Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
25 osób interesuje się tą książką
Sierpień 2012 roku. W lesie pod Grońskiem ginie aspirant Szymon Kania. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Komisarz Biernat z komendy w Szamotułach nie wierzy w taką wersję. Znał Kanię. Wie, że coś tu nie gra. Jednak wkrótce śledztwo grzęźnie, a sprawa pozostaje nierozwiązana.
Rok 2013. W Poznaniu znika przedsiębiorca Andrzej Grabiec. Wyjechał do Tarnowa Podgórnego obejrzeć atrakcyjną działkę inwestycyjną. Zniknął bez śladu razem z ogromną sumą pieniędzy. Sprawa, jako prosty przypadek zaginięcia, trafia do młodej policjantki Anety Nowak, która dopiero zaczyna pracę w komendzie wojewódzkiej. Szybko okazuje się jednak, że to wierzchołek góry lodowej.
W cieniu wielkich pieniędzy działa Ryszard Grubiński, prezes Banku Ziemskiego, gotowy zrobić wszystko, by ukryć niezbyt czyste interesy. Jest także Nadia – dziewczyna z Ukrainy, która uciekła z rąk brutalnego gangstera Lońki Pistoleta. Pewnego dnia przypadkiem spotyka swojego oprawcę. I postanawia wezwać na pomoc rudowłosą policjantkę Anetę Nowak.
Dwa równoległe śledztwa. Doświadczony były gliniarz i ambitna, zdeterminowana policjantka. W świecie, w którym lojalność ma swoją cenę, a prawda bywa groźniejsza niż kłamstwo, tylko zimna krew daje szansę na przetrwanie.
To wciągający kryminał o władzy, pieniądzach i zemście. O ludziach, którzy stoją po przeciwnych stronach prawa i o tych, którzy muszą zdecydować, jak daleko są gotowi się posunąć, by odkryć prawdę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 441
Data ważności licencji: 6/10/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Jędrzej Szulga
© by Ryszard Ćwirlej
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-4160-7
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Las pachniał igliwiem i strachem. Ptaki w koronach sosen świergotem ostrzegały się przed krążącym w górze jastrzębiem. Sarny ukryte w leśnych chaszczach wypatrywały wilka, potężnego basiora, który rano naznaczył teren, informując w ten sposób swoich drapieżnych pobratymców, że wchodząc tu, ryzykują spotkanie z jego kłami.
Aspirant Karol Kania też się bał. Nie miał pojęcia, że właśnie wkroczył w rewir króla lasu. Nie wiedział też, że w tym wielkopolskim borze żyją wilki. A nawet gdyby wiedział, nic by go nie obchodziły. On nie bał się wilków, tylko ludzi. Ci byli znacznie gorsi od drapieżnych zwierząt. One zabijały, bo tak je stworzyła natura. Musiały polować, żeby przeżyć. A ludzie zabijali ze strachu i z nienawiści.
Kania wiedział, że jeśli dziś zrobi wszystko tak, jak zaplanował, będzie mógł żyć jak dawniej. Będzie mógł spokojnie pracować i zarabiać, może niedużo, ale regularnie. W wakacje będzie mógł wyjeżdżać do Chorwacji albo Bułgarii i leżąc tam na plaży, niczym się nie martwić. Przede wszystkim już nie będzie musiał się bać.
Siedział w radiowozie zaparkowanym na leśnej drodze i analizował swoje życie. Z tej analizy wychodziło mu niezmiennie, że wszystko toczyło się idealnie – żona dwójka dzieci, mieszkanie i stabilna robota – ale tylko do pewnego momentu. Do chwili, kiedy wyjechał na ten pieprzony patrol.
Zobaczył ją na poboczu. Stała tam ubrana w kusą minispódniczkę i bluzeczkę z dużym dekoltem. Może gdyby dostrzegła radiowóz, zdążyłaby się ukryć w krzakach, a on by jej nie zauważył. Ale nie miała tyle szczęścia. Sterczała wpatrzona w zbliżające się auto. Przyszło mu do głowy, że jest harda i że rzuca mu wyzwanie. No to się przekona, jak to jest zadzierać z policjantem. Jak to jest stawiać się komuś takiemu jak on.
Zatrzymał samochód, opuścił szybę od strony pasażera, po czym skinął na dziewczynę palcem. Podeszła, nachyliła się do okna. Ładna cholera, pomyślał, spoglądając w jej czarne oczy. Może trochę za wąskie usta, ale to w końcu nie jest najważniejsze.
– Wskakuj. – Kiwnął głową na miejsce koło siebie. Usiadła na fotelu. – Zamknij – polecił.
Zrobiła, jak kazał.
– Czoho hoczesz? – zapytała.
– O, Ruska! – zauważył nieco zdziwiony.
– Nie Ruska, ja iz Ukrainy.
– Co za różnica? Mnie tam wsjo rawno – przypomniał sobie zwrot, zapamiętany jeszcze ze szkoły podstawowej. – Dla mnie bez różnicy, czy żeś z Ukrainy, czy z Rosji. Najważniejsze, że umiesz obciągać. Umiesz czy nie?
Wzruszyła ramionami.
– Zaraz się przekonamy – rzucił i zaczął odpinać pasek od spodni. – Dobra, teraz ty. No dalej, zajmij się nim. – Wskazał na rozporek, a potem spojrzał na dziewczynę. – Bierz się do roboty. No, co się tak gapisz? Nie umiesz robić loda? Przecież to dla ciebie codzienność. I nie mów, że tego nie lubisz. Bierz do paszczy i ssij!
Zacisnęła mocno usta, w jej oczach pojawiły się łzy.
– Szybciej, nie mam czasu. Poznaj się z moim wackiem…
Rozpięła mu rozporek i wyciągnęła penisa.
– Założę prezerwatywu…
– Żadnej gumy – warknął, chwycił ją za kark i pociągnął w dół. Mocno przycisnął do siebie. – Otwieraj gębę i do roboty, dziwko.
Poddała się. Poczuł ciepło w podbrzuszu i sekundę później eksplodował.
Przytrzymał jej głowę jeszcze przez chwilę, a gdy zwolnił chwyt, podniosła się i sięgnęła po torebkę postawioną na podłodze. Wyjęła paczkę chusteczek; dokładnie wytarła usta.
– Przyjemnie było, co? – Zarechotał głośno.
Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem. Dostrzegł je, ale było mu zupełnie obojętne, czy dziewczyna będzie go lubić, czy nie. Ona i jej uczucia nic go nie obchodziły. Miał wobec niej plany i będzie musiała mu się całkowicie podporządkować. Mogła go nawet nienawidzić, byleby tylko robiła, co każe.
– Więc zrobimy tak… Jak ty się właściwie nazywasz?
– Nadia.
– Słuchaj, Nadia, to jest moja droga. – Wskazał na szosę rozciągającą się przed maską samochodu. – Tutaj rządzę ja i nikt inny, jasne?
Ukrainka pokiwała głową.
– Cieszę się, że się rozumiemy. To teraz uważaj. Powiedz tym skurwysynom, co was tu przywożą codziennie rano, że rozmawiałaś ze mną i że bez mojego pozwolenia na tej drodze nic się nie ma prawa wydarzyć. Nikt bez mojego pozwolenia nie będzie tu wystawiał kurw i zarabiał na tym biznesie. Rozumiesz?
Znów przytaknęła.
– Obserwuję was od tygodnia i wiem już wszystko. Opiekunowie przywożą was tu przed południem i stoicie do czasu, aż się zacznie robić ciemno. Potem was zgarniają. Każda z was może dziennie zarobić z tysiąc złotych. Powiedz tym swoim dwóm facetom, którzy jeżdżą srebrnym busem, że od jutra mają mi płacić dziennie stówę od każdej, czyli sześć stów za dzień. A ja za to zapewniam wam wszystkim ochronę i spokój ze strony policji. Jeśli będzie się kroiła jakaś akcja policyjna na drodze, zawsze dostaniecie cynk wcześniej. Więc będziecie miały spokojną pracę i nikt was nie będzie niepokoił. Zrozumiałaś?
– Oni się nie zgodzą – wymamrotała Nadia.
Zaśmiał się głośno.
– To powiedz im, że ze mną nie ma dyskusji. Albo zrobią, co mówię, albo inaczej sobie pogadamy. Przekaż też, że to moja droga i ja tu rządzę. A teraz spierdalaj. – Wskazał drzwi; posłusznie wyszła. – Czekaj! – zawołał jeszcze. Odwróciła się. – W przyszły poniedziałek przyjadę do ciebie. Masz tu być z kasą za cały tydzień od sześciu dziewczyn. Rozumiesz?
Pokiwała głową.
– Oni tiebie ubiją – rzuciła i odeszła parę kroków.
– Cztery tysiące dwieście. Tyle masz mieć dla mnie – krzyknął.
Włączył silnik i odjechał. Był z siebie zadowolony. Niech sobie gada, że go zabiją. Dobrze wiedział, że to tylko takie pieprzenie. Co mu zrobią jacyś dwaj ruscy rekieterzy? Gówno zrobią, bo on jest policjantem, a oni wolą dobrze żyć z policją. Nic nie ryzykował, a taki niewielki podatek od każdej z dziewczyn był dla nich do przełknięcia. Na pewno zgodzą się na jego warunki, choć pewnie nie będą tego powodu szczęśliwi. Ale przekalkulują wszystko i dojdą do wniosku, że lepiej płacić gliniarzowi i mieć spokój niż zaczynać z nim wojnę. Sprawę postawił na ostrzu noża, ale wiedział, że inaczej z tymi ludźmi nie da się rozmawiać, bo do takich trafiają tylko siłowe argumenty.
I się nie pomylił. Tak jak zapowiedział, pojawił się na drodze tydzień później. Dziewczyna stała w tym samym miejscu. Gdy się zatrzymał, od razu wskoczyła do samochodu. Spojrzał na nią zadowolony i się uśmiechnął.
– Wszystko załatwione? – zapytał.
– Wsjo normalno. – Sięgnęła do torebki. Wyjęła z niej kopertę i mu ją podała.
Zajrzał do środka. Były w niej pieniądze, więc wyciągnął plik banknotów i przez chwilę liczył.
– Jest trzy i pół tysiąca – powiedział zdumiony. – Miało być cztery dwieście.
– Lońka Pistolet skazał, że tyle chwacit. Bolsze nie budziet.
– Co to za Lońka?
– To boss, on kamandir. Skazał, szto jeśli ty nie wazmiosz, możesz idti w pizdjec. Nu, jeśli wazmiosz i budjesz chranit naszu rabotu, padrużimsja. Tut zapsano jewo nomer. Pazwaniisz i skażesz, kak budziet. On żdjot twojego telefona.
– Haraszo! – przypomniał sobie kolejne ruskie słowo. – Zadzwonię i się dogadamy. – Uśmiechnęła się do niego i już chciała wyjść, kiedy chwycił ją za rękę. – Zapomniałaś o czymś. – Wskazał swoje krocze. – Mój wacek czeka na spotkanie z twoim językiem.
Ta współpraca zaczęła się pół roku temu. Dogadał się z Lońką i co tydzień odbierał działkę. Ale ciężko pracował na te pieniądze. Za każdym razem, gdy na komendę w Nowym Tomyślu przychodziły z Poznania polecenia, aby zaostrzyć kontrolę przydrożnych prostytutek, te w nadzorowanej przez niego okolicy znikały, by wrócić, gdy zagrożenie minie. Wszystko skomplikowało się dwa tygodnie temu. Wojewódzka zrobiła akcję bez korzystania z pomocy miejscowych gliniarzy. Jednego dnia zatrzymano kilkadziesiąt dziewczyn pracujących przy najważniejszych wielkopolskich drogach. Te robiące dla niego też. Trafiły do policyjnego ośrodka, z którego mogły wyjechać już tylko w jednym kierunku, na Ukrainę.
Oczywiście Lońka się wściekł. Kazał mu za wszelką cenę wyciągnąć te jego panienki. Tyle że było to kompletnie niemożliwe. Kania chciał wszystko spokojnie wytłumaczyć. Dlatego umówili się w lesie, żeby pogadać, co dalej. Zabrakło jednych dziewczyn, to przecież Lońka mógł przywieźć ze Wschodu kolejne. Dla niego – co za problem? Facet miał kontakty. Jeśli będzie się stawiał, Kania może go zamknąć i oskarżyć o sutenerstwo oraz zmuszanie do prostytucji. Lońka mógłby sobie gadać, że płacił takiemu jednemu gliniarzowi, ale kto w to uwierzy. Chłopaki potraktują go jak gościa, który próbuje pogrążyć dobrego funkcjonariusza, i jeszcze dadzą mu wycisk…
Nagle drzwi samochodu, w którym siedział, otworzyły się. Zdumiony spojrzał w lewo, wprost w otwór lufy pistoletu. W tym samym momencie otworzyły się drzwi z drugiej strony. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, na miejscu pasażera usadowił się Lońka.
– Co jest, kurwa! – zaklął Kania, ale mężczyzna położył palec na ustach. Tymczasem ten drugi przyłożył policjantowi pistolet do skroni. Lońka odpiął zatrzask kabury z jego służbową bronią i sprawnie wyciągnął z niej P-83. Przeładował go i przystawił mu do drugiej skroni.
– Co ty do cholery…?
– Idi w pizdu. – Pociągnął za spust.
Głowa policjanta eksplodowała, a ptaki w koronach drzew ucichły. Ale tylko na chwilę.
Leśne powietrze było duszne i ciężkie. Słońce stało już wysoko, zapowiadając kolejny upalny dzień. Po deszczowym lipcu lato postanowiło nadrobić zaległości.
Komisarz Biernat, tęgi pięćdziesięciolatek ubrany w czarne spodnie i marynarkę koloru stalowego, która pamiętała czasy, gdy firmą rządził generał Kiszczak, stał na skraju leśnej drogi i przez swoje okulary z grubymi szkłami patrzył na radiowóz. Niby nic nadzwyczajnego, zwykły policyjny Passat. Drzwi od strony kierowcy szeroko otwarte, a cała krew i drobiny mózgu na zewnątrz. Tak jakby nieboszczyk postanowił nie zostawiać krwawych śladów w aucie, żeby koledzy nie mieli kłopotu z czyszczeniem tapicerki.
– Jak długo tu siedzi? – zapytał, nie odrywając wzroku od samochodu.
Medyk sądowy, mężczyzna po czterdziestce z krótkimi włosami przyprószonymi siwizną, wzruszył ramionami.
– Od szóstej trzydzieści.
– Skąd taka dokładność? – zdziwił się Biernat.
– Ten grzybiarz powiedział. – Wskazał na mężczyznę siedzącego na zwalonym pniu. – Usłyszał strzał i tu przyszedł. A jak usłyszał, spojrzał na zegarek.
– A, no tak. – Biernat pokiwał głową. – Myślałem, że pan korzysta z jakiejś tajemnej wiedzy medycznej, a tu… zwykły grzybiarz.
– Wiedza medyczna mówi mi, że facet popełnił samobójstwo.
Komisarz podszedł, zajrzał do środka. Aspirant Karol Kania siedział na fotelu kierowcy, lekko osunięty na bok, jakby zasnął w niewygodnej pozycji, z głową opartą o zagłówek. Rana postrzałowa prawej skroni z wylotem po lewej stronie. Broń służbową trzymał w zaciśniętej dłoni, która zwisała między fotelami, tuż przy drążku zmiany biegów.
– P-83 – stwierdził Biernat.
– Tak, to jego broń. Numer się zgadza – potwierdził technik, aspirant Sławek Koper, zaglądając do samochodu z drugiej strony.
– Odciski zbierasz?
– Wejdę do auta, jak tylko doktór go stąd zabierze. – Wskazał ruchem głowy kolegę. – Pobieżnie sprawdziłem zakamarki od strony pasażera i mam to… – Uniósł plastikowy woreczek. Wewnątrz widać było dwie łuski dziewięć milimetrów.
– Dwie? – zadał pytanie, na które nie oczekiwał odpowiedzi. Widział przecież wyraźnie. – Czemu dwie, do cholery?
– Może strzelił do kogoś albo w powietrze.
Biernat westchnął i cofnął się o krok. Rozejrzał się po lesie. Drzewa stały nieruchomo, jakby coś wiedziały, ale nie zamierzały niczego zdradzić. Cisza była niemal nienaturalna.
– Coś mi tu nie gra – powiedział w końcu.
Aspirant Szymon Turek, szczupły czterdziestolatek w kowbojskich butach, dżinsach i kurtce dżinsowej, przypominał kowboja z reklamy Marlboro. Nie miał tylko kowbojskiego kapelusza na głowie, za to papierosa – owszem. Podobnie jak tamten palił te klasyczne, w czerwonym opakowaniu.
– I co, żadnych śladów – stwierdził, jak zwykle sceptyczny.
– To się okaże. Jeszcze nie były zdjęte odciski. Na trawie rzeczywiście nic nie widać. Tylko te dwie łuski w aucie.
– No i co z tego?
– Jak: co z tego? Facet chyba nie strzelił sobie w głowę dwa razy.
Turek wzruszył ramionami.
– Siedział tu, w tym aucie, i zastanawiał się, czy się zastrzelić. Wiesz, człowiek ma różne myśli w takiej chwili. Postanowił się zabić. Potem wziął tego swojego gnata i huknął gdzieś w drzewo czy w powietrze, nie? Żeby się przekonać, że broń działa. A jak już miał pewność, palnął sobie w łeb. Sprawa prosta.
– Za prosta. – Biernat pokręcił głową.
– Wszystko się zgadza. Broń, rana, brak śladów walki. Samobójstwo jak byk – przekonywał Turek.
– Widziałem już różne rzeczy „jak byk” – odpowiedział komisarz. – I ta do nich nie pasuje.
– Bo? – aspirant uniósł brwi.
Biernat rozejrzał się po wnętrzu auta.
– Popatrz. Facet strzela sobie w głowę na służbie. Nie zostawia żadnej informacji. Nie pisze żadnego listu z wyjaśnieniami. A do tego te otwarte drzwi, jakby chciał nam powiedzieć: przepraszam, chłopaki, że się zastrzeliłem, ale przynajmniej zadbałem o to, żeby mój mózg nie rozprysł się w środku i nie macie radiowozu upapranego zimną krwią, więc jutro można nim jechać na służbę.
– A co tu ma zimna krew…
– Zimną, zaschniętą krew trudniej zmyć.
– Może był porządnicki? – Turek wzruszył ramionami. – Nie każdy chce robić bałagan.
– Samobójstwo o świcie, w lesie, w służbowym aucie – ciągnął Biernat. – Bez żadnych sygnałów. Kania miał żonę, dzieci.
– Ty wiesz, co ludziom chodzi po głowie? – Turek spojrzał uważnie na starszego kolegę. – Czasem wystarczy jeden impuls. Założę się, że wpadł w jakieś kłopoty. Może przegrał kasę w karty i bał się powiedzieć żonie.
– Grał w karty? – zapytał komisarz.
– Ze mną nie – odpowiedział aspirant, który od czasu do czasu umawiał się z chłopakami na pokerka i wódeczkę.
Biernat nie odpowiedział od razu. Zapalił papierosa, choć wiedział, że nie powinien. Od dawna już nie palił.
– Znałem go tak samo jak ty – powiedział w końcu. – Nie był typem, który działa pod wpływem impulsu.
– Każdy ma granice.
Technik Koper chrząknął znacząco.
– Panowie, medyk już skończył i poszedł do auta wypisać flepy[1]. Może niech chłopaki go wyciągną i załadują do worka. – Przeniósł wzrok na pracowników firmy pogrzebowej stojących przy czarnym Mercedesie. – Ja muszę się zająć odciskami.
Biernat skinął głową.
– Dobra, niech robią swoje.
Koper uśmiechnął się krzywo, po czym pomachał do karawaniarzy.
– Napiłbym się piwa – stwierdził Turek.
– Ja też. Piwo jak najbardziej, ale nie teraz… – Komisarz spojrzał na Passata. – I te szeroko otwarte drzwi. Kto w chwili samobójstwa myśli w ten sposób?
Aspirant parsknął cicho.
– Znowu zaczynasz. Darek, nie szukaj sensacji. To nic nie da.
– Nie szukam sensacji – odparł spokojnie Biernat. – Szukam prawdy.
– Prawda jest taka, że facet przewietrzył se łeb i tyle, nie?
– Twoja prawda.
Zapadła cisza. Gdzieś w oddali trzasnęła złamana gałąź. Młodzi policjanci przeczesywali teren wokół auta, tak na wszelki wypadek.
– A gdzie ten, co znalazł ciało? – Biernat spojrzał na pień, na którym jeszcze przed chwilą siedział człowiek w zielonych ciuchach.
– Ten grzybiarz? – Turek się rozejrzał. Faceta ani śladu. – Może się znudził czekaniem i…
Znów trzask łamanej gałęzi. Zaraz potem z krzaków wynurzył się grzybiarz. Lazł, zapinając rozporek.
– O, jest – ucieszył się aspirant. – Widać poszedł się odlać.
Biernat ruszył ku grzybiarzowi. Mężczyzna, może sześćdziesięcioletni, miał twarz pooraną zmarszczkami, na której swoje piętno odcisnęły hektolitry wypitego alkoholu. Śmierdział tanim winem i kiepskim tytoniem.
– Jak pan się nazywa? – zapytał policjant. Proste pytanie, na które człowiek zwykle zna odpowiedź.
– Napierała Henryk, syn Wojciecha, urodzony czwarty kwietnia roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt dziewięć w Lwówku – wyrecytował płynnie, jakby meldował się pod celą. Facet musiał to robić niezliczoną ilość razy. Komisarz spojrzał na niego uważnie. Znaczy: gość był młodszy, a wyglądał na starszego.
– Gdzie siedzieliście?
– We Wronkach.
– Ile?
– Osiem lat.
– A gdzie mieszkacie?
– Wew Grońsku.
– Czym się zajmujecie?
– Wszystkim. Grzyby zbieram.
– Aha. A ten samochód jakeście znaleźli?
Napierała podrapał się po szczeciniastym zaroście na policzku.
– No jak, jak? Normalnie, se szłem przez las, a tu jebudu, coś pierdolnie niedaleko, tom se pomyślał: polowanie. Tyle że nikt nie mówił, że polowanie. U nas we wsi zaraz wiara wie, że jest polowanie, bo wtedy można iść do nagonki i zarobić parę groszy. Ale nikt o polowaniu nic nie gadał. No to se myślę: kłusownik strzela, i to niedaleko, pierdolony, i może zabić jeszcze przez przypadek, jak nieobeznany, i weźmie mnie za dzika. Jak jebło drugi raz, to krzyknąłem, żeby skurwiel nie strzelał, bo ludzie na grzybach. Ale nikt nie odpowiedział, to wstałem, otrzepałem pory i poszłem go szukać. Bo to wie pan, jak jest. Jak się kłusownika zajdzie znienacka, to zawsze można powiedzieć, że się jest ze straży leśnej i że się go zgłosi. Ale ja się patrzę, a tu radiowóz stoi, a wew środku milicjant siedzi. Podeszłem bliżej i patrzę, chłop ma dziurę w głowie, tom se pomyślał, że go ten kłusownik zabił, i poleciałem zaraz na drogę, żeby i mnie nie rozwalił aby. No i tam zadzwoniłem już z drogi na milicję.
– Macie telefon? – zauważył zdziwiony Biernat.
– Teraz każdy ma. Karta za pięć złotych, to można odżałować. Ja sam nie dzwonię, ale do mnie dzwonią, w razie, jak trzeba komu na budowie pomóc czy drzewo porąbać.
– I nikogo nie widzieliście?
– Tylko tego nieboraka. – Wskazał głową na trupa w Passacie.
– A z portfela ile mu wzięliście? – cisnął Biernat.
– Ja, z portfela? Nigdy w życiu. Pod Bogiem się przysięgam. – Położył brudną dłoń na sercu.
Mimo to nie przekonał doświadczonego gliniarza. Biernat nie miał cienia wątpliwości, że na portfelu denata znajdą się odciski palców Napierały. No ale wtedy grzybiarz będzie już szczęśliwie pijany, dzięki wódce zakupionej za gotówkę podwędzoną z portfela. A, pies z nim tańcował, pomyślał i spojrzał na dłoń mężczyzny.
– Poczekajcie tu, technik musi zdjąć wasze odciski palców, bo na pewno czegoś tam dotknęliście w samochodzie.
– Nie, ja niczego nie dotyknąłem.
– I tak czekajcie. Odciski wziąć trzeba i ktoś spisze wasze zeznanie.
– Tak jest, panie kapitanie.
– Nie jestem kapitanem.
– Ale pan wygląda na kapitana.
Biernat machnął ręką.
– I co robimy? – zapytał z nadzieją w głosie Turek.
– Muszę zadzwonić – powiedział komisarz i wydobył z kieszeni swojej srebrnej marynarki Motorolę.
– Rób, jak chcesz. Ale ja ci mówię, że ta sprawa umrze szybciej, niż myślisz.
Biernat nic nie odpowiedział. Wiedział, że Turek może mieć rację. Ale wiedział też, że jeśli teraz odpuści, będzie to do niego wracać. W końcu ten facet z dziurą w głowie to kolega z pracy. Trzeba wszystko sprawdzić najdokładniej, jak się tylko da. I dlatego postanowił zadzwonić, choć wiedział, że to nie najlepszy moment na konsultacje.
W pokoju było duszno mimo otwartego okna. Powietrze stało sztywno, jakby nawet przeciąg nie miał ochoty tu zaglądać. Z dwukaseciaka, tranzystorowego jamnika ustawionego na parapecie płynął przebój Gotye Somebody That I Used to Know. Odbiornik wpadł w ręce policji kilka lat temu, gdy zatrzymali samochód złodziei. Podobnie jak sporo innych łupów powinien zostać komisyjnie zniszczony, bo nie wiadomo było, komu go zwrócić. Praktyczny Turek nie mógł jednak się zgodzić na takie marnotrawstwo. Zabrał jamnika do pokoju, tłumacząc, że zwróci sprzęt, jak się znajdzie właściciel. Ale właściciel się nie znalazł i dzięki temu wszyscy pracujący z Turkiem mieli zapewniony dostęp do muzyki. Sierżant Aneta Nowak, rudowłosa dwudziestoczterolatka, klęczała na podłodze między dwoma kartonami i przekładała segregatory jeden po drugim. Część wrzucała do pudła opisanego grubym markerem „Poznań”. Resztę układała z powrotem na półce. Robiła to bez pośpiechu, mechanicznie, jakby każdy ruch miał jej pomóc oswoić myśl, że to jej ostatnie chwile w tym pokoju. Wyciągała spośród papierów swoje odręczne notatki. Teraz, gdy przenosiła się do Poznania, te jej zapiski nie będą już nikomu potrzebne. Szczególnie marudnemu Turkowi czy nadopiekuńczemu Biernatowi, z którymi dzieliła pokój. Trafiła tu całkiem niedawno, prosto z wiejskiego posterunku w Dusznikach. Brała udział w sprawie porwania młodego chłopaka, syna miejscowego biznesmena[2]. Wykazała się przy tym śledztwie bystrością umysłu, umiejętnością łączenia faktów i wyciągania właściwych wniosków. Zauważył ją Biernat; to on sprawił, że została przydzielona do jego wydziału kryminalnego. Dziewczynę dostrzegł też oficer śledczy z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, komisarz Mariusz Blaszkowski, i zaproponował pracę w swoim wydziale. Takiej propozycji się nie odrzuca, więc oczywiście się zgodziła. Ale procedura przejścia z Szamotuł do Poznania musiała trochę potrwać. Chodziło o kwestie proceduralne, związane z przeniesieniem etatu. W ten sposób Aneta trwała w zawieszeniu od połowy kwietnia. Nie próżnowała jednak i sumiennie wykonywała robotę zlecaną przez szefa. O jej zaangażowaniu najlepiej świadczyły te wszystkie papiery, które teraz wydobywała z teczek i wrzucała do kartonu. Tu były już niepotrzebne, a jej mogły się jeszcze kiedyś przydać. Prócz tego do kartonu miały trafić jej osobiste rzeczy: długopisy, kubki, pojemniki na herbatę i kawę. Czyli poważny służbowy dobytek.
– Po co ci te zapiski? – odezwał się ktoś od drzwi.
Aneta podniosła wzrok. Martyna Urbanek, niebieskooka blondynka o ładnej twarzy i nieco zaokrąglonych kształtach, stała oparta o framugę z telefonem w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej. Ubrana była w czarną spódniczkę do kolan, odsłaniającą zgrabne nogi i mundurową olimpijkę z dwiema krokiewkami starszego sierżanta na pagonach. Wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać rzeczniczka komendy powiatowej. Ładna, zadbana, uśmiechnięta, na pierwszy rzut oka budząca zaufanie. Gdyby odbywały się gdzieś kursy na rzeczników prasowych w policji, mogłaby występować jako przykład ideału, taki metr z Sèvres doskonałości. Do tego była wygadana i nie bała się kontaktu z kamerą. Te zaś ją lubiły, bo zawsze prezentowała się doskonale na ekranach telewizorów.
– To tylko moje notatki. Nikt mnie nie oskarży, że zabrałam nie swoje akta.
– Tak jakby Turek i Biernat orientowali się, co jest w tych papierach. Wprowadziłaś w te ich sterty flepów nienaganny porządek. Niedługo znów pojawi się ich ulubiony bałagan.
– Turek mówi, że tylko w swoim bajzlu potrafi się odnaleźć.
– I w smrodzie fajek. – Martyna weszła do środka i usiadła za biurkiem.
Na blacie stała wieża z plastikowych korytek na dokumenty i siwopopielaty komputer z solidnym monitorem o niezbyt imponującym ekranie. Biurko Anety jak zawsze lśniło czystością. – Oduczyłaś ich palenia w pokoju, ale teraz pewnie wrócą do starych nawyków.
Aneta się uśmiechnęła. Przypomniała sobie, jak pierwszego dnia wywaliła z pokoju pełną petów popielniczkę Turka, oświadczając, że nie zamierza być bierną palaczką i wdychać dymu z jego fajek. Jeśli chce palić, niech wychodzi sobie na korytarz i tam jara, ile mu się podoba, trując samego siebie. Biernat, który popalał tylko okazjonalnie, stanął po jej stronie. Zgodził się, że dym papierosowy może przeszkadzać. Wtedy Turek się obraził i przez kilka dni nie odezwał się do niej ani słowem, licząc po cichu na to, że pyskaty rudzielec w końcu zniknie z jego obsikanego dawno temu terytorium. Wytrzymał z nią kilka miesięcy, choć musiał przyznać przed samym sobą, że była niezłą policjantką. Zresztą dla niej lepiej, gdy zacznie pracować w Poznaniu. Tam są w końcu zupełnie inne perspektywy rozwoju.
– Jak znam Turka, to już w przyszłym tygodniu jego stara popielniczka wróci na biurko. – Aneta podniosła się z kolan.
– Nikt ci nie zarzuci, że zostawiłaś bałagan. – Martyna uśmiechnęła się krzywo. – Tego byś nie przeżyła.
– Nie przeżyłabym – potwierdziła Aneta i sięgnęła do szafki po kubek. – Chcesz kawy?
– Już mam, z automatu. Smakuje jak woda z mopa, ale przełknę.
– Po co pijesz to świństwo? Wylej, a ja zrobię ci porządną, sypaną, w prawdziwym kubku.
– Kupiłam, bo nie wiedziałam, czy jeszcze tu jesteś, czy już pojechałaś… – Rozejrzała się wokół. – Dziwnie będzie bez ciebie – powiedziała, siadając na krześle.
Aneta uśmiechnęła się pod nosem.
– No dobra. – Martyna klepnęła dłońmi o blat. – To znaczy, że zaczynasz robotę w Poznaniu w poniedziałek?
Aneta skinęła głową.
– Przyjdę jeszcze rano się pożegnać, a potem wsiadam na motocykl i jadę do Poznania. Mam się zameldować u Marcinkowskiego o jedenastej.
– A co z mieszkaniem?
– Nic – odparła. – Na razie niczego nie szukałam. Będę dojeżdżać. Z Dusznik do Poznania droga dobra, więc śmignę raz-dwa…
– Jest wrzesień – weszła jej w słowo koleżanka. – Za chwilę jesionka na całego: deszcze, potem mróz.
– No wiem. Już na miejscu się rozejrzę. Zobaczę hotele, pokoje na wynajem. W sumie jest kilka opcji. Coś na chwilę. Mogę wziąć też pod uwagę jakąś kawalerkę pod Poznaniem…
– Albo moje mieszkanie – rzuciła Martyna lekko, jakby mówiła o pogodzie.
Aneta zamarła z notesem w ręku.
– Twoje?
– No, mam mieszkanie w Poznaniu, dwa pokoje w bloku. Po cioci. Rodzice ogarnęli formalności i teraz jest moje. Stoi puste. W okolicy Rynku Łazarskiego, więc dojazd do komendy tramwajem idealny. Jakbyś chciała, mogłabyś się tam wprowadzić od razu, a jak ja się przeniosę do Poznania, zamieszkamy razem. Po co masz płacić komuś za wynajem.
– Super! – wykrzyknęła autentycznie uradowana. – Jasne, Martynko, co mam płacić obcym ludziom, jak mogę wynajmować od ciebie…
Koleżanka pokręciła głową.
– Nie zrozumiałaś. Ja nie chcę ci wynajmować mieszkania. Chcę, żebyś została moją współlokatorką. Nie musisz płacić za wynajem. Tylko podzielimy się pół na pół czynszem i rachunkami za prąd, wodę, gaz. I tyle, wszystkie koszty, jakie byś miała. W sumie wychodzi mniej więcej dwie stówki na głowę.
– O matko! Nie spodziewałam się… Martyna…
– Spokojnie – przerwała jej ze śmiechem. – Nie oświadczam ci się przecież. Proponuję układ logistyczny. Mniejsze koszty, mniej dojazdów, jedna lodówka do ogarnięcia.
Aneta usiadła na krześle i przez chwilę milczała.
– A nie będziemy sobie wchodzić w drogę?
– Ty ścigasz złych ludzi, ja gadam z mediami. To się idealnie uzupełnia. – Martyna uśmiechnęła się szeroko. – Poza tym znam cię, moja droga. Nie zostawiasz brudnych naczyń.
– A ty?
– Czasami – przyznała bez wahania. – Ale nadrabiam urokiem osobistym.
Aneta zaśmiała się cicho.
– Okej, a jak będziesz się chciała spotkać ze swoim Rysiem Rudnickim?
Na twarzy Martyny natychmiast pojawił się wyraz niepewności, rumieńce przyozdobiły policzki.
– No wiesz, przecież to jeszcze nie jest mój chłopak.
– Kwestia czasu – rzuciła Aneta. Dobrze wiedziała, jak oboje na siebie patrzą. Szczególnie ten jej Rysiu, komisarz z komendy wojewódzkiej, wyglądał przy niej jak zakochany dzieciak.
Martyna szybko upiła łyk kawy, pewnie po to, by ukryć zmieszanie.
– Trochę się boisz, co? – zmieniła temat.
Aneta podniosła na nią wzrok.
– Czego?
– Zmiany. Wojewódzka, nowe sprawy, nowe twarze.
– Nie boję się – odpowiedziała po chwili Aneta. – Po prostu… nie lubię zaczynać od zera.
– Nikt nie lubi. – Martyna wstała z krzesła. – Wiesz, ja też się przenoszę z mieszanymi uczuciami – dodała. – Tu wszystko znałam. Nawet jak było źle, to przynajmniej swojsko.
– Tam też będzie dobrze. Tylko inaczej.
– Ty zawsze racjonalizujesz. – Martyna pokręciła głową. – Ja wolę ponarzekać. – Ruszyła w stronę drzwi, po czym przystanęła w pół kroku i odwróciła się do koleżanki. – Aneta?
– No?
– Dobrze, że idziesz do Poznania. Tam dopiero dasz czadu, dziewczyno.
Aneta się uśmiechnęła. Po chwili została sama w pokoju. Przez moment miała wrażenie, że coś się już zaczęło. Choć jeszcze nie wiedziała co. I wtedy zadzwonił jej telefon.
– Co robisz? – zapytał Biernat.
– Ee, w zasadzie to… się pakuję.
– No to przerwij to ładowanie klunkrów i przyjedź tu do nas. Potrzebuję świeżego spojrzenia.
– Dokąd dokładnie?
– Zapytaj dyżurnego o lokalizację. Wysyłał już techników. Jakoś sobie poradzisz.
Wzruszyła ramionami. Oczywiście, że sobie poradzi. Skoro dotarł tam Biernat, w okularach minus dziesięć dioptrii, to i ona powinna trafić. Poza tym ucieszył ją fakt, że ten stary piernik do niej zadzwonił. Turek nigdy nie zdobyłby się na taki gest. Sam wiedział wszystko najlepiej, a Biernat, bardzo doświadczony i stary szkieł[3], potrafił poprosić o pomoc. Facet po prostu się z nią liczył, co oznaczało, że darzy ją szacunkiem i zaufaniem. Szkoda, że nie będzie pracował z nią w Poznaniu.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
[1] Flepy (gwar.) – papiery, dokumenty.
[2] Więcej w powieści Jedyne wyjście.
[3] Szkieł (gwar.) – policjant.
