25,50 zł
Flappy Scott-Booth prowadzi uporządkowane życie w urokliwej wiosce Badley Compton. Zna lokalne zwyczaje i wszystkich mieszkańców, wie kto z kim pija herbatę. Jej świat jest oparty na rytuałach, rozmowach i poczuciu wspólnoty. Do chwili, gdy w wiosce pojawia się nowa rodzina.
Małżeństwo z Londynu szybko wzbudza zainteresowanie sąsiadów. Jedni są zachwyceni, inni sceptyczni. Flappy, obdarzona niezwykłą spostrzegawczością i doskonałą pamięcią, dostrzega drobne pęknięcia w idealnym obrazie. To, co początkowo wydawało się zwykłą ciekawością, przeradza się w potrzebę zrozumienia, kim naprawdę są nowi przybysze i jak ich obecność wpłynie na delikatną sieć relacji w Badley Compton?
Santa Montefiore stworzyła pełną humoru opowieść o codzienności, zmianach i sile kobiecej intuicji. Śledztwo Flappy to historia o ludziach, ich sekretach i o tym, że czasem największą przygodą jest uważne przyjrzenie się najbliższemu otoczeniu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Mojej drogiej przyjaciółce Nicole Majdalany z miłością i wdzięcznością za to, że niezliczoną ilość razy skłoniła mnie do śmiechu.
Badley Compton, Devon 2010
Jeśli istniała jedna rzecz, której Flappy nie cierpiała, było nią wtrącanie się w cudze sprawy. Naruszanie czyjejś prywatności było niegodne, więc nigdy przenigdy tego nie robiła, chyba że okazywało się to absolutnie niezbędne i jak się wydawało, nieuniknione. Teraz właśnie przyszła jedna z takich chwil.
Uważając, by nie zaczepić jasnego kaszmirowego swetra o kolce, kucała w krzakach jeżyn z lornetką w ręce i obserwowała parę młodych ludzi stojących przed uschniętą jabłonią w ogrodzie Hollyberry House. Kobieta była ładna, miała brązowe włosy i zgrabną, smukłą figurę, a jej ubranie Flappy, zagryzając górną wargę, uznała za „typowe dla bohemy”. Mąż, mężczyzna średniego wzrostu, łysy i w okularach, miał na sobie zamszową kurtkę i dżinsy. Ci ludzie najwyraźniej przeprowadzili się z Londynu w nadziei, że znajdą tu, w Badley Compton, idylliczny raj. Cóż, Flappy im się nie dziwiła. Badley Compton było niezaprzeczalnie urocze. Malowniczy port z mnóstwem niebieskodennych łodzi rybackich, kamieniczki w stylu georgiańskim, staroświeckie kawiarenki, księgarnia, a także zżyta społeczność, jaką nieczęsto spotyka się w nowoczesnym świecie ciągłych przyjazdów i wyjazdów – wszystko to sprawiało, że życie w Badley Compton wydawało się wręcz sielankowe. A Flappy była niekwestionowaną królową miasteczka. Gdyby nie ona, nie byłoby spajających społeczność letnich imprez, wyprzedaży rzeczy używanych, dożynkowych herbatek, przyjęć z okazji Halloween, klubów książki czy zabaw tanecznych w Święto Pracy. Wszystko to działo się za sprawą niesamowitej Flappy Scott-Booth, choć ona sama nigdy nie przypisywała sobie zasług. W głębi duszy była łaskawa i życzliwa. Lecz gdy w niedzielę, w kościele, para dorobkiewiczów z Londynu bezczelnie zajęła miejsca Flappy i Kennetha Scott-Boothów w pierwszej ławce, gdzie siadywali przez blisko trzydzieści lat, jej łaskawość i życzliwość się kończyły. Coś należało zrobić.
Flappy bacznie obserwowała tę parę. Nie słyszała, co mówią. Mimo że była dobra właściwie we wszystkim, nie radziła sobie z czytaniem z ust. Potem skupiła uwagę na jabłoni i wyobraziła sobie, że tamci się zastanawiają, czy ściąć to drzewo, czy nie. Gdyby poprosili ją o radę ekspertki, zasugerowałaby, aby zainteresowali się różą himalajską. Ona sama miała jeden okaz w Darnley, naprawdę wspaniały. Rzeczywiście, kiedy Flappy i Kenneth otwierali w lipcu na trzy tygodnie ogrody w Darnley Manor dla publiczności – wiele pięknych ogrodów – ta róża wzbudzała podziw i strach wśród zwiedzających, przybyłych zewsząd specjalnie po to, by ją zobaczyć. Róża himalajska bez wątpienia należała do cudów Badley Compton.
Flappy skierowała lornetkę i swoje krytyczne spojrzenie na rabaty. Biedactwa, prawdziwe biedactwa, pomyślała, czując Schadenfreude, co, gdyby zdawała sobie z tego sprawę, powinno ją zawstydzić. Była jednak dogodnie nieświadoma mniej łaskawej i życzliwej strony swojej natury. W zarośniętych ogrodach Hollyberry House panował niesłychany bałagan, przywrócenie w nich porządku wymagało ogromnej pracy. Westchnęła na myśl o pechu tamtej pary i pomyślała o swoim niewiarygodnym szczęściu – miała w Darnley małą armię ogrodników, którzy bardzo dbali o rabaty, trawniki, arboretum i sady. Zastanawiała się, kogo ta nieszczęsna para zatrudni do usunięcia plątaniny chwastów i czarnego bzu, którym obrósł ich nowy dom. Opuściła lornetkę. Jedno było jasne – młode małżeństwo tu przybyło i tu pozostanie.
Wydostała się z krzaków na drogę i wygładziła spodnie. W tej samej chwili zobaczyła znajomego żółtego Volkswagena. Mabel, jej najlepsza przyjaciółka, a nieoficjalnie dama dworu, pochylała się nad kierownicą całkowicie skoncentrowana na drodze. Na widok Flappy zerknęła w lusterko wsteczne i stwierdziwszy, że nie ma nikogo na ogonie, zatrzymała się. Opuściła szybę.
– Flappy! – zawołała, od razu zauważając lornetkę. – Co ty robisz?
Ta podniosła głowę i uśmiechnęła się wyniośle, jakby ją zaskoczyło, że Mabel sama się nie domyśliła, choć rzecz była całkiem oczywista.
– Obserwuję ptaki, Mabel – odparła. – Wypatrzyłam właśnie niezwykle rzadkiego wydrzyka długosternego, nie mylić z wydrzykiem żółtoszyim. Łatwo je pomylić. – Tak naprawdę nie miała pojęcia, jak wyglądają te ptaki, słyszała jednak kilka dni wcześniej w lokalnych wiadomościach rozmowę dwóch norweskich obserwatorów ptaków o wydrzykach. Jeśli Flappy była w czymś dobra, to w wyławianiu informacji z pamięci, gdy zachodziła taka potrzeba. Miała rzeczywiście nadzwyczajną pamięć, a to był pierwszorzędny tego przykład.
Na Mabel te słowa zrobiły odpowiednie wrażenie, choć trochę ją zdziwiło, że przyjaciółka obserwowała ptaki w mieście. Przecież obserwatorzy na ogół robią to na plaży lub na terenach wiejskich. Nie zamierzała jednak kwestionować tego, co powiedziała Flappy, która zawsze wie lepiej.
– Podwieźć cię? – zapytała.
Flappy usiadła na siedzeniu pasażera.
– Zostawiłam Range Rovera przed pubem – wyjaśniła.
Mabel zachichotała.
– Gdyby ktoś to zobaczył, pomyślałby, że właśnie pijesz poranne piwo.
Flappy się skrzywiła.
– Nie wydaje mi się, Mabel.
– Nie, oczywiście, że nie. Masz całkowitą rację. Jeśli w Badley Compton jest ktoś, kto nie piłby piwa w pubie, to właśnie jesteś ty, Flappy. – Mabel bardzo chciała zadowolić przyjaciółkę, a ponieważ przejeżdżały właśnie wzdłuż żywopłotu, za którym znajdował się Hollyberry House, o czymś sobie przypomniała. – Pamiętasz tę parę, która usiadła w niedzielę na waszych miejscach kościele?
– To nie są nasze miejsca, Mabel – odparła Flappy, udając, że nie ma nic przeciwko temu.
– Cóż, oficjalnie nie, ale wszyscy wiedzą, że ty i Kenneth zawsze tam siadacie.
– Wiesz coś o nich, o tej parze? – Wpatrywała się w widok za szybą w poszukiwaniu wydrzyka z długim ogonem, chcąc w ten sposób zademonstrować brak zainteresowania tymi ludźmi.
– Niedawno przeprowadzili się z Londynu, mieszkali w Bloomsbury. On jest jakimś specem od komputerów, a ona jest dziennikarką. Mają dwoje małych dzieci, Marthę i Rafe’a.
Flappy, która nie miała zaufania ani do specjalistów od komputerów, ani do dziennikarzy, prychnęła na znak dezaprobaty.
– Słyszałam, że wprowadzili się do Hollyberry House – rzuciła lekkim tonem. – Podobno ich ogród to dżungla. Może powinnam podesłać któregoś z moich ogrodników, żeby im doradził. To byłoby miłe, prawda?
– Ach, oczywiście – zgodziła się Mabel.
– Nic bym z tego nie miała, ale dla nich miałoby to duże znaczenie.
– Jesteś taka wspaniałomyślna, Flappy. Oni z pewnością docenią ten gest.
– Zabiorę się do tego od razu. – Flappy zamknęła oczy. – Jakoś mi uciekło ich nazwisko – dodała, co nie było prawdą, ponieważ ona nigdy niczego nie zapominała.
– Nazywają się Price. Jim i Molly Price – podpowiedziałała Mabel. – Ona była dziś rano u Dużej Mary. Sama. Zauważyłam, że wypiła tylko kawę. Przypuszczam, że nikt nie miałby takiej figury, gdyby nie odmawiał sobie croissantów i ciasta.
– Młodzi ludzie – powiedziała Flappy z westchnieniem. – W starzeniu się wspaniałe jest to, że nie trzeba już przejmować się wagą. Jak wiesz, Mabel, ja jem bardzo dużo. Są ważniejsze rzeczy do przejmowania się niż figura.
Mabel zatrzymała się przed pubem Dzwon i Smok.
– Czy mam wpaść później? – zapytała skwapliwie, ponieważ cieszyła się statusem najlepszej przyjaciółki Flappy i miała specjalny przywilej wpadania do Darnley bez zaproszenia.
– Dzisiaj mam herbatę z Heddą. Może przyjdziesz jutro na przedpołudniową kawę i zabierzesz ze sobą panie? Musimy zaplanować bal sylwestrowy.
– Bal? Myślałam, że chodzi o przyjęcie – zdziwiła się Mabel. Od lat w ratuszu odbywało się przyjęcie noworoczne.
– To będzie bal, a ja będę jego gospodynią – oznajmiła Flappy, która przed chwilą wpadła na ten pomysł.
Oczy Mabel rozbłysły.
– Och, Flappy, to cudownie.
– Wiem. – Bardzo z siebie zadowolona Flappy wciągnęła powietrze przez nos. Skoro Hedda Harvey-Smith mogła wydać z okazji końca lata przyjęcie, które olśniło tutejszą społeczność, to ona, Flappy Scott-Booth, może zrobić to jeszcze lepiej. – Wspaniały bal, jakiego Badley Compton nigdy nie widziało.
– Ale przyjęcie u Heddy i Charlesa było naprawdę niezwykłe – przypomniała jej Mabel. Zaprosili na nie Monty’ego Dona i zatrudnili Jasona Donovana, żeby wystąpił.
– Moje będzie jeszcze lepsze – zapewniła stanowczo Flappy, a Mabel nie miała wątpliwości, że tak się stanie.
Flappy wysiadła z samochodu. Gdy odchodziła, Mabel przyglądała się jej z zazdrością i podziwem. Oto cała ona. Po sześćdziesiątce, o figurze o wiele młodszej kobiety. Mabel pochłaniała wzrokiem świetnie skrojone spodnie przyjaciółki, jej kaszmirowy sweter, pasujący kolorem do jej akwamarynowych oczu, perfekcyjnie ostrzyżone na boba blond włosy, ładny kontur twarzy i kości policzkowe sprawiające, że twarz Flappy od razu przyciągała uwagę. Mabel pomyślała, że takie piękno osiągnięte bez wysiłku to prawdziwy cud, i westchnęła. Ona sama była mizerną imitacją, choć usilnie próbowała stać się kopią swojej przyjaciółki, która nie zdawała sobie z tego sprawy, ponieważ Mabel nigdy nie spełniała jej oczekiwań, pomagając w licznych przedsięwzięciach podejmowanych przez królową miasta. Gdyby jednak Flappy to zauważyła, byłaby bardzo zadowolona. Czyż nie jest prawdą, że naśladownictwo to najdoskonalsza forma pochlebstwa?
Flappy wracała do domu, słuchając Dolly Parton. Gdyby miała w samochodzie towarzystwo, włączyłaby jakąś klasykę, choćby Andreę Boccellego, lecz ponieważ była sama, ochoczo wtórowała Dolly, wielce zadowolona z brzmienia własnego głosu. W gruncie rzeczy gdyby jej życie ułożyło się inaczej, gdyby było w nim mniej odpowiedzialności i mniej Kennetha, mogłaby zostać piosenkarką.
Wreszcie skręciła do okazałej bramy Darnley Manor i pojechała wysadzaną drzewami aleją do domu. W odstępach między drzewami rzucała okiem na ogród, gdzie ogrodnicy w zielonych T-shirtach i spodniach przystrzygali żywopłoty z cisów i krzewy, ponieważ jesień zaczęła już dawać o sobie znać, malując liście na żółto, brązowo i czerwono. Ilekroć widziała swój dom, czuła prawdziwą satysfakcję i wdzięczność, tak, wdzięczność, ponieważ uważała, że ma wielkie szczęście jako posiadaczka tego wyjątkowo pięknego domu.
Darnley Manor rzeczywiście można by opisać jako „ważny” dom. Niezbyt okazały, ale przyjemny. Zbudowano go w osiemnastym wieku, co było bardzo szykowne, i przebudowano sto lat później; dodano wówczas na tyłach duże, przestronne pokoje z dużymi oknami szprosowymi wychodzącymi na trawnik do krokieta, gdzie Flappy organizowała przyjęcia. Dom był uroczy dzięki harmonijnym proporcjom, zbudowano go z wiekowego kamienia koloru mokrego piasku i oplatała go kwitnąca wiosną glicynia; jej zebrane w grona kwiaty miały przepiękny odcień fioletu.
Flappy zaparkowała na żwirze, obok karmelowego Jaguara swojego męża, i wysiadła. Lekkim krokiem, ponieważ była w doskonałym nastroju, wbiegła po schodach prowadzących do drzwi frontowych i wkroczyła do holu. Ledwie znalazła się w domu, u szczytu schodów pojawił się Kenneth, niski i korpulentny, w czerwonych spodniach i niebieskiej koszuli, bo już się przebrał ze stroju do golfa.
– O, jest już ktoś, kogo chciałem zobaczyć – powiedział.
– Cześć, kochanie. Jak ci poszło na golfie?
– Cholerny pies zwiał z moją piłką.
– Myślałam, że psów nie wolno wpuszczać na pole golfowe. – Flappy mówiła oczywiście o Polu Golfowym Scott-Bootha, które Kenneth założył, gdy zamieszkali w Badley Compton około trzydziestu lat wcześniej. Nienagannie utrzymane i drogie było przedmiotem dumy i radości Kennetha i wybawieniem dla Flappy, bo która żona chciałaby cały czas mieć męża w domu?
– Okropny zwierzak uciekł z czyjegoś samochodu.
– To duże zaniedbanie ze strony właściciela. Mam nadzieję, że zwróciłeś mu uwagę. Ludziom nie powinno się pozwalać na takie zachowanie.
– Miałem taki zamiar, dopóki nie odkryłem, do kogo należy ten pies.
– Do kogo? – Zainteresowanie Flappy nagle wzrosło, ponieważ Kenneth był typem człowieka, który nie odróżnia księcia od śmieciarza. W końcu pochodził z nizin i zbił fortunę na sieci fast foodów, którą następnie sprzedał za ogromne pieniądze. Flappy natomiast zauważała wszelkie niuanse związane z klasą i statusem. Zastanawiało ją, kogo Kenneth uznał za wystarczająco ważnego, by pozwolić jego psu biegać po polu golfowym.
– Do Colina Montgomery’ego – oznajmił Kenneth.
Flappy przewróciła oczami.
– Tego golfisty?
Dobry Boże, pomyślała rozczarowana. Spodziewałam się co najmniej członka rodziny królewskiej.
– To wielki człowiek. Nie mogłem mu powiedzieć, żeby zabrał psa z pola golfowego, prawda? Nawet jeśli ten cholerny zwierzak ganiał po trawie z moją piłką golfową w pysku! Co innego, gdyby wrzucił piłkę do dołka. – Kenneth schodził po schodach, chichocząc. – Właśnie rozmawiałem z Jasperem i wiesz co? – Uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko.
– Czyżby nasz syn zarabiał wreszcie wystarczająco dużo, żeby nie musiał nas prosić o spłatę debetu na jego koncie?
– Nie tym razem. On i Briony przeprowadzają się do… – Kenneth się zawahał. Miał nadzieję zrobić na żonie wrażenie, a tylko ją zirytował. Flappy nie lubiła swojej synowej, uważała ją za kobietę chcącą wspiąć się po drabinie społecznej, a do tego pretensjonalną. – Badley Compton – oznajmił Kenneth triumfalnie.
Flappy wydawała się zbulwersowana.
– Co? Przyjeżdżają tu? Żeby tu zamieszkać?
– Właściwie nie tutaj, nie do Darnley, ale zamierzają wynająć dom w mieście. Czy to nie jest dobra wiadomość? Przyjeżdżają w przyszłym tygodniu, a to znaczy, że będą tu w Boże Narodzenie!
– To trochę niespodziewane.
– Najwyraźniej planowali to od pewnego czasu.
– A więc dlaczego nas nie poinformowali?
– Są spontaniczni, Flappy. Tacy są ludzie z antypodów, wiesz. Spontaniczni.
– Ja to nazywam pokrzyżowaniem moich planów.
– Będzie miło mieć, dla odmiany, jedno z naszych dzieci w naszym kraju.
Szkoda, że Jasper nie może zostawić swojej żony w Australii, pomyślała Flappy, wolała jednak nie mówić tego głośno. Była przecież kobietą mającą nadzwyczaj dobre maniery.
– To wspaniała wiadomość! – wykrzyknęła radośnie, ponieważ jeśli istniała jedna rzecz, w której Flappy była dobra, była nią gra w zadowolenie, gdy zachodziła taka potrzeba. – Chodźmy na lunch – zaproponowała. – Właśnie odkryłam, kto się wprowadził do Hollyberry House. Chodź, wszystko ci o nich opowiem.
– Czy ten człowiek gra w golfa? – zapytał Kenneth z nadzieją, wchodząc za żoną do kuchni.
– Raczej nie, kochanie. Wygląda na ten typ mężczyzny, który czuje się jak w domu w modnym barze w Soho, gdzie popija wytrawne martini, a nie na polu golfowym przy trzecim dołku. Badley Compton strasznie go rozczaruje. My tutaj nie gonimy za modą. Jim i Molly Price to robią. – Kenneth dobrze wiedział, że zdaniem jego żony „modne” oznaczało także „bardzo pospolite”.
Zjedli, a z przerwy na lunch wróciła Persephone, dwudziestoośmioletnia osobista asystentka Flappy. Persephone spędziła przerwę na ławce w ogrodzie, rozkoszując się jesiennym słońcem i śpiewem ptaków. Flappy zatrudniła ją pod koniec sierpnia; potrzebowała pomocy, ponieważ wzięła na siebie tak dużo obowiązków, że nawet kobiecie takiej jak ona, mistrzyni wielozadaniowości, trudno było się z nimi uporać. Persephone, ładna dziewczyna o brązowych włosach i oczach, z piegami na nosie, była miła i życzliwa, sprawna i rzetelna, a co najważniejsze dyskretna. Flappy niczym nie brzydziła się bardziej niż plotkami, zwłaszcza gdy dotyczyły jej. W razie absolutnej konieczności dozwolona była odrobina plotek o innych osobach. Persephone nie plotkowała i między innymi dlatego Flappy ją polubiła. Wiedziała, że cokolwiek ta dziewczyna zobaczy lub usłyszy w Darnley, nie stanie się to pożywką dla plotek w mieście. Z Persephone czuła się bezpieczna. Czyż asystentka nie sprawdziła się ostatnio po nakryciu jej w objęciach Charlesa Harvey-Smitha podczas przyjęcia wydanego przez Harvey-Smithów na zakończenie lata? Flappy wiedziała, że może liczyć na to, że w razie konieczności Persephone będzie trzymała buzię na kłódkę.
– Dobrze, Persephone, bierzmy się do pracy – powiedziała Flappy, wkraczając do biblioteki, gdzie przy oknie stało biurko asystentki.
Dziewczyna się uśmiechnęła.
– Nie wzięłaś na siebie kolejnego zadania, prawda, Flappy? – zapytała, zwracając się do szefowej po imieniu. Po wpadce na przyjęciu Flappy nalegała, by skończyły z tą etykietą. W drodze powrotnej z przyjęcia przyznała się Persephone do romansu i w ten sposób asystentka osobista awansowała na powierniczkę. Córki Flappy mieszkały w Kanadzie i Australii, nie mogła więc dzielić z nimi swoich trosk i była szczęśliwa, że może zwierzyć się Persephone.
– Wzięłam. Coś naprawdę małego, a przy tym nic, z czym ty i ja nie mogłybyśmy sobie poradzić. Zamierzam zorganizować bal noworoczny.
– Boże, jaki cudowny pomysł!
Flappy ucieszyła się, że Persephone podziela jej entuzjazm, nie była jednak zaskoczona. Był to kolejny powód, dla którego ją zatrudniała. Ta dziewczyna miała krzepiące nastawienie „da się zrobić”, podobnie jak sama Flappy. Cecha godna podziwu. Jedna z najlepszych cech Flappy.
– Bal musi być wyjątkowy, niepowtarzalny. W rodzaju tych, o których ludzie rozmawiają przez lata. Opowiadają o nim wnukom, wspominając najlepsze chwile w swoim życiu.
– Jakie to ekscytujące! – wykrzyknęła Persephone.
Flappy zmrużyła oczy.
– Potrzebujemy motywu przewodniego.
– A czy Nowy Rok nie jest sam w sobie motywem przewodnim?
– Potrzebujemy czegoś bardziej oryginalnego. Czegoś mocniejszego. To nie może być Nowy Rok taki jak u wszystkich innych. Musimy dodać coś wyjątkowego. – Flappy wyciszyła burzę w swoim mózgu; robiła to zawsze, gdy musiała się skoncentrować. – Bal maskowy! – wykrzyknęła po chwili. – Wenecki bal kostiumowy. – Wyobraziła sobie siebie we wspaniałej sukni wzorowanej na strojach z obrazów weneckich mistrzów renesansu, i uśmiechnęła się z satysfakcją. – Tak, un ballo in maschera – powiedziała po włosku, ponieważ wśród jej rozlicznych talentów był także, oczywiście, talent językowy. – Che meraviglia!
Persephone była podekscytowana. Także jej spodobał się pomysł wystąpienia w pięknej szacie.
– A więc namiot musi być w stylu włoskim.
– Musi wyglądać jak Wenecja – stwierdziła Flappy stanowczo. – Z kanałem i mostem. Da się to zrobić?
– Będzie kosztowało, ale jestem pewna, że znajdziemy kogoś, kto to zrobi.
– Doskonale. Co za wspaniały sposób wydawania czyichś pieniędzy. – Flappy wiedziała, że Kenneth się zgodzi. Jak nikt inny uwielbiał przyjęcia.
– Przygotowania zostaw mnie – powiedziała Persephone, otwierając notes. U góry strony napisała dużymi literami: ballo in maschera Flappy. – Ty musisz zrobić listę gości.
Flappy błyszczały oczy, gdy zastanawiała się nad udoskonaleniem swojego pomysłu.
– Nie będziemy oszczędzać na detalach. Na stołach będą złote kielichy, migające gwiazdy na suficie i gondole na kanale. Może uda nam się wynająć kilku włoskich gondolieri, żeby wmieszali się w tłum gości w tych swoich pasiastych koszulach i kapeluszach z czerwonymi wstążkami. Molto chic, no?
Persephone, która mówiła płynnie po włosku, hiszpańsku i francusku, uśmiechała się, słysząc włoski szefowej, ponieważ wiedziała, jak bardzo jest on ubogi. Nikt inny nie zdawał sobie z tego sprawy. Przyjaciółki Flappy uważały, że mówi ona melodyjnym językiem Dantego.
– Badley Compton nie wie, co je czeka – powiedziała Persephone.
– Tal quale, tak właśnie myślałam – dodała Flappy.
Punktualnie o czwartej – Flappy przywiązywała dużą wagę do punktualności – lśniący szary Range Rover Flappy przejechał przez bramę Compton Court. Z samochodu dochodziły głośne dźwięki Królowej Nocy Mozarta; tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś słuchał. Na końcu długiej, krętej drogi stał okazały georgiański dom Charlesa i Heddy. Flappy musiała przyznać, że jest piękny. Aby nie poczuć zazdrości – ponieważ zazdrość nie przystoi kobiecie obdarzonej wszystkimi dobrami materialnym – przypomniała sobie, że w Compton Court nie ma basenu. A basen w Darnley był naprawdę wspaniały, łączył w sobie zalety basenu krytego i otwartego dzięki ścianie ze szkła z wyjściem na taras i ogród. Po naciśnięciu guzika ściana się rozsuwała i można było pływać na słońcu i świeżym powietrzu. Parkując samochód przed klasycystyczną fasadą, Flappy intensywnie myślała o basenie.
Johnson, kamerdyner, otworzył drzwi i zaprowadził ją do salonu.
– Zawiadomię panią Harvey-Smith, że pani przyszła – oznajmił i zostawił Flappy samą, by mogła podziwiać obrazy na ścianach i zdjęcia w srebrnych ramkach na stolikach. Flappy, w przeciwieństwie do Heddy, skrupulatnie dbała o porządek. Pokój był przyjemny, choć nieco zabałaganiony. Na stoliku kawowym walały się czasopisma, na innych stolikach zalegały różne przedmioty i cacka, a poduszki ułożone byle jak na sofach i fotelach do niczego nie pasowały kolorystycznie. To bardzo angielski salon, pomyślała Flappy, a przy tym arystokratyczny. W końcu Hedda była bratanicą markiza. Gdy Flappy przypomniała sobie o pochodzeniu nowej przyjaciółki, jej chęć rywalizacji mocno osłabła, ponieważ królowa Badley Compton nie mogła rywalizować z arystokratką, nie mogła też nic poradzić na to, że arystokracja jej imponowała. Tytuł sprawiał, że czuła się dziwnie uległa. To uczucie przynosiło ulgę, ponieważ jeśli była jedna rzecz, którą Flappy się brzydziła, była nią gra w prześciganie się; wystarczająco męczące było już utrzymanie się na szczycie.
Właśnie miała usiąść, gdy w szklanych drzwiach na taras ukazał się Charles. Flappy wstrzymała oddech. Charles był niewiarygodnie przystojny. Miał gęste siwe włosy, długi prosty nos, zmysłowe usta i zdumiewające zielone oczy, jakich nie widziała u nikogo. Naprawdę były absurdalnie zielone jak nefryt. Pierwszą reakcją na jego widok było podekscytowanie. Jakże uwielbiała te popołudnia, gdy się kochali w domku na terenie Darnley Manor.
– Piękna! – wykrzyknął Charles, wchodząc do salonu. Stanął niebezpiecznie blisko, jakby chciał ją objąć. Flappy bardzo pragnęła znaleźć się w tych silnych ramionach i poczuć pocałunek tych delikatnych zmysłowych ust.
Cofnęła się niczym spłoszona łania.
– Cześć, Charlesie – przywitała się powściągliwie, całą siłą woli zamykając w klatce drzemiącą w niej bestię, która zaledwie parę tygodni wcześniej była wolna i nieokiełznana.
– Wyglądasz olśniewająco.
– Dziękuję – powiedziała, a gdy on zrobił krok w jej kierunku, przesunęła się za sofę.
Charles zmarszczył brwi.
– Nie przywitasz się ze mną, Piękna? Czy nie zasłużyłem na całusa? No chodź. Skąd ta nagła powściągliwość? – Ściszył głos. – Tylko jeden raz.
– Charlesie, to skończone – syknęła, spoglądając niespokojnie na drzwi. Wiedziała, że Hedda może wejść w każdej chwili.
Charles uśmiechnął się szelmowsko; Flappy uwielbiała kiedyś ten uśmieszek, teraz jednak przeszedł ją dreszcz.
– To się nigdy nie skończy, Piękna. Zaszłaś mi za skórę. Myślę o tobie w każdej minucie każdego dnia. Miłości nie można tak po prostu wyrzucić jak ogryzek.
– To nie była miłość, Charlesie. Dobrze o tym wiesz.
Z lubieżnym uśmiechem wodził wzrokiem po jej ciele, łapczywie pożerając każdy jego centymetr.
– Masz rację. To było także pożądanie. Przepyszne, niebezpieczne pożądanie. Pamiętasz, jak cię wynosiłem na szczyty przyjemności? Oczywiście pamiętała; policzki jej poczerwieniały. – Nigdy nie miałaś dość. Nie udawaj, że zapomniałaś. Znów możemy to zrobić.
Flappy usłyszała kroki na korytarzu. Podniosła głowę i oznajmiła swoim najbardziej władczym tonem: – Nie, Charlesie, musisz zachowywać się przyzwoicie. Hedda jest moją przyjaciółką, nie zdradzę jej.
W tym momencie, jak przewidziała, do salonu weszła Hedda. Rzuciła mężowi spojrzenie pełne dezaprobaty, takie, jakimi karci się niegrzeczne dzieci.
– Chcesz mnie zdenerwować, Charlesie? – zapytała. – Przepraszam, Flappy.
– Cóż, zostawię panie – powiedział ani trochę nie zakłopotany. – Miło cię widzieć, Flappy. Gdybym nie wiedział, pomyślałbym, że jest wiosna.
Wyszedł z salonu, a Flappy odetchnęła z ulgą.
– Heddo – powiedziała, obejmując przyjaciółkę.
– Flappy. Usiądźmy. Mamy wiele do omówienia. Powiedz mi, czy odkryłaś, kim są ci ludzie, którzy w niedzielę usiedli w kościele na miejscach twoim i Kennetha? Umieram z ciekawości.
– Co z tym zrobimy? – zapytała Hedda, odgryzając kęs ciastka czekoladowego. Flappy zrezygnowała z ciastka, choć wyglądało na bardzo smakowite.
– Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu siedzieli na naszych miejscach – skłamała Flappy i upiła łyk herbaty z filiżanki z delikatnej chińskiej porcelany kostnej. Najlepszej porcelany. Z pewnością Hedda ją odziedziczyła, pomyślała z aprobatą. – Ale naprawdę nie chcę, żeby tam siedzieli w każdą niedzielę.
– Trzeba im o tym powiedzieć – stwierdziła stanowczo Hedda. Oni nie mogą tak po prostu wprowadzać się do Hollyberry House i zajmować miejsca w pierwszej ławce w kościele. To jest aroganckie. Czy oni nie mają szacunku dla osób takich jak ty i Kenneth, którzy od lat mieszkają w Badley Compton?
– Przypuszczam, że uważają się za bardzo ważnych – powiedziała Flappy.
Hedda rozmyślała o tym przez chwilę, zlizując czekoladę z palców.
– Tak, sądzę, że masz rację – zgodziła się.
– Ale musimy zdobyć się na wyrozumiałość – dodała stanowczo Flappy. – Mogli nie wiedzieć, że to są nasze miejsca, przecież dopiero co się przeprowadzili, prawda? Może przypuszczali, że mogą usiąść gdziekolwiek.
– Jestem pewna, że będą zawstydzeni, gdy się o tym dowiedzą – stwierdziła Hedda.
– Jasne, że będą – przyznała Flappy zadowolona, że udało jej się okazać wspaniałomyślność. Przecież nie byłoby dobrze kogoś osądzać, skoro ona brzydziła się osądzaniem u innych ludzi. – Oni są z miasta. Miastowi nie mają pojęcia, jak się u nas załatwia sprawy.
– No to im powiemy. Delikatnie i życzliwie. Ale jasno i wyraźnie – postanowiła Hedda.
– Dla ich własnego dobra – dodała Flappy.
– Kolacja tutaj, w Compton Court, z tobą i Kennethem?
– I Grahamem – zasugerowała Flappy. Przy takich okazjach zawsze dobrze jest zaprosić pastora, aby przydać wydarzeniu atmosferę powagi.
– Dobry pomysł, choć jego żona, jak jej tam, jest straszliwie nudna.
– Danie bez soli – przytaknęła Flappy. – Choć nigdy przenigdy nie mówię o nikim źle.
– On jest solą, czyż nie? – zauważyła Hedda; spodobała jej się ta przenośnia. – Bez niego ona byłaby nikim. Ale razem tworzą zgrany duet. Tak, kolacja na przywitanie Price’ów w społeczności. Ludzie byli tacy życzliwi, gdy się tu wprowadziliśmy. To właśnie jest cudowne w Badley Compton. Tego rodzaju wspólnota jest w dzisiejszych czasach rzadkością. Jestem pewna, że oni to zrozumieją.
– Oczywiście, że tak – zgodziła się Flappy zadowolona, że ma w tej sprawie sojuszniczkę. Potężną sojuszniczkę. Bratanicę markiza, ni miej, ni więcej. – A my im wybaczymy i serdecznie powitamy.
Hedda wzięła z talerza drugie ciastko.
– Jesteś pewna, że nie chcesz spróbować? Są boskie.
– Wyglądają smakowicie – odparła Flappy. – Ale ja mam twarde zasady, jeśli chodzi o utrzymanie figury. Gdybym teraz je złamała, straciłabym umiar i gdzie bym się znalazła? Byłabym gruba i nieszczęśliwa i nie zmieściłabym się w żadne z moich ubrań. – A Flappy miała naprawdę piękne ubrania.
Hedda zaśmiała się chrapliwie.
– Ja mam to już za sobą. – Ugryzła kęs ciastka. – Jestem o wiele za stara, żeby się martwić o talię. Gdy moje ubrania robią się za małe, po prostu kupuję większe. Przestałam się przejmować figurą lata temu i nigdy nie byłam szczęśliwsza.
Flappy przyjrzała się przyjaciółce, jej korpulentnej budowie, niestarannie ufarbowanym włosom, niemodnemu ubraniu, ustom pełnym ciasta i uznała, że Hedda jest rzeczywiście szczęśliwa. Nie puszy się, niczego nie udaje, nie pragnie być kimś innym, niż jest. Zupełnie jak Flappy. Właśnie dlatego tak bardzo ją lubiła. Mimo że tak bardzo różniły się budową ciała, wyczuciem stylu (Hedda zupełnie go nie miała) i oczywiście pochodzeniem (Flappy nie mogła temu zaprzeczyć) naprawdę były jak dwie krople wody.
– Może weźmiesz ciastka dla Persephone? – podsunęła Hedda. – Poproszę Johnsona, żeby je zapakował. Ona i George są uroczy razem, prawda?
– Młodzieńcza miłość – powiedziała Flappy i tęsknie westchnęła. Rzeczywiście brakowało jej tych upojnych, pełnych namiętności chwil z Charlesem. Zerknęła na drzwi i nagle poczuła nadzieję, że on wróci.
– Tak, młodzieńcza miłość. Oni doskonale do siebie pasują. Postąpiłaś bardzo mądrze, aranżując ich romans.
– Och, to był łut szczęścia, naprawdę. Gdybyś nie zaprosiła jej na przyjęcie, ona już by go więcej nie zobaczyła.
– Wiem, że sprawy idą ku dobremu, a Persephone jest odpowiednia dla mojego syna.
– Zgadzam się.
Hedda wezwała dzwonkiem Johnsona.
– W przyszłym tygodniu zaproszę Price’ów na kolację. Co tam masz w kalendarzu?
Flappy nie miała nic w kalendarzu, lecz zrobiła minę mającą wyrażać, że jest bardzo zajęta.
– Zdecydowanie za dużo – pożaliła się, wzdychając ze smutkiem. – Postaram się jednak znaleźć czas. Nigdy nie odwołuję kolacji, gdy dostanę lepsze zaproszenie. Ale to jest ważne. A my musimy zrobić to szybciej niż później.
– Mało powiedziane. Inaczej oni usadowią się na waszych miejscach i już się ich nie da stamtąd ściągnąć!
Z tą straszną wizją w głowie Flappy wsiadła do samochodu i wyjechała przez bramę na drogę. Wkrótce potem zatrzymała się w zatoczce postojowej. Myśl, że Price’owie zajmą jej i Kennetha miejsca w kościele nie wiadomo na jak długo, tak ją zdenerwowała, że wyjęła z torebki ciastko czekoladowe i je zjadła.
Następnego dnia rano Hedda zadzwoniła do Flappy, by jej powiedzieć, że kolacja z Price’ami oraz pastorostwem odbędzie się w przyszłym tygodniu w środę. Flappy postukała palcami po stronie otwartego kalendarza, gdzie nie było żadnego wpisu na ten dzień, i wymruczała:
– Cóż, przesunę to spotkanie na czwartek rano i zrezygnuję z kolacji, powinnam dać radę. Tak – dodała po chwili namysłu. – Mogę to zrobić, Heddo. Miło z twojej strony, że wydasz tę kolację. – A potem zapisała w kalendarzu: „Kolacja, Compton Court”.
Reszta tygodnia upłynęła jej na rozmyślaniach o własnej łaskawości wobec Price’ów. Para przyjęła zaproszenie Heddy na kolację i jak utrzymywała Mabel, zostawiła bardzo duży napiwek w dzbanku na napiwki w kawiarni Dużej Mary po tym, jak Jim pochłonął nie jedną, ale dwie porcje jej kremu cytrynowego. Oni muszą być dobrymi ludźmi, powiedziała sobie w myślach, gdy jej mózg szukał wytchnienia od wyczerpującej pracy.
W niedzielny poranek postanowiła nie pozostawiać niczego przypadkowi.
– Kenneth, kochanie, pośpiesz się. Dzisiaj powinniśmy być w kościele wcześniej! – krzyknęła, stojąc u podnóża schodów, podczas gdy jej mąż poprawiał krawat w lustrze wiszącym na ścianie na górze. Kenneth bardzo lubił ten krawat, ponieważ był to oficjalny krawat Klubu Golfowego Scott-Bootha, zaprojektowany przez jego żonę specjalnie dla członków. Różowe i szmaragdowe paski na granatowym tle. Szczyt szyku i ekstrawagancji, jak sama Flappy. Kenneth podniósł głowę, przygładził nieliczne włosy i zszedł na dół, by dołączyć do żony.
– Jeśli się denerwujesz, że ci, jak im tam, znów usiądą na naszych miejscach…
– Price’owie – przypomniała Flappy.
– Niepotrzebnie się denerwujesz. Jestem pewny, że Graham skieruje ich do jakiejś ławki z tyłu.
– Nie możemy liczyć na Grahama. To boży człowiek, a w oczach Boga wszyscy ludzie są równi. – Flappy pomaszerowała do mężowskiego Jaguara. – Nie zamierzam polegać na Grahamie – powiedziała, otwierając drzwi samochodu. W dzisiejszych czasach można polegać tylko na sobie.
Kenneth usiadł obok żony i odpalił silnik. Jaguar wydał z siebie niski pomruk. Ruszyli wiejskimi drogami do miasta, a Flappy, która zwykle zachwycała się kolorami liści i jesiennym światłem, nie była w stanie myśleć o niczym innym niż jej drogocenne miejsce w pierwszej ławce w kościele i niebezpieczeństwo jego utraty.
Przyjechali piętnaście minut wcześniej. Flappy odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że ścieżką prowadzącą do kościoła szło powoli tylko kilkoro sędziwych osób. Pomyślała z satysfakcją, że stylowi ludzie tacy jak Price’owie nigdy nie pojawiają się przedwcześnie, miejsca jej i Kennetha były więc bezpieczne.
Kroczyła nieśpiesznie, ciesząc się widokiem złocistych liści kasztanowca i ciepłym, bursztynowym światłem słonecznym padającym na ścieżkę, którą szła. Uwielbiała jesień. Tę atmosferę zadumy, przyjemnej melancholii, to rozkoszne poczucie zmiany unoszące się w powietrzu, gdy lato w końcu ustępowało, co prawda zrywami, innej porze roku, porze „mgieł i miękkiego owoców rumienia”1. Ach ten Keats, dumała, jakim był mistrzem słowa, „Powiernico sekretów Słońca”.
Wchodząc do kościoła, z ulgą zobaczyła, że staruszkowie już siedzą na swoich zwykłych miejscach. Jej ławka, jej i Kennetha, czekała na nią w imię poszanowania prawa do zasiadania na tym miejscu. Ten widok ją uszczęśliwił. Bez dalszej zwłoki zostawiła Kennetha rozmawiającego z panem Bartleyem, który opiekował się cmentarzem, podeszła do ławki i usiadła.
– Wcześnie przyszliście – zauważył Graham, gdy się pojawił, już w sutannie, aby przywitać się ze swoimi parafianami.
– Chciałam mieć trochę spokoju i pokontemplować w ciszy to piękne wnętrze i te wspaniałe kwiaty – powiedziała Flappy i wskazała głową dość żałosny bukiet umieszczony przez Esther Tennant w niszy naprzeciwko ławki. Zapisała w pamięci, że musi porozmawiać z Esther. Przecież jako przewodnicząca Komitetu Kościelnego w Badley Compton dźwigała na barkach odpowiedzialność za kwiaty do kościoła. Istniał spis zasad i norm, a Esther spełniła tylko jedno z tych wymagań.
Wkrótce kościół napełnił się wiernymi. Po tym, jak dziesiąta osoba wyraziła zdumienie, że widzi ją w ławce tak wcześnie, Flappy zaczęła tracić cierpliwość. Była jednak kobietą o wielu ukrytych talentach, po prostu się uśmiechała i odpowiadała poważnym tonem:
– Spędzenie kilku minut więcej w domu bożym jest bardzo dobre dla duszy, nie sądzicie? – A natręci wracali na swoje miejsca pełni podziwu dla jej pobożności.
Kenneth siedział już u boku żony, nabożeństwo miało się właśnie rozpocząć, gdy otworzyły się duże tylne drzwi, a po nawie przeszedł szmer niczym niemile widziany wiatr. Flappy odwróciła się, by zobaczyć, kto przyszedł tak późno, i okazać swoją dezaprobatę. Spóźnianie się do kościoła było zdecydowanie niedopuszczalne.
– Bardzo mi przykro – syknęła Molly Price, choć wcale nie było tego po niej widać. Trzymając jedno z dzieci za rękę, maszerowała nawą do pierwszej ławki. Flappy uśmiechnęła się do siebie, ponieważ ona i Kenneth byli bezpieczni na swoich miejscach. Nie istniało niebezpieczeństwo, że zostaną bezprawnie usunięci. Miała pewność, że Graham skieruje ich do tylnych ławek, bez wątpienia z wolnymi miejscami dla nowo przybyłych takich jak oni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. John Keats, Oda do jesieni, tłum. Stanisława Barańczak – wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki. [wróć]
