Grobowa cisza - Ryszard Ćwirlej - ebook + audiobook + książka

Grobowa cisza ebook i audiobook

Ryszard Ćwirlej

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Cisza bywa głośniejsza niż krzyk

Jest rok 1992. Niedaleko Poznania, w lesie pod Obornikami Wielkopolskimi, leśniczy natrafia na zwłoki mężczyzny, który bez wątpienia został zastrzelony. Dzień wcześniej w tym rejonie odbywało się polowanie. Czyżby przypadkowo wszedł w strefę ognia i zginął, bo znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? Na pewno nie był uczestnikiem, bo myśliwi zakończyli je w komplecie. Niestety nie miał przy sobie żadnych dokumentów, więc na razie nie ma możliwości ustalenia, kim jest i dlaczego wybrał się do lasu.

Tymczasem poznańska policja dostaje informację, że do Polski wjeżdżają z Niemiec kolejne tiry z cysternami wypełnionym po brzegi spirytusem. Przelewany i rozcieńczany w nieczynnej gorzelni niedaleko Wolsztyna, jako tania wódka bez akcyzy ma trafiać do handlu. Śledztwo w tej sprawie prowadzi komisarz Mariusz Blaszkowski. Niezwłocznie wysyła do gorzelni swojego człowieka, który na spirytualiach zna się jak nikt inny. Podkomisarz Teofil Olkiewicz z zapałem bierze się do pracy, tym bardziej że ma w tym własny, prywatny interes.

W Poznaniu znika pewien dziennikarz. Niedawno napisał artykuł o podejrzanych interesach prezesa Wielkopolskiego Banku Ziemskiego Ryszarda Grubińskiego i podobno szykował już kolejny. Czy to bankier, bojąc się ujawnienia kolejnych tajemnic z jego życia, sprawił, że reporter zniknął? Tę sprawę chce rozwikłać komisarz Marjański. Wydaje mu się, że rozwikła wszystko sprawnie i szybko, a dziennikarz odnajdzie się, jak tylko wytrzeźwieje.

Trzy sprawy, pozornie odległe i niepowiązane, wkrótce splotą się w jeden węzeł, który będą musieli rozplątać wielkopolscy śledczy pod nadzorem prokuratorki Brygidy Bocian.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 498

Data ważności licencji: 10/7/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 10 min

Lektor: Leszek Filipowicz

Data ważności licencji: 1/14/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sośnicka, Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

© by Ryszard Ćwirlej

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-3568-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Prolog

Okolice Obornik Wielkopolskich Niedziela, 12 kwietnia 1992 roku Godzina 6.15

– No co tam, Rex, pewnie chciałbyś trochę pobiegać? – Leśniczy Marceli Kobus poklepał psa po łbie i podrapał go za uchem.

Zwierzę zdawało się nie zwracać uwagi na te pieszczoty. Czarny nos poruszał się miarowo, wciągając powietrze nasycone zapachami niedostępnymi dla człowieka. Widać było, że wywąchał coś interesującego, znacznie ciekawszego od pieszczot. Kobus doskonale znał swojego Rexa, miał go już sześć lat i umiał rozpoznawać większość jego reakcji. Kiedy wyżeł przysiadał na tylnych łapach i jednocześnie wznosił prawą przednią łapę, był to sygnał, że trzeba brać się do roboty. Coś się działo w pobliżu, więc musiał to sprawdzić.

Leśniczy uśmiechnął się, a potem spojrzał tam, gdzie patrzył jego pies. Oczywiście niczego nie dostrzegł w gęstwinie sosnowego lasu, zarośniętego w dolnych partiach krzakami. Ale po to właśnie zabierał ze sobą psa, by ten bezbłędnie odczytywał sygnały płynące z leśnych ostępów. Raz jeszcze poklepał psi łeb, a potem delikatnie odpiął smycz od obroży.

– No dalej, możesz… – Nie dokończył, bo już nie było z kim rozmawiać. Rex pognał jak szalony przed siebie, by zaraz zniknąć pośród zieleni. Teraz trzeba było tylko poczekać na efekt jego poszukiwań. Z pewnością coś zwęszył. Nie wiadomo tylko co. Jeśli to sarna albo dzik, pies z pewnością podejdzie jak najbliżej i zrobi wszystko, by nagonić zwierzynę wprost na swojego pana. Tyle że tym razem nie było to konieczne. Dziś leśniczy Kobus przyszedł, aby w pewnym sensie zakończyć sobotnie polowanie zorganizowane przez sąsiednie leśnic­two. Musiał sprawdzić, czy nic nie zostało w lesie. Zdarzały się bowiem takie sytuacje, że myśliwi coś przeoczyli. W trakcie polowania strzelali do zwierzyny z różnym szczęściem. Niektóre sztuki, trafione celnym strzałem, padały od razu, ale było też sporo lżej rannych, które mogły jeszcze umknąć i schować się w gęstwinie. Część miała jakąś szansę, by przeżyć, ale większość padała w leśnych ostępach i te właśnie trzeba było znaleźć. Zawsze więc po polowaniu wyznaczony człowiek z leśnej obsługi imprezy robił obchód z psem, by namierzyć zwierzęta. Wczoraj też odbył się taki obchód, ale Kobus wiedział, że raczej niewystarczająco dokładny. Strażnik leśny Marian Ciepiela, którego przydzielono do tej roboty, dość szybko pojawił się w zajeździe, gdzie biesiadowali uczestnicy polowania. Leśniczy Kobus też tam był, więc dostrzegł go, gdy ten wchodził do restauracyjnej sali. Przywołał go natychmiast do siebie, machając ręką. Ciepiela skinął mu głową i ruszył w kierunku stołu. Ale nie doszedł, zatrzymany przez jakiegoś łysego uczestnika polowania, który zapytał go o coś, a potem podał mu szklankę wódki. Pracownik leśnic­twa uśmiechnął się szeroko i wypił zawartość na raz. Podziękował częstującemu i wskazał na Kobusa, tłumacząc zapewne, że musi iść meldować o rezultatach poszukiwań. Facet klepnął go w ramię i wrócił do przerwanej konwersacji z kolegami. Ciepiela odszedł i po chwili stał już przy stoliku zajmowanym przez leśniczego, obok którego siedział organizator polowania inżynier Lewandowski z nadleśnictwa.

– Co żeś tak wcześnie wrócił? – zapytał leśniczy.

– Że niby jak? – odpowiedział pytaniem strażnik, uśmiechając się przy tym jak nierozgarnięty wsiowy głupek. Ale on wcale głupi nie był. Był sprytny. Dlatego teraz musiał się przez chwilę zastanowić, jak się wytłumaczyć leśniczemu. Zadał więc bezsensowne pytanie, aby zyskać kilka cennych sekund.

– Wcześnie, znaczy żeś nie za długo po krzojdach1 łaził. Od zakończenia polowania ledwie godzina… – Kobus spojrzał na zegarek. – Ledwo dwie godziny minęły. Już żeś wszystko przepatrzył?

– No oczywiście, że wszystko obeszliśmy. Obeszli my z psami cały teren i… – przerwał, widząc niedowierzanie na twarzy leśniczego. – Znaczy się ja z dwoma pieskami… – dodał, jakby te dwa psy mogły uwiarygodnić jego opowieść.

– Jakbyś chciał cały teren obejść, to byś musiał całą noc łazić – wtrącił się inżynier Lewandowski.

– Ale kiedy nic my nie znaleźli! – dorzucił nerwowo, a potem dostrzegłszy butelki wódki na stole, uśmiechnął się zadowolony. To był ten moment, kiedy jego skromny umysł natrafił na genialne i jednocześnie najbardziej logiczne wytłumaczenie. – Zwierzyny nie było, a tu wódka się grzeje – stwierdził.

Leśniczy i inżynier spojrzeli po sobie. Ciepiela miał rację. Wódka, jeszcze przed chwilą dobrze schłodzona, z każdą minutą stawała się coraz bardziej niesmaczna. Trzeba było brać się do roboty.

– Psy nic nie wytropiły? – spróbował się jeszcze upewnić leśniczy.

Ciepiela zdecydowanie pokręcił głową.

– Im bardziej wierzę niż tobie – rzucił Kobus, robiąc przy tym kwaśną minę.

Inżynier zaśmiał się głośno. Zawtórował mu ubrany w wojskową kurtkę moro dyrektor Olszowy, kierownik polowania ze strony firmy, która wykupiła tę niecodzienną rozrywkę dla swoich najlepszych pracowników.

– Pies to w końcu pies – stwierdził dyrektor, chwytając za butelkę i nalewając wódkę do kieliszków.

Kobus zasłonił szkło dłonią. Nie miał już zamiaru pić. Musiał jeszcze dojechać samochodem do domu, więc się oszczędzał. Jak go policja złapie i każe dmuchać w balonik, to z tych pięciu kieliszków jakoś się wytłumaczy, ale gdyby wypił więcej, byłoby kiepsko. Policjanci też ludzie i na wiele spraw przymykają oczy, ale z pijakami za kierownicą walczą zaciekle. Po ćwiartce da się jeszcze jeździć, co wiedzą zarówno policjanci, jak i świadomi kierowcy. A Kobus był świadomy i do tego jeszcze obowiązkowy. Skoro ten łachudra Ciepiela zerwał się z lasu na wódkę, ktoś będzie musiał sprawdzić teren za niego. Psy Ciepieli były mądre i gdyby coś rannego leżało w lesie, z pewnością by to znalazły. Ale nie znalazły, bo dał im za mało swobody. Obszedł pewnie tylko teren pierwszych stanowisk, a potem uciekł jak najszybciej, żeby się najeść i napić. A tu trzeba było zbadać wszystko dokładnie, a wyruszyć najlepiej od miejsca, gdzie padły ostatnie strzały, tam w pobliżu drogi na Rogoźno.

No i dziś właśnie tu Kobus zaczął swój obchód lasu. Rex pobiegł, a on został sam i nasłuchiwał leśnych odgłosów. Niczego nadzwyczajnego nie było jednak słychać. Gdzieś tam w górze sucha gałąź tarła o pień, a kawałek dalej dzięcioł pracowicie opukiwał go, szukając miejsc, w których pod korą kryły się robaki. Z oddali dochodziły odgłosy silników samochodowych, a wysoko na niebie samolot przecinał białą kreską błękit.

Nagle do uszu leśniczego dobiegł dziwny dźwięk. Tak, nie było wątpliwości, to Rex zawył jak dziki zwierz.

Czy ten pies zwariował? – pomyślał leśniczy. Może zobaczył wilka? Ale przecież u nas nie ma żadnych wilków. W dwudziestym szóstym roku ponoć zabili tu ostatniego. Wszystkie wilcze watahy, które przeżyły, na pewno uciekły gdzieś na wschód, do Białowieży, albo jeszcze dalej, do Ruskich. A tu u nas z drapieżników tylko borsuki zostały, a i to nieliczne. Więc jak nie ma wilków, to może duch? Dlaczego nie miałoby się w tych lasach roić od dusz potępionych, skoro ludzie tu zabijają się już od ponad tysiąca lat, walcząc o stare, piastowskie ziemie. W końcu niedaleko Gniezno, znaczy kolebka piastowska, czyli dusz potępionych od chwili chrztu Polski musiało się zebrać co niemiara. A jeśli któraś wypełznie zza pnia i stanie mi na drodze? – zastanawiał się Kobus i na wszelki wypadek uważnie się rozglądał.

Wycie się powtórzyło, a chwilę później z krzaków wyskoczył Rex. Najwidoczniej był z siebie bardzo zadowolony. Świadczył o tym szeroko rozdziawiony pysk, którego wyraz można było z powodzeniem wziąć za uśmiech.

– No, co tam się dzieje? – zapytał leśniczy, drapiąc psa za uchem. Rex spojrzał na swojego pana czujnie, a potem, uniósłszy łeb, zawył jak najprawdziwszy potępieniec. Kobus nigdy jeszcze nie słyszał takiego wycia w jego wykonaniu, zdziwił się więc niepomiernie. Czyli jednak nie żadna umęczona dusza, ale zwyczajny pies myśliwski.

– O co ci chodzi? – próbował się dowiedzieć.

Rex natychmiast mu odpowiedział. Odbiegł na dystans jakichś piętnastu metrów, przystanął, po czym zawrócił.

– Co, że mam niby iść z tobą? – domyślił się leśniczy.

Rex znów oddalił się kawałek, ale tym razem nie wrócił. Zatrzymał się i spoglądał na swojego pana. Najwyraźniej na niego czekał.

– Dobra, już rozumiem – stwierdził Kobus i ruszył za psem.

Ten ponownie pobiegł do przodu i przystanął. Zanim leśniczy zdążył pokonać dzielący ich dystans, znów ruszył. Prowadził w ten sposób przez niemal kwadrans, narzucając dość szybkie tempo. Kobus rozpiął kołnierz bluzy i zdjął czapkę. Poczuł, że pot spływa mu po plecach, a oddech znacznie przyspieszył. No cóż, człowiek nie jest już najmłodszy. W tym roku czterdzieści i do tego piątka na karku. Porządny wiek, ale kondycja już nie ta co dawniej. Może by tak skończyć z ćmikami2? – myślał, ale zaraz potem wzruszył ramionami. To zawsze zdąży zrobić. Na razie jeszcze trochę popali, a potem, jak będzie bliżej emerytury, to się pomyśli.

Przystanął, bo od tego dumania nad papierosami poczuł, że ma ochotę zapalić. Poklepał się po kieszeni bluzy. Na szczęście wziął z łazika paczkę Marlboro. Trzeba zapalić, a Rex musi poczekać chwilę… Spojrzał na psa, jakby chciał mu wytłumaczyć, że powinien być cierpliwy, ale ten wsunął się w gęstwinę krzaków i zaraz zawył. Kobus widział wyraźnie, jak wyżeł przez chwilę kręci się w kółko, a potem przywiera do ziemi. Tak robił zawsze, gdy znajdował jakieś zwierzę.

A więc jednak miałem rację – pomyślał zadowolony z siebie leśniczy. Ten Ciepiela wczoraj odpuścił i proszę bardzo, jest efekt. Pewnie leży tam jakaś sarenka. Mam nadzieję, że zdechła przez noc i nie będę musiał jej dobijać. Gorzej, że tu się nie dojedzie gazikiem. Trzeba będzie ją trochę przenieść. Ale co tam, dam radę. W końcu nie jestem jeszcze taki stary.

– No, co żeś tam znalazł, Rex? Mamy koziołka czy może…

Przedarł się przez krzaki, a Rex poderwał się z ziemi i zaraz przysiadł na tylnych łapach, patrząc z ufnością na swojego pana. Ten chciał pochwalić psa, ale głos uwiązł mu w gardle. To, co zobaczył, sprawiło, że stanął jak wryty, wpatrując się w coś, co leżało u jego stóp. Nie był to ani dzik, ani koziołek. Na trawie leżał człowiek i, co gorsza, dziura w jego głowie świadczyła wyraźnie, że jest on całkowicie i nieodwracalnie nieżywy.

– I co teraz? – powiedział do siebie Kobus.

Pies zdawał się podzielać jego zakłopotanie. Leśniczy był kompletnie zbity z tropu i całkowicie bezradny. Nie wiedział, co ma robić. Z zabitym zwierzęciem sprawa była prosta. Należało wrzucić je na pakę w samochodzie i zawieźć do leśniczówki, a potem powiesić za nogi w chlewiku i obrobić.

Ale co z martwym człowiekiem? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć ani sobie, ani swojemu psu.

Rozdział I

Poznań Poniedziałek, 13 kwietnia Godzina 7.50

– Jak ja nie lubię poniedziałków! – westchnął komisarz Mariusz Blaszkowski.

Szczupły brunet o sylwetce kajakarza, mierzący sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, spojrzał w lustro na wpatrzoną w niego zaspaną gębę jakiegoś obcego faceta. Przymknął na chwilę oczy, a gdy je otworzył, ten ponury typ nadal się w niego wpatrywał.

– Co mówisz? – usłyszał kobiecy głos dochodzący gdzieś z głębi mieszkania.

– Tak, tak, ten w lustrze to niestety ja – powiedział, odkręcając ciepłą wodę. Podłożył dłonie pod strumień, a potem zanurzył twarz.

– O, słyszę, że masz dobry humor.

– Co?

– Śpiewasz piosenkę Obywatela G.C.

– To nie żadne śpiewanie. Mruczenie raczej. Patrzę na swoją gębę i mam wrażenie, że się postarzałem.

– Chyba nie jest tak tragicznie – stwierdziła Brygida. – Mnie się cały czas podobasz.

Potarł oczy i zaraz sięgnął po ręcznik.

– Mówisz tak, bo jesteś dobrze wychowana.

– Ta kwestia jest poza dyskusją. Rodzice zadbali, żebym była osobą umiejącą się odnaleźć w dorosłym życiu.

– A ty odnalazłaś się u boku szkieła3, zamiast przygruchać sobie jakiegoś majętnego prawnika.

– Oszalałabym, jakbym miała faceta prawnika. Ty wiesz, jacy oni wszyscy są nudni?

– Jak ktoś zarabia duże pieniądze, może być najnudniejszy na świecie. A proces wydawania tych pieniędzy na pewno nie jest nudny.

– Nie mów mi, że stałeś się nagle jakimś cholernym materialistą.

Posmarował twarz kremem do golenia i sięgnął po maszynkę. Przypomniał sobie, że miał kupić żyletki, bo ta ostatnia już się dawno stępiła. Nic dziwnego, skoro pracowały na to dwa zarosty. Brygida goliła sobie włosy na nogach jego maszynką, nie pytając nawet o pozwolenie. Oczywiście, gdyby zapytała, pozwoliłby jej, ale ona chyba wcale się nad takimi sprawami nie zastanawiała. Po prostu używała tego, co było pod ręką. Przyszło mu do głowy, że powinna mieć własną maszynkę, tylko jak niby miał jej to powiedzieć? Może pójść do drogerii i zapytać, czy są jakieś maszynki do golenia nóg przeznaczone specjalnie dla kobiet? Mógłby jej kupić w prezencie z okazji jakiejś okazji. Gdyby to był prezent urodzinowy albo imieninowy, na pewno nie doszukałaby się podtekstu. Tylko czy takie maszynki w ogóle istnieją? Pewnie powinny, skoro kobiety wpadły na pomysł, że trzeba golić sobie nogi. Jeszcze kilka lat temu żadna tego nie robiła, a teraz prawie wszystkie. No cóż, nowe czasy wymagają nowych zachowań.

Zdecydował, że w najbliższym czasie pójdzie do drogerii zapytać o coś takiego. Chociaż pewnie skończy się jak zwykle. Nie będzie miał czasu i w końcu kupi żyletki w kiosku. Tak, koniecznie musi to zrobić…

– Auuu! – jęknął, gdy poczuł, jak tępe ostrze kaleczy mu podbródek. Szybko przemył rankę wodą i przykleił do niej skrawek papieru toaletowego.

– Co się stało? – zawołała Brygida.

– Zaciąłem się, cholera!

– Bo żyletka jest tępa. Musisz kupić nowe. Mówiłam już dawno.

– Tak, tak, masz rację…

Od kilku miesięcy mieszkali razem w jego mieszkaniu na Kościuszki. Nie umawiali się, nie podejmowali wspólnej decyzji. Tak wyszło. Kiedy Brygida dostała przeniesienie z prokuratury w Opalenicy do rejonówki w Poznaniu, po prostu przyjechała do niego z walizką. Później przywiozła następną i jeszcze jakieś torby z ciuchami. I w ten oto sposób pani prokurator Bocian uwiła sobie u niego gniazdko. Ostatnio nawet zaczęła wspominać o tym, że przydałyby się nowe meble, bo te stare to kompletnie niefunkcjonalne rupiecie.

Nie podejmował tego tematu. Jemu się całkiem podobały. Tym bardziej że nie zapłacił za nie ani grosza. Meblościanka i kanapa z dwoma fotelami i szwedzką ławą już tu były, kiedy się wprowadzał. Na półkach stały książki, za szybą kilka kryształowych wazonów, kieliszki do wódki i koniaku, do tego piękna karafka. Wszystko wyglądało tak jak dawniej, gdy mieszkał tu jego poprzednik. Bo było to mieszkanie służbowe. Gdy wrócił do pracy w Komendzie Wojewódzkiej w swoim wydziale dochodzeniowo-śledczym, z którego oddelegowano go cztery lata wcześniej do szkoły oficerskiej w Szczytnie, zamieszkał w hotelu na Taborowej. I gdyby nie przypadek, pewnie mieszkałby tam do dziś.

Ciekawe, czy Brygida wprowadziłaby się do pokoju hotelowego – przyszło mu do głowy, gdy wcierał w twarz krem Nivea. Ostrożnie oderwał papierek z brody. Ranka się zasuszyła, mógł więc włożyć koszulę. Naciągnął najpierw biały podkoszulek i spryskał się pod pachami dezodorantem Old Spice. Kiedyś kupował go w Peweksie, ale po tym, jak wszystko w kraju się zmieniło, te ekskluzywne kosmetyki można było dostać wszędzie i w ten sposób przestały być ekskluzywne.

Odstawił dezodorant na półkę, obok flakoników i buteleczek z kosmetykami niewiadomego przeznaczenia. Wszystkie należały do Brygidy. Przynajmniej półka była jego. Choć w zasadzie to też stanowiła element spadku po poprzednim właścicielu.

Nieznany mu człowiek zostawił cały swój dobytek i spokojnie odszedł z tego świata. Szczęśliwie zrobił to w momencie, kiedy Mariusz nie zdążył nawet porządnie się rozpakować w garnizonowym hotelu.

– Słuchaj, gdzie ty mieszkasz? – zapytał go wtedy świeżo upieczony szef wydziału major Alfred Marcinkowski.

To on wysłał go na studia, ponieważ słusznie zakładał, że Blacha, bo tak nazywali go koledzy, ma potencjał intelektualny na dobrego oficera śledczego. Potrzebne mu było tylko wykształcenie. Teraz wrócił do wydziału z dwoma gwiazdkami na pagonach i od razu wkręcił się w śledczą robotę.

– No, w hotelu na Taborowej – odpowiedział zgodnie z prawdą, choć nieco zdziwiony, bo nie takiego pytania się spodziewał. Był przekonany, że szef wzywa go w sprawie śledztwa, nad którym pracował. Ten jednak miał zupełnie inny powód do rozmowy.

– W hotelu, powiadasz… Bo wiesz, tak się pytam o to, gdzie mieszkasz, bo człowiek, jak zaczyna pracować, to szuka mieszkania. No i się zastanawiałem, czy ty też czasem nie szukasz?

Mariusz, coraz bardziej zdziwiony, pokręcił głową.

– Na razie hotel musi mi wystarczyć. Złożyłem nawet podanie o przydział służbowej kawalerki, ale powiedzieli, że na razie nie ma żadnej szansy, bo pierwszeństwo mają tacy z rodzinami. Zresztą na razie to ja nawet nie mam nic, co mógłbym w takim mieszkaniu postawić. Wiesz, że zanim poszedłem na studia, mieszkałem na Taborowej tylko trochę dalej, tam za murem. – Wskazał głową okno, jakby ten gest miał wszystko wyjaśnić. Marcinkowski jednak dobrze wiedział, w czym rzecz. Mariusz zaraz po maturze poszedł do milicji i musiał odsłużyć wojsko, zanim przyjmą go do pracy w jakiejś komendzie. A odsługiwanie wojska w tym czasie oznaczało służbę w ZOMO4. Na szczęście dla niego zauważył go przyjaciel Marcinkowskiego, porucznik Brodziak, który dostrzegł w nim jakąś iskrę, a może przebłysk inteligencji, i namówił Freda, by wziął go do wydziału. Udało się to zrobić bez najmniejszych problemów, bo było częstą praktyką, że młodych zomowców wykorzystywano do pracy w wydziałach i komendach jako tanią siłę roboczą. Mariusz trafił w świetne miejsce, w którym mógł się nauczyć roboty śledczej. Po zakończeniu służby zasadniczej przeszedł na etat, a chwilę potem wysłano go do szkoły.

Major ze zrozumieniem pokiwał głową i rozłożył przed sobą na blacie biurka jakieś pisma.

– Bo wiesz, jest taka sprawa, że mam mieszkanie.

– Nie, ja nie dam rady wynająć… – wszedł mu w słowo Mariusz, bo bał się, że Fred zaoferuje mu najem jakiegoś swojego lokalu. Marcinkowski machnął ręką.

– Nie moje. Tylko takie, które tu dostałem w spadku. Służbowe znaczy – powiedział Fred, a Mariusz spojrzał na niego uważnie. – Jest tak, że nasz wydział ma na stanie kilka mieszkań. Nawet o tym nie wiedziałem. A stary Żyto też nic mi o tym nie powiedział, zanim odszedł na emeryturę. Więc wiesz…

Blaszkowski pokiwał głową. Oczywiście pamiętał dawnego szefa, pułkownika Eugeniusza Żytę, suchego łysielca przypominającego wyglądem Gomułkę. To on przyjmował go formalnie do pracy w wydziale. Ale w kwestie mieszkaniowe go nie wprowadzał.

– No i są to mieszkania, w których mieszkają dawni pracownicy naszego wydziału, co są już dawno na emeryturze. I tak się złożyło, że jeden z tych emerytów zszedł właśnie z tego świata. Mieszkał tu niedaleko, na Kościuszki. Mieszkanie małe, bo zaledwie dwa pokoje, takie, że nie ma komu go przydzielić. Bo nasi w wydziale wszyscy żonaci i z dzieciakami, więc jeśli kto myśli o mieszkaniu, to trzy- czy czteropokojowym i na takie maleństwo nie pójdzie. No to pomyślałem o tobie, że może na start ci się przyda. Czynsz niewielki, dosłownie grosze, a i do roboty miałbyś blisko.

– Na Kościuszki? – Mariuszowi zaświeciły się oczy.

Własne mieszkanie. O czymś takim mógł tylko marzyć. A tu nagle taka historia.

– Bo jeśli nie weźmiesz, to wiesz, będę musiał oddać do puli zakładowej…

– Biorę! – rzucił szybko Blacha, jakby się bał, że Marcinkowski się jeszcze rozmyśli.

Trzeba było korzystać z okazji. Nieważne, że nie miał mebli. Coś się wykombinuje, na początek może spać przecież na dmuchanym materacu.

– Tylko jest pewien problem – przypomniał sobie Fred. – W tym mieszkaniu zostało wszystko po tym emerycie. No wiesz, meble i całe wyposażenie mieszkania. Nikt tam niczego nie ruszał. Jak facet zmarł na zawał, to go zwyczajnie wywieźli do kostnicy, a mieszkanie opieczętowali urzędowo. I zanim się wprowadzisz, będziesz musiał się tego wszystkiego pozbyć. Bo on nie miał żadnych krewnych, więc nie miał kto tego zabrać. Zresztą podobno to wszystko nic niewarte. Stare meble, jakieś książki, jak to w domu.

Nie pozbył się niczego. Spakował tylko ubrania po byłym kapitanie milicji i oddał wszystko do Monaru. Dokumenty i papiery wrzucił do kartonu i schował na pawlaczu, bo jakoś głupio mu było je wyrzucać. Natomiast meble, naczynia i nawet ozdoby zostawił na miejscu. Wszystko się przecież mogło przydać. I się przydało. Po trzech latach mieszkania w tym miejscu przyzwyczaił się do wszystkich gratów. Tymczasem Brygida, która wprowadziła się tu niedawno, chciała mu teraz robić porządki i wymieniać solidną meblościankę na wysoki połysk z sosny nadwiślańskiej, wyprodukowaną w Swarzędzu, na jakieś szafki ze sklejki. Nie mógł na to pozwolić.

– A może byśmy tak poszli na blaukę5? – zaproponowała, opierając się o framugę drzwi.

Odgarnęła niesforny kosmyk jasnych włosów, który opadł jej na twarz, i odruchowo poprawiła okulary – duże okrągłe szkła w szylkretowych oprawkach. Jej szlafrok rozsunął się, ukazując kształtne piersi. Natychmiast poczuł mrowienie w podbrzuszu. Przestał myśleć o meblach. Objął ją w pasie i przyciągnął ku sobie. Pochylił się, bo była od niego o głowę niższa. Pocałowała go lekko w usta, a on zareagował tak, jakby pierwszy raz miał ją w ramionach. Zdjął z niej szlafrok, odrzucił go na podłogę, potem uniósł ją lekko. Ona chwyciła go za szyję i oplotła nogami. Przez głowę przemknęła mu myśl, że nie może spędzić dnia w łóżku, bo ma masę spraw do załatwienia. Ale właściwie, jeśli się pośpieszy…

Zaniósł ją do sypialni, w której najważniejszym meblem było szerokie drewniane łóżko. Opadli na nie, a sprężyny pod materacem zajęczały głośno. Po chwili wygrywały coraz rytmiczniej osobliwą metaliczną melodię wzbogacaną przez przyśpieszające oddechy i jęki rozkoszy.

Gdy w końcu oboje spełnieni ucichli, a i łóżko przestało trzeszczeć, zapadła cisza przerywana odgłosami samochodów przejeżdżających dwa piętra niżej. Mariusz uniósł się na łokciu, odgarnął z jej policzka kosmyk jasnych włosów i już miał coś powiedzieć, gdy rozległ się dźwięk telefonu. O tej porze mogli dzwonić tylko z komendy. Robota upominała się o niego. Szkoda mu było tego poranka w domu, ale jak wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Na szczęście praca też się kiedyś skończy, a gdy Mariusz wróci do domu, Brygida będzie na niego czekała.

Podniósł słuchawkę telefonu. Dzwonili z pracy.

Oborniki Wielkopolskie Godzina 9.00

Z radiowego głośnika popłynęły znane w całej Polsce takty wiosennego koncertu Antonia Vivaldiego, oznaczające, że w pierwszym programie Polskiego Radia rozpoczyna się audycja „Cztery Pory Roku”. Głos spikera przypomniał wszystkim słuchaczom, że wciąż trwa wiosna, a więc na ich ulubione poranne „Lato z Radiem” trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Mimo to pogoda za oknem zdawała się sugerować, że właściwie to można by już opalać się na plaży, choć wejścia do wody pewnie lepiej nie ryzykować. W końcu przysłowie ludowe mówiło wyraźnie: „Na Boże Ciało wejdź do wody śmiało”. Czyli trzeba się uzbroić w cierpliwość i na razie posłuchać tego, co dają w radiu, myśląc, gdzie byłoby najkorzystniej wyjechać na wakacje.

Komisarz Karol Osiński, pięćdziesięciodwuletni krępy brunet z zakolami na skroniach, obdarzony podwójnym podbródkiem i podwójną przeponą, którą złośliwi nazywali piwnym brzuchem, nie zastanawiał się nad wakacjami. Od kilku lat nie jeździł nigdzie i tym razem również nie miał najmniejszego zamiaru tego robić. Na myśl, że miałby spędzić dwa tygodnie ze swoją żoną, natychmiast oblewał go zimny pot. Wakacje to czas przyjemności i wypoczynku, więc nie miał zamiaru marnować urlopu na oglądanie ciągle wykrzywionej w grymasie niezadowolenia największej pomyłki swojego życia. Przypomniawszy sobie o niej, gwałtownie poruszył nogą i zaraz jęknął z bólu. A zespół Vox zaczął właśnie jak na złość śpiewać Bananowy song o idyllicznych wakacjach w bananowej dżungli.

– Co jest? – zapytał siedzący przy biurku pod oknem starszy aspirant Maciej Góralski, patrząc uważnie na kolegę.

Ten tylko wzruszył ramionami i spróbował przywołać na twarz uśmiech, ale kiepsko mu to wyszło. Usta niby się wykrzywiły, ale w ich wyrazie nie było ani odrobiny radości. Osiński najwyraźniej miał jakiś problem.

– Pierdolone kolano – jęknął i wskazał palcem pod biurko.

– Aha – powiedział Góralski i pokiwał głową ze zrozumieniem, choć nic nie rozumiał. Wcześniej jego starszy stopniem kolega nigdy nie uskarżał się na kolano. A skoro go bolało, to znaczy, że chyba coś sobie zrobił. – Przywalił żeś w coś czy za długo na klęczkach w kościele?

– Nie chodzę do kościoła – mruknął komisarz, masując delikatnie rzepkę. To jednak nie przynosiło ulgi. Kolano było napuchnięte i czuł, jak coś tam pulsuje mu pod skórą.

– Jakbyś chodził, to wystarczyłoby, żebyś się pomodlił, i ból by przeszedł. Modlitwa ma uzdrawiającą moc – stwierdził Góralski, robiąc przy tym minę pewnego swej wiary księdza. Dla podkreślenia wagi słów złożył ręce jak do pacierza i wzniósł oczy ku górze.

– Tobie się na żarciki zbiera, a mnie tak napierdala, że chyba nie wstanę zza biurka.

– A co ci jest?

– Jest mi, ta, no… podagra.

– Coś takiego! – zdumiał się aspirant. – Myślałem, że to dotyczy tylko starszych ludzi. Moja babcia miała podagrę.

– No widzisz, takie czasy teraz nowoczesne, że i takich młodych jak ja takie paskudztwa atakują – stwierdził Osiński.

Właściwie całkiem niedawno przestał być czterdziestolatkiem i wspiął się o jeden szczebel wyżej, wkraczając do grupy dojrzałych pięćdziesięciolatków. Prawdę powiedziawszy, wcale nie czuł tego, że na karku ma już piąty krzyżyk. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się, że dopiero co kończył szkołę oficerską w Szczytnie i przyjmowali go do pracy na komendzie w jego rodzinnych Obornikach. Tymczasem od tej chwili minęło już ponad ćwierć wieku, instytucja, w której zaczynał robotę, nie istniała, bo zmieniła się z milicji w policję, a on mógł pójść na emeryturę. Mógł, ale nie chciał. Bo co miałby robić w domu? Siedzieć w fotelu i gapić się w telewizor? Nie, na to nie mógł się zgodzić, tym bardziej że nawet jeśli by się zdecydował na nicnierobienie, to musiał się liczyć z tym, że w domu będzie spędzać czas z Heleną. Ta perspektywa była niezbyt zachęcająca, więc nie miał innego wyjścia. Trzeba było chodzić do roboty. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle będzie mógł chodzić.

– To czemu nie pójdziesz do lekarza? – zapytał Góralski.

– A co mi lekarz pomoże? – Osiński machnął ręką. – Zresztą nie mam czasu. Zarobiony jestem. – Wskazał na stertę papierów leżących przed nim na blacie biurka.

Dziś, gdy dokuśtykał do firmy, od razu dostał od komendanta robotę, która go przytłoczyła i sprawiła, że wszystkiego mu się odechciało. Szef przydzielił mu sprawę jakiegoś truposza zastrzelonego podczas polowania. Musiał ją wziąć, bo wczoraj na miejscu był tylko młody i zupełnie zielony śledczy.

– Muszę się zająć sprawą tego truposza z polowania – wyjaśnił na wszelki wypadek, choć Góralski i tak wiedział, w czym rzecz. Od rana wszyscy mówili o zastrzelonym gościu. W końcu tu u nich w Obornikach niezbyt często dochodziło do takich wypadków. Tutaj nikt do nikogo nie strzelał. Jeśli już ktoś tracił życie, to zwyczajnie popełniał samobójstwo, ginął w wypadku samochodowym albo podczas domowej pijackiej awantury, uderzony butelką w łeb bądź zadźgany nożem do krojenia kiełbasy. Wypadki i zwyczajne zbrodnie AGD.

– Nie zazdroszczę ci – stwierdził aspirant Góralski. – Będziesz się musiał nałazić po lesie, a i tak gówno z tego wyniknie.

– Z czego? – Osiński nie zrozumiał.

Wpatrywał się właśnie w notatki opisujące miejsce zdarzenia. Sporządził je podkomisarz Nowacki, który miał wczoraj dyżur, gdy policję zawiadomiono o zwłokach w lesie. Komisarza zainteresowała informacja, że zastrzelony człowiek ubrany był jak na wyjście do pracy, a nie na polowanie. Sięgnął więc po zdjęcia włożone do białej koperty i zaczął je rozkładać przed sobą. Mężczyzna rzeczywiście nie wyglądał na myśliwego. Ubrany był w dżinsy, adidasy i szarą koszulę, nie miał żadnej myśliwskiej kurtki czy bluzy w maskujących leśnych kolorach. Facet wyglądał tak, jakby trafił tam prosto z knajpy albo z biura.

– No z tego, że będziesz musiał tam pochodzić po tych wertepach, tym bardziej że cię boli to kolano.

– No tak, tak, masz rację… – odpowiedział Osiński, ale myślami był gdzie indziej. Ten zastrzelony kompletnie nie pasował do myśliwskiej układanki. To był ktoś z całkiem innej bajki. Tylko z jakiej? Trzeba to dobrze prześwietlić. A można to zrobić tylko tam, na miejscu. Trzeba dobrze się wszystkiemu przyjrzeć. – Całkowitą rację masz. Muszę tam pojechać do tego lasu i wszystko sam dokładnie obejrzeć.

– Powiedz staremu, że jesteś chory, no, że cię boli…

– Tak, powiem mu, że muszę jechać na miejsce. Znaczy nie jemu, tylko trzeba powiedzieć prokuratorowi, że są wątpliwości.

– Nie prokuratorowi, tylko prokuratorce – wyjaśnił Góralski i zaraz zaśmiał się głośno, jakby właśnie opowiedział dobry żart.

Osiński podniósł głowę znad papierów i spojrzał zdziwiony na swojego kolegę. Dopiero teraz dotarło do niego jasno i wyraźnie, że ten powiedział coś o jakiejś…

– Prokuratorce? – zapytał autentycznie zdumiony.

– Jak to, to ty nic nie wiesz? – zdziwił się Góralski, lecz zaraz uświadomił sobie, że przecież Osiński dopiero przyszedł do roboty i nie musiał jeszcze znać wszystkich nowości. – Baba, jak pragnę zdrowia, baba w spódnicy i marynarce, a do tego jeszcze w butach na szpilkach. Możesz to sobie wyobrazić… Brunetka, odpowiednio zbudowana, nogi aż do samej ziemi, smukłe jak u sarny, znaczy się, powiem ci, normalnie szprycha.

– O kim ty mówisz, chłopie? Na rozum ci padło?

– Ja mówię o nowej prokuratorce, co wczoraj przyjechała na miejsce, tam gdzie znaleźli tego truposza. Edek Nowacki, co tam też pojechał na miejsce, opowiadał mi, że prędzej by się spodziewał, że się tam pojawi Stan Tymiński ze swoją czarną teczką niż jakaś babka. Możesz to sobie wyobrazić, kobieta prokurator, i do tego jeszcze na wysokich obcasach, przyjechała do lasu i jak wysiadła, to chłopakom z ekipy technicznej szczęki opadły na ściółkę leśną. A ona obeszła samochód, swojego Trabanta z silnikiem Polo, otworzyła bagażnik, wyciągnęła gumiaki i włożyła je, no, do chodzenia po lesie. A wiara stała i patrzyła się na nią, zamiast coś robić. No to ona skończyła się ubierać, patrzy na nich i podobno mówi tak: „Co, żeście nigdy nie widzieli kobiety w kaloszach?”. A potem zawołała do siebie Nowackiego, przedstawiła mu się i mówi, żeby przestali się opierdalać, bo ona nie ma czasu na łażenie po krzakach.

– No i co? – spytał Osiński. – Przecież miała rację.

– No i dupa. – Góralski wzruszył ramionami.

Co miał jeszcze dodać, żeby przekonać kolegę, że sytuacja jest niecodzienna i dość skomplikowana. Chyba powinien to zrozumieć, że praca z prokuratorką, do tego jeszcze taką laską w szpilkach, to coś zupełnie nowego. Mieli do czynienia z prokuratorami na co dzień, z grubym Wolicą, pijakiem Karwatem i cholerykiem Dulką, ale wszyscy byli normalni, znaczy byli facetami i żaden z nich nie nosił szpilek.

– Na baby trzeba uważać – dodał jeszcze Góralski.

Osiński doskonale to wiedział. Miał przecież na co dzień do czynienia z taką jedną, która robiła wszystko, by uprzykrzyć mu życie. I teraz jeszcze to, początek śledztwa, a tu jakaś prokuratorka będzie mu się wtrącać. Przyszło mu do głowy, że może ona tylko na niedzielę, w zastępstwie. Ale przecież znał realia i wiedział, że jak prokurator przyjeżdża na miejsce zdarzenia, to już raczej na sto procent będzie tę sprawę prowadzić. Chyba że, ze względu na to, że jest kobietą, starzy wyjadacze przejmą od niej sprawę… Taaa, to było możliwe.

Nieco uspokojony spojrzał znów na leżące przed nim fotografie przedstawiające zwłoki z różnej perspektywy. Zaczął przekładać zdjęcia z miejsca na miejsce, szukając czegoś, co mogłoby mu podpowiedzieć cokolwiek interesującego.

Na biurku rozdzwonił się telefon. Zanim zdążył pomyśleć, sięgnął po słuchawkę. Gdy tylko usłyszał głos, od razu pożałował, że się tak pospieszył.

– Karol, mówi Helena – odezwała się jego żona.

– Jestem w pracy – odpowiedział tonem zniechęcającym do dalszej rozmowy. Zniechęciłby każdego, ale nie ją.

– Więc przemyślałam wszystko i powiem ci, że tak dalej być nie może.

– Jak?

– Tak właśnie. I dlatego zamierzam się z tobą rozwieść.

– Aha. To świetnie.

– Co? Ty się cieszysz?

– Nie, ale zgadzam się z tobą. Masz przecież zawsze rację.

Przez chwilę na linii panowała cisza. Helena najwyraźniej musiała się nad czymś zastanowić.

– I nie dziwi cię moja decyzja?

– Dziwiła mnie pięć lat temu, gdy powiedziałaś to po raz pierwszy. Teraz się już przyzwyczaiłem – stwierdził cierpko i odłożył słuchawkę.

Nie miał czasu na te jałowe dyskusje o niczym. Ale swoją drogą, rozwód nie byłby głupim rozwiązaniem. Trzeba to dobrze przemyśleć. Problem tylko w tym, że jeśli się rozwiedzie, to nie będzie miał gdzie mieszkać, bo mieszkanie przecież należało do niej. Czy życie musi być tak skomplikowane? I jeszcze do tego wszystkiego ta baba prokurator. Same nieszczęścia wokół. A w radiu nadawali akurat piosenkę Don’t Worry, Be Happy.

Poznań Godzina 9.30

Mariusz siedział przy stole konferencyjnym, wpatrzony w powstańców biegnących w kierunku budynku, którego dziś próżno by szukać w Poznaniu. Dawne prezydium policji przed wojną stało przy zbiegu ulic Ratajczaka i 27 Grudnia. Powstańcy wielkopolscy w niemieckich mundurach szturmowali budynek od strony Ratajczaka. Zaraz, zaraz, nie mogli biec po Ratajczaka, bo ten Ratajczak zginął właśnie w tym szturmie na budynek policyjny tego dnia, w którym dzieje się akcja obrazu. Tylko jak się wtedy ta ulica nazywała? Czy aby nie Cesarska? Nie miał pewności i nie potrafił sobie przypomnieć. Fred Marcinkowski wiedział na pewno, po prostu wiedział wszystko o tym powstaniu, bo – jak sam mówił – to jego obowiązek, skoro walczył w nim jego dziadek. Mariusz nie miał pojęcia, czy przodek szefa brał udział w ataku na gmach policji, za to na pewno tam później pracował, bo po powstaniu został policjantem i oficerem śledczym. Podobno jego podwładnym był ojciec Teofila Olkiewicza. Swoją drogą ciekawe, jak im obu udało się ukryć te informacje o swoich bliskich przed SB, bo za czasów minionych potomkowie przedwojennych policjantów raczej nie byli mile widziani w szeregach milicji. Chyba obaj starsi koledzy musieli się nieźle nakombinować, by ukryć prawdę o swoich krewnych.

– Dobrze, wszystko rozumiem, kolego komisarzu – powiedział Fred Marcinkowski do słuchawki telefonu.

Szczupły czterdziestolatek, ubrany w dobrze skrojony garnitur w kolorze stalowym, o krótko przystrzyżonych blond włosach z jasnym, równo przyciętym wąsem, mrugnął znacząco do spoglądającego nań Mariusza.

– Będę wdzięczny za wszystkie informacje na ten temat. I dobrze by było, żeby docierały do mnie jak najszybciej – dorzucił suchym, wypranym z emocji tonem i jednocześnie znów mrugnął do Mariusza.

Ten pokiwał głową. Doskonale rozumiał, co znaczy to „jak najszybciej”. Zdaje się, że ktoś po drugiej stronie kabla opierniczał się z robotą, więc Fred dawał mu do zrozumienia, że jeśli nie będzie o wszystkim informowany, może mu wkrótce zrobić z dupy jesień średniowiecza. Fred był człowiekiem z klasą i nie używał słów powszechnie uchodzących za mało kulturalne. Potrafił jednak w sposób grzeczny i dosadny wyjaśnić komuś takiemu jak ten cymbał, że to nie przelewki.

– Czekam więc na sygnał, jak tylko coś się wydarzy. Rozumiemy się, kolego komisarzu?

Chyba zrozumiano, bo Fred rzucił na koniec krótkie „cześć” i odłożył słuchawkę. Sięgnął zaraz po filiżankę z kawą stojącą na blacie jego biurka. Był jednym z nielicznych oficerów pracujących w komendzie, którzy nigdy nie pili kawy ze szklanki. Twierdził, że ten zwyczaj podawania szlachetnego napoju w szkle osadzonym w metalowym koszyczku to zwyczajne barbarzyństwo, a on jako człowiek dobrze wychowany nie ma zamiaru zniżać się do poziomu ludów koczowniczych wywodzących się z azjatyckich stepów.

– Zimna ta kawa – mruknął. – Przez tego osła całkiem mi wystygła.

– Poprosić panią Marlenę, żeby zaparzyła nową? – zapytał Blacha.

– Daj spokój. – Machnął ręką i upił solidny łyk. – Zimną też da się wypić. A nowej nie chcę, bo za dużo tych kaw od rana by było. Za jakąś godzinę poproszę ją o herbatę.

Sekretarka Marcinkowskiego, Marlena Czarna, dwudziestoletnia dziewczyna o długich nogach i kształtnych piersiach, wbrew swojemu nazwisku miała rude włosy splecione w warkocz. Pojawiła się z tacą w rękach, zupełnie jakby usłyszała, że o niej mówią. Przyniosła dwie filiżanki i cukiernicę.

– Panie inspektorze, zrobiłam herbatę, bo kawa to już pewnie panu wystygła – powiedziała, uśmiechając się szeroko i ukazując przy tym dwa rzędy ładnych, równych, śnieżnobiałych zębów. Blacha pomyślał, że mogłaby występować w tej reklamie pasty Signal, w której jakaś Beata twierdziła, że zna się na pastach do zębów, bo jej mąż jest stomatologiem. Musiał przyznać, że Marlena wyglądała o wiele bardziej przekonywająco. Postawiła filiżankę przed Mariuszem, a drugą naprzeciwko. Czyli Marcinkowski, żeby się napić, musiał opuścić swoje miejsce przy biurku i zasiąść vis-à-vis podwładnego. Marlena nawet go nie spytała, czy ma taki zamiar. Pracowała u niego dopiero dwa miesiące, a ich relacje wyglądały tak, jakby znała go od zawsze. Widać była urodzoną sekretarką. Kłopot polegał tylko na tym, że nie umiała pisać na maszynie, ale istniała szansa, że w końcu się nauczy.

– Dziękuję, pani Marlenko. – Marcinkowski zadowolony skinął głową, wstał i usiadł naprzeciw Mariusza. – A pamiętasz, że pułkownik Żyto nigdy nie ruszał się zza swojego biurka – przypomniał sobie.

– Nie mógł, bo cały czas palił – stwierdził Blacha. – Każdego Popularnego ciął na pół i wsadzał do szklanej lufki. Jakby chciał usiąść przy tym stole konferencyjnym, to musiałby zabierać ze sobą scyzoryk, lufkę i papierosy. Za dużo zachodu.

– Zawsze w tym pokoju śmierdziało fajkami. Nawet teraz mam wrażenie, że ten tytoń wgryzł się w meble i jeszcze go czuć. Chociaż ściany wymalowane, dywan wyrzucony i nie ma tych paskudnych brązowych zasłon.

– Trochę się tu zmieniło – przyznał Blacha. – Ale najważniejsze, że nie ma już tego krwawego Felka – stwierdził.

W minionej epoce wisiał tu obraz przedstawiający pierwszego czekistę i patrona socjalistycznej milicji Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Żyto go nie lubił, ale dostał portret w prezencie, gdy obejmował stanowisko szefa dochodzeniówki w siedemdziesiątym piątym roku, więc nie miał wyjścia, musiał go powiesić na ścianie. Znalazł mu takie miejsce, że nie widział go ze swojego fotela za biurkiem. Za to Marcinkowski, który przychodził do tego gabinetu codziennie na poranne operatywki, siadał dokładnie na wprost portretu bolszewika o chmurnym obliczu. Pierwszego dnia po tym, jak przejął ten gabinet, zdjął paskudny obraz i wyniósł go na korytarz. Przez jakiś czas szukał czegoś, co mogłoby zastąpić wizerunek czekisty. Ktoś zasugerował mu, że teraz powinien tu wisieć marszałek Piłsudski i byłaby to zamiana na czasie. Tyle że ten ktoś nie wiedział, że Marcinkowski jako wnuk powstańca wielkopolskiego nie przepada za Naczelnikiem. W końcu w Poznaniu panowało powszechne przekonanie, że Piłsudski nie pomógł powstaniu, więc jak można go wieszać na ścianie i honorować. Na szczęście Marcinkowskiemu udało się znaleźć w antykwariacie Żupańskiego na Starym Rynku przedwojenny oleodruk z powstańczą bitwą i problem pustej ściany się w ten sposób rozwiązał.

– Przydałby się tu gruntowny remont, łącznie ze zmianą tych byle jakich mebli. – Marcinkowski zakreślił dłonią okrąg jak przewodnik wycieczki pokazujący turystom jakieś osobliwości.

Z lewej pod ścianą cztery fotele typu lisek z lat sześćdziesiątych, pomiędzy nimi szwedzka ława z drewnianym blatem przykrytym szklaną taflą, rok produkcji na oko siedemdziesiąty, obok szafa na wysoki połysk z barkiem o podświetlanym wnętrzu, przeznaczona na akta. Za czasów pułkownika Żyty stały tam zawsze butelki jarzębiaku, bo pułkownik nie uznawał innego alkoholu. Teraz za Marcinkowskiego mogły stać tam w dalszym ciągu, bo jeśli Żyto je zostawił, Fred na pewno ich nie ruszył. Mariusz nie wiedział, czy są tam nadal – Marcinkowski nigdy nie otworzył przy nim barku. Być może trzymał tam jakieś niepotrzebne papiery i bał się otwierać, żeby nie wypadły.

– To dlaczego nie robią ci tu remontu?

– Zwariowałeś? Kto niby miałby dać na to pieniądze? Komendant wojewódzki nie ma kasy na teczki do akt czy na spinacze do papieru, a co dopiero na jakieś remonty. Jakbym ja mu coś takiego zaproponował, to pewnie by pomyślał, że mam coś z łepetyną. No dobra, ale nie ma się co przejmować mało istotnymi sprawami. Chciałem, żebyś tu przyszedł, bo dostaliśmy cynk o dużym transporcie alkoholu do Polski.

– Jednorazowym? – domyślił się Blacha.

– Nie. Transporty chodzą już jakiś czas, ale nieregularnie. Powiedziałem o dużym w takim znaczeniu, że jest dostawca i jest odbiorca. Spirytus wjeżdża do kraju legalnie z Niemiec i ma jechać na Ukrainę. No ale nigdy tam nie dojeżdża. Cysterna rozpływa się gdzieś u nas i nie ma po niej śladu. Oczywiście po spirytusie też nie ma śladu, znaczy się wsiąka w ziemię. Ale żadna firma niemiecka nie zgłasza zaginięcia cystern na naszym terenie. Stąd wniosek, że skoro cysterna wjeżdża do Polski i nie wyjeżdża z niej na wschód, to coś się z nią dzieje. I w związku z tym władze celne uważają, że ktoś odbiera tu spirytus, rozlewa go i sprzedaje. A cysterny wracają innym przejściem granicznym do Niemiec.

– To trzeba by takiego kierowcę, tego, co wyjeżdża, dokładnie przepytać…

– Ale nie ma takiej możliwości, bo cysterny od nas wyjeżdżają, ale z legalnym ładunkiem, a przy wyjeździe nie ma śladu w papierach, że wjeżdżały ze spirytusem – wyjaśnił Marcinkowski.

– Ładnie pomyślany biznes. A w takim razie, jak się domyślam, mamy jakiś punkt zaczepienia.

– Owszem. – Fred pokiwał głową, uśmiechając się pod wąsem. – Wiemy, gdzie rozlewają spirytus.

– Skąd?

– Informator. Sprzedał nam to miejsce. Przymknięty za inne sprawy, chciał się wykupić i nadał nam info o rozlewni pod Wolsztynem. Dlatego dzwoniłem do tamtejszego komendanta. Słyszałeś zresztą.

– Jakiś oporny gość?

– Może umoczony. Diabli go wiedzą. Nie sprawiał wrażenia szczęśliwego, ale zameldował mi, że wysłał już dziś ludzi na obserwację. Mają się zainstalować w pobliżu dawnej gorzelni, która chyba niczego nie produkuje, a mimo to wyjeżdża z niej spirytus.

– Czyli rozlewnia. Dobrze by było sprawdzić, co dalej z tymi tirami, jeśli to rzeczywiście transporty z Niemiec.

– No i dlatego cię tu zaprosiłem, żebyś się tym zajął. Weź no tego gościa w obroty. Dowiedz się od niego wszystkiego, czego można się dowiedzieć, i obiecaj mu, że jak się wszystko uda, to za współpracę złagodzimy mu karę.

– Za co siedzi? – zapytał Blacha.

– Brutalne pobicie ze skutkiem śmiertelnym, a być może i podwójne, bo druga ofiara leży na intensywnej terapii i nie wiadomo, czy wyżyje – wyjaśnił Marcinkowski, wzruszając przy tym ramionami.

Blacha doskonale zrozumiał ten gest.

– Co ja mogę w tej sprawie zrobić? Jeśli gość kogoś zabił, to wiadomo, że oddałby wszystko, żeby nie dać się powiesić. Bo jeśli mu się udowodni, że było to jakieś szczególnie brutalne morderstwo, to może spodziewać się czapy – stwierdził Fred. – Jesteś jego jedyną szansą na dożywocie zamiast kary śmierci.

– Jak trzeba, to trzeba – stwierdził Blaszkowski, biorąc do ręki teczkę z aktami Zenona Ziębiewicza.

– Siedzi na Młyńskiej – dodał Marcinkowski, zadowolony, że sprawa trafiła we właściwe ręce. Był przekonany, że Mariusz Blaszkowski poradzi sobie jak zwykle doskonale.

– A, jeszcze jedno… – Blacha zatrzymał się i wskazał palcem obraz. – Ulica, przy której jest ta komenda policji, jak się wtedy nazywała?

– Prezydium policji stało na rogu Ritterstrasse i Berlinerstrasse, czyli Rycerskiej i Berlińskiej – wyjaśnił Fred z uśmiechem. – A dlaczego pytasz?

– Sam nie wiem. Po prostu lubię wiedzieć – odparł Blacha, uniósł dłoń w pożegnalnym geście i wyszedł z pokoju, mijając się w drzwiach z sekretarką, która tylko czekała, by zabrać z pokoju szefa brudne naczynia.

Ciekawe, że taka młoda, a już jest taka dobra w swojej robocie – pomyślał.

Skinął głową, odpowiadając na jej uśmiech, i poszedł do swoich spraw.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1   Krzojdy (gwar.) – krzaki (wszystkie przypisy pochodzą od autora). [wróć]

2   Ćmiki (gwar.) – papierosy. [wróć]

3   Szkieł (gwar.) – policjant. [wróć]

4   ZOMO – Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej. [wróć]

5   Blauka (gwar.) – wagary. [wróć]