Śledztwo Flappy - Santa Montefiore - ebook

Śledztwo Flappy ebook

Santa Montefiore

0,0
25,50 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Flappy Scott-Booth prowadzi uporządkowane życie w urokliwej wiosce Badley Compton. Zna lokalne zwyczaje i wszystkich mieszkańców, wie kto z kim pija herbatę. Jej świat jest oparty na rytuałach, rozmowach i poczuciu wspólnoty. Do chwili, gdy w wiosce pojawia się nowa rodzina.

Małżeństwo z Londynu szybko wzbudza zainteresowanie sąsiadów. Jedni są zachwyceni, inni sceptyczni. Flappy, obdarzona niezwykłą spostrzegawczością i doskonałą pamięcią, dostrzega drobne pęknięcia w idealnym obrazie. To, co początkowo wydawało się zwykłą ciekawością, przeradza się w potrzebę zrozumienia, kim naprawdę są nowi przybysze i jak ich obecność wpłynie na delikatną sieć relacji w Badley Compton?

Santa Montefiore stworzyła pełną humoru opowieść o codzienności, zmianach i sile kobiecej intuicji. Śledztwo Flappy to historia o ludziach, ich sekretach i o tym, że czasem największą przygodą jest uważne przyjrzenie się najbliższemu otoczeniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Mojej dro­giej przy­ja­ciółce Nicole Maj­da­lany z miło­ścią i wdzięcz­no­ścią za to, że nie­zli­czoną ilość razy skło­niła mnie do śmie­chu.

Rozdział 1

Badley Comp­ton, Devon 2010

Jeśli ist­niała jedna rzecz, któ­rej Flappy nie cier­piała, było nią wtrą­ca­nie się w cudze sprawy. Naru­sza­nie czy­jejś pry­wat­no­ści było nie­godne, więc ni­gdy przeni­gdy tego nie robiła, chyba że oka­zy­wało się to abso­lut­nie nie­zbędne i jak się wyda­wało, nie­unik­nione. Teraz wła­śnie przy­szła jedna z takich chwil.

Uwa­ża­jąc, by nie zacze­pić jasnego kasz­mi­ro­wego swe­tra o kolce, kucała w krza­kach jeżyn z lor­netką w ręce i obser­wo­wała parę mło­dych ludzi sto­ją­cych przed uschniętą jabło­nią w ogro­dzie Hol­ly­berry House. Kobieta była ładna, miała brą­zowe włosy i zgrabną, smu­kłą figurę, a jej ubra­nie Flappy, zagry­za­jąc górną wargę, uznała za „typowe dla bohemy”. Mąż, męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, łysy i w oku­la­rach, miał na sobie zamszową kurtkę i dżinsy. Ci ludzie naj­wy­raź­niej prze­pro­wa­dzili się z Lon­dynu w nadziei, że znajdą tu, w Badley Comp­ton, idyl­liczny raj. Cóż, Flappy im się nie dzi­wiła. Badley Comp­ton było nie­za­prze­czal­nie uro­cze. Malow­ni­czy port z mnó­stwem nie­bie­sko­den­nych łodzi rybac­kich, kamie­niczki w stylu geo­r­giań­skim, sta­ro­świec­kie kawia­renki, księ­gar­nia, a także zżyta spo­łecz­ność, jaką nie­czę­sto spo­tyka się w nowo­cze­snym świe­cie cią­głych przy­jaz­dów i wyjaz­dów – wszystko to spra­wiało, że życie w Badley Comp­ton wyda­wało się wręcz sie­lan­kowe. A Flappy była nie­kwe­stio­no­waną kró­lową mia­steczka. Gdyby nie ona, nie byłoby spa­ja­ją­cych spo­łecz­ność let­nich imprez, wyprze­daży rze­czy uży­wa­nych, dożyn­ko­wych her­ba­tek, przy­jęć z oka­zji Hal­lo­ween, klu­bów książki czy zabaw tanecz­nych w Święto Pracy. Wszystko to działo się za sprawą nie­sa­mo­wi­tej Flappy Scott-Booth, choć ona sama ni­gdy nie przy­pi­sy­wała sobie zasług. W głębi duszy była łaskawa i życz­liwa. Lecz gdy w nie­dzielę, w kościele, para dorob­kie­wi­czów z Lon­dynu bez­czel­nie zajęła miej­sca Flappy i Ken­ne­tha Scott-Boothów w pierw­szej ławce, gdzie sia­dy­wali przez bli­sko trzy­dzie­ści lat, jej łaska­wość i życz­li­wość się koń­czyły. Coś nale­żało zro­bić.

Flappy bacz­nie obser­wo­wała tę parę. Nie sły­szała, co mówią. Mimo że była dobra wła­ści­wie we wszyst­kim, nie radziła sobie z czy­ta­niem z ust. Potem sku­piła uwagę na jabłoni i wyobra­ziła sobie, że tamci się zasta­na­wiają, czy ściąć to drzewo, czy nie. Gdyby popro­sili ją o radę eks­pertki, zasu­ge­ro­wa­łaby, aby zain­te­re­so­wali się różą hima­laj­ską. Ona sama miała jeden okaz w Darn­ley, naprawdę wspa­niały. Rze­czy­wi­ście, kiedy Flappy i Ken­neth otwie­rali w lipcu na trzy tygo­dnie ogrody w Darn­ley Manor dla publicz­no­ści – wiele pięk­nych ogro­dów – ta róża wzbu­dzała podziw i strach wśród zwie­dza­ją­cych, przy­by­łych zewsząd spe­cjal­nie po to, by ją zoba­czyć. Róża hima­laj­ska bez wąt­pie­nia nale­żała do cudów Badley Comp­ton.

Flappy skie­ro­wała lor­netkę i swoje kry­tyczne spoj­rze­nie na rabaty. Bie­dac­twa, praw­dziwe bie­dac­twa, pomy­ślała, czu­jąc Scha­den­freude, co, gdyby zda­wała sobie z tego sprawę, powinno ją zawsty­dzić. Była jed­nak dogod­nie nie­świa­doma mniej łaska­wej i życz­li­wej strony swo­jej natury. W zaro­śnię­tych ogro­dach Hol­ly­berry House pano­wał nie­sły­chany bała­gan, przy­wró­ce­nie w nich porządku wyma­gało ogrom­nej pracy. Wes­tchnęła na myśl o pechu tam­tej pary i pomy­ślała o swoim nie­wia­ry­god­nym szczę­ściu – miała w Darn­ley małą armię ogrod­ni­ków, któ­rzy bar­dzo dbali o rabaty, traw­niki, arbo­re­tum i sady. Zasta­na­wiała się, kogo ta nie­szczę­sna para zatrudni do usu­nię­cia plą­ta­niny chwa­stów i czar­nego bzu, któ­rym obrósł ich nowy dom. Opu­ściła lor­netkę. Jedno było jasne – młode mał­żeń­stwo tu przy­było i tu pozo­sta­nie.

Wydo­stała się z krza­ków na drogę i wygła­dziła spodnie. W tej samej chwili zoba­czyła zna­jo­mego żół­tego Volks­wa­gena. Mabel, jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, a nie­ofi­cjal­nie dama dworu, pochy­lała się nad kie­row­nicą cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wana na dro­dze. Na widok Flappy zer­k­nęła w lusterko wsteczne i stwier­dziw­szy, że nie ma nikogo na ogo­nie, zatrzy­mała się. Opu­ściła szybę.

– Flappy! – zawo­łała, od razu zauwa­ża­jąc lor­netkę. – Co ty robisz?

Ta pod­nio­sła głowę i uśmiech­nęła się wynio­śle, jakby ją zasko­czyło, że Mabel sama się nie domy­śliła, choć rzecz była cał­kiem oczy­wi­sta.

– Obser­wuję ptaki, Mabel – odparła. – Wypa­trzy­łam wła­śnie nie­zwy­kle rzad­kiego wydrzyka dłu­go­ster­nego, nie mylić z wydrzy­kiem żół­to­szyim. Łatwo je pomy­lić. – Tak naprawdę nie miała poję­cia, jak wyglą­dają te ptaki, sły­szała jed­nak kilka dni wcze­śniej w lokal­nych wia­do­mo­ściach roz­mowę dwóch nor­we­skich obser­wa­to­rów pta­ków o wydrzy­kach. Jeśli Flappy była w czymś dobra, to w wyła­wia­niu infor­ma­cji z pamięci, gdy zacho­dziła taka potrzeba. Miała rze­czy­wi­ście nad­zwy­czajną pamięć, a to był pierw­szo­rzędny tego przy­kład.

Na Mabel te słowa zro­biły odpo­wied­nie wra­że­nie, choć tro­chę ją zdzi­wiło, że przy­ja­ciółka obser­wo­wała ptaki w mie­ście. Prze­cież obser­wa­to­rzy na ogół robią to na plaży lub na tere­nach wiej­skich. Nie zamie­rzała jed­nak kwe­stio­no­wać tego, co powie­działa Flappy, która zawsze wie lepiej.

– Pod­wieźć cię? – zapy­tała.

Flappy usia­dła na sie­dze­niu pasa­żera.

– Zosta­wi­łam Range Rovera przed pubem – wyja­śniła.

Mabel zachi­cho­tała.

– Gdyby ktoś to zoba­czył, pomy­ślałby, że wła­śnie pijesz poranne piwo.

Flappy się skrzy­wiła.

– Nie wydaje mi się, Mabel.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Masz cał­ko­witą rację. Jeśli w Badley Comp­ton jest ktoś, kto nie piłby piwa w pubie, to wła­śnie jesteś ty, Flappy. – Mabel bar­dzo chciała zado­wo­lić przy­ja­ciółkę, a ponie­waż prze­jeż­dżały wła­śnie wzdłuż żywo­płotu, za któ­rym znaj­do­wał się Hol­ly­berry House, o czymś sobie przy­po­mniała. – Pamię­tasz tę parę, która usia­dła w nie­dzielę na waszych miej­scach kościele?

– To nie są nasze miej­sca, Mabel – odparła Flappy, uda­jąc, że nie ma nic prze­ciwko temu.

– Cóż, ofi­cjal­nie nie, ale wszy­scy wie­dzą, że ty i Ken­neth zawsze tam sia­da­cie.

– Wiesz coś o nich, o tej parze? – Wpa­try­wała się w widok za szybą w poszu­ki­wa­niu wydrzyka z dłu­gim ogo­nem, chcąc w ten spo­sób zade­mon­stro­wać brak zain­te­re­so­wa­nia tymi ludźmi.

– Nie­dawno prze­pro­wa­dzili się z Lon­dynu, miesz­kali w Blo­oms­bury. On jest jakimś spe­cem od kom­pu­te­rów, a ona jest dzien­ni­karką. Mają dwoje małych dzieci, Mar­thę i Rafe’a.

Flappy, która nie miała zaufa­nia ani do spe­cja­li­stów od kom­pu­te­rów, ani do dzien­ni­ka­rzy, prych­nęła na znak dez­apro­baty.

– Sły­sza­łam, że wpro­wa­dzili się do Hol­ly­berry House – rzu­ciła lek­kim tonem. – Podobno ich ogród to dżun­gla. Może powin­nam pode­słać któ­re­goś z moich ogrod­ni­ków, żeby im dora­dził. To byłoby miłe, prawda?

– Ach, oczy­wi­ście – zgo­dziła się Mabel.

– Nic bym z tego nie miała, ale dla nich mia­łoby to duże zna­cze­nie.

– Jesteś taka wspa­nia­ło­myślna, Flappy. Oni z pew­no­ścią doce­nią ten gest.

– Zabiorę się do tego od razu. – Flappy zamknęła oczy. – Jakoś mi ucie­kło ich nazwi­sko – dodała, co nie było prawdą, ponie­waż ona ni­gdy niczego nie zapo­mi­nała.

– Nazy­wają się Price. Jim i Molly Price – pod­po­wie­dzia­łała Mabel. – Ona była dziś rano u Dużej Mary. Sama. Zauwa­ży­łam, że wypiła tylko kawę. Przy­pusz­czam, że nikt nie miałby takiej figury, gdyby nie odma­wiał sobie cro­is­san­tów i cia­sta.

– Mło­dzi ludzie – powie­działa Flappy z wes­tchnie­niem. – W sta­rze­niu się wspa­niałe jest to, że nie trzeba już przej­mo­wać się wagą. Jak wiesz, Mabel, ja jem bar­dzo dużo. Są waż­niej­sze rze­czy do przej­mo­wa­nia się niż figura.

Mabel zatrzy­mała się przed pubem Dzwon i Smok.

– Czy mam wpaść póź­niej? – zapy­tała skwa­pli­wie, ponie­waż cie­szyła się sta­tu­sem naj­lep­szej przy­ja­ciółki Flappy i miała spe­cjalny przy­wi­lej wpa­da­nia do Darn­ley bez zapro­sze­nia.

– Dzi­siaj mam her­batę z Heddą. Może przyj­dziesz jutro na przed­po­łu­dniową kawę i zabie­rzesz ze sobą panie? Musimy zapla­no­wać bal syl­we­strowy.

– Bal? Myśla­łam, że cho­dzi o przy­ję­cie – zdzi­wiła się Mabel. Od lat w ratu­szu odby­wało się przy­ję­cie nowo­roczne.

– To będzie bal, a ja będę jego gospo­dy­nią – oznaj­miła Flappy, która przed chwilą wpa­dła na ten pomysł.

Oczy Mabel roz­bły­sły.

– Och, Flappy, to cudow­nie.

– Wiem. – Bar­dzo z sie­bie zado­wo­lona Flappy wcią­gnęła powie­trze przez nos. Skoro Hedda Harvey-Smith mogła wydać z oka­zji końca lata przy­ję­cie, które olśniło tutej­szą spo­łecz­ność, to ona, Flappy Scott-Booth, może zro­bić to jesz­cze lepiej. – Wspa­niały bal, jakiego Badley Comp­ton ni­gdy nie widziało.

– Ale przy­ję­cie u Heddy i Char­lesa było naprawdę nie­zwy­kłe – przy­po­mniała jej Mabel. Zapro­sili na nie Monty’ego Dona i zatrud­nili Jasona Dono­vana, żeby wystą­pił.

– Moje będzie jesz­cze lep­sze – zapew­niła sta­now­czo Flappy, a Mabel nie miała wąt­pli­wo­ści, że tak się sta­nie.

Flappy wysia­dła z samo­chodu. Gdy odcho­dziła, Mabel przy­glą­dała się jej z zazdro­ścią i podzi­wem. Oto cała ona. Po sześć­dzie­siątce, o figu­rze o wiele młod­szej kobiety. Mabel pochła­niała wzro­kiem świet­nie skro­jone spodnie przy­ja­ciółki, jej kasz­mi­rowy swe­ter, pasu­jący kolo­rem do jej akwa­ma­ry­no­wych oczu, per­fek­cyj­nie ostrzy­żone na boba blond włosy, ładny kon­tur twa­rzy i kości policz­kowe spra­wia­jące, że twarz Flappy od razu przy­cią­gała uwagę. Mabel pomy­ślała, że takie piękno osią­gnięte bez wysiłku to praw­dziwy cud, i wes­tchnęła. Ona sama była mizerną imi­ta­cją, choć usil­nie pró­bo­wała stać się kopią swo­jej przy­ja­ciółki, która nie zda­wała sobie z tego sprawy, ponie­waż Mabel ni­gdy nie speł­niała jej ocze­ki­wań, poma­ga­jąc w licz­nych przed­się­wzię­ciach podej­mo­wa­nych przez kró­lową mia­sta. Gdyby jed­nak Flappy to zauwa­żyła, byłaby bar­dzo zado­wo­lona. Czyż nie jest prawdą, że naśla­dow­nic­two to naj­do­sko­nal­sza forma pochleb­stwa?

Flappy wra­cała do domu, słu­cha­jąc Dolly Par­ton. Gdyby miała w samo­cho­dzie towa­rzy­stwo, włą­czy­łaby jakąś kla­sykę, choćby Andreę Boc­cel­lego, lecz ponie­waż była sama, ocho­czo wtó­ro­wała Dolly, wielce zado­wo­lona z brzmie­nia wła­snego głosu. W grun­cie rze­czy gdyby jej życie uło­żyło się ina­czej, gdyby było w nim mniej odpo­wie­dzial­no­ści i mniej Ken­ne­tha, mogłaby zostać pio­sen­karką.

Wresz­cie skrę­ciła do oka­za­łej bramy Darn­ley Manor i poje­chała wysa­dzaną drze­wami aleją do domu. W odstę­pach mię­dzy drze­wami rzu­cała okiem na ogród, gdzie ogrod­nicy w zie­lo­nych T-shir­tach i spodniach przy­strzy­gali żywo­płoty z cisów i krzewy, ponie­waż jesień zaczęła już dawać o sobie znać, malu­jąc liście na żółto, brą­zowo i czer­wono. Ile­kroć widziała swój dom, czuła praw­dziwą satys­fak­cję i wdzięcz­ność, tak, wdzięcz­ność, ponie­waż uwa­żała, że ma wiel­kie szczę­ście jako posia­daczka tego wyjąt­kowo pięk­nego domu.

Darn­ley Manor rze­czy­wi­ście można by opi­sać jako „ważny” dom. Nie­zbyt oka­zały, ale przy­jemny. Zbu­do­wano go w osiem­na­stym wieku, co było bar­dzo szy­kowne, i prze­bu­do­wano sto lat póź­niej; dodano wów­czas na tyłach duże, prze­stronne pokoje z dużymi oknami szpro­so­wymi wycho­dzą­cymi na traw­nik do kro­kieta, gdzie Flappy orga­ni­zo­wała przy­ję­cia. Dom był uro­czy dzięki har­mo­nij­nym pro­por­cjom, zbu­do­wano go z wie­ko­wego kamie­nia koloru mokrego pia­sku i opla­tała go kwit­nąca wio­sną gli­cy­nia; jej zebrane w grona kwiaty miały prze­piękny odcień fio­letu.

Flappy zapar­ko­wała na żwi­rze, obok kar­me­lo­wego Jagu­ara swo­jego męża, i wysia­dła. Lek­kim kro­kiem, ponie­waż była w dosko­na­łym nastroju, wbie­gła po scho­dach pro­wa­dzą­cych do drzwi fron­to­wych i wkro­czyła do holu. Led­wie zna­la­zła się w domu, u szczytu scho­dów poja­wił się Ken­neth, niski i kor­pu­lentny, w czer­wo­nych spodniach i nie­bie­skiej koszuli, bo już się prze­brał ze stroju do golfa.

– O, jest już ktoś, kogo chcia­łem zoba­czyć – powie­dział.

– Cześć, kocha­nie. Jak ci poszło na gol­fie?

– Cho­lerny pies zwiał z moją piłką.

– Myśla­łam, że psów nie wolno wpusz­czać na pole gol­fowe. – Flappy mówiła oczy­wi­ście o Polu Gol­fo­wym Scott-Bootha, które Ken­neth zało­żył, gdy zamiesz­kali w Badley Comp­ton około trzy­dzie­stu lat wcze­śniej. Nie­na­gan­nie utrzy­mane i dro­gie było przed­mio­tem dumy i rado­ści Ken­netha i wyba­wie­niem dla Flappy, bo która żona chcia­łaby cały czas mieć męża w domu?

– Okropny zwie­rzak uciekł z czy­je­goś samo­chodu.

– To duże zanie­dba­nie ze strony wła­ści­ciela. Mam nadzieję, że zwró­ci­łeś mu uwagę. Ludziom nie powinno się pozwa­lać na takie zacho­wa­nie.

– Mia­łem taki zamiar, dopóki nie odkry­łem, do kogo należy ten pies.

– Do kogo? – Zain­te­re­so­wa­nie Flappy nagle wzro­sło, ponie­waż Ken­neth był typem czło­wieka, który nie odróż­nia księ­cia od śmie­cia­rza. W końcu pocho­dził z nizin i zbił for­tunę na sieci fast foodów, którą następ­nie sprze­dał za ogromne pie­nią­dze. Flappy nato­miast zauwa­żała wszel­kie niu­anse zwią­zane z klasą i sta­tu­sem. Zasta­na­wiało ją, kogo Ken­neth uznał za wystar­cza­jąco waż­nego, by pozwo­lić jego psu bie­gać po polu gol­fo­wym.

– Do Colina Mont­go­mery’ego – oznaj­mił Ken­neth.

Flappy prze­wró­ciła oczami.

– Tego gol­fi­sty?

Dobry Boże, pomy­ślała roz­cza­ro­wana. Spo­dzie­wa­łam się co naj­mniej członka rodziny kró­lew­skiej.

– To wielki czło­wiek. Nie mogłem mu powie­dzieć, żeby zabrał psa z pola gol­fo­wego, prawda? Nawet jeśli ten cho­lerny zwie­rzak ganiał po tra­wie z moją piłką gol­fową w pysku! Co innego, gdyby wrzu­cił piłkę do dołka. – Ken­neth scho­dził po scho­dach, chi­cho­cząc. – Wła­śnie roz­ma­wia­łem z Jaspe­rem i wiesz co? – Uniósł brwi i uśmiech­nął się sze­roko.

– Czyżby nasz syn zara­biał wresz­cie wystar­cza­jąco dużo, żeby nie musiał nas pro­sić o spłatę debetu na jego kon­cie?

– Nie tym razem. On i Briony prze­pro­wa­dzają się do… – Ken­neth się zawa­hał. Miał nadzieję zro­bić na żonie wra­że­nie, a tylko ją ziry­to­wał. Flappy nie lubiła swo­jej syno­wej, uwa­żała ją za kobietę chcącą wspiąć się po dra­bi­nie spo­łecz­nej, a do tego pre­ten­sjo­nalną. – Badley Comp­ton – oznaj­mił Ken­neth trium­fal­nie.

Flappy wyda­wała się zbul­wer­so­wana.

– Co? Przy­jeż­dżają tu? Żeby tu zamiesz­kać?

– Wła­ści­wie nie tutaj, nie do Darn­ley, ale zamie­rzają wyna­jąć dom w mie­ście. Czy to nie jest dobra wia­do­mość? Przy­jeż­dżają w przy­szłym tygo­dniu, a to zna­czy, że będą tu w Boże Naro­dze­nie!

– To tro­chę nie­spo­dzie­wane.

– Naj­wy­raź­niej pla­no­wali to od pew­nego czasu.

– A więc dla­czego nas nie poin­for­mo­wali?

– Są spon­ta­niczni, Flappy. Tacy są ludzie z anty­po­dów, wiesz. Spon­ta­niczni.

– Ja to nazy­wam pokrzy­żo­wa­niem moich pla­nów.

– Będzie miło mieć, dla odmiany, jedno z naszych dzieci w naszym kraju.

Szkoda, że Jasper nie może zosta­wić swo­jej żony w Austra­lii, pomy­ślała Flappy, wolała jed­nak nie mówić tego gło­śno. Była prze­cież kobietą mającą nad­zwy­czaj dobre maniery.

– To wspa­niała wia­do­mość! – wykrzyk­nęła rado­śnie, ponie­waż jeśli ist­niała jedna rzecz, w któ­rej Flappy była dobra, była nią gra w zado­wo­le­nie, gdy zacho­dziła taka potrzeba. – Chodźmy na lunch – zapro­po­no­wała. – Wła­śnie odkry­łam, kto się wpro­wa­dził do Hol­ly­berry House. Chodź, wszystko ci o nich opo­wiem.

– Czy ten czło­wiek gra w golfa? – zapy­tał Ken­neth z nadzieją, wcho­dząc za żoną do kuchni.

– Raczej nie, kocha­nie. Wygląda na ten typ męż­czy­zny, który czuje się jak w domu w mod­nym barze w Soho, gdzie popija wytrawne mar­tini, a nie na polu gol­fo­wym przy trze­cim dołku. Badley Comp­ton strasz­nie go roz­cza­ruje. My tutaj nie gonimy za modą. Jim i Molly Price to robią. – Ken­neth dobrze wie­dział, że zda­niem jego żony „modne” ozna­czało także „bar­dzo pospo­lite”.

Zje­dli, a z prze­rwy na lunch wró­ciła Per­se­phone, dwu­dzie­sto­ośmio­let­nia oso­bi­sta asy­stentka Flappy. Per­se­phone spę­dziła prze­rwę na ławce w ogro­dzie, roz­ko­szu­jąc się jesien­nym słoń­cem i śpie­wem pta­ków. Flappy zatrud­niła ją pod koniec sierp­nia; potrze­bo­wała pomocy, ponie­waż wzięła na sie­bie tak dużo obo­wiąz­ków, że nawet kobie­cie takiej jak ona, mistrzyni wie­lo­za­da­nio­wo­ści, trudno było się z nimi upo­rać. Per­se­phone, ładna dziew­czyna o brą­zo­wych wło­sach i oczach, z pie­gami na nosie, była miła i życz­liwa, sprawna i rze­telna, a co naj­waż­niej­sze dys­kretna. Flappy niczym nie brzy­dziła się bar­dziej niż plot­kami, zwłasz­cza gdy doty­czyły jej. W razie abso­lut­nej koniecz­no­ści dozwo­lona była odro­bina plo­tek o innych oso­bach. Per­se­phone nie plot­ko­wała i mię­dzy innymi dla­tego Flappy ją polu­biła. Wie­działa, że cokol­wiek ta dziew­czyna zoba­czy lub usły­szy w Darn­ley, nie sta­nie się to pożywką dla plo­tek w mie­ście. Z Per­se­phone czuła się bez­pieczna. Czyż asy­stentka nie spraw­dziła się ostat­nio po nakry­ciu jej w obję­ciach Char­lesa Harvey-Smi­tha pod­czas przy­ję­cia wyda­nego przez Harvey-Smi­thów na zakoń­cze­nie lata? Flappy wie­działa, że może liczyć na to, że w razie koniecz­no­ści Per­se­phone będzie trzy­mała buzię na kłódkę.

– Dobrze, Per­se­phone, bierzmy się do pracy – powie­działa Flappy, wkra­cza­jąc do biblio­teki, gdzie przy oknie stało biurko asy­stentki.

Dziew­czyna się uśmiech­nęła.

– Nie wzię­łaś na sie­bie kolej­nego zada­nia, prawda, Flappy? – zapy­tała, zwra­ca­jąc się do sze­fo­wej po imie­niu. Po wpadce na przy­ję­ciu Flappy nale­gała, by skoń­czyły z tą ety­kietą. W dro­dze powrot­nej z przy­ję­cia przy­znała się Per­se­phone do romansu i w ten spo­sób asy­stentka oso­bi­sta awan­so­wała na powier­niczkę. Córki Flappy miesz­kały w Kana­dzie i Austra­lii, nie mogła więc dzie­lić z nimi swo­ich trosk i była szczę­śliwa, że może zwie­rzyć się Per­se­phone.

– Wzię­łam. Coś naprawdę małego, a przy tym nic, z czym ty i ja nie mogły­by­śmy sobie pora­dzić. Zamie­rzam zor­ga­ni­zo­wać bal nowo­roczny.

– Boże, jaki cudowny pomysł!

Flappy ucie­szyła się, że Per­se­phone podziela jej entu­zjazm, nie była jed­nak zasko­czona. Był to kolejny powód, dla któ­rego ją zatrud­niała. Ta dziew­czyna miała krze­piące nasta­wie­nie „da się zro­bić”, podob­nie jak sama Flappy. Cecha godna podziwu. Jedna z naj­lep­szych cech Flappy.

– Bal musi być wyjąt­kowy, nie­po­wta­rzalny. W rodzaju tych, o któ­rych ludzie roz­ma­wiają przez lata. Opo­wia­dają o nim wnu­kom, wspo­mi­na­jąc naj­lep­sze chwile w swoim życiu.

– Jakie to eks­cy­tu­jące! – wykrzyk­nęła Per­se­phone.

Flappy zmru­żyła oczy.

– Potrze­bu­jemy motywu prze­wod­niego.

– A czy Nowy Rok nie jest sam w sobie moty­wem prze­wod­nim?

– Potrze­bu­jemy cze­goś bar­dziej ory­gi­nal­nego. Cze­goś moc­niej­szego. To nie może być Nowy Rok taki jak u wszyst­kich innych. Musimy dodać coś wyjąt­ko­wego. – Flappy wyci­szyła burzę w swoim mózgu; robiła to zawsze, gdy musiała się skon­cen­tro­wać. – Bal maskowy! – wykrzyk­nęła po chwili. – Wenecki bal kostiu­mowy. – Wyobra­ziła sobie sie­bie we wspa­nia­łej sukni wzo­ro­wa­nej na stro­jach z obra­zów wenec­kich mistrzów rene­sansu, i uśmiech­nęła się z satys­fak­cją. – Tak, un ballo in maschera – powie­działa po wło­sku, ponie­waż wśród jej roz­licz­nych talen­tów był także, oczy­wi­ście, talent języ­kowy. – Che mera­vi­glia!

Per­se­phone była pod­eks­cy­to­wana. Także jej spodo­bał się pomysł wystą­pie­nia w pięk­nej sza­cie.

– A więc namiot musi być w stylu wło­skim.

– Musi wyglą­dać jak Wene­cja – stwier­dziła Flappy sta­now­czo. – Z kana­łem i mostem. Da się to zro­bić?

– Będzie kosz­to­wało, ale jestem pewna, że znaj­dziemy kogoś, kto to zrobi.

– Dosko­nale. Co za wspa­niały spo­sób wyda­wa­nia czy­ichś pie­nię­dzy. – Flappy wie­działa, że Ken­neth się zgo­dzi. Jak nikt inny uwiel­biał przy­ję­cia.

– Przy­go­to­wa­nia zostaw mnie – powie­działa Per­se­phone, otwie­ra­jąc notes. U góry strony napi­sała dużymi lite­rami: ballo in maschera Flappy. – Ty musisz zro­bić listę gości.

Flappy błysz­czały oczy, gdy zasta­na­wiała się nad udo­sko­na­le­niem swo­jego pomy­słu.

– Nie będziemy oszczę­dzać na deta­lach. Na sto­łach będą złote kie­li­chy, miga­jące gwiazdy na sufi­cie i gon­dole na kanale. Może uda nam się wyna­jąć kilku wło­skich gon­do­lieri, żeby wmie­szali się w tłum gości w tych swo­ich pasia­stych koszu­lach i kape­lu­szach z czer­wo­nymi wstąż­kami. Molto chic, no?

Per­se­phone, która mówiła płyn­nie po wło­sku, hisz­pań­sku i fran­cu­sku, uśmie­chała się, sły­sząc wło­ski sze­fo­wej, ponie­waż wie­działa, jak bar­dzo jest on ubogi. Nikt inny nie zda­wał sobie z tego sprawy. Przy­ja­ciółki Flappy uwa­żały, że mówi ona melo­dyj­nym języ­kiem Dan­tego.

– Badley Comp­ton nie wie, co je czeka – powie­działa Per­se­phone.

– Tal quale, tak wła­śnie myśla­łam – dodała Flappy.

Punk­tu­al­nie o czwar­tej – Flappy przy­wią­zy­wała dużą wagę do punk­tu­al­no­ści – lśniący szary Range Rover Flappy prze­je­chał przez bramę Comp­ton Court. Z samo­chodu docho­dziły gło­śne dźwięki Kró­lo­wej Nocy Mozarta; tak na wszelki wypa­dek, gdyby ktoś słu­chał. Na końcu dłu­giej, krę­tej drogi stał oka­zały geo­r­giań­ski dom Char­lesa i Heddy. Flappy musiała przy­znać, że jest piękny. Aby nie poczuć zazdro­ści – ponie­waż zazdrość nie przy­stoi kobie­cie obda­rzo­nej wszyst­kimi dobrami mate­rial­nym – przy­po­mniała sobie, że w Comp­ton Court nie ma basenu. A basen w Darn­ley był naprawdę wspa­niały, łączył w sobie zalety basenu kry­tego i otwar­tego dzięki ścia­nie ze szkła z wyj­ściem na taras i ogród. Po naci­śnię­ciu guzika ściana się roz­su­wała i można było pły­wać na słońcu i świe­żym powie­trzu. Par­ku­jąc samo­chód przed kla­sy­cy­styczną fasadą, Flappy inten­syw­nie myślała o base­nie.

John­son, kamer­dy­ner, otwo­rzył drzwi i zapro­wa­dził ją do salonu.

– Zawia­do­mię panią Harvey-Smith, że pani przy­szła – oznaj­mił i zosta­wił Flappy samą, by mogła podzi­wiać obrazy na ścia­nach i zdję­cia w srebr­nych ram­kach na sto­li­kach. Flappy, w prze­ci­wień­stwie do Heddy, skru­pu­lat­nie dbała o porzą­dek. Pokój był przy­jemny, choć nieco zaba­ła­ga­niony. Na sto­liku kawo­wym walały się cza­so­pi­sma, na innych sto­li­kach zale­gały różne przed­mioty i cacka, a poduszki uło­żone byle jak na sofach i fote­lach do niczego nie paso­wały kolo­ry­stycz­nie. To bar­dzo angiel­ski salon, pomy­ślała Flappy, a przy tym ary­sto­kra­tyczny. W końcu Hedda była bra­ta­nicą mar­kiza. Gdy Flappy przy­po­mniała sobie o pocho­dze­niu nowej przy­ja­ciółki, jej chęć rywa­li­za­cji mocno osła­bła, ponie­waż kró­lowa Badley Comp­ton nie mogła rywa­li­zo­wać z ary­sto­kratką, nie mogła też nic pora­dzić na to, że ary­sto­kra­cja jej impo­no­wała. Tytuł spra­wiał, że czuła się dziw­nie ule­gła. To uczu­cie przy­no­siło ulgę, ponie­waż jeśli była jedna rzecz, którą Flappy się brzy­dziła, była nią gra w prze­ści­ga­nie się; wystar­cza­jąco męczące było już utrzy­ma­nie się na szczy­cie.

Wła­śnie miała usiąść, gdy w szkla­nych drzwiach na taras uka­zał się Char­les. Flappy wstrzy­mała oddech. Char­les był nie­wia­ry­god­nie przy­stojny. Miał gęste siwe włosy, długi pro­sty nos, zmy­słowe usta i zdu­mie­wa­jące zie­lone oczy, jakich nie widziała u nikogo. Naprawdę były absur­dal­nie zie­lone jak nefryt. Pierw­szą reak­cją na jego widok było pod­eks­cy­to­wa­nie. Jakże uwiel­biała te popo­łu­dnia, gdy się kochali w domku na tere­nie Darn­ley Manor.

– Piękna! – wykrzyk­nął Char­les, wcho­dząc do salonu. Sta­nął nie­bez­piecz­nie bli­sko, jakby chciał ją objąć. Flappy bar­dzo pra­gnęła zna­leźć się w tych sil­nych ramio­nach i poczuć poca­łu­nek tych deli­kat­nych zmy­sło­wych ust.

Cof­nęła się niczym spło­szona łania.

– Cześć, Char­le­sie – przy­wi­tała się powścią­gli­wie, całą siłą woli zamy­ka­jąc w klatce drze­miącą w niej bestię, która zale­d­wie parę tygo­dni wcze­śniej była wolna i nie­okieł­znana.

– Wyglą­dasz olśnie­wa­jąco.

– Dzię­kuję – powie­działa, a gdy on zro­bił krok w jej kie­runku, prze­su­nęła się za sofę.

Char­les zmarsz­czył brwi.

– Nie przy­wi­tasz się ze mną, Piękna? Czy nie zasłu­ży­łem na całusa? No chodź. Skąd ta nagła powścią­gli­wość? – Ści­szył głos. – Tylko jeden raz.

– Char­le­sie, to skoń­czone – syk­nęła, spo­glą­da­jąc nie­spo­koj­nie na drzwi. Wie­działa, że Hedda może wejść w każ­dej chwili.

Char­les uśmiech­nął się szel­mow­sko; Flappy uwiel­biała kie­dyś ten uśmie­szek, teraz jed­nak prze­szedł ją dreszcz.

– To się ni­gdy nie skoń­czy, Piękna. Zaszłaś mi za skórę. Myślę o tobie w każ­dej minu­cie każ­dego dnia. Miło­ści nie można tak po pro­stu wyrzu­cić jak ogry­zek.

– To nie była miłość, Char­le­sie. Dobrze o tym wiesz.

Z lubież­nym uśmie­chem wodził wzro­kiem po jej ciele, łap­czy­wie poże­ra­jąc każdy jego cen­ty­metr.

– Masz rację. To było także pożą­da­nie. Prze­pyszne, nie­bez­pieczne pożą­da­nie. Pamię­tasz, jak cię wyno­si­łem na szczyty przy­jem­no­ści? Oczy­wi­ście pamię­tała; policzki jej poczer­wie­niały. – Ni­gdy nie mia­łaś dość. Nie uda­waj, że zapo­mnia­łaś. Znów możemy to zro­bić.

Flappy usły­szała kroki na kory­ta­rzu. Pod­nio­sła głowę i oznaj­miła swoim naj­bar­dziej wład­czym tonem: – Nie, Char­le­sie, musisz zacho­wy­wać się przy­zwo­icie. Hedda jest moją przy­ja­ciółką, nie zdra­dzę jej.

W tym momen­cie, jak prze­wi­działa, do salonu weszła Hedda. Rzu­ciła mężowi spoj­rze­nie pełne dez­apro­baty, takie, jakimi karci się nie­grzeczne dzieci.

– Chcesz mnie zde­ner­wo­wać, Char­le­sie? – zapy­tała. – Prze­pra­szam, Flappy.

– Cóż, zosta­wię panie – powie­dział ani tro­chę nie zakło­po­tany. – Miło cię widzieć, Flappy. Gdy­bym nie wie­dział, pomy­ślał­bym, że jest wio­sna.

Wyszedł z salonu, a Flappy ode­tchnęła z ulgą.

– Heddo – powie­działa, obej­mu­jąc przy­ja­ciółkę.

– Flappy. Usiądźmy. Mamy wiele do omó­wie­nia. Powiedz mi, czy odkry­łaś, kim są ci ludzie, któ­rzy w nie­dzielę usie­dli w kościele na miej­scach twoim i Ken­ne­tha? Umie­ram z cie­ka­wo­ści.

Rozdział 2

– Co z tym zro­bimy? – zapy­tała Hedda, odgry­za­jąc kęs ciastka cze­ko­la­do­wego. Flappy zre­zy­gno­wała z ciastka, choć wyglą­dało na bar­dzo sma­ko­wite.

– Oczy­wi­ście nie mam nic prze­ciwko temu, żeby od czasu do czasu sie­dzieli na naszych miej­scach – skła­mała Flappy i upiła łyk her­baty z fili­żanki z deli­kat­nej chiń­skiej por­ce­lany kost­nej. Naj­lep­szej por­ce­lany. Z pew­no­ścią Hedda ją odzie­dzi­czyła, pomy­ślała z apro­batą. – Ale naprawdę nie chcę, żeby tam sie­dzieli w każdą nie­dzielę.

– Trzeba im o tym powie­dzieć – stwier­dziła sta­now­czo Hedda. Oni nie mogą tak po pro­stu wpro­wa­dzać się do Hol­ly­berry House i zaj­mo­wać miej­sca w pierw­szej ławce w kościele. To jest aro­ganc­kie. Czy oni nie mają sza­cunku dla osób takich jak ty i Ken­neth, któ­rzy od lat miesz­kają w Badley Comp­ton?

– Przy­pusz­czam, że uwa­żają się za bar­dzo waż­nych – powie­działa Flappy.

Hedda roz­my­ślała o tym przez chwilę, zli­zu­jąc cze­ko­ladę z pal­ców.

– Tak, sądzę, że masz rację – zgo­dziła się.

– Ale musimy zdo­być się na wyro­zu­mia­łość – dodała sta­now­czo Flappy. – Mogli nie wie­dzieć, że to są nasze miej­sca, prze­cież dopiero co się prze­pro­wa­dzili, prawda? Może przy­pusz­czali, że mogą usiąść gdzie­kol­wiek.

– Jestem pewna, że będą zawsty­dzeni, gdy się o tym dowie­dzą – stwier­dziła Hedda.

– Jasne, że będą – przy­znała Flappy zado­wo­lona, że udało jej się oka­zać wspa­nia­ło­myśl­ność. Prze­cież nie byłoby dobrze kogoś osą­dzać, skoro ona brzy­dziła się osą­dza­niem u innych ludzi. – Oni są z mia­sta. Mia­stowi nie mają poję­cia, jak się u nas zała­twia sprawy.

– No to im powiemy. Deli­kat­nie i życz­li­wie. Ale jasno i wyraź­nie – posta­no­wiła Hedda.

– Dla ich wła­snego dobra – dodała Flappy.

– Kola­cja tutaj, w Comp­ton Court, z tobą i Ken­ne­them?

– I Gra­ha­mem – zasu­ge­ro­wała Flappy. Przy takich oka­zjach zawsze dobrze jest zapro­sić pastora, aby przy­dać wyda­rze­niu atmos­ferę powagi.

– Dobry pomysł, choć jego żona, jak jej tam, jest strasz­li­wie nudna.

– Danie bez soli – przy­tak­nęła Flappy. – Choć ni­gdy przeni­gdy nie mówię o nikim źle.

– On jest solą, czyż nie? – zauwa­żyła Hedda; spodo­bała jej się ta prze­no­śnia. – Bez niego ona byłaby nikim. Ale razem two­rzą zgrany duet. Tak, kola­cja na przy­wi­ta­nie Price’ów w spo­łecz­no­ści. Ludzie byli tacy życz­liwi, gdy się tu wpro­wa­dzi­li­śmy. To wła­śnie jest cudowne w Badley Comp­ton. Tego rodzaju wspól­nota jest w dzi­siej­szych cza­sach rzad­ko­ścią. Jestem pewna, że oni to zro­zu­mieją.

– Oczy­wi­ście, że tak – zgo­dziła się Flappy zado­wo­lona, że ma w tej spra­wie sojusz­niczkę. Potężną sojusz­niczkę. Bra­ta­nicę mar­kiza, ni miej, ni wię­cej. – A my im wyba­czymy i ser­decz­nie powi­tamy.

Hedda wzięła z tale­rza dru­gie ciastko.

– Jesteś pewna, że nie chcesz spró­bo­wać? Są boskie.

– Wyglą­dają sma­ko­wi­cie – odparła Flappy. – Ale ja mam twarde zasady, jeśli cho­dzi o utrzy­ma­nie figury. Gdy­bym teraz je zła­mała, stra­ci­ła­bym umiar i gdzie bym się zna­la­zła? Była­bym gruba i nie­szczę­śliwa i nie zmie­ści­ła­bym się w żadne z moich ubrań. – A Flappy miała naprawdę piękne ubra­nia.

Hedda zaśmiała się chra­pli­wie.

– Ja mam to już za sobą. – Ugry­zła kęs ciastka. – Jestem o wiele za stara, żeby się mar­twić o talię. Gdy moje ubra­nia robią się za małe, po pro­stu kupuję więk­sze. Prze­sta­łam się przej­mo­wać figurą lata temu i ni­gdy nie byłam szczę­śliw­sza.

Flappy przyj­rzała się przy­ja­ciółce, jej kor­pu­lent­nej budo­wie, nie­sta­ran­nie ufar­bo­wa­nym wło­som, nie­mod­nemu ubra­niu, ustom peł­nym cia­sta i uznała, że Hedda jest rze­czy­wi­ście szczę­śliwa. Nie puszy się, niczego nie udaje, nie pra­gnie być kimś innym, niż jest. Zupeł­nie jak Flappy. Wła­śnie dla­tego tak bar­dzo ją lubiła. Mimo że tak bar­dzo róż­niły się budową ciała, wyczu­ciem stylu (Hedda zupeł­nie go nie miała) i oczy­wi­ście pocho­dze­niem (Flappy nie mogła temu zaprze­czyć) naprawdę były jak dwie kro­ple wody.

– Może weź­miesz ciastka dla Per­se­phone? – pod­su­nęła Hedda. – Popro­szę John­sona, żeby je zapa­ko­wał. Ona i Geo­rge są uro­czy razem, prawda?

– Mło­dzień­cza miłość – powie­działa Flappy i tęsk­nie wes­tchnęła. Rze­czy­wi­ście bra­ko­wało jej tych upoj­nych, peł­nych namięt­no­ści chwil z Char­le­sem. Zer­k­nęła na drzwi i nagle poczuła nadzieję, że on wróci.

– Tak, mło­dzień­cza miłość. Oni dosko­nale do sie­bie pasują. Postą­pi­łaś bar­dzo mądrze, aran­żu­jąc ich romans.

– Och, to był łut szczę­ścia, naprawdę. Gdy­byś nie zapro­siła jej na przy­ję­cie, ona już by go wię­cej nie zoba­czyła.

– Wiem, że sprawy idą ku dobremu, a Per­se­phone jest odpo­wied­nia dla mojego syna.

– Zga­dzam się.

Hedda wezwała dzwon­kiem John­sona.

– W przy­szłym tygo­dniu zapro­szę Price’ów na kola­cję. Co tam masz w kalen­da­rzu?

Flappy nie miała nic w kalen­da­rzu, lecz zro­biła minę mającą wyra­żać, że jest bar­dzo zajęta.

– Zde­cy­do­wa­nie za dużo – poża­liła się, wzdy­cha­jąc ze smut­kiem. – Posta­ram się jed­nak zna­leźć czas. Ni­gdy nie odwo­łuję kola­cji, gdy dostanę lep­sze zapro­sze­nie. Ale to jest ważne. A my musimy zro­bić to szyb­ciej niż póź­niej.

– Mało powie­dziane. Ina­czej oni usa­do­wią się na waszych miej­scach i już się ich nie da stam­tąd ścią­gnąć!

Z tą straszną wizją w gło­wie Flappy wsia­dła do samo­chodu i wyje­chała przez bramę na drogę. Wkrótce potem zatrzy­mała się w zatoczce posto­jo­wej. Myśl, że Price’owie zajmą jej i Ken­ne­tha miej­sca w kościele nie wia­domo na jak długo, tak ją zde­ner­wo­wała, że wyjęła z torebki ciastko cze­ko­la­dowe i je zja­dła.

Następ­nego dnia rano Hedda zadzwo­niła do Flappy, by jej powie­dzieć, że kola­cja z Price’ami oraz pasto­ro­stwem odbę­dzie się w przy­szłym tygo­dniu w środę. Flappy postu­kała pal­cami po stro­nie otwar­tego kalen­da­rza, gdzie nie było żad­nego wpisu na ten dzień, i wymru­czała:

– Cóż, prze­sunę to spo­tka­nie na czwar­tek rano i zre­zy­gnuję z kola­cji, powin­nam dać radę. Tak – dodała po chwili namy­słu. – Mogę to zro­bić, Heddo. Miło z two­jej strony, że wydasz tę kola­cję. – A potem zapi­sała w kalen­da­rzu: „Kola­cja, Comp­ton Court”.

Reszta tygo­dnia upły­nęła jej na roz­my­śla­niach o wła­snej łaska­wo­ści wobec Price’ów. Para przy­jęła zapro­sze­nie Heddy na kola­cję i jak utrzy­my­wała Mabel, zosta­wiła bar­dzo duży napi­wek w dzbanku na napiwki w kawiarni Dużej Mary po tym, jak Jim pochło­nął nie jedną, ale dwie por­cje jej kremu cytry­no­wego. Oni muszą być dobrymi ludźmi, powie­działa sobie w myślach, gdy jej mózg szu­kał wytchnie­nia od wyczer­pu­ją­cej pracy.

W nie­dzielny pora­nek posta­no­wiła nie pozo­sta­wiać niczego przy­pad­kowi.

– Ken­neth, kocha­nie, pośpiesz się. Dzi­siaj powin­ni­śmy być w kościele wcze­śniej! – krzyk­nęła, sto­jąc u pod­nóża scho­dów, pod­czas gdy jej mąż popra­wiał kra­wat w lustrze wiszą­cym na ścia­nie na górze. Ken­neth bar­dzo lubił ten kra­wat, ponie­waż był to ofi­cjalny kra­wat Klubu Gol­fo­wego Scott-Bootha, zapro­jek­to­wany przez jego żonę spe­cjal­nie dla człon­ków. Różowe i szma­rag­dowe paski na gra­na­to­wym tle. Szczyt szyku i eks­tra­wa­gan­cji, jak sama Flappy. Ken­neth pod­niósł głowę, przy­gła­dził nie­liczne włosy i zszedł na dół, by dołą­czyć do żony.

– Jeśli się dener­wu­jesz, że ci, jak im tam, znów usiądą na naszych miej­scach…

– Price’owie – przy­po­mniała Flappy.

– Nie­po­trzeb­nie się dener­wu­jesz. Jestem pewny, że Gra­ham skie­ruje ich do jakiejś ławki z tyłu.

– Nie możemy liczyć na Gra­hama. To boży czło­wiek, a w oczach Boga wszy­scy ludzie są równi. – Flappy poma­sze­ro­wała do mężow­skiego Jagu­ara. – Nie zamie­rzam pole­gać na Gra­ha­mie – powie­działa, otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu. W dzi­siej­szych cza­sach można pole­gać tylko na sobie.

Ken­neth usiadł obok żony i odpa­lił sil­nik. Jaguar wydał z sie­bie niski pomruk. Ruszyli wiej­skimi dro­gami do mia­sta, a Flappy, która zwy­kle zachwy­cała się kolo­rami liści i jesien­nym świa­tłem, nie była w sta­nie myśleć o niczym innym niż jej dro­go­cenne miej­sce w pierw­szej ławce w kościele i nie­bez­pie­czeń­stwo jego utraty.

Przy­je­chali pięt­na­ście minut wcze­śniej. Flappy ode­tchnęła z ulgą, gdy oka­zało się, że ścieżką pro­wa­dzącą do kościoła szło powoli tylko kil­koro sędzi­wych osób. Pomy­ślała z satys­fak­cją, że sty­lowi ludzie tacy jak Price’owie ni­gdy nie poja­wiają się przed­wcze­śnie, miej­sca jej i Ken­ne­tha były więc bez­pieczne.

Kro­czyła nie­śpiesz­nie, cie­sząc się wido­kiem zło­ci­stych liści kasz­ta­nowca i cie­płym, bursz­ty­no­wym świa­tłem sło­necz­nym pada­ją­cym na ścieżkę, którą szła. Uwiel­biała jesień. Tę atmos­ferę zadumy, przy­jem­nej melan­cho­lii, to roz­koszne poczu­cie zmiany uno­szące się w powie­trzu, gdy lato w końcu ustę­po­wało, co prawda zry­wami, innej porze roku, porze „mgieł i mięk­kiego owo­ców rumie­nia”1. Ach ten Keats, dumała, jakim był mistrzem słowa, „Powier­nico sekre­tów Słońca”.

Wcho­dząc do kościoła, z ulgą zoba­czyła, że sta­rusz­ko­wie już sie­dzą na swo­ich zwy­kłych miej­scach. Jej ławka, jej i Ken­ne­tha, cze­kała na nią w imię posza­no­wa­nia prawa do zasia­da­nia na tym miej­scu. Ten widok ją uszczę­śli­wił. Bez dal­szej zwłoki zosta­wiła Ken­ne­tha roz­ma­wia­ją­cego z panem Bar­tleyem, który opie­ko­wał się cmen­ta­rzem, pode­szła do ławki i usia­dła.

– Wcze­śnie przy­szli­ście – zauwa­żył Gra­ham, gdy się poja­wił, już w sutan­nie, aby przy­wi­tać się ze swo­imi para­fia­nami.

– Chcia­łam mieć tro­chę spo­koju i pokon­tem­plo­wać w ciszy to piękne wnę­trze i te wspa­niałe kwiaty – powie­działa Flappy i wska­zała głową dość żało­sny bukiet umiesz­czony przez Esther Ten­nant w niszy naprze­ciwko ławki. Zapi­sała w pamięci, że musi poroz­ma­wiać z Esther. Prze­cież jako prze­wod­ni­cząca Komi­tetu Kościel­nego w Badley Comp­ton dźwi­gała na bar­kach odpo­wie­dzial­ność za kwiaty do kościoła. Ist­niał spis zasad i norm, a Esther speł­niła tylko jedno z tych wyma­gań.

Wkrótce kościół napeł­nił się wier­nymi. Po tym, jak dzie­siąta osoba wyra­ziła zdu­mie­nie, że widzi ją w ławce tak wcze­śnie, Flappy zaczęła tra­cić cier­pli­wość. Była jed­nak kobietą o wielu ukry­tych talen­tach, po pro­stu się uśmie­chała i odpo­wia­dała poważ­nym tonem:

– Spę­dze­nie kilku minut wię­cej w domu bożym jest bar­dzo dobre dla duszy, nie sądzi­cie? – A natręci wra­cali na swoje miej­sca pełni podziwu dla jej poboż­no­ści.

Ken­neth sie­dział już u boku żony, nabo­żeń­stwo miało się wła­śnie roz­po­cząć, gdy otwo­rzyły się duże tylne drzwi, a po nawie prze­szedł szmer niczym nie­mile widziany wiatr. Flappy odwró­ciła się, by zoba­czyć, kto przy­szedł tak późno, i oka­zać swoją dez­apro­batę. Spóź­nia­nie się do kościoła było zde­cy­do­wa­nie nie­do­pusz­czalne.

– Bar­dzo mi przy­kro – syk­nęła Molly Price, choć wcale nie było tego po niej widać. Trzy­ma­jąc jedno z dzieci za rękę, masze­ro­wała nawą do pierw­szej ławki. Flappy uśmiech­nęła się do sie­bie, ponie­waż ona i Ken­neth byli bez­pieczni na swo­ich miej­scach. Nie ist­niało nie­bez­pie­czeń­stwo, że zostaną bez­praw­nie usu­nięci. Miała pew­ność, że Gra­ham skie­ruje ich do tyl­nych ławek, bez wąt­pie­nia z wol­nymi miej­scami dla nowo przy­by­łych takich jak oni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. John Keats, Oda do jesieni, tłum. Sta­ni­sława Barań­czak – wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki. [wróć]