Słoneczna przystań - Ryszard Ćwirlej - ebook + audiobook + książka

Słoneczna przystań ebook i audiobook

Ryszard Ćwirlej

0,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Marcin Engel, Matylda, Kama i inni znów muszą działać,

bo możliwe, że na Śląsku pojawił się kolejny seryjny morderca.

Najpierw na parkingu pod lasem dochodzi do strzelaniny, w której ginie chłopak, a sprawa tylko trochę przypomina gangsterskie porachunki.

Niedługo potem wędkarze wyciągają z jeziora zwłoki młodej kobiety w koronkowej sukni, a trzech policjantów zostaje uwięzionych w piwnicy poniemieckiego domu, w którym ktoś następnie podkłada ogień.

Na dodatek w Zabrzu znika spokrewniona z Matyldą nastoletnia Iza, więc sprawa zaczyna mieć charakter osobisty.

Bohaterowie mają mało czasu, by powiązać ze sobą wszystkie wątki i uratować dziewczynę.

I nie będzie to łatwe zadanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 404

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 14 min

Lektor: Łukasz Bogdan

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Ryszard Ćwir­lej, 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA, 2026

Redak­tor naczelny: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Redak­cja: Filip Modrze­jew­ski Korekta pod kątem języka ślą­skiego: Agnieszka Dudek Korekta: Kata­rzyna Pikosz Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Karo­lina Żela­ziń­ska-Sobiech

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN 978-83-8343-830-6

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Prolog

Pruchna Niedziela, 20 lipca Godzina 16.35

– Sikać mi się chce – powie­dział ten niż­szy, sie­dzący na miej­scu pasa­żera szczu­pły chło­pak o rumia­nej twa­rzy dziecka i wiel­kich nie­bie­skich oczach.

– Pie­rona, Antoni, byli my na tan­kszteli w Cie­szy­nie. – Wyż­szy, chudy trzy­dzie­sto­la­tek o mocno wysta­ją­cej grdyce pokrę­cił kom­plet­nie łysą głową z nie­do­wie­rza­niem. – Niy mógł żeś sie tam odlać?

– Ja cie pro­sza, Arek… No niby mogłem, ale mi sie niy chciało. To przez ta Cola.

– Zatruł żeś sie Pepsi?

– Niy. – Antoni pokrę­cił głową. – Pepsi je dobro. Ale kupi­łech Cola tako nie­fir­mowo. Bo była tań­szo.

– Wytrzy­miesz jesz­cze chwila?

– Pew­nie. Ale dużo?

– Niy.

– To wytrzy­mia.

– Dobra, jak trza, to trza. Zarozki bydzie taki lasek. Jak prze­ja­dymy Pruchna, to tam bydziesz mógł loć, wiela bydziesz chcioł.

– Może być las – zgo­dził się z kolegą Antoni.

Z gło­śni­ków sta­rego Trans­por­tera pły­nęła cicho pio­senka Samo­loty Dawida Pod­sia­dły i Kaśki Sochac­kiej. Arek pogło­śnił radio, bo war­kot sil­nika zagłu­szał muzykę. Antoni wybi­jał pal­cami rytm o deskę roz­dziel­czą, patrząc przez boczną szybę na ciem­nie­jące od burzo­wych chmur niebo. Wpa­da­jące przez uchy­lone okno powie­trze było cięż­kie i lep­kie od wil­goci. Pach­niało nad­cią­ga­jącą nie­uchron­nie burzą.

– A wiesz, co Eliza pedziała Hani o tobie? – przy­po­mniał sobie nagle chło­pak i prze­rwał zabawę w per­ku­si­stę.

– Co? – zain­te­re­so­wał się natych­miast Arek.

– Że mosz piykne oczy.

– Jo? – zdzi­wił się i zaraz uśmiech­nął się pod wąsem.

Chyba przy­padł mu do gustu ten kom­ple­ment.

– A skond ty to wisz?

– No jak skond. Przeca ci godom, że od Hani.

– A Hania tak ci to wszystko pedziała?

Antoni wzru­szył ramio­nami.

– Jak niy wie­rzysz…

– No, godej, co jesz­cze pedziała.

– Wincy to nic. Wiesz, jak to jest z frel­kami.

Arek ski­nął głową na potwier­dze­nie.

Ale nie wie­dział. W ogóle nie­wiele wie­dział na temat dziew­czyn.

– Frelki godajo roz­to­majte głu­poty – rzu­cił, robiąc przy tym minę znawcy. Mógł przed mło­dym uda­wać, bo był od niego star­szy o osiem lat, czyli miał już życiowe doświad­cze­nie. – Musza sie jej spy­toć, czy to prowda.

– Nie możesz. Bo jak się jij spy­tosz, to wyj­dzie zara, że wisz to ode mie i że Hania mi wypa­plała. Zna­czy, musisz to roze­grać ina­czyj. Na przi­kłod spy­tać jom, czy podo­bajo sie jij nie­bie­skie oczy. A ona powiy, że ja, to ty wtedy pedziesz: takie jak moje, a ona…

– Dobra, niy fan­zol mi już. Je zjazd. Widzisz?

– No.

– Może być?

– Luk­susu niy ma, ale dom rada – stwier­dził z zado­wo­le­niem.

– Luk­susy były na tan­kszteli, tukej mosz ino natura.

Volks­wa­gen powoli zje­chał z szosy i wto­czył się na roz­jeż­dżoną leśną prze­cinkę. Widać było, że wielu kie­row­ców wybiera to miej­sce, by zała­twić potrzebę, a przy oka­zji pozbywa się śmieci. Wszę­dzie walały się papiery, worki foliowe, pla­sti­kowe butelki i puszki.

– Ja pie­rona, jaki hasiok – rzu­cił z odrazą Arek.

– No widza, jaki syf – zgo­dził się ze star­szym kolegą Antoni. – Ja tylko pod drzewko i już.

– Dej pozor, cobyś sie niy uma­ra­sił.

– Jasne, beda uwa­żoł na… – mach­nął ręką i poszedł ku drze­wom, uważ­nie spo­glą­da­jąc pod nogi.

Arek tym­cza­sem się­gnął po butelkę z wodą mine­ralną, odkrę­cił korek i wypił kilka łyków.

Ta duchota była zde­cy­do­wa­nie męcząca. Na szczę­ście w samo­cho­dzie pod­czas jazdy nie jest naj­go­rzej, bo można otwo­rzyć szyby i wpu­ścić powie­trze. Nie­stety nie było chłodne. Auto miało nawiew, ale ten nie wystar­czał, by zro­biło się chłod­niej. Gdyby była kli­ma­ty­za­cja, to co innego. No ale nie w tym dwu­dzie­sto­let­nim gra­cie.

Volks­wa­gen był z dwa tysiące dru­giego roku i Arek pomy­ślał, że wtedy chyba jesz­cze nie wymy­ślono klimy. A jeśli nawet, to nikt nie insta­lo­wał jej do takich robo­czych fur­go­nów jak ten, któ­rym jechali.

Auto było stare i wysłu­żone, dawno powinno pójść na złom, ale ojciec nawet nie chciał o tym sły­szeć. Nale­żał do ludzi oszczęd­nych, skru­pu­lat­nie liczą­cych każdą zło­tówkę, więc o zaku­pie nowego samo­chodu nie było mowy. Gdy Arek podzie­lił się kie­dyś z nim swoją opi­nią na temat stanu fur­gonu, ojciec, a zara­zem szef, uśmiech­nął się swoim zwy­cza­jem, pokle­pał syna przy­ja­ciel­sko po ramie­niu i wyja­śnił:

– Ty, Arku, jesteś z wykształ­ce­nia mecha­ni­kiem, o ile pamię­tam.

– Ja, prowda. Jo żech je mecha­nik, ale żech ni­gdy niy robiył w warsz­ta­cie.

– Szkoda, bo nam by się przy­dał czło­wiek, który potrafi wszystko zre­pe­ro­wać.

– No prze­cie robia wszy­sko. Zamki, rurki i co sie ino popsuje, to jo robia…

– Prawda, że z bie­żą­cymi napra­wami sobie radzisz. I oczy­wi­ście bar­dzo to cenimy. Ale mecha­nik samo­cho­dowy to mecha­nik. Ktoś taki mógłby dbać o wszyst­kie nasze auta.

– Musioł bych sie wró­cić nazod do szkoły – zdu­miał się.

– A może to jest pomysł.

– Szkoła? – prze­ra­ził się Arek, bo szcze­rze nie­na­wi­dził nauczy­cieli, lek­cji i przede wszyst­kim kole­gów.

– Nie, nie myśla­łem o szkole. Raczej o jakichś prak­ty­kach w warsz­ta­cie samo­cho­do­wym. Mogę takie zała­twić. Co o tym myślisz?

Arek przez chwilę nic nie mówił.

Nie lubił samo­cho­dów i grze­ba­nia się w sma­rach. Nie znał się na napra­wie aut i nie sądził, żeby się kie­dy­kol­wiek tego nauczył. Ale z dru­giej strony, jak miał odmó­wić ojcu? Prze­cież on tyle dla niego zro­bił. Pomógł mu, gdy był w naj­gor­szym dole. Wycią­gnął go i pozwo­lił zro­zu­mieć, że nie jest śmie­ciem, ale war­to­ścio­wym czło­wie­kiem. Może ta szkoła to kolejny ele­ment jego planu. Prze­cież tak mu kie­dyś powie­dział. Mam plan dla cie­bie. Mam cały, dokład­nie prze­my­ślany plan, dzięki któ­remu będziesz z sie­bie dumny. Będziesz szczę­śli­wym ojcem i mężem, a ludzie, z któ­rymi będziesz miał do czy­nie­nia, będą cię sza­no­wali.

Chciał, żeby go sza­no­wano. Chciał mieć żonę i dzieci, ale ni­gdy nie miał kobiety. I to nagle mia­łoby się zmie­nić, bo Eli­zie podo­bały się jego oczy? Prze­cież wcale nie są ładne. Widział je co dzień w lustrze i sądził, że są cał­kiem zwy­czajne. Ale może ta Eliza dostrze­gła coś, czego on nie widział, bo się przy­zwy­czaił. A gdyby tak podejść do niej i zaga­dać? Tylko co jej powie­dzieć? Może na przy­kład coś o pogo­dzie, że ład­nie i cie­pło. A ona odpo­wie, że to prawda. Albo może się zacznie z niego śmiać. Tak być prze­cież może. Ona nie jest ze Ślą­ska i mówi po pol­sku, a on ina­czej. Niby nikomu to nie prze­szka­dza, ale kto wie, jak jest z tą Elizą, która przy­je­chała tu nie­dawno z Pozna­nia. Jeśli on coś powie, a ona się zacznie śmiać, to chyba zapad­nie się pod zie­mię… Co ten Antoni robi? Nie widać go w tych krza­kach. Mówił, że tylko chce się wysi­kać, a to wygląda na grub­szą sprawę. Poszedł tam i nie zabrał papieru? Zaraz, jeśli on tam coś robi i się nie pode­trze, to za chwilę będzie śmier­dzieć w samo­cho­dzie. Nie, na to nie mógł pozwo­lić, bo jak gów­niany smród raz się przy­lepi do samo­chodu, to koniec.

Się­gnął do schowka przed sie­dze­niem pasa­żera i wydo­był stam­tąd rolkę. Zawsze ją tam wozi, bo prze­cież ni­gdy nie wia­domo, co może się zda­rzyć w tra­sie.

Wysko­czył z fur­gonu i poszedł tam, gdzie przed chwilą stał młod­szy kolega.

– Antoni, kaj żeś je? – zawo­łał.

– Tukej żech je – usły­szał z krza­ków.

– A co tam robisz w tych haby­ziach?

– Jak co? No wiysz, co sie robi w haby­ziach.

– Przy­niósł żech ci sraj­ta­śma – rzu­cił Arek i roze­śmiał się gło­śno. – Bo z brud­nym zadkiem nie wpusz­czam.

Roz­czo­chrana głowa Anto­niego wynu­rzyła się z chasz­czy. Chło­pak uśmie­chał się od ucha do ucha.

– A co ty se myślisz, że jo jakiś kre­tyn? Mom chu­s­teczki higie­niczne. Je żech czy­sty jak nie­mow­lak.

– Ino sie dobrze pode­trzij i chodź, jadymy, bo…

Obaj spoj­rzeli w stronę wjazdu z szosy. Jakiś samo­chód zje­chał z niej wła­śnie i powoli zbli­żał się do nich.

– Chce sie jesz­cze kto zała­twić – uznał Antoni.

Wyszedł z krza­ków i ruszył w kie­runku samo­chodu. Arek z papie­rem toa­le­to­wym w dłoni poszedł za nim. Gra­na­towa Toyota Aven­sis zatrzy­mała się tuż za ich fur­go­nem. Ze środka wyszło dwóch męż­czyzn. Wyż­szy, ostrzy­żony na łyso, miał na sobie kurtkę dżin­sową i spodnie do kom­pletu. Drugi, niż­szy, zacho­wał tro­chę wło­sów na gło­wie, ale były przy­cięte bar­dzo krótko. Ubrany był w popie­late spodnie dre­sowe o sze­ro­kich nogaw­kach, ozdo­bio­nych na całej dłu­go­ści bia­łymi paskami. Obci­sła biała koszulka pod­kre­ślała rzeźbę mię­śni ramion i piersi. Obaj szli nie­spiesz­nym kro­kiem w kie­runku Anto­niego i Arka.

– Ej, ty. – Niż­szy wska­zał pal­cem Arka.

– Jo? – Chło­pak przy­ło­żył dłoń do piersi.

– Ten Volks­wa­gen to wasz? – zapy­tał.

– A bo co? – odpo­wie­dział Arek.

– Nic. Chcie­li­śmy tylko wie­dzieć.

– Ale pano­wie, o co cho­dzi? – zapy­tał Arek, wyczu­wa­jąc, że ci dwaj mają złe zamiary.

Przy­by­sze spoj­rzeli po sobie.

Wyż­szy ski­nął głową, a niż­szy odpo­wie­dział mu lek­kim uśmie­chem. Obaj jak na komendę się­gnęli do tyłu, zza pasków spodni wycią­gnęli pisto­lety i wyce­lo­wali je w chło­pa­ków. Ci przez sekundę stali jak zamu­ro­wani, nie wie­dząc, jak się zacho­wać. Chyba cze­kali, aż ktoś powie „ręce do góry!”. Ale nikt nic nie powie­dział, nie wymó­wił ani słowa. Łysy pocią­gnął za spust i Arek padł na wznak jak rażony gro­mem. Antoni od razu sko­czył w bok i dopadł krza­ków. Niż­szy posłał za nim kulę, a ta tra­fiła chło­paka w plecy. Ranny, oparł się o drzewo ręką i wtedy dostał drugą kulą w głowę.

– Mógł ci uciec – rzu­cił oskar­ży­ciel­sko łysy.

– Nie pier­dol – odparł niż­szy. – Uciekł czy nie? Dostał w łeb i po nim. Popatrz se lepiej na tego two­jego.

Wyż­szy pod­szedł do leżą­cego na ple­cach Arka. Ten miał otwarte oczy. Malo­wało się w nich prze­ra­że­nie zmie­szane z nie­do­wie­rza­niem. Męż­czy­zna spoj­rzał badaw­czo, zapewne oce­nia­jąc stan postrze­lo­nego.

– No dalej, kurwa, Ker­mit! – pona­glił go niż­szy.

Łysy wyce­lo­wał w głowę Arka i pocią­gnął za spust.

– Zała­twione – stwier­dził.

Pode­szli do Volks­wa­gena. Niż­szy otwo­rzył boczne drzwi. Na pod­ło­dze leżała duża, czarna spor­towa torba. Otwo­rzył ją i zaj­rzał do środka.

– I co? – zapy­tał łysy.

– Cie­szymy się – odparł mały.

Chwy­cił torbę za uszy i prze­rzu­cił sobie przez ramię. Obaj wró­cili do samo­chodu.

Minutę póź­niej na roz­jeż­dżo­nej leśnej dro­dze zapa­no­wała cisza, prze­ry­wana tylko odgło­sami samo­cho­dów na szo­sie.

Po chwili nad lasem ode­zwał się pierw­szy grzmot.

Rozdział I

Łaziska Górne Poniedziałek, 21 lipca Godzina 4.55

Po wodzie niósł się cha­rak­te­ry­styczny, szorstki głos trzci­niaka, który oznaj­miał wszyst­kim w oko­licy, że już świta, więc czas brać się do pracy.

– Karra-karra-kirr… czek-czek czek… karra.

Karol Czok, eme­ry­to­wany maj­ster z elek­trowni, uśmiech­nął się, bo mu się zda­wało, jakby ten trzci­niak wołał do niego. Nie widział ptaka ukry­tego w trzci­nach, ale był prze­ko­nany, że za chwilę gdzieś mu się pokaże. A wtedy mu powie: „Dzień dobry, kolego”. Wsłu­chany w ten ptasi głos, zapa­lił papie­rosa i odwró­cił się za sie­bie, by zoba­czyć, jak słońce wyła­nia się zza gigan­tycz­nych komi­nów.

Pro­mie­nie prze­cho­dziły przez kłęby pary uno­szą­cej się nad Elek­trow­nią Łazi­ska, i oświe­tlały dwie wieże kopalni Bole­sław Śmiały, masywną basz­tową i lżej­szą strza­łową. Lubił ten widok i kiedy przy­cho­dził tu na ryby, nad staw Brada, w dziel­nicy o tej samej nazwie, stał tak wpa­trzony w ten spek­takl świa­tła i pary, nie­zmien­nie nim zauro­czony. Nie potra­fiłby powie­dzieć, co go w tym pocią­gało. Nie­raz się nad tym zasta­na­wiał, sto­jąc rano z papie­ro­sem w ustach i sycąc wzrok wiel­ko­ścią… Tylko czego? Boskiego świa­tła czy ludz­kiej myśli, która na dro­dze pro­mieni sło­necz­nych posta­wiła te wiel­kie sza­ro­po­pie­late kolumny. Kie­dyś powie­dział szwa­growi, który przy­je­chał tu z nim na ryby, że czuć w tym widoku wielką moc, ale nic wię­cej nie potra­fił wyja­śnić. Poka­zał tylko na zaci­śniętą pięść, która miała to sym­bo­li­zo­wać. Szwa­gier wie­dział, o co mu cho­dzi. Dla­tego wyjął halbę czy­stej z torby i roz­lał do kub­ków – na wzmoc­nie­nie mocy.

Tego dnia szwa­gra nie było, bo coś ostat­nio słabo się czuje i cherla, jakby był zazię­biony. Karol powie­dział mu, że ma iść do leka­rza się prze­ba­dać, bo taki kaszel to nic dobrego. Ale co się dzi­wić, skoro chop przez całe życie robił na gru­bie. Dopiero nie­dawno prze­szedł na eme­ry­turę i od razu zaczął się kiep­sko czuć.

Karol Czok pomy­ślał, że szwa­growi przy­da­łaby się jakaś pomoc, ale co on wła­ści­wie może zro­bić? Prze­słać mu co naj­wy­żej moc dobrych myśli i wypić za jego zdro­wie. Z tego na pewno by się ucie­szył. Trzeba docho­wać wier­no­ści tra­dy­cji i zro­bić to, co robili zawsze razem. Się­gnął do leżą­cej na tra­wie zie­lo­nej torby rybac­kiej i z zewnętrz­nej kie­szeni wydo­był sre­brzy­stą pier­siówkę. Odkrę­cił ją i pocią­gnął solidny łyk. Wódka była jesz­cze zimna, bo rano przed wyj­ściem z domu Karol nalał ją z flaszki sto­ją­cej w lodówce. Zamla­skał zado­wo­lony, spoj­rzał jesz­cze raz na wsta­jące słońce za wiel­kimi komi­nami i zajął się roz­kła­da­niem wędek.

Chwy­cił pierw­szą, tę tele­sko­pową do łapa­nia na grunt, i z kijem w dłoni zaczął pene­tro­wać wzro­kiem toń. Woda była spo­kojna, nie­zmarsz­czona naj­mniej­szym podmu­chem wia­tru. Drzewa rosnące po dru­giej stro­nie stawu, oświe­tlone pro­mie­niami sło­necz­nymi, pięk­nie odbi­jały się w tafli. Na prze­ciw­le­głym brzegu sie­działo trzech węd­ka­rzy. Jeden z nich to chyba stary Zięba, ale tego nie mógł być pewien na sto pro­cent.

Nie miał oku­la­rów do patrze­nia na odle­głość, bo niby nie potrze­bo­wał. Uży­wał tylko tych do czy­ta­nia, ponie­waż liter w gaze­cie nie widział za dobrze. Dla­tego dobrał sobie odpo­wied­nie szkła w aptece i zakła­dał je do czy­ta­nia gazety, gdy chciał się dowie­dzieć, co sły­chać na świe­cie. Może by iść do oku­li­sty się prze­ba­dać i zamó­wić sobie takie bryle do dali i bliży? Tyle że to może sporo kosz­to­wać. Zresztą jaki to ma sens? Co za róż­nica, czy tam, na dru­gim brzegu, sie­dzi Zięba czy inny leber. Ważne, że Karol widzi to, co jest bli­żej, czyli waż­niej­sze niż to, co gdzieś daleko.

Choćby tu, z pra­wej, widział roz­kła­da­ją­cego swój sprzęt Anzelma Popioła. Ten niedź­wie­dzio­waty bro­dacz też tu przy­cho­dził, kiedy tylko mógł urwać się z domu. Podob­nie jak Czok jest eme­ry­tem. Znają się od zawsze, obaj są Bra­dzio­kami.

Anzelm ski­nął mu głową, a Czok poma­chał i wró­cił do swo­ich wędek. Każdy miał swoją robotę i nie było co tra­cić czasu na gada­nie. Jed­nak po węd­ko­wa­niu to co innego. Przy­cho­dzili do sie­bie, żeby spraw­dzić, co ten drugi zło­wił. Połowy tu ni­gdy nie były obfite, zda­rzały się płotki, oko­nie, a nie­kiedy można było nawet wycią­gnąć szczu­paka. Ale staw Brada ni­gdy nie był spe­cjal­nie rybny. Jeśli zale­ża­łoby im na poważ­nych zdo­by­czach, mogliby jeź­dzić tro­chę dalej, na Osad­nik. Ale obaj byli przy­wią­zani do swo­ich miejsc i pew­nie też do tych wido­ków, któ­rych nie ofe­ro­wało żadne inne.

Ostat­nio nawet zapy­tał Popioła, czemu zawsze przy­jeż­dża tutaj, skoro w oko­licy jest tyle innych miejsc.

– Bo jo żech jest tu doma – rzu­cił krótko były hut­nik, który całe życie prze­pra­co­wał w Hucie Łazi­ska, tu, po sąsiedzku, po dru­giej stro­nie drogi z Wisły na Kato­wice.

Co cie­kawe, Czok go dosko­nale rozu­miał. Tu są u sie­bie, więc ten kawa­łek brzegu z lustrem wody jest ich, no może nie for­mal­nie, ale przez zasie­dze­nie na pewno.

Zało­żył dżdżow­nicę na haczyk i zarzu­cił pierw­szą wędkę. Potem oparł ją o roz­ca­pie­rzony sto­jak, wbity w miękką zie­mię, i już chciał szy­ko­wać kolejną wędkę, gdy do jego uszu dobiegł krzyk. Czok spoj­rzał w prawo.

Popiół machał do niego ręką.

– Zgu­pioł żeś, Anzelm? – zawo­łał do sąsiada.

– Pódź sam, migiem!

– Co?

– Pódź.

– Co je?

– Niy godej nic… Pódź.

Czok rzu­cił papie­rosa i go roz­dep­tał.

Ten Popiół chyba zoba­czył w wodzie swoją gębę, bo wygląda na prze­stra­szo­nego, pomy­ślał i ruszył w jego kie­runku.

Kolega węd­karz stał jak ska­mie­niały, wpa­trzony w toń.

– A coś tam zobo­czył, cho­pie?

– Sam się podzi­wej.

– Bo jak żeś zoba­czył halba gorzołki, to jo ci godom, że… – Czok zatrzy­mał się nad brze­giem i spoj­rzał w lewo w szu­wary.

To miej­sce wska­zy­wał palec Popioła.

Nachy­lił się jesz­cze bar­dziej i naraz poczuł, jak cała krew spływa mu do nóg.

– Jezu­sie Maryjo… Uto­piec? – zapy­tał go bojaź­li­wie Popiół i prze­że­gnał się bez­wied­nie.

Czok zro­bił to samo, po czym wska­zał na zwłoki.

– Toć to dzioł­cha… Trza jom wycion­gnonć.

– A jak cię wcion­gnie? Niy sły­szoł żeś o utop­cach, wcion­ga­jom pod woda. Nawet niy dosz rody pit­nąć, a on…

– Przeca godom ci, że to dzioł­cha, niy żodyn uto­piec.

– Jezu Chry­ste…

– Muszymy jom wycion­gnońć.

Czok zaczął zdej­mo­wać buty, skar­petki i spodnie. Nie miał wode­rów, bo ni­gdy ich nie potrze­bo­wał na tym sta­wie. Popiół, widząc, jak kolega się przy­go­to­wuje, też się roze­brał. Pierw­szy wszedł do wody Karol. Powoli ruszył w kie­runku uno­szą­cej się na wodzie bia­łej tka­niny. Gdy pod­szedł bli­żej, przy­sta­nął, żeby się przyj­rzeć. Tak jak przy­pusz­czał, była to młoda dziew­czyna. Mógł wyraź­nie dostrzec rysy twa­rzy i jasne, dłu­gie włosy.

– Niy żyje – powie­dział cicho.

– Co godasz? – Popiół sta­nął obok niego i znów się prze­że­gnał. – Naj­świynt­szo Panienko, tako młodo frelko…

– Bier jo pod ręka, jo pod drugo, i wycion­gomy – zako­men­de­ro­wał Czok.

Nie­spo­dzie­wa­nie dla samego sie­bie objął dowo­dze­nie. Popiół słu­chał pole­ceń bez żad­nych zastrze­żeń. Od zawsze tak miał, że robił to, co mu kazali w hucie jego prze­ło­żeni. A Czok przez wiele lat w elek­trowni był maj­strem, więc wyda­wa­nie pole­ceń było dla niego czymś natu­ral­nym.

– Pozor, cho­pie, żeby my jij jesz­cze niy uszko­dzili – instru­ował kolegę.

Naj­de­li­kat­niej jak potra­fili, chwy­cili ją i pocią­gnęli za sobą. Przy brzegu unie­śli ciało i zro­biw­szy kilka kro­ków, poło­żyli ostroż­nie na tra­wie. Zaraz wypro­sto­wali się i uważ­nie spoj­rzeli na mar­twą dziew­czynę.

– Znasz jom? – zapy­tał Czok.

– Niy. – Popiół pokrę­cił głową.

– Jo tyż jom piyr­szy roz widza.

– To niy naszo dzioł­cha.

– Patrz sie, jakby do piyr­szyj komu­nii szła – stwier­dził Karol. – Mo tako bioło sukienka.

– Za staro do komu­nii. Może na weselu była? – zauwa­żył Anzelm.

– Kaj tam na weselu? Przeca dziś ponie­dzia­łek. A wesela som w sobota.

– A popra­winy to co? W nie­dziela przeca.

– Prowda, mogła z wesela przijść. Z Leśnej Restau­ra­cji sam nie­da­leko…

– Ale po co przi­szła?

Czok wzru­szył ramio­nami.

Obaj jesz­cze przez chwilę stali wpa­trzeni w dziew­czynę. W końcu eme­ry­to­wany elek­tryk wło­żył rękę do kie­szeni węd­kar­skiej kami­zelki.

– O to niy­ech sie mor­twi poli­cyjo – rzu­cił i wycią­gnął z kie­szeni tele­fon.

Miał bar­dzo dobry apa­rat komór­kowy. Żaden tam smart­fon z szybką, ale porządny tele­fon z dużymi kny­flami do wci­ska­nia. Dzięki nim nie mylił się ni­gdy, wybie­ra­jąc numer albo szu­ka­jąc tych już zapi­sa­nych w tele­fonie. Syn mu kupił pod cho­inkę ten tele­fon, żeby fater sobie mógł, mimo pogor­sza­ją­cego się wzroku, bez pro­ble­mów się dodzwo­nić, gdzie będzie chciał.

Wystu­kał numer alar­mowy. Nie­mal natych­miast usły­szał głos ope­ra­torki.

– Halo, dzień dobry, mówi Karol Czok z Łazisk Gór­nych, zamiesz­kały na ulicy Cie­szyń­skiej czter­dzie­ści sześć. – Bez zasta­no­wie­nia prze­szedł na czy­stą pol­sz­czy­znę. Nie dla­tego, że wsty­dził się ślą­skiej godki. Po pro­stu przez lata pracy jako maj­ster w elek­trowni przy­wykł do tego, że z inży­nie­rami i ludźmi spoza Ślą­ska roz­ma­wia po pol­sku. Rów­nież teraz, roz­ma­wiając z ope­ra­torką numeru alar­mo­wego, wolał mówić w ten spo­sób, żeby nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści. – Jestem nad sta­wem Brada w Łazi­skach. Dojazd od ulicy Cegla­nej. Wła­śnie z kolegą Anzel­mem Popio­łem wycią­gnę­li­śmy z wody młodą dziew­czynę, która nie­stety nie żyje.

Przez chwilę słu­chał pytań ope­ra­torki.

– Słu­chaj mnie, dzioł­cha – prze­szedł na ślą­ski, uznaw­szy zapewne, że prze­ka­zał już pre­cy­zyj­nie wszel­kie potrzebne infor­ma­cje. – Jo terozki stoja na brzegu, a na tra­wie leży mor­twa dziołszka. I widza, że niy żyje, bo niy dycho, a dopiro co my jom wycion­gli z wody. Bydymy sam sie­dzieć prziy nij i cze­koć, aż przy­je­dzie poli­cjyo, i sie nie fra­suj, niy osta­wimy jij samyj, bo to by było niy po chrze­ści­jań­sku. Cze­komy.

Skoń­czył roz­mowę i spoj­rzał na kolegę.

– Zaro­ski przy­ja­dom – wyja­śnił.

Popiół poki­wał głową i wycią­gnął z kie­szeni paczkę tyto­niu i bibułkę. Podał je Karo­lowi, a ten wziął szczyptę i skrę­cił fachowo. Wolał, co prawda, swoje Camele, ale prze­cież nie wypada odma­wiać kole­dze, zwłasz­cza w takiej sytu­acji. Zapa­lił, a potem spoj­rzał na wiel­kie kominy, spo­wite kłę­bami pary. I przy­szło mu do głowy, że wraz z nimi unosi się gdzieś ku niebu nie­winna duszyczka tej dziew­czynki. Pomy­ślał, że ryby miały dziś wię­cej szczę­ścia niż ona.

Chłopy Godzina 9.30

Sypial­nia, wyło­żona kar­to­nowo-gip­sową płytą, wyglą­dała dosko­nale. Oczy­wi­ście bra­ko­wało jesz­cze osta­tecz­nego szlifu, to zna­czy wyszpa­chlo­wa­nia i poma­lo­wa­nia, ale to prze­cież szcze­góły. Było tu jesz­cze roboty na co naj­mniej tydzień, może nawet pół­tora.

Sta­ni­sław Cie­ślak mógł być z sie­bie dumny. Już wie­dział, że jego pokój na pod­da­szu będzie wspa­niały. Dotych­czas spał na dole, w gościn­nym, gdzie nocą, w wietrzne dni, sły­chać było szum fal i drzew. Ale stąd, z nowego pokoju, na pewno będzie jesz­cze lepiej. Z tym że na nocne seanse dźwię­kowe będzie musiał tro­chę pocze­kać. Jego okno wycho­dziło na pole, za któ­rym roz­cią­gał się pas lasu pora­sta­ją­cego wydmy, a dalej już plaża i morze. Wody nie było stąd widać, ale jemu wystar­czała sama świa­do­mość, że to zale­d­wie czte­ry­sta metrów stąd, jakieś pięć­set kro­ków. Pamię­tał, że gdy był mały, z bra­tem Bron­kiem bie­gali ścieżką mię­dzy polami. I wtedy wycho­dziło im nie­spełna tysiąc kro­ków. Po latach wynik i dystans się zmie­niły. Wów­czas wyda­wało się to na tyle daleko, że trzeba było biec na plażę, żeby nie tra­cić czasu. Dziś cho­dzi zde­cy­do­wa­nie wol­niej, ale już sam spa­cer przez pole jest dla niego wielką przy­jem­no­ścią. Sta­ni­sław zwykł przecho­dzić przez lasek do wydmy, zdej­mo­wać buty i iść boso, by zaraz dotrzeć do sze­ro­kiej plaży.

Szum fal, powiew wia­tru, mor­ski słony zapach prze­sy­cony jodem i ude­rza­jący w noz­drza sta­no­wiły jedyny w swoim rodzaju wybu­chowy ładu­nek szczę­ścia, który napeł­niał jego serce rado­ścią. Ten widok, za każ­dym razem inny, mniej lub bar­dziej pełen świa­tła i kolo­rów, upew­niał go w prze­ko­na­niu o wiel­ko­ści Bożego dzieła. To wła­śnie w przy­ro­dzie, w jej pięk­nie i maje­sta­cie, naj­wy­raź­niej dostrze­gał ogrom pracy Stwórcy i jed­no­cze­śnie czuł się istot­nym zia­ren­kiem w boskiej pia­skow­nicy. Ksiądz Sta­ni­sław Cie­ślak sia­dał na pia­sku, wycią­gał paczkę Marl­boro i zapa­lał jed­nego. Tylko jed­nego na dzień, i aku­rat w takich oko­licz­no­ściach. Jako kryp­to­pa­lacz palił od czasu do czasu, tam, na plaży, gdy obser­wo­wał grę barw na mor­skich falach i czuł jakby boskie tchnie­nie owie­wa­jące jego twarz.

Dziś nic nie będzie z pale­nia, pomy­ślał i uśmiech­nął się sam do sie­bie. Musi jesz­cze poje­chać do Kosza­lina po gładź szpa­chlową i grunt. Jeśli dziś uda mu się zaszpa­chlo­wać wszyst­kie nie­rów­no­ści i połą­cze­nia płyt, to jutro będzie mógł grun­to­wać.

Jesz­cze raz rzu­cił okiem na swoje dzieło i zado­wo­lony wyszedł z pokoju. Zszedł scho­dami. Gdy tylko zna­lazł się w kuchni, poczuł aro­ma­tyczny zapach kawy.

– O, jest nasz nie­wy­kwa­li­fi­ko­wany robot­nik – powi­tała go sie­dząca za sto­łem Matylda.

– Kwa­li­fi­ka­cje nie są naj­waż­niej­sze – odpo­wie­dział, uśmie­cha­jąc się sze­roko. – Liczy się przede wszyst­kim zapał, no i odro­bina Bożego bło­go­sła­wień­stwa.

– Tak, tak, zapał i bło­go­sła­wień­stwo to ele­menty konieczne do pale­nia cza­row­nic. W tym byli­ście nie­źli – odpo­wie­działa mu, zado­wo­lona, że się tak pięk­nie pod­ło­żył.

Sta­ni­sław lubił z nią dys­ku­to­wać na każdy temat, bo poje­dynki na argu­menty z eme­ry­to­waną śled­czą spra­wiały mu sporo satys­fak­cji. Matylda była osobą nie­zwy­kle inte­li­gentną i – co ważne – wypo­sa­żoną w ogromną wie­dzę, więc pod­czas ich starć aż iskrzyło w powie­trzu.

Tego ranka nie miał jed­nak ochoty na gierki słowne, bo chciał skoń­czyć szpa­chlo­wa­nie.

– Jeste­śmy na­dal! – stwier­dził od nie­chce­nia, pod­cho­dząc do eks­presu.

Pod­sta­wił kubek i wybrał ikonkę zwy­kłej kawy.

– Jak to? – Matylda z zain­te­re­so­wa­niem spoj­rzała na niego znad tygo­dnika.

Sta­ni­sław uśmiech­nął się pod nosem. Wie­dział, że połknęła haczyk, ale posta­no­wił nie dawać jej satys­fak­cji.

– Codzien­nie palimy pod­czas mszy świece i kadzi­dło.

– Padre… – mach­nęła ręką, wypusz­cza­jąc z niej tygo­dnik. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wała się cię­tej ripo­sty, a tu tylko kapi­szon. – I w ten spo­sób przy­czy­nia­cie się do efektu cie­plar­nia­nego. Ile jest kościo­łów w samej Euro­pie? Zaraz… jedna świeca to jakieś osiem­dzie­siąt watów… Policz sobie, tysiące kościo­łów, codzien­nie, przez cały rok… a wy jesz­cze dokła­da­cie kadzi­dło.

– Czy­sta dema­go­gia, droga Matyldo! – pod­su­mo­wał Sta­ni­sław jej wyli­cze­nia. – Atmos­fery nie ogrzewa cie­pło ze świec, tylko dwu­tle­nek węgla. Gdyby było ina­czej, musie­li­by­śmy zaka­zać ludziom picia gorą­cej her­baty albo… kawy – wska­zał na jej kubek.

– Nie, mój wie­lebny – pokrę­ciła głową, nie dając za wygraną. – Kościół od wie­ków wal­czy z ludźmi, któ­rzy zadają nie­wy­godne pyta­nia. Ludzie mają wie­rzyć bez zastrze­żeń i nie inte­re­so­wać się świa­tem, bo odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia zawiera Biblia. A jeśli ktoś był zbyt docie­kliwy, tra­fiał na stos. I tu wra­camy do początku naszej dys­ku­sji…

– Matyldo, ja nie dys­ku­tuję, tylko piję kawę.

– Ha, ucie­kasz z pola walki! – zawo­łała z try­um­fem w gło­sie.

– Nie ucie­kam, tylko jadę do Kosza­lina. Potrze­bu­jesz cze­goś z mia­sta?

– Nie wiem, musia­ła­bym się zasta­no­wić… Może fla­szeczkę koniaku? Mógłby być Ara­rat, bra­cie sza­fa­rzu.

– Jasne, zrobi się. A wina mszal­nego nie chcesz?

– Zwa­rio­wa­łeś? Takiego cien­ku­sza nawet pan Zagłoba by nie tknął.

– No widzisz, jaka to ciężka praca. Zagłoba by nie tknął, ty byś nie tknęła, a ja muszę.

– Podzi­wiam twoje poświę­ce­nie, wie­lebny.

– A gdzie mój uko­chany bra­ci­szek? – Sta­ni­sław rozej­rzał się po kuchni, tak jakby jego brat mógł się ukryć gdzieś w jej zaka­mar­kach.

Kuch­nia została odno­wiona w zeszłym roku i musiał przy­znać, że remont, któ­rego doko­nał wła­sno­ręcz­nie, przy­niósł zna­ko­mite efekty.

Jakiś czas temu bra­cia Cie­śla­ko­wie dostali w spadku po zmar­łej ciotce stary przed­wo­jenny dom z czer­wo­nej cegły, przy­kryty bor­dową dachówką, wraz ze sto­dołą, oborą i staj­nią. Nie­ru­cho­mość zapi­sała im obu, ale Sta­ni­sław zrzekł się swo­jej czę­ści na rzecz brata – pod warun­kiem, że będzie mógł korzy­stać z domu i przy­jeż­dżać tu na odpo­czy­nek. Na co dzień mieszka w War­sza­wie, więc z przy­jem­no­ścią spę­dza tu czas wolny. Dodat­kowo, jako zapa­lony maj­ster­ko­wicz, wziął się do odna­wia­nia sta­rych wnętrz. Dotąd wyre­mon­to­wał kuch­nię, pokój gościnny i sypial­nię na dole, a teraz przy­szedł czas na jego pokój na pod­da­szu. Ale nie tylko malo­wa­niem i szpa­chlo­wa­niem zaj­mo­wał się Sta­ni­sław. Odno­wił też stare meble. Kre­dens, stół kuchenny, krze­sła – wszyst­kie te sprzęty nabrały nowego wyglądu. Zdarł stary, łusz­czący się lakier, prze­szli­fo­wał każdy cen­ty­metr i poma­lo­wał spe­cjal­nym bia­ła­wym lakie­rem, kon­ser­wu­ją­cym i jed­no­cze­śnie odsła­nia­ją­cym słoje. Matylda miała mie­szane uczu­cia co do tej reno­wa­cji, bo lubiła kli­ma­tyczne sta­ro­cie, ale nie powie­działa tego Sta­ni­sławowi, żeby nie spra­wiać mu przy­kro­ści. Zresztą nie była tu u sie­bie. Jej przy­ja­ciel Bro­nek, brat Sta­ni­sława, tu gospo­da­rzy, a ona jest tylko… jego przy­ja­ciółką.

Oboje owdo­wieli i na eme­ry­tu­rze zaczęła się ich bliż­sza zaży­łość. Matylda wiele lat temu przyj­mo­wała Bronka do pracy w wydziale docho­dze­niowo-śled­czym komendy sto­łecz­nej. Była zastępcą kie­row­nika, a on począt­ku­ją­cym ofi­ce­rem śled­czym. Lubili się i sza­no­wali w pracy, ale pry­wat­nie każde z nich miało wła­sne życie. Kilka lat temu tra­fili na sie­bie przy­pad­kiem i odtąd ich ścieżki spla­tały się tak mocno, że teraz podą­żali razem jedną drogą.

– Poszedł po zakupy – wyja­śniła Matylda.

Niczego wię­cej nie musiała doda­wać, tym­cza­sem drzwi się otwo­rzyły i wszedł Bro­nek, postawny sie­dem­dzie­się­cio­la­tek ze sta­ran­nie przy­cię­tym wąsem i pokaźną łysiną na czubku głowy. Bra­cia byli do sie­bie podobni, choć pięć lat młod­szy od niego Sta­ni­sław miał jesz­cze tro­chę wło­sów na skro­niach przy­pró­szo­nych siwi­zną.

– Czuję kawę – rzu­cił od progu Bro­nek, któ­remu już w pierw­szy dzień pracy kole­dzy w wydziale nadali prze­zwi­sko „Bore­wicz”.

Nie miał szansy na inne, skoro nosił takie samo imię i nazwi­sko jak aktor gra­jący głów­nego boha­tera popu­lar­nego wtedy serialu.

– Kawa jest, tylko trzeba sobie zro­bić – rzu­ciła Matylda. – Ja mogę naszy­ko­wać kanapki.

Nie zno­siła robić kana­pek, ale dzięki temu uni­kała wcie­la­nia się w rolę kobiety parzą­cej kawę męż­czy­znom. Była wyeman­cy­po­wana i prze­ko­nana o rów­no­upraw­nie­niu, kiedy było jej to na rękę. Sama nie mia­łaby nic prze­ciwko temu, by poda­wano jej kawę.

– Kupi­łem świeże bułki, szynkę, ser i masło – wyja­śnił Bro­nek, kła­dąc foliowe torby na stół.

– Czy był­byś tak uprzejmy i podał deskę z nożem? – Matylda uśmiech­nęła się słodko do Sta­ni­sława.

Ksiądz w cywilu nie sprze­ci­wił się. Pod­szedł do bia­łego kre­densu, wyjął z szu­flady nóż i chwy­cił deskę leżącą na bla­cie.

– A, był­bym zapo­mniał – ode­zwał się Bro­nek. – Spraw­dzi­łem skrzynkę i zna­la­złem list do cie­bie, Matyldo.

– Do mnie?!

– No chyba że jest tu jesz­cze jakaś inna Matylda Kacz­ma­rek.

Bro­nek pod­szedł do eks­presu i pod­sta­wił kubek. Matylda zaczęła kroić bułki, a Sta­ni­sław, nie chcąc sie­dzieć bez­czyn­nie, zaczął je sma­ro­wać masłem. Te posma­ro­wane kładł na ład­nym przed­wo­jen­nym tale­rzu, ozdo­bio­nym malo­wa­nymi kwiat­kami.

– A gdzie masz ten list? – zapy­tała w końcu Matylda.

– Tam, w tor­bie z szynką.

– O, bogo­wie – wes­tchnęła.

Z powodu Staszka uży­wała liczby mno­giej, by dać mu do zro­zu­mie­nia, że ten, w któ­rego on wie­rzy, jest tylko jed­nym z wielu. Ale zaczepka się nie udała, bo Sta­ni­sław był sku­piony na sta­ran­nym sma­ro­wa­niu.

– Kto to widział, żeby w dzi­siej­szych cza­sach pisać listy! Dziś pisze się mejle, ese­mesy albo te no, tłity… – narze­kała, choć sama wysy­łała do swo­ich bli­skich kartki świą­teczne i waka­cyjne.

– Urzędy lubią listy i jesz­cze długo będą je wysy­łać – stwier­dził ksiądz.

– To nie żadne pismo – wyja­śnił były poli­cjant. – Zresztą jaki urząd wysłałby coś tu do Matyldy, prze­cież ona tu nie mieszka.

– Nie pismo? To co… Zaraz, gdzie ten list? – Zaczęła prze­trzą­sać torbę z zaku­pami. – No jest. Masz ci los! Kto to widział, żeby kopertę wsa­dzać do szynki. Widzisz, Bro­nek, list cały uświ­niony. No i jak teraz mam go…

– Kto do cie­bie napi­sał? – zapy­tał, nie zwra­ca­jąc uwagi na pre­ten­sje.

Przy­zwy­czaił się już do nich na tyle, by nie podej­mo­wać w takich sytu­acjach pole­miki.

– Zaraz, gdzie są moje oku­lary? Mia­łam je tu przed chwilą, jak czy­ta­łam „Poli­tykę”. Kto mi je…

– Pro­szę bar­dzo. – Sta­ni­sław pod­su­nął jej oku­lary w dru­cia­nej oprawce, które wycią­gnął spod tygo­dnika.

– Nie żebym tak bar­dzo ich potrze­bo­wała, ale… – Była nieco prze­wraż­li­wiona w kwe­stii swo­jego wieku i pew­nych sła­bo­ści, jakie przy­nosi zaawan­so­wana doj­rza­łość. – Ale wie­cie, że po sześć­dzie­siątce oczy szyb­ciej się męczą.

Wie­dzieli. Obaj byli po sześć­dzie­siątce, a Matylda jest od nich star­sza. Jed­nak obaj byli na tyle tak­towni, by nie wypo­mi­nać jej wieku.

– No dobra, spójrzmy, kto to… O, jest z tyłu adres. Kata­rzyna… To prze­cież sio­stra mojego Gustawa! Ona mieszka w Miko­ło­wie. Wie­cie, gdzie ten Miko­łów jest?

Bro­nek zaczął nakła­dać pla­stry szynki na posma­ro­wane bułki, a Sta­szek dokła­dał ser. Matylda roz­cięła kopertę ubru­dzo­nym nożem, wydo­była list i zaczęła czy­tać.

– No i co? – zapy­tał Sta­ni­sław, widząc, jak uśmiech znika z jej twa­rzy.

– No mówże, co się dzieje – pona­glił ją Bro­nek, dostrze­gł­szy, że Matylda pobla­dła.

Poło­żyła list na stole i spoj­rzała na nich.

– Podobno kło­poty mają to do sie­bie, że znajdą cię wszę­dzie. Te zna­la­zły mnie w Chło­pach, na samym końcu Pol­ski.

– I co? – zapy­tał Sta­ni­sław.

– Poje­dziemy do Miko­łowa.

Za oknem, na polu, ode­zwał się trak­tor.

Sąsiad Marian Mazguła zaczął prace polowe.

Dość późno jak na zwy­czaje rol­ni­ków, ale Marian należy do ludzi cenią­cych sobie spo­kojny sen. Szcze­gól­nie taki po flaszce chłod­nej wódki.

Zabrze Godzina 9.50

Wyobraź­cie sobie zapach wil­goci i węgla. Gdzieś ponad głową jed­no­stajny szum wen­ty­la­cji, a z oddali docho­dzą odgłosy zwie­lo­krot­niane przez skle­pione kory­ta­rze. I do tego wszyst­kiego szmer wody, która pły­nie gdzieś tu, choć jej nie widać. Kopal­nia wita gości swoją wła­sną mową, ape­lu­jąc do wszyst­kich zmy­słów, budząc w przy­by­szu respekt i strach. Wszyst­kie te uczu­cia ogar­nęły mnie, gdy tylko wysze­dłem z windy.

W życiu bym nie przy­pusz­czał, że kie­dyś zostanę gór­ni­kiem. Jako dzie­ciak chcia­łem być wszyst­kim pilo­tem, astro­nautą, nawet pira­tem. Ale nie czło­wie­kiem, który codzien­nie zjeż­dża trzy­sta metrów pod zie­mię. Ow­szem, jazda w dół ma w sobie ele­ment tajem­ni­czo­ści jak wyprawa po ukryty skarb. Ale codzienna, mono­tonna praca pod zie­mią, ze świa­do­mo­ścią, że nad głową ma się tysiące ton skał, może być depry­mu­jąca. W przed­szkolu malo­wa­łem na czarno tuby skle­jone z bry­stolu, ozda­bia­łem je pió­ro­pu­szami z kre­piny i zakła­da­łem dum­nie na głowę, by świę­to­wać Bar­bórkę. Świę­to­wa­łem, tań­cząc i śpie­wa­jąc Poszła Karo­linka do Gogo­lina… Ale wtedy ni­gdy, nawet przez sekundę, nie pomy­śla­łem, że kie­dyś będę pra­co­wał w kopalni.

A tu, pro­szę, stoję w chod­niku kopalni Guido w Zabrzu, na pozio­mie trzy­stu dwu­dzie­stu metrów. Wie­cie, co to zna­czy? Dokład­nie tyle metrów skał, węgla, ziemi i czego tam jesz­cze wisi nad moją głową i nie wia­domo, dla­czego nie… Nie, zde­cy­do­wa­nie lepiej tego nie wypo­wia­dać na głos, bo można jesz­cze spro­wa­dzić na sie­bie nie­szczę­ście.

Nie jestem wcale bojaź­liwy, ale świa­do­mość tego ogromu, który wisi nad czło­wie­kiem, robi wra­że­nie. Będę musiał się przy­zwy­czaić do tego. Przez naj­bliż­sze cztery dni będę pra­co­wał pod zie­mią. Tyle że zamiast fedro­wać, będę krę­cił film. Strach podobny, tylko ręce mniej brudne. Wraz z moją ekipą fil­muję, to zna­czy fil­mu­jemy, czyli robimy film o kopalni. Niby praca prost­sza od wydo­by­wa­nia węgla, ale ciarki prze­cho­dzą po ple­cach.

– Co tak sto­isz? – spy­tała Kama.

Moja dziew­czyna w kasku gór­ni­czym wyglą­dała dosko­nale. Pra­wie jak przo­dow­niczka pracy z pla­katu w latach pięć­dzie­sią­tych. Zresztą ona należy do tego typu kobiet, które nie­za­leż­nie od tego, w co się ubiorą, zawsze robią świetne wra­że­nie na ludziach. Gdyby zało­żyła zwiewną sukienkę i szpilki, mogłaby wystę­po­wać na wybiegu. Ma piękne, har­mo­nijne rysy twa­rzy, brą­zowe oczy i jasne włosy. Gdy pozna­li­śmy się kilka lat temu, była bru­netką. No ale wia­domo, za dziew­czyną nie nadą­żysz. Dziś ma na sobie buty trek­kin­gowe, spodnie bojówki i lekką kurtkę, bo pomimo upału na górze – tu jest dość chłodno. I to aku­rat sta­nowi przy­jemną odmianę.

Nie prze­pa­dam za upa­łami i ni­gdy się nie opa­lam, bo należę do ludzi o jasnej kar­na­cji, więc prze­by­wa­nie na słońcu koń­czy się dla mnie nie­zbyt przy­jem­nie. W ciągu trzy­dzie­stu pię­ciu lat mojego życia skóra po opa­la­niu scho­dziła ze mnie przy­naj­mniej trzy­dzie­ści trzy razy. Być może nawet trzy­dzie­ści pięć, ale tych pierw­szych dwóch nie pamię­tam. Za to utkwiło mi w pamięci, jak w wieku trzech lat tra­fi­łem na pogo­to­wie z uda­rem sło­necz­nym…

Chłód w kopalni Guido zde­cy­do­wa­nie mi odpo­wia­dał. Ale nie był w sta­nie zre­kom­pen­so­wać poczu­cia zagro­że­nia wywo­ła­nego świa­do­mo­ścią, co wisiało nad moją głową.

– Nie, tylko tak się zasta­na­wiam – odpar­łem niby pogod­nie, ale tak naprawdę pró­bo­wa­łem ukryć swój strach.

– Nad czym?

– No wiesz, nad tym, gdzie naj­le­piej by zacząć.

– Mar­cinku, co ty gadasz? Prze­cież wszystko jest w sce­na­riu­szu.

Wska­zała na repor­ter­ską pod­kładkę, do któ­rej przy­pięte miała wszyst­kie papiery.

To Kama odpo­wia­dała za pro­duk­cję naszego nowego filmu rekla­mo­wego, a ja byłem od kon­cep­cji i reży­se­rii. Był jesz­cze Wasyl, ope­ra­tor kamery, wielki facet o gołę­bim sercu, mało­mówny facho­wiec, mistrz w swoim rze­mio­śle.

– Wasyl, gdzie chcesz zacząć? – zapy­ta­łem na wszelki wypa­dek, by ukryć roz­ko­ja­rze­nie.

– Wszystko jedno. – Ope­ra­tor wzru­szył ramio­nami.

Jak zwy­kle. Mówił nie­wiele, za to kamerą potra­fił powie­dzieć wszystko.

No i musia­łem sam podej­mo­wać stra­te­giczne decy­zje. Ale na szczę­ście z pomocą przy­szedł mi Darek, prze­wod­nik po kopalni. Przed chwilą zosta­wił nas przy win­dzie i kazał cze­kać, ale na szczę­ście wró­cił i chyba miał jakiś pomysł. I całe szczę­ście, bo nie mogłem się psy­chicz­nie odna­leźć w tym pod­zie­miu.

– Słu­chaj­cie, pój­dziemy teraz tam – wska­zał jakąś bli­żej nie­okre­śloną prze­strzeń.

– A co tam jest? – dopy­ta­łem na wszelki wypa­dek, żeby w ogóle coś powie­dzieć.

– Tam jest wię­cej miej­sca – wyja­śnił Darek, szczu­pły trzy­dzie­sto­la­tek, który podobno o tej kopalni wie­dział wszystko.

Mówił nam jesz­cze na górze, że to jego rodzinna kopal­nia, więc ma do niej szcze­gólny sen­ty­ment.

– Czyli możemy roz­sta­wiać kla­moty – upew­ni­łem się na wszelki wypa­dek.

– Jeśli kamerę usta­wimy na wyj­ście z windy, może będziemy mieli w tle ludzi, któ­rzy tu zjadą z grupą wyciecz­kową – uznała Kama.

Ona już myślała obra­zem. Ale co się dzi­wić? Od kilku lat pra­cu­jemy ze sobą, więc zna się na robo­cie.

– Świa­tło jest potrzebne – oznaj­mił Wasyl i zarzu­cił sobie na ramię torbę ze sta­ty­wem.

Kamerę miał zawie­szoną na dru­gim ramie­niu. Prze­szedł kilka kro­ków, wybrał miej­sce i zaczął się roz­sta­wiać. Wzią­łem walizkę ze świa­tłem i posze­dłem za nim. Kama też miała kamerę, taką repor­ter­ską, czyli znacz­nie mniej­szą. Gdy Wasyl będzie grać setkę ze sta­tywu, Kama zrobi kilka dal­szych i bliż­szych pla­nów z ręki. A dla mnie zosta­nie naj­prost­sza robota.

Musia­łem wydo­być z Darka zezna­nia.

– To, panie Darku, zanim zaczniemy nagry­wać, chcia­łem…

– Prze­ga­dać wszystko – wszedł mi w słowo, uśmie­cha­jąc się pod wąsem, który spły­wał po policz­kach i łączył się na pod­bródku.

– No wie pan, jak jest. To film pro­mo­cyjny, więc nie może być taki cięty z metra. Musi być inny niż wszystko to, co się tu zazwy­czaj gra – wyja­śni­łem swój punkt widze­nia.

Darek powi­nien wie­dzieć, w czym rzecz, bo wszystko mu opi­sa­łem w mejlu, do któ­rego załą­czy­łem sce­na­riusz. Kopal­nia zle­ciła nam wyko­na­nie filmu nie­stan­dar­do­wego, a agen­cja, dla któ­rej pra­cuję od czasu do czasu, pod­jęła się tego zada­nia. Info­art­film to firma zaj­mu­jąca się reali­zo­wa­niem zle­ceń rekla­mo­wych i pro­mo­cyj­nych dla poważ­nych firm za poważne pie­nią­dze. Jej szef, mój kum­pel Woj­tek, był kie­dyś dzien­ni­ka­rzem spor­to­wym. Pozna­li­śmy się lata temu, gdy tuż po stu­diach obaj zaczy­na­li­śmy pracę w tele­wi­zji publicz­nej. Póź­niej, kiedy wyrzu­cono mnie z firmy, bo nie chcia­łem two­rzyć repor­taży na zamó­wie­nie, nasze drogi się roze­szły, ale na­dal byli­śmy kum­plami. To wła­śnie wtedy, gdy z tru­dem wią­za­łem koniec z koń­cem, Woj­tek zapro­po­no­wał mi pracę przy jakiejś rekla­mie. Chyba sobie pora­dzi­łem, bo odtąd mia­łem już stałe zle­ce­nia. To kopal­niane wzią­łem dla­tego, że nikt spo­śród sta­łych współ­pra­cow­ni­ków Wojtka nie chciał się tego pod­jąć. Mnie wydało się pro­ste reali­za­cyj­nie. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że wpad­nie się na odpo­wiedni pomysł. Wyda­wało mi się, że na taki wpa­dłem.

– Pew­nie, wiem, w czym rzecz. Nie­je­den raz krę­ci­li­śmy tu filmy. Ja powiem panu, że wystę­po­wa­łem tyle razy, że stra­ci­łem rachubę. Tylko po co to liczyć? Prze­cież nie jestem gwiazdą…

– A mnie w zasa­dzie cho­dzi, żeby pan tro­chę pogwiaz­do­rzył.

Zro­bił zdzi­wioną minę. Chyba go tym stwier­dze­niem zasko­czy­łem.

– Czyli że jak?

Spoj­rza­łem na Kamę i Wasyla.

Byli jesz­cze zajęci roz­sta­wia­niem sprzętu. Wasyl miał już kamerę na sta­ty­wie, a Kama pod­łą­czała lampę do aku­mu­la­tora.

– Czy­tał pan moje wytyczne do sce­na­riu­sza?

– Oczy­wi­ście.

– No to wie pan, że…

– Tak, wszystko wiem. Nawet sobie przy­go­to­wa­łem taki wstęp. Może powiem?

– No jasne, oczy­wi­ście. Pro­szę bar­dzo – zachę­ci­łem go. Chcia­łem wytwo­rzyć odpo­wied­nią atmos­ferę.

Wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że takie wypo­wie­dzi przy­go­to­wane przez naszych gości, a do tego wykute na bla­chę, potra­fią zarżnąć film. Dla­tego trzeba zro­bić wszystko, żeby napro­wa­dzić deli­kwenta na wła­ściwy trop. I naj­le­piej pod­su­nąć mu coś, co on uzna za wła­sną opo­wieść.

Darek przy­jął zawo­dową pozę: sta­nął w lek­kim roz­kroku i wypro­sto­wał nogi. Widać było, że wie, jak się to robi. A potem zaczął mówić, i to była zapo­wiedź kata­strofy fil­mo­wej na miarę Tita­nica.

Witamy w kopalni Guido w Zabrzu. Zje­cha­li­śmy wła­śnie trzy­sta dwa­dzie­ścia metrów pod zie­mię. Jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu pra­co­wali tu gór­nicy, dziś to jedna z naj­cie­kaw­szych tras tury­stycz­nych w Euro­pie. Chcemy wam poka­zać praw­dziwą kopal­nię, taką, jaką przez dzie­się­cio­le­cia znali ludzie pra­cu­jący pod zie­mią.

Mówiąc to, wyma­chi­wał rękoma jak raper. Bra­ko­wało tylko prze­ryw­nika w postaci „joł, joł”.

– Ten ruch cał­kiem nie­zły – pochwa­li­łem go.

– Prawda? – ucie­szył się. – Jak chcemy z tym fil­mem tra­fić do mło­dych…

– Mło­dzi oglą­dają rolki, a nie filmy pro­mo­cyjne, więc kiedy będziemy grać rolkę, a mamy ich kilka zro­bić, to wtedy pan się poru­sza, a my pod­ło­żymy jakiś bit. I to będzie strzał w dychę. Ale tu gramy dla star­szej mło­dzieży, takiej z fejsa. I dla­tego, panie Darku, spró­bujmy nie zaczy­nać od dat i nazwisk. Chciał­bym, żeby widz od razu poczuł, gdzie jest. Niech pan powie coś takiego, żeby czło­wiek przed ekra­nem pomy­ślał: kur­czę, ja bym tam nie zje­chał.

– Ale on ma tu zje­chać.

– Wła­śnie o to cho­dzi. Ma zje­chać, ale jed­no­cze­śnie musi czuć respekt przed tym miej­scem.

– Ile ton tego wszyst­kiego mamy nad głową? – Kama wska­zała na skalne skle­pie­nie, zabez­pie­czone sta­lo­wymi ele­men­tami łuko­wej obu­dowy chod­nika. Od razu zorien­to­wała się, nad czym pra­cuję i prze­szła do ura­bia­nia Darka.

– Ton?

– Nie da się tego poli­czyć? – zapy­tała, robiąc przy tym wiel­kie oczy, jak nasto­latka zapy­tana przez nauczy­ciela mate­ma­tyki o wzór na obwód koła. – Może milion ton?

Darek pokrę­cił głową.

– To nie­mie­rzalne – wyja­śnił.

– I o to cho­dzi! – pod­chwy­ci­łem. – Nie cho­dzi mi o liczby. Cho­dzi o emo­cje. Niech czło­wiek przed ekra­nem pomy­śli, że tutaj przez dzie­się­cio­le­cia codzien­nie ktoś przycho­dził do pracy, nie mając pew­no­ści, czy wie­czo­rem wróci do domu. Tu ból i strach czuć do dziś… – Prze­rwa­łem, bo wydało mi się, że prze­szar­żo­wa­łem. Spoj­rza­łem na Kamę.

Ta nie­znacz­nie ski­nęła głową.

Darek myślał, a Wasyl cze­kał za kamerą. Kiw­ną­łem na niego, a on natych­miast zapa­lił świa­tło. Ostry blask oświe­tlił Darka i prze­strzeń za nim. Naraz winda za jego ple­cami ożyła. Ktoś zjeż­dżał na dół.

– Możemy spró­bo­wać? – zapy­ta­łem.

– Chyba tak – odpo­wie­dział Darek, lekko się uśmie­cha­jąc.

– Akcja – zawo­łała Kama, odbie­ra­jąc mi ulu­bioną kwe­stię.

– Wyobraź­cie sobie, że nad waszymi gło­wami znaj­duje się kil­ka­set metrów skał, które ważą miliony ton. A mimo to wła­śnie tutaj, głę­boko pod zie­mią, przez dzie­się­cio­le­cia pra­co­wali gór­nicy wydo­by­wa­jący węgiel. Każdy metr węgla wyrwany tej ziemi to ból, cier­pie­nie i strach ludzi, któ­rzy każ­dego dnia ryzy­ko­wali wła­sne życie. Cza­sami, gdy idę kopal­nia­nym chod­ni­kiem, mam wra­że­nie, że wszystko to cały czas jest tu gdzieś, zamknięte w tej prze­strzeni, pozo­sta­wione przez mojego pra­dziadka, dziadka i tatę. Dziś może­cie przejść ich drogą i zoba­czyć świat, który dla więk­szo­ści ludzi pozo­staje nie­do­stępny. Jeśli macie w sobie odwagę, taką gór­ni­czą, chodź­cie za mną.

Odwró­cił się i ruszył w głąb kory­ta­rza.

Wasyl nie odry­wał oka od wizjera. Kama spoj­rzała na mnie i unio­sła kciuk. Wie­dzie­li­śmy już, że mamy otwar­cie. I wtedy wyda­rzyło się coś, czego nie dali­by­śmy rady zapla­no­wać i przede wszyst­kim zsyn­chro­ni­zo­wać. Winda zatrzy­mała się na dole. Gór­nik otwo­rzył kratę i wypu­ścił grupę kilku osób. Darek pod­szedł do nich, przy­sta­nął, wska­zał coś i wszy­scy ruszyli przed sie­bie.

Nikt z nas się tego nie spo­dzie­wał, ale wyszło dosko­nale. I to za pierw­szym razem.

Wycią­gną­łem z kie­szeni tele­fon, żeby spraw­dzić czas. Na wyświe­tla­czu zoba­czy­łem, że mam nie­ode­braną roz­mowę. Spraw­dzi­łem, kto dzwo­nił. Matylda, moja przy­szy­wana bab­cia. Musiała zadzwo­nić, kiedy jesz­cze byłem na górze, bo tu prze­cież nie ma zasięgu.

No trudno, to musi pocze­kać. Oddzwo­nię, jak stąd wyje­dziemy.

Łaziska Górne Godzina 10.30

Jakiś ptak się wydzie­rał, oświad­cza­jąc wszyst­kim, że znaj­dują się na jego tere­nie. Ale ludzie nie zwra­cali na niego naj­mniej­szej uwagi. Mieli wła­sne sprawy, do któ­rych nie nale­żało zain­te­re­so­wa­nie krzy­ka­czem. Zresztą nikt nawet nie potra­fiłby go popraw­nie nazwać. Ludzie cho­dzili, zatrzy­my­wali się, patrzyli i znów gdzieś szli, nie zwra­ca­jąc uwagi na skrzy­dla­tego awan­tur­nika.

Komi­sarz Olaf Absa­lon, szczu­pły pięć­dzie­się­cio­la­tek, mający nieco ponad sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, o twa­rzy ozdo­bio­nej czarno-siwą brodą i wąsami, ni­gdy nie widział trzci­niaka. Za to w swo­jej poli­cyj­nej karie­rze widział już wiele tru­pów. Mimo to z zain­te­re­so­wa­niem i jed­no­cze­śnie zawo­dową obo­jęt­no­ścią patrzył na twarz dziew­czyny. Jej rysy kom­plet­nie nic mu nie mówiły.

Gdy jechał tu rano, miał nadzieję, że sprawa okaże się pro­sta. Jakaś panna poszła się kąpać w sta­wie, w miej­scu nie­do­zwo­lo­nym do kąpieli. Może kiep­sko pły­wała, no i się uto­piła. Co roku latem ktoś się topił na sta­wach i w gli­nian­kach.

Ale topie­lica nie paso­wała do żad­nego sche­matu. Przede wszyst­kim nie była pla­żo­wiczką, bo nie miała na sobie kostiumu kąpie­lo­wego. Zresztą gdyby uto­piła się pod­czas pły­wa­nia, to ktoś by jej szu­kał. A z tego, co mówił dziel­ni­cowy Jałowy, wczo­raj nie wpły­nęło żadne zgło­sze­nie.

Zaklął cicho pod nosem i splu­nął na trawę. I zaraz się prze­stra­szył, że swoim mate­ria­łem bio­lo­gicz­nym skazi obraz miej­sca zna­le­zie­nia zwłok. A potem popa­trzył na tech­nika Urba­niaka i uśmiech­nął się do swo­ich myśli. Urba­niak dep­tał trawę, na któ­rej leżało ciało, i nie myślał nawet, by zabez­pie­czać jakieś ślady. Zresztą to nie było miej­sce, w któ­rym doszło do mor­der­stwa, o ile w ogóle do niego doszło. Tu ci dwaj węd­ka­rze, któ­rzy teraz sie­dzieli na pniu powa­lo­nego drzewa dwa­dzie­ścia metrów stąd i palili, wytasz­czyli zwłoki. Teraz naj­waż­niej­sze jest usta­le­nie toż­sa­mo­ści i odpo­wiedź na pyta­nie, czy tej dziew­czy­nie ktoś pomógł zejść z tego świata. Ale komi­sarz sam tego nie zrobi. Na razie musi uzbroić się w cier­pli­wość i cze­kać na fachową pomoc.

Liczył dziś na spo­kojną noc, ale pech chciał, że miał dyżur i był na komi­sa­ria­cie. Gdyby Orłow­ski był na miej­scu, to on by poje­chał. Ale nad ranem pole­ciał do jakie­goś pobi­cia i nie wró­cił. Tym­cza­sem to sprawa w sam raz dla Orłow­skiego, a nie dla niego. Może jak wróci na komi­sa­riat, to się zorien­tuje, co się dzieje, i przy­je­dzie mu pomóc? Nie, co za bzdury! Nie może liczyć na tak wiel­kie szczę­ście i domyśl­ność kolegi. Jak pech, to pech. Absa­lon będzie się musiał babrać w spra­wie topie­licy, a prze­cież ma teraz tyle na gło­wie.

Po tym, co wyda­rzyło się tydzień temu, powi­nien pójść do komen­danta i popro­sić o nad­zwy­czajny urlop. Nawet myślał o tym, że pój­dzie i powie… No wła­śnie, pro­blem w tym, że nie bar­dzo wie­dział, co niby miał powie­dzieć. „Sze­fie, muszę wziąć urlop, bo żona ode mnie ode­szła. Powie­działa, że ma już dość życia pod jed­nym dachem z nie­udacz­ni­kiem i odcho­dzi”. To miał mu powie­dzieć? A komen­dant jest prze­cież obcym czło­wie­kiem. Tym­cza­sem komi­sarz nawet wła­snym dzie­ciom bał się o tym powie­dzieć. Syn i córka byli już doro­śli i mieli wła­sne rodziny, ale to jed­nak dzieci. Wymy­ślił nawet taką bajeczkę: jeśli zapy­tają o mamę, powie, że poje­chała do sana­to­rium… A jak do niej zadzwo­nią? I bar­dzo dobrze, niech dzwo­nią do niej i niech ona im się tłu­ma­czy. Bo prze­cież nie ode­szła dla­tego, że pił czy bił. Pije tyle, co inni, czyli oka­zjo­nal­nie, a co do bicia, to on nie wali po mor­dzie nawet zatrzy­ma­nych prze­stęp­ców, a co dopiero… Mimo że był dla niej dobry i opie­kuń­czy, dbał o dom i rodzinę, to ta cho­lera ode­szła.

Spoj­rzał na twarz dziew­czyny. Wyglą­dała jak pogrą­żona we śnie. Żad­nych śla­dów prze­mocy. Śpiąca kró­lewna…

– Na pewno jej nie znasz? – zapy­tał dziel­ni­co­wego.

Okrą­gło­licy aspi­rant Jan Jałowy pokrę­cił głową.

Na jego rumia­nym obli­czu widać było wyraźne zafra­so­wa­nie. Od trzech lat był tu dziel­ni­co­wym i pew­nie miał wra­że­nie, że zna wszyst­kich. W końcu to jego teren. Sam był Bra­dzio­kiem od poko­leń, więc wszy­scy ci, któ­rzy tu miesz­kali, to dalsi i bliżsi zna­jomi. Ale tej dziew­czyny ni­gdy nie widział.

– Pierw­szy raz ją widzę na oczy – wyja­śnił, ocie­ra­jąc pot z czoła kra­cia­stą chu­s­teczką.

Był o pół głowy niż­szy od Absa­lona i co naj­mniej pięt­na­ście kilo cięż­szy. Lubił sło­dy­cze i ni­gdy nie odma­wiał cia­sta, więc upalne dni zno­sił dość ciężko.

– To rzuć okiem jesz­cze raz.

– Rzu­ci­łem. Ona nie jest stąd – zawy­ro­ko­wał.

– A może przy­je­chała do kogoś na waka­cje? – Absa­lon nie dawał za wygraną.

– Na waka­cje do Łazisk? A czy my się nazy­wamy Łazi­ska Zdrój? – zakpił Jałowy. – Patrz się tam – wska­zał ogromne obłoki pary uno­szące się nad komi­nami elek­trowni. – Tu nawet ptaki zawra­cają i pitają jak naj­da­lej.

– Masz rację – uznał Absa­lon. – Na pewno nie na wypo­czy­nek tu przy­je­chała. Ale wiesz, może do rodziny, żeby się spo­tkać, poga­dać…

– Jasne, że mogła – zgo­dził się z nim Jałowy. – Ale jakby była u rodziny, to rodzina by chyba zgło­siła, że zagi­nęła dziołszka. Mom recht?

– Cho­lera, wszystko to skom­pli­ko­wane.

– Nie­prawda – odparł Jałowy. – Jak ja bym miał obsta­wiać, to ona jest obca. I nie przy­szła tu, ale ktoś ją tu przy­wiózł i wrzu­cił do wody, jak marzannę.

– Za dużo ci się koja­rzy. – Komi­sarz mach­nął ręką. – To, że jest ubrana w koron­kową sukienkę, no, białą sukienkę, to jesz­cze nie zna­czy, że to jakiś ten, no, rytuał. Poza tym nie wiemy, jak zgi­nęła. Czy się uto­piła, czy co… Gdzie jest, cho­lera, ten medyk sądowy? Trzeba ją stąd zabie­rać, bo zaraz ją muchy zje­dzą.

– Medyk sądowy już jedzie z Biel­ska – poin­for­mo­wał ich tech­nik, trzy­dzie­sto­letni Woj­tek Urba­niak, który robił wła­śnie zdję­cia.

Ubrany w ochronny kom­bi­ne­zon i z dłu­gimi wło­sami, spię­tymi różową gumką, wyglą­dał jak skrzy­żo­wa­nie kosmity z hipi­sem. Przy­klęk­nął na jedno kolano, żeby zna­leźć naj­lep­sze uję­cie twa­rzy.

– Jedzie i nie może doje­chać. O któ­rej żeśmy go zawia­da­miali?

– Zaraz rano dyżurny go zama­wiał – przy­po­mniał Jałowy. – Ale na całe woje­wódz­two mamy tylko kilku medy­ków.

– Kie­dyś leka­rze pra­co­wali w mili­cji – przy­po­mniał Absa­lon. – I zawsze dojeż­dżali na czas.

– A ty żeś robił w mili­cji? – spy­tał zdzi­wiony Jałowy.

– Ja nie, ale mój wujek był mili­cjan­tem. Zresztą dzięki niemu posze­dłem do poli­cji. On mi mówił, że robota spo­kojna i się czło­wiek nie prze­pra­cuje. Tyle że nie uprze­dził, że trzeba będzie patrzeć na takie widoki – wska­zał na mar­twą dziew­czynę.

Jałowy tym­cza­sem pod­szedł do tech­nika i wycią­gnął z kie­szeni swój tele­fon. Włą­czył apa­rat i zaczął robić zdję­cia.

– A ty co, na fejsa chcesz wrzu­cić fotkę? – zakpił Urba­niak. – Naj­le­piej się kli­kają sel­fiki. Musisz sta­nąć tak, żeby było widać twoją buźkę, a nie­boszczka była w tle – mówił cał­kiem poważ­nie, choć kole­dzy znali dosko­nale jego sar­ka­styczne poczu­cie humoru.

– Gdy­bym chciał mieć wię­cej laj­ków, to bym se zro­bił foto z twoją gębą – odgryzł się Jałowy. – Pójdę do ludzi i roz­py­tam – wyja­śnił, patrząc na Absa­lona.

Ten obró­cił się za sie­bie. Na skraju ulicy, tam, gdzie asfalt się koń­czył i zaczy­nała wyjeż­dżona polna droga, stało dwóch mło­dych poli­cjan­tów, pil­nu­ją­cych, by nikt nie­po­żą­dany nie pod­szedł nad staw. Ludzie, mimo że droga była zamknięta, i tak przy­szli popa­trzeć. Nie wie­dzieli do końca na co, ale skoro była poli­cja, zawsze ist­niała moż­li­wość, że będzie coś cie­ka­wego do obej­rze­nia. I nie pomy­lili się, bo wkrótce doj­rzeli idą­cego ku nim dziel­ni­co­wego.

– Co się tam stało? – zapy­tała stara Cie­pie­lowa, gdy pod­szedł do taśmy i zatrzy­mał się przed grupą kil­ku­na­stu eme­ry­tek i eme­ry­tów.

Nie było mię­dzy nimi nikogo w wieku pro­duk­cyj­nym ani żad­nego dziecka. Jałowy wie­dział, dla­czego. Rodzice są w pracy, a baj­tle pobie­gły naokoło stawu, by obejść pil­nu­ją­cych dostępu poli­cjan­tów i zna­leźć jak naj­lep­sze miej­sce do oglą­da­nia tego, czego teo­re­tycz­nie nie mogą oglą­dać.

– Niy moga pedzieć, pani Cie­pie­lowa.

– Przeca my nikomu niy wygo­domy – stwier­dził Karol Walasz, stary gór­nik, który dziw­nym zrzą­dze­niem losu dożył osiem­dzie­siątki.

– Nam niy pedziesz, – Cie­pie­lowa udała zdzi­wie­nie.

– Pod Bogiem niy moga – ude­rzył się w pierś. – Służ­bowo tajem­nica.

– On mo recht – rzu­cił Raj­mund Bre­guła, eme­ry­to­wany straż­nik prze­my­słowy. – Jak się jest na służ­bie, to się o spra­wach służ­bo­wych nie pytluje. Jak jo żech był na służ­bie, to żech był na służ­bie i żodyn leber niy wlozł na zakład bez prze­pu­stai. Służba to…

– Prowda, panie Bre­guła – zgo­dził się z nim poli­cjant. – Ale na oko­licz­ność śledz­twa moga prze­pro­wa­dzić roz­py­ta­nie w związku ze zna­le­zie­niem zwłok w wodzie. Tyla moga zro­bić.

– Maryjo prze­naj­święt­sza! – Cie­pie­lowa szybko się prze­że­gnała. – Jakich zezw­łok?

– Zezw­łok… Zna­czy się zwłok kobiety – wyja­śnił Jałowy. – Dla­tego chcioł żech sie wos roz­py­tać, czy­ście czego niy widzieli albo niy sły­szeli. Zna­czy cze­goś podej­rza­nego.

Omiótł wzro­kiem zna­jome twa­rze, ale wystar­czyło mu tylko pobieżne spoj­rze­nie, by poznać, że ci tu sto­jący przed nim ludzie niczego nie wie­dzą, choć na pewno bar­dzo by chcieli.

– Jakby ktoś sobie co przy­po­mniał, to… – zaczął i naraz prze­rwał.

Wszyst­kie twa­rze zwró­ciły się w jego kie­runku. Już miał odejść, ale pomy­ślał, że skoro zro­bił te zdję­cia, to co mu szko­dzi? I tak w końcu twarz tej dziew­czyny pojawi się na poli­cyj­nych foto­gra­fiach do iden­ty­fi­ka­cji.

Wyjął z kie­szeni tele­fon i szybko wyszu­kał naj­lep­sze zdję­cie.

– Terozki pokoża wom foto­gra­fia dzioł­chy, co sie uto­piła, a my muszymy usta­lić jij nazwi­sko. Podzi­wej­cie sie. – Wysu­nął tele­fon przed sie­bie.

Ludzie zaczęli pod­cho­dzić. Zatrzy­my­wali się, wpa­try­wali i wzru­szali ramio­nami.

– Ona je z Żor – stwier­dziła kate­go­rycz­nie Cie­pie­lowa.

– Skond wicie? – zapy­tał zdu­miony poli­cjant.

– No przeca widza. Ta sukienka, co jom mo sobie ta boroczka, to je koronka. To koronka kloc­kowo z Konia­kowa. Tako fajno korona robi jedna oma z Żor, co sie nazywo Cele­styna Trawa. Od razu widza, że to jij robota.

– Dzię­kuję! – Jałowy uśmiech­nął się do kobiety.

Scho­wał tele­fon do kie­szeni i poszedł do pro­wa­dzą­cego śledz­two Absa­lona.

Przy­szło mu do głowy, że warto jed­nak od czasu do czasu podej­mo­wać samo­dzielne decy­zje. Bo gdyby cze­kał na ofi­cjalne pozwo­le­nie, mogłoby jesz­cze minąć sporo czasu. A tak Absa­lon będzie mógł jesz­cze dziś poje­chać do Żor i odszu­kać uta­len­to­waną koron­czarkę.

Zabrze Godzina 14.35

Gdy winda wywio­zła nas na powierzch­nię, poczu­łem praw­dziwą ulgę. Dopiero wtedy zda­łem sobie sprawę, że od kilku godzin oddy­cha­łem nieco pły­ciej niż zwy­kle. Wzią­łem głę­boki oddech, aż zakrę­ciło mi się w gło­wie. Wielki haust świe­żego powie­trza był jak powiew wol­no­ści. Tyle że mój wyrok był tylko odro­czony, bo naza­jutrz mia­łem znów zje­chać na dół. Do końca pracy zostały nam trzy dni zdję­ciowe, więc jesz­cze tro­chę będę się bał o wła­sne życie. Ale skoro prze­trwa­łem naj­trud­niej­sze: pierw­szy zjazd i pierw­sze zdję­cia, to jakoś sobie pora­dzę.

Kama zdjęła kask i pode­szła do mnie uśmiech­nięta.

– Chyba nie­źle wyszło? – zapy­tała, ale prze­cież znała odpo­wiedź.

– Oczy­wi­ście, że dobrze. Nie mogło być ina­czej, jeśli do pracy biorą się tacy fachowcy jak my.

Poca­ło­wała mnie w poli­czek i zaraz obej­rzała się za sie­bie. Wasyl zdjął z ramie­nia torbę ze sta­ty­wem i drugą z kamerą. Posta­wił graty pod ścianą.

– Głodny jestem – rzu­cił.

Był to czy­sty komu­ni­kat, nie­za­pra­wiony jaki­mi­kol­wiek emo­cjami. Powie­dział to tak, jakby oznaj­miał, że świeci słońce. Dla Wasyla wszystko było pro­ste: jadł, pił, jechał, fil­mo­wał, mon­to­wał, bo tak był ukształ­to­wany. A jak trzeba było, to nawet potra­fił napić się wódeczki. Ale ni­gdy za dużo, bo „rano trzeba wstać z czy­stą głową”, mawiał, gdy ktoś pro­po­no­wał mu czwartą kolejkę.

– Jeste­ście głodni? – zapy­tał Darek.

On też był zado­wo­lony z naszej roboty. Choć trzeba uczci­wie przy­znać, że naro­bił się z nas wszyst­kich naj­bar­dziej. My tylko reje­stro­wa­li­śmy to, co miał do powie­dze­nia. No może tro­chę mu pomo­gli­śmy, napro­wa­dza­jąc na wła­ściwą ścieżkę, ale to on był w tym fil­mie auten­tycz­nym prze­wod­ni­kiem.

– Ja z przy­jem­no­ścią coś bym zja­dła! – Kama poparła Wasyla.

– Oczy­wi­ście, chęt­nie – zgo­dzi­łem się z nimi.

Tym bar­dziej że nie mie­li­śmy spe­cjal­nych pla­nów obia­do­wych. Wia­domo było tylko, że wpad­niemy gdzieś coś zjeść, by mieć siłę do dal­szej pracy. Bo po powro­cie do hotelu nie będzie czasu na odpo­czy­nek. Trzeba przej­rzeć cały nagrany mate­riał i pod­dać go wstęp­nej obróbce, czyli wybrać to, co dobre, i wyciąć śmieci. W ten spo­sób do War­szawy przy­je­dziemy z nagra­niami goto­wymi do osta­tecz­nego mon­tażu.

– To dosko­nale – ucie­szył się Darek. – Czas na faj­rant.

– No dla­tego mówimy o jedze­niu – wyja­śni­łem mu. – U nas też się mówi „faj­rant”. To zna­czy, że to takie ogól­no­pol­skie słowo.

– „Faj­rant” to jedno z naj­bar­dziej ślą­skich słów. Przy­szło do nas z nie­miec­kiego Feie­ra­bend. Daw­niej ozna­czało koniec szychty, chwilę, kiedy gór­nik mógł odło­żyć kilof i wró­cić do domu. Na Ślą­sku mówi się tak do dziś: „robić faj­rant”, czyli skoń­czyć robotę.

– W War­sza­wie też – zauwa­żył Wasyl. – Jeść mi się chce.

– I bar­dzo słusz­nie – stwier­dził Darek. – Na Ślą­sku po faj­ran­cie naj­pierw się je, a dopiero potem odpo­czywa. A „Faj­rant” to knajpa. Tak się nazywa. Cał­kiem nie­da­leko stąd.

– Ale naj­pierw kla­moty musimy zawieźć do hotelu. – Kama zawsze dbała o każdy szcze­gół.

Nie mogli­śmy zosta­wić w aucie sprzętu war­tego kil­ka­dzie­siąt tysięcy zło­tych. Tym­cza­sem Wasyl już pako­wał torby do swo­jego nowego samo­chodu. Kilka mie­sięcy temu pozbył się roz­kle­ko­ta­nego sta­rego vana i kupił dwu­let­nie BMW 3 kombi. Był bar­dzo dumny z nowego auta i wolał mieć je cały czas pod kon­trolą. Dla­tego, jak go znam, na pewno chciałby odsta­wić Beemkę na par­king hote­lowy, zanim odda się roz­ko­szom bie­sia­do­wa­nia.

– Ja pojadę, a wy idź­cie zama­wiać jedze­nie – zade­cy­do­wał Wasyl.

Zanim kto­kol­wiek zare­ago­wał, nasz ope­ra­tor już odpa­lił sil­nik.

– Jak on tam trafi? – zapy­ta­łem wła­ści­wie sam sie­bie.

– To jest w kom­plek­sie waszego hostelu Guido. Nie da się nie tra­fić – powie­dział Darek.

– Mar­cinku, mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. – Kama zła­pała mnie za rękę i pocią­gnęła za sobą. – Zapew­niam cię, że Wasyl obsłu­guje tele­fon znacz­nie lepiej od cie­bie i pora­dzi sobie z GPS-em.

Ruszy­li­śmy przed sie­bie. Do hostelu mie­li­śmy jakieś sto metrów. Knajpa była obok. Dotar­li­śmy tam bły­ska­wicz­nie, bo poga­niał nas głód. Gdy weszli­śmy do nowo­cze­snego lofto­wego wnę­trza, ze ścia­nami z czer­wo­nej cegły, przy­po­mnia­łem sobie, że ostatni raz jadłem o siód­mej rano. W powie­trzu czuć było deli­katny zapach pie­czo­nego mięsa. Natych­miast zabur­czało mi w brzu­chu.

Darek popro­wa­dził nas do sto­lika przy oknie. Gdy tylko zdą­ży­li­śmy usiąść, poja­wiła się nieco znu­dzona drobna kel­nerka z kar­tami w ręce.

– Tu kie­dyś była zakła­dowa sto­łówka i wulc-haus – wyja­śnił nasz prze­wod­nik.

– Wulc? – zapy­tała Kama.

Nasze nie­pewne miny suge­ro­wały, że trzeba nam to dokład­nie wyja­śnić. Darek uśmiech­nął się zado­wo­lony, bo chyba na to liczył.

– Wulc-haus. Tak Ślą­zacy mówili na robot­ni­cze hotele z cza­sów Pol­ski Ludo­wej. Wule albo wulce to pogar­dliwe okre­śle­nie ludzi przy­jeż­dża­ją­cych tu za pracą i zamiesz­ku­ją­cych w takich oto hote­lach robot­ni­czych. Stąd wła­śnie wulc-hausy.

– Nie lubi­cie przy­jezd­nych? – zapy­ta­łem.

– Boimy się tego, co nie­znane – stwier­dził. – Ale w tym wypadku miej­scowi wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia. Z ludźmi, któ­rzy nie zamie­rzali zapusz­czać tu korzeni. Wulc-hausy to były wylę­gar­nie prze­stępstw i róż­nych pato­lo­gii. Bójki, liba­cje i awan­tury na porządku dzien­nym.

– Nie ma już wul­ców? – zapy­tała Kama.

– Wielu wyje­chało, a ci, któ­rzy zostali, wże­nili się, wro­śli w tutej­szą spo­łecz­ność, a ich dzieci są już krzo­kami, zna­czy takimi mło­dymi rośli­nami, z któ­rych wyro­sną pnioki. A pnioki są już miej­scowe.

– Zasy­mi­lo­wali się? – domy­śli­łem się. – Więc eks­pe­ry­ment spo­łeczny się powiódł.

Darek pokrę­cił głową.

– Powie­dzia­łem, że ich dzieci, a oni… pozo­stali goro­lami.

– Kim?

Zna­łem to słowo, ale nie do końca wie­dzia­łem, w czym rzecz.

– Gorol to ktoś obcy. To czło­wiek, który nie jest tu uro­dzony.

– Czyli czło­wiek dru­giej kate­go­rii – stwier­dzi­łem.

Darek znów pokrę­cił głową.

– To nie tak. Dziś nie ma ludzi lep­szych i gor­szych. Ale Ślą­za­kiem trzeba się uro­dzić. Dla­tego ci mło­dzi, co się tu uro­dzili, choć z rodzin przy­jezd­nych albo mie­sza­nych, to kraj­coki albo basz­tardy, ale tutej­sze, zna­czy ślą­skie, więc już nasze…

Chciał jesz­cze coś powie­dzieć, ale w kie­szeni zawi­bro­wał mu tele­fon i Darek od razu ode­brał.

I wtedy sobie uświa­do­mi­łem, że o czymś zapo­mnia­łem. Tele­fon! Cho­lera, zapo­mnia­łem cał­ko­wi­cie, że dzwo­niła do mnie Matylda. Mia­łem do niej oddzwo­nić, a tym­cza­sem zdję­cia trwały i trwały, a spod ziemi nie było jak. Już dawno mogłem to zro­bić. Może potrze­bo­wała pomocy, a ja…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki