Słoń Birara - Ferdynand A. Ossendowski - ebook

Słoń Birara ebook

Ferdynand A. Ossendowski

0,0

Opis

Wzruszająca i piękna powieść dla dzieci pióra wybitnego polskiego twórcy Ferdynanda Ossendowskiego. Tytułowy słoń to nieomal członek rodziny, której swoją pracą zapewnia jej utrzymanie. Jego opiekunem jest starszy mężczyzna, którego wraz ze słoniem zatrudniano do wyrębu drzew w dżungli. Któregoś dnia jednak dziadek umiera i nagle, niespodziewający się niczego jego wnuk Amra, musi przejąć obowiązki zmarłego dziadka, aby móc wyżywić rodzinę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



 

FerdynandA. Ossendowski

 

 

Słoń Birara

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Robert Kretschmer (1818–1872), Elephas maximus indicus (1818),

licencjapublic domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Elephas_maximus_indicus_-_1700-1880_-_Print_-_Iconographia_Zoologica_-_Special_Collections_University_of_Amsterdam_-_UBA01_IZ15900006.tif,

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

 

Tekst wg edycji:

Ferdynand Ossendowski

Słoń Birara

Kraków 1932

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-103-8 

 

 

 

ROZDZIAŁ I. MAŁY AMRA.

 – Amra! Amra! – usłyszał chłopak głos matki.

 Pomyślał, że dziś po raz trzeci odrywa go od pracy, jednak poszedł do chaty.

 Idąc, obliczał, że ma jeszcze do zrobienia dziesięć koszyczków bambusowych. Zamówił je stary kupiec – Anglik, handlujący owocami na wybrzeżu. Już słońce stoi wysoko.

 Dzień stanowczo za krótki jest dla pracującego chłopca!

 A tu raptem odrywają go...

 Wszedł do chaty.

 Ciemno w niej było.

 Przez strzechę z pożółkłych liści palmowych nie zaglądały do wnętrza złociste promienie słońca.

 Ojciec chłopaka, kulawy Warora, któremu podczas służby w pułku strzelców królewskich, na wojnie w Kaplandzie pocisk urwał stopę, siedział na ziemi, schylony nad niziutkim zydlem.

 Wykuwał z mosiądzu zapinki, sprzączki i małe naczyńka. Postukiwał młoteczkiem, a ostrem dłutkiem żłobił metal.

 Warora trudnił się snycerstwem.

 Rzeźbił nietylko w mosiądzu i bronzie, lecz też w drzewie, miękkim kamieniu z Radżputany i w kości słoniowej.

 Kaleka siedział pochylony nad stołkiem i nie spojrzał nawet na syna.

 W głębi chatki przy płonącem na kamieniach ognisku, matka Amry mełła na kamieniu proso.

 Od czasu do czasu rzucała okiem na kocioł; warzyła w nim polewkę z ryżu, czerwonego pieprzu i suszonej ryby.

 – Amra... – szepnęła, ujrzawszy wchodzącego syna.

 Chłopak podszedł i podniósł na matkę pytające oczy.

 Bez słowa przycisnęła go do siebie i, głaszcząc po włosach, wzdychała raz po raz.

 Nie pytał jej o nic, zajęty myślą o koszyczkach, które musi w terminie oddać białemu kupcowi.

 – Ach! – wyrwało mu się westchnienie, gdyż myśl miał ciągle zaprzątniętą przerwaną robotą.

 Chuda, zbiedzona Soncza, matka chłopca, popchnęła go ku drzwiom i, nic nie mówiąc, zapłakała.

 Amra wyszedł szybko, dziwiąc się, że to już po raz trzeci woła go dziś matka, tuli ku sobie, chcąc powiedzieć mu coś ważnego, na co jednak nie może się widocznie zdobyć.

 – Słuchajcie, dziewczynki! – rzekł do dwuch młodszych siostrzyczek – Hubli i Radżori, łupiących cienkie pasemka bambusowych prętów. – Co to znaczy? Mama woła mię ciągle do siebie, ale nic nie mówi! Przed chwilą wydało mi się, że nie ma odwagi mi powiedzieć coś bardzo ważnego...

 Dziewczynki spojrzały na brata z odcieniem szacunku.

 – Ja wiem... – szepnęła Hubli, spuszczając oczy tajemniczo.

 – Skoro wiesz, to musisz mi powiedzieć – zawołał Amra.

 Dziewczyna pochyliła głowę i nagle zapłakała.

 – Dziadek zmarł... – szepnęła cichutko.

 – No! – przerwał jej chłopak. – Przecież wiem... Przed trzema dniami przygniotły go w porcie belki i zmarł... Pochowaliśmy go wczoraj... Wiem o tem wszystkiem!

 Mówiąc, zręcznie i szybko splatał mały, prostokątny koszyczek na owoce.

 W powietrzu śmigały chyżo bronzowe, cienkie palce chłopaka i szeleściły twarde, złociste wióry bambusowe.

 – Ojciec powiedział dziś zrana, że nie może pracować z Birarą... Tatuś stracił stopę na wojnie i ma nieruchomą nogę... – opowiadała Hubli. – Biali ludzie nie pozwolą, ażeby kobieta została poganiaczem słonia...

 Amra podniósł na mówiącą roziskrzone oczy, z których biła radość i zdumienie.

 – Wiem o tem wszystkiem! – szepnął. – Ojciec sprzeda chyba Birarę „Kornakowi” - poganiaczowi słoni. Wczoraj przychodził do niego Bassa z Garamu i dawał sto rupij...

 Dziewczynka przecząco potrząsnęła czarną główką i odparła natychmiast:

 – Rodzice nie sprzedadzą Birary. Ty zostaniesz kornakiem, Amra, i będziesz żywił nas wszystkich!

 Obie siostry patrzyły na brata z zachwytem i jakgdyby nawet lękiem.

 Amra klasnął w dłonie.

 Niedokończony koszyk potoczył się na ziemię.

 Nic nie mówiąc, schylił się po niego i jął pracować jeszcze szybciej.

 Myślał przytem o różnych rzeczach, o których przypomniała mu siostra.

 – Tak! Tak! – mknęły myśli w pochylonej głowie chłopaka. – Bez Birary nie damy sobie rady! Nakarmić pięciu ludzi – na to potrzeba dużo pieniędzy! Snycerstwo i koszykarstwo przynoszą małe i dorywcze zyski. Nie wyżywi to rodziny...

 Miał już dziesięć lat, a pierwsze, najdawniejsze jego wspomnienia związane były ze słoniem i sędziwym Bauli, dziadem. Mieszkali wtedy wszyscy razem we wiosce. Chata ich stała nad brzegiem Narbady. Rąbano właśnie lasy górskie w Satpurze, a dziadek wyciągał ogromne kloce mahoniowe i santalowe z dżungli. Właściwie wyciągał je dobry, mocarny Birara, dziadek zaś pomagał mu tylko zarzucać na zrąbane drzewa pętlę z łańcucha, a potem, usiadłszy słoniowi na karku, popędzał go głośnemi okrzykami. Dziadek zawsze znajdował pracę dla siebie i dla Birary. Raz – gorszą, raz – lepszą i zyskowniejszą, lecz nigdy jej nie brakowało.

 Od czasu, gdy do Suratu zaczęły przypływać okręty, cała rodzina przeniosła się tu. Zwożono drzewa, które rąbali biali kupcy w dżungli nad rzeką Tapti, wiązano je w tratwy i spuszczano z prądem do Suratu. Tam znów, z zamulonego, błotnistego ujścia rzeki słonie wyciągały ugrzęzłe w bagnisku pnie, kloce, belki i składały je na wybrzeżu. Maszyny zabierały stosy drzewa i ładowały na okręty, odpływające do zatoki Kombej lub do Bombaju – wielkiego miasta, w którem nietylko Amra, lecz i Warora, a nawet siwy, jak gołąb, Bauli nigdy nie bywali, a stamtąd zaś dalej – do kraju białych ludzi...

 W Suracie dziadek dobrze się obłowił.

 – Ho-ho! – przypomniał sobie Amra. – Sam widziałem, że przynosił do domu po dziesięć rupij!

 Wkrótce kupił sobie szmat roli. Nieduży, coprawda, lecz urodzajny. Matka sadziła na polu proso, kukurydzę i ryż. Mieli tam też kilka drzew mangowych i pomarańczowych, obficie dających smaczne, soczyste owoce.

 I nagle stało się nieszczęście.

 Staruszek – dziaduś dostał się w porcie pod spadające belki. Przygniotły go, połamały mu stare kości, poszarpały sterane życiem ciało. Bauli tegoż wieczoru umarł.

 W osieroconej rodzinie nie pozostało nikogo, kto mógłby pracować z Birarą... On tylko chyba – dziesięcioletni Amra, bardzo zresztą zaprzyjaźniony ze starym słoniem dziadka.

 Słoń dziadka... Stary Bauli nieraz brał ze sobą wnuka, wsadzał go obok siebie na kark Birary i ruszali do dżungli. Jadąc, gwarzyli sobie, a przysłuchujący się ich rozmowie słoń, pomrukiwał cicho, wymachując uszami.

 Bauli opowiadał chłopakowi, że Birara oddawna należał do ich rodziny.

 Przywiózł go był z dżungli Assanu, ojciec Bauli, który mieszkał wtedy za „świętą” rzeką Gangesem.

 – Amra! Amra! – krzyknął nagle ojciec chłopaka i klasnął w dłonie.

 Wspomnienia prysnęły.

 Chłopiec uczynił kilka szybkich ruchów, zamocował pręciki koszyka i pobiegł do chaty.

 – Słuchaj-no, synku! – rzekł Warora, pykając długą, cienką fajeczkę. – Musimy się naradzić. Chodź tu, matko!

 Usiedli wszyscy troje na progu.

 – Jestem kaleką i nie mogę być kornakiem – zaczął ojciec. – Sprzedać słonia nie wolno nam, gdyż wpadlibyśmy w nędzę. W rodzinie jest jeden tylko mężczyzna – to ty, Amra...

 – Jestem mężczyzną! – odpowiedział poważnym głosem chłopak i dumnym, śmiałym ruchem podniósł głowę.

 – Czy potrafisz kierować Birarą? – spytał Warora, patrząc na syna.

 – Przecież nieraz już pomagałem dziadkowi – wzruszył ramionami Amra. – Słoń nasz jest mądry i posłuszny, najmądrzejszy i najposłuszniejszy z pośród wszystkich, które pracują w Suracie.

 – Czy podołasz tej pracy? – rzuciła pytanie matka, z troską zaglądając w oczy synowi.

 – Podołam! – odparł Amra stanowczym, twardym głosem. – Zacznę od jutra. Dziś muszę skończyć koszyki, zamówione przez białego kupca. Już pójdę...

 Wstał i odszedł szybkim krokiem. Prości, pracowici ludzie nie mają czasu na długie rozmowy.

 Ważna sprawa, od której zależał los całej rodziny, została rozstrzygniętą odrazu.

 Amra pracował do wieczora, a, gdy matka zawołała wszystkich na wieczerzę, z dumą spojrzał na pięćdziesiąt lekkich koszyczków, zawieszonych parami na tyczce bambusowej.

 Po posiłku pobiegł do miasta, unosząc ze sobą koszyki. Powrócił przed północą, obudził ojca i oddał mu zarobione cztery rupje.

 Wyszedłszy z chaty, Amra pobiegł na brzeg Tapti.

 Hindusi-kornakowie ogrodzili tam grubemi palami znaczną przestrzeń, na której pasły się słonie. Każdy z nich miał swój żłób z prosem i jęczmieniem, a także wielką skrzynię, codziennie napełnianą trawą, cienkiemi gałązkami krzaków tamaryndowych, młodemi pędami bambusów i sianem.

 Amra przelazł przez parkan i rozejrzał się.

 W zagrodzie znajdowało się trzydzieści słoni.

 Niektóre z nich, niby olbrzymie czarne głazy, majaczyły w mroku nocy.

 Stały na potwornych, do słupów podobnych nogach, z opuszczonemi trąbami i nieruchome – spały.

 Inne, bardziej znużone całodzienną pracą, pokładły się i leżały, głucho wzdychając.

 Amra stanął przy palach ogrodzenia i, wydawszy krótki świst, zawołał cicho:

 – Birara!

 Słonie poruszyły uszami i podniosły trąby, węsząc zakłócającą ich spokój istotę.

 Nie znały chłopaka, więc jęły przestępywać z nogi na nogi i wydawać głośne chrapanie. Zupełnie wyraźnie wyrażały tem swe niezadowolenie.

 Amra gwizdnął raz jeszcze i powtórzył:.

 – Birara!

 Po chwili uszu chłopaka doszedł częstotliwy tupot ciężkich nóg.

 Nad urwistym brzegiem wyrosła olbrzymia sylwetka słonia.

 Wesoło pomrukując i sapiąc, śpieszył na wezwanie.

 – Birara! – łagodnym teraz i pieszczotliwym głosem zawołał na niego chłopczyk.

 Słoń przystanął, rozglądając się w ciemności; węszył przez chwilę, a potem pewnym krokiem ruszył wprost przed siebie.

 Zatrzymał się przed Amrą, otoczył go trąbą, chuchnął w twarz gorącym, wilgotnym oddechem i małemi, figlarnemi oczkami przyglądał się późnemu gościowi

 – Kąpałeś się, przyjacielu? – spytał chłopak, widząc, że z boków zwierzęcia strugami spływała woda.

 Birara prychnął i radośnie machnął ogonem, zakończonym kitą czarnej szczeciny.

 – Jutro ruszamy do dżungli, mój stary – mówił Amra, drapiąc przyjaciela koło oczu. – Odtąd ja już tylko będę twoim kornakiem... Rozumiesz? Ja! Ja! Dziadziuś nigdy nie bił cię żelaznym młotkiem, jak to czynią inni poganiacze... Ja też nigdy nie uderzę Birary, nigdy!

 Zdawało się, że słoń zrozumiał mowę małego Hindusa.

 Ukląkł i, obejmując go coraz tkliwiej, dął mu w twarz, mruczał i wywijał ogonem.

 – Muszę się teraz przespać, starowinko – ciągnął dalej Amra. – Wlezę do tego siana, a za to masz zapłatę!

 To mówiąc chłopak wyciągnął z poza opaski banan i wrzucił go do paszczy przyjaciela.

 Po chwili spał już zagrzebany w trawie, której nie zdążył zjeść Birara.

 Słoń stał obok i długo jeszcze pomrukiwał.

 Miał może jakieś wątpliwości, co do przyniesionej mu nowiny, lub może wyrażał zadowolenie i wdzięczność za smaczny, dojrzały banan.

 Wkrótce zapanowała zupełna cisza. Od czasu do czasu tylko pluskała ryba w rzece i cienko cykały uganiające się za muchami nietoperze.

 Birara spał.

 Obudziło go stąpanie innego słonia.

 Było to młode jeszcze i dość dzikie zwierzę, od niedawna tresowane.

 Zaniepokoiła go obecność nieznajomego człowieka, – małego, bronzowego chłopaka, który spał smacznie w skrzyni z sianem.

 Podszedł więc węsząc podejrzliwie.

 W tej samej chwili jednak obudził się też Birara.

 Ujrzawszy wyciągniętą nad Amrą trąbę młodego słonia, chrapnął gniewnie, odtrącił ją i dał młodzikowi kuksańca w bok aż huknęło.

 Znowu zapadła cisza.

 Niebo stawało się bledsze. Szarzyzna przedświtu sączyła się już zewsząd.

 Przeleciały, pośpiesznie machając skrzydłami, szare czapelki.

 Jakiś ptak odezwał się w gąszczu palm areka.

 Zdaleka dobiegło przeciągłe wycie szakala...

 Na wschodniej połaci nieba poróżowiały obłoki.

 Świt się zbliżał.

 Słonie się pokładły. Leżały szare, nieruchome, ni to wielkie, bezkształtne zwały gliny.

 Ukryty w skrzyni Amra bełkotał coś przez sen.

ROZDZIAŁ II. CIĘŻKA PRACA.

 Obudziwszy się o świcie, Amra wpadł do domu, zjadł naprędce miseczkę ryżu, polanego olejem, i powrócił do zagrody słoni.

 Zastał tam już innych poganiaczy, wyprowadzających swoje słonie na robotę.

 Ujrzawszy chłopaka, wybuchnęli głośnym śmiechem.

 Biali ludzie nie zgodzą się nigdy na takiego kornaka! – wołali.

 Amra, nic im nie odpowiadając, kazał Birarze uklęknąć.

 Długo się mozolił, nakładając mu chomąto i przyczepiając doń łańcuchy z żelaznym orczykiem, zakończonym dwoma hakami.

 Birara ostrożnie wstał i ruszył do dżungli.

 – Hej tam, chłopaku! – krzyknął dozorca poręby, spostrzegłszy Amrę. – Chyba że się nie mylę? Przecież to słoń starego Bauli, którego przygniotły belki w porcie?

 Amra skinął głową i odparł:

 – Przyprowadziłem Birarę do roboty. Bauli zmarł... Teraz ja będę kornakiem.

 – Hm... ty – kornakiem? – mruknął Anglik. – Nie podołasz pracy mój mały.

 Chłopak, patrząc na dozorcę poważnie, odpowiedział:

 – Jeżeli nie podołam, sahib odeśle mnie do domu, jeżeli jednak podołam, będę brać tyle, ile brał mój dziadzio, sędziwy Bauli...

 Anglik namyślał się przez chwilę, wreszcie machnął ręką i mruknął:

 – No, jazda! Zobaczymy!

 Amra ścisnął piętami szyję słonia, a ten zamaszystym, szybkim krokiem minął dozorcę i zniknął w lesie, gdzie rozlegał się już łomot padających drzew, stuk siekier, świszczący syk i zgrzyt pił.

 – Dajcie temu największemu kornakowi największy kawałek do wywiezienia! – ze złośliwym śmiechem krzyknął młody Hindus Pangel.

 – Który? – zapytał spokojnie Amra i zbliżył się do wskazanego mu drzewa.

 Ujrzał olbrzymi mahoń, który, upadłszy, zaszył się w gąszczu krzaków i wysokich traw, zaplątawszy się szerokiemi konarami w sieci gałęzi drzew i pnących się roślin.

 – Hm... hm... – mruknął chłopak, patrząc pytająco na słonia. – Co ty na to powiesz, staruszku?

 Birara poruszał uszami i przyglądał się leżącemu pniowi.

 Miał wygląd bardzo niezadowolony.

 Amra obszedł pień dokoła i rozejrzał się po okolicy.

 Spostrzegł wkrótce, że drzewo leżało nad urwiskiem.

 Na dole biegła droga nad brzegiem Tapti.

 – Hę? – zapytał siebie w duchu chłopak. – Po co mamy ciągnąć taką kupę drzewa po przez dżunglę? Możemy zrzucić ją z tego pagórka i po drodze zawlec do tartaku...

 Podprowadził słonia do cienkiego końca drzewa, założył łańcuch i krzyknął:

 – Hoho, Birara Podciągnij-no trochę!

 Posłuszne zwierzę wparło nogi w ziemię, wyprężyło potężne mięśnie i, szarpnąwszy z całej siły, posunęło drzewo do krawędzi stromego urwiska.

 – No, dobrze! – odezwał się Amra. – A teraz, przyjacielu, puść w ruch kły i kolana!

 Birara podważył gruby pień kłami i jął powoli, krok za krokiem popychać go do krawędzi, opierając się kolanami.

 Wkrótce drzewo, straciwszy równowagę, runęło w dół.

 Umieściwszy się na karku słonia, chłopak boczną ścieżką zjechał z pagórka, założył na konary łańcuch, umocował go do orczyka i poszedł obok Birary, ciągnącego olbrzymie drzewo po błotnistej, śliskiej drodze leśnej.

 Słoń, człapiąc po błocie, pomrukiwał, jakgdyby mówiąc:

 – E-e, widzę, że masz głowę na karku...

 Amra na robocie uważał na wszystko, starając się oszczędzać siły starego przyjaciela. To też biały „sahib” nic już nie mówił i płacił mu po pięć rupij dziennie, tyle, co innym kornakom.

 Po kilku dniach wspólnej pracy, poganiacze, przyglądając się pracy chłopca, zrozumieli, że mogą wyrobić więcej, jeżeli nie będą polegali wyłącznie na sile swoich słoni; zaczęli stosować własną pomysłowość, która ułatwiała i przyspieszała pracę.

 Jednak Amra nie dał się wyprzedzić.

 Mały był i słaby jeszcze – rozumiał to doskonale. Chciał jednak zarobić jaknajwięcej, aby w domu rodzice i siostrzyczki nie czuli biedy.

 Najtrudniejszą pracą było wyciąganie z dżungli zrąbanych drzew.

 Ich mocne, szerokie gałęzie tamowały ruch i wymagały wytężenia wszystkich sił słoni.

 Namyśliwszy się dobrze, chłopak kupił siekierę i piłę.

 Pewnego dnia stawił się do roboty z pomocnikiem, – dwudziestoletnim Baruszem, roześmianym ciągle, wygadanym łobuzem – żebrakiem.

 Gdy drwale obalali ogromne drzewo, chłopaki odrąbywały zeń gałęzie i odpiłowywały najgrubsze konary. Gładki i znacznie lżejszy pień z łatwością mógł być wywieziony z dżungli.

 Amra płacił Baruszowi jedną rupję dziennie.

 Cóż z tego wynikło?

 Nicpoń, jakim był rozleniwiony, mały żebrak, nie wyciągał już ręki po jałmużnę, mając dostateczny zarobek.

 Amra zaś zarabiał już zamiast pięciu rupij – dwanaście.

 Dostarczał teraz do tartaku niemal trzy razy więcej drzew.

 Poręb posuwał się coraz dalej w głąb lasu.

 Po całodziennej ciężkiej pracy Amra nie mógł już powracać do ojcowskiej chaty nad Tapti.

 Otrzymał pozwolenie od dozorcy na zbudowanie szałasu w lesie i na paszę dla Birary.

 Słoń był wyraźnie zadowolony z tej okoliczności.

 Zwalone przez drwali drzewa dostarczały mu dostateczną ilość pożywienia.

 Niezmiernie lubił młode gałązki z wierzchołków drzew.

 Upodobanie to pozostało mu na zawsze z czasu życia w dzikiej dżungli.

 Sporo lat minęło od utraty wolności, lecz Birara nie zapomniał smaku soczystych pędów.

 Pamiętał nawet, że matka jego – stara słonica – uczyła go, jak podważać, aby nie połamać kłów, korzenie drzew i obalać pnie ciężarem całego ciała.

 Birara oblizywał się na wspomnienie wspaniałej uczty. Raczono się wtedy młodemi pędami i świeżemi korzeniami drzew.

 Wszystko to znajdował łakomy Birara na porębie.

 Drwale strącali na ziemię najwyższe drzewa, a inni robotnicy karczowali wystające z ziemi pnie.

 Słoń zaglądał do dołów i wykrotów, odnajdywał korzenie i wyciągał je trąbą. Chrupał potem z tak wielkim smakiem, że aż mu ściekała z warg ślina, a oczy przymykały się z rozkoszy.

 Amra sam sobie przyrządzał na ognisku placki z mąki jęczmiennej i gotował ryż.

 Birara lubił też placki i ryż.

 Choć nieraz najedzony dosyta drzemał sobie, nigdy nie przespał wieczerzy małego kornaka.

 Podchodził do ogniska i, oświetlony jego czerwonemi błyskami, tkwił przed chłopakiem niby wysoki, szary pagórek.

 Małemi, zawsze wesołemi oczkami chciwie łypał i niecierpliwie poruszał uszami.

 Amra udawał, że nie spostrzega przyjaciela.

 Wtedy Birara wyciągał trąbę i dotykał lekko ramienia chłopaka, pochrząkując prosząco.

 Kornak uśmiechał się nieznacznie, lecz nie patrzał na niego.

 Słoń zaczynał tupać nogami i mruczeć głośniej.

 Amra, niby zdziwiony, pytał go chytrze:

 – Co ci jest, staruszku?

 Birara wyciągał trąbę do kociołka z ryżem i wachlował się uszami

 – Chcesz spróbować? – zadawał chłopak obojętne pytanie.

 Słoń radośnie wywijał trąbą i pochrząkiwał wstydliwie.

 Otrzymawszy garść ryżu, ostrożnie niósł przysmak do paszczy, długo żuł, cmokał i sapał.

 Amra, jako prawdziwy Hindus, znał już niebezpieczeństwo, utajone w ziemi Indji.

 Przed udaniem się na spoczynek, gwizdał na Birarę, a, gdy słoń nadchodził, kazał mu udeptywać placyk, na którym zamierzał spędzić noc.

 Birara sumiennie tupał, gniotąc i ubijając ziemię ciężarem swego ciała.

 Pewnego razu dozorca, przyglądający się tym czynnościom, zapytał chłopca:

 – Poco każesz swemu słoniowi chodzić w kółko i ubijać ziemię?

 – Mogą w niej być nory żmij, skorpjonów, gryzących stonóg i jadowitych pająków, – odparł Amra.

 Biały człowiek zrozumiał, że słoń swym ciężarem niszczył kryjówki niebezpiecznych stworzeń.

 W czasie południowej przerwy w pracy, Amra prowadził słonia do rzeki.

 Napiwszy się, ogromne zwierzę wchodziło w głębinę, nurzało się, a trąbą, jak z sikawki, polewało sobie boki i grzbiet.

 Kornak dopomagał mu.

 Brał suchą, twardą trawę, obmywał i nacierał grubą skórę przyjaciela tam, gdzie on sam nie mógł dosięgnąć trąbą.

 Birara mruczał z zadowolenia, gdy chłopiec tarł mu brzuch, którego czepiały się żarłoczne kleszcze i bąki, szorował za uszami i przemywał mu oczy.

 – Słoń musi cię lubić, mój mały? – zauważył dozorca.

 – A tak! – odparł z całą stanowczością Amra. – Ja też lubię Birarę, zresztą zwierzę najlepiej spełnia rozkaz człowieka, gdy go lubi i wie, że bez niego nie mogłoby się obejść. Tak uczył mnie dziadzio, biedny Bauli...

 – Masz rację! – zgodził się Anglik. – Jednak inni postępują inaczej. Nie dbają o słonie i nawet biją je.

 – Pożałują tego kiedyś... – mruknął Amra, opierając nogę na trąbie Birary, aby wsiąść mu na kark.

 Pewnego razu jeden z kornaków rzekł do chłopaka:

 – Ojciec kazał ci przyjechać jutro do domu.

 Amra skinął głową i zamyślił się.

 Nie mógł stracić jutrzejszego dnia. Dozorca zapowiedział był właśnie wyznaczenie nowych terenów poręby. Do każdej partji drwali przyłączano kornaków ze słoniami.