Cienie w blasku księżyca - Santa Montefiore - ebook

Cienie w blasku księżyca ebook

Santa Montefiore

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W starym okazałym dworze położonym na klifach Kornwalii młoda kobieta, Pixie Tate, odnajduje listy, które otwierają drzwi do tajemnicy sprzed ponad stu lat. Zatracając się w ich czytaniu, poznaje historię wielkiej miłości, zapomnianej przez czas.

W blasku księżyca przeszłość staje się równie żywa jak teraźniejszość. Pixie podąża śladem dawnych uczuć i odkrywa, że czasem to, czego najbardziej się boimy, jest tym, czego najbardziej potrzebujemy.

Santa Montefiore po raz kolejny maluje opowieść pełną romantyzmu, piękna i melancholii. Cienie w blasku księżyca to powieść o miłości, która przekracza granice czasu – i o bliznach, które tylko miłość potrafi uleczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 468

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Anglia, 1987 rok

Pixie wsu­nęła się pod koł­drę i zwi­nęła w nogach łóżka w cia­sny kłę­bek. Krzyki docho­dzące z kuchni na dole sta­wały się coraz gło­śniej­sze, prze­bi­jały się przez deski pod­łogi niczym poci­ski. Prze­ra­żona dziew­czynka przy­tu­liła się w ciem­no­ściach do plu­szo­wego pie­ska, lecz oka­zał się on mizerną tar­czą, nie chro­nił przed zale­wem zło­ści docie­ra­ją­cym do niej przez koł­drę. Kłót­nie rodzi­ców były dla Pixie czymś aż za dobrze zna­nym, lecz za każ­dym razem okrutne słowa raniły ją tak bole­śnie, jakby sły­szała je po raz pierw­szy. Łzy pły­nące spod zaci­śnię­tych powiek moczyły baweł­niane powłoczki, a ona cze­kała, wie­dząc, że w końcu zapad­nie cisza.

Zawsze tak się działo. W chwili gdy z roz­pa­czy była już bli­ska sza­leń­stwa, poczuła to. Ten deli­katny szmer w uszach, zna­jomą ocię­ża­łość nóg i rąk, bło­gie wra­że­nie, że opusz­cza ciało, które zosta­nie w łóżku, pod­czas gdy ona unie­sie się z taką łatwo­ścią jak smuga dymu, prze­peł­niona rado­snym ocze­ki­wa­niem i wszech­ogar­nia­ją­cym poczu­ciem ulgi.

Zna­la­zła się na łące. Nie pamię­tała, kiedy odkryła to miej­sce, wie­działa jed­nak, że zna je całe życie. Już nie pła­kała. Była pewna, że nikt jej tu nie znaj­dzie. Ni­gdy się to nie zda­rzyło, sądziła więc, że na­dal się nie zda­rzy. To było jej miej­sce, tylko jej i nikogo innego.

Wzięła głę­boki oddech i delek­to­wała się zapa­chem wsi. Łagodny wiatr roz­wie­wał jej włosy, a przy­ja­zny konik polny cykał w tra­wie. Po bla­do­nie­bie­skim wie­czor­nym nie­bie pły­nęły chmury niczym łodzie z różo­wej waty. Pod chmu­rami krą­żyły mewy, także różowe. Pixie wie­działa, że ma czas – zawsze go miała – by poba­wić się w tym uro­czym miej­scu; uro­czym dla dziecka, które widziało tylko mia­sto, a trawę i kwiaty znało z parku i z małego skrawka zapusz­czo­nego ogrodu na tyłach rodzin­nego domu.

Dla Pixie ta łąka była po pro­stu upra­gnioną ucieczką od nie­przy­jem­nych sytu­acji. Była zbyt mała, żeby wie­dzieć, czym ona jest naprawdę. Przy­pusz­czała, że łąka jest w nie­bie. Wolała jed­nak nie pytać. Instynkt jej pod­po­wia­dał, że musi zacho­wać wszystko w sekre­cie, bo gdyby powie­działa rodzi­com, po pro­stu by jej nie uwie­rzyli. Mogliby nawet posą­dzić ją o kłam­stwo. Któ­re­goś dnia dowie się jed­nak, co to jest i jak nad tym zapa­no­wać. Zda sobie sprawę, jak szcze­gól­nym darem jest umie­jęt­ność wymknię­cia się z wła­snego ciała i prze­śliź­nię­cia przez zasłonę. A potem nada temu nazwę. Odpo­wied­nią nazwę. Taką, która dokład­nie okre­śli, czym jest prze­no­sze­nie się w cza­sie.

Nie wie­dząc, co przy­nie­sie przy­szłość, Pixie bawiła się w swoim pry­wat­nym nie­bie, goniła motyle i obser­wo­wała psz­czoły szu­ka­jące poży­wie­nia na sto­krot­kach i cha­brach. Nie wie­działa, że nie odbyła żad­nej podróży, że znaj­do­wała się dokład­nie w tym samym miej­scu, tylko w innym cza­sie, długo przed swo­imi naro­dzi­nami. Długo przed tym, zanim zbu­do­wano jej dom. A nawet długo przed przyj­ściem na świat dziad­ków.

Nie zda­wała sobie sprawy, gdzie jest i co ma się wyda­rzyć. Było to miłe, nie­skom­pli­ko­wane i cał­ko­wi­cie bez­pieczne.

Na razie.

Rozdział pierwszy

Korn­wa­lia, 2013 rok

Mgła znad morza osia­dła na lądzie, zaciem­niła świa­tło i spro­wa­dziła mżawkę na pola i wzgó­rza. Wil­gotne powie­trze wyda­wało się chłod­niej­sze. Owce tło­czyły się mię­dzy ska­łami, szu­ka­jąc cie­pła, choć miały na sobie weł­niane palta, a samotny kró­lik uznał, że lepiej wró­cić do nory. Bez­listne drzewa dygo­tały, rachi­tyczne gałę­zie wyda­wały się czarne na tle sza­ro­ści i tylko mewy odwa­żyły się latać; ich upiorne krzyki przy­wo­dziły na myśl lamenty po żegla­rzach, któ­rych dawno temu pochło­nęło morze. Skoń­czył się odpływ, pozo­stały po nim płyt­kie kałuże i mokry pia­sek, po któ­rym peł­zały nie­szczę­sne stwo­rze­nia pozo­sta­wione przez wodę; wszystko wokół zda­wało się ponure i nie­przy­ja­zne.

Nie był to dobry dzień na podróż, lecz Bruce i Oli­via Tal­wy­no­wie bar­dzo chcieli osiąść w swoim nowym domu w Korn­wa­lii przed Bożym Naro­dze­niem. Bruce sie­dział za kie­row­nicą lśnią­cego czar­nego range rovera, sku­pia­jąc uwagę na wygła­sza­nych melo­dyj­nym gło­sem wska­zów­kach nawi­ga­cji sate­li­tar­nej, i powoli prze­dzie­rał się przez mgłę. Miał potar­gane rude włosy, piwne oczy i sze­roką, przy­stojną twarz, na któ­rej pozo­stały ślady pew­no­ści sie­bie i daw­nego uroku, lecz malu­jące się na niej znu­że­nie przy­ga­siło blask, pozba­wiło ją pro­mien­nego uśmie­chu; ta twarz przy­po­mi­nała teraz brzo­skwi­nię pozo­sta­wioną zbyt długo w misce na owoce. Bruce był po pro­stu zmę­czony. Z kolei Oli­via, ładna blon­dynka o peł­nych życia nie­bie­skich oczach i sze­ro­kich ustach, wyda­wała się zado­wo­lona. Mimo lek­kiego nie­po­koju nie zamie­rzała się pod­dać, ponie­waż pokła­dała wiel­kie nadzieje w tej nowej przy­go­dzie.

– Czy to nie fascy­nu­jące?! – zawo­łała po raz setny ze zbyt­nim entu­zja­zmem, odwra­ca­jąc się z uśmie­chem do dwojga dzieci, gdy nawi­ga­cja oznaj­miła, że za dzie­sięć minut dotrą do celu.

Dzieci zigno­ro­wały zachwyt matki. Pięt­na­sto­letni Zach oglą­dał film na iPa­dzie. Miał brą­zowe włosy, piwne oczy, w któ­rych widać było inte­li­gen­cję, i piegi na małym, wciąż chło­pię­cym nosie. Jego młod­sza sio­stra, trzy­na­sto­let­nia Tabi­tha, mająca podob­nie jak Oli­via dłu­gie, krę­cone blond włosy i nie­bie­skie oczy marzy­cielki, patrzyła przez szybę; jej wyobraź­nię roz­bu­dziło piękno odlud­nej wsi. Naprawdę coś się w niej roz­pa­liło, mała iskierka inwen­cji twór­czej pod­sy­cana zdzi­wie­niem, że jesz­cze z tego nie wyro­sła. Bruce psio­czył na pogodę, Oli­via pró­bo­wała zacho­wać opty­mizm, Zacha pochło­nął fan­ta­styczny świat Geo­rge’a R.R. Mar­tina, a Tabi­tha widziała sznury pereł w żywo­pło­tach i bry­lanty lśniące w tra­wie, a jej eks­cy­ta­cja wzro­sła, gdy kręte drogi stały się węż­sze, a mgła pociem­niała, ponie­waż to miej­sce znaj­do­wało się nie­skoń­cze­nie daleko od jasnych, zim­nych ulic Not­ting Hill i kryło w sobie zapo­wiedź ocza­ro­wa­nia.

Nowy dom rodziny, St Sidwell Manor, stał przy końcu dłu­giej alei wie­ko­wych pla­ta­nów. Była to elż­bie­tań­ska rezy­den­cja z sza­rego kamie­nia, zbu­do­wana w kształ­cie litery E, z trzema szczy­tami w stylu holen­der­skim i wyso­kimi komi­nami na pla­nie kwa­dratu. Budowla miała przy­jemne dla oka, har­mo­nijne pro­por­cje oraz piękne, zabaw­nie i eks­tra­wa­gancko rzeź­bione szczyty, lecz coś w oknach prze­czyło pozor­nej aurze weso­ło­ści. Okna wyda­wały się patrzeć na świat z nie­chę­cią, przy­po­mi­nały oczy kogoś, kto nie życzy sobie, by mu prze­szka­dzano. A ści­ślej mówiąc, oczy kogoś, kto ostro sprze­ci­wiał się pró­bom prze­szka­dza­nia.

Co prawda, mgła nie pomo­gła. Wywo­ły­wała wra­że­nie, że dom wyła­niał się z niej niczym duch – wid­mowy galeon błą­ka­jący się po morzach i ubar­wia­jący opo­wie­ści miej­sco­wych ryba­ków, któ­rzy przy kuflu piwa w pubie lubili stra­szyć tury­stów siłami nad­przy­ro­dzo­nymi. Oli­via chciała, żeby wyszło słońce i dzieci mogły zoba­czyć roz­miary i wspa­nia­łość ogro­dów. Gdy wio­sną zoba­czyła je po raz pierw­szy, były urze­ka­jące, choć zanie­dbane. W oto­czo­nych murem ogro­dach warzyw­nych kró­lo­wały chwa­sty, ale wystar­czyło je wyple­nić; dwie oka­załe wik­to­riań­skie szklar­nie będą jak nowe po sta­ran­nym wyszo­ro­wa­niu szyb; w sadzie rosły jabło­nie i gru­sze, a roz­le­głe traw­niki Bruce będzie z przy­jem­no­ścią strzygł kosiarką. Wszystko to wyma­gało mnó­stwa pracy, ponie­waż dale­kiej krew­nej Bruce’a, która zapi­sała mu tę posia­dłość, wyraź­nie zabra­kło i pie­nię­dzy, i zapału, zosta­wiła ją więc na łasce natury. Oli­via zasta­na­wiała się, czy postą­pili roz­sąd­nie, tak pospiesz­nie sprze­da­jąc dom w Lon­dy­nie i prze­pro­wa­dza­jąc się tutaj. St Sidwell Manor znaj­do­wał się w opła­ka­nym sta­nie, a był śro­dek zimy. Co oni sobie myśleli?

Zer­k­nęła na męża. Bruce wyda­wał się spięty, chyba uwa­żał, że pod­jęli decy­zję zbyt pochop­nie, i przy­po­mniała sobie, jaki był praw­dziwy powód, dla któ­rego tak szybko porzu­cili życie w mie­ście, by prze­nieść się do posia­dło­ści na odlu­dziu. Po pro­stu od tego zale­żało zdro­wie Bruce’a. Gdy nie­ocze­ki­wa­nie poja­wiła się szansa prze­pro­wadzki, chwy­cili się jej niczym wspi­nacz liny ratun­ko­wej, choć wcale nie mieli pew­no­ści, co znajdą na końcu tej liny. Bruce potrze­bo­wał spo­koju po zała­ma­niu ner­wo­wym, do któ­rego przy­czy­nił się nara­sta­jący stres zwią­zany z jego pracą han­dlowca – Oli­via prze­ko­nała go w końcu, by zre­zy­gno­wał z tego zaję­cia – i musiał zna­leźć nowy spo­sób na życie. Przy­jemna per­spek­tywa gospo­da­ro­wa­nia na far­mie na odle­głej korn­wa­lij­skiej wsi poja­wiła się wła­śnie wtedy, gdy naj­bar­dziej tego potrze­bo­wał. Bruce niczego nie wie­dział o pracy na far­mie, ale jak ciężka mogła ona być?

Bruce zatrzy­mał samo­chód przed gan­kiem z kolum­nami. W tej samej chwili otwo­rzyły się duże drew­niane drzwi i poja­wiła się tęga, siwo­włosa kobieta w dłu­giej, czar­nej sukience i kolo­ro­wym szalu z frędz­lami, a za nią kor­pu­lentny młody męż­czy­zna o potar­ga­nych brą­zo­wych wło­sach i nie­ogo­lo­nej twa­rzy, ubrany w gruby, gra­na­towy rybacki golf i cięż­kie sznu­ro­wane buty. Oli­via i Bruce poznali już Elsę Tre­go­ning i jej syna Toma, gdy wio­sną po raz pierw­szy przy­je­chali do tego miej­sca, i uznali, że są to przy­zwo­ici, spo­kojni ludzie. Elsa pra­co­wała prze­szło pięć­dzie­siąt lat dla poprzed­niej wła­ści­cielki, pani Dela­ware, i chęt­nie by ode­szła. Oli­via pró­bo­wała zna­leźć kogoś, kto ją zastąpi, ale nikt nie odpo­wie­dział na jej ogło­sze­nie, choć przez sie­dem mie­sięcy wisiało na tablicy ogło­szeń w miej­sco­wym skle­pie. Nawet sobie nie wyobra­żała, że na wsi tak trudno zna­leźć pomoc domową. Tom zarzą­dzał farmą, podob­nie jak wcze­śniej jego nie­ży­jący już ojciec, przy­da­wał się też, gdy trzeba było porą­bać drewno czy udroż­nić rury. Wyda­wało się, że ode­tchnął z ulgą, gdy Bruce wyja­śnił, iż nie zamie­rza go zastę­po­wać, i był nieco oszo­ło­miony, gdy nowy wła­ści­ciel dodał, że ma zamiar sam pra­co­wać na roli, jeśli Tomowi wystar­czy cier­pli­wo­ści, aby go tego nauczyć. Oli­via wyczy­tała z wyrazu twa­rzy męż­czy­zny, że jego zda­niem Bruce w dżin­sach, spor­to­wych butach i dro­giej mary­narce nie wyglą­dał na kogoś, kogo łatwo będzie prze­mie­nić w far­mera.

Na szczę­ście Elsa zgo­dziła się zostać, dopóki rodzina się nie zado­mowi.

– Tak będzie naj­le­piej. Ten stary dom wymaga czasu, żeby się w nim urzą­dzić – powie­działa z mięk­kim korn­wa­lij­skim zaśpie­wem, uśmie­cha­jąc się zna­cząco. – Może być tro­chę nie­zno­śny dla nowych miesz­kań­ców.

Oli­via pomy­ślała, że to dość dziwne suge­ro­wać, że ten dom ma uczu­cia jak czło­wiek. Uznała, że to śmieszne, a Elsa jest dzi­waczką, i posta­no­wiła dać kolejne ogło­sze­nie gdzieś w dal­szej oko­licy. Gdy jed­nak gospo­dyni i jej syn zeszli ze scho­dów na żwi­rowy pod­jazd, by pomóc wnieść bagaże, Oli­via poczuła wdzięcz­ność do nich obojga, ponie­waż nie spodo­ba­łoby się jej przy­by­cie do pustego domu.

Oli­via przy­jęła z zado­wo­le­niem, że w dużym kominku w holu pali się ogień. Pło­mie­nie tań­czyły żwawo na gru­bych pola­nach, które trza­skały i wypusz­czały w powie­trze pach­nący drew­nem dym. Zatrud­niona przez nią miej­scowa firma budow­lana wyko­nała tylko nie­zbędne naprawy, jako że dom miał solidną kon­struk­cję, a w poko­jach znaj­do­wało się dużo mar­mu­ro­wych komin­ków, mnó­stwo pięk­nych sta­rych mebli i obra­zów w pozła­ca­nych ramach. Na ścia­nach wisiały też wybla­kłe gobe­liny, a pod­łogę z desek pokry­wały wytarte dywany. Oli­vii i Bruce’owi wystar­czyło jed­nak pie­nię­dzy tylko na odno­wie­nie kilku poko­jów, z któ­rych mieli korzy­stać. Chcie­liby kie­dyś wymie­nić insta­la­cję elek­tryczną i odno­wić cały budy­nek, ponie­waż nic tu nie zostało zmie­nione od cza­sów wik­to­riań­skich, ale kosz­to­wa­łoby to for­tunę. Teraz było ważne, żeby tu zamiesz­kać, a dopiero potem posta­no­wić, co należy zro­bić. Mimo że St Sidwell Manor wyglą­dał, jakby czas się w nim zatrzy­mał, był to dom jak z marzeń, a gdy dzieci pobie­gły poszu­kać swo­ich pokoi, Oli­via się uspo­ko­iła i ode­tchnęła z ulgą; podróż trwała długo, ale już byli na miej­scu. Bruce wziął ją za rękę.

– Wszystko w porządku, prawda? – zapy­tał, szu­ka­jąc w oczach żony potwier­dze­nia, bo choć decy­zja o prze­pro­wadzce była wspólna, wie­dział, że na jej pod­ję­ciu zawa­żył stan jego zdro­wia.

– Jest ide­al­nie – odparła z uspo­ka­ja­ją­cym uśmie­chem. – Ale przy­dałby mi się jesz­cze jeden swe­ter – dodała, dygo­cząc. Mimo gło­śno buzu­ją­cego ognia w kominku dom wyda­wał się zimny.

Oli­via wędro­wała spoj­rze­niem po holu i roz­my­ślała o poprzed­niej wła­ści­cielce St Sidwell Manor, tajem­ni­czej krew­nej Bruce’a; to ona zapi­sała mu w testa­men­cie całą posia­dłość. Bruce ni­gdy o niej nie sły­szał, a ona niczego nie wyja­śniła, oświad­czyła tylko, że Bruce jest jej naj­bliż­szym żyją­cym krew­nym. Nie zajęło dużo czasu odkry­cie, że Dela­ware nazwała się po mężu, a jej nazwi­skiem panień­skim było Pen­go­wer. Elsa powie­działa im wio­sną, że Pen­go­werowie zbu­do­wali ten dom za pano­wa­nia Elż­biety Pierw­szej i miesz­kali w nim nie­prze­rwa­nie przez ponad czte­ry­sta lat. Bruce prze­pro­wa­dził krót­kie poszu­ki­wa­nia i dowie­dział się, że wśród jego przod­ków nie było nikogo o nazwi­sku Dela­ware lub Pen­go­wer, ale jakie to miało zna­cze­nie? Pani Dela­ware zapi­sała mu posia­dłość i to bar­dzo miło z jej strony.

Ten dom jest o wiele za duży dla nich czworga, pomy­ślała Oli­via, wędru­jąc po ogrom­nym salo­nie o wyso­kim, zdo­bio­nym sufi­cie i rów­nież wyso­kich, wie­lo­dziel­nych oknach. Zasta­na­wiała się, jak pani Dela­ware mogła miesz­kać tu sama tak długo. To z pew­no­ścią nie był dom dla jed­nej osoby, lecz dla dużej rodziny i dużego zastępu służby. Oli­via nie wybra­łaby takiej rezy­den­cji na miej­sce do życia, ale gdy przy­je­chała tu po raz pierw­szy ład­nego dnia przed dzie­wię­cioma mie­sią­cami, zako­chała się w tym domu, bez wąt­pie­nia wspa­nia­łym i dają­cym nadzieję na spo­kojne, słu­żące zdro­wiu życie. Wła­śnie w tym miej­scu biedny, zała­many Bruce mógłby wró­cić do sie­bie, a Oli­via mia­łaby pra­cow­nię, gdzie mogłaby malo­wać. Na swoje miej­sce do pracy wybrała przy­jemny pokój dzienny z wido­kiem na ogród. Nie musia­łaby już ilu­stro­wać ksią­żek przy stole kuchen­nym, nie prze­szka­dza­łyby jej dzieci i dzwo­nek do drzwi bez końca obwiesz­cza­jący kolejne dostawy z Ama­zona. Będzie wspa­niale.

Z przy­jem­no­ścią myślała rów­nież o bli­sko­ści morza odle­głego od domu o zale­d­wie kilka kilo­me­trów. Czy to nie cudow­nie, że można wędro­wać po plaży? Spa­ce­ro­wać boso po pia­sku, ile­kroć ma się na to ochotę? Leżeć na ple­cach w słońcu i słu­chać deli­kat­nego plu­sku fal? Spoj­rzała przez małe pro­sto­kątne szybki okienne na ogród, wciąż nie­wi­doczny z powodu mgły i zapa­da­ją­cego zmroku, i pró­bo­wała go sobie wyobra­zić. Wszystko okaże się piękne, gdy wyj­dzie słońce, powie­działa sobie sta­now­czo.

Ode­szła od okna i nagle poczuła się znie­chę­cona roz­mia­rami tego pokoju. Nie przy­wy­kła do tak dużej prze­strzeni. Nie wie­działa, co z nią zro­bić. Czuła się przy­tło­czona i przez okropną chwilę wąt­piła, czy da sobie radę. Oczy­wi­ście, że zosta­wie­nie domu, przy­ja­ciół i wszyst­kiego, co znała, było ryzy­kow­nym posu­nię­ciem, ale oboje się zga­dzali, że naj­waż­niej­sze jest zdro­wie Bruce’a. Bez tego nic mu nie pozo­stało. Bez tego im obojgu nic nie pozo­stało. Poza tym dzieci będą dora­stać w czy­stym powie­trzu i będą miały dużo swo­body. Każ­demu z nich będzie tu dobrze. Ta decy­zja okaże się naj­lep­sza ze wszyst­kich, jakie kie­dy­kol­wiek pod­jęli, Oli­via była tego pewna.

Wła­śnie wtedy jej opty­mizm otrzy­mał bole­sny cios w samo serce. Zoba­czyła sie­bie w swo­jej małej kuchni w Lon­dy­nie, gdzie piła her­batę przy cicho gra­ją­cej muzyce. Jakże miło i przy­tul­nie było w tym małym, ale zna­nym pomiesz­cze­niu. Wyrzu­ciła ten obraz z głowy. Nie, wszystko będzie wspa­niale, zapew­niła się po raz milio­nowy; to jest nowy począ­tek i nowa przy­goda, a gdy się tu zado­mowi, St Sidwell Manor będzie się wyda­wał rów­nie przy­tulny jak jej dom w Lon­dy­nie.

Zało­żyła ręce na piersi i zadrżała. Jak powie­działa mężowi, będzie musiała po pro­stu nosić jesz­cze jeden swe­ter lub dwa.

Prze­kształ­ce­nie rezy­den­cji w dom zawsze będzie wyzwa­niem, Oli­via i Bruce wpro­wa­dzili jed­nak pewne zmiany po to, by budy­nek wyda­wał się mniej prze­pastny. Posta­no­wili w ogóle nie korzy­stać z pod­da­sza, bo do czego im było potrzeb­nych sześć małych poko­ików dla służby, skoro pię­tro niżej znaj­do­wało się dzie­sięć więk­szych? Dla­tego Oli­via już zamknęła drzwi do wąskiej klatki scho­do­wej. Te pokoje ze sta­rymi pod­ło­gami z desek, z bia­łymi ścia­nami i pro­stymi żela­znymi łóż­kami miały pozo­stać nie­uży­wane.

– Nie jestem pewna, czy ten dom będzie szczę­śliwy z powodu tej zmiany – stwier­dziła Elsa, widząc, co się dzieje.

Oli­via zapew­niła ją, że dom się do tego przy­zwy­czai, lecz Elsa nie wyglą­dała na prze­ko­naną. Wzięła się pod boki, przy­mru­żyła zie­lone oczy i zło­wiesz­czo potrzą­snęła głową, nie wysu­nęła już jed­nak dal­szych obiek­cji.

Oli­via rozu­miała, że nie wszyst­kim podo­bają się zmiany. Nic nie pozo­staje jed­nak takie samo. Taka jest natura rze­czy. St Sidwell Manor musi się po pro­stu z tym pogo­dzić, podob­nie jak Elsa Tre­go­ning.

Wszyst­kim czworgu pierw­sza noc wyda­wała się dziwna. Bruce i Oli­via wybrali dla sie­bie naj­więk­szą sypial­nię. Z wycho­dzą­cych na połu­dnie okien widać było traw­nik i jezioro. W sypialni stało sta­ro­świec­kie łoże z bal­da­chi­mem, były tam też solidna szafa, komoda i ele­gancka toa­letka, wszystko wyko­nane z drewna orze­cha wło­skiego. Na jed­nej ścia­nie domi­no­wało duże, wycho­dzące na połu­dnie okno, typowe w cza­sach Tudo­rów, z małymi pro­sto­kąt­nymi szyb­kami, z wido­kiem na traw­nik i jezioro. W wyło­żo­nych boaze­rią niszach znaj­do­wały się piękne ławeczki. Oli­via urzą­dziła sypial­nię zgod­nie ze swoim gustem – tapety i zasłony we wzór kwia­towy, nie­bie­sko­zie­lony dywan i ele­gancka biała pościel – ale pokój wciąż wyda­wał się jej dziw­nie upiorny. Miała wra­że­nie, że na nią patrzy, że cały dom obser­wuje ją z dez­apro­batą.

Mgła osia­dła nisko na ziemi, a gdy w ogro­dach zapadł mrok, widać było tylko nie­prze­nik­nioną ciem­ność, którą roz­ja­śniało od czasu do czasu słabe świa­tło księ­życa. Z tej czerni wyła­niało się lśniące jak onyks jezioro. Wiatr sma­gał mury i gałę­zie pla­ta­nów, a stary dom skrzy­piał i jęczał niczym zrzę­dliwy sta­ru­szek, któ­remu nie podo­bało się przy­by­cie obcych mia­sto­wych. Oli­via nie spała, wychwy­ty­wała każdy nie­zna­jomy dźwięk. Bra­ko­wało jej odgło­sów ruchu ulicz­nego i poma­rań­czo­wego świa­tła, które prze­ni­kało przez szpary w zasło­nach w jej sypialni w Not­ting Hill. Tutaj pano­wała cał­ko­wita ciem­ność, jakby Oli­via zna­la­zła się w brzu­chu wie­lo­ryba. Przy­tu­liła się do cie­płych ple­ców Bruce’a i poczuła się lepiej, gdy ten wziął ją za rękę i przy­ło­żył do swo­jej piersi. Oli­via usnęła po kilku chwi­lach, po raz pierw­szy w życiu wdzięczna mężowi za chra­pa­nie, ponie­waż gdy chra­pał, mniej się bała. Miała nadzieję, że dzieci śpią, a nie leżą bez­sen­nie tak jak ona, z uczu­ciem, że nie powinna tu być.

Zach nie chciał przy­znać, że się boi. Miał pięt­na­ście lat, od ósmego roku życia uczył się w szkole z inter­na­tem, tu jed­nak zawo­dze­nie wia­tru przy­po­mi­nało płacz, a skrzy­pie­nie desek pod­ło­go­wych – odgłos kro­ków zbli­ża­ją­cych się do jego pokoju. Pra­wie się spo­dzie­wał, że w któ­rymś momen­cie otwo­rzą się drzwi i Wil­dling1 albo Biały Wędro­wiec2 wej­dzie do pokoju z topo­rem. Łóżko z bal­da­chi­mem uznał za dzi­waczne. W grun­cie rze­czy cały dom był jak z hor­roru. Rodzice osza­leli, decy­du­jąc się na prze­pro­wadzkę tutaj, na tę odludną wieś, gdzie nikogo nie znali. On wolałby zostać w Lon­dy­nie. Tam mieli przy­naj­mniej miłych sąsia­dów i latar­nie uliczne. Zamru­gał oczami i spró­bo­wał okieł­znać wyobraź­nię. W końcu poko­nał strach, wło­żył do uszu słu­chawki i słu­chał ulu­bio­nej muzyki, dopóki nie zapadł w nie­spo­kojny sen.

Tabi­tha nato­miast wcale się nie bała. Sie­działa po turecku na ławeczce we wnęce okien­nej i obser­wo­wała chmurę roz­rze­dza­jącą się powoli, dopóki sre­brzy­ste smugi świa­tła księ­życa nie zaczęły roz­ja­śniać nieba, nie­spiesz­nie po nim fru­nąc jak anioły. Przez małe szybki patrzyła ocza­ro­wana na urze­ka­jący nowy świat, stop­niowo się przed nią obja­wia­jący. Kon­tury drzew, któ­rych gałę­zie się poru­szały, w wyobraźni dziew­czynki budziły się do życia niczym olbrzymy zbie­ra­jące się o pół­nocy w ogro­dzie. Być może machały do niej, witały ją w nowym domu, roz­po­znaw­szy, że jest kimś wyjąt­ko­wym, ponie­waż dostrze­gła, kim są w rze­czy­wi­sto­ści.

Tabi­tha już kochała to miej­sce. Zachwy­cały ją łóżko z bal­da­chi­mem i gru­bymi aksa­mit­nymi zasło­nami, boaze­rie i ławeczki pod oknami, histo­ria wyczu­walna w sta­rych kory­ta­rzach, nie­rów­nych ścia­nach i skrzy­pią­cych deskach pod­ło­go­wych. Miała nadzieję, że zoba­czy ducha, ponie­waż dom tak stary jak ten musi być sie­dli­skiem duchów dawno zmar­łych miesz­kań­ców. Gdy Tabi­tha była mała, czę­sto budziła się w nocy i widziała jakieś pół­prze­zro­czy­ste istoty krę­cące się po jej pokoju. Począt­kowo ją prze­ra­żały, więc w panice włą­czała świa­tło, a one zni­kały. Ale od kiedy prze­czy­tała The Gho­sts (Duchy) Anto­nii Bar­ber3, pod­nisz­czoną książkę, którą zna­la­zła w biblio­tece i czy­tała przy latarce długo po zga­sze­niu świa­tła, zja­wi­ska para­nor­malne już jej nie prze­ra­żały, lecz fascy­no­wały. Zach nie wie­rzył w duchy, nato­miast Tabi­tha nie roz­ma­wiała z rodzi­cami na ten temat, bo zna­leź­liby logiczne wytłu­ma­cze­nia i zaprze­czyli ist­nie­niu duchów, a ona nie chciała tego słu­chać. Była pewna, że to, co widziała, ist­niało naprawdę. Już dawno temu posta­no­wiła więc zatrzy­mać dla sie­bie to, czego doświad­czyła. Ale czy nie byłoby wspa­niale zoba­czyć choć jed­nego ducha tutaj? Przy­glą­dała się chmu­rze, teraz podzie­lo­nej, ujrzała okrą­głe, jasne obli­cze nie­za­wod­nego straż­nika nocy i miała wielką nadzieję, że zoba­czy coś nie z tego świata.

Następ­nego dnia o świ­cie niebo było przej­rzy­ste. Na traw­niku poja­wił się szron skrzący się jak magiczny pył w bla­dym zimo­wym słońcu. Wiatr ucichł, jego miej­sce zajęła łagodna bryza nio­sąca nad ujście rzeki i St Sidwell Manor słony zapach morza. Oli­via roz­su­nęła zasłony i uśmiech­nęła się z ulgą, widząc, że nowy dom wygląda w bieli nie­win­nie i uspo­ka­ja­jąco. Prze­ro­śnięte chwa­sty i splą­tane krzewy ukryte pod zimo­wymi sza­tami pre­zen­to­wały się cza­ru­jąco. Po jasnym nie­bie szy­bo­wał czer­wony lata­wiec, jego smutny świst prze­rwał ciszę, a po zamar­z­nię­tym nocą jezio­rze drep­tała para kaczek krzy­żó­wek. Oli­via chło­nęła ten widok, ponie­waż słońce wkrótce roz­topi szron i ukaże się cała mize­ria ogro­dów wraz z zapo­wie­dzią ogromu pracy, któ­rego będzie wyma­gało przy­wró­ce­nie ich do daw­nej świet­no­ści. Ale ona to zrobi. Nie przy­jęła żad­nych nowych zle­ceń, żeby mogła się poświę­cić prze­mia­nie tej wspa­nia­łej budowli w dom.

Elsa przy­go­to­wała śnia­da­nie i zosta­wiła je w jadalni na gorą­cej pły­cie. Budy­nek nie był moder­ni­zo­wany, więc kuch­nia, spi­żar­nia, zmy­wal­nia naczyń, skła­dziki na­dal były odcięte od głów­nej czę­ści domu solid­nymi drzwiami. Pomiesz­cze­nia za nimi były domeną służby; zgod­nie z tra­dy­cją rodzina wła­ści­cieli nie była tam mile widziana. Oli­via chciała otwo­rzyć tę cześć domu, tak by powstała duża prze­strzeń łącząca kuch­nię z poko­jem dzien­nym, lecz nie było na to pie­nię­dzy. Przy­naj­mniej na razie.

Oli­via czuła się dziw­nie, sie­dząc z mężem i dziećmi przy jed­nym końcu dłu­giego maho­nio­wego stołu, pod­czas gdy reszta blatu była pusta. Bruce nato­miast z przy­jem­no­ścią zaja­dał jajka na beko­nie i zapro­po­no­wał, żeby zaraz po śnia­da­niu poszli dokład­nie obej­rzeć dom. Nocą nie sły­szał odgło­sów domu, bo spał, gło­śno chra­piąc. A teraz ubrany w nie­bie­ską koszulę w kratkę z pod­wi­nię­tymi ręka­wami i dżinsy nie wyda­wał się zmar­z­nięty.

– Czy to nie wspa­niałe? – zapy­tał, patrząc to na syna, to na córkę. – Jakie to uczu­cie miesz­kać w rezy­den­cji? Pro­po­nuję, żeby­ście zje­dli, a potem możemy się tu rozej­rzeć. Mam wra­że­nie, że to miej­sce nie zmie­niło się od cza­sów wik­to­riań­skich. Czas naprawdę sta­nął tu w miej­scu.

Zach cie­szył się, że jest już dzień. Przez okna wpa­dało świa­tło sło­neczne, prze­pę­dza­jąc mroki nocy, a wraz z nimi strach. Entu­zjazm ojca spra­wił, że Zachowi zro­biło się głu­pio, że tak się bał. Biali Wędrowcy, rze­czy­wi­ście! Co za idiota z niego.

Tabi­tha nie­cier­pli­wie cze­kała na oglą­da­nie domu, Oli­via wolała jed­nak, by wszy­scy wyszli i nie plą­tali się jej pod nogami, ponie­waż na­dal stało wiele pudeł do roz­pa­ko­wa­nia, różne rze­czy nale­żało scho­wać, a ona nie życzyła sobie, by ktoś jej prze­szka­dzał i cze­goś od niej chciał. Mieli mnó­stwo czasu na prze­szu­ka­nie domu póź­niej.

– Racja – zgo­dził się Bruce, dopi­ja­jąc kawę i odsu­wa­jąc swoje krze­sło. Uśmiech­nął się sze­roko do syna i córki, oczy mu błysz­czały, był pełen entu­zja­zmu. – Gotowi na przy­godę w dzi­czy? Będziemy potrze­bo­wali kos i mie­czy, żeby wyciąć ścieżkę mię­dzy tymi chwa­stami. – Zwró­cił się do Oli­vii: – To będzie wyzwa­nie!

Zach posma­ro­wał masłem kolejną grzankę i ją ze sobą zabrał. Tabi­tha pobie­gła wło­żyć palto i kalo­sze. Oli­via odło­żyła ser­wetkę na talerz.

– Całe to miej­sce będzie wyzwa­niem – zauwa­żyła z uśmie­chem. – Ale razem zamie­nimy je w dom jak z bajki.

Po śnia­da­niu Oli­via zna­la­zła Elsę w kuchni. Było to jedno z pomiesz­czeń, które naj­bar­dziej pra­gnęła zmie­nić, ponie­waż wyglą­dało na przy­gnę­bia­jąco sta­ro­świec­kie. Stał tam duży sosnowy stół, w niszy, w któ­rej kie­dyś z pew­no­ścią znaj­do­wał się komi­nek, zgro­ma­dzono różne żeliwne przy­bory i sprzęty, a kre­dens wypeł­niały lśniące mosiężne garnki i patel­nie, któ­rych ni­gdy nie uży­wano. Oli­wia wsta­wiła do kuchni zmy­warkę, ale sądząc po ster­cie tale­rzy w zle­wie, wyglą­dało na to, że Elsa nie wie, jak się ją obsłu­guje.

– Czy wszystko jest tak, jak pani lubi, pani Oli­vio? – zapy­tała Elsa. Choć powie­dziano jej, by zwra­cała się nowej wła­ści­cielki po imie­niu, Elsa upar­cie trzy­mała się tra­dy­cyj­nej formy. Nie wyda­wała się też zado­wo­lona z widoku Oli­vii na swoim tery­to­rium.

– Wszystko dobrze, dzię­kuję, Elso – odparła Oli­via wesoło, zde­cy­do­wana zaprzy­jaź­nić się z tą kobietą.

Elsa paso­wała do tej kuchni tak samo jak stół. Miała gołę­bio­szare włosy upięte w luźny kok, biały far­tu­szek na czar­nej sukni się­ga­ją­cej do pięt i czarne sznu­ro­wane buty. W grun­cie rze­czy wyglą­dała jak prze­nie­siona z innej epoki, podob­nie jak ten dom. Wszystko w Elsie było sta­ro­świec­kie, z wyjąt­kiem dużego, poły­skli­wego kamie­nia, preh­nitu, na jej szyi, pasu­ją­cego do nie­zwy­kłego, nie­bie­sko­zie­lo­nego koloru oczu Elsy. Oli­via miała wra­że­nie, że jest intru­zem we wła­snym domu.

– Bar­dzo przy­da­łaby mi się pomoc – powie­działa prze­pra­sza­ją­cym tonem. – Jest dużo pudeł do roz­pa­ko­wa­nia. Czy mogę na cie­bie liczyć?

Elsa ski­nęła głową i pode­szła do zlewu, aby umyć ręce.

– Jak minęła pani pierw­sza noc? Dobrze pani spała? – Wzięła do ręki mydło i odwró­ciła się do sta­rego mosięż­nego kranu. Woda bul­go­tała i roz­pry­ski­wała się, wresz­cie popły­nął rdzawy stru­mień.

– Szcze­rze mówiąc, było tro­chę strasz­nie – odparła Oli­via. – Ni­gdy nie spa­łam w tak dużym domu.

– O tak, dom jest duży i tro­chę zło­śliwy – zgo­dziła się Elsa, namy­dla­jąc ręce; na jej nad­garst­kach brzę­czały bran­so­letki. – Po pro­stu musi­cie poznać się nawza­jem.

– Nie jest nawie­dzony, prawda? – Oli­via roze­śmiała się ner­wowo. Nie wie­rzyła w duchy, wolała jed­nak się upew­nić.

Elsa się odwró­ciła, wyraz jej twa­rzy zła­god­niał.

– Nie, pani Oli­vio. To tylko odgłosy wia­tru i nor­malne skrzy­pie­nie sta­rego domu. Za kilka dni nawet nie zwróci pani na to uwagi.

Oli­via poczuła ulgę.

– To dobrze. Wszy­scy przy­pusz­czają, że w miej­scach takich jak to roi się od duchów.

– Ludzie bar­dzo lubią takie opo­wie­ści, czyż nie? W oko­licy jest mnó­stwo takich, któ­rzy powie­dzą pani, że ten dom jest nawie­dzony. Pro­szę ich nie słu­chać. Miesz­kam tu prze­szło pięć­dzie­siąt lat i ni­gdy się tym nie przej­mo­wa­łam.

– Dzię­kuję, Elso, dobrze to sły­szeć – powie­działa Oli­via. – Głu­pio z mojej strony, że o tym wspo­mnia­łam.

Elsa uśmiech­nęła się cie­pło i wytarła ręce ście­reczką do naczyń.

– A teraz pro­szę mi powie­dzieć, od czego chce pani zacząć.

Tabi­tha w pal­cie i kalo­szach poszła za ojcem i bra­tem do tyl­nych drzwi i na duży, wycho­dzący na ogród taras z kamienną balu­stradą, ele­gancką, lecz omszałą. Tak samo omszałe schodki pro­wa­dziły z tarasu do bru­ko­wa­nej ścieżki. Bie­gła ona przez coś, co nie­gdyś było nie­na­gan­nie utrzy­ma­nym traw­ni­kiem, a potem stało się kawał­kiem terenu poro­śnię­tym chwa­stami, które, pokryte szro­nem, wysta­wały z ziemi niczym kępki futra. Na końcu ścieżki znaj­do­wała się żało­śnie wyglą­da­jąca fon­tanna. Wyda­wała się zagu­biona w tej opusz­czo­nej czę­ści ogrodu.

Tabi­tha przy­glą­dała się z zachwy­tem, jak para jej odde­chu mie­sza się z powie­trzem. Pano­wało gry­zące zimno, wszystko dookoła było białe, ponie­waż mróz miał pra­co­witą noc. Niebo skrzyło się milio­nami okru­chów lodu, a to, że krą­żyły pod nim mewy, wska­zy­wało, że morze jest dla pta­ków nie­do­stępne. Tabi­thę eks­cy­to­wała bli­skość morza.

Z entu­zja­zmem szybko masze­ro­wała ścieżką, po któ­rej obu stro­nach stały rzędy cisów z ogrom­nymi, kuli­stymi koro­nami przy­po­mi­na­ją­cymi wiel­kie pud­dingi bożo­na­ro­dze­niowe posy­pane cukrem pudrem. Zeszła ze ścieżki i powę­dro­wała po tra­wie, jej kalo­sze wel­ling­tony zosta­wiały ślady two­rzące linię. Na podobny pomysł musiała wpaść para kró­li­ków, które też zeszły ze ścieżki; o ich noc­nym tańcu świad­czyły dwie splą­tane linie śla­dów małych kró­li­czych łapek.

Tabi­tha doszła do końca ścieżki i zatrzy­mała się przy fon­tan­nie. Wyko­nana z sza­rego kamie­nia, miała kształt dość dużego koła. Pośrodku znaj­do­wała się intry­gu­jąca figura kobiety. Robiła wra­że­nie bar­dzo samot­nej, jakby nikt od bar­dzo dawna nie zwra­cał na nią uwagi. Nawet kosy i kruki zda­wały się ją opu­ścić, bo szu­kały poży­wie­nia na dru­gim końcu ścieżki. Kamień, z któ­rego wyrzeź­biono figurę, w wielu miej­scach pokry­wały poro­sty, czas nie obra­bo­wał jej jed­nak z urody. Twarz tej kobiety była rze­czy­wi­ście znie­wa­la­jąca, jed­no­cze­śnie ude­rza­jąco piękna i smutna. Dłu­gie roz­wiane spód­nice stwa­rzały wra­że­nie, że smu­kła syl­wetka się poru­sza, a unie­sione w górę ręce przy­wo­dziły na myśl bła­ga­nie o coś nie­bios. Tabi­tha stała przez figurą, ogar­nięta nagle dziw­nym smut­kiem. Kobieta miała głowę prze­chy­loną w jakiś taki wzru­sza­jący spo­sób, jakby szu­kała cze­goś cen­nego w górze, w chmu­rach. Fon­tanna była sucha, co potę­go­wało wra­że­nie osa­mot­nie­nia i opusz­cze­nia. W base­nie, gdzie kie­dyś była woda, leżały tylko zbrą­zo­wiałe liście.

– Tabi­tho!

Roz­my­śla­nia dziew­czynki prze­rwał ojciec, który machał do niej, sto­jąc przy ład­nej drew­nia­nej furtce w wyso­kim kamien­nym murze. Nie­chęt­nie zosta­wiła kobietę na pastwę samot­no­ści i dołą­czyła do ojca. Za furtką znaj­do­wał się oto­czony murem ogród warzywny; leżała tam wyrzu­cona pordze­wiała taczka, a dalej stały ogromne szklar­nie, puste inspekty i sto­doła pełna wiel­kich kłód drewna. Bruce jęk­nął na widok pokry­tych ple­śnią szyb w szklar­niach nie nęciła go per­spek­tywa mycia tego wszyst­kiego. Tabi­tha i Zach prze­bie­gli obok zapusz­czo­nych grzą­dek do roz­pa­da­ją­cej się furtki na końcu ogrodu i pognali do lasu. Ojciec wołał za nimi, lecz go zigno­ro­wali i bie­gli dalej. Uczu­cie swo­body dzia­łało osza­ła­mia­jąco, per­spek­tywa przy­gody eks­cy­to­wała; żadne nie chciało zwol­nić, pójść kro­kiem spa­ce­ro­wym. Zbyt dużo było do zoba­cze­nia. Zbyt dużo do odkry­cia. Po życiu na uli­cach Lon­dynu ta roz­le­gła prze­strzeń wyda­wała się rajem. Nawet Zach zaczy­nał doce­niać zalety prze­pro­wadzki do dużej posia­dło­ści na wsi.

Za lasem uka­zały się poro­śnięta bujną roślin­no­ścią łąka i błę­kitna, poły­sku­jąca w poran­nym słońcu wstęga rzeki wpa­da­ją­cej do morza. Pośrodku łąki stała mała, szara kaplica oto­czona gro­bami. Sio­stra i brat zatrzy­mali się i zapa­trzyli, widok cmen­ta­rza ich otrzeź­wił i nagle ostu­dził entu­zjazm obojga. Miej­sce było upior­nie ciche, naj­wy­raź­niej opusz­czone, być może od dzie­siąt­ków lat. Tylko wrony pod­ska­ki­wały w wyso­kich tra­wach tam, gdzie szron już stop­niał. Mię­dzy tra­dy­cyj­nymi nagrob­kami na cmen­ta­rzu stały też obe­li­ski na coko­łach. Jeden czy dwa były prze­chy­lone, może przez potężne wichury, a może, pomy­ślała Tabi­tha, wpa­tru­jąc się z fascy­na­cją w obe­li­ski, wytrą­ciły je z rów­no­wagi dusze zmar­łych nie­za­zna­jące spo­koju pod zie­mią.

Zach, który nie miał tak wybu­ja­łej wyobraźni jak jego sio­stra, widział po pro­stu nagrobki, poczer­niałe przez upływ czasu i pod­nisz­czone przez wiatr. Zacie­ka­wiły go jed­nak inskryp­cje wykute w kamie­niu, ponie­waż były świa­dec­twem histo­rii, a Zacha bar­dzo inte­re­so­wała prze­szłość. Pobiegł przo­dem, aby się im przyj­rzeć.

Bruce dogo­nił dzieci.

– Coś takiego! Spójrz­cie na to! – zawo­łał, bio­rąc się pod boki i łapiąc oddech. Żało­wał, że spę­dził tak dużo czasu, sie­dząc za biur­kiem, i zanie­dbał ćwi­cze­nia. Ale teraz miał zostać far­me­rem i zamie­rzał zadbać o kon­dy­cję. – Opusz­czona kaplica! Nie­sa­mo­wite! – Nie zwró­cił uwagi na tę budowlę, gdy wio­sną po raz pierw­szy oglą­dał posia­dłość. Wziął Tabi­thę za rękę i ruszyli w stronę kaplicy. – Zobaczmy, co jest w środku, zgoda?

Gdy dotarli na miej­sce, Zach już wycie­rał poro­sty z jed­nej z tablic nagrob­nych i pró­bo­wał prze­czy­tać widoczny na niej napis.

– Czyje są te wszyst­kie nagrobki? – zapy­tała Tabi­tha.

– Ludzi, któ­rzy umarli – odparł Zach ze śmie­chem.

– Wiem, że oni nie żyją, głupku. – Tabi­tha prze­wró­ciła oczami. – Myślisz, że to są ludzie, któ­rzy miesz­kali w naszym domu?

– Przy­pusz­czam, że to kaplica rodziny Pen­go­we­rów – włą­czył się Bruce. – Niech zoba­czę. – Nachy­lił się, by prze­czy­tać napis na jed­nym z kamieni. – „Ber­nard Pen­go­wer, tysiąc osiem­set dwa­dzie­ścia jeden, tysiąc osiem­set osiem­dzie­siąt jeden”. Widzi­cie? Mia­łem rację.

– Tu też jest jakiś Pen­go­wer! – zawo­łał Zach, wysku­bu­jąc mech pokry­wa­jący litery imie­nia. – Tysiąc osiem­set osiem­dzie­siąt sześć, tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt pięć. Wydaje się, że to mógł być Robert, Robin, Richard. Jakiś R.

Tabi­tha puściła dłoń ojca i pobie­gła przyj­rzeć się jed­nemu z pochy­lo­nych obe­li­sków. Sta­nęła przed nim. Na bia­łym mar­mu­ro­wym cokole dostrze­gła pła­sko­rzeźbę przed­sta­wia­jącą kobiecą dłoń, w któ­rej spo­czy­wała mała rączka dziecka. Powy­żej znaj­do­wała się krótka inskryp­cja: „Cor­de­lia Pen­go­wer 1862–1896. Niech spo­czywa w spo­koju”.

– Tato, spójrz tutaj. Jak myślisz, kim ona była?

Bruce pod­szedł bli­żej. Prze­czy­tał inskryp­cję i przyj­rzał się wysma­ko­wa­nej pła­sko­rzeź­bie. Te dło­nie przy­po­mi­nały bia­łego gołę­bia.

– Cóż – zaczął, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć sobie nie­liczne infor­ma­cje, które zna­lazł pod­czas poszu­ki­wań prze­pro­wa­dzo­nych po otrzy­ma­niu zaska­ku­ją­cej wia­do­mo­ści o spadku. – Tho­mas Pen­go­wer zbu­do­wał tę rezy­den­cję w tysiąc pięć­set osiem­dzie­sią­tym szó­stym roku po tym, jak zaro­bił for­tunę, dostar­cza­jąc drewno flo­cie kró­lew­skiej. Moim zda­niem Cor­de­lia Pen­go­wer była kimś waż­nym, skoro posta­wiono jej taki duży pomnik. W cza­sach wik­to­riań­skich lubiano takie wyszu­kane nagrobki. Przy­pusz­czam, że była panią tego domu, a także matką, ponie­waż trzyma dzie­cięcą rączkę. I zmarła młodo, miała zale­d­wie trzy­dzie­ści cztery lata. Być może umarła przy poro­dzie. Kto wie?

Tabi­tha zasta­na­wiała się, czy wła­śnie tę kobietę przed­sta­wia figura w ogro­dzie. W chwili gdy wró­ciła do niej myślami, poczuła, że jeżą jej się włosy na karku. Potarła to miej­sce ręką.

– Czy leżą tu sami Pen­go­we­ro­wie? – zapy­tał Zach, bie­ga­jący teraz od grobu do grobu jak fryga i liczący, ilu Pen­go­we­rów udało mu się zna­leźć.

– Na to wygląda, prawda? Tal­wy­nów nie ma? – dopy­ty­wał się Bruce.

– Jesz­cze nie – odparł Zach.

– Wej­dziemy do środka? – zapro­po­no­wał Bruce, kie­ru­jąc się do drzwi. – Potem wró­cimy do domu i zoba­czymy, co uda się zna­leźć w biblio­tece. Księ­go­zbiór w rezy­den­cji – dodał z dumą – jest naprawdę wyjąt­kowy.

– Do domu… – Zach wzru­szył ramio­nami. – Brzmi śmiesz­nie.

– Śmiesz­nie czy po pro­stu dziw­nie? – zapy­tał jego ojciec.

– Dziw­nie – spro­sto­wał Zach. – Jesz­cze nie czuję się tam jak w domu.

– A ja tak – wtrą­ciła Tabi­tha. – Wcale nie chcę wra­cać do Lon­dynu.

Ku zasko­cze­niu Bruce’a drzwi do kaplicy nie były zamknięte. Dzieci w mil­cze­niu weszły za ojcem do środka. Sądząc z tablic z nazwi­skiem Pen­go­wer dato­wa­nych od sie­dem­na­stego wieku, była to po pro­stu kaplica zbu­do­wana dla tej rodziny. Przed ołta­rzem stały rzędy drew­nia­nych ławek, duże okna zdo­biły witraże. Biały obrus na ołta­rzu był czy­sty, lecz nic na nim nie leżało. Raczej nie było wąt­pli­wo­ści, że już nie korzy­stano z tego miej­sca – uno­siła się w nim aura opusz­cze­nia – lecz naj­wy­raź­niej ktoś przy­cho­dził, aby utrzy­mać je w czy­sto­ści. Na para­pe­tach okien­nych nie było mar­twych insek­tów, a na posadzce nie leżały w rogach suche liście. Nie czuło się też zapa­chu stę­chli­zny, jakiego można by się spo­dzie­wać w sta­rym, nie­wy­ko­rzy­sty­wa­nym budynku. W kra­jo­bra­zie tak czę­sto nęka­nym przez wichry znad morza i desz­cze kaplica robiła wra­że­nie przy­jem­nej oazy spo­koju i ciszy.

– Chciał­bym dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Pen­go­we­rach – mruk­nął Bruce, prze­bie­ga­jąc pal­cami po mar­mu­ro­wej pła­sko­rzeź­bie na tablicy ku pamięci Arthura Pen­go­wera zmar­łego przed trzy­stu laty.

Bruce mówił do sie­bie, ale Tabi­tha usły­szała.

– Nie żyje nikt z tej rodziny – powie­działa. – Gdyby było ina­czej, nie dostał­byś spadku.

– Masz rację, kocha­nie – przy­tak­nął Bruce.

– Czy pani Dela­ware była z domu Pen­go­wer?

– Tak. Nazy­wała się Emily Pen­go­wer, ale wyszła za mąż za Henry’ego Dela­ware’a, więc powinna być pocho­wana tutaj – zauwa­żył Bruce. – Nie widzia­łem tu świe­żego grobu, a ty?

– Tato, masz pew­ność, że nie jesteś Pen­go­we­rem? – dopy­ty­wał się Zach, pada­jąc z zało­żo­nymi rękami na ławkę w pierw­szym rzę­dzie. Cały się trząsł, ponie­waż w kaplicy pano­wało lodo­wate zimno. – A poza tym w jaki spo­sób jesteś spo­krew­niony z panią Dela­ware?

– Nie wiem. Na pewno jest to dale­kie pokre­wień­stwo.

Bruce i Oli­via zada­wali sobie to samo pyta­nie, a Elsa też nie potra­fiła ich oświe­cić. Nie mieli czasu na poszu­ki­wa­nia głęb­sze niż zapo­zna­nie się z drze­wem gene­alo­gicz­nym rodziny Bruce’a, co nic nie dało. Szcze­rze mówiąc, Bruce miał na gło­wie rze­czy waż­niej­sze niż gene­alo­gia.

– Skąd to wiesz? – nie ustę­po­wał Zach.

– Krewni, do któ­rych dzwo­ni­łem, nie mogli mi pomóc. Nikt nie sły­szał ani o Pen­go­we­rach, ani o Dela­ware’ach. Po tych roz­mo­wach nie jestem mądrzej­szy.

Rodzice Bruce’a nie żyli, a młod­szy brat miesz­kał w Austra­lii. Fakt, że Oli­via miała bar­dzo dużą rodzinę, w nie­ma­łym stop­niu spra­wił, że tak go pocią­gała. Bruce’a zmę­czyła samot­ność.

– Z jakiego czasu są ślady two­jej rodziny, które udało ci się zna­leźć?

– Naszej rodziny – popra­wiła brata Tabi­tha.

– Z dość odle­głej prze­szło­ści, ale nie ma w nich ani nazwi­ska Dela­ware, ani Pen­go­wer. To pewne.

Zach zachi­cho­tał.

– Czyli wie­rzysz, że jesteś krew­nym pani Dela­ware dla­tego, że ona tak powie­działa?

– Tak, synu. Jestem pewien, że tego nie zmy­śliła. Być może jestem potom­kiem jakiejś jej dale­kiej kuzynki. Nie musiała to być Dela­ware, prawda? Mógł to być kto­kol­wiek. Znajdą się gdzieś jakieś powią­za­nia. Ona nie zamie­rzała prze­ka­zać domu przy­pad­ko­wej oso­bie. Spe­cjal­nie pod­kre­śliła, że jestem jej naj­bliż­szym żyją­cym krew­nym. Dla­tego tu jeste­śmy. – Zaśmiał się. – A ja nie narze­kam.

Bruce doce­niał swoje nie­zwy­kłe szczę­ście, cie­szył się, że podano mu na tale­rzu tak wspa­niałą posia­dłość.

Tabi­tha uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

– Chcia­ła­bym nazy­wać się Pen­go­wer – oznaj­miła.

– Dla­czego? – zapy­tał Zach, wsta­jąc. – Co w tym takiego dobrego? Z tego, co widzę, oni wszy­scy nie żyją.

– Podoba mi się to nazwi­sko. Brzmi jak Pen­dra­gon4 – odparła Tabi­tha. Nie potra­fiła ująć w słowa, jak bar­dzo podzi­wia rodzinę, która wybu­do­wała ten piękny dom i kaplicę, i posta­wiła figurę w ogro­dzie.

– Praw­do­po­dob­nie gdzieś w domu jest drzewo gene­alo­giczne rodziny – stwier­dził Bruce, wypro­wa­dza­jąc dzieci na słońce, po czym zamknął za nimi drzwi kaplicy. – Możemy poszu­kać w biblio­tece. Jest tam mnó­stwo ksią­żek. Rzu­cam wam obojgu wyzwa­nie. Kto pierw­szy znaj­dzie drzewo, dosta­nie pią­taka.

Zachowi się to spodo­bało.

– Znajdę je – rzu­cił, wkła­da­jąc ręce do kie­szeni i szybko ruszył do domu.

Tabi­tha wzięła ojca za rękę.

– Wiem, że jesteś Pen­go­we­rem – zapew­niła i spoj­rzała na niego z powagą.

– Skąd możesz to wie­dzieć, skar­bie?

– Po pro­stu wiem.

Przez chwilę błą­dziła spoj­rze­niem po nagrob­kach, gdy oboje szli za Zachem przez wyso­kie trawy. Była pewna, że widziała coś prze­cho­dzą­cego przed nimi. Coś ulot­nego, widziała to kątem oka. To mógł być ptak albo wie­wiórka. Chłodna bryza lekko muskała jej poli­czek, a skóra na jej ramie­niu ścier­pła. Tabi­tha szu­kała oczu, które ich obser­wo­wały, ponie­waż czuła, że nie są sami, ale nie widziała nic prócz nagrob­ków – spo­koj­nych, mil­czą­cych i zim­nych.

Rozdział drugi

Następ­nego dnia rano Oli­via poje­chała z Tabi­thą do mia­sta, zosta­wia­jąc Zacha wciąż szu­ka­ją­cego w biblio­tece drzewa gene­alo­gicz­nego rodziny, i Bruce’a, któ­remu Tom zapro­po­no­wał obchód farmy. Tej nocy Oli­via nie spała lepiej niż poprzed­niej. Zosta­wiła zapa­lone świa­tło w łazience i przy­tu­liła się do męża nie po to, by się ogrzać, lecz by poczuć się bez­piecz­niej. Nie­stety, jękom i skrzy­pie­niu domu towa­rzy­szył słaby, ale wyraźny odgłos pła­czu. Oli­vii przy­po­mi­nało to roz­pacz­liwy szloch kobiety. Wie­dząc, że coś takiego jest nie­moż­liwe, uznała ten odgłos za gwizd wia­tru wokół budynku; te wichry znad morza były bar­dzo pory­wi­ste. Było to jed­nak nie­po­ko­jące. Miała nadzieję, że się przy­zwy­czai, ale wiatr nie zamie­rzał odpu­ścić.

Obu­dziw­szy się, zoba­czyła, że Bruce śpi mocno niczym niedź­wiedź zimą i poczuła się nie­mą­dra z powodu swo­jego stra­chu.

Tabi­tha była pewna, że sły­szała łka­nie, lecz gdy przy śnia­da­niu powie­działa o tym Zachowi, ten się roze­śmiał i oznaj­mił, że to tylko wiatr zawo­dził wokół komi­nów.

– Naprawdę, Tab, każdy by się domy­ślił – powie­dział. Nie chciał przy­znać, że on też sły­szał ten odgłos, wolał nie ujaw­niać wła­snego stra­chu. Tabi­tha nie wąt­piła jed­nak, że był to duch i posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić śledz­two, jeśli tej nocy znów usły­szy coś podob­nego.

St Sidwell było malow­ni­czym nad­mor­skim mia­stecz­kiem w zacisz­nej zatoczce na połu­dniowo-zachod­nim wybrzeżu Korn­wa­lii. Białe domy przy­warły do zbo­cza wzgó­rza jak muszle do skały, ich kryte sza­rym łup­kiem dachy i lśniące okna nada­wały temu miej­scu przy­jemne wra­że­nie jed­no­li­to­ści. Do nie­du­żego portu wpły­wały i odpły­wały z niego łodzie rybac­kie o nie­bie­skich bur­tach, a nad­mor­ski bul­war chwa­lił się latem uro­czymi kawia­ren­kami, restau­ra­cjami i skle­pami z pamiąt­kami dla tury­stów, lecz poza sezo­nem był cichy i raczej opusz­czony, a gdy zimą na opu­sto­sza­łych uli­cach sza­lały wichury, w mie­ście pano­wał nastrój taki jak rano po hucz­nym przy­ję­ciu. Oli­via zapar­ko­wała samo­chód przy kra­węż­niku i skie­ro­wała się do sklepu spo­żyw­czego, gdzie zosta­wiła ogło­sze­nie o pracy dla dwóch osób, które miały zastą­pić Elsę Tre­go­ning i jej syna.

Po nie­bie prze­ta­czały się cięż­kie chmury, wiał silny wiatr, a mewy koło­wały, skrze­cząc; dwie szcze­gól­nie łakome sprze­czały się o jedną frytkę leżącą na chod­niku przed restau­ra­cją rybną Cap­tain Kil­li­grew’s. W jaskra­wym świe­tle sło­necz­nym biel domów aż ośle­piała, ale słońce nie grzało zbyt mocno. Oli­via, w kasz­mi­ro­wym płasz­czu koloru gołę­biej sza­ro­ści, czapce ze sztucz­nego futra, spod któ­rej spły­wały na jej plecy krę­cone blond włosy, i w czer­wo­nym szalu z koń­cami wsu­nię­tymi pod poły płasz­cza, pre­zen­to­wała się ele­gancko, ale w zde­cy­do­wa­nie w wiel­ko­miej­skim stylu, gdy szła główną ulicą, stu­ka­jąc obca­sami dro­gich szty­ble­tów. Tabi­tha truch­tała ocho­czo u boku matki. Nie­wy­soka na swój wiek i drob­nej budowy, miała na sobie ubra­nie wybrane przez matkę; w kar­ma­zy­no­wym, wcię­tym w talii płasz­czu, dobra­nej kolo­rem czapce z pom­po­nem i szalu wyglą­dała na sta­now­czo zbyt wystro­joną jak na osobę miesz­ka­jącą na wsi. Oli­via dostrze­gała cie­kaw­skie spoj­rze­nia prze­chod­niów, ale przy­pi­sała je mało­mia­stecz­ko­wemu wścib­stwu; nowi przy­by­sze, tacy jak one, zawsze się wyróż­niali jak papugi wśród gołębi.

Gdy Oli­via otwo­rzyła drzwi sklepu i weszła do środka, zabrzę­czał dzwo­nek. Wewnątrz było przy­jem­nie cie­pło i pach­niało wil­go­cią. Tabi­tha zaczęła wędrówkę mię­dzy rzę­dami pó­łek, a Oli­via ruszyła pro­sto do lady, przy któ­rej dwie młode kobiety pochy­lone nad swo­imi smart­fo­nami prze­glą­dały por­tale spo­łecz­no­ściowe i plot­ko­wały o wczo­raj­szym wie­czo­rze. Na widok Oli­vii prze­rwały roz­mowę, nie­chęt­nie odkła­da­jąc tele­fony. Od razu ją roz­po­znały i ukrad­kiem wymie­niły zna­czące spoj­rze­nia.

– Dzień dobry – przy­wi­tała się Oli­via, postu­ku­jąc pal­cami w ladę. – Nie przy­pusz­czam, że kto­kol­wiek zain­te­re­so­wał się moim ogło­sze­niem, mam rację?

Dziew­czyna o rudych wło­sach, pie­go­wata, z kol­czy­kiem w nosie, pokrę­ciła głową.

– Nie­stety nie – odparła, wpa­tru­jąc się zim­nymi nie­bie­skimi oczami w tę nie­wia­ry­god­nie ele­gancką kobietę, rów­nie jej obcą, jak kró­lowa. – Będzie pani miała wię­cej szczę­ścia, jeżeli spró­buje pani gdzieś dalej stąd.

Oli­via wes­tchnęła, usi­łu­jąc zro­zu­mieć słowa wypo­wia­dane przez dziew­czynę z typowo korn­wa­lij­skim prze­cią­ga­niem samo­gło­sek.

– Wiem. Ale naprawdę potrze­buję kogoś tutej­szego, naj­le­piej pary. Ludzi zna­ją­cych tę oko­licę. Jeśli zatrud­nię kogoś nie stąd, będzie po pro­stu tak, jakby ślepy pro­wa­dził nie­wi­do­mego. – Zaśmiała się nie­we­soło.

Druga dziew­czyna, która miała ster­czące czarne włosy, absur­dal­nie dłu­gie różowe paznok­cie i żuła gumę, uśmiech­nęła się do Oli­vii współ­czu­jąco.

– Czy pró­bo­wała pani przez inter­net? – zapy­tała z waha­niem, jakby nie­pewna, czy ktoś tak szy­kowny jak Oli­via wie, czym jest inter­net.

– Wola­łam tego nie robić – odparła Oli­via. – Nie chcę kogoś, kto będzie u mnie miesz­kał.

Dziew­czyny wyda­wały się zasko­czone.

– W takim dużym domu może pani mieć dzie­sięć miesz­ka­ją­cych par i nawet ich nie zauwa­żyć – stwier­dziła rudo­włosa i zachi­cho­tała. Zer­k­nęła na kole­żankę, a dziew­czyna żująca gumę też zachi­cho­tała.

– Wiem, że brzmi to nie­mą­drze. – Oli­via też się zaśmiała, ponie­waż zda­wała sobie sprawę, jak głu­pio to zabrzmiało. – W Lon­dy­nie miesz­ka­li­śmy w małym domu i cenimy sobie naszą pry­wat­ność.

Żadna z dziew­czyn nie była ni­gdy w Lon­dy­nie, ale nie wyobra­żały sobie, że okre­śle­nie „mały dom” ozna­cza dla Oli­vii to samo co dla nich. Gapiły się na nią bez­myśl­nie. Oli­via wes­tchnęła.

– Co tu robić? – mruk­nęła, znów postu­ku­jąc pal­cami w ladę. Nie miała poję­cia.

– Na pani miej­scu prze­ko­na­ła­bym Elsę Tre­go­ning, żeby została – pod­su­nęła dziew­czyna żująca gumę. – Ona zna ten dom.

– Powie­działa, że zosta­nie, dopóki nie znajdę kogoś, kto ją zastąpi.

Rudo­włosa się skrzy­wiła.

– A więc zosta­nie na jakiś czas – orze­kła. – Gdy­bym była na pani miej­scu, nie zaglą­da­ła­bym daro­wa­nemu koniowi w zęby. Może naj­le­piej będzie zosta­wić wszystko tak, jak jest.

Oli­via podzię­ko­wała dziew­czy­nom, choć nie były zbyt pomocne, i poszła do kio­sku obok, by kupić „The Time” dla Bruce’a. Tabi­tha przy­glą­dała się tym­cza­sem sło­dy­czom wysta­wio­nym bli­sko lady. Sprze­daw­czy­nie jej nie zauwa­żyły.

– Ktoś powi­nien powie­dzieć tej bie­daczce, że ten dom jest nawie­dzony – ode­zwała się cicho rudo­włosa.

– Szybko sama się o tym prze­kona – dorzu­ciła jej kole­żanka. – Daję jej tydzień.

Tabi­tha zamarła nad cze­ko­lad­kami. Patrzyła zdu­miona na dwie dziew­czyny. Poczuły na sobie jej spoj­rze­nie i teraz one przy­glą­dały się jej z zasko­cze­niem.

– O, cześć, kochana – ode­zwała się rudo­włosa, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie. – Chcesz je kupić?

Tabi­tha pokrę­ciła głową, wymam­ro­tała, że zmie­niła zda­nie i wyszła poszu­kać matki.

W dro­dze do domu sie­działa w samo­cho­dzie zamy­ślona. Patrzyła przez szybę na ucie­ka­jący wiej­ski kra­jo­braz i zasta­na­wiała się, czy dom rze­czy­wi­ście jest nawie­dzony. A jeżeli tak, to przez kogo? Może jed­nak nie wyobra­ziła sobie odgłosu szlo­cha­nia.

– O czym tak roz­my­ślasz, skar­bie? – zapy­tała Oli­via, ponie­waż zauwa­żyła, że córka mil­czy, co jest do niej nie­po­dobne.

– Myślisz, że ten dom jest nawie­dzony? – odpo­wie­działa pyta­niem Tabi­tha.

Oli­via zaśmiała się ner­wowo i tro­chę za szybko odparła:

– Oczy­wi­ście, że nie. Dla­czego pytasz?

– Może dla­tego nikt nie chce w nim pra­co­wać.

– Cóż, Elsa i Tom nie mają z tym pro­blemu, prawda? Elsa pra­cuje w tym domu ponad pięć­dzie­siąt lat, a Tom w nim dora­stał. Elsa sta­now­czo mnie zapew­niła, że w St Sidwell Manor nie ma duchów.

– Zapy­ta­łaś ją?

– Ow­szem.

– Może skła­mała, żebyś prze­stała się bać.

Oli­via zer­k­nęła na córkę i zmarsz­czyła brwi.

– Skąd ci to przy­szło do głowy?

Tabi­tha w mil­cze­niu roz­wa­żała, czy powie­dzieć matce, co pod­słu­chała w skle­pie. Nie chciała jej dener­wo­wać, ale z dru­giej strony, to mogłoby wyja­śnić, dla­czego nikt nie odpo­wie­dział na ogło­sze­nie.

– Sły­sza­łam, jak te dziew­czyny w skle­pie mówiły, że ktoś powi­nien ci powie­dzieć, że dom jest nawie­dzony – ode­zwała się w końcu.

– Typowe! – wykrzyk­nęła ziry­to­wana Oli­via. – Elsa mówiła, że ludzie lubią plot­ko­wać. Gdy tylko wpro­wa­dzisz się do sta­rego domu, zaczy­nają się opo­wie­ści o duchach. Nic nowego. Nie wie­rzę w duchy i ty też nie powin­naś – dodała sta­now­czym tonem. – To śmieszne.

Tabi­tha zagry­zła wargi, odwró­ciła wzrok i znów zapa­trzyła się na wiej­ski kra­jo­braz. Nie odzy­wała się, lecz była coraz bar­dziej pod­eks­cy­to­wana. Nawie­dzony dom! Nie mogło jej się przy­da­rzyć nic bar­dziej cudow­nego!

Jechały w mil­cze­niu. Gdy skrę­ciły na pod­jazd i prze­jeż­dżały pod pla­ta­nami, Oli­via nabrała nadziei, że ludzi do pie­lę­gna­cji ogro­dów nie będzie tak trudno zna­leźć jak tych, któ­rzy mie­liby zadbać o dom.

*

Tabi­tha, zain­spi­ro­wana teraz bar­dzo realną moż­li­wo­ścią tego, że jej nowy dom jest pełen duchów, posta­no­wiła sama zapy­tać o to Elsę. Zna­la­zła ją w kuchni, gdzie gospo­dyni przy­go­to­wy­wała lunch. Przy­sia­dła na stołku i obser­wo­wała starą kobietę, która spraw­dzała, czy duszący się na kuchence gazo­wej gulasz jagnięcy ma odpo­wiedni smak. Pach­niał tak wybor­nie, że dziew­czynce zabur­czało w brzu­chu.

– Jaka była pani Dela­ware? – zapy­tała.

Elsa odło­żyła drew­nianą łyżkę i zamy­ślona popa­trzyła na Tabi­thę. W zie­lo­nych oczach dziecka widać było entu­zjazm i cie­ka­wość, ale także jakąś mądrość, jakąś przed­wcze­sną doj­rza­łość.

– Była zimną kobietą, skrytą i nie­to­wa­rzy­ską – zaczęła Elsa, chcąc zaspo­koić dzie­cięcą cie­ka­wość, a jed­no­cze­śnie poznać tę małą. Tom się nie oże­nił, Elsa nie miała więc wnu­ków do kocha­nia i roz­piesz­cza­nia. Podej­rze­wała, sądząc ze sku­pie­nia i cie­ka­wo­ści widocz­nych na twa­rzy Tabi­thy, że jest ona raczej wyjąt­kową istotą. – Ale kiedy zdo­było się jej zaufa­nie, mię­kła. Była jedy­naczką i opie­ko­wała się ojcem do jego śmierci. Wtedy była już wdową i nie miała dzieci nie dla­tego, że się nie sta­rała. Trzy razy poro­niła. To była tra­ge­dia, rozu­miesz, a ona ni­gdy tego nie prze­bo­lała, niech Bóg ma ją w opiece. Ni­gdy nie wyszła ponow­nie za mąż, miesz­kała tutaj cał­kiem sama i cho­dziła po pustym domu.

– Ale miała cie­bie – przy­po­mniała Tabi­tha.

– Miała, rze­czy­wi­ście. – Elsa wes­tchnęła i ode­szła od kuchenki. – Miała mnie i Toma. Bar­dzo ją lubi­łam. W pewien spo­sób była dla mnie jak matka. Gdy przy­szłam tu pra­co­wać, byłam jesz­cze dziew­czynką.

– Czy mia­łaś męża, Elso?

– Mia­łam, ale nie­długo. Został zabrany.

– Przez kogo?

Elsa się zaśmiała.

– Pana Boga. Mój Ger­ren umarł po krót­kiej cho­ro­bie, bo Bóg uznał za sto­sowne zabrać go do sie­bie. – Elsa posmut­niała. – Nie zazna­li­śmy dużo szczę­ścia w tym domu. Ale teraz, gdy tu jeste­ście, wszystko się zmieni. To będzie szczę­śliwy dom.

– Ger­ren to zabawne imię – orze­kła Tabi­tha.

– Korn­wa­lij­skie.

– Jest ładne – dodała Tabi­tha, nie chcąc wydać się nie­grzeczna. – Czy pani Dela­ware jest pocho­wana w kaplicy?

– Nie, jej pro­chy zostały roz­sy­pane. Ja też chyba chcia­ła­bym zostać roz­sy­pana w jakimś spo­koj­nym miej­scu nad morzem.

– Dla­czego pani Dela­ware nie dbała o ogrody?

– Nie miała na to pie­nię­dzy. Ten duży, stary dom pożera pie­nią­dze, twoi rodzice się o tym prze­ko­nają, Boże dopo­móż im. – Elsa zamie­szała w garnku. – Pani Dela­ware nie robiła nic w ogro­dach od czasu, gdy odzie­dzi­czyła dom po ojcu, ponie­waż lubiła je po pro­stu takie, jakie były. Ja też wła­śnie takie je lubię. My, starsi, nie lubimy zmian.

– Jeśli tata jest krew­nym pani Dela­ware – cią­gnęła Tabi­tha – to musi być Pen­go­we­rem, mam rację?

– Och, tak będzie – odparła Elsa z pew­no­ścią w gło­sie, która zasko­czyła Tabi­thę. – Dla pani Dela­ware było ważne, żeby dom pozo­stał w rodzi­nie, a ona sama nie miała dzieci. Pen­go­we­ro­wie zbu­do­wali ten dom za cza­sów kró­lo­wej Elż­biety Pierw­szej. Dziw­nie jest miesz­kać w takim domu, co? Założę się, że ni­gdy wcze­śniej nie posta­wi­łaś stopy w tak sta­rym domu.

Tabi­tha nie roz­my­ślała o domu, lecz o Pen­go­we­rach.

– Tata mówi, że nie ma drzewa gene­alo­gicz­nego – powie­działa powoli. – I mówi, że w jego rodzi­nie nie ma niczego inte­re­su­ją­cego.

– Gdzieś tu praw­do­po­dob­nie jest histo­ria rodziny Pen­go­we­rów. Pani Dela­ware bar­dzo inte­re­so­wała się gene­alo­gią.

– Co to jest?

– Drzewa rodzin.

– Dla­czego się inte­re­so­wała?

– Bo Pen­go­we­ro­wie byli kie­dyś dużą i potężną rodziną. Była z tego dumna. W grun­cie rze­czy ten dom był jedyną rze­czą, z któ­rej była dumna. Był dla niej wszyst­kim. Bie­daczka nic innego nie miała. Ale się zesta­rzała i pozwo­liła, by dom zaczął popa­dać w ruinę. W pewien spo­sób sama też dopro­wa­dziła się do ruiny, bo coraz bar­dziej i bar­dziej uni­kała ludzi. – Spoj­rze­nie Elsy nagle zro­biło się nie­obecne. – Dom był kie­dyś piękny, ale smutny. Zawsze był smutny. Gdy byłam dziew­czynką…

– Czy są tu duchy? – prze­rwała jej Tabi­tha.

Elsa zamru­gała i wrzu­ciła łyżkę do zlewu.

– Nie zaj­muj się duchami – rzu­ciła lek­ce­wa­żą­cym tonem.

– Ale sły­sza­łam, jak panie w skle­pie mówiły, że ten dom jest nawie­dzony.

– Bajki i tyle. Bajki. Ludzie uwiel­biają myśleć o naj­gor­szym.

– Ja myślę, że jest nawie­dzony. Zeszłej nocy sły­sza­łam czyjś płacz – oznaj­miła nagle Tabi­tha.

– To po pro­stu wiatr. – Elsa pochy­liła się z jękiem i otwo­rzyła drzwiczki pie­kar­nika, by spraw­dzić, jak pieką się ziem­niaki.

– To samo mówił Zach.

– Roz­sądny chło­piec. Wy, ludzie z Lon­dynu, nie jeste­ście przy­zwy­cza­jeni do wichrów znad morza.

– Wie­rzysz w duchy, Elso?

Elsa wypro­sto­wała się z tru­dem i krzy­wiąc się, poło­żyła rękę na krzyżu.

– Nie – odparła szybko. – Gdy ktoś odcho­dzi, to odcho­dzi i nie wraca.

– Boisz się śmierci?

Elsa zmarsz­czyła brwi. To dziecko z pew­no­ścią jest nie­zwy­kłe.

– Dziwne pyta­nie – powie­działa.

– Ja się nie boję.

– I nie powin­naś. Jesteś młoda. Masz przed sobą dłu­gie życie. A ja skoń­czę w przy­szłym roku sie­dem­dzie­siąt lat.

– Dużo – przy­znała Tabi­tha.

– Masz rację, moja kochana. Cza­sami czuję w kościach każdy rok z tych sie­dem­dzie­się­ciu lat. – Elsa zachi­cho­tała i zajęła się gula­szem. – Lunch będzie za dzie­sięć minut. Może pój­dziesz i powiesz o tym bratu.

Tej nocy Tabi­tha leżała w łóżku, cze­ka­jąc na odgłos pła­czu. Noc znów była wietrzna, okno stu­ko­tało, lecz zawo­dze­nie wia­tru świsz­czą­cego wokół komi­nów bar­dzo się róż­niło od pła­czu, który Tabi­tha z całą pew­no­ścią sły­szała poprzed­niej nocy. Wpa­try­wała się w daszek bal­da­chimu. Migo­tliwe świa­tło księ­życa prze­są­czało się przez szpary w zasło­nach, na drew­nia­nym daszku było więc dobrze widać malo­wane wybla­kłą już farbą róże i dwa ptaki. Tabi­tha zasta­na­wiała się, kto wcze­śniej spał w tym łóżku. Może sama kró­lowa Elż­bieta Pierw­sza? Mate­rac był miękki, Tabi­tha ukła­dała się na nim z przy­jem­no­ścią. Jej lon­dyń­skie łóżko było bez porów­na­nia mniej wygodne i nie tak duże. Czuj­nie nasłu­chi­wała, reje­stru­jąc każde skrzyp­nię­cie czy skro­ba­nie oraz hałas robiony przez myszy buszu­jące pod pod­łogą, lecz cichy odgłos pła­czu się nie powtó­rzył. W końcu odpły­nęła, uśpiona przez wiatr i zmę­cze­nie, ale nie­długo póź­niej obu­dził ją dźwięk, któ­rego wycze­ki­wała.

Leżała bez ruchu i słu­chała. Bez wąt­pie­nia ktoś szlo­chał, kobieta albo dziecko, sądząc z mięk­kiej i peł­nej smutku tona­cji. Tabi­tha zapra­gnęła pocie­szyć tego kogoś. Nie mogła znieść, że leży w łóżku, pod­czas gdy ta biedna istota pła­cze tak roz­pacz­li­wie. Osta­tecz­nie po dys­ku­sji z samą sobą, roz­darta mię­dzy zde­ner­wo­wa­niem a cie­ka­wo­ścią, wstała z łóżka. W pokoju było zimno. Się­gnęła po szla­frok wiszący na haczyku na drzwiach, wsu­nęła stopy w kasz­mi­ro­wych skar­pet­kach w kap­cie z bara­niej skóry. Prze­krę­ciła mosiężną gałkę i otwo­rzyła skrzy­piące drzwi.

Płacz nie ucichł, stał się tro­chę gło­śniej­szy.

Tabi­tha wyszła na kory­tarz. Zadrżała, ponie­waż było tu zim­niej niż w jej pokoju. Nagle zasko­czył ją widok jakiejś postaci wyła­nia­ją­cej się z ciem­no­ści. Zaparło jej dech, ale był to tylko jej brat.

– Co, u dia­bła… – szep­nęła roz­gnie­wana.

Zach poło­żył palec na ustach, by ją uci­szyć. Oczy mu błysz­czały w świe­tle księ­życa wpa­da­ją­cym przez małe okno; Tabi­tha zoba­czyła w nich strach. Ona się nie bała, prze­ciw­nie, czuła swego rodzaju satys­fak­cję, ponie­waż Zach nie wyszedłby zoba­czyć, co się dzieje, gdyby na­dal wie­rzył, że ten płacz to tylko wycie wia­tru.

Ośmie­lony obec­no­ścią sio­stry Zach ruszył na pal­cach przed sie­bie w stronę, skąd docho­dził płacz. Miał nadzieję, że się okaże, iż pła­cze Elsa, więc będzie mógł wró­cić do łóżka i już się nie przej­mo­wać, że dom jest nawie­dzony. Tabi­tha nie miała wąt­pli­wo­ści, że to duch. Nie brała pod uwagę, że mogła być to Elsa. Byłaby bar­dzo roz­cza­ro­wana, gdyby odkryła, że pła­cze żywy czło­wiek.

Sio­stra i brat szli dalej, a płacz sta­wał się coraz gło­śniej­szy. Na końcu kory­ta­rza znaj­do­wał się zakręt w kształ­cie litery L. Z wyso­kiego okna padała na pod­łogę siatka sre­brzy­stych kwa­dra­ci­ków. Skrę­cili za róg i sta­nęli przed dużymi drew­nia­nymi drzwiami. To zza nich docho­dził płacz. Zach się cof­nął, ponie­waż barwa głosu uświa­do­miła mu od razu, że to nie może być Elsa, a poza tym pokoje Tre­go­nin­gów znaj­do­wały się w innej czę­ści domu, w skrzy­dle kuchen­nym.

Tabi­tha wymi­nęła brata i poło­żyła dłoń na gałce u drzwi. Wzięła oddech i zbie­ra­jąc całą swoją odwagę, prze­krę­ciła gałkę.

Sły­szeli nie­wiele wię­cej niż bicie wła­snych serc. A gdy Tabi­tha zapa­liła świa­tło, zoba­czyli tylko pustą sypial­nię. Płacz ucichł. Stali i nasłu­chi­wali, obie­ga­jąc wzro­kiem wyso­kie meta­lowe łóżko, maho­niową komodę i szafę, ławeczkę przy oknie i małe szybki, przez które wpa­dało świa­tło księ­życa. W pokoju pano­wało lodo­wate zimno i uno­sił się nie­świeży zapach miej­sca, w któ­rym od dawna nie otwie­rano okna – zapach opusz­cze­nia.

– Nikogo tu nie ma – Zach z ulgą stwier­dził rzecz oczy­wi­stą.

– Ktoś był – powie­działa Tabi­tha, która wyczuła nie­do­brą ener­gię, obecną mimo jasno świe­cą­cej gołej żarówki. Ten, kto nawie­dzał ten pokój, mógł znik­nąć, ale zosta­wił ślad wła­snych emo­cji. Tabi­tha wyraź­nie to czuła.

– Cóż, nikogo tu nie było, chyba że wysko­czył przez okno albo prze­nik­nął przez ścianę. Płacz musiał docho­dzić z innego pokoju. – Zach zachi­cho­tał. Dźwięk wła­snego głosu roz­wiał jego strach, a jemu znów zro­biło się głu­pio, że tak się bał. – Może to był kot – dodał. – Kot mógł być w domu albo za oknem. Po pro­stu się wygłu­pi­li­śmy.

Tabi­tha wyzy­wa­jąco pod­nio­sła głowę.

– To był duch – oznaj­miła sta­now­czo. Zach już miał zaprze­czyć, ale tego nie zro­bił. – Pod­słu­cha­łam, jak panie w skle­pie mówiły, że to miej­sce jest nawie­dzone i dla­tego nikt nie chce tu pra­co­wać – cią­gnęła Tabi­tha teatral­nym szep­tem. – Powie­dzia­łem mamie, a ona stwier­dziła, że to bzdury. Ale moim zda­niem ten dom jest nawie­dzony. Czuję to.

– Ty po pro­stu chcesz, żeby był nawie­dzony.

Tabi­tha wzru­szyła ramio­nami.

– Nie mam nic prze­ciwko temu. – Zmru­żyła oczy. – Ona tu była, wiem to. Czuję to. Ona zosta­wiła za sobą swoje nie­szczę­ście.

Zach zadrżał.

– Chodźmy stąd – rzu­cił, rusza­jąc do drzwi.

– Nie musisz się bać – zapew­niła Tabi­tha, idąc kory­ta­rzem za bra­tem. – Nie przy­pusz­czam, że to jakiś okropny duch, on jest po pro­stu smutny.

– Ja się nie boję – oznaj­mił Zach. – Prze­cież przy­sze­dłem zoba­czyć, co się dzieje, prawda?

Tabi­tha zachi­cho­tała.

– Jesteś blady jak ściana.

– Ty też.

– Nie, nie jestem.

– Tak, jesteś.

Szli kory­ta­rzem, nie dba­jąc o to, że pod­łoga trzesz­czy. Jeżeli w tym domu był duch, nie­wy­klu­czone, że hałas go wystra­szył. Zach miał ochotę popro­sić sio­strę, by spała w jego pokoju, ale nie chciał wydać się jej godny poli­to­wa­nia.

– Może wola­ła­byś nie spać sama? – zapy­tał w nadziei, że Tabi­tha sko­rzy­sta z oka­zji dzie­le­nia z nim sypialni.

– Nie boję się – odparła chłodno. – Ale możesz przyjść do mnie i spać w moim łóżku, jeśli chcesz. Zmie­ści się w nim z dzie­sięć osób!

Zach wyda­wał się obu­rzony.

– Jesz­cze czego. – Zaśmiał się. – Okaże się, że Tre­go­nin­go­wie mają kota i wtedy dopiero poczu­jemy się naprawdę głu­pio.

– Rób, co chcesz – powie­działa Tabi­tha, otwie­ra­jąc drzwi do swo­jego pokoju, i weszła do środka. – Sprawdź łóżko, zanim się poło­żysz. Pod pod­łogą jest dużo tłu­stych szczu­rów, a one uwiel­biają cie­płe stopy! – Roze­śmiała się i zamknęła za sobą drzwi.

Gdy wsu­wała się pod koł­drę, znów usły­szała daleki odgłos pła­czu. Nasłu­chi­wała. To nie wiatr ani kot, ani oczy­wi­ście szczur. To był płacz kobiety, pełen smutku płacz zroz­pa­czo­nej kobiety.

W sypialni mał­żeń­skiej Oli­via zwi­nęła się w kłę­bek przy gło­śno chra­pią­cym mężu, który wypił zbyt dużo czer­wo­nego wina do kola­cji. Znów sły­szała ten sam odgłos. Wiatr czy nie, brzmiało to jak płacz. Nie wie­działa, czy kie­dy­kol­wiek się do niego przy­zwy­czai. Ten dźwięk poru­szał w niej to, co pier­wotne, pobu­dzał instynkt macie­rzyń­ski i spra­wiał jej ból. Zaci­snęła powieki i pró­bo­wała sku­pić się na chra­pa­niu Bruce’a, lecz żało­sne łka­nie nie usta­wało.

Następ­nego dnia Bruce poje­chał z Zachem do St Sidwell, by kupić cho­inkę, a Oli­via prze­szu­ki­wała półki w biblio­tece, chcąc zna­leźć coś o histo­rii domu. Dotych­czas ani Zach, ani Bruce niczego nie zdo­łali zna­leźć. Odkąd Bruce odzie­dzi­czył St Sidwell Manor, jej rodzina prze­sad­nie inte­re­so­wała się powią­za­niem jej męża z panią Dela­ware. Nie mogli zro­zu­mieć, dla­czego ktoś, o kim Bruce ni­gdy nie sły­szał, zapi­sał mu w spadku rezy­den­cję. Oli­via musiała dowie­dzieć się jak naj­wię­cej o domu, bo ina­czej uznano by, że lek­ce­waży rodzinę. Kto dzie­dzi­czy stary dom i nie zadaje sobie trudu, by poznać jego histo­rię?

Pro­blem pole­gał na tym, że do tej pory ani Bruce, ani Oli­via nie mieli czasu ani chęci, by pro­wa­dzić poszu­ki­wa­nia. Oli­via była zajęta ilu­stro­wa­niem książki dla dzieci, któ­rej autorka była pedantką i w dąże­niu do dosko­na­ło­ści nie­skoń­czoną ilość razy odsy­łała rysunki. W dodatku Oli­via zarzą­dzała pra­cami budow­la­nymi w rezy­den­cji i zaj­mo­wała się dziećmi, co pozo­sta­wiało jej mało czasu na cokol­wiek innego. Bruce poświę­cił spra­wie domu nie­wiele uwagi; usta­lił, kto i kiedy go wybu­do­wał, i niczego wię­cej się nie dowie­dział.

Teraz Oli­via stała w biblio­tece, oto­czona nie­zli­czo­nymi pół­kami pięk­nie opra­wio­nych sta­rych ksią­żek, za które z pew­no­ścią otrzy­ma­łaby for­tunę, gdyby skon­tak­to­wała się z któ­rymś z lon­dyń­skich anty­kwa­riu­szy. Sam pokój był wspa­niały. Przy ścia­nach od pod­łogi do bel­ko­wa­nego sufitu stały półki z książ­kami, na mocno zbrą­zo­wia­łej ze sta­ro­ści dębo­wej pod­ło­dze leżały dywany, pośrodku stał stół zarzu­cony cięż­kimi tomami. W jed­nym końcu pokoju było wyso­kie, wie­lo­skrzy­dłowe okno z uro­czą ławeczką w niszy; pośrodku jed­nej ze ścian znaj­do­wał się mar­mu­rowy komi­nek, a nad nim wisiał por­tret męż­czy­zny w bia­łej peruce, bia­łych poń­czo­chach i szkar­łat­nym płasz­czu pod­bi­tym futrem gro­no­staja. Gdy Oli­via po raz pierw­szy oglą­dała rezy­den­cję, na gzym­sie kominka stał cenny fran­cu­ski zegar, antyk, lecz podob­nie jak wiele innych skar­bów musiał zostać sprze­dany na aukcji, ponie­waż trzeba było zapła­cić poda­tek od spadku. Oli­via posta­no­wiła zacząć od końca pokoju i prze­glą­dać półkę po półce.

Pod­czas gdy jej matka szu­kała w biblio­tece infor­ma­cji o histo­rii rodziny, kicha­jąc raz po raz z powodu kurzu, Tabi­tha wyru­szyła na wyprawę badaw­czą po domu. Nie widziała jesz­cze dużej jego czę­ści, a przede wszyst­kim pod­da­sza. Wie­działa, że matka odse­pa­ro­wała je od reszty domu, pole­ca­jąc wsta­wić drzwi, ponie­waż pod­słu­chała jej dys­ku­sję tele­fo­niczną z budow­lań­cem. Matka prze­ko­nała też do swo­jej decy­zji ojca, który chciał począt­kowo prze­zna­czyć pod­da­sze dla córki i jej brata, a także dla wielu przy­ja­ciół obojga, któ­rych mogliby zapra­szać w gości w cza­sie waka­cji. Wcho­dze­nie na pod­da­sze nie zostało zabro­nione, po pro­stu się o tym nie mówiło i dla­tego Tabi­tha tym bar­dziej chciała się tam rozej­rzeć; nie ma nic bar­dziej eks­cy­tu­ją­cego niż sekretne pię­tro oddzie­lone od reszty domu zamknię­tym drzwiami.

Oka­zało się, że drzwi wcale nie były zamknięte, nie uczy­niło to jed­nak wyprawy mniej emo­cjo­nu­jącą. Gdy tylko Tabi­tha zaczęła się wspi­nać wąskimi scho­dami, któ­rych wszyst­kie stop­nie były przez stu­le­cia wycie­rane pośrodku przez wcho­dzą­cych i scho­dzą­cych, poczuła dziwne zimno. Było inne niż zimno panu­jące w resz­cie domu, oble­pia­jące i wil­gotne. Zapach też był inny, być może z powodu mar­twych myszy roz­kła­da­ją­cych się pod pod­łogą. Tabi­tha nie miała pew­no­ści. Po raz kolejny poczuła, że jest obser­wo­wana, że jakieś oczy wszę­dzie za nią podą­żają, że wszyst­kie ściany mają oczy.

U szczytu scho­dów zaczy­nał się wąski, dość ciemny kory­tarz z rzę­dem drzwi do sypialni. Tabi­tha rozej­rzała się za kon­tak­tem elek­trycz­nym, ale nie zna­la­zła żad­nego. Rze­czy­wi­ście, po dokład­niej­szych oglę­dzi­nach odkryła, że w ogóle nie było tam świa­tła elek­trycz­nego. Z rogów, gdzie ściany sty­kały się z sufi­tem, zwi­sały zapo­mniane stare paję­czyny, na bia­łych ścia­nach wid­niały brą­zowe plamy wil­goci.

Tabi­tha wie­działa, że kie­dyś sypiali tu słu­żący, pokoje były skromne, stały w nich żela­zne łóżka, z wyglądu nie­zbyt wygodne. Znik­nęły, oczy­wi­ście, koce i prze­ście­ra­dła, zostały tylko pasia­ste cien­kie mate­race, zbyt powgnia­tane, by dobrze się na nich spało. Pokoje były niskie, ponie­waż pod­da­sze zbu­do­wano pod oka­pami; aby bez­piecz­nie przejść kory­ta­rzem, doro­słe osoby musiały się pochy­lić. Tabi­tha była nie­duża, mogła więc cho­dzić z wysoko ponie­sioną głową, ale Zach nie byłby w sta­nie tego zro­bić, podob­nie jak ich rodzice.

Wędro­wała od pokoju do pokoju, wyobra­ża­jąc sobie, jak wyglą­dało życie słu­żą­cych, któ­rzy w nich miesz­kali. Powie­trze było zatę­chłe i nie­przy­jemne, pano­wała prze­ra­ża­jąca cisza. Nagle dał się sły­szeć odgłos szu­ra­nia nogami. Tabi­tha zatrzy­mała się i nad­sta­wiła uszu. Nasłu­chi­wała. Dźwięk docho­dził z pokoju na końcu kory­ta­rza. Łomo­ta­nie i dziwny przy­tłu­miony odgłos. Serce zaczęło łomo­tać w jej piersi, a mimo to dziew­czynka nie odwró­ciła się i nie ucie­kła. Była cał­ko­wi­cie gotowa zoba­czyć ducha – duchy były prze­cież isto­tami bez­cie­le­snymi, więc nie mogły jej skrzyw­dzić. Pomy­ślała o Elsie i dotarło do niej, że gospo­dyni nie powie­działa jej prawdy. Ten dom był nawie­dzony. Ale dla­czego Elsa kła­mała?

Tabi­tha powoli zbli­żała się do drzwi. Hałas za nimi sta­wał się gło­śniej­szy. Wzięła głę­boki oddech i przez chwilę trzy­mała dłoń na mosięż­nej gałce. Miała nadzieję, że gdy tym razem otwo­rzy drzwi, duch na­dal tam będzie. Cicho prze­krę­ciła gałkę. Z pokoju znów doszedł łomot. Otwo­rzyła drzwi, drżąc, wstrzy­mała oddech i cof­nęła się o krok, jakby się spo­dzie­wała, że cokol­wiek było w środku, nagle się na nią rzuci.

Ku jej roz­cza­ro­wa­niu nie był to wcale duch, lecz duża wrona, która trze­po­cząc skrzy­dłami, latała po pokoju i pró­bo­wała wydo­stać się na zewnątrz. Wystar­czył rzut oka na wybitą szybę w oknie i Tabi­tha już wie­działa, jak pta­kowi udało się tu wle­cieć. Szybko otwo­rzyła okno, a potem rów­nie szybko zamknęła za sobą drzwi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wil­ding – postać z hor­roru o takim samym tytule z 1991 roku. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki, chyba że zazna­czono ina­czej). [wróć]

2. Biały Wędro­wiec – postać z serialu Gra o tron. [wróć]

3. Książka z 1969 roku, z gatunku fan­tasy dla dzieci, nie­wy­dana w Pol­sce; dwu­krot­nie zekra­ni­zo­wana pod tytu­łem The Ama­zing Mr. Blun­den, w 1972 i 2021 roku (przyp red.). [wróć]

4. Pen­dra­gon – pocho­dzący z języka walij­skiego przy­do­mek nada­wany wybit­nym wodzom i kró­lom, np. Uther Pen­dra­gon, legen­darny król Bry­ta­nii, ojciec króla Artura (przyp. red.). [wróć]