Trębacz cesarski. Powieść z roku 1830-31 - Ferdynand A. Ossendowski - ebook

Trębacz cesarski. Powieść z roku 1830-31 ebook

Ferdynand A. Ossendowski

0,0

Opis

Wzruszająca o powieść o tym, jak pewien młody człowiek, Władzio Lis, członek carskiego Korpusu Kadetów, czyli początkowej wojskowej instytucji edukacyjnej z programem szkoły średniej, przygotowującej młodzież do kariery wojskowej, nieoczekiwanie dowiaduje się, że jest Polakiem i to ze znaczącego rodu. Tymczasem wybucha powstanie listopadowe, w którym były kadet bierze udział w randze porucznika. W powieści mamy i wątek miłosny, bo Władzio zakochuje się z wzajemnością w pannie Juliannie Truszkowskiej, która, gdy ukochanego po upadku powstania zsyłają na Sybir nie opuszcza go, ale udaje się za nim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ferdynand Ossendowski

 

Trębacz cesarski

 

POWIEŚĆ Z ROKU 1830-31

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Horace Vernet (1789-1863), Polski Prometeusz (1831),

licencjapublic domain,

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Polish_Prometheus_1831.PNG

 

Tekst wg edycji:

Ferdynand Ossendowski

Trębacz cesarski. Powieść z r. 1830-31

Wyd. Towarzystwa Św. Michała Archanioła

Miejsce Piastowe 1931

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-81-9 

 

 

 

Rozdział I. Car Mikołaj I.

 W ponurym, żółtym gmachu korpusu kadetów imienia cesarza Pawła panował gorączkowy ruch.

 Na placu, gdzie zwykle odbywały się musztry, biegali oficerowie i wachmistrze, krzyczeli, rzucali w pośpiechu rozkazy, wymachiwali rękami. Wydawać się mogło, że gdzieś w pobliżu wybuchnął pożar.

 Żołnierze w ogólnem zamieszaniu zamiatali plac, usypany opadającemi liśćmi, które zrzucił z drzew zimny wiatr październikowy.

 Przed sztachetami od strony ulicy gromadził się tłum, przyglądając się panującemu przed gmachem korpusu zgiełkowi i nie rozumiejąc, co się właściwie stało.

 Dopiero gdy żołnierze zaczęli okrywać stopnie ganku czerwonem suknem, wśród widzów przeszedł pomruk:

 – Z pewnością oczekują cesarza!

 W ogromnej, zimnej sali, oświetlonej setkami świec, płonących w żyrandolach, huczało, jak w ulu.

 Kadeci od najmłodszych, 10-letnich chłopców, do najstarszych – którym już na dobre wysypywały się wąsy, wbiegali i szybko stawali w szeregach, klasa za klasą.

 Oglądano sobie wzajemnie mundury, zapinano guziki, obciągano pasy i otrzepywano z kurzu buty.

 Oficerowie, bladzi i niespokojni, obchodzili szeregi, wskazując kadetom na drobne niedokładności w umundurowaniu i co chwila powtarzając wzruszonemi głosami, w których brzmiała pogróżka:

 – Zuchowato głowy trzymać! Oczami pożerać jego cesarską mość, lecz jednocześnie wzrokiem wyrażać wiernopoddańcze uczucia i miłość synowską! Prężyć się jak struna! Powieką nie mrugnąć!

 Jakaś trwoga, niby zmora straszna, zakradała się do piersi kadetów i, chociaż były to jeszcze dzieciaki, jednak wkrótce, ponure milczenie zaległo salę o żółtych, pozbawionych ozdób kolumnach i niskich, szeroko rozpartych sklepieniach.

 Na plac przed korpusem wyprowadzono siódmą klasę i wyciągnięto w dwa szeregi.

 Najstarsi, na wiosnę opuszczający już korpus kadeci zostali wyznaczeni do kompanji honorowej, witającej surowego, nie znającego litości cesarza, gwałtownego Mikołaja, syna szaleńca Pawła, którego oficerowie gwardji przybocznej zamordowali byli przed laty.

 Przed szeregami stał trębacz.

 Był to niewysoki, lecz bardzo krępy i barczysty kadet o wesołej, rumianej twarzy i śmiałych, szarych oczach.

 Trzech oficerów stanęło przy kompanji.

 Wreszcie zjawił się dyrektor korpusu, słynny z wojny bałkańskiej, generał Paszkow, który miał być podobno potomkiem ulubionego ordynansa Piotra Wielkiego i przez tego cara do godności szlacheckiej wyniesionego.

 Kadeci sprezentowali broń i zamarli. Sztywni, jak posągi, odprowadzali generała wlepionemi weń, niby w tęczę, oczyma.

 – Zdorowo, kadety! – huknął Paszkow, stając przed kompanją.

 – Życzymy zdrowia waszej ekscelencji! – zagrzmiał okrzyk, a tak zgodny, jakgdyby wydała go jedna potężna gardziel.

 Generał uśmiechnął się z zadowoleniem i rozpoczął przemowę:

 – Kadeci! Wielkie szczęście spotyka nas, bo będziemy oglądali ubóstwiane oblicze pomazańca Bożego, umiłowanego pana i ojca naszego – jego cesarskiej mości, imperatora Mikołaja Pawłowicza! Pamiętajcie, że musicie sprawnością swoją i zuchowatością zwrócić na siebie uwagę monarchy. Jest to kwestja honoru, bo dotychczas jeszcze żadna szkoła wojskowa w Rosji nie dorównała wysokiemu poziomowi podchorążych szkoły warszawskiej, prowadzonej przez wielkiego księcia Konstantego. Musimy dowieść, że i stolica posiada pierwszorzędny materjał na przyszłych oficerów, a nie tylko jacyś tam Polacy! Musimy zasłużyć na pochwałę jego cesarskiej mości. Pamiętajcie o tem!

 Po szeregach kadetów znowu przemknął okrzyk:

 – Postaramy się, wasza ekscelencjo!

 Przez bramę na plac wpadł szalonym galopem kozak, zakręcił konia młyńcem i, krzyknąwszy: „Cesarz jedzie!” – tym samym pędem wyleciał na ulicę, gdzie rozbrzmiewały już biegnące zdaleka „hurra”, którem zebrane tłumy witały monarchę.

 Po chwili przed gmach korpusu zajechała dworska kareta, otoczona setnią kozaków, a za nią inne powozy ze świtą cesarską.

 Z karety wysiadł Mikołaj i, zrzuciwszy płaszcz na ręce olbrzymiego lokaja, zamaszystym krokiem zbliżył się do kompanji honorowej.

 Trębacz, przycisnąwszy trąbkę do ust, odegrał sygnał, ustalony przez cara Pawła na powitanie monarchy. W armji opowiadano sobie straszne rzeczy o tem, jak za złe wykonanie zawiłego sygnału obłąkany car rozkazywał kijami zabijać trębaczy.

 Kadet, stojący przed kompanją, posiadał, widać, niezwykle potężną pierś, bo wszystkim się zdawało, że czyste, lecz ogłuszające dźwięki rozsadzą srebrny instrument, że lada chwila rozpryśnie się on na drobne kawałki.

 Cesarz natychmiast zwrócił na to uwagę, zatrzymał się i słuchał.

 Dumną i brutalną twarz jego rozjaśnił nagle uśmiech zadowolenia. Mikołaj, nie witając podchodzącego z raportem generała Paszkowa, zawołał:

 – Nawet w gwardji huzarów nie słyszałem tak pięknego sygnału! Zuch trębacz.

 – Rad jestem starać się, wasza cesarska mość! – odpowiedział donośnym, radosnym głosem kadet, nieruchomy, wyprostowany, niby w ziemię wrośnięty.

 Cesarz wysłuchał raportu dyrektora, podał mu rękę i, obejrzawszy kadetów ostrym, przenikliwym wzrokiem zimnych oczu, krzyknął:

 – Zdorowo, rebiata!

 Kompanja, wytężając piersi, na całe gardło ryknęła ustawowe powitanie:

 – Życzymy zdrowia waszej cesarskiej mości!

 Mikołaj, mając przy sobie dyrektora korpusu, a za sobą, – całą świtę w barwnych, kapiących złotem mundurach, białych rejtuzach, lśniących botfortach, szybkim krokiem skierował się do gmachu.

 Nagle obejrzał się i krzyknął:

 – Trębacz, za mną! Graj pobudkę!

 Znowu drgała i rozbrzmiewała trąbka, rozsadzana parciem potężnego oddechu, a cesarz z lubością słuchał tych dźwięków przedziwnie czystych, trwożnych, jeszcze bardziej oszałamiających sztywne, nieruchome szeregi kadetów, zgromadzonych w sali.

 Mikołaj powitał młodzież zwykłem, żołnierskiem pozdrowieniem i kazał im przejść przed sobą.

 Kadeci maszerowali sprawnie, wpatrując się prawie nieprzytomnie w surowe oblicze i zimne, blade oczy cara.

 Mikołaj rzucał kompanjom krótkie podziękowanie, na co chłopcy odpowiadali hucznemi okrzykami.

 Podczas marszu, gdy dochodziła szósta klasa, zaszedł nieoczekiwany wypadek.

 Na czele kompanji szedł stary, powszechnie lubiany kapitan, weteran dwóch wojen.

 Opuszczając przed carem szablę, oficer zawadził rękawem o pas, a urwany guzik potoczył się po posadzce.

 Cesarz nagle tupnął, podbiegł do szeregu i krzyknął ze wściekłością:

 – Kompanja, stój!

 Podszedłszy do kapitana, spytał go:

 – Nazwisko twoje?

 – Kapitan Głotow, wasza cesarska mość – odparł zmieszanym głosem wylękły oficer.

 – Nie kapitan, ośle jeden, lecz szeregowiec! – wrzasnął Mikołaj, podnosząc pięść. – Nie możesz być oficerem, jeżeli gubisz guziki na rewji, bałwanie! Kompanja, naprzód, marsz!

 W powietrzu zawisła burza. Od najmniejszego kadeta do generała – wszyscy zrozumieli, że straszliwy car był w złem usposobieniu. Dyrektor korpusu zbladł i spochmurniał.

 Cesarz potoczył dokoła szyderczym wzrokiem i spostrzegł trębacza.

 – No, zuchu, zagraj pobudkę do pogotowia bojowego!

 Dźwięki krótkie, urwane, rozbiegające się niby myszy spłoszone, pomknęły na wszystkie strony.

 Kolebać się zaczęły płomyki świec w żyrandolach, brzękły żałośnie mętne, stare szyby okien.

 – Zuch! – rzekł cesarz i znowu się uśmiechnął.

 Na placu odbyła się zwykła musztra. Kadeci przechodzili do ataku z okrzykiem „hurra”, padali na ziemię, błyskawicznie powstawali i biegli, rozsypując się w tyraljerkę, aż wreszcie rozpoczęli popisy gimnastyczne i bój na bagnety.

 Cesarz, siedząc w głębokim fotelu, przyglądał się z zamiłowaniem ćwiczeniom wojskowym.

 Skończywszy popisy, kompanje kadetów stanęły w szeregach nieruchome i strwożone pod badawczem, zimnem wejrzeniem cara.

 Nagle Mikołaj zaśmiał się głośno i, klasnąwszy w dłonie, zawołał:

 – Waśka, do mnie!

 Od powozu cesarskiego nadbiegł lokaj.

 Było to wybujałe nadmiernie chłopisko o barach szerokich, twarzy płaskiej i oczach wąskich i skośnych. Olbrzym miał na sobie czerwoną liberję, obszytą szerokiemi, złotemi galonami, przetkanemi czarnemi orłami dwugłowemi, białe pończochy i trzewiki z klamrami.

 – Patrzcie, chłopcy! – rzekł ze śmiechem car. – Mój Waśka osadza konia w biegu i łamie podkowę, jak suchą gałąź. Kto, borykając się z nim, potrafi przez dwie minuty sprzeciwiać się temu siłaczowi, ten dostanie w upominku ode mnie złoty zegarek z orłem cesarskim. No, kto się chce spróbować z Waśką?

 Z szeregów siódmej klasy wystąpił kadet, wysoki i mocny, jak młody dąb.

 Po kompanjach przebiegł szmer głosów:

 – Rodjonow... ten może borykać się najdłużej...

 Jednak nie zgadli koledzy, bo ledwie się zwarli przeciwnicy, Rodjonow krzyknął głucho i padł, rozkładając ręce i oddając krew ustami.

 Ciężkie, złowrogie milczenie zapanowało na placu.

 – Chyba nikt już się nie waży? – urągliwym, złym głosem spytał car.

 Natychmiast padła odpowiedź z poza fotelu carskiego:

 – Jeżeli wasza cesarska mość pozwoli...

 Mikołaj obejrzał się.

 Wpatrzony w niego stał wyprostowany, nieruchomy trębacz, trzymając rękę przy daszku czapki.

 – Ty? Taki mały? – rzucił pytanie zdziwiony cesarz.

 – Jeżeli wasza cesarska mość pozwoli... – powtórzył kadet.

 – No, cóż? – wzruszył ramionami Mikołaj. – Spróbuj...

 Przeciwnicy wyszli na środek placyka. Setki oczu utkwiły w nich.

 Car śmiał się, patrząc na tak dziwną parę zapaśników.

 – Dawid i Goljat! – zawołał car, klaszcząc w dłonie. – Tylko tym razem zwycięży Goljat, bo w żadnym pułku nie znalazłem dla Waśki godnego przeciwnika. No, zaczynajcie! Trzymaj się mocno, Waśka, bo ten „wielkolud” zgniecie ciebie, cha, cha!

 Lokaj wykrzywił twarz po błazeńsku, przysiadł na zgiętych nogach, ręce opuścił do ziemi i, trzaskając w palce, wołał:

 – Do nogi, do nogi, szczeniaku!

 Trębacz pochylił się nagle i chwycił draba za ręce powyżej dłoni. Waśka szarpnął się, lecz ręce jego, zaciśnięte żelaznemi palcami trębacza, nie mogły się oderwać od ziemi. Kadet zgiął szeroki kark w kabłąk, wparł nogi w ziemię i trzymał przeciwnika w schylonej postawie.

 Waśka szamotał się rozpaczliwie, rozkraczał i wierzgał nogami, ryczał, sapał i klął ohydnie, zapominając, że znajduje się w obecności cara.

 Trębaczowi kark nabrzmiał, wyprężone zwały mięśni poruszały się na grzbiecie, lecz twarz, jak zwykle, pozostawała rumiana i spokojna.

 Wreszcie lokaj carski cisnął się raz jeszcze, nie zdołał jednak wyrwać rąk ze straszliwego uścisku kadeta.

 – Puszczaj! – zamruczał urwanym głosem.

 Mikołaj wybuchnął głośnym śmiechem i zawołał:

 – Udał mi się ten mały! Po skończeniu korpusu przydzielić go do mojej straży przybocznej! N-no, teraz proś, Waśka, pardonu u młodzika!

 – Puszczaj! – powtórzył olbrzym, krzywiąc twarz z bólu. – Przebacz... puść!

 Trębacz jeszcze bardziej wyprężył kark i, nagle się prostując, odrzucił od siebie zsiniałe, obrzękłe ręce przeciwnika.

 Waśka z rykiem runął nawznak.

 Kadet w okamgnieniu obciągnął na sobie pas i mundur i już stał nieruchomo, patrząc w oczy cesarza.

 – Kiedy skończysz nauki, zuchu? – spytał Mikołaj.

 – Na wiosnę roku przyszłego, wasza cesarska mość! – odpowiedział chłopak.

 – Po skończeniu przypomnisz generałowi Paszkowowi, że masz być zaliczony do mojej straży!

 – Najpokorniej dziękuję waszej cesarskiej mości! – na całe gardło, jak nakazywał regulamin garnizonowy wrzasnął uradowany trębacz.

 – Jak się nazywasz? – spytał znowu cesarz.

 – Władysław Lis, wasza cesarska mość! – natychmiast odpowiedział kadet.

 – Władysław?! – powtórzył Mikołaj, mrużąc oczy i marszcząc brwi. – Polak?

 Dyrektor korpusu, salutując, zaczął dawać objaśnienia:

 – Wasza cesarska mość pozwoli, że zamelduję pokornie! Tego chłopca, gdy miał zaledwie trzy lata, znalazł przy drodze w swoim majątku na Inflantach generał Fersen. Chłopak był przywiązany do drzewa, a w kieszeni kurtki miał papier, z którego się dowiedziano, że ma lat trzy, na imię – Władysław, syn Ignacego nazwiskiem Lis, chrzczony podług obrządku rzymskiego...

 – Dalej! – syknął car.

 – Generał Fersen był wtedy już w stanie spoczynku, więc odesłał chłopaka do Petersburga, gdzie polecił umieścić go w cesarskim sierocińcu wojskowym, w roku ubiegłym przekształconym na korpus kadetów... – zakończył generał swój raport.

 – Masz krewnych? Mówisz po polsku? Modlisz się po katolicku? – rzucał cesarz niecierpliwe pytania, surowo patrząc na zdumionego, nic nie rozumiejącego kadeta.

 – Wasza cesarska mość pozwoli, że ośmielę się wyjaśnić co następuje... – znowu podnosząc rękę do czapki, odezwał się Paszkow. – Ten chłopak jest sierotą, o pochodzeniu swojem nic nie wie, nigdy nie opuszcza korpusu i nikt go nie odwiedza. Po polsku nie mówi, razem z innymi kadetami uczy się zasad religji prawosławnej, modli się w naszej cerkwi... Możemy dać o nim najlepszą odezwę.

 – Hm... – mruknął cesarz. – W takim razie należy go ochrzcić podług naszego prawosławnego rytuału!

 – Rozkaz, wasza cesarska mość! – odparł generał.

 – No, a ty co powiesz na to, kadecie? – spytał car.

 – Rozkaz, wasza cesarska mość! – krzyknął trębacz, prężąc kopulastą pierś.

 – Sam będę twoim ojcem chrzestnym! – rzekł Mikołaj, uśmiechając się życzliwie.

 – Najpokorniej dziękuję waszej cesarskiej mości! – jeszcze głośniej wrzasnął chłopiec.

 – No, a teraz masz zasłużony upominek i odtrąb marsz paradny! – powiedział cesarz, podając kadetowi własny zegarek.

 Podziękowawszy raz jeszcze, trębacz odegrał potrzebne sygnały, a potem, stanąwszy ztyłu za kompanją, „żórawim, pruskim lub pawłowskim” krokiem przedefilował przed cesarzem z dziarsko podniesioną głową i roziskrzonemi od szczęścia oczyma.

 Wychowany w szkole wojennej wiedział, że tego dnia wygrał wielki los i że jego karjera życiowa została utrwalona na zawsze. Zdziwił się jednak chłopak, że ta bezmierna radość nagle przygasła, a jakieś dziwne uczucie, dotąd nieznane, ni to przygnębiające, ni to budzące zaciekawienie, ogarniało go.

 Cesarz tymczasem pożegnał dyrektora i profesorów korpusu, wyraził swoje zadowolenie z doskonałego wyglądu i sprawności wychowanków, poczem odprowadzany ogłuszającem „hurra” odjechał.

 Generał Paszkow, oficerowie i kadeci otoczyli natychmiast szczęśliwca, winszowali mu niezwykłej łaski monarchy i przyszłej świetnej karjery wojskowej.

 – Ależeś ucapił tego Waśkę! – dziwił się generał Paszkow. – Przecież to chłop sążnisty, a co za bary?!

 Prostując się służbowo, kadet odparł z wesołym śmiechem:

 – Wasza ekselencjo, gdyby nie miłościwie nam panujący cesarz, jabym temu drabowi łapska pourywał. Chciałem tak zrobić, lecz pomyślałem, że nie będzie mógł płaszcza jego cesarskiej mości podać.

 Oficerowie i kadeci wybuchnęli głośnym śmiechem.

 Generał Paszkow, oznajmiwszy trzydniową przerwę wykładów z powodu „najwyższej” wizyty, pozwolił kompanji powrócić do gmachu.

 Kadeci z krzykiem radosnym wbiegali na schody.

 Oficerowie, otoczywszy dyrektora, powracali do swoich mieszkań.

 Ztyłu za nimi wlókł się blady, zrozpaczony kapitan Głotow, weteran z dwu wojen, ranny potrzykroć, starzec, sterany ciężkiem życiem bojowem.

 Poruszał grubemi wargami i szeptał, zaciskając pięści.

 – Za was tyranów ukoronowanych krew przelewałem... dla ciebie, abyś się utrzymał na tronie, walczyłem z najszlachetniejszymi ludźmi, którzy podnieśli przeciwko tobie, cesarzu okrutny, bunt grudniowy... A tyś znieważył mnie tak okropnie i ukarał tak niesprawiedliwie... Poczekaj! Poczekaj, kacie!...

Rozdział II. Piorun z jasnego nieba.

 W godzinę po odejściu cesarza w sali starszej klasy siedział przy stole uśmiechnięty Władysław Lis i prawił do otaczających go kołem kolegów:

 – Jabym nie pozwolił Rodjonowowi borykać się z owym Waśką skośnookim, gdybym wiedział, że on taki mocny! Może Radjonow zmógłby go jednak, tylko głupio zrobił, bo się pozwolił obłapić temu drabowi. No, ale nic mu nie będzie, poleży w szpitalu i wyliże się. Nie pierwszyzna mu to! Raz już chorzał, gdy ze mną zadarł nieopatrznie, a wydobrzał przecież?!

 – Słuchaj, Liszko, – zaczął chudy, blady kadet, – gdy będziesz pułkownikiem, nie zapomnij o mnie i weź do siebie na adjutanta! Okrutnie chcę nosić akselbanty!

 – I o mnie pamiętaj, bo ja za ciebie tydzień w „pace” przesiedziałem, gdy to w piątej klasie Niemca naszego chlapnąłeś papierową kulą z atramentem... – odezwał się inny.

 Wszyscy koledzy zabiegali teraz o protekcję przyszłego ordynansa cesarskiego, który w pałacu będzie za pan-brat z najważniejszymi generałami.

 Tylko jeden z kadetów – rudawy i piegowaty – stał przy ścianie i okrągłemi, ptasiemi oczami przyglądał się Lisowi.

 Spostrzegł go chłopak i, podniósłszy głowę, spytał zaczepnie:

 – A ty, Fedorczuk, dlaczego o nic nie prosisz?

 Piegowaty kadet podniósł ramiona i głośno parsknął.

 – Nie prychaj, popowiczu, jak źrebiec, tylko odpowiadaj! – nalegał Lis.

 Fedorczuk pochylił głowę i, wbijając oczy w twarz kolegi, rzekł:

 – Odpowiem, lecz przedtem chcę cię o coś zapytać...

 – Jeżeli chcesz, to – pytaj! – zawołał chłopak, obrzucając go drwiącem spojrzeniem.

 – Powiedz mi, czy ty z radością przyjmiesz nowy chrzest? Wielkim pędem przerzucisz się na łono naszej świętej, prawosławnej cerkwi? Będziesz się nazywał nie Władysław, syn Ignacego, lecz jakiś Włodzimierz lub, może, Włas Mikołajewicz?

 Lis wzruszył ramionami i natychmiast odparł obojętnym głosem:

 – Cóż u djabła?! Nie zajdzie przecież nic nowego? Ja i tak modlę się z wami razem i śpiewam w chórze cerkiewnym. Ojca swego nie znam, a może nie miałem go nigdy?

 Zaśmiał się i gwizdnął przeciągle.

 – Bydlę! – rzucił nagle Fedorczuk.

 – Co?! – krzyknął Lis i jednym susem był już przy koledze. – Powtórz!

 Fedorczuk spokojnie spojrzał na niego i odparł dobitnym, stanowczym głosem:

 – Powtórzę to przed wszystkimi, lecz przedtem chcę z tobą pomówić na osobności...

 Lis machnął ręką niedbale i rzekł z przekąsem:

 – Chcesz przeprosić mnie bez świadków? Nic ci to nie pomoże! Albo odszczekasz to przed całem bractwem, albo zbiję cię na kotlet. N-no chodź, popowska pałko, i gadaj, chociaż wiem, że nic mądrego mi nie powiesz!

 Wyszli do korytarza i zatrzymali się w umywalni, gdzie kadeci zwykle załatwiali wszelkie ze sobą porachunki.

 – Mów! – rzekł Lis, marszcząc brwi.

 Fedorczuk zmrużył oczy i długo się wahał. Wreszcie szepnął:

 – Przysięgnij, że nikomu o tem nie powiesz i mnie nie wydasz!

 – Czyś oszalał? Nigdy nikogo nie wydałem!... – zawołał z oburzeniem Lis.

 Fedorczuk obejrzał się podejrzliwie i dodał:

 – Gdyby się o tem dowiedziało naczelstwo, zginęlibyśmy obaj...

 – Nie zawracaj głowy tajemnicami! – wybuchnął kolega. – Gadasz, jak stara cyganka. Nic nie rozumiem!

 – Słuchaj... – szepnął Fedorczuk. – Powiedz mi, czy ty nigdy nie słyszałeś o tem, że jesteś Polakiem?

 Zapytany na chwilę jedną zamyślił się, jakgdyby szukając czegoś w pamięci.

 – Nie! – odparł stanowczo. – Dopiero dziś dowiedziałem się o tem i nie rozumiem, skąd jestem Polakiem? Zdaje mi się, że jest to źle... Nasz historyk przecież inaczej Polaków nie nazywa, jak „buntownikami”... Dlaczego uważa ich za buntowników – tego nie mogłem zrozumieć. Przecież mają oni swoje państewko, którem rządzi jego cesarska wysokość, cesarzewicz Konstanty Pawłowicz?

 Fedorczuk pochylił się do ucha kolegi i szeptać zaczął:

 – Tak, tak! Prawda, że nie mogłeś pamiętać tego. Słuchaj! wiesz, że mój ojciec jest popem we wiosce, leżącej w sąsiedztwie majątku starego Fersena. Generałowi Fersenowi caryca Katarzyna podarowała majątek ten na Inflantach za zwycięstwo pod Maciejowicami, gdzie się dostał do niewoli ranny polski generał, Kościuszko. W zeszłym roku, opowiadając w domu o kolegach, wymieniłem twoje nazwisko...

 – No i cóż? – spytał z zaciekawieniem Lis.

 Fedorczuk zajrzał do korytarza, długo nadsłuchiwał, czy nie zbliża się ktoś z kolegów lub dozorców, i znowu jął szeptać:

 – Ojciec opowiedział mi i pod przysięgą milczeć nakazał, że jesteś dziedzicem majątku starego grafa Iwana Fersena, który umarł przed laty.

 – Ja miałbym być spadkobiercą Fersena?! – zawołał Lis. – Bredzisz, drabie, czy chcesz mi oczy zamydlić?

 Fedorczuk nie zwrócił uwagi na szyderczy wykrzyknik kolegi i ciągnął dalej:

 – Nie spadkobiercą jesteś, lecz prawnym dziedzicem majątku Fersena. Słuchaj uważnie i staraj się zrozumieć, bo ci łaska carska w głowie przewróciła. Twój ojciec, Ignacy Lis, dostał się do niewoli razem z Kościuszką i podczas ucieczki z więzienia został zabity. Matce odebrano majątek i wypędzono wraz z tobą na cztery wiatry. Co się stało z matką twoją – ojciec mój nie wie. Opowiedział mi tylko, że stary Fersen znalazł ciebie przy drodze i kazał wychowywać w czeladnej, a potem posłał do naszego sierocińca. To i wszystko!

 Lis chodził, założywszy ręce wtył, i myślał.

 Gdy kolega umilkł, zwrócił ku niemu wzruszoną twarz i szepnął:

 – Przysięgnij na Trójcę Świętą, że mówiłeś prawdę!

 – Przysięgam na Boga i na Trójcę Świętą! – uroczystym głosem odpowiedział Fedorczuk i zamaszyście trzykrotnie się przeżegnał.

 – Czy ojciec twój nic nie mówił o moim ojcu? – spytał Lis.

 – Mówił, że był to sprawiedliwy, szlachetny i odważny pan, a matkę twoją nazywał świętą niewiastą – dobrą i miłosierną dla wszystkich – rzekł Fedorczuk.

 Zapanowało milczenie.

 – Dlaczego nazwałeś mnie bydlęciem? – cichym głosem zapytał Lis.

 Piegowaty kadet zacisnął wargi i długo się nie odzywał. Wreszcie szepnął:

 – Ojciec mój kazał ci to powiedzieć, gdybyś kiedy zapomniał, żeś Polak.

 – Może i ty jesteś Polakiem?

 – Nie, my pochodzimy z chłopów białoruskich. Ojciec mój lubił rodziców twoich, czci ich pamięć i modli się za dusze ich codziennie. Powiedział mi: „Bacz, Stefanie, aby młody Lis Polakiem pozostał i aby nie shańbił imienia dobrego!” No, tedy, gdy zobaczyłem, że chcesz łaskę cesarską przyjąć i od swego narodu i wiary odstąpić, powiedziałem, że jesteś bydlęciem...

 Lis podniósł głowę i gorący rumieniec zalał twarz jego.

 – Ja przecież nic o sobie nie wiedziałem! – zawołał, niby się usprawiedliwiając. – Pamiętam tylko kucharkę Fersena, która karmiła mnie i łatała moje ubranie... Pamiętam także lokajczyka Griszę, bo spałem z nim we wspólnej izbie... Raz jeden tylko widziałem starego Fersena, gdy wyprawiał mnie do sierocińca... Przecież miałem wtedy zaledwie pięć lat, a czternaście przesiedziałem w sierocińcu i korpusie, brachu! Nikt mi nigdy o mojem pochodzeniu nie mówił... Uważałem się za Rosjanina i za prawosławnego...

 Urwał nagle i zamyślił się.

 – Teraz wiesz wszystko, czy prawie wszystko... – mruknął Fedorczuk.

 Lis skinął głową w milczeniu.

 – Jakżeż teraz postąpisz? – spytał piegowaty kadet.

 – Cóż mam robić?... – szepnął zmieszany chłopak. – Muszę dopiero to wszystko dobrze sobie w głowie ułożyć. Dowiedziałem się dziś rzeczy dziwnych, tak bardzo dziwnych, że nie mogę się połapać... Chodźmy do klasy!

 Powrócili razem i wnet wszystkie oczy spoczęły na nich.

 – Towarzysze! – rzekł Lis. – Fedorczuk miał rację... Byłem bydlęciem, bo zapomniałem...

 – O czem zapomniałeś? – pytali koledzy.

 Lis milczał chwil kilka, a potem potrząsnął głową i odparł swobodnie:

 – Zapomniałem o tem, że nie zasłużyłem na taką łaskę jego cesarskiej mości, najjaśniejszego pana! Nie wielki to zaszczyt przypodobać się cesarzowi z powodu zdrowej grdyki i mocnych łap! Wśród nas są inni, bardziej ode mnie zasługujący na łaskę monarchy.

 Fedorczuk, z trwogą oczekujący odpowiedzi kolegi, odetchnął z ulgą.

 Lis mówił dalej:

 – Naprzykład, Frołow, który każde zadanie matematyczne rozwiązać potrafi, albo Szumacher, syn zasłużonego rotmistrza, kawalera orderu św. Jerzego, no, i inni jeszcze... A najbardziej jestem bydlęciem dlatego, że zapomniałem o kapitanie Głotowie. Jeżeli nadarzy mi się sposobność, będę prosił cesarza o łaskę dla poczciwego staruszka!

 – Dobry z ciebie i sprawiedliwy kolega! – wołali kadeci, otaczając Lisa.

 – Cóż to, dopiero dziś dowiedzieliście się o tem?! – pytał ich ze śmiechem Lis, lecz śmiech jego nie był wesoły ani szczery.

 Kadeci zaczęli dzielić się wrażeniami z dnia ubiegłego i robić uwagi co do powierzchowności i zachowania się cara.

 Lis, zamyślony i skupiony, odszedł do okna i stał, patrząc na plac, przez który biegły porwane wiatrem suche liście topoli i brzóz.

 Fedorczuk opowiadał coś kolegom, lecz wzrok jego co chwila z tkliwością powracał ku barczystej postaci Lisa. Znał on dobrze swego kolegę i teraz wyczuwał, że w duszy tego wesołego, beztroskiego zwykle osiłka kotłowało się od nawału myśli nieznanych dotąd, sprzecznych, niepokojących, żądających postanowienia niezłomnego. Kto wie, może ta wichura wrażeń i myśli mogła się zerwać nagle i zmienić w burzę, pełną szalonych wybuchów i grozy. Fedorczuk znał dobrze naturę chłopca, naturę śmiałą aż do zuchwalstwa i pełną porywów.

 Lis, nie odzywając się do nikogo z towarzyszy, z opuszczoną na piersi głową i zaciśniętemi wargami przeszedł się parę razy po sali. Co chwila tarł sobie czoło i wzdychał.

 Wreszcie cicho wysunął się do korytarza i szybkim krokiem poszedł do ogrodu.

 Ciemny i zapuszczony, a teraz przysypany brunatnemi, szeleszczącemi liśćmi nagich, smętnych brzóz i topoli, rzadko bywał odwiedzany przez kadetów. Chłopcy nadali mu nazwę „padołu płaczu i zgrzytania zębów”. Powstało to z tego, że do ogrodu uciekali kadeci, gdy czuli krzywdę, zadaną im przez kolegów, albo przez niesprawiedliwych dozorców, komendantów klas lub dyrektora.

 Pod temi staremi drzewami niejedne młode oczy wylewały potoki gorzkich łez, niejedna pierś wydawała jęki i westchnienia ciężkie, niejedne usta szeptały słowa skargi lub przekleństw gorących, mściwych.

 Teraz przyszedł tu Władysław Lis, trębacz VII klasy, szczęśliwiec, na którego padło miłościwe wejrzenie wszechpotężnego „władcy połowy świata”, przyszły ordynans wspaniałego imperatora.

 W cudowny prawie sposób wszystko tak się złożyło, że chłopak powinien był czuć promienną, niczem nie zmąconą radość.

 Nieznany sierota, oddany przez słynnego w Rosji wojownika do sierocińca carskiego i mogący marzyć najwyżej o dojściu do rangi kapitana, staje się nagle wybrańcem monarchy, otwierającym przed nim wolną drogę do najwyższych zaszczytów.

 Kadet przypomniał sobie o tem i wyjął zegarek, otrzymany od Mikołaja.

 Duży, złoty, ozdobiony wielką literą „N” z koroną, wysadzaną drobnemi djamentami, już sam ten dar zapewniał przyszłemu oficerowi karjerę niepowszednią!

 Był to „prezent cesarski”, a więc zapisany zostanie do formularza służbowego i, jako rzecz wyjątkowo nadawana, zabezpieczał posiadaczowi jego pierwszeństwo wśród rówieśników, szybsze awanse służbowe, najlepsze pułki do wyboru i ogólne poszanowanie w kołach wojskowych.

 A tymczasem w sercu młodego Lisa radość znikła bez śladu, zgasła nagle i pozostawiła po sobie jakiś ból przykry i dotkliwy.

 – Drab z tego Fedorczuka! Zatruł mi ten dzień szczęśliwy! – warknął Lis i zębami zgrzytnął.

 Zdziwił się gdyż uświadomił sobie natychmiast, że złości nie czuł jednak przeciw koledze.

 Było coś innego, co nagle wtargnęło do mózgu i serca beztroskiego kadeta. Długo jednak nie mógł zrozumieć, co go wzięło najbardziej.

 Chodził po głównej alei i uporczywie wpatrywał się w ziemię, okrytą grubą warstwą suchych zwiniętych liści, zwarzonych już przez poranne przymrozki i zimne wiatry; chrzęściły one i szeleściły pod nogami, a coraz to inne spadały z wysokich drzew z suchym zgrzytem.

 – Cóż u licha? – myślał Lis. – Byłem rosyjskim człowiekiem, na rosyjskiego oficera kształcono mnie; żyłem w zachwycie przed potęgą ogromnego imperjum naszego i nagle – nie jestem Rosjaninem... a budzące we mnie dreszcz oddania i zachwytu nasze imperjum nie jest wcale mojem... Urodziłem się Polakiem... Nauczyciele i pop korpusowy tak często powtarzali nam, że Polska, która „nierządem stoi, przegniła do reszty”, musiano ją więc ratować, zaprowadzić ład i porządek, uszczęśliwić naród... Trzech największych monarchów – rosyjska cesarzowa, król pruski i imperator austrjacki podzielili Polskę i zaczęli rządzić... Niewdzięczny naród nie chciał się poddać. Zuchwały bunt... Polacy – buntownicy...

 Kadet westchnął ciężko i znowu uświadomił sobie, że nie czuje już tego oburzenia, które ogarniało go zawsze, gdy słyszał w klasie te powtarzane tak często uporczywie zarzuty i oskarżenia, rzucane przez nauczycieli przeciw Polakom.

 Zdumiał się Lis, lecz po chwili przyszło mu na myśl, że pop wykładający religję, przeklinał także Napoleona, nazywał go „antychrystem”, „bestją apokaliptyczną”, potworem, ziejącym zarazą wolnej myśli i rokoszu, a tymczasem nauczyciel historji zachwycał się genjuszem wielkiego korsykańczyka i dowodził, że nie tyle Kutuzow i inni rosyjscy wodzowie, ile przestrzeń bezbrzeżna, mrozy siarczyste i śniegi głębokie obroniły Rosję przed miażdżącym ciosem „boga wojny” za jakiego z uwielbieniem uważał Bonapartego.

 Może więc „buntownik” Kościuszko nie był jedynie buntownikiem, lecz jeszcze i kimś innym, większym i wznioślejszym? Żeby osądzić, trzeba wiedzieć wszystko i rozważyć do dna. Tymczasem o Polsce i Polakach kadeci słyszeli tylko stek wyzwisk, przekleństw, drwin i urągań, któremi sypali profesorowie, mówiący o „buntownikach” z pianą na ustach. Lis nie wiedział nawet, co spowodowało powstanie Polaków i nie miał wyobrażenia o tem, czem Polska była przedtem, zanim ją „uszczęśliwić” rozbiorem raczyli trzej najwięksi, „najszlachetniejsi” monarchowie, pomazańcy Boży.

 – Ojciec mój był człowiekiem sprawiedliwym, a przecież do buntu przystał? – zadał sobie pytanie Lis. – Musiał wiedzieć, że postąpił, tak, jak należało. Matkę carscy generałowie wypędzili z własnej siedziby i oddali ziemię i dom, do niej należące, Fersenowi, temu, który bunt zwalczał i ojca mego zgładził. Ojciec zginął, o matce nikt nic nie wiedział... a mnie samego karmiono w kuchni... kazano spać z lokajczykiem Griszką w tym samym domu, domu Lisów, gdzie przebywał wróg rodziny – stary, surowy Fersen!... Fersen to – zwykły sługa... sługa carycy, czy cara... Oni to kazali mu zagarnąć własność Lisów i oddali ją temu, którego żołnierze zamordowali ojca mego – Ignacego. Być może, że ci sami żołdacy carscy uśmiercili matkę moją... niewiastę świętą, jak ją nazywał ojciec Fedorczuka... Polska miała jakichś tam królów swoich, teraz oto rządzi nią brat carski, Konstanty... Może tak samo, jak Fersen rządził posiadłościami Lisów?... Do djabła rogatego! – żachnął się młodzieniec. – A ja, jak pies patrzyłem w oczy cara i, gdy obdarzył mnie łaską swoją, z trudem powstrzymałem się, aby nie paść mu do nóg... Tfu!!

 Lis splunął i zatrzymał się, szukając słów, aby zakląć jak najstraszliwiej. Nagle podniósł głowę i jął nadsłuchiwać.

 Doszedł go wyraźnie ciężki, rozpaczliwy, męski szloch.

 Chłopak zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Wkrótce przez sieć powikłanych gałęzi bzów i tawuły dojrzał na bocznej ścieżce ławkę z siedzącą na niej skuloną postacią.

 Przyjrzał się dobrze i poznał starego kapitana Głotowa.

 Stary oficer, oparłszy głowę na rękach, szlochał głośno.

 Lis widział jak trzęsła mu się długa, siwa broda.

 Kadet chciał niespostrzeżenie odejść, lecz po chwili zupełnie inne postanowienie dojrzało w głowie chłopca.

 Wyprostował się służbowo i, trzymając dłoń przy daszku kepi, podszedł ku siedzącemu starcowi. Posłyszawszy chrzęst liści pod stopami zbliżającego się człowieka, kapitan podniósł zalaną łzami twarz.

 Poznawszy salutującego mu kadeta, machnął ręką i rzekł cichym głosem:

 – Możesz, kadecie, nie oddawać mi honorów wojskowych, albowiem szeregowca widzisz przed sobą... zwykłego szeregowca i – nic więcej! Nic! Takie to, proste!... Jedno tylko słowo carskie i po czterdziestu latach wiernej służby – „szeregowiec”, a tymczasem słowo to może być okupione dwoma, albo trzema życiami – mojem, staruchy żony i córki, którą z takim trudem utrzymujemy na Krymie, ratując od śmiertelnej choroby piersiowej...

 Kapitan ścisnął w dłoniach siwą, gładko ostrzyżoną głowę i jęknął przeciągle.

 Lis wyprostowany, nie odejmując ręki od czapki, rzekł:

 – Pan kapitan zostanie dla mnie zawsze oficerem, ponieważ wszyscy lubimy pana kapitana, a jego cesarska mość, najmiłościwszy pan był zbyt surowy...

 Głotow zerwał się z ławki i skoczył ku kadetowi.

 Tupiąc nogami, wymachując pięściami i pieniąc się cały z oburzenia i nienawiści, stary kapitan krzyczał zdławionym głosem:

 – Najmiłościwszy... najmiłościwszy!... Kto mógł z takim potwornym fałszem nazwać carów rosyjskich „najmiłościwszymi”?! Tylko niewolnicy, służalcy, pochlebcy, nikczemnicy! Czy ty, młodziku, wiesz, kim są carowie? Tu w korpusie wam nikt o tem nie powie! O, nikt! każdy wie, że czeka go za słowa prawdziwej oceny bataljon karny, rózgi, znęcanie się i śmierć niechybna...

 Lis trząsł się cały ze zgrozy.

 – Rzucić się na tego obłąkanego, zuchwałego starca i spoliczkować za ubliżenie ubóstwianemu monarsze! – miotała się myśl, lecz inna, całkiem odmienna nadbiegła natychmiast, a jakiś głos wewnętrzny szepnął namiętnie: – Czyż będziesz bronił cara, który zabił ojca twego, skazał na tułaczkę i śmierć matkę – kobietę świętą, a tobie zagarnął całe mienie i na niewolnika, pochlebcę i nikczemnika wychowywał w sierocińcu cesarskim?!

 Kadet opuścił głowę i milczał ponuro, dręczony rozterką uczuć i myśli.

 Zrozumiał nastrój młodzieńca stary kapitan i rzekł twardym, niemal surowym prawie głosem:

 – Siadaj i słuchaj! Posłuchaj to, co ci powie człowiek, skazany na śmierć, nie potrzebujący już ani kłamać, ani ukrywać i obielać! Siadaj... Carowie są to mordercy ciał i jeszcze gorzej – bo dusz ludzkich! Carowie, ci pomazańcy Boży, to obłudnicy, tyrani, to – szatani i wrogowie ludzkości! Oni to zabijają wolną myśl w nas, myśl, dążącą do ustalenia królestwa Bożego na ziemi, oni to chcą cały świat zmusić do milczenia, chociażby miało ono stać się milczeniem wielkiego cmentarzyska! Oni to dążą do pokoju i do ładu, które, według ich mniemania, mają się zmienić w ich samowolę obłędną i dziką, niczem nie skrępowaną! Zaledwie kilka lat minęło od chwili, gdy szlachetni ludzie, oświeceni i wysoko urodzeni, zażądali od Mikołaja wolności obywatelskiej, konstytucji, zniesienia niewolnictwa w Rosji. Byli to członkowie „Związku prawdziwych i wiernych synów ojczyzny” [tak zwani później – „dekabryści”] – bohaterowie, święci pańscy, żyjący na ziemi...

 Lis znowu drgnął i zbladł.

 Z ust kapitana Głotowa padły bowiem zaiste straszne słowa, które szeptem, w głębokiej tajemnicy powtarzano sobie w Rosji, oglądając się i nadsłuchując, czy nie kryje się w pobliżu zaczajony szpieg i zdrajca.

 Chłopiec pamiętał dobrze grudniowe rozruchy r. 1825, gdy przed gmachem senatu zbuntowane wojska krzyczały: „Niech żyje konstytucja!”, a potem komendant Dybicz strzelał do nich z armat. Gdy już wszystko zostało stłumione, ktoś rozpowszechniał broszurki z portretami powieszonych z rozkazu Mikołaja „męczenników, którzy zginęli za lud” – pułkownika Pestela, podporucznika Rylejewa, podpułkownika Murawjewa – Apostoła, podporucznika Bestużewa-Riumina i porucznika Kachowskiego; znajdowały się tam także wizerunki księcia Trubeckoja, księcia Oboleńskiego, księcia Bariatyńskiego, Wilhelma Küchelbekera, ks. Szczepkin-Rostowskiego i innych, skazanych na katorgę syberyjską.

 Pamiętał Lis, że jedną taką broszurę znaleziono w siódmej klasie wychowanków sierocińca, i że wnet potem nastąpiły straszne czasy. Szaleć zaczęły różne komisje śledcze, zjeżdżał kilkakrotnie sam „wielki inkwizytor” – hr. Benkendorf, uczniów klas wyższych poddano chłoście i zesłano do syberyjskich pułków, jako prostych szeregowców; naczelnika sierocińca, bohatera bitwy pod Borodzinem, majora Kustariowa, pozbawiono rangi i orderów i skazano na dwa lata ciężkiego więzienia; zmieniono wszystkich dozorców, wychowawców i nauczycieli; ścigano nawet rodziców chłopców, znajdujących się w sierocińcu.

 I nagle znowu rozlega się to straszne słowo:

 – „Związek wiernych synów ojczyzny!”

 Nie zwracając uwagi na przerażenie kadeta, Głotow mówił, zapalając się coraz bardziej:

 – Carowie nasi nie są Rosjanami, nie rozumieją oni duszy naszej i pogardzają Słowianami! W ich żyłach płynie zdradliwa, brutalna krew niemiecka, bo są oni szczeniętami dynastji podrzędnych niemieckich książąt. Nienawidzimy ich! Pawła zgładzono, Aleksander zginął od trucizny, marzymy o wytępieniu całej rodziny, nieprawnie noszącej nazwisko Romanowych... Oni coraz mocniejsze kajdany wkładają na ręce Rosji, aby nie mogła walczyć z nimi, gdy czynią zbrodnie ohydne, niezliczone!

 – Zbrodnie! – wyrwał się Lisowi rozpaczliwy krzyk.

 – Tak – zbrodnie! – odkrzyknął Głotow. – Bezprawnie rozszarpali oni Polskę, a gdy śmiele, szlachetnie i bohatersko upomniała się ona o zwrot ziem i wolności, we krwi utopili ją, najlepszych ludzi rzucili na powolną śmierć do kazamatów twierdz, do szybów syberyjskich; zdradziecko podbijali słabsze ludy, z ohydną bezczelnością wtargnęli do Turcji... z obłędnym uporem żądają od wszystkich królów, aby w zarodku dusili budzącą się myśl o prawie narodów rządzenia własną wolą i rozumem...

 Odetchnął głośno i mówił dalej:

 – Carowie – to obłudnicy i fałszerze, bo przyrzekają szczęście ludom, a niosą im niewolę! Aleksander przyobiecał Polsce wolność i niezależność, lecz później nie spełnił przyrzeczenia swego, a jego brat – Mikołaj resztki wolności wyrywa nieszczęśliwemu narodowi bohaterów i męczenników; oddał Polskę na pastwę dzikiej swawoli swego brata, Konstantego, i jego szpiegów i katów bez czci i honoru!

 – Polska... – szepnął Lis.

 Nie słyszał tego słowa starzec, trząsł ręką nad siwą głową i rzucał słowa ciężkie, jak głazy:

 – Lecz nic z tego! Zrodzona myśl o wolności i prawdzie nie zginie, nie zginie! Żyje ona i krzepnie z dnia na dzień... Nastanie czas, gdy ogłosi swój wyrok, a wtedy powstaną z grobów cienie jej umęczonych bojowników i poprowadzą za sobą szeregi powstańców... W proch padną pałace, korony i berła carów, a nikt nie znajdzie mogił tyranów, bo zginą oni bezsławnie śmiercią ponurą i nikt nawet krzyża nie wzniesie nad kościami ich!