestu metrów. Wiecie, co to znaczy? Dokładnie tyle metrów skał, węgla, ziemi i czego tam jeszcze wisi nad moją głową i nie wiadomo, dlaczego nie… Nie, zdecydowanie lepiej tego nie wypowiadać na głos, bo można jeszcze sprowadzić na siebie nieszczęście.
Nie jestem wcale bojaźliwy, ale świadomość tego ogromu, który wisi nad człowiekiem, robi wrażenie. Będę musiał się przyzwyczaić do tego. Przez najbliższe cztery dni będę pracował pod ziemią. Tyle że zamiast fedrować, będę kręcił film. Strach podobny, tylko ręce mniej brudne. Wraz z moją ekipą filmuję, to znaczy filmujemy, czyli robimy film o kopalni. Niby praca prostsza od wydobywania węgla, ale ciarki przechodzą po plecach.
– Co tak stoisz? – spytała Kama.
Moja dziewczyna w kasku górniczym wyglądała doskonale. Prawie jak przodowniczka pracy z plakatu w latach pięćdziesiątych. Zresztą ona należy do tego typu kobiet, które niezależnie od tego, w co się ubiorą, zawsze robią świetne wrażenie na ludziach. Gdyby założyła zwiewną sukienkę i szpilki, mogłaby występować na wybiegu. Ma piękne, harmonijne rysy twarzy, brązowe oczy i jasne włosy. Gdy poznaliśmy się kilka lat temu, była brunetką. No ale wiadomo, za dziewczyną nie nadążysz. Dziś ma na sobie buty trekkingowe, spodnie bojówki i lekką kurtkę, bo pomimo upału na górze – tu jest dość chłodno. I to akurat stanowi przyjemną odmianę.
Nie przepadam za upałami i nigdy się nie opalam, bo należę do ludzi o jasnej karnacji, więc przebywanie na słońcu kończy się dla mnie niezbyt przyjemnie. W ciągu trzydziestu pięciu lat mojego życia skóra po opalaniu schodziła ze mnie przynajmniej trzydzieści trzy razy. Być może nawet trzydzieści pięć, ale tych pierwszych dwóch nie pamiętam. Za to utkwiło mi w pamięci, jak w wieku trzech lat trafiłem na pogotowie z udarem słonecznym…
Chłód w kopalni Guido zdecydowanie mi odpowiadał. Ale nie był w stanie zrekompensować poczucia zagrożenia wywołanego świadomością, co wisiało nad moją głową.
– Nie, tylko tak się zastanawiam – odparłem niby pogodnie, ale tak naprawdę próbowałem ukryć swój strach.
– Nad czym?
– No wiesz, nad tym, gdzie najlepiej by zacząć.
– Marcinku, co ty gadasz? Przecież wszystko jest w scenariuszu.
Wskazała na reporterską podkładkę, do której przypięte miała wszystkie papiery.
To Kama odpowiadała za produkcję naszego nowego filmu reklamowego, a ja byłem od koncepcji i reżyserii. Był jeszcze Wasyl, operator kamery, wielki facet o gołębim sercu, małomówny fachowiec, mistrz w swoim rzemiośle.
– Wasyl, gdzie chcesz zacząć? – zapytałem na wszelki wypadek, by ukryć rozkojarzenie.
– Wszystko jedno. – Operator wzruszył ramionami.
Jak zwykle. Mówił niewiele, za to kamerą potrafił powiedzieć wszystko.
No i musiałem sam podejmować strategiczne decyzje. Ale na szczęście z pomocą przyszedł mi Darek, przewodnik po kopalni. Przed chwilą zostawił nas przy windzie i kazał czekać, ale na szczęście wrócił i chyba miał jakiś pomysł. I całe szczęście, bo nie mogłem się psychicznie odnaleźć w tym podziemiu.
– Słuchajcie, pójdziemy teraz tam – wskazał jakąś bliżej nieokreśloną przestrzeń.
– A co tam jest? – dopytałem na wszelki wypadek, żeby w ogóle coś powiedzieć.
– Tam jest więcej miejsca – wyjaśnił Darek, szczupły trzydziestolatek, który podobno o tej kopalni wiedział wszystko.
Mówił nam jeszcze na górze, że to jego rodzinna kopalnia, więc ma do niej szczególny sentyment.
– Czyli możemy rozstawiać klamoty – upewniłem się na wszelki wypadek.
– Jeśli kamerę ustawimy na wyjście z windy, może będziemy mieli w tle ludzi, którzy tu zjadą z grupą wycieczkową – uznała Kama.
Ona już myślała obrazem. Ale co się dziwić? Od kilku lat pracujemy ze sobą, więc zna się na robocie.
– Światło jest potrzebne – oznajmił Wasyl i zarzucił sobie na ramię torbę ze statywem.
Kamerę miał zawieszoną na drugim ramieniu. Przeszedł kilka kroków, wybrał miejsce i zaczął się rozstawiać. Wziąłem walizkę ze światłem i poszedłem za nim. Kama też miała kamerę, taką reporterską, czyli znacznie mniejszą. Gdy Wasyl będzie grać setkę ze statywu, Kama zrobi kilka dalszych i bliższych planów z ręki. A dla mnie zostanie najprostsza robota.
Musiałem wydobyć z Darka zeznania.
– To, panie Darku, zanim zaczniemy nagrywać, chciałem…
– Przegadać wszystko – wszedł mi w słowo, uśmiechając się pod wąsem, który spływał po policzkach i łączył się na podbródku.
– No wie pan, jak jest. To film promocyjny, więc nie może być taki cięty z metra. Musi być inny niż wszystko to, co się tu zazwyczaj gra – wyjaśniłem swój punkt widzenia.
Darek powinien wiedzieć, w czym rzecz, bo wszystko mu opisałem w mejlu, do którego załączyłem scenariusz. Kopalnia zleciła nam wykonanie filmu niestandardowego, a agencja, dla której pracuję od czasu do czasu, podjęła się tego zadania. Infoartfilm to firma zajmująca się realizowaniem zleceń reklamowych i promocyjnych dla poważnych firm za poważne pieniądze. Jej szef, mój kumpel Wojtek, był kiedyś dziennikarzem sportowym. Poznaliśmy się lata temu, gdy tuż po studiach obaj zaczynaliśmy pracę w telewizji publicznej. Później, kiedy wyrzucono mnie z firmy, bo nie chciałem tworzyć reportaży na zamówienie, nasze drogi się rozeszły, ale nadal byliśmy kumplami. To właśnie wtedy, gdy z trudem wiązałem koniec z końcem, Wojtek zaproponował mi pracę przy jakiejś reklamie. Chyba sobie poradziłem, bo odtąd miałem już stałe zlecenia. To kopalniane wziąłem dlatego, że nikt spośród stałych współpracowników Wojtka nie chciał się tego podjąć. Mnie wydało się proste realizacyjnie. Oczywiście pod warunkiem, że wpadnie się na odpowiedni pomysł. Wydawało mi się, że na taki wpadłem.
– Pewnie, wiem, w czym rzecz. Niejeden raz kręciliśmy tu filmy. Ja powiem panu, że występowałem tyle razy, że straciłem rachubę. Tylko po co to liczyć? Przecież nie jestem gwiazdą…
– A mnie w zasadzie chodzi, żeby pan trochę pogwiazdorzył.
Zrobił zdziwioną minę. Chyba go tym stwierdzeniem zaskoczyłem.
– Czyli że jak?
Spojrzałem na Kamę i Wasyla.
Byli jeszcze zajęci rozstawianiem sprzętu. Wasyl miał już kamerę na statywie, a Kama podłączała lampę do akumulatora.
– Czytał pan moje wytyczne do scenariusza?
– Oczywiście.
– No to wie pan, że…
– Tak, wszystko wiem. Nawet sobie przygotowałem taki wstęp. Może powiem?
– No jasne, oczywiście. Proszę bardzo – zachęciłem go. Chciałem wytworzyć odpowiednią atmosferę.
Wiedziałem z doświadczenia, że takie wypowiedzi przygotowane przez naszych gości, a do tego wykute na blachę, potrafią zarżnąć film. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby naprowadzić delikwenta na właściwy trop. I najlepiej podsunąć mu coś, co on uzna za własną opowieść.
Darek przyjął zawodową pozę: stanął w lekkim rozkroku i wyprostował nogi. Widać było, że wie, jak się to robi. A potem zaczął mówić, i to była zapowiedź katastrofy filmowej na miarę Titanica.
Witamy w kopalni Guido w Zabrzu. Zjechaliśmy właśnie trzysta dwadzieścia metrów pod ziemię. Jeszcze kilkanaście lat temu pracowali tu górnicy, dziś to jedna z najciekawszych tras turystycznych w Europie. Chcemy wam pokazać prawdziwą kopalnię, taką, jaką przez dziesięciolecia znali ludzie pracujący pod ziemią.
Mówiąc to, wymachiwał rękoma jak raper. Brakowało tylko przerywnika w postaci „joł, joł”.
– Ten ruch całkiem niezły – pochwaliłem go.
– Prawda? – ucieszył się. – Jak chcemy z tym filmem trafić do młodych…
– Młodzi oglądają rolki, a nie filmy promocyjne, więc kiedy będziemy grać rolkę, a mamy ich kilka zrobić, to wtedy pan się porusza, a my podłożymy jakiś bit. I to będzie strzał w dychę. Ale tu gramy dla starszej młodzieży, takiej z fejsa. I dlatego, panie Darku, spróbujmy nie zaczynać od dat i nazwisk. Chciałbym, żeby widz od razu poczuł, gdzie jest. Niech pan powie coś takiego, żeby człowiek przed ekranem pomyślał: kurczę, ja bym tam nie zjechał.
– Ale on ma tu zjechać.
– Właśnie o to chodzi. Ma zjechać, ale jednocześnie musi czuć respekt przed tym miejscem.
– Ile ton tego wszystkiego mamy nad głową? – Kama wskazała na skalne sklepienie, zabezpieczone stalowymi elementami łukowej obudowy chodnika. Od razu zorientowała się, nad czym pracuję i przeszła do urabiania Darka.
– Ton?
– Nie da się tego policzyć? – zapytała, robiąc przy tym wielkie oczy, jak nastolatka zapytana przez nauczyciela matematyki o wzór na obwód koła. – Może milion ton?
Darek pokręcił głową.
– To niemierzalne – wyjaśnił.
– I o to chodzi! – podchwyciłem. – Nie chodzi mi o liczby. Chodzi o emocje. Niech człowiek przed ekranem pomyśli, że tutaj przez dziesięciolecia codziennie ktoś przychodził do pracy, nie mając pewności, czy wieczorem wróci do domu. Tu ból i strach czuć do dziś… – Przerwałem, bo wydało mi się, że przeszarżowałem. Spojrzałem na Kamę.
Ta nieznacznie skinęła głową.
Darek myślał, a Wasyl czekał za kamerą. Kiwnąłem na niego, a on natychmiast zapalił światło. Ostry blask oświetlił Darka i przestrzeń za nim. Naraz winda za jego plecami ożyła. Ktoś zjeżdżał na dół.
– Możemy spróbować? – zapytałem.
– Chyba tak – odpowiedział Darek, lekko się uśmiechając.
– Akcja – zawołała Kama, odbierając mi ulubioną kwestię.
– Wyobraźcie sobie, że nad waszymi głowami znajduje się kilkaset metrów skał, które ważą miliony ton. A mimo to właśnie tutaj, głęboko pod ziemią, przez dziesięciolecia pracowali górnicy wydobywający węgiel. Każdy metr węgla wyrwany tej ziemi to ból, cierpienie i strach ludzi, którzy każdego dnia ryzykowali własne życie. Czasami, gdy idę kopalnianym chodnikiem, mam wrażenie, że wszystko to cały czas jest tu gdzieś, zamknięte w tej przestrzeni, pozostawione przez mojego pradziadka, dziadka i tatę. Dziś możecie przejść ich drogą i zobaczyć świat, który dla większości ludzi pozostaje niedostępny. Jeśli macie w sobie odwagę, taką górniczą, chodźcie za mną.
Odwrócił się i ruszył w głąb korytarza.
Wasyl nie odrywał oka od wizjera. Kama spojrzała na mnie i uniosła kciuk. Wiedzieliśmy już, że mamy otwarcie. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie dalibyśmy rady zaplanować i przede wszystkim zsynchronizować. Winda zatrzymała się na dole. Górnik otworzył kratę i wypuścił grupę kilku osób. Darek podszedł do nich, przystanął, wskazał coś i wszyscy ruszyli przed siebie.
Nikt z nas się tego nie spodziewał, ale wyszło doskonale. I to za pierwszym razem.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon, żeby sprawdzić czas. Na wyświetlaczu zobaczyłem, że mam nieodebraną rozmowę. Sprawdziłem, kto dzwonił. Matylda, moja przyszywana babcia. Musiała zadzwonić, kiedy jeszcze byłem na górze, bo tu przecież nie ma zasięgu.
No trudno, to musi poczekać. Oddzwonię, jak stąd wyjedziemy.
Jakiś ptak się wydzierał, oświadczając wszystkim, że znajdują się na jego terenie. Ale ludzie nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. Mieli własne sprawy, do których nie należało zainteresowanie krzykaczem. Zresztą nikt nawet nie potrafiłby go poprawnie nazwać. Ludzie chodzili, zatrzymywali się, patrzyli i znów gdzieś szli, nie zwracając uwagi na skrzydlatego awanturnika.
Komisarz Olaf Absalon, szczupły pięćdziesięciolatek, mający nieco ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, o twarzy ozdobionej czarno-siwą brodą i wąsami, nigdy nie widział trzciniaka. Za to w swojej policyjnej karierze widział już wiele trupów. Mimo to z zainteresowaniem i jednocześnie zawodową obojętnością patrzył na twarz dziewczyny. Jej rysy kompletnie nic mu nie mówiły.
Gdy jechał tu rano, miał nadzieję, że sprawa okaże się prosta. Jakaś panna poszła się kąpać w stawie, w miejscu niedozwolonym do kąpieli. Może kiepsko pływała, no i się utopiła. Co roku latem ktoś się topił na stawach i w gliniankach.
Ale topielica nie pasowała do żadnego schematu. Przede wszystkim nie była plażowiczką, bo nie miała na sobie kostiumu kąpielowego. Zresztą gdyby utopiła się podczas pływania, to ktoś by jej szukał. A z tego, co mówił dzielnicowy Jałowy, wczoraj nie wpłynęło żadne zgłoszenie.
Zaklął cicho pod nosem i splunął na trawę. I zaraz się przestraszył, że swoim materiałem biologicznym skazi obraz miejsca znalezienia zwłok. A potem popatrzył na technika Urbaniaka i uśmiechnął się do swoich myśli. Urbaniak deptał trawę, na której leżało ciało, i nie myślał nawet, by zabezpieczać jakieś ślady. Zresztą to nie było miejsce, w którym doszło do morderstwa, o ile w ogóle do niego doszło. Tu ci dwaj wędkarze, którzy teraz siedzieli na pniu powalonego drzewa dwadzieścia metrów stąd i palili, wytaszczyli zwłoki. Teraz najważniejsze jest ustalenie tożsamości i odpowiedź na pytanie, czy tej dziewczynie ktoś pomógł zejść z tego świata. Ale komisarz sam tego nie zrobi. Na razie musi uzbroić się w cierpliwość i czekać na fachową pomoc.
Liczył dziś na spokojną noc, ale pech chciał, że miał dyżur i był na komisariacie. Gdyby Orłowski był na miejscu, to on by pojechał. Ale nad ranem poleciał do jakiegoś pobicia i nie wrócił. Tymczasem to sprawa w sam raz dla Orłowskiego, a nie dla niego. Może jak wróci na komisariat, to się zorientuje, co się dzieje, i przyjedzie mu pomóc? Nie, co za bzdury! Nie może liczyć na tak wielkie szczęście i domyślność kolegi. Jak pech, to pech. Absalon będzie się musiał babrać w sprawie topielicy, a przecież ma teraz tyle na głowie.
Po tym, co wydarzyło się tydzień temu, powinien pójść do komendanta i poprosić o nadzwyczajny urlop. Nawet myślał o tym, że pójdzie i powie… No właśnie, problem w tym, że nie bardzo wiedział, co niby miał powiedzieć. „Szefie, muszę wziąć urlop, bo żona ode mnie odeszła. Powiedziała, że ma już dość życia pod jednym dachem z nieudacznikiem i odchodzi”. To miał mu powiedzieć? A komendant jest przecież obcym człowiekiem. Tymczasem komisarz nawet własnym dzieciom bał się o tym powiedzieć. Syn i córka byli już dorośli i mieli własne rodziny, ale to jednak dzieci. Wymyślił nawet taką bajeczkę: jeśli zapytają o mamę, powie, że pojechała do sanatorium… A jak do niej zadzwonią? I bardzo dobrze, niech dzwonią do niej i niech ona im się tłumaczy. Bo przecież nie odeszła dlatego, że pił czy bił. Pije tyle, co inni, czyli okazjonalnie, a co do bicia, to on nie wali po mordzie nawet zatrzymanych przestępców, a co dopiero… Mimo że był dla niej dobry i opiekuńczy, dbał o dom i rodzinę, to ta cholera odeszła.
Spojrzał na twarz dziewczyny. Wyglądała jak pogrążona we śnie. Żadnych śladów przemocy. Śpiąca królewna…
– Na pewno jej nie znasz? – zapytał dzielnicowego.
Okrągłolicy aspirant Jan Jałowy pokręcił głową.
Na jego rumianym obliczu widać było wyraźne zafrasowanie. Od trzech lat był tu dzielnicowym i pewnie miał wrażenie, że zna wszystkich. W końcu to jego teren. Sam był Bradziokiem od pokoleń, więc wszyscy ci, którzy tu mieszkali, to dalsi i bliżsi znajomi. Ale tej dziewczyny nigdy nie widział.
– Pierwszy raz ją widzę na oczy – wyjaśnił, ocierając pot z czoła kraciastą chusteczką.
Był o pół głowy niższy od Absalona i co najmniej piętnaście kilo cięższy. Lubił słodycze i nigdy nie odmawiał ciasta, więc upalne dni znosił dość ciężko.
– To rzuć okiem jeszcze raz.
– Rzuciłem. Ona nie jest stąd – zawyrokował.
– A może przyjechała do kogoś na wakacje? – Absalon nie dawał za wygraną.
– Na wakacje do Łazisk? A czy my się nazywamy Łaziska Zdrój? – zakpił Jałowy. – Patrz się tam – wskazał ogromne obłoki pary unoszące się nad kominami elektrowni. – Tu nawet ptaki zawracają i pitają jak najdalej.
– Masz rację – uznał Absalon. – Na pewno nie na wypoczynek tu przyjechała. Ale wiesz, może do rodziny, żeby się spotkać, pogadać…
– Jasne, że mogła – zgodził się z nim Jałowy. – Ale jakby była u rodziny, to rodzina by chyba zgłosiła, że zaginęła dziołszka. Mom recht?
– Cholera, wszystko to skomplikowane.
– Nieprawda – odparł Jałowy. – Jak ja bym miał obstawiać, to ona jest obca. I nie przyszła tu, ale ktoś ją tu przywiózł i wrzucił do wody, jak marzannę.
– Za dużo ci się kojarzy. – Komisarz machnął ręką. – To, że jest ubrana w koronkową sukienkę, no, białą sukienkę, to jeszcze nie znaczy, że to jakiś ten, no, rytuał. Poza tym nie wiemy, jak zginęła. Czy się utopiła, czy co… Gdzie jest, cholera, ten medyk sądowy? Trzeba ją stąd zabierać, bo zaraz ją muchy zjedzą.
– Medyk sądowy już jedzie z Bielska – poinformował ich technik, trzydziestoletni Wojtek Urbaniak, który robił właśnie zdjęcia.
Ubrany w ochronny kombinezon i z długimi włosami, spiętymi różową gumką, wyglądał jak skrzyżowanie kosmity z hipisem. Przyklęknął na jedno kolano, żeby znaleźć najlepsze ujęcie twarzy.
– Jedzie i nie może dojechać. O której żeśmy go zawiadamiali?
– Zaraz rano dyżurny go zamawiał – przypomniał Jałowy. – Ale na całe województwo mamy tylko kilku medyków.
– Kiedyś lekarze pracowali w milicji – przypomniał Absalon. – I zawsze dojeżdżali na czas.
– A ty żeś robił w milicji? – spytał zdziwiony Jałowy.
– Ja nie, ale mój wujek był milicjantem. Zresztą dzięki niemu poszedłem do policji. On mi mówił, że robota spokojna i się człowiek nie przepracuje. Tyle że nie uprzedził, że trzeba będzie patrzeć na takie widoki – wskazał na martwą dziewczynę.
Jałowy tymczasem podszedł do technika i wyciągnął z kieszeni swój telefon. Włączył aparat i zaczął robić zdjęcia.
– A ty co, na fejsa chcesz wrzucić fotkę? – zakpił Urbaniak. – Najlepiej się klikają selfiki. Musisz stanąć tak, żeby było widać twoją buźkę, a nieboszczka była w tle – mówił całkiem poważnie, choć koledzy znali doskonale jego sarkastyczne poczucie humoru.
– Gdybym chciał mieć więcej lajków, to bym se zrobił foto z twoją gębą – odgryzł się Jałowy. – Pójdę do ludzi i rozpytam – wyjaśnił, patrząc na Absalona.
Ten obrócił się za siebie. Na skraju ulicy, tam, gdzie asfalt się kończył i zaczynała wyjeżdżona polna droga, stało dwóch młodych policjantów, pilnujących, by nikt niepożądany nie podszedł nad staw. Ludzie, mimo że droga była zamknięta, i tak przyszli popatrzeć. Nie wiedzieli do końca na co, ale skoro była policja, zawsze istniała możliwość, że będzie coś ciekawego do obejrzenia. I nie pomylili się, bo wkrótce dojrzeli idącego ku nim dzielnicowego.
– Co się tam stało? – zapytała stara Ciepielowa, gdy podszedł do taśmy i zatrzymał się przed grupą kilkunastu emerytek i emerytów.
Nie było między nimi nikogo w wieku produkcyjnym ani żadnego dziecka. Jałowy wiedział, dlaczego. Rodzice są w pracy, a bajtle pobiegły naokoło stawu, by obejść pilnujących dostępu policjantów i znaleźć jak najlepsze miejsce do oglądania tego, czego teoretycznie nie mogą oglądać.
– Niy moga pedzieć, pani Ciepielowa.
– Przeca my nikomu niy wygodomy – stwierdził Karol Walasz, stary górnik, który dziwnym zrządzeniem losu dożył osiemdziesiątki.
– Nam niy pedziesz, – Ciepielowa udała zdziwienie.
– Pod Bogiem niy moga – uderzył się w pierś. – Służbowo tajemnica.
– On mo recht – rzucił Rajmund Breguła, emerytowany strażnik przemysłowy. – Jak się jest na służbie, to się o sprawach służbowych nie pytluje. Jak jo żech był na służbie, to żech był na służbie i żodyn leber niy wlozł na zakład bez przepustai. Służba to…
– Prowda, panie Breguła – zgodził się z nim policjant. – Ale na okoliczność śledztwa moga przeprowadzić rozpytanie w związku ze znalezieniem zwłok w wodzie. Tyla moga zrobić.
– Maryjo przenajświętsza! – Ciepielowa szybko się przeżegnała. – Jakich zezwłok?
– Zezwłok… Znaczy się zwłok kobiety – wyjaśnił Jałowy. – Dlatego chcioł żech sie wos rozpytać, czyście czego niy widzieli albo niy słyszeli. Znaczy czegoś podejrzanego.
Omiótł wzrokiem znajome twarze, ale wystarczyło mu tylko pobieżne spojrzenie, by poznać, że ci tu stojący przed nim ludzie niczego nie wiedzą, choć na pewno bardzo by chcieli.
– Jakby ktoś sobie co przypomniał, to… – zaczął i naraz przerwał.
Wszystkie twarze zwróciły się w jego kierunku. Już miał odejść, ale pomyślał, że skoro zrobił te zdjęcia, to co mu szkodzi? I tak w końcu twarz tej dziewczyny pojawi się na policyjnych fotografiach do identyfikacji.
Wyjął z kieszeni telefon i szybko wyszukał najlepsze zdjęcie.
– Terozki pokoża wom fotografia dziołchy, co sie utopiła, a my muszymy ustalić jij nazwisko. Podziwejcie sie. – Wysunął telefon przed siebie.
Ludzie zaczęli podchodzić. Zatrzymywali się, wpatrywali i wzruszali ramionami.
– Ona je z Żor – stwierdziła kategorycznie Ciepielowa.
– Skond wicie? – zapytał zdumiony policjant.
– No przeca widza. Ta sukienka, co jom mo sobie ta boroczka, to je koronka. To koronka klockowo z Koniakowa. Tako fajno korona robi jedna oma z Żor, co sie nazywo Celestyna Trawa. Od razu widza, że to jij robota.
– Dziękuję! – Jałowy uśmiechnął się do kobiety.
Schował telefon do kieszeni i poszedł do prowadzącego śledztwo Absalona.
Przyszło mu do głowy, że warto jednak od czasu do czasu podejmować samodzielne decyzje. Bo gdyby czekał na oficjalne pozwolenie, mogłoby jeszcze minąć sporo czasu. A tak Absalon będzie mógł jeszcze dziś pojechać do Żor i odszukać utalentowaną koronczarkę.
Gdy winda wywiozła nas na powierzchnię, poczułem prawdziwą ulgę. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że od kilku godzin oddychałem nieco płyciej niż zwykle. Wziąłem głęboki oddech, aż zakręciło mi się w głowie. Wielki haust świeżego powietrza był jak powiew wolności. Tyle że mój wyrok był tylko odroczony, bo nazajutrz miałem znów zjechać na dół. Do końca pracy zostały nam trzy dni zdjęciowe, więc jeszcze trochę będę się bał o własne życie. Ale skoro przetrwałem najtrudniejsze: pierwszy zjazd i pierwsze zdjęcia, to jakoś sobie poradzę.
Kama zdjęła kask i podeszła do mnie uśmiechnięta.
– Chyba nieźle wyszło? – zapytała, ale przecież znała odpowiedź.
– Oczywiście, że dobrze. Nie mogło być inaczej, jeśli do pracy biorą się tacy fachowcy jak my.
Pocałowała mnie w policzek i zaraz obejrzała się za siebie. Wasyl zdjął z ramienia torbę ze statywem i drugą z kamerą. Postawił graty pod ścianą.
– Głodny jestem – rzucił.
Był to czysty komunikat, niezaprawiony jakimikolwiek emocjami. Powiedział to tak, jakby oznajmiał, że świeci słońce. Dla Wasyla wszystko było proste: jadł, pił, jechał, filmował, montował, bo tak był ukształtowany. A jak trzeba było, to nawet potrafił napić się wódeczki. Ale nigdy za dużo, bo „rano trzeba wstać z czystą głową”, mawiał, gdy ktoś proponował mu czwartą kolejkę.
– Jesteście głodni? – zapytał Darek.
On też był zadowolony z naszej roboty. Choć trzeba uczciwie przyznać, że narobił się z nas wszystkich najbardziej. My tylko rejestrowaliśmy to, co miał do powiedzenia. No może trochę mu pomogliśmy, naprowadzając na właściwą ścieżkę, ale to on był w tym filmie autentycznym przewodnikiem.
– Ja z przyjemnością coś bym zjadła! – Kama poparła Wasyla.
– Oczywiście, chętnie – zgodziłem się z nimi.
Tym bardziej że nie mieliśmy specjalnych planów obiadowych. Wiadomo było tylko, że wpadniemy gdzieś coś zjeść, by mieć siłę do dalszej pracy. Bo po powrocie do hotelu nie będzie czasu na odpoczynek. Trzeba przejrzeć cały nagrany materiał i poddać go wstępnej obróbce, czyli wybrać to, co dobre, i wyciąć śmieci. W ten sposób do Warszawy przyjedziemy z nagraniami gotowymi do ostatecznego montażu.
– To doskonale – ucieszył się Darek. – Czas na fajrant.
– No dlatego mówimy o jedzeniu – wyjaśniłem mu. – U nas też się mówi „fajrant”. To znaczy, że to takie ogólnopolskie słowo.
– „Fajrant” to jedno z najbardziej śląskich słów. Przyszło do nas z niemieckiego Feierabend. Dawniej oznaczało koniec szychty, chwilę, kiedy górnik mógł odłożyć kilof i wrócić do domu. Na Śląsku mówi się tak do dziś: „robić fajrant”, czyli skończyć robotę.
– W Warszawie też – zauważył Wasyl. – Jeść mi się chce.
– I bardzo słusznie – stwierdził Darek. – Na Śląsku po fajrancie najpierw się je, a dopiero potem odpoczywa. A „Fajrant” to knajpa. Tak się nazywa. Całkiem niedaleko stąd.
– Ale najpierw klamoty musimy zawieźć do hotelu. – Kama zawsze dbała o każdy szczegół.
Nie mogliśmy zostawić w aucie sprzętu wartego kilkadziesiąt tysięcy złotych. Tymczasem Wasyl już pakował torby do swojego nowego samochodu. Kilka miesięcy temu pozbył się rozklekotanego starego vana i kupił dwuletnie BMW 3 kombi. Był bardzo dumny z nowego auta i wolał mieć je cały czas pod kontrolą. Dlatego, jak go znam, na pewno chciałby odstawić Beemkę na parking hotelowy, zanim odda się rozkoszom biesiadowania.
– Ja pojadę, a wy idźcie zamawiać jedzenie – zadecydował Wasyl.
Zanim ktokolwiek zareagował, nasz operator już odpalił silnik.
– Jak on tam trafi? – zapytałem właściwie sam siebie.
– To jest w kompleksie waszego hostelu Guido. Nie da się nie trafić – powiedział Darek.
– Marcinku, mamy dwudziesty pierwszy wiek. – Kama złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. – Zapewniam cię, że Wasyl obsługuje telefon znacznie lepiej od ciebie i poradzi sobie z GPS-em.
Ruszyliśmy przed siebie. Do hostelu mieliśmy jakieś sto metrów. Knajpa była obok. Dotarliśmy tam błyskawicznie, bo poganiał nas głód. Gdy weszliśmy do nowoczesnego loftowego wnętrza, ze ścianami z czerwonej cegły, przypomniałem sobie, że ostatni raz jadłem o siódmej rano. W powietrzu czuć było delikatny zapach pieczonego mięsa. Natychmiast zaburczało mi w brzuchu.
Darek poprowadził nas do stolika przy oknie. Gdy tylko zdążyliśmy usiąść, pojawiła się nieco znudzona drobna kelnerka z kartami w ręce.
– Tu kiedyś była zakładowa stołówka i wulc-haus – wyjaśnił nasz przewodnik.
– Wulc? – zapytała Kama.
Nasze niepewne miny sugerowały, że trzeba nam to dokładnie wyjaśnić. Darek uśmiechnął się zadowolony, bo chyba na to liczył.
– Wulc-haus. Tak Ślązacy mówili na robotnicze hotele z czasów Polski Ludowej. Wule albo wulce to pogardliwe określenie ludzi przyjeżdżających tu za pracą i zamieszkujących w takich oto hotelach robotniczych. Stąd właśnie wulc-hausy.
– Nie lubicie przyjezdnych? – zapytałem.
– Boimy się tego, co nieznane – stwierdził. – Ale w tym wypadku miejscowi wiedzieli, z kim mają do czynienia. Z ludźmi, którzy nie zamierzali zapuszczać tu korzeni. Wulc-hausy to były wylęgarnie przestępstw i różnych patologii. Bójki, libacje i awantury na porządku dziennym.
– Nie ma już wulców? – zapytała Kama.
– Wielu wyjechało, a ci, którzy zostali, wżenili się, wrośli w tutejszą społeczność, a ich dzieci są już krzokami, znaczy takimi młodymi roślinami, z których wyrosną pnioki. A pnioki są już miejscowe.
– Zasymilowali się? – domyśliłem się. – Więc eksperyment społeczny się powiódł.
Darek pokręcił głową.
– Powiedziałem, że ich dzieci, a oni… pozostali gorolami.
– Kim?
Znałem to słowo, ale nie do końca wiedziałem, w czym rzecz.
– Gorol to ktoś obcy. To człowiek, który nie jest tu urodzony.
– Czyli człowiek drugiej kategorii – stwierdziłem.
Darek znów pokręcił głową.
– To nie tak. Dziś nie ma ludzi lepszych i gorszych. Ale Ślązakiem trzeba się urodzić. Dlatego ci młodzi, co się tu urodzili, choć z rodzin przyjezdnych albo mieszanych, to krajcoki albo basztardy, ale tutejsze, znaczy śląskie, więc już nasze…
Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w kieszeni zawibrował mu telefon i Darek od razu odebrał.
I wtedy sobie uświadomiłem, że o czymś zapomniałem. Telefon! Cholera, zapomniałem całkowicie, że dzwoniła do mnie Matylda. Miałem do niej oddzwonić, a tymczasem zdjęcia trwały i trwały, a spod ziemi nie było jak. Już dawno mogłem to zrobić. Może potrzebowała pomocy, a ja…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
