Dobra Nowina - Ryszard Ćwirlej - ebook + audiobook + książka

Dobra Nowina ebook i audiobook

Ryszard Ćwirlej

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Marcin Engel sporo osiągnął jako dziennikarz śledczy, znamy go nie od dziś. Choć notorycznie wpada w osobiste i kryminalne tarapaty, budzi zaufanie. I znowu będzie potrzebny.

Dżesi kręci ze swoją znakomitą ekipą reportaż na temat cudownego obrazu w pewnej małej parafii. Ta produkcja może odnieść sukces! Tymczasem zostaje zamordowany miejscowy zakrystianin... Wtedy sprawy bardzo się komplikują i pozostaje jedno: trzeba wezwać na pomoc babcię Matyldę, emerytowaną śledczą, i jej przyjaciela Bronka Cieślaka. Bez nich, byłych funkcjonariuszy milicji, oraz bez księdza Stanisława, kościelnego śledczego zajmującego się cudami, dziennikarskie dochodzenie raczej się nie powiedzie.

Jaki jest sekret cudownego obrazu, do którego przybywają pielgrzymki?

Czy Engelowi wraz ze współpracownikami uda się odkryć prawdę, zanim zginie ktoś jeszcze?

Bierzcie i czytajcie Dobrą Nowinę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 414

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 20 min

Lektor: Łukasz Bogdan

Oceny
4,3 (8 ocen)
5
1
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ASKA1966

Nie oderwiesz się od lektury

Super 👍
00

Popularność




Prolog

Sty­czeń 1945

Skoń­czył pisać i scho­wał wieczne pióro do kie­szeni. List wło­żył do zaadre­so­wa­nej koperty, po czym zakleił ją sta­ran­nie. Wsu­nął go do nie­du­żej książki, żeby się gdzieś nie zawie­ru­szył i nie pogniótł w kie­szeni. A książka w twar­dej opra­wie dawała solidną ochronę. Był to przed­wo­jenny prze­wod­nik po oko­licy, napi­sany po pol­sku. Wybrał wła­śnie tę książkę, bo była nie­więk­sza od koperty i łatwo ją wsa­dzić do kie­szeni. Książka nie miała żad­nego zna­cze­nia, była tylko opa­ko­wa­niem dla naj­waż­niej­szego listu, jaki Hans Grüneberg napi­sał w swoim życiu. Adre­sa­tem był jego brat Otto, miesz­ka­jący w ich rodzin­nym Frank­fur­cie nad Menem. Chło­pak miał dopiero pięt­na­ście lat, więc nie gro­ziło mu, że wcielą go do armii. Tam, w Rze­szy, był sto­sun­kowo bez­pieczny, dla­tego on, jego star­szy brat, liczył, że Otto wyj­dzie cało z tego pie­kła. Jego szanse z kolei były nie­wiel­kie. Ale cały czas miał nadzieję…

Wkrótce wyru­szą z tej wsi w stronę Bre­slau. To był jedyny roz­sądny kie­ru­nek, bo mia­sto zostało ogło­szone twier­dzą i na pewno będzie się bro­nić przed nacie­ra­ją­cymi ze wschodu bol­sze­wic­kimi hor­dami. Gau­le­iter Hanke zapew­niał w radio­wym prze­mó­wie­niu, że Bre­slau ni­gdy nie pad­nie na kolana przed czer­woną zarazą. Hans uwie­rzył mu, a zresztą w co innego miał wie­rzyć? Wszystko dookoła roz­sy­pało się jak domek z kart, więc Bre­slau jawiło się jak jasny, świe­tli­sty punkt na czar­nej mapie wojen­nego sza­leń­stwa. Jeśli tam dotrze, ist­niała bar­dzo duża szansa, że uda mu się prze­żyć. Ale mogło się zda­rzyć też tak, że po dro­dze wpad­nie w łapy ruskich, a ci byli tuż. Dla­tego posta­no­wił, że nie może zabrać ze sobą tej – jedy­nej w swoim rodzaju – wojen­nej zdo­by­czy, która przy­pad­kowo zna­la­zła się na jego dro­dze.

Gdy dowo­dzony przez niego oddział wyco­fy­wał się z Kra­kau, mniej wię­cej pięć­dzie­siąt kilo­me­trów za mia­stem zatrzy­mali się, by odpo­cząć w jakimś lesie. Jego ludzie przy dro­dze natra­fili na kilka roz­bi­tych i mocno ostrze­la­nych woj­sko­wych cię­ża­ró­wek. Ci, któ­rzy nimi jechali, albo zgi­nęli na miej­scu, albo poszli dalej pie­szo, bo nikogo żywego w tym miej­scu nie było. Samo­chody wyła­do­wane były meblami, ubra­niami i jaki­miś przed­mio­tami domo­wego użytku. Widać zapo­bie­gliwi urzęd­nicy Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa chcieli wywieźć swój doby­tek do Nie­miec, by oca­lić go przez Sowie­tami. Tym aku­rat się nie udało. Cały ładu­nek spo­czy­wał na cię­ża­rów­kach gdzieś na pol­skiej pro­win­cji. Żoł­nie­rzy nie inte­re­so­wały te dobra. Szu­kali cze­goś do jedze­nia, ale zawie­dli się. Nic tam nie było. Za to feld­fe­bel Kra­mer wró­cił z jakimś tro­feum. Spo­mię­dzy gra­tów wycią­gnął walizkę zamkniętą na klucz. Szybko otwo­rzył zamek za pomocą bagnetu, a zawar­tość wyrzu­cił na śnieg. Wypa­dły z niej ubra­nia, papiery i coś jesz­cze: dwie mie­dziane rury, zamknięte szczel­nie kap­slami. Żoł­nierz pew­nie liczył, że w środku znaj­dzie jakieś kosz­tow­no­ści. Ale sro­dze się zawiódł. Otwo­rzył pierw­szą tubę i wydo­był z niej płó­cienny rulon. Z drugą było podob­nie. Wście­kły cisnął zawar­tość na śnieg.

– Gówno jakieś – wark­nął. – Nic do jedze­nia, tylko jakieś szmaty! – pod­su­mo­wał swoje zna­le­zi­sko i odszedł nie­za­do­wo­lony.

Grüneberg stał obok Kübelwagena i palił papie­rosa. Jego towa­rzysz, kape­lan Willi Stoff, wska­zał na leżące płachty.

– Jakieś obrazy – powie­dział i zacie­ka­wiony pod­szedł.

– Pocze­kaj. – Kapi­tan poło­żył rękę na ramie­niu kie­rowcy Rudiego Lipke, sym­pa­tycz­nego, zawsze uśmiech­nię­tego dwu­dzie­sto­latka pocho­dzą­cego z Mogun­cji, po czym ruszył za kape­la­nem.

Pozo­stali żoł­nie­rze łado­wali się na dwie cię­ża­rówki. Nikogo nie obcho­dziły płótna leżące na śniegu. Ofi­cer zbli­żył się i zamarł. Nie mógł uwie­rzyć w to, co widzi. Prze­cież to naj­praw­dziw­sze obrazy, które wyszły spod pędzla mistrzów… Nie, nie mogło być pomyłki. Nie raz, nie dwa oglą­dał obrazy tych mala­rzy, ale ni­gdy nie miał oka­zji ich dotknąć. W końcu w salach muze­al­nych nie dotyka się dzieł wiel­kich mistrzów. A tu bez­cenny skarb leżał u jego stóp na śniegu, jak stare szmaty, które wyrzu­ciła gospo­dyni, bo nie nada­wały się nawet do pod­łogi.

Stoff też zro­zu­miał, z czym mają do czy­nie­nia. Drżą­cymi dłońmi zgar­nął śnieg z twa­rzy mło­dzieńca na płót­nie, zwi­nął je w rulon, wło­żył je ostroż­nie do mie­dzia­nej rury i zamknął kap­slem. Potem zro­bił to samo z dru­gim obra­zem, wypro­sto­wał się, po czym jedną rurę podał Grünebergowi, a drugą wsu­nął za pazu­chę.

– Przyda się do mojego kościoła w Seichau – stwier­dził, jakby był pewny, że kapi­tan nie będzie miał nic prze­ciwko.

Grüneberg nie pro­te­sto­wał. Bez słowa trzy­mał swoją rurę i rozej­rzał się. Jego ludzie sie­dzieli już na pakach.

Willi patrzył na nich, cze­ka­jąc, aż kapi­tan wyda roz­kaz.

Wró­cili do auta i usie­dli na tyl­nym sie­dze­niu, owi­ja­jąc się szczel­nie gru­bymi kocami.

– Jazda! – Grüneberg wydał pole­ce­nie kie­rowcy.

Ten natych­miast wrzu­cił bieg i samo­chód ruszył. Obie cię­ża­rówki podą­żyły jego śla­dem.

– Co tam było? – zapy­tał kie­rowca. – W tych rurach – dodał tak, jakby ofi­ce­ro­wie nie byli w sta­nie domy­ślić się, o co mu cho­dzi.

Kapi­tan kogoś innego zaraz by opie­przył za wsa­dza­nie nosa w nie swoje sprawy. Ale mło­dziak zapy­tał jak zawsze z czy­stej cie­ka­wo­ści.

– Stare mapy – odpo­wie­dział zdaw­kowo.

– A, mapy. – Poki­wał głową z uzna­niem. – Nawet stara mapa kie­dyś może się przy­dać – stwier­dził i zamilkł, zajęty pro­wa­dze­niem auta.

Mimo ponad­dwu­dzie­sto­stop­nio­wego mrozu słońce, które wze­szło przed godziną na bez­chmur­nym nie­bie, zapo­wia­dało ładny dzień. Można by nawet powie­dzieć, że jest pięk­nie, gdyby nie nawała grzmo­tów, roz­le­ga­ją­cych się na wscho­dzie. Front szedł w stronę Rze­szy jak ogromny walec, nisz­czący wszystko na swo­jej dro­dze.

Następ­nego dnia koło dru­giej po połu­dniu prze­je­chali przez zapchany wyco­fu­ją­cym się woj­skiem Posen. Grüneberg nie miał zamiaru zosta­wać w tym peł­nym ludzi mie­ście. Ruscy tylko cze­kali na takie oka­zje, by zbom­bar­do­wać zatło­czone ulice. To, że tego jesz­cze nie zro­bili, ozna­czało, że ktoś tam u nich cze­goś nie dopa­trzył. Ale Hans był zbyt doświad­czo­nym fron­tow­cem, żeby nie wie­dzieć, co tu się wkrótce sta­nie.

Znał zresztą Posen, bo przed trzema laty sta­cjo­no­wał tutaj przez kilka mie­sięcy. Dla­tego wie­dział, jak unik­nąć zatło­czo­nych głów­nych ulic i wydo­stać się po zachod­niej stro­nie mia­sta. Pod­je­chali jesz­cze na jakiś dwo­rzec kole­jowy i wysa­dzili tam kape­lana Stoffa, który zamie­rzał dostać się pocią­giem do Ber­lina. Poże­gnali się jak żoł­nie­rze, życząc sobie nawza­jem prze­ży­cia, i ksiądz znik­nął w tłu­mie ludzi obła­do­wa­nych waliz­kami i toboł­kami.

Wie­czo­rem Grüneberg i jego ludzie dotarli do nie­wiel­kiej wsi poło­żo­nej tuż za mia­stem Posen. Zde­cy­do­wał, że tu będą mogli spo­koj­nie zro­bić postój. Pała­cyk poło­żony w samym środku wio­ski wyda­wał się ide­al­nym miej­scem, żeby odpo­cząć i nabrać sił. Tym bar­dziej że nie był znisz­czony, a szyby w oknach dawały gwa­ran­cję spę­dze­nia paru godzin w cie­ple.

Żoł­nie­rze ścięli kilka drzew w sadzie, porą­bali je na polana, dzięki czemu można było napa­lić w pie­cach i w kuchen­nej west­falce. Na bla­sze szybko poja­wił się spory gar­nek. Ich kucharz Johann Dorsch wrzu­cił do niego kilka kieł­bas i połeć boczku, to były pro­dukty zare­kwi­ro­wane we wsi. Do tego doło­żył suszony groch, wyfa­so­wany jesz­cze w kwa­ter­mi­strzo­stwie, oraz zna­le­zione w pała­co­wej piw­nicy kar­to­fle. Nie minęła godzina, gdy sma­ko­wity zapach gro­chówki zaczął roz­cho­dzić się po pomiesz­cze­niach. Zapach był tak inten­sywny, że i na zewnątrz pach­niało zupą. I zaraz zja­wiło się kilku żoł­nie­rzy z jakichś roz­bi­tych oddzia­łów, a może dezer­te­rów, któ­rzy też ucie­kali na zachód. Chcieli się zała­pać na wyżerkę w pała­cyku. Ale ludzie Grüneberga gotowi byli wal­czyć o jedze­nie z bro­nią w ręku. Nie mieli lito­ści dla obcych. Gro­chówka tylko dla swo­ich! Ci, któ­rych prze­pę­dzono spod drzwi, odgra­żali się, że jesz­cze tu wrócą.

Gdy po posiłku syci i senni żoł­nie­rze zale­gli na fote­lach, kana­pach lub wprost na pod­ło­dze, Grüneberg poszedł do samo­chodu. Zabrał tubę z obra­zem i ruszył aleją par­kową, bie­gnącą od pała­cyku. Kiedy wjeż­dżali tu przed dwiema godzi­nami, zoba­czył odpo­wied­nie miej­sce. Zda­wało mu się wów­czas, że jest to jakaś kaplica. Oka­zało się, że to rodzinny gro­bo­wiec, zapewne wła­ści­cieli tego majątku, rodziny o nazwi­sku von Tem­pel­hoff. Hans obszedł kaplicę. Tylna muro­wana ściana miała wyraźne pęk­nię­cie. Wydo­był z pochwy przy­tro­czo­nej do pasa bagnet. Zaczął nim szybko pra­co­wać, wbi­ja­jąc ostrze w kru­chą, roz­sy­pu­jącą się stu­let­nią zaprawę. Wyję­cie trzech cegieł zabrało pół godziny. Za cegłami była pusta prze­strzeń. Hans wsu­nął tam tubę, a potem na powrót wło­żył cegły. Nie do końca zado­wo­lony z efektu, wstał i rozej­rzał się dookoła. Przy­da­łoby się coś jesz­cze do zama­sko­wa­nia luź­nych cegieł. Dostrzegł opartą o boczną ścianę poła­maną płytę. Z tru­dem przy­cią­gnął ją na tył kaplicy, a potem oparł tak, by zasło­niła polu­zo­wane cegły. Wojenne tro­feum było już bez­pieczne.

Pomy­ślał, że nikogo nie zain­te­re­suje stara kaplica gro­bowa, a już na pewno nie pęk­nięta mar­mu­rowa tablica. Co ozna­czało, że obraz może leżeć tu długo i nic mu się nie sta­nie. Hans wróci po niego, jak tylko armia nie­miecka odbije utra­cone tereny. A jeśli nie, no to wybie­rze się tutaj po woj­nie. W końcu Posen to pra­wie przy­gra­niczne mia­sto. Przed­wo­jenna gra­nica jest zale­d­wie pięć­dzie­siąt kilo­me­trów stąd.

Po powro­cie do pała­cyku napi­sał do młod­szego brata, mate­riały piśmienne zna­lazł w gabi­ne­cie, który był nie­tknięty. W ten spo­sób zabez­pie­czał się, na wszelki wypa­dek. Gdyby coś mu się, nie daj Boże, stało, chło­pak bez trudu powi­nien sobie pora­dzić ze zna­le­zie­niem ukry­tej rury. Hans wolał zosta­wić ją tu, niż ryzy­ko­wać, że rura z obra­zem wpad­nie w ręce ruskich.

Ich woj­ska parły nie­prze­rwa­nie na zachód i mogło się nawet oka­zać, że ata­kiem z połu­dnia ode­tną drogę do Bre­slau.

Grüneberg wło­żył list do książki, a ją do kie­szeni kożu­cha. Spoj­rzał na zega­rek. Docho­dziła siódma wie­czór. Da chło­pa­kom jesz­cze naj­wy­żej pół godziny, a potem ruszą. Wyszedł z budynku i sta­nął z papie­ro­sem w ustach. Z tarasu wpa­try­wał się w ciem­ność, ale nie­wiele doj­rzał, mimo że noc była jasna i księ­ży­cowa. Dal­szy widok zasła­niały krzaki i zaro­śla ota­cza­jące szczel­nie pała­cyk od strony parku. Naraz kapi­ta­nowi wydało się, że coś sły­szy. Wytę­żył wzrok, ale niczego nie dostrzegł, raczej wyczuł, niż zoba­czył, że ktoś jest w krza­kach naprze­ciwko. Chciał krzyk­nąć do war­tow­nika, który powi­nien być nie­opo­dal przy samo­cho­dach, żeby spraw­dził, co tam się dzieje, ale nie zdą­żył. Ostry sko­wyt serii wypusz­czo­nej ze Schme­is­sera roz­darł wie­czorną ciszę. Grüneberg, potęż­nie tra­fiony w brzuch i klatkę pier­siową, runął na prze­szklone drzwi. Przez moment widział ciemne plamy krwi. Potem zapa­dła ciem­ność.

Żoł­nie­rze wypa­dli z pała­cyku, krzy­cząc dla doda­nia sobie ani­mu­szu. Byli zapra­wio­nymi w bojach fron­tow­cami, więc dosko­nale wie­dzieli, jak się zacho­wać w takiej sytu­acji. Natych­miast ostrze­lali krzaki z bez­względną dokład­no­ścią, a dopiero potem je spraw­dzili. Szybko zlo­ka­li­zo­wali napast­nika. Już nie żył. Ostrzał oka­zał się zabój­czo sku­teczny. Roz­po­znali w zabi­tym jed­nego z tych, któ­rzy chcieli wpro­sić się na gro­chówkę.

– Zemścił się jak idiota – powie­dział feld­fe­bel Kra­mer. – Dał się zabić za michę gro­chówki.

– Ale zastrze­lił kapi­tana Grüneberga, skur­wy­syn jeden – powie­dział kie­rowca Rudi.

– No i jed­nego pie­przo­nego ofi­cera mniej. – Kra­mer nie prze­pa­dał za ofi­cerami. – Dobra, zbie­ramy się. Koniec spa­nia. Łado­wać dupy na cię­ża­rówki, bo wam je iwan odstrzeli.

– A co z kapi­ta­nem?

– Włóż­cie go do któ­rejś trumny w rodzin­nym gro­bowcu.

– Prze­cież trumny są już zajęte.

– Stary tru­posz chyba się nie pogniewa, jak dosta­nie nowego loka­tora, nie? – zażar­to­wał pod­ofi­cer, a jego pod­władni wybuch­nęli śmie­chem.

Feld­fe­bel, który był teraz naj­star­szy stop­niem, prze­jął dowo­dze­nie. Żoł­nie­rze bez ocią­ga­nia prze­szli pod jego roz­kazy, przy­wy­kli do woj­sko­wej dys­cy­pliny. Po dzie­się­ciu minu­tach sie­dzieli już na pakach, owi­nięci kocami i czym się dało. Kra­mer już chciał wsko­czyć do Kübelwagena, któ­rego prze­jął po zabi­tym dowódcy, ale nagle o czymś sobie przy­po­mniał.

Po chwili wró­cił do pała­cyku, do gabi­netu, który zaj­mo­wał kapi­tan. Gruby kożuch dowódcy leżał na stole. Po co miał się zmar­no­wać. Feld­fe­bel szybko wcią­gnął go na grzbiet, na grubą kurtkę. Kożuch był obszerny, taki typowo chłop­ski. Nagle pod­ofi­cer poczuł coś twar­dego z boku. Wło­żył dłoń do kie­szeni. Zdzi­wiony wyjął z niej książkę. Spoj­rzał na tytuł, ale nic nie zro­zu­miał. Już miał cisnąć ją na pod­łogę, ale jego wzrok padł na oszkloną szafę wypeł­nioną książ­kami. Feld­fe­bel pod­szedł do niej i posta­wił książ­kowe zna­le­zi­sko na półce.

Nie będzie prze­cież bar­ba­rzyńcą. Miej­sce książki jest na półce, mię­dzy innymi książ­kami, a nie na pod­ło­dze.

Rozdział I

Sie­chów, Dol­no­ślą­skie

Nie­dziela, 13 czerwca 2021 roku

Godzina 10.20

Msza zaczy­nała się o jede­na­stej. Zostało więc jakieś czter­dzie­ści minut. Kościół jed­nak tęt­nił życiem. W środku sie­działo ze czter­dzie­ści kobiet. Jak co nie­dziela przy­szły wcze­śniej, żeby wspól­nie, z peł­nym zaan­ga­żo­wa­niem, odmó­wić róża­niec.

Ksiądz Mil­czyń­ski dał klu­cze do kościoła Mela­nii Bart­cza­ko­wej, bo kościelny gdzieś się zapo­dział. Kobieta była naj­bar­dziej zaan­ga­żo­wana w życie para­fii w ubie­głym mie­siącu, a wła­ści­wie nawet w dwóch ostat­nich. W tej sytu­acji coś jej się w końcu nale­żało. Dla­tego to ona odpo­wia­dała za modli­twę, ale tylko w czerwcu. O to, żeby prze­wod­ni­czyć w lipcu, wal­czyły już zacie­kle Gabriela Pilawa z Kry­styną Kotulą. Obie były bar­dzo zasłu­żone dla para­fii i wyka­zały się wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem przy deko­ro­wa­niu Grobu Pań­skiego. Na razie jed­nak ksiądz nie wie­dział, która z nich wygra lipiec, bo osta­teczny wer­dykt zapad­nie pod­czas licze­nia dat­ków na remont dachu. Ofi­cjalne zli­cza­nie i zapi­sy­wa­nie do zeszytu mie­sięcz­nych wpły­wów jak zwy­kle odbę­dzie się na ple­ba­nii, po połu­dniu w ostat­nią nie­dzielę czerwca. Wtedy to przed­sta­wi­ciele wszyst­kich rodzin uczest­ni­czą­cych w życiu para­fii spo­tkają się w jadalni przy kawie i cia­stach upie­czo­nych przez para­fianki. Gdy wszy­scy już się wygod­nie roz­siądą, wikary przy­nie­sie spe­cjalny worek, do któ­rego po każ­dej mszy tra­fiają koperty z pie­czę­cią przed­sta­wia­jącą kościół.

Tę pro­ce­durę wymy­ślił nowy pro­boszcz, który nastał rok temu. Z miej­sca zauwa­żył, że kobiety zabie­gają, żeby to wła­śnie im powie­rzano pro­wa­dze­nie różańca przed mszą. Poprzedni pro­boszcz wska­zy­wał kolejną pro­wa­dzącą po uwa­ża­niu, bez żad­nej logiki. Raz wyzna­czył tę, innym razem inną, ale ni­gdy nie decy­do­wały względy mery­to­ryczne. Ksiądz Zenon Mil­czyń­ski, ów nowy pro­boszcz, posta­no­wił zmie­nić to. Dobrze wie­dział, że ludzie gotowi są sporo zapła­cić, byleby tylko osią­gnąć cel. Dla­tego ogło­sił, że od tej pory za róża­niec będą odpo­wia­dać osoby wyka­zu­jące się szcze­gólną hoj­no­ścią na rzecz kościoła. Dobro­wolne datki będą przyj­mo­wane w spe­cjal­nych koper­tach, wyda­wa­nych w zakry­stii przed mszą nie­dzielną. Trzeba je tylko opa­trzyć swoim nazwi­skiem, żeby przy­pad­kiem nie przy­pi­sano ofiary komuś innemu. W ten spo­sób pro­boszcz już przed tacą wie­dział, kto będzie wrzu­cał kopertę, a na koniec mie­siąca mógł z czy­stym sumie­niem oddać pro­wa­dze­nie kon­kret­nej oso­bie, zwy­cięż­czyni w szla­chet­nej rywa­li­za­cji.

Pomysł był świetny, bo skła­niał para­fianki do walki o palmę pierw­szeń­stwa, a przy tym przy­no­sił zyski. Dla­tego pro­boszcz Mil­czyń­ski był w dosko­na­łym nastroju, mimo że nie wyspał się w nocy. Coś mu leżało na wątro­bie, więc krę­cił się w łóżku, prze­wra­cał z boku na bok, a do tego było mu raz cie­plej, raz zim­niej. A prze­cież jak już, to powinno mu być stale za cie­pło, bo noc była duszna i gorąca, a pro­gnozy w radiu zapo­wia­dały nad­cho­dzące burze. Tyle że grzmoty i pio­runy nie były mu straszne, skoro w per­spek­ty­wie miał roz­strzy­gnię­cie kon­kursu i wybór nowej miss mie­siąca. Tak sobie nazy­wał te wybory, choć żadna z kan­dy­da­tek nie mia­łaby naj­mniej­szych szans na wygraną w kon­kur­sie, w któ­rym oce­nia się wdzięk. Kobiety te urodą nie grze­szyły, za to repre­zen­to­wały zasobne i majętne rodziny.

– Że też one tak wal­czą zawzię­cie! – dzi­wił się wikary Tobiasz Roz­łucki.

– Bo to ich walka o być albo nie być – tłu­ma­czył mło­demu księ­dzu pro­boszcz. – Cho­dzi im o to, żeby wystą­pić przed innymi i żeby oczy wszyst­kich mogły spo­glą­dać na nie z zazdro­ścią. A przy tym nikt nie może zwy­cięż­czyni zarzu­cić próż­no­ści, bo nie o sam występ tu cho­dzi, ale by spod ołta­rza móc zwró­cić się wprost, a więc kana­łem bez­po­śred­nim, do Naj­święt­szej Panienki.

– Ksiądz pro­boszcz to zna się na ludz­kiej psy­chice – zauwa­żył z uzna­niem Roz­łucki.

– To ważny ele­ment naszej kapłań­skiej posługi, drogi Tobia­szu. My musimy znać się na ludziach i umieć wła­ści­wie oce­niać ich uczynki, a w kon­se­kwen­cji poma­gać owiecz­kom zna­leźć indy­wi­du­alną ścieżkę do Pana. Zwy­kły śmier­tel­nik w tym świe­cie peł­nym pokus zacho­wuje się jak dziecko we mgle. Wydaje swoje ciężko zaro­bione pie­nią­dze na tele­fony, gry, tele­wi­zory, samo­chody albo na używki, tytoń, alko­hol czy nar­ko­tyki. Dla­tego musimy wystą­pić z odpo­wied­nią ofertą. Dać wier­nym to, czego potrze­bują naprawdę. Nasze panie potrze­bują conie­dziel­nego show, a ich mężo­wie spo­koj­nej głowy. Dla­tego głowy rodziny wolą dać tro­chę pie­nię­dzy na kościół, żeby żony mogły się czymś zająć.

– Czyli tra­fiamy w potrzeby wszyst­kich para­fian?

– Nie, bo to oferta tylko dla naj­za­moż­niej­szych. Dla reszty ofertą znacz­nie tań­szą, powie­dział­bym: bar­dziej ega­li­tarną, jest nasze sank­tu­arium. Ono spra­wia, że ludzie garną się do nas.

– To prawda – potwier­dził wikary.

Dawno temu ich kościół był znany jako miej­sce cudow­nych zda­rzeń. Kie­dyś, przed wie­kami, ludzie przy­by­wali tu ponoć o kulach albo ślepi i głusi, a wycho­dzili w pełni sprawni, uzdro­wieni. Ale to było bar­dzo dawno temu. Po woj­nie nikt już o tym nie pamię­tał, tym bar­dziej że zabra­kło cią­gło­ści tra­dy­cji. Ucie­ka­jący stąd nie­miecki ksiądz nie zdą­żył się nawet spo­tkać ze swoim pol­skim następcą, by prze­ka­zać mu wie­dzę o histo­rii para­fii. Póź­niej oka­zało się, że zabrał ze sobą drew­niany krzyż, w który wbito ćwiek z buta rzym­skiego legio­ni­sty, tego samego, który w akcie miło­sier­dzia pchnął włócz­nią umie­ra­ją­cego na krzyżu Chry­stusa. A to ponoć wła­śnie ów krzyż, przy­wie­ziony z kru­cjaty przez ryce­rza von Sie­chau, wła­ści­ciela ziem, na któ­rych wybu­do­wano kościół, był źró­dłem tych wszyst­kich cudów.

No więc tra­dy­cja zamarła, cuda się skoń­czyły i co za tym idzie, prze­stali tu ścią­gać wierni potrze­bu­jący natych­miast boskiej inter­wen­cji. Żaden z pol­skich księży peł­nią­cych posługę w tej para­fii nie miał poję­cia o boga­tej histo­rii i tra­dy­cji tutej­szego kościoła. Dopiero pro­boszcz Mil­czyń­ski zaczął zgłę­biać histo­rię, świa­dom tego, że jest ona nie­zwy­kle ważna i – kto wie – nawet poucza­jąca. Zgłę­biał ją, licząc na cokol­wiek, jakiś nie­wielki nawet prze­kaz, dający nadzieję.

Jakież było jego zdzi­wie­nie, gdy w miej­sco­wej biblio­tece natknął się na dzie­więt­na­sto­wieczną nie­miecką bro­szurkę, zawie­ra­jącą opo­wieść o romań­skim kościele wznie­sio­nym w dwu­na­stym wieku, a potem prze­bu­do­wa­nym w stylu gotyc­kim. Ksiądz dowie­dział się także o bez­cen­nym drew­nia­nym krzyżu z rzym­skim ćwie­kiem i cudach, o któ­rych zapo­mniano, gdy z Zachodu dotarła tu fala lute­ra­ni­zmu. Pro­te­stanci zaka­zy­wali odda­wa­nia czci reli­kwiom i wiele z nich znisz­czono w cza­sach refor­ma­cji. Ale krzyż miał szczę­ście. Wszak jako narzę­dzie męki Pań­skiej sta­no­wił uni­wer­salny sym­bol zarówno dla lute­ra­nów, jak i kato­li­ków. Dla­tego pozo­sta­wiono go w świą­tyni, choć o jego uzdro­wi­ciel­skich wła­ści­wo­ściach już nie wspo­mi­nano.

Pro­boszcz, zapo­znaw­szy się z tą nie­zwy­kłą histo­rią, prze­szu­kał cały kościół, jed­nak nie zna­lazł nic, ani śladu krzyża. Dopiero stara Hof­f­ma­nowa, auto­chtonka, która nie zde­cy­do­wała się na wyjazd do Nie­miec, wyja­śniła księ­dzu, że krzyż zabrał ksiądz Willi Stoff, ucie­ka­jąc w stycz­niu czter­dzie­stego pią­tego. Ksiądz zagi­nął w trak­cie ucieczki, a wraz z nim reli­kwia. Hof­f­ma­nowa pytała nawet kie­dyś swoją sio­strę Gretę, która miesz­kała w Lip­sku, ale ta twier­dziła, że od ewa­ku­acji Stoffa nikt nie widział.

Trudno, myślał pro­boszcz, krzyża nie da się pew­nie odna­leźć, ale miej­sce, w któ­rym działy się cuda, prze­trwało w sta­nie nie­na­ru­szo­nym wojnę. Księ­dzu Mil­czyń­skiemu już w gło­wie kieł­ko­wała genialna myśl: jeśli nie ma tu cudow­nego krzyża, trzeba zna­leźć coś, co go w godny spo­sób zastąpi. Gdyby mieć podobną rzecz, można by oży­wić dawną histo­rię. Wystar­czy­łoby tylko jedno ozdro­wie­nie, jakieś odrzu­ce­nie laski albo zdję­cie zaćmy, i zaczę­łyby się piel­grzymki… No wła­śnie, tylko do czego ludzie mie­liby piel­grzy­mo­wać? Z pustym kościo­łem to raczej marne szanse. Gołe mury i kilka dwu­dzie­sto­wiecz­nych obra­zów, nama­lo­wa­nych przez stu­den­tów ASP we Wro­cła­wiu, któ­rzy kie­dyś mieli tu ple­ner malar­ski i zosta­wili swoje dzieła w zamian za obiet­nicę ich sta­łej eks­po­zy­cji w kościele. Ale nowo­cze­sne, choćby naj­pięk­niej­sze obrazy nie mają świę­tej mocy i nie spra­wią, że wierni zaczną się gar­nąć do kościoła…

Nie­spo­dzie­wa­nie pew­nego pięk­nego dnia z pomocą księ­dzu pro­bosz­czowi przy­szedł sam Pan.

Ksiądz, nie prze­czu­wa­jąc nad­cho­dzą­cej boskiej inter­wen­cji, wyszedł z ple­ba­nii i ruszył do kościoła. Po dro­dze witał się z wier­nymi idą­cymi na mszę. Z nikim nie roz­ma­wiał, odkła­niał się tylko nie­znacz­nie, przy­bie­ra­jąc udu­cho­wiony wyraz twa­rzy, by wszy­scy wie­dzieli, że trak­tuje swoje obo­wiązki nie­zwy­kle poważ­nie. W końcu msza to miste­rium pozwa­la­jące nawią­zać bez­po­średni kon­takt ze Stwórcą, więc pośred­nik musi wyglą­dać god­nie i mieć udu­cho­wione obli­cze.

Przy­spie­szył kroku, gdy poczuł pierw­sze kro­ple desz­czu, spa­da­jące z nabrzmia­łej, ciem­nej chmury, która zawi­sła nad kościelną wieżą. Pomy­ślał nawet, że to jakiś znak, ale zaraz prze­stała go ta kwe­stia inte­re­so­wać, gdy wszedł bocz­nymi drzwiami do zakry­stii. Kościelny Zyg­munt Borówka już tam był. Na tego czło­wieka cza­sem można liczyć. Choć ludzie mówili, że byłemu prze­stępcy ksiądz nie­po­trzeb­nie zaufał. Ale pro­boszcz wie­dział dobrze, jak z Borówką było naprawdę i jaka prze­miana w nim zaszła. W końcu po to też jest spo­wiedź, żeby dusz­pa­sterz mógł wyro­bić sobie zda­nie o swo­ich wier­nych. Borówka był więc czło­wie­kiem god­nym zaufa­nia.

– Kościół pełny – powi­tał księ­dza istotną infor­ma­cją.

– Bierzmy się do pracy, bo potem jadę na obiad do Wale­ry­chów. Mają mieć coś szcze­gól­nego.

– Świ­nio­bi­cie było, to będzie dużo dobrego – wyja­śnił kościelny, poda­jąc księ­dzu ornat.

Jak zawsze był dobrze poin­for­mo­wany.

– Zna­czy, będzie biała kieł­basa i pie­czona świe­żonka – roz­ma­rzył się pro­boszcz.

Nie­malże poczuł zapach sma­żo­nego, świe­żego mięsa i smak chleba macza­nego w roz­to­pio­nym smalcu.

– No dobra, zaczy­najmy w imię Boże.

Prze­że­gnał się i ruszył powol­nym, dostoj­nym kro­kiem za Borówką, który pobiegł przo­dem, by dzwon­kami dać znak wier­nym, że czas pod­nieść się z ławek. Pro­boszcz pod­szedł do ołta­rza, przy­klęk­nął, znów się prze­że­gnał, tym razem sze­roko, zama­szy­ście, by wszy­scy widzieli każdy jego ruch. Zaczy­nał się bowiem spek­takl, w któ­rym on jest głów­nym akto­rem, wystę­pu­ją­cym przy wypeł­nio­nej po brzegi widowni. Obrzu­cił spoj­rze­niem wier­nych i stwier­dził z zado­wo­le­niem, że nie tylko ławki, ale także prze­strze­nie obok nich były zatło­czone. Zro­bił krok do przodu, by jak zwy­kle zapro­sić dzieci bli­żej ołta­rza, żeby poczuły się wyróż­nione i doce­nione. Naraz zatrzy­mał się w pół kroku i spoj­rzał w górę.

Jakiś dziwny hałas docho­dził z dachu.

Zanie­po­ko­jeni wierni unie­śli głowy. Ktoś coś zawo­łał nie­wy­raź­nie. Odpo­wie­dział mu płacz dziecka. Hałas nara­stał, zmie­nia­jąc się w huk, jakby tam, nad nimi, prze­jeż­dżał roz­pę­dzony tir.

– Jezus, Maria! – zawo­łała jakaś kobieta.

– Boże święty! – odpo­wie­działa inna.

Teraz już było to kilka tirów, wyją­cych na naj­wyż­szych obro­tach.

– Nie lękaj­cie się! – krzyk­nął pro­boszcz, ale mało kto go usły­szał.

Ksiądz roz­ło­żył ramiona, jakby chciał wszyst­kich przy­gar­nąć do sie­bie. Ludzie zaczęli się prze­py­chać ku wyj­ściu. Prze­wra­cali się, potrą­cali, roz­py­chali i prze­kli­nali.

– Nie wychodź­cie z kościoła! – wołał pro­boszcz. – Pan nas ura­tuje! Panie, ratuj swoje dzieci!

A tym­cza­sem nad gło­wami para­fian pędziła stu­to­nowa loko­mo­tywa. Naraz roz­legł się potężny huk, a potem trzask, jakby ktoś łamał olbrzy­mią zapałkę, jedną, drugą, trze­cią. Wierni patrzyli w górę prze­ra­żeni, inni cho­wali się pod ław­kami, wła­snym cia­łem zakry­wali dzieci i kobiety. Krzy­czeli, lamen­to­wali, wyli prze­ra­żeni. Do środka zaczęły wpa­dać kawałki drewna i cegły. Naraz dach pod­niósł się i znik­nął, odla­tu­jąc z łosko­tem, a do środka runęły stru­mie­nie wody. A potem nagle zro­biło się cicho. Wszy­scy spoj­rzeli w górę. Niebo było błę­kitne i czy­ste, tak jakby nic się tu nie wyda­rzyło.

I wtedy ksiądz pro­boszcz zdał sobie sprawę, że przez cały czas stoi w tym samym miej­scu. A tam, gdzie miały stać dzieci przy­wo­łane przez niego, leży ogromna belka, która spa­dła tu z sufitu. Gdyby dotarły na to miej­sce, przed ołta­rzem leża­łoby kil­ka­na­ście cia­łek. Ale nie było tam nikogo. Pan czu­wał nad dusz­pa­ste­rzem i nad dziećmi. Nato­miast dach został zerwany. Tam, gdzie był jesz­cze przed chwilą, ziała pustka.

Duch Święty chyba coś chciał księ­dzu w ten spo­sób powie­dzieć. Czyżby chciał go uka­rać? Tylko za co? Prze­cież nie zro­bił nic złego.

Pro­boszcz padł na kolana, zło­żył ręce do modli­twy, po czym zde­cy­do­wa­nym gło­sem zaczął:

– Ojcze nasz, który jesteś w nie­bie…

Kolejne słowa zaczęli pod­chwy­ty­wać cudem oca­leni wierni. Po chwili cały kościół wypeł­niła modli­twa oca­la­łych ludzi, a pro­boszcz myślał, o co cho­dziło Stwórcy, i na razie nie znaj­do­wał żad­nej odpo­wie­dzi.

Był jed­nak spo­kojny, wie­dział, że znaj­dzie ją nie­ba­wem. Boskie znaki nie mogły pozo­stać bez odpo­wie­dzi. Trzeba tylko umieć je wła­ści­wie odczy­tać.

Warszawa, Poniedziałek, 2 września 2024 roku, Godzina 12.30

– Nie no, ile można cze­kać? – powie­dzia­łem do sie­bie, spo­glą­da­jąc na zega­rek.

Umó­wi­li­śmy się w samo połu­dnie, czyli jak mi się zdaje o godzi­nie dwu­na­stej zero zero, w daw­nej fabryce Nor­blina na Woli. Lubi­łem tu uma­wiać się na nie­zo­bo­wią­zu­jące spo­tka­nia, bo mia­łem bli­sko z domu, a poza tym w knaj­pie „Uwaga Piwo” poda­wali cał­kiem nie­złe piwa kra­ftowe z nale­waka. Więc gdy zadzwo­niła do mnie moja była dziew­czyna Dżesi, zapro­po­no­wa­łem, nie­wiele się zasta­na­wia­jąc, tę knajpę i godzinę dwu­na­stą. No chyba że ktoś ina­czej rozu­mie zna­cze­nie okre­śle­nia w samo połu­dnie. Dosko­nale rozu­mieli to Will Kane i Frank Mil­ler, sze­ryf i ban­dzior, dwaj rewol­we­rowcy i zacie­kli wro­go­wie, któ­rzy spo­tkali się ze sobą na uliczce sen­nego mia­steczka gdzieś na Dzi­kim Zacho­dzie. Mimo że żaden z nich nie dys­po­no­wał smart­fo­nem zsyn­chro­ni­zo­wa­nym ze smar­twat­chem, wie­dzieli, kiedy jest połu­dnie, i wyszli na ulicę o umó­wio­nym cza­sie, wycią­gnęli z kabur swoje Kolty, oddali strzały i było po wszyst­kim. Szybko i sku­tecz­nie, tak jak lubię. Bo uwa­żam, że czas jest zbyt cenny, żeby go mar­no­wać bez sensu. Co innego Dżesi. O, tak, ona potrafi nagi­nać i nacią­gać czas, jakby był z gumy. I co wię­cej, mam nie­kiedy wra­że­nie, że roz­cią­gnięta przez Dżesi cza­so­prze­strzeń nie ma nic prze­ciwko temu. Moja była dziew­czyna oczy­wi­ście też nie. Ona nawet nie zdaje sobie sprawy ze swo­ich magicz­nych umie­jęt­no­ści. Dżesi jest jak podróż­niczka w cza­sie, prze­cho­dząca z jed­nej strefy cza­so­wej do dru­giej, czy­niąca to mimo­cho­dem i nie­stety cał­kiem bez­re­flek­syj­nie. Jeśli nie wie­cie jesz­cze, o czym mówię, podam wam naj­prost­szy przy­kład.

Któ­re­goś dnia Dżesi zgu­biła dwie­ście zło­tych. Nie byłoby w tym nic nad­zwy­czaj­nego, gdyby nie fakt, że tego dnia spo­ty­ka­li­śmy się na lan­czu w mie­ście i to była aku­rat jej kolejka przy pła­ce­niu rachunku. Wie­cie, byli­śmy taką nowo­cze­sną parą, że każde z nas miało swoją kasę, a rachunki pła­ci­li­śmy na zmianę, bo tak miało być bar­dziej po part­ner­sku. No więc gdy przy­szło do pła­ce­nia, Dżesi zaj­rzała do torebki, wydo­była z niej wielką złotą port­mo­netkę, spoj­rzała do środka, chwilę w niej pogrze­bała, a potem popa­trzyła bez­rad­nie na kel­nera i na mnie.

– Cho­lip­cia, zgu­bi­łam pie­niążki.

– Co? – jęk­ną­łem. – Poszu­kaj dobrze.

– No ale Miśku… – Mówi do mnie „Miśku”, mimo że mam na imię Mar­cin, więc nie wiem, skąd ten Misiek jej się wziął, bo wcale nie przy­po­mi­nam wyglą­dem misia. – …mia­łam dziś rano w port­fe­liku dwie stówki, a teraz nie mam. Musiały mi te pie­niążki wypaść. Cho­lip­cia, nie mam. – Spoj­rzała przy tym znów na kel­nera, jakby spo­dzie­wa­jąc się, że ten natych­miast roz­wiąże jej pro­blem i powie coś w rodzaju: spoko, nie ma sprawy, zapłaci pani innym razem.

Ale kel­ner nic takiego nie powie­dział.

Jak myśli­cie, kto zapła­cił rachu­nek? Macie rację, zapła­cił Misiek, bo ina­czej wsa­dzi­liby nas do wię­zie­nia, a ja wcale nie mia­łem ochoty na kło­poty spo­wo­do­wane przez moją dziew­czynę. Ale to nie koniec tej histo­rii. Dwie­ście zło­tych się zna­la­zło wie­czo­rem w domu. Pie­nią­dze były zawi­nięte w papier kanap­kowy razem z kanapką, którą zro­bi­łem Dżesi do pracy. Miała ją sobie tylko zawi­nąć w ten papier i wło­żyć do torby. Więc zapa­ko­wała razem z bank­no­tem, po czym wło­żyła do lodówki. Całe szczę­ście, nie zabrała ze sobą, bo mogłaby bank­not zjeść przez nie­uwagę. I w zasa­dzie można by na tym skoń­czyć opo­wieść, ale wtedy nie wie­dzie­li­by­ście, o co cho­dzi z tym cza­sem i prze­strze­nią.

No więc jakiś mie­siąc póź­niej Dżesi wró­ciła do domu bar­dzo pod­eks­cy­to­wana.

– Wyobraź sobie, Miśku, byłam dziś w tej knaj­pie, w któ­rej byli­śmy, pamię­tasz, wtedy, kiedy zgu­bi­łam te dwie stówki.

– No, pamię­tam. I co, znowu nie mia­łaś pie­nię­dzy?

– Nie! – zawo­łała ura­do­wana, się­gnęła do torebki i wyjęła z niej złotą port­mo­netkę. – Zobacz!

W dłoni trzy­mała bank­not dwu­stu­zło­towy.

– Zna­la­złam tam, gdzie zgu­bi­łam te dwie stówki, dokład­nie ten sam bank­not z tym, no, jak on się nazywa?

– Król Zyg­munt Stary?

– A czemu stary? Wcale nie jest taki stary na tym rysunku.

– Bo długo żył.

– Ile?

– O ile pamię­tam, dożył wieku osiem­dzie­się­ciu jeden lat.

– Hę? Tylko tyle? Sta­rzy ludzie to są tacy, co mają setkę i wię­cej.

– W tam­tych cza­sach osiem­dzie­siątka to był bar­dzo pode­szły wiek.

– Aha, to jak to długo, to pew­nie się zdą­żył zesta­rzeć przed samą śmier­cią. A pie­niądz ze Sta­rym, jak widzisz, jest dokład­nie taki sam. A nie na przy­kład dwie stówki, które dałyby też w sumie dwie­ście zło­tych.

– Dżesi, prze­cież to jest inny bank­not.

– No nie, ten sam. Jest król i w dodatku zna­la­złam go na pod­ło­dze pod sto­li­kiem w tej samej knaj­pie. Prawda, nie był to ten sam sto­lik, ale wiesz, mógł się prze­su­nąć, zna­czy ten król Stary.

– Dżesi, prze­cież ten twój zna­leź­li­śmy w kanapce.

– No tak, ale skąd wiesz, że ten z kanapki to ten sam, co wtedy zgi­nął? Według mnie nie jest to ten sam, bo skoro był w kanapce, to się wcale nie zgu­bił. A jak byli­śmy w knaj­pie, to ten mój był zgu­bio­nym wła­śnie w tej knaj­pie, zna­czy się, jak tam zgi­nął, i tam się odna­lazł, dla­tego wła­śnie to jest ten sam.

– Dżesi, co się stało z tymi dwoma stów­kami, co je zna­la­złaś w kanapce?

– Jak to co, Miśku, prze­cież wia­domo, że je wyda­łam. O, już wiem, kupi­łam wtedy chyba te czer­wone koron­kowe maj­teczki. No wiesz które?

Wie­dzia­łem, oczy­wi­ście, wyglą­dały na niej bosko i jesz­cze tego samego wie­czora pre­zen­to­wała mi je na sobie, a potem poka­zy­wała, jak ele­gancko się je zdej­muje.

– Czyli kupi­łaś maj­teczki za dwie stówki.

– No.

– Więc wyda­łaś te pie­nią­dze?

– No pew­nie, głup­ta­sku. Pie­nią­dze są prze­cież do wyda­wa­nia.

– A teraz masz znowu te dwie stówki, które już wyda­łaś?

– No tak, Miśku, wła­śnie je mam w palusz­kach.

– To ozna­cza, że wró­ciły do cie­bie pie­nią­dze wydane na maj­teczki?

Pokrę­ciła głową i uśmiech­nęła się sze­roko, uka­zu­jąc białe, lśniące zęby.

– Nie, głup­ta­sku, tamte zostały wydane, a te się zna­la­zły, zna­czy, nie mogą wró­cić, jak się je wyda. Ja je po pro­stu odna­la­złam i po mie­siącu wró­ciły do mnie. Że też ty nie poj­mu­jesz takich oczy­wi­stych oczy­wi­sto­ści?

I to wła­śnie nazywa się nagi­na­nie cza­so­prze­strzeni. Myślę, że nie­wielu ludzi ma taką umie­jęt­ność jak Dżesi. Wtedy nie chciało mi się wię­cej tłu­ma­czyć zawi­ło­ści zwią­za­nych z kwe­stią zagu­bie­nia i odna­le­zie­nia pie­nię­dzy, bo Dżesi i tak wie­działa lepiej. Poza tym wów­czas byłem w niej sza­leń­czo zako­chany, więc wiele spraw wola­łem zosta­wić swo­jemu bie­gowi. Ale dziś, gdy już ponad rok nie jeste­śmy razem, posta­no­wi­łem nie mieć dla niej lito­ści i zmie­szać ją z bło­tem, jak przyj­dzie. O ile w ogóle przyj­dzie. No ale chyba powinna, bo to w końcu ona nale­gała na spo­tka­nie, na które ja wcale nie mia­łem wiel­kiej ochoty.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Trzy­dzie­ści pięć minut spóź­nie­nia. Chyba za dużo we mnie cier­pli­wo­ści. Koniec tego robie­nia w konia. Ani minuty dłu­żej…

Wsta­łem od sto­lika i już chcia­łem iść ku wyj­ściu, gdy naraz ją dostrze­głem. Szła przez salę, a wła­ści­wie pły­nęła, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę, jakie wra­że­nie robi na sie­dzą­cych przy sto­likach face­tach. Ubrana w bor­dowe leg­ginsy i białe sni­kersy, zało­żyła do tego biały tiszert z czar­nym wize­run­kiem niedź­wiadka panda, a na wierz­chu miała różową kurtkę dżin­sową. Swoją drogą wie­dzie­li­ście kie­dyś różowy dżins? Ja widzia­łem po raz pierw­szy. Dłu­gie blond włosy spięła w koń­ski ogon i wysu­nęła go przez tylny otwór bia­łej bejs­bo­lówki. Na mój widok uśmiech­nęła się pro­mien­nie, co spra­wiło, że miny kilku face­tów przy sto­liku obok natych­miast zrze­dły, po czym goście prze­nie­śli zacie­ka­wione spoj­rze­nia na mnie. A tu roz­cza­ro­wa­nie.

Zamiast gościa w lnia­nym gar­ni­tu­rze z klu­czy­kami do porszaka w dłoni zoba­czyli zwy­kłego faceta ważą­cego jakieś osiem dych i wzro­stu nie­zbyt wyśru­bo­wa­nego, bo moje sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wyklu­cza mnie z kate­go­rii osób wyso­kich. Do tego jesz­cze zwy­czajne ubra­nie, czyli dżinsy, koszulka z napi­sem „Nirvana” i zamszowe buty do kostki. Jed­nym sło­wem zwy­klak, któ­remu nie wie­dzieć czemu tra­fiła się księż­niczka. Na swoje nie­szczę­ście nie wie­dzieli, że przytra­fiła się, ale kilka lat temu, a życie z nią to było jedno wiel­kie pasmo kło­po­tów. Temu gościowi z łysą głową, wielką brodą i tatu­ażami na nabi­tych bicep­sach, co sie­dział dwa sto­liki dalej i krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, z przy­jem­no­ścią oddał­bym rok z naszego wspól­nego życia. Jestem prze­ko­nany, że spie­przałby z krzy­kiem, rwąc włosy z głowy, o, prze­pra­szam, z brody i skąd tam by jesz­cze chciał, byleby być jak naj­da­lej od niej. Ja co prawda nie ucie­kłem, bo nasze roz­sta­nie prze­bie­gło zupeł­nie ina­czej i można by nawet powie­dzieć, że było jak cha­rak­te­ry­styczne dla Dże­siki nagi­na­nie cza­so­prze­strzeni.

– O, Misiaczku, widzę, że już wsta­łeś, żeby mi coś zamó­wić. Kochany jesteś! – Uca­ło­wała mnie w oba policzki i usia­dła przy sto­liku. – Ja popro­szę wodę nie­ga­zo­waną z dwoma pla­ster­kami cytryny i dwiema kro­pel­kami taba­sco.

– Taba­sco do wody? – zdzi­wi­łem się.

– No tak, Miśku, taba­sco i cytryna bar­dzo dobrze robią na pracę jelit. To świetne połą­cze­nie na rano jako pierw­szy posi­łek.

– Nie jadłaś śnia­da­nia?

– W biegu prze­gry­złam kromkę suchego chleba. No wiesz, tak się spie­szy­łam do cie­bie.

Posze­dłem do bufetu, popro­si­łem o wodę z taba­sco, ale nie zro­biło to naj­mniej­szego wra­że­nia na szczu­płym bar­ma­nie. Może dla­tego, że do wody zaży­czy­łem sobie jesz­cze piwo kra­ftowe o smaku cytry­no­wym prze­ła­ma­nym imbi­rem. Też lubię sma­kowe eks­pe­ry­menty.

Kiedy wró­ci­łem do sto­lika, Dżesi obrzu­ciła mnie uważ­nym spoj­rze­niem.

– Wyglą­dasz, jak­byś się nie wyspał – stwier­dziła, robiąc przy tym smutną minę.

– Mon­to­wa­łem pro­gram do pią­tej rano.

– Ano tak – stwier­dziła, kiwa­jąc głową.

To aku­rat rozu­miała świet­nie. Oboje robimy w show-biz­ne­sie. Dże­sika jest modelką, pra­cuje na wybie­gach i wystę­puje w rekla­mach, a ja jestem repor­te­rem, który od czasu do czasu robi fuchy rekla­mowe. To wła­śnie na pla­nie dur­nej reklamy, któ­rej byłem pro­du­cen­tem, pozna­łem Dżesi. Ona grała lekarkę pole­ca­jącą pastę do zębów.

Pasta do zębów Zembi­xwhite wybieli twoje zęby, które staną się śnież­no­białe jak ark­tyczny śnieg już po mie­siącu regu­lar­nego uży­wa­nia. Użyj pasty Zembi­xwhite, a twój uśmiech będzie olśnie­wa­jący. Jestem sto­ma­to­lo­giem i wiem, co mówię, bo sama uży­wam pasty Zembi­xwhite codzien­nie, mówiła w rekla­mie, a potem szcze­rzyła swoje olśnie­wa­jąco białe zęby. Na mnie ten uśmiech zro­bił wtedy pio­ru­nu­jące wra­że­nie. A jej spodo­bały się moje bystre nie­bie­skie oczy, tak przy­naj­mniej powie­działa mi jakiś czas potem, gdy nasza zna­jo­mość prze­szła już z fazy prze­lot­nych, ukrad­ko­wych spoj­rzeń do etapu czer­pa­nia rado­ści z patrze­nia długo, mocno i cał­kiem bez­wstyd­nie.

Dżesi upiła łyk wody, obli­zała nie­uma­lo­wane wargi, znak, że nie trak­to­wała naszego spo­tka­nia jak randki czy wstępu do biz­nesu, bo w takich wypad­kach zawsze robiła się na bóstwo. Ale bez tych wszyst­kich efek­tów dodat­ko­wych i tak wyglą­dała olśnie­wa­jąco.

– To, żeby zacząć od początku, sprawa wygląda tak – weszła w temat po swo­jemu, bez nie­po­trzeb­nych wyja­śnień. – Mam zro­bić pro­gram histo­ryczny, w któ­rym będę sten­da­pe­ro­wać i opo­wia­dać jakieś pier­doły o miej­scach, w któ­rych dzieją się cuda.

– O, to faj­nie. I co dalej? – zapy­ta­łem, uśmie­cha­jąc się lekko.

Już wie­dzia­łem, w czym rzecz. Od razu to wyczu­łem. Ma robić pro­gram dla jakiejś komer­cyj­nej sta­cji, gdzie będzie grała, tak jak w tej rekla­mie pasty do zębów, fachowca, tym razem od cudów. Jedno było pewne, jest tak dobra, że zagra prze­ko­nu­jąco, tak jakby miała dok­to­rat z magii i okul­ty­zmu. Ale żeby powie­dzieć coś mądrego, potrze­buje…

– No i wiesz, Miśku, potrze­buję cie­bie do napi­sa­nia tych wszyst­kich tek­stów, no i jesz­cze Wasyla na kame­rze i Kamy do doku­men­ta­cji. Sło­wem, potrze­buję naj­lep­szej ekipy, a wy jeste­ście naj­lepsi, co nie, Miśku? A, dla ekipy jest sto pięć­dzie­siąt tysi do podziału, jak tam chce­cie, to się dział­kuj­cie sami, ja nie mam do tego głowy. Robota na tydzień gdzieś na Ślą­sku, ale nie wiem gdzie. Koszt hoteli i jedze­nia pokrywa pro­du­cent. I co myślisz, Miśku, hę?

No i co mia­łem powie­dzieć? Z tego wszyst­kiego zapo­mnia­łem zmie­szać ją z bło­tem za spóź­nie­nie. Za sto tysięcy wła­ści­wie można pocze­kać kilka minut. Cie­kawe tylko, co na to powie Kama. Ona mogła mieć na ten temat odmienne zda­nie. Być może trzeba ją będzie prze­ko­nać jaki­miś dodat­ko­wymi argu­men­tami.

– I wiesz, Miśku, tak sobie pomy­śla­łam jesz­cze, że gdyby twoja Kama się nie chciała zgo­dzić, to powiedz jej, że w tym fil­mie może wystą­pić jako moja, no wiesz, taka repor­terka. Ona pyta o coś, a ja, wiesz, wyja­śniam jej te wszyst­kie zagadki i dupe­rele. Chyba się zna na takiej robo­cie?

Zna się, oczy­wi­ście, ale mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy na to pój­dzie. Ja na jej miej­scu bym się mocno zasta­no­wił.

Męcinka, Dolnośląskie, Godzina 13.40

Star­szy aspi­rant Kamil Dobosz z poste­runku gmin­nego w Męcince strasz­li­wie się nudził. Nie miał kom­plet­nie nic do roboty. Wszyst­kie sprawy pro­wa­dzone przez jego poste­ru­nek były w toku i zaj­mo­wali się nimi jego ludzie. Mógł co prawda zawo­łać pod­wład­nego albo pod­władną, żeby zre­fe­ro­wali mu stan pro­wa­dzo­nych przez nich docho­dzeń, ale czy to miało sens? Ci, co byli pod ręką, to mło­dzi, któ­rzy nic jesz­cze samo­dziel­nie nie zro­bili i nada­wali się tylko do służby patro­lo­wej. Bar­dziej doświad­czo­nych było tylko dwoje. Młod­szy aspi­rant Arek Kurzawa zaj­mo­wał się kra­dzieżą samo­chodu i nie było go na miej­scu, a sier­żant Zośka Kalicka spraw­dzała wła­śnie w tere­nie kwe­stię kra­dzieży okien z jakiejś pry­wat­nej budowy domu jed­no­ro­dzin­nego. Nic nad­zwy­czaj­nego. Wła­ści­ciel nie zabez­pie­czył odpo­wied­nio terenu i pod­pie­przyli mu osa­dzone dopiero co okna. Dla zło­dziei pro­sta sprawa, bo były świeżo wsta­wione na kli­nach i zako­twione. Ale pra­cow­nicy nie dokoń­czyli roboty i nie zabez­pie­czyli ich pianką mon­ta­żową. Nic dziw­nego, że zna­jący się na robo­cie zło­dzieje przy­je­chali w nocy i wymon­to­wali wszystko, czyli w sumie sie­dem sztuk, wraz z oknem i drzwiami tara­so­wymi.

Gdy Dobosz ode­brał rano zgło­sze­nie o kra­dzieży, posta­no­wił, że da tę robotę Kalic­kiej. Dziew­czyna miała dopiero dwa­dzie­ścia pięć lat, sto­pień sier­żanta i żad­nego samo­dziel­nego śledz­twa na kon­cie. To wyda­wało się banal­nie pro­ste. Trzeba było prze­słu­chać wła­ści­ciela, pra­cow­ni­ków firmy insta­lu­ją­cej okna i jesz­cze sąsia­dów. Jeśli wszystko pój­dzie tak, jak się Dobo­szowi wyda­wało, a dziew­czyna niczego nie spie­przy, to może mieć pierw­szy suk­ces śled­czy.

– Sprawdź dokład­nie tych insta­la­to­rów – powie­dział do Zośki, gdy ta jesz­cze nie ochło­nęła po tym, jak wydał jej pole­ce­nie.

Nie przy­pusz­czała, że Dobosz aż tak bar­dzo jej ufa, żeby dawać jej taką sprawę. Dla­tego teraz była tro­chę dumna z tego zaufa­nia, ale z dru­giej strony zanie­po­ko­jona. Bo jeśli sobie nie pora­dzi, to co?

– W jakim sen­sie? – zapy­tała nie­śmiało, choć wcale nie była nie­śmiała czy bojaź­liwa.

Wręcz prze­ciw­nie, wszy­scy mówili o niej, że jest prze­bo­jowa i docie­kliwa, a do tego jesz­cze, że wle­zie w każdy kąt. Cze­kała więc na swoją pierw­szą szansę, a gdy ją dostała, nie mogła w to uwie­rzyć.

– W takim, że na moje oko – zaczął tłu­ma­czyć Dobosz – goście wyjęli kotwy i zapa­ko­wali towar, który był nie­od­po­wied­nio zabez­pie­czony. Gdyby psik­nęli w dziury pianką mon­ta­żową, to by ta napęcz­niała i byłoby trud­niej. A tak przy­szli jak po swoje. To zna­czy, że okna rąb­nęli ci, co je zakła­dali, albo ich kum­ple. Daleko nie musisz szu­kać.

– Niech pan powie, to jak wszystko jasne, czemu pan sam nie weź­mie tego…

Mach­nął ręką, po czym uśmiech­nął się krzywo, uno­sząc tylko jeden kącik ust.

– Nie chce mi się, cho­lera. Tak mi się nic nie chce, że aż mi się chce rzy­gać.

– Rozu­miem – powie­działa Zośka, choć tak naprawdę nie rozu­miała niczego.

Facet spra­wiał wra­że­nie zgorzk­nia­łego i prze­pra­co­wa­nego, choć w wypadku ich poste­runku nawet przy naj­więk­szej dozie zaan­ga­żo­wa­nia prze­pra­co­wa­nie nikomu tu nie gro­ziło. Tym bar­dziej że Dobosz nie nale­żał do ludzi zbyt wyma­ga­ją­cych i nie zarzu­cał swo­ich pod­wład­nych nie­po­trzebną robotą. Lubił, jak wszystko było przy­pil­no­wane, i nic wię­cej. Więc cała ósemka jego funk­cjo­na­riu­szy sta­rała się robić wszystko sta­ran­nie, żeby nie było się do czego przy­cze­pić, nawet gdyby szef szu­kał dziury w całym.

Gdy sier­żant usły­szała o tym rzy­ga­niu, pomy­ślała, że to chyba jakieś domowe sprawy, ale nie była na tyle z Dobo­szem bli­sko, żeby o to zapy­tać.

– Weź no jesz­cze że tę młodą w obroty, niech wszystko pospraw­dza, jak ona się nazywa, bo zapo­mnia­łem?

– Wasi­lew­ska.

– Ano wła­śnie, jak ta rewo­lu­cjo­nistka, Wanda Wasi­lew­ska – przy­po­mniał sobie postać, o któ­rej czy­tał w książ­kach histo­rycz­nych.

Dobosz lubił histo­rię i gdy tylko mógł, się­gał do ksią­żek mówią­cych o daw­nych cza­sach, szcze­gól­nie o dru­giej woj­nie świa­to­wej.

– Ona nie jest Wanda – popra­wiła go Kalicka. – Ma na imię Gabry­sia, czyli że mówimy na nią Gabi.

– No ja wiem, że nie Wanda. Wanda to komu­nistka ze Związku Patrio­tów Pol­skich, który powstał w… – Dobosz prze­rwał, popa­trzył na dziew­czynę i wtedy pomy­ślał, że musiałby dać cały wykład.

Prze­cież ona nie ma poję­cia o Wasi­lew­skiej, o Ber­lingu, o Sta­li­nie, czyli tych wszyst­kich, któ­rzy spo­wo­do­wali, że ich rodziny musiały opu­ścić dawne Kresy i tra­fiły tu, na Zie­mie Odzy­skane.

– To weź tę Gabi i jedź­cie na miej­sce. Masz tu adres i numer tele­fonu do wła­ści­ciela.

Kalicka wzięła od niego kartkę, spoj­rzała na nią i wło­żyła do kie­szeni let­niej bluzy mun­du­ro­wej.

– Dzię­kuję, sze­fie.

– Rób dobrze swoją robotę i to będzie dla mnie naj­lep­sze podzię­ko­wa­nie.

– Nie­mniej dzię­kuję za szansę. Aha, i jesz­cze jedno… – Wzięła bejs­bo­lówkę z wie­szaka i zało­żyła ją. – Ja wiem, kto to była Wanda Wasi­lew­ska. Mój pra­dzia­dek wal­czył pod Lenino.

Wyszła z pokoju, zosta­wia­jąc go samego.

Star­szy aspi­rant przez chwilę spo­glą­dał w na wpół otwarte drzwi, tam, gdzie znik­nęła uśmiech­nięta pod­władna. No to zna­czy, że dziew­czyna nie jest jak więk­szość tych mło­dych, myślą­cych tylko o nowych grach kom­pu­te­ro­wych i sie­dzą­cych w tele­fo­nach. Wła­ści­wie to ni­gdy nawet nie widział jej zaję­tej smart­fo­nem. To zna­czy, że miał rację, myśląc, że będą z niej ludzie.

Wstał zza biurka, zamknął drzwi do swo­jego pokoju, żeby nikt z mło­dzia­ków nie zawra­cał mu głowy. Włą­czył stare radio, pamię­ta­jące jesz­cze czasy, gdy na poste­runku pra­co­wali mili­cjanci. Ama­tor-Ste­reo pra­co­wał tak, jakby nie zauwa­żył upły­wa­ją­cych dekad. Może dla­tego, że nikt nie krę­cił poten­cjo­me­trem i nie przy­ci­skał kla­wi­szy. Radio usta­wione było na Jedynkę i nie można go było prze­sta­wić na nic innego, bo pasek poten­cjo­me­tru zerwał się tak dawno temu, że nikt już nie pamię­tał, kiedy to było. Z gło­śnika popły­nęła pio­senka Zbi­gniewa Wodec­kiego o Bachu i kocie, co ska­cze z dachu, więc przy muzyce mógł oddać się swo­jemu ulu­bio­nemu lekar­stwu na nudę. Odpa­lił kom­pu­ter i zna­lazł ikonę pasjansa. Lubił sobie poukła­dać, bo była to gra nie­wy­ma­ga­jąca myśle­nia, a przy tym dawała cza­sem odpo­wie­dzi na różne istotne pyta­nia. Dla­tego, gdy zaczy­nał sta­wiać pasjansa, zada­wał w myślach pyta­nie. Naj­czę­ściej doty­czące jego kariery zawo­do­wej.

Dobosz był mło­dym poli­cjan­tem, w wieku dopiero trzy­dzie­stu sze­ściu lat. Miał już wła­sny poste­ru­nek, czyli mógł uwa­żać, że jest cenio­nym funk­cjo­na­riu­szem. Ale skoro był dobry, to miał nadzieję, że po tym dwu­let­nim poby­cie w gmi­nie Męcinka w końcu dokądś go prze­niosą. Może do Zło­to­ryi, a może do samej Legnicy? Dla­tego dziś posta­wił na począ­tek nie­śmiałe pyta­nie, czy może się spo­dzie­wać prze­nie­sie­nia. Pierw­szy pasjans dał odpo­wiedź twier­dzącą. Więc Dobosz musiał wybrać miej­sce. Zapy­tał o Zło­to­ryję i odpo­wiedź oka­zała się nega­tywna.

No tak, Zło­to­ryja odpada, bo tam komen­dan­tem jest ten Bor­kow­ski, który za nim nie prze­pada. Czy chciałby słu­żyć pod takim ćwo­kiem jak on? Nie, na pewno nie. To czło­wiek nie­da­jący pod­wład­nym roz­wi­nąć skrzy­deł. Naj­le­piej by było tra­fić do Legnicy, do kry­mi­nal­nych. Tak, to by było odpo­wied­nie miej­sce dla czło­wieka z ambi­cjami. Ale żeby się tam zna­leźć, musiałby mieć jakiś suk­ces na kon­cie. A jak dotąd to te suk­cesy jego poste­runku były dość marne. Udało im się zła­pać kilku zło­dziei, jed­nego gościa, co po pijaku zabił kobietę na pasach, i do tego kilku gów­nia­rzy przy­wo­żą­cych z Czech krysz­tałki metamfy. I to było wszystko, jeśli cho­dzi o osią­gnię­cia śled­cze. Teraz jesz­cze do bilansu doj­dzie pew­nie zła­pany zło­dziej samo­cho­dów Kurzawy i szajka od okien. Jeśli Kalicka sobie pora­dzi. Dziew­czyna jest dość bystra, i dla­tego powie­rzył jej tę sprawę. Ist­niała duża szansa, że Zośka niczego nie zawali, a skoro jest taka skru­pu­latna, powinna dopil­no­wać każ­dego szcze­gółu. Jak niczego nie spie­przy, to zło­dzieje okien powinni być pod klu­czem jutro, no, może poju­trze. Ale to wszystko mało, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę kogoś z góry. Gdyby tak udało mu się roz­wią­zać zagadkę jakiejś zuchwa­łej kra­dzieży…

Ale kto tu mógłby coś ukraść w oko­licy? Jak tu nikt nie ma nic war­to­ścio­wego. Cho­ciaż mecha­nik samo­cho­dowy Regul­ski mógł mieć odło­żone tro­chę gotówki, któ­rej nie trzy­mał w banku, tylko gdzieś w sza­fie z bie­li­zną. Wia­domo prze­cież nie od dziś, że mecha­nicy ope­rują gotówką i nie wysta­wiają fak­tur, jeśli klient tego sobie nie życzy. A prze­cież ci wszy­scy, któ­rzy napra­wiają u niego auta, to nie biz­nes­meni, tylko pra­cu­jący w jakichś fir­mach robole. Dla­tego fak­tur nie potrze­bują, a on nie wysta­wia. Stąd pro­sty wnio­sek, że lewe pie­nią­dze musi mieć w domu. Jakby go tak okra­dziono, powiedzmy, z bańki, a oni by te pie­nią­dze odzy­skali, to by był piękny suk­ces. Tylko jakby Regul­skiemu ukra­dziono lewy milion, to prze­cież nawet by tego nie zgło­sił, bo by się bał urzędu skar­bo­wego. I jak tu żyć w takim świe­cie, gdzie nawet poważna kra­dzież nie może się wyda­rzyć, bo okra­dziony się nie przy­zna, że go obro­biono?

A gdyby tak coś poważ­niej­szego się tu zda­rzyło, gdyby jakiś napad z bro­nią w ręku na sklep… Tylko który? Naj­lep­szy byłby Dino, bo tam zawsze dużo ludzi, czyli świad­ków, któ­rzy mogliby potem ziden­ty­fi­ko­wać napast­ni­ków, nie bra­ko­wa­łoby. Choć to byłoby trudne, bo napa­da­jący na Dino w biały dzień na pewno mie­liby na gło­wach komi­niarki. Tylko czy ban­dzio­rom opła­ca­łoby się robić napad na spo­żyw­czak? Może lepiej byłoby roz­wa­lić ładun­kiem wybu­cho­wym ban­ko­mat? Tak, to jest coś, co byłoby ide­al­nym roz­wią­za­niem. Nie­wielka, senna miej­sco­wość i nagle w nocy sły­chać wybuch. Ludzie budzą się, ale nie wie­dzą, co się dzieje. A on, szef poste­runku, już wie, bo dawno wyty­po­wał miej­sce, które jest nara­żone na ban­dycką akcję. Wsiada do radio­wozu, prze­zor­nie zapar­ko­wa­nego pod domem, żeby zawsze w razie potrzeby był pod ręką, i pędzi na sygnale do ban­ko­matu. Jest tam w ciągu dwóch minut. Swoją drogą trzeba by spraw­dzić, ile czasu zaj­muje w nocy dotar­cie pod ban­ko­mat. Przy­jeż­dża tam aku­rat w chwili, kiedy ban­dyci z ban­ko­matem wrzu­co­nym na pakę odjeż­dżają dostaw­czym Volks­wa­ge­nem. On zajeż­dża im drogę, wyciąga z kabury spluwę i wali raz za razem w opony. Volks­wa­gen staje. Czte­rej ban­dyci wycho­dzą z auta i kładą się na ziemi.

Po takim suk­ce­sie Legnica gwa­ran­to­wana…

Cho­lera, pasjans nie wyszedł. Czyli nie Zło­to­ryja, nie Legnica, to co w takim razie? Wał­brzych czy Jele­nia Góra?

Star­szy aspi­rant klik­nął w nowe roz­da­nie, bo chciał jak naj­szyb­ciej dowie­dzieć się, co go czeka. Ale nie dowie­dział się. Jakiś natręt zapu­kał do drzwi.

– Żeby cię cho­lera wzięła! – mruk­nął pod nosem.

Ale jako pro­fe­sjo­na­li­sta wie­dział, że nie może oka­zy­wać emo­cji pod­wład­nym. Zwłasz­cza takim mło­dym, bez peta na pago­nie.

– Wejść! – zawo­łał, popra­wia­jąc się na krze­śle.

Drzwi otwo­rzyły się i w progu sta­nęła drob­niutka i kru­cha jak figurka z por­ce­lany blon­dynka o wiel­kich nie­bie­skich oczach, przy­sło­nię­tych oku­la­rami. Poste­run­kowa Gabriela Wasi­lew­ska zasa­lu­to­wała regu­la­mi­nowo i już zbie­rała się, żeby zamel­do­wać się jak na placu ape­lo­wym, ale on nie był służ­bi­stą i w nosie miał te wszyst­kie for­mal­no­ści. To nie plac ape­lowy, ale samo życie, mówił pod­wład­nym. Starsi to dosko­nale wie­dzieli, a mło­dzi musieli się dopiero nauczyć. Poste­run­kowa była wła­śnie na eta­pie nauki.

– Mów, co tam masz do powie­dze­nia.

– Mel­duję, że dzwo­nią stra­żacy z Sie­chowa.

– A co tam u nich sły­chać, pali się czy jak?

Dziew­czyna pokrę­ciła głową.

– No wła­śnie, że nie, zna­czy nic się nie pali. Ten, co dzwo­nił, mówi, że…

– No co tam? – Dobosz pona­glił ją ze znie­cier­pli­wie­niem.

Poczuł mro­wie­nie na karku. Czyżby coś się wyda­rzyło?

– Mówi, że mają trupa.

– Co?

– No trup. Jest tam nie­ży­jący ktoś i wcale nie z wypadku samo­cho­do­wego. Ten stra­żak Pio­trow­ski mówi, że to jest ktoś, kto został zarą­bany sie­kierą.

Dobosz spoj­rzał na poli­cjantkę, a potem skie­ro­wał wzrok na sufit ozdo­biony sta­rymi, pożół­kłymi zacie­kami.

Bogu niech będą dzięki, chciał powie­dzieć, ale nie wypa­dało przy dziew­czy­nie oka­zać rado­ści czy eks­cy­ta­cji. Poczuł, że co naj­mniej Wał­brzych zbliża się wiel­kimi kro­kami.

Teraz trzeba to wszystko umie­jęt­nie roze­grać.

Warszawa, Godzina 15.30

– Wyklu­czone – powie­działa Kama sta­now­czo.

– Pocze­kaj, pocze­kaj, spójrz na to racjo­nal­nie, bez ner­wów, bez jakich­kol­wiek emo­cji.

– Wła­śnie w taki spo­sób spoj­rza­łam i dla­tego mówię: wyklu­czone.

Usia­dłem na pod­ło­dze w przed­po­koju i zaczą­łem zdej­mo­wać buty.

Kie­dyś stał tu spe­cjalny tabo­ret, przed­wo­jenny, kupiony na pchlim targu. Dosko­nale nada­wał się, by usiąść na nim pod­czas zakła­da­nia i zdej­mo­wa­nia obu­wia. Ale znik­nął. Naj­praw­do­po­dob­niej Dżesi go wyrzu­ciła, bo jakoś ni­gdy nie darzyła go sym­pa­tią. Twier­dziła, że jest brzydki, cuch­nący sta­rzy­zną i do tego jesz­cze skrzypi, gdy się na niego siada. No a jaki miał być przed­wo­jenny sta­roć? Miał pach­nieć skle­pową nowo­ścią, jak fotel z Mebli Bodzio?

Teraz, gdy wresz­cie wró­ci­łem do swo­jego miesz­ka­nia, mogłem go spo­koj­nie wpi­sać na listę strat, które trzeba było odro­bić. Zle­ce­nie Dżesi mogło w tym pomóc. Ale czy aby nie zaśle­piła mnie mamona? Te pie­nią­dze wyda­wały się łatwe do wzię­cia, w zasa­dzie pod­nie­sie­nia wprost z ulicy, że chyba mnie zaćmiło. Powi­nie­nem był być bar­dziej aser­tywny i od razu odmó­wić. Ale nie, jak ćma zwa­biona bla­skiem świecy pole­cia­łem przed sie­bie, nie myśląc o innych. Dokład­niej: w ogóle nie zasta­na­wia­jąc się, co może poczuć naj­bliż­sza mi osoba, czyli Kamila.

Wszystko wska­zuje na to, że kom­plet­nie zabra­kło mi w tej sytu­acji empa­tii. I ja się uwa­żam za czło­wieka wraż­li­wego?!

– Nie mam zamiaru spę­dzać z nią ani chwili. Pamię­tasz, jak w zeszłym roku wyglą­dała nasza robota z Zębi w roli głów­nej?

– W zeszłym roku? – zada­łem pyta­nie godne kom­plet­nego ćwoka.

To był wybieg odsu­wa­jący moją odpo­wiedź w cza­sie. Dla­tego, że nie­stety pamię­ta­łem wszystko.

Nie­mal dwa­na­ście mie­sięcy temu Dże­sika, a wła­ści­wie jej obecny facet, zatrud­nili nas, czyli Kamę, Wasyla i mnie, do pro­duk­cji reklamy wody mine­ral­nej. Klip wyszedł bar­dzo inte­re­su­jąco i nawet został zauwa­żony przez kry­ty­ków jako jedna z lep­szych reklam tele­wi­zyj­nych ubie­głego roku. Ale żaden z nich, tych oce­nia­ją­cych, nie wie­dział, ile ner­wów kosz­to­wała nas ta pro­duk­cja. Nie dość, że Dże­sika była nie­zno­śna, to w tym samym cza­sie, rów­no­le­gle do naszej pracy fil­mo­wej, odkry­li­śmy zwłoki mło­dej dziew­czyny i wyja­śni­li­śmy zagadkę zni­ka­ją­cych star­szych pań, prze­by­wa­ją­cych na waka­cjach w Ustro­niu Ślą­skim. Nor­mal­nie waka­cje z dresz­czy­kiem w raj­skim zakątku, zafun­do­wane nam przez moją byłą dziew­czynę1.

– No, pamię­tam, nie było tak źle. Nie prze­sa­dzaj. A jaki repor­taż z tego ukrę­ci­li­śmy – pró­bo­wa­łem pomniej­szyć skalę porażki, czyli mojej bar­dzo głu­piej pro­po­zy­cji pracy dla Dże­siki.

Poza wszyst­kim nie wzią­łem pod uwagę jesz­cze jed­nej oko­licz­no­ści: Kama nie bar­dzo prze­pada za Dże­siką. Zresztą to ona wymy­śliła prze­zwi­sko „Zębi”. Twier­dziła, że nie ma nic wspól­nego z zom­bie, a koja­rzyć się powinno jedy­nie z zębami i pastą Zembi­xwhite, no ale wie­dzia­łem swoje…

Od początku nie było mię­dzy nimi che­mii. Zresztą Zębi, prze­pra­szam, Dżesi, też nie prze­pa­dała za Kamą, która była moją riser­czerką i asy­stentką pod­czas reali­za­cji tam­tego spotu. Do pierw­szego spię­cia doszło na pla­nie, kiedy Kama kazała Dżesi zapiąć lekar­ski far­tuch pod samą szyję.

– Prze­cież muszę poka­zać tro­chę moich atu­tów – stwier­dziła Dżesi, wodząc pal­cami po obna­żo­nym dekol­cie. – Nie mogę być ubrana jak zakon­nica, hę!

– Atuty będziesz poka­zy­wać, jak cię wynajmą do reklamy wibra­to­rów. To jest reklama pasty do zębów, któ­rej nie używa się do sma­ro­wa­nia cyc­ków – rzu­ciła Kama ostro i ta jedna kwe­stia wyko­pała rów, któ­rego nie udało mi się póź­niej zasy­pać.

Nie mogłem zro­zu­mieć tej wza­jem­nej nie­chęci i przez cały czas trwa­nia naszego związku z Dżesi pró­bo­wa­łem bez­sku­tecz­nie pogo­dzić ogień z wodą. Wza­jemny sto­su­nek obu dziew­czyn prze­stał mieć zna­cze­nie, kiedy roz­sta­łem się z Dże­siką. A wła­ści­wie to ona roz­stała się ze mną.

– Ja już to prze­my­śla­łam, Miśku – powie­działa do mnie wtedy. – Myślę sobie, że będzie naj­le­piej, jak­byś się spa­ko­wał i wypro­wa­dził. No wiesz, na począ­tek może tak na mie­siąc. No i wtedy zoba­czymy, jak to wyj­dzie. Bo wiesz, roz­sta­nia są naj­lep­szą próbą uczuć.

– Zaraz, jak to: wypro­wa­dził?

– No a kto inny miałby się wypro­wa­dzać? Prze­cież widzisz, ile ja mam rze­czy. To są całe trzy szafy. Czy ty myślisz, że ja to zmiesz­czę do dwóch wali­zek? Poza tym nie mam wali­zek. Musia­ła­bym je od cie­bie poży­czyć. No a twoje rze­czy to w końcu tylko kilka pó­łek.

To było nagi­na­nie cza­so­prze­strzeni na naj­wyż­szym, powie­dzieć by można: na noblow­skim pozio­mie. Miesz­ka­nie nale­żało do mnie, spła­ca­łem za nie kre­dyt, a ona kazała mi się z niego wypro­wa­dzić, argu­men­tu­jąc, że prze­cież też pła­ciła. Prawda, dorzu­cała się od czasu do czasu do wspól­nego budżetu i zda­rzało się nawet, że pła­ciła za czynsz lub prąd, ale robiła to spo­ra­dycz­nie, w chwi­lach, gdy moje konto świe­ciło pust­kami, naj­czę­ściej po wspól­nych waka­cjach czy jakichś nie­pla­no­wa­nych wyjaz­dach, kiedy sza­sta­li­śmy moimi pie­niędzmi. I Dżesi to jej dokła­da­nie się do wspól­nego życia uznała za tak poważny wkład, że ona może rościć sobie prawo do pozo­sta­nia w moim miesz­ka­niu!

Nie jestem czło­wie­kiem kon­flik­to­wym i zasad­ni­czo ustę­puję pod napo­rem racjo­nal­nych argu­men­tów. Tym razem argu­men­ta­cja była cał­ko­wi­cie irra­cjo­nalna, ale nie chcia­łem wcho­dzić w jakiś kon­flikt. Spa­ko­wa­łem swoje naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i posta­no­wi­łem wynieść się na dwa mie­siące do mojej przy­szy­wa­nej babci, babci Matyldy. Ta na szczę­ście przy­jęła mnie bez żad­nych warun­ków i obiek­cji. Skoro było trzeba, pomo­gła mi, i tyle. A Dże­sika… No cóż, nie uwie­rzy­cie, ale jej dwa mie­siące prze­dłu­żyły się do ponad roku. Na szczę­ście dla mnie poznała pew­nego gościa i w końcu się do niego wypro­wa­dziła, a ja odzy­ska­łem miesz­ka­nie na Woli, koło sta­rego i odno­wio­nego dworca War­szawa Główna.

Przez ostat­nich kilka mie­sięcy miesz­ka­łem u Kamy w jej kawa­lerce, więc gdy opróż­niło się moje trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie, oboje ode­tchnę­li­śmy z ulgą. Mogli­śmy prze­nieść się do mnie.

A, wła­śnie, tego wam jesz­cze nie powie­dzia­łem. Od jakie­goś czasu jeste­śmy z Kamą parą, po kilku tygo­dniach „cho­dze­nia” Kama zapro­po­no­wała mi, żebym się prze­niósł do niej. Sko­rzy­sta­łem oczy­wi­ście, bo niby dla­czego nie. Chcie­li­śmy spę­dzać ze sobą jak naj­wię­cej czasu, a ten pry­watny był na wagę złota, bo oboje pochło­nięci jeste­śmy robotą dla tele­wi­zji. Pra­cu­jemy razem na Wiert­ni­czej. Kama jest współ­au­torką moich repor­taży śled­czych, a oprócz tego robimy też rekla­mowe fuchy dla zewnętrz­nej firmy. W ten oto spo­sób pozo­staję w związku z kobietą, z którą spę­dzam dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, i muszę przy­znać, że jestem z tego powodu bar­dzo zado­wo­lony. To pozy­tywna odmiana po związku z tok­syczną Dżesi, z którą widy­wa­łem się bar­dzo rzadko. W sumie, gdy­by­śmy widy­wali się czę­ściej, nasz zwią­zek szyb­ciej by się zakoń­czył. Albo też zatru­łaby mnie osta­tecz­nie i teraz był­bym jak zom­bie nie­wol­nik, wyko­nu­jący wszyst­kie pole­ce­nia swo­jej pani?

Kama wyszła z kuchni ze ścierką w ręce.

Od kilku dni zaj­mo­wała się na cały etat przy­wra­ca­niem do porządku mojego, a wła­ści­wie już naszego miesz­ka­nia. Jej kawa­lerkę wynaj­mo­wa­li­śmy i dzięki temu mie­li­śmy pie­nią­dze na czynsz, i mogli­śmy z nich dokła­dać do rat kre­dytu, który mia­łem spła­cać przez jakieś sto osiem­dzie­siąt lat.

– Może i fajny repor­taż zro­bi­li­śmy, ale nagrody żad­nej nie dosta­li­śmy – stwier­dziła cierpko, jak­bym to ja przy­zna­wał tele­ka­mery dla naj­lep­szych pro­duk­cji.

– Był dobry, wiesz o tym tak samo jak ja.

Zdją­łem buty, pod­sze­dłem do niej i wziąw­szy ją w ramiona, poca­ło­wa­łem w usta. Ona mocno przy­warła do mnie, a potem odsu­nęła się i spoj­rzała mi w oczy. Pod tym rent­ge­now­skim spoj­rze­niem jej zie­lo­nych oczu zazwy­czaj sta­wa­łem się cał­ko­wi­cie bez­radny.

Cza­sami mie­wam wra­że­nie, że ona potrafi czy­tać w moich myślach.

– O co cho­dzi z tą robotą? – zapy­tała, wpa­tru­jąc się we mnie uważ­nie.

– Wiesz, no myślę, że sprawę trzeba potrak­to­wać pro­fe­sjo­nal­nie. To robota za kon­kretną kasę.

– Czyli że co?

– Możemy wejść do kuchni i napić się kawy? – zapy­ta­łem, widząc, że two­rzy się nie­wielka prze­strzeń dla racjo­nal­nej oceny doty­czą­cej pro­po­zy­cji Dże­siki.

– Do kuchni nie. – Kama pokrę­ciła głową. – Tam jest syf jak drut. Nie mogę dojść do ładu z tym bur­de­lem pozo­sta­wio­nym przez Zębi. Jeśli ta dziew­czyna ma w gło­wie taki baj­zel jak w szaf­kach, to kie­dyś się zabije o wła­sne sznu­ro­wa­dła.

Nie mia­łem zamiaru drą­żyć tematu.

Zna­łem Dżesi i jej lek­kie podej­ście do domo­wych porząd­ków aż za dobrze. Dla niej nie miało zna­cze­nia, czy szafka prze­zna­czona jest na tale­rze, szu­flada na sztućce, a półka na kubki. Wkła­dała wszystko tam, gdzie aku­rat było miej­sce. Nic więc dziw­nego, że mąkę można było zna­leźć wśród gan­ków, obok table­tek do zmy­warki i otwar­tego kar­to­nika z mle­kiem. Dwie stówy w lodówce to nie był odosob­niony przy­pa­dek.

– Dobra, napijmy się w salo­nie – stwier­dzi­łem, wska­zu­jąc na drzwi do naj­więk­szego pokoju, który do nie­dawna był sypial­nią Dże­siki.

Teraz zmie­nił swoje prze­zna­cze­nie i stał się miej­scem wspól­nym, w któ­rym na wygod­nej kana­pie mogli­śmy leżeć i oglą­dać filmy albo czy­tać książki. Mie­li­śmy jesz­cze sypial­nię z sze­ro­kim łóż­kiem i trzy­drzwiową szafą, bo wię­cej mebli się tam nie zmie­ściło, oraz pokój do pracy z wiel­kim biur­kiem z gru­bej płyty lami­no­wa­nej, spo­czy­wa­ją­cej na czte­rech kozłach. Pod bla­tem stały dwa kom­pu­tery, a na nim trzy moni­tory. Dwa były potrzebne do obsługi kom­pu­tera mon­ta­żo­wego, a trzeci został pod­łą­czony do dru­giego kom­pu­tera, słu­żą­cego do prze­cho­wy­wa­nia infor­ma­cji i pisa­nia tek­stów. Była tu jesz­cze kanapa, taki stary mebel, nie­zwy­kle przy­datny, gdyż mon­taż czę­sto zaj­mo­wał bar­dzo dużo czasu i koń­czył się nad ranem. Mogłem się tu prze­ki­mać w trak­cie ren­de­ro­wa­nia mate­riału i wstać, kiedy był gotowy do wypusz­cze­nia w świat.

Usia­dłem w fotelu przy okrą­głym sto­liku. Po chwili weszła Kama, trzy­ma­jąc w dło­niach dwa kubki z paru­jącą kawą. Mie­li­śmy dosko­nały eks­pres w spadku po Dżesi. Dostała go podobno jako część hono­ra­rium za występ w rekla­mie, w któ­rej piła kawę i robiła coś w rodzaju mla­śnię­cia, pod­kre­ślo­nego gło­śnym „mniam”. Miała więc wypa­siony eks­pres, lecz nie robiła w nim kawy, bo nie potra­fiła go obsłu­gi­wać. Po jej wypro­wadzce, zapa­ko­wany w kar­ton i nie­użyty ani razu, został gdzieś upchany w miesz­ka­niu. Powie­działa, że mogę go sobie wziąć, bo Łuki ma znacz­nie lep­szy i prost­szy w obsłu­dze. No i dzięki temu od tej pory mogli­śmy codzien­nie pić dobrą kawę z eks­presu.

– Co chcesz mi powie­dzieć? – zapy­tała, sia­da­jąc w fotelu naprze­ciwko.

Wzią­łem kubek, zasta­na­wia­jąc się, co powie­dzieć.

Pozna­li­śmy się w 2016 roku, kiedy zatrud­ni­łem się w nowej fir­mie. Wcze­śniej pra­co­wa­łem w tele­wi­zji publicz­nej i mia­łem mocną pozy­cję repor­tera z dorob­kiem. Spe­cja­li­zo­wa­łem się w repor­ta­żach inter­wen­cyj­nych i śled­czych i mia­łem na swoim kon­cie kilka wyróż­nień w kon­kur­sach repor­ter­skich. Kiedy w tele­wi­zji publicz­nej nie można już było swo­bod­nie oddy­chać, posta­no­wi­łem, że pora na zmiany. Zabra­łem kar­ton ze swo­imi rze­czami i z Woro­ni­cza poje­cha­łem na Wiert­ni­czą. Pierw­szego dnia pracy pozna­łem Kamę. Przy­dzie­lono mi ją jako riser­czerkę. Mia­łem ją wszyst­kiego nauczyć i po jakimś cza­sie wydać opi­nię, czy się nadaje do roboty. Począt­kowo trak­to­wa­łem Kamę z rezerwą. Ale ona udo­wod­niła, że jest praw­dzi­wym skar­bem. Mie­siąc póź­niej nie mogłem sobie wyobra­zić pracy bez niej, bez jej cel­nych uwag, bez świet­nych, inte­li­gent­nych wnio­sków i bez traf­nej ana­lizy rze­czy­wi­sto­ści. Roz­ma­wia­jąc z Kamą o jakichś spra­wach doty­czą­cych reali­zo­wa­nych repor­taży, mia­łem nie­kiedy wra­że­nie, że gadam ze sobą. Dopiero po pew­nym cza­sie zauwa­ży­łem, że riser­czerka myśli tak jak ja, że oboje postrze­gamy rze­czy­wi­stość w podobny spo­sób, oce­nia­jąc fakty rze­tel­nie, ale czę­sto patrząc na nie z przy­mru­że­niem oka. No i szybko oka­zało się, że jeste­śmy na sie­bie ska­zani. Ale dopiero po kilku latach nasze rela­cje z kum­pel­skich zmie­niły się na znacz­nie bliż­sze. Od paź­dzier­nika dwu­dzie­stego dru­giego roku miesz­kamy razem i muszę przy­znać, że czę­sto zasta­na­wiam się, jak to moż­liwe, że stra­ci­li­śmy tyle czasu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wię­cej w powie­ści Raj­ski zaką­tek, Wydaw­nic­two Harde, War­szawa 2024. [wróć]