Skrzydlaty cień - Laura Green - ebook
NOWOŚĆ

Skrzydlaty cień ebook

Laura Green

4,6

187 osób interesuje się tą książką

Opis

Grace nie pozostawiono wyboru. Dziewczyna musi porzucić swoje dotychczasowe życie i przeprowadzić się do Brivel, zimowego miasteczka położonego najbliżej Pustki – przeklętego miejsca, które odbiera życie. Nowa szkoła, nowi ludzie, a wśród nich Lola, dziewczyna, która przez lata była zamknięta pod kluczem, oraz jej brat – tajemniczy i budzący niepokój Rhaven.

Choć Grace i Rhaven od początku działają sobie na nerwy, los nieustannie splata ich ścieżki. Dziewczyna szybko zauważa, że chłopak oprócz niesamowitych oczu i paskudnej osobowości ma również wiele sekretów, które wróżą śmiertelne niebezpieczeństwo…

Ale nie tylko on skrywa tajemnice. Spokój panujący w zimowym miasteczku burzy seria morderstw uczniów szkoły w Brivel, a wszystkie tropy prowadzą do Pustki.

Czy Grace odkryje prawdę, zanim sama stanie się ofiarą?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 482

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (17 ocen)
13
3
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnitaG1982

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca 😊 polecam 😍
00
patrycja1511

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczne, tajemnicze i wciągające. Bardzo fajne 😁 czekam na kontynuację!
00
mosttrowska017

Nie oderwiesz się od lektury

PRZEPRASZAM BARDZO, CO TO ZA KOŃCÓWKA?! JAKBY JA POTRZEBUJĘ WIEDZIEĆ, CO BĘDZIE DALEJ... NAJLEPIEJ NA WCZORAJ Już po samym opisie i motywach wiedziałam, że istnieje ogromna szansa, że ta książka mi się spodoba, i tak też właśnie się stało. Niezaprzeczalnie przepadłam. Cały klimat tej historii, wykreowani bohaterowie oraz stworzony świat zrobili niesamowitą robotę.
00
Nelnika95

Nie oderwiesz się od lektury

nie oderwiesz sie od tej książki. polecam
00
Palaska34

Nie oderwiesz się od lektury

Nie moglam sie oderwac! Czekam na dalsze losy
00



Laura Green

Skrzydlaty cień

ROZDZIAŁ 1

Istniało takie miejsce na świecie, w którym życie nie miało prawa przetrwać.

Nazwano je Pustką.

– Grace? Idziesz?

Głos wujka sprawił, że mimowolnie się wzdrygnęłam. Przeniosłam wzrok na mężczyznę około trzydziestki, który zanosił do auta najpotrzebniejsze rzeczy na najbliższe dni, i skinęłam głową. W mojej pamięci był jedynie ulotnym cieniem – do tej pory widziałam go zaledwie dwa razy w życiu, a każda jego wizyta oznaczała pożegnanie z dotychczasowym domem.

Wczoraj zobaczyłam go po raz trzeci.

W najgorszych możliwych okolicznościach.

Ponownie rozejrzałam się po mieszkaniu. Przed oczami mignęły mi wspomnienia, w głowie rozbrzmiały ciche rozmowy prowadzone po zmroku, a w uszach zadźwięczał głośny śmiech, którego echo wciąż zdawało się krążyć między ścianami. Nadal nie całkiem docierało do mnie, że gdy wróciłam ze szkoły, zamiast mamy w domu czekał jej brat, Nikson.

Zacisnęłam palce na zimnej klamce, wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Koniec. Nie sądziłam, że nastąpi tak niespodziewanie. Myślałam, że zostanę w Kinton na zawsze. Że to moje miejsce na ziemi.

Zamknęłam nie tylko drzwi. Zamknęłam kolejny rozdział w życiu i wraz z pierwszym chwiejnym krokiem, który właśnie postawiłam, rozpoczęłam następny.

Przeprowadzałam się do Brivel, miasteczka położonego najbliżej miejsca odbierającego życie. Pustka narodziła się sześćdziesiąt siedem lat temu – nagle, bez żadnego ostrzeżenia – i pochłonęła wszystko, co wcześniej istniało.

Słowo „pustka” idealnie oddawało istotę obszaru, w którym panowała jedynie śmierć. Nazwa odzwierciedlała również moje wnętrze. Nicość zagnieździła się gdzieś w okolicy serca i rozeszła po całym ciele niczym trucizna. Kiedy prawda uderzyła z całą swoją brutalnością, gdy dotarło do mnie, co się wydarzyło, wówczas wszystko, co znałam i czułam, rozproszyło się jak pył na wietrze.

Nigdy nie znalazłam się nawet w pobliżu Pustki, więc byłam ciekawa, co zmieni w moim i tak już odmienionym życiu.

Zanurzyłam się we wnętrzu samochodu i rozpoczęłam podróż do nowego miasta.

Odezwałam się do wujka po raz pierwszy, odkąd dowiedziałam się o mamie. Zostałam do tego zmuszona, bo sprawdziłam w sieci nazwę miejscowości, która widniała na bilecie i nie zgadzały mi się informacje.

– Dlaczego lądujemy w Glacethorn? – zapytałam dość cicho. Mój głos po długiej przerwie zapomniał, jak się wydaje dźwięki. Odchrząknęłam. – Myślałam, że w Bergvubie jest lotnisko. Bo to miasto jest bliżej Brivel, prawda?

Nikson sprawiał wrażenie zdziwionego tym, że w końcu coś do niego powiedziałam, ale jednocześnie na jego twarzy malowała się ulga. Choć prawie się nie znaliśmy, wydawał mi się zmartwiony. Biorąc pod uwagę, jak zareagowałam na odejście mamy, było to całkiem zrozumiałe. Wpadłam w taką histerię, że sprowadził lekarza, który podał mi środki uspokajające.

– Tak – potwierdził po chwili. – Ale lotnisko w Bergvubie nie działa, odkąd pojawiła się Pustka.

Nie wiedziałam za wiele o miejscu śmierci. Znałam tylko pobieżne informacje. Na południowej stronie kontynentu nie mówiło się o niej za dużo, bo Pustka mieściła się na jego drugim końcu. Miasta, w których zabawiłam z mamą na dłużej, znajdowały się w bezpiecznej strefie – tak daleko od ziemi, na której gasło życie, że nawet o niej nie wspominano.

– Jak to? – dopytałam, a wujek znów się zdziwił, że mówię. Powoli wychodziłam z szoku i choć czułam się zmiażdżona, starałam się jakoś odnaleźć w tym wszystkim. Umysł także powoli zaczynał z powrotem pracować.

Nikson chrząknął niepewnie, po czym powiedział:

– Kiedy Pustka niespodziewanie powstała, zabrała w swoje odmęty wszystkich i wszystko bez wyjątków. Nikt do końca nie wiedział, do czego jest zdolna ani dokąd sięga jej granica. Nie chciano więc ryzykować, że pochłonie i przelatujące nad nią samoloty, dlatego nie latają one ani nie lądują w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od miejsca śmierci.

– A Bergvub znajduje się…

– …za blisko Pustki, więc zamknięto lotnisko – dopowiedział za mnie i zerknął na wielki ekran. – Chodź. Czas na nas.

Sześciogodzinna podróż dawała mi się we znaki. Odkąd uległam wypadkowi, siedzenie w praktycznie takiej samej pozycji na niewygodnym fotelu wywoływało ostry ból w kolanie i biodrze. Utykając, ruszyłam za wujkiem przez rozświetloną halę przylotów.

– Słyszałem, co się stało – oznajmił, kiedy zauważył moje kuśtykanie. – Nie wiedziałem, że nadal masz problemy z nogą.

– Skąd mógłbyś wiedzieć… – mruknęłam, wymijając go.

Wyszłam na zewnątrz i z ulgą przywitałam chłodne październikowe powietrze. Gdy zawiał mroźny wiatr, ulga zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Mocniej opatuliłam się bluzą i żałowałam, że nie włożyłam niczego więcej. Nie spodziewałam się takiej różnicy temperatur.

Dźwięk sunących po chodniku kół walizek napawał mnie niepokojem. Z każdym krokiem oddalałam się od dawnego życia i co gorsza, nie miałam na to żadnego wpływu. Nie da się wygrać ze śmiercią, choćbyśmy pragnęli tego ponad wszystko.

Nikson poszedł przodem, a ja podążyłam za nim. Wpatrywałam się w jego plecy, jakbym mogła wyczytać z nich odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Nie ufałam wujkowi. Nie rozumiałam, dlaczego każda jego wizyta oznaczała dla dla nas kolejną przeprowadzkę. Nie miałam pojęcia, przed czym uciekałyśmy.

Co takiego sprowadzał na nas Nikson, że mama nie chciała utrzymywać z nim kontaktu? Kiedy wspominała o bracie, jej spojrzenie wyrażało smutek i głęboko skrywaną tęsknotę. Nigdy się nad tym dłużej nie zastanawiałam, ale wiedziałam jedno – za szybko znalazł się w Kinton.

Zupełnie jakby wiedział, co ma się wydarzyć.

ROZDZIAŁ 2

W życiu nie obdarzałam nienawiścią nikogo ani niczego, jednak na widok wielkiego, terenowego auta wujka, ogarnęło mnie podobne uczucie. Szczególnie w momencie, kiedy uszkodzona noga ugięła się pod moim ciężarem, gdy próbowałam wejść do tego cholerstwa.

– Jeśli jesteś zmęczona, możesz się przespać – powiedział po tym, jak bezproblemowo wskoczył na miejsce kierowcy. – Podróż potrwa przynajmniej półtorej godziny.

Przytaknęłam i wyjrzałam przez okno. Nie zamierzałam go słuchać. Sen znajdował się na samym końcu listy rzeczy, na które miałam ochotę, mimo że zmęczenie oplatało moje ciało niczym pajęczyna. Planowałam skupić się na drodze. Zobaczyć, gdzie zamieszkam, tym razem bez mamy.

Wczoraj, kiedy ujrzałam wujka w salonie, wiedziałam, że wydarzyło się coś strasznego. Mówił, lecz jego słowa się rozmywały, brzmiały jak pusty, niezrozumiały szum. Nie mogłam ich pojąć. Mama nie mogła nie żyć. To było niemożliwe.

Jeszcze tego samego ranka siedziałyśmy razem przy stole, jadłyśmy śniadanie. Rozmawiałyśmy i żartowałyśmy. Jak mogła odejść, skoro zaledwie kilka godzin temu wszystko było tak zwyczajne?

Nie mogłam dłużej znieść głosu wujka i jego okrutnych słów, więc wybiegłam z mieszkania. I biegłam, dopóki uraz w nodze mi tego nie uniemożliwił. Biegłam, dopóki nie poczułam, że chcę wypluć płuca. Biegłam, dopóki nie dotarła do mnie rzeczywistość. Biegłam, dopóki łzy nie wyschły na policzkach i nie pozostały po nich tylko smugi cierpienia.

Czułam się, jakby ktoś pstryknął palcami i mama przestała istnieć. Tak po prostu.

Wróciłam do domu i modliłam się w duchu, żeby wszystko okazało się tylko snem. Jednak w salonie nadal czekał Nikson. Znów mówił dokładnie to samo. Wtedy wpadłam w histerię, którą potrafiły zahamować jedynie leki. A kiedy się obudziłam, najważniejsze sprawy były już załatwione przez wujka. Zakładałam, że udało mu się to tak szybko, ponieważ był prawnikiem.

Nie miałam nawet czasu, by w pełni pojąć, co się działo, i zanim zdążyłam oswoić się z nową rzeczywistością, już siedziałam w wypożyczonym samochodzie, w podróży na lotnisko. W głowie zaś w kółko odtwarzałam wiadomość zostawioną przez mamę:

Grace, jeśli to czytasz, to znaczy, że zabrakło mnie przy Tobie. Wybacz mi moje odejście. Nie rozpaczaj ani jednego dnia. Zabraniam Ci. Życie nie zwalnia tylko dlatego, że mnie tu nie ma. Nie wracaj do przeszłości i nie patrz wstecz. Bądź silna. Tak jak zawsze Cię uczyłam.

– Brivel nie jest takie złe – odezwał się Nikson, czym wyrwał mój umysł ze wspomnień. – Trzeba się przyzwyczaić do pewnych rzeczy, ale powinno ci się spodobać. Twoja mama kochała te okolice.

Zamrugałam, zaskoczona.

– Co masz na myśli? Była kiedyś w Brivel?

Nikson zerknął na mnie zmieszany.

– Urodziła się tutaj, Grace. Nigdy ci nie powiedziała?

Byłam pewna, że żadne słowa nie przecisną mi się przez gardło, więc pokręciłam tylko głową.

– Pewnie powinienem się tego domyślić – zaśmiał się gorzko. – Gdy się dowiedziała, że zaszła w ciążę, wymazała z pamięci Brivel i wszystko, co z nim związane.

Jakim cudem nigdy nie wspomniała, że się tam urodziła? Dlaczego nigdy o to nie zapytałam? Mogłam się domyślić, skoro wujek tutaj mieszkał, ale przy tylu naszych przeprowadzkach po prostu założyłam, że on też musiał się przenosić.

Czy nasze przeprowadzki powodowała wyłącznie próba zapomnienia o Brivel? Mama tak bardzo pragnęła pozbyć się wspomnień, że odsunęła się nawet od własnego brata? Jedynej rodziny, którą posiadała?

Łzy zapiekły mnie w oczy na myśl o mamie, więc zamrugałam, żeby się ich pozbyć. Skupiłam się na krajobrazie za szybą. Jechaliśmy przez górzyste tereny, od czasu do czasu mijaliśmy sklepy spożywcze i domy. W porównaniu z miejscami, w których mieszkałam, okolice Brivel wydawały się wręcz opuszczone.

Wjechaliśmy na rondo, a moją uwagę przykuły złote pomniki Boga Życia, Matki Jutra i Syna Pomyślności. Zaraz za nimi widniał wzniesiony z masywnych wiekowych bali Dom Modlitwy z pozłacanym dachem. Nawet w miastach nie widziałam tak bogato ozdobionej świątyni. Aż przekręciłam głowę, gdy zjechaliśmy z ronda. Nie mogłam się nadziwić, że w takim miejscu stanęła tak okazała budowla wiary.

– Ludzie tutaj są bardzo pobożni – wyjaśnił Nikson, kiedy spostrzegł moje zainteresowanie obiektem.

Pokiwałam głową i wróciłam do obserwowania świata wokół Pustki. Nie wiedziałam, jak daleko się od niej znajdujemy, lecz to mogło tłumaczyć, dlaczego wokół nie było żywej duszy. Bo kto chciałby zamieszkać w pobliżu tak przerażającego miejsca? Chociaż minęło tyle lat, sama nazwa wciąż budziła grozę.

– Nie boisz się tu mieszkać? – zapytałam cicho. Mimo że próbowałam ignorować obawy, czułam niezbyt dobre emocje, patrząc na ten dość… pusty teren.

Nikson zerknął na mnie z uniesioną brwią.

– Chodzi ci o Pustkę?

Przytaknęłam.

– To nie – odparł. – Dopóki się tam nie zbliżysz, nic ci nie grozi. – Posłał mi pokrzepiający uśmiech. – Nie martw się, jesteś tu bezpieczna. Okolice Pustki niczym się nie różnią od tego, co znasz.

Podchodził do tego ze spokojem i opanowaniem, których zabrakło reszcie świata. Powiedzieć, że inne kraje spanikowały przez miejsce śmierci, to jak nie powiedzieć nic, bo po prostu wszyscy się na nas zamknęli. Progrea stanowiła kontynent, więc bez problemu zostaliśmy odizolowani, jakby granice otoczono nieprzekraczalnym murem. Zakazano podróżowania, a rodziny rozdzielone przez Pustkę już nigdy się nie połączyły. Uznano nas za skażonych i żadna nauka, żadne dowody nie były w stanie zmienić wykluczenia, z którym się zderzyliśmy.

Na co dzień nie odczuwałam obecności Pustki. Zupełnie. Wiedziałam o jej istnieniu, ale wydawała się tak niesamowicie odległa, że aż nierealna. Podobno jej zasięg nigdy się nie zwiększył. Pewnego dnia powstało miejsce śmierci i tak widniało na mapie od ponad sześćdziesięciu lat.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a kiedy wjechaliśmy do tunelu utworzonego z wysokich i rozległych modrzewi, otuliła nas ciemność. Światła samochodu rzucały blask na asfaltową drogę, a panująca cisza, naruszana tylko przez dźwięk silnika, przyprawiała o dreszcze.

Nie sądziłam, że okolice Pustki okażą się tak upiorne. W opanowaniu strachu nie pomagały również niekończące się zakręty, przez które nie widziałam nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów. Wyjeżdżały znikąd i przyprawiały mnie o małe zawały serca.

Oparłam głowę o zagłówek i przymknęłam na chwilę oczy, aby ponownie zanurzyć się we wspomnieniach.

Nie wiedziałam, czy koszmar można nazwać snem, lecz śniłam. Jednak moja mara nie składała się z połączenia potworów i krwi. Koszmarem stała się rzeczywistość, w której brakowało mamy.

I nieważne, że właśnie się obudziłam.

Koszmar trwał dalej.

Zamrugałam, by odgonić senność i łzy. Krajobraz za oknem uległ zmianie. Drzewa się przerzedziły i moim oczom ukazał się odosobniony górski dom skąpany w srebrnej poświacie gwiazd oraz księżyca.

Nikson zaparkował przed garażem.

– Wezmę torby – rzucił i wyskoczył z auta.

Ogromna chata łączyła w sobie surowość natury z nowoczesną elegancją. Jej ściany, wykonane z masywnego drewna zestawionego z grafitowym kamieniem, zdawały się wtapiać w otoczenie. Wysokie i rozległe okna odbijały blask niemal idealnie okrągłego księżyca. Zbliżała się pełnia.

Wysiadłam z samochodu i zdusiłam przekleństwo. Uderzyły we mnie wiatr i chłód tak przejmujące, że zanim doszłam do ciężkich dębowych drzwi, już szczękałam zębami. Weszłam za Niksonem do środka i zaraz zapomniałam o zimnie.

Otwarty hol ukazywał znaczną część domu. Obniżony salon oddzielały od głównego poziomu trzy stopnie, a nad nim unosiła się antresola, dzięki czemu wnętrze wydawało się bardziej otwarte. Jasna drewniana podłoga komponowała się z kremowymi kanapami, które tworzyły przestrzeń spokoju i wygody. Siedziska wyglądały na tak miękkie, że wręcz zapraszały, by zanurzyć się w ich przyjemnym objęciu i przykryć puszystym kocem rzuconym na podłokietnik. Między wysokimi oknami stał niemal monumentalny kamienny kominek. Weszłam w głąb, gdzie na prawo znajdowała się jadalnia z wielkim stołem, a za nią – kuchnia z szeroką wyspą z czarnego spieku kwarcowego.

Z wrażenia nie wiedziałam, co powiedzieć. Każdy skrawek wyglądał schludnie, wręcz idealnie. Jakby wujek w ogóle tu nie mieszkał. Chociaż może w tak wielkiej przestrzeni trudniej było nabałaganić niż w małej.

– Zanim pokażę ci twój pokój, chcę wiedzieć jedną rzecz – odezwał się Nikson, zdejmując kurtkę. – Jak się czujesz?

Pytanie zbiło mnie z tropu tak bardzo, że minęło dobrych kilka chwil, zanim słowa przecisnęły mi się przez gardło.

– A jak mogę się czuć? – Prawie się zaśmiałam. – Mama umarła wczoraj, a ja zostałam całkowicie sama. Setki kilometrów od domu.

– Masz mnie – zapewnił.

– Nawet cię nie znam – wyrzuciłam ze złością i odwróciłam się do niego plecami. Nie miałam pojęcia, co robić. Czułam, jakbym zgubiła się w lesie i nie umiała odnaleźć drogi powrotnej.

Najgorsze w tym wszystkim okazało się to, że droga stała się życiem i nie wiedziałam, naprawdę nie wiedziałam, jak dalej żyć bez osoby, która była dla mnie najważniejsza na świecie.

– Moja relacja z twoją mamą nie zawsze tak wyglądała. – Głos wujka wyrwał mnie ze spirali myśli.

Obróciłam się i zobaczyłam, że usiadł przy stole w jadalni.

– Dlaczego tak szybko znalazłeś się w Kinton?

Wzruszył ramionami i powiedział:

– Przypadek.

Miałam odpuścić. Naprawdę zamierzałam to zrobić.

Ale nie umiałam.

– Zastanawiam się tylko nad jedną rzeczą. – Wpatrywałam się w jego ciemnozielone oczy, identyczne jak u mamy, i w końcu wyrzuciłam z siebie pytanie nurtujące mnie, odkąd opowiedział mi o Brivel. – Mama uciekała przed Brivel czy przed tobą?

Nikson wstał. Wyprowadziłam go z równowagi, to na pewno.

– W swoim życiu pochowałem dziadków, rodziców, a przede mną pochowanie siostry. Myślisz, że tego chciałem? Myślisz, że chciałem lub, jak to łagodnie zainsynuowałaś, zaplanowałem śmierć Eliany? Mojej jedynej rodziny?

Cofnęłam się o krok, a Nikson mówił dalej, wiercąc mi jeszcze większą dziurę w sercu.

– Zniknęła z dnia na dzień. Nikogo o tym nie poinformowała. Szukałem was latami i za każdym razem, kiedy udawało mi się was wyśledzić, ona znowu to robiła. Uciekała. Nigdy nie otrzymałem od niej żadnego wytłumaczenia. – Przeczesał z frustracją ciemne włosy. – Kilka dni temu po raz kolejny was znalazłem. Wyruszyłem najszybciej, jak mogłem, a i tak nie zdążyłem. Siedziałem w samolocie, kiedy umarła. Dopiero na lotnisku odebrałem wiadomość.

Oddech utknął mi w gardle.

– Musiałem pociągnąć za sznurki i prosić o przysługi znajomych, żeby tak szybko sprowadzić cię do Brivel. – Potrząsnął głową. – Nie rozumiem, jak mogła to zrobić.

– Co takiego? – wydusiłam.

– Przed śmiercią dostałem od niej wiadomość. Nie sądziłem, że kiedykolwiek napisze. Przez tyle lat nie zmieniałem numeru, bo trzymałem się nadziei, że kiedyś go wykorzysta.

– Jaką wiadomość?

– Eliana kazała mi się tobą zaopiekować.

– To nie tłumaczy pośpiechu. – W uszach mi dźwięczało. – Dlaczego…?

– Kazała jak najszybciej zabrać cię do Brivel i zapewnić bezpieczeństwo.

Powietrze uciekło mi z płuc. O co w tym wszystkim chodzi?

Nagle poczułam, że się oddalam od mamy. I nie była to wina jej śmierci, lecz sekretów.

ROZDZIAŁ 3

Mój pokój okazał się większy niż salon w poprzednim mieszkaniu. Kiedy czekałam, aż wujek wniesie walizkę, rozejrzałam się dokładnie po wnętrzu. Mimo wielkości było bardzo przytulnie. Bukowe łóżko przykryto wełnianym pledem w kratkę. Przy wysokich oknach z widokiem na taras stało dębowe biurko, a drewnianą podłogę zdobił puszysty dywan.

– Reszta rzeczy powinna zostać dostarczona w przyszłym tygodniu – powiedział Nikson.

Odwróciłam się od okna i skinęłam głową.

– Kiedy… Kiedy będę mogła pójść do szkoły?

– Załatwiłem wszystkie formalności, więc mogłabyś zacząć już w poniedziałek, ale nie musisz tego robić, Grace. Przechodzisz żałobę. Nikt nie oczekuje, że wrócisz do normalności w tak krótkim czasie. Możesz pozwolić sobie na smutek.

W tym problem, że nie mogłam. Mama chciała, żebym była silna, i gdybym uległa teraz rozpaczy tak, jak tego potrzebowałam, już nigdy bym z niej nie wypłynęła. Utonęłabym, zalana przez fale cierpienia.

Musiałam jak najszybciej pójść do szkoły. Początki zawsze bywały trudne, więc będę miała na czym skupić uwagę. Będę miała czym się zająć. Będę miała czym odciągnąć myśli od mamy.

Od jej braku i wszystkich tajemnic, z którymi mnie zostawiła.

– Chcę pójść w poniedziałek – powiedziałam głosem dużo słabszym, niż zamierzałam.

– Dobrze. Nie będę cię zatrzymywał.

Zamierzał coś jeszcze dodać, ale miałam już serdecznie dość. Odwróciłam się do niego plecami, a chwilę potem usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi. Zostałam sama.

Napięcie zeszło ze mnie jak powietrze z nadmuchanego balonu, a ogłuszająca cisza, jaka zapanowała po wyjściu wujka, była jak cios. Osunęłam się na podłogę i rozpłakałam.

Poniedziałek nadszedł dużo szybciej, niż sądziłam. Przez ostatnie dni prawie nic nie jadłam, lecz brak jedzenia zupełnie mi nie przeszkadzał. Nie czułam głodu i nawet kiedy Nikson przygotował pysznie wyglądające naleśniki, dałam radę wepchnąć w siebie zaledwie kilka kawałków.

Koszmary, które zawsze pojawiały się po drastycznie szybkiej przeprowadzce, tym razem mnie nie nawiedzały. Nie narzekałam, bo sen dawał błogość w postaci chwilowego zapomnienia. Jednak kiedy się budziłam, wszystko powracało, a najbardziej dręczyły mnie słowa mamy. Trzymałam je w sercu i z całych sił starałam się spełnić jej ostatnią wolę, lecz gdy leżałam skulona na łóżku, a przestrzeń wypełniała jedynie głucha cisza, wspomnienia i żal same napływały, powodując nieznośny ból w piersi.

Niedzielę spędziłam na płaczu i opuchniętych oczu nie dało się zamaskować makijażem, mimo że próbowałam.

Zobaczyłam niespodziewaną biel za oknem. Dokładnie pamiętałam chłód sobotniej nocy, w związku z tym założyłam jeansy, bluzę i najgrubszą kurtkę, jaką miałam. Kiedy stanęłam gotowa w holu, Nikson zlustrował mnie, po czym stwierdził:

– Przydadzą ci się cieplejsze ubrania.

– Okej – mruknęłam, ponieważ nie chciałam zaprzątać sobie tym głowy.

– Mówię serio, Grace. Mróz w tych okolicach nie zna litości.

Skrzywiłam się. Nie przepadałam za zimnem. Wujek jednak podsunął mi pomysł, który powinien na dłużej odciągnąć moje myśli o mamie. Im bardziej będę zajęta, tym lepiej.

– Pojadę po szkole na zakupy – oznajmiłam.

– Potrzebna ci pomoc? Bo…

– Nie – wtrąciłam natychmiast. – Dam radę.

Nie wyobrażałam sobie zakupów z wujkiem. Widziałam jego starania, ale sądziłam, że oboje czuliśmy się w swoim towarzystwie jeszcze dość niezręcznie. Nagle pod jego opieką wylądowała siedemnastoletnia dziewczyna, a ja zyskałam krewnego, który był dla mnie jak obca osoba.

– Dobrze – zgodził się. – Przelałem na twoje konto kieszonkowe. Wykorzystaj je na zakupy i na cokolwiek będziesz chciała.

– Och. – Zaskoczył mnie tak bardzo, że słowo samo wyrwało mi się z gardła. – To znaczy… dziękuję.

Nikson posłał mi lekki uśmiech, a ja, żeby zamaskować rumieniec wstydu, schyliłam się i zawiązałam trampki.

Wyszliśmy na zewnątrz. Podążałam za wujkiem do samochodu, próbowałam stawiać jak największe i jak najostrożniejsze kroki, żeby nie zmoczyć butów. Gdybym wiedziała, zabrałabym ze sobą zimowe, lecz nawet przez myśl mi nie przeszło, że w październiku może padać śnieg. W Marinos panowało wieczne lato, podobnie jak w Lutice – naszym pierwszym miejscu zamieszkania – w Kinton zaś prószyło sporadycznie. Zimie towarzyszył raczej deszcz i błoto niż biały puch.

– Często tak tutaj jest? – spytałam, gdy udało mi się wgramolić do auta.

– Zima zazwyczaj trwa od końca października do połowy marca, czasami dłużej, do kwietnia.

Opadłam zrezygnowana na siedzenie i oparłam głowę o zagłówek. Śnieg był magiczny, ale towarzyszące mu zimno psuło odczucia.

Nikson ruszył, a ja złapałam mocniej za pas. Zjeżdżaliśmy wąską ścieżką z cholernie stromej góry. Po stronie pasażera ujrzałam przepaść. Odwróciłam wzrok. Boże Życia, miej mnie w opiece. Nie wiedziałam, jak wyobrażałam sobie drogę do domu wujka, jednak na pewno nie tak. Może i widoki z okna były piękne, ale zdecydowanie niewarte tego zjazdu.

– Wszyscy tutaj tak mieszkają czy tylko ty wpadłeś na pomysł, żeby wybudować dom na szczycie góry? – mruknęłam, ściskając z całej siły rączkę przy suficie.

– Prawie wszyscy. Niektórzy wybierają miejsca u podnóża góry, lecz przez płynące w pobliżu rzeki po zimie pojawia się ryzyko osunięć. – Wzruszył ramionami. – Ludzie budują domy wysoko z przyzwyczajenia. Było tak od pokoleń, i tak już zostanie.

Droga nagle zrobiła się jeszcze bardziej stroma. Zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć, jak z zawrotną prędkością jedziemy w dół, i dopiero gdy poczułam wyrównanie terenu, otworzyłam oczy. Wujek zatrzymał samochód przy żelaznym garażu, a ja odetchnęłam z ulgą za chwilę przerwy w podróży.

– Wyjeżdżam na kilka dni – oznajmił niespodziewanie.

Przekręciłam głowę w jego stronę tak szybko, że chyba naciągnęłam jakiś mięsień.

– Mam parę rzeczy do załatwienia w Bergvubie. Powinienem wrócić w środę lub czwartek. – Złapał za klamkę i otworzył drzwi. – Chodź, mam coś dla ciebie.

Wysiadł, a ja przez chwilę trwałam w oszołomieniu. Chyba wcześniej jednak nie miał zamiaru towarzyszyć mi podczas zakupów.

– Grace?! – zawołał.

Natychmiast wyszłam na zewnątrz. Nikson odpinał właśnie kłódkę od garażu. Otworzył żelazne drzwi, a moim oczom ukazał się lśniący czarny SUV. Wujek sięgnął do kieszeni i zanim zdążyłam zareagować, rzucił coś w moją stronę. Prawie złapałam niezidentyfikowany obiekt, lecz w ostatniej chwili wysunął mi się z palców.

– Wybacz – zaśmiał się.

Sięgnęłam w dół i wymamrotałam pod nosem przekleństwo.

– Kluczyki?

– Do twojego auta. Autobusy jeżdżą sporadycznie i nieregularnie, bo przez warunki pogodowe często się spóźniają, a stąd do najbliższego przystanku jest ponad pięć kilometrów. Mógłbym cię wozić, nie mam z tym problemu, ale akurat wyjeżdżam i skoro masz prawo jazdy, to uważam, że lepiej być niezależnym niż zdanym na innych, więc… – poklepał maskę – …niech dobrze ci służy.

Zatkało mnie.

– Nie mogę tego przyjąć – wykrztusiłam z paniką. – To za dużo. Przecież…

– Oczywiście, że możesz – przerwał mi od razu. – Kupiłem go dwa lata temu, ale wolę swój, więc go nie używam. Lepiej, żeby przydał się tobie, niż stał zapomniany w garażu, prawda?

Zabrakło mi słów. Właśnie dostałam praktycznie nowy samochód.

– W nawigację wpisałem ci wszystkie najważniejsze miejsca. Mam nadzieję, że sobie poradzisz, ale w razie czego dzwoń, nieważne, o której godzinie. Zawsze mam włączony telefon.

– Dziękuję – wydusiłam.

Uśmiechnął się lekko, lecz zaraz spoważniał.

– Zawsze zamykaj drzwi i nie wychodź nocą, szczególnie do lasu. Nigdy nie wędruj po nim sama. Kiedy zapadnie zmrok, nie patrz w górę. – Zastanowił się chwilę. – Jeśli jednak znajdziesz się w lesie po zachodzie słońca, wyjdź z niego jak najszybciej. Jeśli usłyszysz jakikolwiek dźwięk, odwróć się i odejdź. Kiedy będziesz myślała, że widzisz coś dziwnego, to tego nie widzisz, jasne?

Popatrzyłam z niepokojem na świerki. Czy wujek naprawdę musiał mnie straszyć przed wyjazdem?

– Grace – odezwał się twardym tonem. – Pytam, czy rozumiesz.

– Tak – wykrztusiłam przez ściśnięte gardło. – Zrozumiałam.

– Tutejsze lasy są niebezpieczne. Pamiętaj o tym. – Kiedy odchodził, krzyknął jeszcze: – Gdyby coś się działo, od razu do mnie dzwoń!

Wsiadł do auta, a ja kilka chwil stałam jak sparaliżowana i wpatrywałam się w czubki drzew. Gdzie, do cholery, się znalazłam?

Kręte drogi nie należały do moich ulubionych. W szczególności, kiedy otaczał je gęsty ciemny las. Rozjaśnione słońcem niebo zapowiadało ładną pogodę i żywiłam wielką nadzieję, że śnieg stopnieje do południa.

Nawigacja pokazywała, że do celu zostało jeszcze jakieś sześć kilometrów. Spojrzałam na zegarek i przeklęłam w duchu. Nie dość, że byłam nowa, to jeszcze spóźniona. Choć już trzy razy mierzyłam się z pierwszym dniem w nowej szkole, i tak się stresowałam. W poprzedniej miałam to szczęście, że przyciągnęłam uwagę dziewczyny z lizakiem w ustach i burzą brązowych loków na głowie. A w sumie to bardziej się za mną wstawiła, gdy jeden z uczniów niepochlebnie skomentował moje włosy. Rzuciła w niego lizakiem i kazała mu spadać.

Na wspomnienie tamtego momentu aż się uśmiechnęłam. Po tym jak Hazel wzięła mnie pod swoje skrzydła, szkoła nie wydawała się już straszna. Dzięki niej uniknęłam kąśliwych uwag oraz dokuczania, i zawsze byłam i będę za to wdzięczna. Dlatego też czułam się okropnie, że wyjechałam bez pożegnania. Wysłałam jej jedynie marną wiadomość, którą zakończyłam naszą przyjaźń. Wiedziałam, że zachowałam się podle i nigdy sobie tego nie wybaczę, ale musiałam tak postąpić. Hazel za bardzo przypominała mi o mamie. O wszystkim, co straciłam i czego nigdy nie odzyskam.

Jej także.

Wzrok zamazały mi łzy, lecz zaraz wyparowały, gdy zobaczyłam gmach, od którego widoku dostałam gęsiej skórki. Wiekowy budynek zbudowany z ciemnego kamienia spowijała mgła, a wieże zwieńczone ostrymi iglicami pięły się w stronę nieba. Ogromne kamienne ptaszyska z rozpostartymi skrzydłami i zakrzywionymi dziobami strzegły wejścia. Cóż, to zupełnie nie przypominało żadnej szkoły, do której chodziłam.

Skręciłam na parking, przejechałam przez pierwszą alejkę, bezskutecznie starając się znaleźć wolne miejsce między samochodami – w większości terenowymi. Przejechałam do kolejnej i szybko wyłapałam nie jedno, lecz dwa, zaraz obok siebie. Zaparkowałam, uważając, żeby ominąć kupkę śniegu, która jeszcze nie zdążyła się roztopić, i wysiadłam.

Przeszłam kawałek, po czym zdałam sobie sprawę, że z pośpiechu zapomniałam o torbie. Prędko zawróciłam, w myślach rzucając soczystą wiązankę. Dotarłam do samochodu i otworzyłam go od strony pasażera w momencie, gdy obok zaparkowało kolejne auto. Złapałam za torbę, trzasnęłam drzwiami i sięgnęłam po kluczyki, które oczywiście musiały wypaść mi z dłoni. Pochyliłam się, żeby je podnieść, i zanim zdążyłam się wyprostować, uderzyło mnie coś twardego.

Straciłam równowagę i choć próbowałam się ratować i tak wylądowałam twarzą prosto w kupce śniegu, na którą wcześniej tak bardzo uważałam. W tej chwili żałowałam, że jednak jej nie przejechałam.

Drzwi samochodu obok trzasnęły, a ja pozbierałam się z ziemi. Przetarłam oczy, żeby pozbyć się resztek białego cholerstwa. Złapałam za torbę, schowałam do niej notatnik i ruszyłam za nieznajomym, który jakże cudownie mi przywalił.

Wyszłam zza jego ogromnego auta, jeszcze większego niż to wujka, i krzyknęłam:

– Ej! Ty!

Zimno przestało mi przeszkadzać, gdy zagotowałam się z wściekłości. Jak mógł tak po prostu walnąć mnie drzwiami i zignorować? Jak mógł nie pomóc ani nie przeprosić?

Odwróciły się dwie postaci. Jedna stała dalej, dziewczyna z długimi jasnymi włosami, a druga bliżej, wysoki chłopak o imponującej posturze. Nie przestając patrzeć mi w oczy, rzucił do blondynki:

– Idź, zajmę się nią.

Okej, tym zdaniem wkurzył mnie jeszcze bardziej.

Zbliżył się, a każdy stawiany przez niego krok wypełniony był pewnością siebie. Już otwierałam usta, żeby powiedzieć, co o sądzę o takim zachowaniu, lecz im bliżej podchodził, tym lepszy widok miałam na jego twarz. A ona zupełnie wyprowadziła mnie z równowagi.

– O co chodzi? – zapytał rozdrażniony.

Zapomniałam, że posiadam język, i mogłam tylko na niego patrzeć.

Czarne jak skrzydła kruka włosy opadały mu na czoło i przysłaniały ciemne niczym węgiel brwi. Jego uroda była surowa, wręcz brutalna. Prosty nos, mocno zarysowany kontur twarzy, zmysłowe usta i ostra szczęka. Pod prawym okiem, w pobliżu kości policzkowej, zauważyłam mały pieprzyk, który nadawał mu jeszcze surowszy charakter.

Po opalonej skórze wnioskowałam, że dużo czasu spędzał na słońcu. Choć na zewnątrz panował chłód, nosił tylko ciasno opinającą czarną koszulkę, która podkreślała muskularne ciało. Na lewej ręce, pod materiałem, odznaczała się oplatająca biceps bransoleta. Ciemne spodnie znikały w ciężkich traperach.

– Masz jakiś problem? – odezwał się znowu, a ja w końcu skupiłam wzrok na jego oczach.

Automatycznie zrobiłam krok w tył. Patrzyłam w czerń głębszą niż absolutny mrok. Tęczówki Rhavena były tak ciemne, że nie mogłam dostrzec różnicy między nimi a źrenicą. Lecz nie dlatego się cofnęłam.

Zrobiłam to, ponieważ z jego spojrzenia biło okrucieństwo, chłód i bezwzględność zbyt mocne, bym umiała powstrzymać odruch.

Czułam w kościach, że ten człowiek jest groźny.

Niebezpieczny.

W końcu odnalazłam język w ustach i powiedziałam:

– Może byś tak uważał, co? – Wskazałam na jego samochód. – Przywaliłeś mi drzwiami!

– Wybacz. – Popatrzył w moją stronę z lekkim rozbawieniem. – Nie zauważyłem cię tam, na dole.

Obdarzył mnie jeszcze jednym pobłażliwym spojrzeniem i odszedł w stronę dziewczyny, która go nie posłuchała i nadal stała w tym samym miejscu.

Zajęło mi chwilę, zanim przetworzyłam, co powiedział.

Na dole?! Czy on mnie właśnie nazwał krasnalem?

Nie myślałam. Myślała za mnie wściekłość. Sięgnęłam do torebki i wyjęłam pierwszą rzecz, która wpadła mi w rękę.

Zanim się zorientowałam, mój notes pofrunął w powietrzu i uderzył prosto w głowę chłopaka.

ROZDZIAŁ 4

Odwrócił się bardzo, bardzo powoli.

– Czy ty…? – zaśmiał się z niedowierzaniem, popatrzył na leżący na ziemi notes i zaraz powrócił do mnie wzrokiem. – Czy ty właśnie rzuciłaś we mnie książką?

– Notesem – sprostowałam.

– Ach, rozumiem… – Pokiwał głową. – Notesem.

Szok szybko przerodził się w złość. Uśmiechnął się tak, jak drapieżnik uśmiecha się do ofiary, a moje serce na chwilę zgubiło rytm. Cholera, powinnam trzymać język za zębami. Zrobił krok do przodu, a ja od razu zrobiłam krok w tył. Instynkt przetrwania podpowiadał mi, że powinnam trzymać się od tego chłopaka z daleka.

Tak, cóż, mogłam pomyśleć o tym, zanim walnęłam go notesem.

Nagle koło niego pojawiła się blondynka i złapała za ramię.

– Rhaven – syknęła. – Odpuść.

Posłał jej rozdrażnione spojrzenie i wyrwał rękę z uścisku.

– Nie zbliżaj się do niej – warknął do dziewczyny i patrząc na mnie, ruszył do przodu.

Mimowolnie znowu się przed nim cofnęłam. Serce podjechało mi do gardła, lecz on tylko przeszedł obok, mrużąc oczy. Też cię nie lubię, dupku.

Śledziłam go wzrokiem, dopóki nie zniknął w swoim wielkim samochodzie. Następnie odwróciłam się do nieznajomej, żeby zapytać, co miał na myśli, jednak zobaczyłam pustkę.

Dziewczyna zniknęła.

W sekretariacie zeszło mi kolejnych dziesięć minut, więc zdążenie na ostatnie dwadzieścia minut pierwszej lekcji graniczyło z cudem. Wyszłam na ciemny korytarz, do którego przez witrażowe okna ledwo wpadało światło, gdy ktoś złapał mnie pod ramię, nadał szaleńcze tempo marszu i rzucił:

– Błagam, powiedz, że ty też masz lekcje w sali siedemnaście.

Spojrzałam w górę na nieznajomego. Oczom ukazał mi się wyższy ode mnie przynajmniej o głowę chłopak. Lekko kręcone włosy w kolorze ciemnej czekolady sterczały mu we wszystkie strony, jakby właśnie wrócił z biegu. Miał mocno zarysowaną szczękę i usta oraz duże oczy koloru pnia drzewa.

– Ja… – Próbowałam spojrzeć na plan, który trzymałam w dłoni, lecz przez szybki krok chłopaka kartka tak się trzęsła, że nie mogłam odczytać numeru sali.

– Wybacz. – Puścił mnie i stanął. – Czasami zapominam, że ludzie nie lubią, gdy ktoś ich dotyka. – Potarł kark i uśmiechnął się nieśmiało. – Często tak chodziłem z siostrą, robię to z przyzwyczajenia.

– Nic nie szkodzi – zapewniłam, lekko unosząc kąciki ust. Zerknęłam na kartkę. – Lekcję mam akurat w sali siedemnaście.

Chłopak odetchnął z ulgą.

– Całe szczęście. – Znów wziął mnie pod ramię i zaczął iść. – Nienawidzę się spóźniać. Każdy zawsze patrzy na ciebie, jakbyś zamordowała mu pierworodnego. – Posłał mi znaczące spojrzenie. – Ludzie, wyluzujcie. To tylko spóźnienie.

Zaśmiałam się, bo doskonale go rozumiałam.

– Jestem Max – przedstawił się i puścił oczko.

– Grace.

Stanęliśmy przed salą.

– Gotowa, żeby zmierzyć się z tymi wszystkimi spojrzeniami nienawiści, Grace?

Nawet jeśli nie byłam, to i tak nie miałam wyboru. Klamka zapadła, gdy Max otworzył drzwi i wmaszerował do środka, ciągnąc mnie za sobą.

Nauczycielka okazała mi wyrozumiałość. Za to Maxowi niezbyt. Podobno spóźniał się codziennie i jego wymówki zupełnie jej nie interesowały. Zareagował na to miną zbitego psa, która – gdybym była nią – totalnie by na mnie zadziałała.

Usiadłam z nim w ławce, dzięki czemu poczułam lekką ulgę. Nie patrzył również na mnie jak na dziwadło i odważyłam się pomyśleć, że może zdołam znaleźć tutaj znajomych. Max wydawał się naprawdę miły.

Próbowałam skupić się na lekcji, ale co rusz powracałam do incydentu z parkingu.

Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to zrobiłam. Nie rzucałam w ludzi notesami. Ogólnie nie rzucałam w nich niczym. W większości przypadków cechowałam się spokojem ducha, ale zachowanie chłopaka zupełnie wyprowadziło mnie z równowagi.

Przypomniałam sobie spojrzenie czarnych oczu i aż zadrżałam. Wydawał się przerażający, a jego towarzyszka wręcz przeciwnie, i mimowolnie zastanowiłam się, co ich łączy.

Zadzwonił dzwonek, a siedzący obok Max odetchnął z ulgą.

– To chyba najnudniejsze lekcje w całej szkole – mruknął i zgarnął z blatu podręcznik od historii. – W kółko omawiamy to samo.

– To samo? – Zmarszczyłam brwi i dołączyłam do niego na korytarzu. – Zawsze rozmawiacie o zjednoczeniu kra…? – Przerwały mi wibracje telefonu. Sięgnęłam po niego i westchnęłam zrezygnowana.

– Coś się stało? – zagadnął Max.

Pokręciłam głową i schowałam telefon do kieszeni. To była Hazel. Pytała, jak się czuję i czy poszłam do szkoły. Nie byłam w stanie jej odpisać. Etap życia w Kinton został zakończony. Nie powrócę do niego.

– Twoja siostra też tutaj chodzi? – Zmieniłam temat, pragnęłam uniknąć rozmowy o dawnej przyjaciółce.

– Nie. – Posłał mi słaby uśmiech.

W Brivel było tylko jedno liceum, więc…

– Jest młodsza? – dopytałam. – Chodzi do podstawówki, tak?

– Nie, Grace – westchnął ciężko i przeczesał włosy palcami. Zatrzymał się przy szafce i przestąpił z nogi na nogę.

O, cholera. Mogłam nie drążyć. Max wyglądał, jakby teraz to on nie chciał rozmawiać o trudnym dla niego temacie. Odniosłam wrażenie, że przez przypadek rozdrapałam starą ranę.

– Przepraszam – zaczęłam. – Nie chciałam…

– Moja siostra nie żyje – wyrzucił z siebie, a ja poczułam, jakbym dostała pięścią w brzuch.

Zachwiałam się, a Max złapał mnie za łokieć i przytrzymał. Śmierć. Znowu śmierć.

– Wszystko w porządku? – spytał zmartwiony.

– Tak mi przykro – wykrztusiłam przez ściśnięte gardło. – Max, tak strasznie mi przykro…

Patrzył na mnie z uwagą, a jego pytanie odczułam jak kolejny cios w serce.

– Też kogoś straciłaś?

Odetchnęłam płytko, po czym udało mi się skinąć głową.

– Nie pytaj – wyszeptałam błagalnie, bo nie mogłam się teraz rozkleić. Nie na korytarzu pełnym uczniów i na dodatek pierwszego dnia w nowej szkole. – Tylko mnie o to nie pytaj.

Jego spojrzenie wypełniło się współczuciem i wyrażało pełną akceptację mojej prośby. Rozumiał.

– Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to… – Ścisnął moją rękę i uśmiechnął się pokrzepiająco. – Z doświadczenia wiem, że z czasem robi się łatwiej. Zdaję sobie sprawę, że to banalne, ale naprawdę tak jest. Minął niecały rok i choć potwornie tęsknię, każdego dnia wspomnienia mniej bolą.

Czułam się paskudnie, że zmusiłam go do tego wyznania. Ewidentnie przyszło mu to z trudem. Sama pragnęłam unikać wszystkiego, co związane z osobą, która zajmowała ogromną część mojego serca i zostawiła po sobie równie wielką dziurę.

Rozpaczliwie szukałam czegoś, co odciągnęłoby uwagę od bólu w piersi, gdy w oczy rzuciła mi się smukła dziewczyna z parkingu idąca korytarzem szybkim krokiem.

– Kto to? – spytałam, odwracając za nią głowę.

Max podążył za moim spojrzeniem.

– Lolana. Dlaczego pytasz?

Dziewczyna zniknęła za rogiem, a ja skupiłam się z powrotem na Maxie.

– Miałam mały incydent z jej chłopakiem.

– Chłopakiem? – Zmarszczył brwi, lecz zaraz na jego twarzy wykwitło zrozumienie. – Masz na myśli Rhavena?

– Tak.

– To nie jej chłopak – zaśmiał się. – To jej brat.

Zamrugałam kilka razy, aż w końcu stwierdziłam:

– Nie są podobni.

– To przyrodnie rodzeństwo. I… – zawiesił głos, poruszając przy tym dwa razy brwiami – wokół nich krąży mnóstwo plotek.

– Oświecisz mnie?

– Lolana trzyma się na uboczu i rozmawia tylko z dwiema osobami, co naturalnie budzi ciekawość reszty szkoły. A tajemniczości dodaje jej jeszcze fakt, że prawie codziennie do szkoły przywozi i odbiera ją Rhaven.

Pokiwałam głową. Może i źle zrozumiałam ich relację, ale jedną rzecz wiedziałam na pewno – od Rhavena powinnam trzymać się z daleka. Nikt oprócz niego nie wywołał we mnie ciarek przerażenia i nie zamierzałam przekonywać się, czy przeczucie, że był niebezpieczny, okaże się prawdą.

– Okej – odezwał się Max w trakcie otwierania swojej szafki. – O jakim małym incydencie mówiłaś?

– Och, to nic takiego.

Wychylił głowę zza drzwiczek.

– Mów. Inaczej nie zaprowadzę cię do klasy.

Westchnęłam ciężko i posyłając mu najgroźniejsze spojrzenie, na jakie było mnie w tej chwili stać, zmusiłam usta do ruchu.

– Zostałam zaatakowana przez drzwi jego samochodu – wymamrotałam. – A później mój notes zaatakował tył jego głowy.

Z hukiem zamknął szafkę, a usta ułożyły się mu w idealne „O”. Poczułam ciepło wypływające na policzki.

– Przysięgam, zazwyczaj tak nie robię – mruknęłam i jeszcze bardziej się zarumieniłam.

Max wybuchnął śmiechem.

– Chciałbym to zobaczyć. – Pokręcił głową, nadal zanosząc się śmiechem. – To musiało być niesamowite. Cholera, nie wierzę, że to przegapiłem.

Spiorunowałam go wzrokiem, a on zarzucił mi rękę na ramię i zaczął prowadzić na następną lekcję.

Dziękowałam Bogu, Matce i Synowi za Maxa. Dotrwałam do przerwy obiadowej bez żadnych przygód, a nowy znajomy stał się najlepszym przewodnikiem na świecie. Usiedliśmy na samym końcu stołówki, utrzymanej w surowym i dość ponurym stylu, i ze zgrozą stwierdziłam, że za oknem wirował biały puch.

– Skąd ten śnieg się bierze? – jęknęłam, stawiając tacę na kamiennym stole, który był tak zimny, na jaki wyglądał.

– Z nieba. – Max porwał z mojego talerza pomidorka koktajlowego, a ja westchnęłam i popatrzyłam na zwiększającą się ilość bieli pokrywającej ziemię. – Przyzwyczaj się. Śnieg towarzyszy Brivel nieustannie. Nawet kiedy mieszkałem w Rener, tak nie było.

– Też się tutaj przeprowadziłeś?

Odpowiedział skinieniem głowy, a ja sięgnęłam po widelec.

– Dawno?

– Za miesiąc minie rok. Przeprowadziłem się zaraz po śmierci rodziców i siostry.

Widelec zadrżał mi w dłoni. Czyli nie stracił tylko jednej osoby, lecz trzy. Przygniotło mnie to do tego stopnia, że przez chwilę nie umiałam odnaleźć powietrza w płucach.

Na szczęście do stolika przysiadły się dwie osoby, więc mogłam skupić uwagę na nich. Oboje wyglądali przyjaźnie. Dziewczyna z krótkimi lokami, które kolorem zlewały się z jej pomarańczowym swetrem, oraz chłopak z mocno przystrzyżonymi jasnymi włosami i okularami na nosie.

– To Amber – przedstawił dziewczynę Max, a ona pomachała i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – A to Gus. – Chłopak również pomachał, lecz w przeciwieństwie do Amber wydawał się bardziej nieśmiały. – Poznajcie, proszę, Grace.

– Cześć. – Uśmiechnęłam się do nich i zwróciłam do chłopaka: – Gus od Gustava?

– Każdy zawsze zgaduje – zaśmiał się niepewnie, poprawiając przekrzywione okulary.

– Tak myślałam, że świeżak przygarnie drugiego świeżaka – zaświergotała Amber, w niewątpliwie dobrym humorze, i wskazała na Maxa. – Oprócz niego nikt inny się tutaj nie przeniósł i przyznam, że jestem w niemałym szoku, że mamy kolejnego nowego ucznia. Co cię tu sprowadza, Grace? – spytała, przez co od razu zrzedła mi mina.

Roześmiana twarz mamy mignęła przed moimi oczami i zapragnęłam zniknąć ze świata. Próbowałam się odezwać, lecz wiedziałam, że jeśli odpowiem, pęknę. A tego naprawdę nie chciałam. Łzy oznaczały, że czułam.

Nie chciałam czuć.

– Pytasz o takie banalne rzeczy – odezwał się Max, który przyszedł mi na ratunek. – Wykaż się większą kreatywnością.

– No co? – prychnęła dziewczyna. – Miałam spytać o jej ulubiony kolor?

– To też nie jest kreatywne – wtrącił Gus, co wywołało u niej oburzenie. Zaczęli się sprzeczać, a Max nachylił się w moją stronę i wyszeptał:

– Możesz na mnie liczyć. Od dzisiaj jestem twoją prywatną grupą wsparcia.

Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. Max włączył się do rozmowy, a ja tylko się przysłuchiwałam, rozgrzebując sałatkę na talerzu.

– Grace? – Głos Gusa wyrwał mnie z zamyślenia. – Może masz jakieś pytania odnośnie do szkoły lub Brivel? Jesteśmy całkiem niezłym źródłem wiedzy, jeśli jesteś czegoś ciekawa.

Amber przytaknęła, a rude pukle zatańczyły wokół jej smukłej twarzy. Już miałam powiedzieć, że nie, lecz przyszła mi do głowy jedna rzecz.

– Jak wam się mieszka tak blisko Pustki? Nie boicie się, że nagle poszerzy zasięg i będzie po was?

– Mieszka się tutaj normalnie. – Gus wzruszył ramionami. – A obszar Pustki nie zmienił się od czasu jej powstania. Nie ma czego się bać, o ile nie przekroczy się granicy.

Wujek mówił to samo.

Czy Pustka mimo tak bliskiej odległości naprawdę nie stanowiła zagrożenia?

– No właśnie – potwierdził Max. – Pustka jest niegroźna, dopóki jakiś idiota nie stwierdzi, że ciekawie by było zobaczyć, co się w niej kryje.

Zmarszczyłam brwi.

– Przecież Pustka jest miejscem zakazanym. Nie można tak po prostu do niej wejść.

– Powiedz to Liamowi – mruknęła Amber.

– Komu?

Max westchnął.

– Tydzień temu on i jego dwóch kumpli wybrali się do Pustki. Chcieli nagrać jej granicę, ale jeden z nich popchnął Liama. – Sałatka podeszła mi do gardła, a Max kontynuował: – Przekroczył granicę i koniec.

– Wrzucili nagranie do sieci – dodał Gus. – Dyrekcja próbowała je usunąć, ale obleciało całą szkołę. Wyglądało tak, jakby Pustka wyssała z niego życie.

Coś mi się nie zgadzało.

– Jak się tam dostali? Przecież kilka lat po powstaniu Pustka została otoczona murem…

– Informacje o miejscu śmierci nie docierają tak daleko na południe, co? – mruknął Max. – Mur został roztrzaskany już kilka razy. Nikt nie wie dlaczego, ale ściany same się rozpadały, więc w końcu dano sobie spokój z odbudowywaniem go. Cokolwiek postawisz na granicy Pustki, to się rozleci. Rozważano rozszerzenie zasięgu budowy, jednak mieszkańcy Brivel się nie zgodzili. Nie pozwolili, aby ich obszar został oddzielony od reszty świata.

Chciał dodać coś jeszcze, ale nagle do naszego stolika przybiegł chłopak. Odgarnął długie ciemne włosy i odetchnął kilka razy, ewidentnie próbował złapać oddech. Powieki pokrył cieniem, w jego nosie widniał kolczyk, a paznokcie miał pomalowane na czarno. Popatrzył na każdego po kolei, a w krystalicznie niebieskich oczach krył się strach.

– Pamiętacie, co stało się tydzień temu?

Odpowiedziała mu cisza, którą po chwili przerwała Amber:

– Damien, przestań nas straszyć.

– Jest kolejne wideo – wyrzucił z siebie. – Tym razem z wiadomością.

Poczułam przerażające zimno.

– Jaką? – spytał Gus.

Napotkałam spojrzenie Damiena. Przełknął z trudem ślinę i oznajmił:

– „Pustka potrzebuje ofiar”.

Reszta przerwy obiadowej minęła w ciszy. Nauczyciele, kilka minut po rewelacji Damiena, wydali ogłoszenie, w którym nazwali filmik głupim żartem. Ktoś stwierdził, że to śmieszne, i na pewno poniesie za to odpowiedzialność. Niezbyt mnie to uspokoiło. Widziałam po twarzach moich nowych znajomych, że ich również nie.

Kiedy rozbrzmiał dzwonek, który zwiastował koniec przerwy, myślami znajdowałam się daleko od rzeczywistości. Chciałam uwierzyć, że ktoś tylko sobie żartował, ale odnosiłam dziwne wrażenie, że to dopiero początek problemów w Brivel. Zastanawiałam się również, co stało się z ludźmi, którzy uczestniczyli w incydencie z Liamem. Czy ponieśli konsekwencje? A może to oni wysłali dzisiejszy filmik?

Spóźniona i pogrążona w myślach pędziłam pustym, jak sądziłam, korytarzem na lekcję, gdy wpadłam na kogoś.

– Przepraszam…

– Skąd ty się urwałaś? – Kpina w głosie nieznajomego sprawiła, że zesztywniałam. Powoli uniosłam głowę.

Chłopak był wysoki. Ciemne kosmyki przylegały mu do skóry głowy niczym czepek, a nieogolona twarz wykrzywiła się w drwinie.

– Białe? – Wyciągnął rękę ku opadającym mi na ramiona włosom, ale odsunęłam się, zanim zdążył ich dotknąć. Nie przeszkodziło mu to jednak w dalszym komentowaniu mojego wyglądu. – Farbujesz się? Próbujesz zlać się ze śniegiem czy coś?

Spodziewałam się takiej sytuacji, choć gdzieś w głębi duszy liczyłam na to, że skoro zostałam tak dobrze przyjęta przez Maxa i jego przyjaciół, jakoś tego uniknę. Jednak zawsze znalazł się ktoś, kto fascynował się moim wyglądem. Alabastrowa skóra, jasnoniebieskie niczym sopel lodu oczy, białe jak płatki śniegu włosy i niski wzrost. Nawet gdybym chciała wtopić się w tłum, wygląd mi na to nie pozwalał.

Wyróżniałam się całą sobą, a większości ludzi się to nie podobało. Może oczy i cera jeszcze jakoś by przeszły, lecz najgorsze były włosy. Nikt, dosłownie nikt w Progrei, oprócz starszych osób, a i tak odcień ich kosmyków wpadał bardziej w szarość niż w biel, nie miał takich jasnych jak ja.

Często mi przez to dokuczano. Kiedy miałam jedenaście lat, sytuacja była tak zła, że ubłagałam mamę, by je pofarbowała. I nie dość, że kolor ledwo złapał, to jeszcze okazało się, że mam alergię na parafenylenodiaminę. Skończyło się nieznośnym pieczeniem i obrzękiem skóry głowy.

Powróciłam do naturalnego koloru, ale kilka miesięcy później zmieniłam szkołę i wtedy rozpoczęło się prawdziwe prześladowanie. Komentarze bym zniosła, jednak trafiłam na koszmarne towarzystwo i już w drugim tygodniu kilka dziewczyn zablokowało mi wyjście z łazienki, przygwoździło do podłogi i napisało markerem na czole „DZIWOLĄG”.

Wróciłam zapłakana do domu i wtedy mama zapisała mnie na lekcje samoobrony. Kiedy moje prześladowczynie zrozumiały, że potrafię im oddać, i to z nawiązką, odpuściły przemoc i ograniczyły się do kilku obelg w miesiącu. Przetrwałam tam dwa lata, aż wujek znowu nas znalazł, przez co przeprowadziłyśmy się do Kinton. Tam zaś poznałam Hazel i nawiązałam pierwszą prawdziwą przyjaźń.

Z doświadczenia wiedziałam, że lepiej udawać, że nic się nie słyszy, więc zignorowałam chłopaka i spróbowałam go wyminąć. Zagrodził mi drogę.

– Co ty? Z jaskini wyszłaś? – Uśmiechnął się paskudnie i pochylił. – W sumie jesteś taka blada, że nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się to prawdą. – Przekrzywił głowę. – Oczy też masz dziwaczne. Skąd ty się wzięłaś?

Nie mogłam przejść koło niego, więc odwróciłam się z zamiarem odejścia, jednak gdy tylko zrobiłam krok, poczułam mocne szarpnięcie. Ból zamigotał przed moimi oczami. Zachwiałam się i odruchowo złapałam za głowę.

– Hej! – krzyknął ktoś. – Patrick, człowieku, wystarczy…

Nieznajomy nie miał szansy mi pomóc. Był za daleko, a wszystko działo się zbyt szybko. Obrzydliwy typ znalazł się przede mną i nachylił, jednocześnie nadal trzymając za włosy.

– Ups. – Uśmiechnął się złośliwie i otworzył dłoń. Kosmyki z powrotem opadły mi na ramiona. – Sądziłem, że łapię pajęczynę.

Splunęłam mu w twarz.

ROZDZIAŁ 5

Zamrugał, zaskoczony, a chłopak, który chciał mi pomóc, stanął jak wryty. Ale to jeszcze nie był koniec. Takie typy jak Patrick nie poddawały się łatwo. Złość wykrzywiła mu twarz i się zamachnął.

Przygotowana na jego ruch, zasłoniłam się ręką, więc pięść odbiła się od mojego przedramienia. Właśnie zarobiłam nowego siniaka do kolekcji, ale nie przejmowałam się tym. Musiałam wykorzystać szansę, zanim minie kolejne zaskoczenie.

Uderzyłam go z całej siły stopą w kostkę, przez co uniósł lewą nogę, a prawą nieznacznie ugiął. Wyprostowałam kończynę i trafiłam chłopaka prosto w krocze. Przez uderzenie zgubił oddech, oczy zmieniły się w spodki, a nogi ugięły. Odgarnęłam włosy z twarzy i powstrzymałam chęć ponownego splunięcia mu w twarz.

– Nigdy więcej nie dotykaj moich włosów – warknęłam. – Nigdy, rozumiesz?

Patrick podniósł się szybciej, niż się spodziewałam, lecz nie dotknął mnie. Wybawiciel pojawił się między nami, a jego ręka wystrzeliła do przodu. Nie zdążyłam mrugnąć, a już przyciskał Patricka do szafki.

– To zostanie między nami – oznajmił mu miłym tonem. – Nie zgłosisz tego dyrektorowi, a nikt więcej się nie dowie, że dostałeś w jaja od dziewczyny. – Przycisnął go mocniej. – I nie dotkniesz więcej włosów… – Odwrócił głowę. – Jak masz na imię?

– Grace – odpowiedziałam, a on znów zwrócił się do Patricka:

– I nigdy więcej nie tkniesz Grace. Jasne?

Chłopak skinął głową. Nieznajomy puścił go, ale miał na oku, dopóki ten nie odszedł. Dopiero kiedy zniknął z pola widzenia, poczułam, jak uderza we mnie nerwowość. Złączyłam ręce, żeby nie było widać, jak bardzo drżą.

Nie lubiłam używać chwytów z samoobrony, ale czasami to konieczność. Może i umiałam się bić, jednak wszystko we mnie buntowało się przeciw przemocy. Ograniczałam ją do minimum i kiedy widziałam inne wyjście z sytuacji, wykorzystywałam je.

– Jestem Conall – przedstawił się chłopak i wyciągnął rękę. Spojrzałam na nią, później na niego, a on szybko zacisnął dłoń w pięść i schował ją za plecami. – Nieźle sobie z nim poradziłaś.

Nadal czułam niepokój i nie mogłam przestać się trząść. Wzięłam kilka głębokich wdechów, próbowałam się uspokoić.

– Przepraszam… – Odetchnęłam drżąco. – Po prostu naprawdę nie lubię takich sytuacji…

– Hej, nie masz za co przepraszać – zapewnił, podchodząc bliżej. – Zachował się jak totalny dupek. Dobrze mu tak.

– Ja… – Spojrzałam na zaciśnięte dłonie. Dlaczego nie mogli po prostu zostawić mnie w spokoju? Czy to coś złego, że miałam jasne włosy i bladą cerę? Czy to był powód, żeby sprawiać mi przykrość?

– Nie zrobił ci krzywdy? Wszystko w porządku?

– Co? – Uniosłam głowę i zaraz zrozumiałam, co mówił. – Nie, nic mi nie jest.

Conall się uśmiechnął i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaki był przystojny. Włosy w kolorze mahoniu lśniły w słabych lampach korytarza. W ciepłych brązowych oczach widziałam troskę, a pełne usta przybrały przyjacielski wyraz.

– W takim razie cieszę się – powiedział miękko. – Do zobaczenia, Grace.

Odwrócił się i odszedł korytarzem, a ja stałam jak oniemiała. Albo mi się wydawało, albo serce naprawdę zabiło mi mocniej, gdy wypowiedział moje imię.

Kiedy nadeszła ostatnia lekcja, sądziłam, że dotrwam do końca dnia bez żadnych większych niespodzianek, lecz gdy zobaczyłam jedyne wolne miejsce przy dziewczynie z parkingu, zdałam sobie sprawę, że jak zawsze musiałam się mylić.

Usiadłam koło niej i się przywitałam:

– Cześć.

Popatrzyła na mnie, po czym odwróciła głowę w drugą stronę i udała, że nie istnieję. Świetnie. Poszło mi po prostu świetnie. To zdecydowanie nie był mój dzień.

Starałam się skupić na słowach nauczycielki, lecz dzisiejsze wydarzenia nie dawały mi spokoju. Potajemnie wyjęłam z torby notes i zaczęłam szkicować świerki przy domu wujka.

Zdążyłam zapełnić bazgrołami trzy kartki, gdy usłyszałam:

– Wybierzcie jeden z tematów na projekt razem z partnerem z ławki. Pamiętajcie, żadnych zmian i żadnych kłótni. Wasza ocena końcowa w połowie zależy od prezentacji, więc przyłóżcie się do pracy!

Poczułam ścisk w żołądku. Jak miałam się dogadać z Lolaną, jeśli mnie ignorowała? Zadzwonił dzwonek, więc sięgnęłam po torbę i już zaczęłam odwracać się do dziewczyny, gdy zobaczyłam, jak wręcz ucieka z sali.

Super, nie zdążyłyśmy nawet porozmawiać. Śmignęłam za nią i wypadłam na korytarz. Przeczesywałam wzrokiem tłum, lecz Lolana zniknęła. Zrezygnowana, ruszyłam w stronę parkingu, gdy zdałam sobie sprawę, że na ławce zostawiłam zeszyt i ołówek.

Cofnęłam się do sali. Złapałam za klamkę i otworzyłam drzwi w idealnym momencie, żeby usłyszeć:

– Nie mogę robić z nią projektu!

Drzwi zaskrzypiały, zdradzając moje wejście, a nauczycielka i Lolana spojrzały na mnie zaskoczone. Przez chwilę stałam nieruchomo, lecz szybko się otrząsnęłam i podeszłam do ławki. Zabrałam pozostawione rzeczy, zignorowałam palące ukłucie wstydu i wyszłam z sali.

Miałam ochotę się przekląć. Dlaczego musiałam zapomnieć o zeszycie i wrócić do sali? Dlaczego musiałam być świadkiem odrzucenia Lolany? Tak bardzo mnie nie lubiła? Przecież nawet się nie znałyśmy. Ale – czy chciałam to przyznać, czy nie – desperacja w jej głosie raniła.

Chodziło o mój wygląd? Zaraz po tym, gdy ta myśl uformowała mi się w głowie, poczułam się jak wyrzutek. Odludek. Dziwak. Sądziłam, że mogę zapomnieć o dawnych przezwiskach, ale może jednak nie? Może powrócą, choć nie słyszałam ich, odkąd zaprzyjaźniłam się z Hazel?

Podeszłam do szafki, lecz ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie mogłam wpisać kodu. Oparłam czoło o chłodny metal i odetchnęłam głęboko.

– Wiem, że słyszałaś.

Oderwałam głowę od szafki i spojrzałam na Lolanę. Jasne włosy, proste niczym słomki, spływały do bioder. Ciemne oczy, prawie takie same jak u jej brata, lecz u niej potrafiłam odróżnić źrenicę od tęczówki, wyrażały skruchę.

– Tak, słyszałam – przyznałam.

– Nie chodziło o ciebie, przysięgam. – Zrobiła krok do przodu.

– Jasne. – Uśmiechnęłam się i ignorując ją, w końcu otworzyłam szafkę.

– Naprawdę. – Kątem oka zobaczyłam, że wyłamuje palce.

– Okej, świetnie. – Wrzuciłam książki i zamknęłam drzwiczki. Co innego niby miałam powiedzieć? Spoko, nie przejmuj się. Przyzwyczaiłam się?

Zaczęłam odchodzić, ale coś mnie powstrzymało. Odwróciłam się do niej.

– Wiesz, mogłaś przynajmniej powiedzieć, a nie w tajemnicy próbować zmienić partnerkę do projektu. Nie robiłabym problemów. To nie tak, że cię ugryzę i przeniosę na ciebie chorobę.

Lolana się zaśmiała.

Serio? Zamierzała się jeszcze śmiać mi w twarz? Miałam już serdecznie dość na dzisiaj. Okręciłam się na pięcie i odmaszerowałam w stronę parkingu.

– Zaczekaj!

Nagle znalazła się tuż przede mną. Zatrzymałam się, gdyż prawie się zderzyłyśmy. Była wyższa, więc musiałam się cofnąć, żeby nie podnosić głowy, aby na nią patrzeć.

– Przepraszam – powiedziała. – Masz całkowitą rację. To, co zrobiłam, było okropne.

Tego się nie spodziewałam.

– Wiem, że to brzmi jak marna wymówka, ale jestem bardzo nieśmiała – kontynuowała. – Jeszcze nigdy z nikim nie robiłam projektu i strasznie się tym zestresowałam. Zawsze siedziałam sama, więc nie miałam partnerki. Przeraziłam się i spanikowałam. Przepraszam.

Zdziwiłam się jeszcze bardziej, gdy zdałam sobie sprawę, że brzmiała szczerze. Wyglądała na naprawdę zestresowaną, więc nie mogłam zrobić nic innego, tylko powiedzieć:

– Przyjmuję twoje przeprosiny.

– Naprawdę?

Skinęłam głową, a jej twarz rozświetlił piękny uśmiech.

– Dziękuję! To świetnie! – Zaczęła się wycofywać, jednak odwróciła się i zapytała: – Chcesz nadal ze mną robić projekt?

Nadzieja, którą widziałam w ciemnobrązowych oczach, ściskała serce.

– Jasne. Jeśli ty chcesz, to nie mam nic przeciwko temu.

– Okej, świetnie. – Pokiwała energicznie głową, nadal szeroko się uśmiechając. – Znajdę cię jutro na przerwie obiadowej i obgadamy szczegóły.

– Dobrze – zgodziłam się, a ona pomachała mi i odeszła w stronę parkingu.

Może wcale nie będzie tak źle, jak sądziłam?

ROZDZIAŁ 6

Kiedy wyjeżdżałam z parkingu, kątem oka zobaczyłam Lolanę kłócącą się z bratem. Nie miałam pojęcia, jak naprawdę wyglądała ich relacja, ale coś w sposobie, w jakim gestykulował Rhaven – spokojnie, z lodowatą precyzją – sprawiało, że po plecach przebiegł mi dreszcz.

Mijałam ostatni rząd samochodów, gdy przed maskę mojego wyskoczyła Lolana i rozpostarła ręce na boki. Dałam po hamulcach, aż zapiszczały opony, a tyłek prawie oderwał mi się od siedzenia. Jak ona tak szybko znalazła się na końcu parkingu?

Dziewczyna podbiegła do drzwi od strony pasażera i zanim zdążyłam zareagować, wskoczyła do auta.

– Jedź!

Wyraz jej twarzy nakazał mi wcisnąć gaz, więc ruszyłam z piskiem opon. Cieszyłam się, że przed sobą mam pustą drogę, gdy po lewej zobaczyłam Rhavena ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Minęłyśmy go, a ja spojrzałam w lusterko. Myślałam, że będzie nas gonił, ale on tylko stał i odprowadzał nas wzrokiem, aż zniknęłyśmy na głównej drodze.

Dopiero kiedy jego sylwetka rozpłynęła się w oddali, zorientowałam się, jak szybko biło mi serce. Oddech miałam przyspieszony, adrenalina buzowała w żyłach. Spojrzałam na Lolanę. Na jej twarzy rozciągał się uśmiech, oczy rozszerzyła z szoku, a klatka piersiowa unosiła się równie szybko, co moja.

– Czy my właśnie uciekłyśmy przed twoim bratem?

– Tak – odpowiedziała z niedowierzaniem. – Matko, naprawdę przed nim uciekłyśmy. Jeszcze nigdy się to nie wydarzyło.

– Nigdy nie uciekłaś przed bratem?

Kiedy cisza się przedłużała, zerknęłam w jej stronę.

– Nigdy nie zostałam sama bez opieki – szepnęła.

Jej odpowiedź i niepewność w głosie mnie zdziwiły.

– Co masz na myśli? – dopytałam.

Starałam się skupić na prowadzeniu, ale znów na nią zerknęłam, wiedziona ciekawością i niepokojem.

– Mój tata i brat są dość nadopiekuńczy – powiedziała cicho, ostrożnie, i zrozumiałam, że trudem przychodziło jej wyznanie tego. – Nigdzie nie puszczają mnie samej, bo się boją, że coś mi się stanie. – Pokręciła powoli głową. – Mam wrażenie, jakby ktoś przeciął pętające mnie liny, i w końcu mogę oddychać.

Na potwierdzenie swoich słów zaciągnęła się powietrzem, a w moim wnętrzu coś się ścisnęło. Przypominała kogoś jadącego pierwszy raz autem i z rozmarzeniem podziwiała świat za oknem. Nie dziwiłam się, że była nieśmiała, skoro nigdy nigdzie nie puszczali jej samej, a sytuacja z projektem nabrała jeszcze większego sensu.

Ponownie skupiłam się na drodze i ścisnęłam mocniej kierownicę. Dopiero po chwili prawdziwie pojęłam sens tego, co powiedziała. To nie nadopiekuńczość, tylko kontrola. Była więziona do tego stopnia, że dopiero dziś pierwszy raz została sama. Nie mogłam w to uwierzyć. A jeszcze gorszy okazał się sposób, w jakim o tym mówiła. Jakby kompletnie pogodziła się z takim traktowaniem, a jej wolność nic nie znaczyła. Musiała wykraść ten moment, teraz, ze mną w samochodzie, a to wydało mi się po prostu druzgoczące.

Zaraz poczułam złość na ten stan rzeczy i obiecałam sobie, że jeśli tylko będę mogła, wykorzystam każdą okazję, by zaczerpnęła oddechu od nieustannej kontroli.

– Dokąd jedziemy? – spytała Lolana, gdy głos, który wydobywał się z nawigacji, kazał skręcić w prawo.

Uśmiechnęłam się i zdecydowałam, że właśnie nadszedł pierwszy raz, kiedy jej pomogę.

Nie planowałam tego. Zupełnie. Lolana wzięła mnie z zaskoczenia i byłam oszołomiona tym, jak dobrze się dogadywałyśmy. Odkąd wskoczyła do mojego auta, nie pojawił się między nami nawet moment niezręczności. Zgrałyśmy się ze sobą i natychmiast odnalazłyśmy wspólny język, gdy Lolana przestała otaczać się murem. Wydawało mi się, że to małe wyznanie na początku podróży pomogło jej się otworzyć.

I chyba mnie również. Gdy zrozumiałam początkowe zachowanie dziewczyny, ujrzałam w niej po prostu zagubioną osobę. Taką samą, jaką ja wiele razy się czułam.

Zawitałyśmy w Rener – mieście oddalonym godzinę drogi od Brivel i zarazem z najbliższym centrum handlowym w okolicy. Przyjechałabym tu nawet bez Lolany, bo koniecznie musiałam zaopatrzyć się w odpowiednią na tutejsze mrozy odzież, ale cieszyłam się z jej towarzystwa.

Dobrze było mi z tym, że nie jestem sama.

– Co powiesz na te? – Lolana uniosła na wysokość twarzy parę futrzanych butów i uśmiechnęła się rozbrajająco. – Milutkie.

Przetoczyła się przeze mnie zgroza.

– Nie – powiedziałam. – Absolutnie nie.

– Jesteś pewna? – Uniosła wypielęgnowaną brew.

– Nie potrafiłabym w tym chodzić!

– Żartowałam – zaśmiała się i odłożyła na stolik wystawowy obuwie, które wyglądało jak odcięte stopy yeti. – Ale znam kogoś, komu by się spodobały – mruknęła pod nosem, po czym skierowała się w stronę ściany z rzędem butów i rzuciła przez ramię z podekscytowaniem: – Chodź, chyba zauważyłam fajne trapery! O! I jeszcze ta kurtka. Przyda ci się na te mrozy.

Gdy tylko się do niej zbliżyłam, przyłożyła do mnie biały materiał i pokiwała z uznaniem głową.

– Niezła, ale to chyba nie twój kolor – stwierdziła. – Wolisz czarny czy czerwony? A może beżowy? Ja najlepiej czuję się w beżowym. Mam wrażenie, że dobrze komponuje się z moimi włosami. Biały za bardzo się z tobą zlewa – trajkotała dalej. – Masz jasną cerę i włosy… – Zamknęła usta i dosłownie spurpurowiała na twarzy. – Och, najmocniej cię przepraszam. Przysięgam, że nie miałam nic złego na myśli…

Nie mogłam powstrzymać parsknięcia na widok jej zakłopotanej miny. Gdyby to był ktoś inny, uznałabym to za przytyk, ale Lolana szczerze próbowała mi doradzić.

– Hej, wszystko w porządku. – Trąciłam ją lekko, gdy spuściła wzrok zażenowana. – Dawaj to. – Odebrałam od niej śnieżnobiałą kurtkę i odwiesiłam na wieszak. – Znajdźmy czerwoną. To mój ulubiony kolor. Ciemniejszy lepiej podkreśla mi urodę. – Puściłam jej oczko.

Lolana się rozpromieniła i wyruszyłyśmy dalej poszerzać garderobę. W czasie zakupów opowiadała o szkole i nauczycielach, lecz zręcznie unikała tematu brata. Mówiła dużo, jakby miała potrzebę wygadania się, a ja z chęcią przyjęłam rolę słuchacza, gdy kolejne uchwyty toreb wpijały się coraz mocniej w moje palce.

Ostatecznie skończyłam z samochodem wypchanym nowymi ubraniami i butami.

– No – powiedziała dumnie Lolana, wpatrując się w swoje dzieło. – Teraz zima może cię cmoknąć.

Zaśmiałam się i zamknęłam bagażnik. Dziękowałam w duchu wujkowi za budżet, a Lolanie za cenne rady, dzięki którym miałam szansę przetrwać warunki atmosferyczne panujące w Brivel. Nie wiedziałam, że pogoda aż tak daje tutaj w kość, a temperatura spada do niewyobrażalnych dla mnie liczb, ale przynajmniej teraz byłam na wszystko przygotowana. A przynajmniej, jeśli chodzi o warstwę wierzchnią.

– Dziękuję – rzuciłam z wdzięcznością. – Nie poradziłabym sobie bez ciebie.

– Nie ma sprawy. – Machnęła ręką. – Cieszę się, że mogłam pomóc i na coś się przydać po tym, jak wpakowałam ci się do auta bez zaproszenia z miną „Hej, teraz wywrócę twój dzień do góry nogami”.

– I dobrze – rozbawiła mnie. – Bez ciebie byłoby nudno. I jakby co – dodałam ze szczerym uśmiechem – jestem chętna na powtórkę.

Jej twarz również się rozjaśniła, a w oczach dziewczyny ujrzałam wzruszenie, które z całych sił próbowała ukryć. Już miałam wsiadać do samochodu, ale się zatrzymałam. Wyczuwałam, że Lolana nie chciała się jeszcze rozstawać, więc napędzana tym i chęcią spędzenia z nią jeszcze czasu oraz podarowania jej kolejnej cząstki wolności, zaproponowałam:

– Co powiesz na późny obiad?

Lolana się wyszczerzyła i zaraz wylądowałyśmy w jednej z tych urokliwych karczm, gdzie zapach drewna mieszał się z aromatem pieczonego chleba, ciepły blask lamp rozświetlał przyciemnione wnętrze, a wystrój nawiązywał do góralskiej chaty.

Zamówiłyśmy jedzenie, a kiedy odszedł kelner, Lolana niespodziewanie wyrzuciła z siebie:

– Przepraszam za zachowanie brata.

– Lolano…

– Lola – poprawiła mnie już po raz trzeci dzisiaj i zanotowałam wyraźnie w głowie, by o tym pamiętać. – Mów mi Lola, proszę.

Skinęłam głową i otworzyłam usta, lecz nie pozwoliła mi dojść do głosu.

– Zawsze tak traktuje obcych. Choć właściwie… zachowuje się tak w stosunku do wszystkich – prychnęła. – Tyle razy go prosiłam, żeby nie był dupkiem, ale w ogóle nie słucha. Pewnego dnia zniknął, a kiedy dwa lata temu wrócił, uznał, że może mi rozkazywać. Jest młodszy…

– Młodszy? – Zmarszczyłam brwi. – Myślałam, że starszy.

Lola się zmieszała, ale zaraz wybuchła nerwowym śmiechem.

– Chodziło mi o to, że zachowuje się jak dzieciak, chociaż ma dziewiętnaście lat. Jakby był młodszy, mimo że jest starszy.

– W sumie się nie mylisz. Podobno mężczyźni dojrzewają później niż kobiety. – Puściłam jej oczko, a ona znowu się zaśmiała, lecz zaraz westchnęła zrezygnowana:

– Nie wiem, czy on kiedykolwiek dojrzeje.

– Na każdego przychodzi pora. – Wzruszyłam ramionami. Nie mogłam powstrzymać ciekawości, więc wróciłam do jej wcześniejszej wypowiedzi. – Mówiłaś, że zniknął. Dlaczego?

Lola wykręciła palce i zapragnęłam cofnąć to pytanie. Cholera, sprawiłam, że poczuła się nieswojo.

– Przepraszam, nie chciałam…

– Nie wiem – przerwała mi. – Nie mam pojęcia, gdzie zniknął. Nie chciał powiedzieć, gdzie podziewał się przez tyle czasu, ale wiem jedno.

– Co takiego?