Siedem śmierci. Jak umierano w dawnych wiekach - Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, Barbara Faron - ebook

Siedem śmierci. Jak umierano w dawnych wiekach ebook

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, Faron Barbara

0,0
39,99 zł

lub
Opis

Co łączy najpotężniejsze kobiety Francji i Imperium Osmańskiego? Czym zasłużyli sobie na obraźliwe przydomki polscy książęta? Jakie niegodne występki doprowadziły do brutalnych morderstw na dworach Europy?

„Śmierć macocha, kto grzech kocha” – pisał Józef Baka, barokowy poeta, jezuita i misjonarz. Zmarł tak, jak żył – pobożnie i przykładnie, dając chlubny przykład rozpasanej polskiej szlachcie. I nie tylko jej zresztą.

Przed wiekami nad Wisłą szokowała „wielka nierządnica litewska”, słynna Barbara Radziwiłłówna, nad Wołgą trwogę siał Iwan IV Groźny, nad Loarą grzmiano na rozpasany dwór Walezjuszów, a nad Tamizą święte oburzenie budzili rozmiłowani w przepychu Tudorowie. W grzechu pławili się papieże, jak młody Jan XII, którego mąż kochanki przyłapał in flagranti i zakatował na śmierć. Pławili się i władcy, choćby niepohamowany w gniewie Bolesław Śmiały czy nieposkromiony w obżarstwie Ludwik VI zwany nie bez kozery Grubym… Ulegali mu młodzi pyszałkowie z wielkich rodów czy przekonane o własnej świętości katolickie królowe.

Ich grzeszne życie często kończyła nagła, tragiczna śmierć, którą poddani traktowali jako dowód na sprawiedliwy osąd każdego, kto dopuszczał się niegodziwości w życiu doczesnym. Nie byli ani pierwszymi, ani tym bardziej ostatnimi grzesznikami wśród wielkich tego świata.

Kościół już od czasów średniowiecza przestrzegał przed septem peccata capitalia – siedmioma grzechami głównymi, prowadzącymi do moralnego upadku. Na najbardziej zatwardziałych grzeszników, którzy nie chcieli powrócić na drogę prawości, czekała surowa kara i potępienie w zaświatach. W książce Siedem śmierci przedstawiamy barwne historie 49 mniej i bardziej znanych postaci sprzed stuleci, które, w opinii sobie współczesnych, zapłaciły najwyższą cenę za życie w grzechu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 466




© Copyright Wydawnictwo Astra s.c. Kraków 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone. Poza uczciwym, osobistym korzystaniem w celu nauki, badań, analizy albo oceny, przewidzianym w Ustawie o Prawach Autorskich, Projektowych i Patentowych z 1988 r., żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w bazach danych ani transmitowana w żadnej postaci ani żadnymi środkami przekazu – elektronicznie, elektrycznie, chemicznie, mechanicznie, optycznie, przez fotokopie ani w żaden inny sposób – bez uprzedniej, pisemnej zgody właściciela praw autorskich.

Koncepcja: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut Barbara Faron Jacek Małkowski

Tekst:Barbara Faron Pycha (Girolamo Savonarola, Robert Devereux, George Villiers), Chciwość, Zazdrość (Jan bez Trwogi, Elżbieta Batory, Thomas Overbury), Gniew, Lenistwo, wstępy do rozdziałówAgnieszka Bukowczan-Rzeszut Pycha (Wilhelm Adelin, Henryk II, Elżbieta Tudor, David Rizzio), Nieczystość, Zazdrość (Jerzy Plantagenet, Mahpeyker Kösem, Magdalena Sybilla von Neitschütz, Małgorzata Pomeroy), Obżarstwo

Redakcja i korekta: Aleksandra Marczuk

Projekt okładki: Marcin Kośka

Skład i przygotowanie do druku: Wydawnictwo Astra s.c.

Ilustracja na okładce: © Alamy/BE&W

Wydanie I Kraków 2017

ISBN 978-83-66625-47-1

Wydawnictwo Astra 30-717 Krakówul. Księdza Wincentego Turka 14/25 tel. 12 292 07 30

www.wydawnictwo-astra.plwww.facebook.com/[email protected]

Prowadzimy sprzedaż wysyłkowąwww.wydawnictwo-astra.pl

Wstęp

Karą za grzech główny była śmierć, jeśli nie z ludzkiej, to z boskiej ręki. Skąd jednak pomysł, aby straszyć ogniem piekielnym bogobojnych katolików, dla których przez wieki religia była nieodłącznym elementem życia?

Spisu siedmiu grzechów głównych, a raczej złych skłonności lub wad głównych, zwyczajowo nazywanych grzechami, próżno byłoby szukać w Biblii, ich idea narodziła się bowiem dopiero w IV stuleciu w umyśle jednego z Ojców Pustyni, mistyka i teologa Ewagriusza z Pontu (345–399).

Po aferze miłosnej z zakochaną w nim kobietą o nieustalonej do dziś tożsamości Ewagriusz uciekł z Konstantynopola do klasztoru na egipskiej pustyni, gdzie stworzył listę ośmiu najgorszych pokus (logosmoi) dręczących ludzką duszę. Obejmowała ona: obżarstwo, nieczystość, chciwość, smutek, gniew, acedię, próżność i pychę, a przyjęta przez niego kolejność – od grzechów cielesnych po duchowe, od najlżejszych po najcięższe – wskazuje, w których skłonnościach pierwsi chrześcijanie dostrzegali największe zagrożenie.

Naukę Ewagriusza o wadach głównych, które są źródłem poważniejszych występków i nieprawości, rozwijał Jan Kasjan (360–435), późniejszy święty. Zarówno on, jak i poprzednik wyobrażali sobie je na wzór łańcucha, w którym każda ze złych skłonności łączyła się z następną.

Około roku 420 za pośrednictwem Jana Kasjana lista ośmiu złych uczynków dotarła z egipskich eremów do klasztorów na Zachodzie, gdzie półtora wieku później papież Grzegorz Wielki (ok. 540–604) odstąpił od tradycji, odwrócił pierwotną hierarchię i uznał, że wszystkie złe skłonności wynikają z pychy – grzechu szatana, buntownika przeciwko Bogu. W 590 r. zmodyfikował listę Ewagriusza, złe skłonności nazwał grzechami głównymi i ogłosił, że są śmiertelne. Dodał też nowy, drugi pod względem ważności grzech – zazdrość, i skrócił spis do siedmiu, wyłączając z klasyfikacji pychę (superbia) i łącząc apatię (acedia) ze smutkiem (tristitia) w jeden grzech lenistwa. Należy jednak pamiętać, że polski termin „lenistwo” nie jest zbyt trafiony i nie oddaje sensu łacińskiego słowa acedia, oznaczającego stan przygnębienia, rozpaczy i zniechęcenia, dlatego często niezrozumiałe wydaje się, dlaczego przez wieki do złych skłonności zaliczano melancholię i depresję.

Grzegorz Wielki zastosował następujący porządek: próżność (inanis gloria), zazdrość (invidia), gniew (ira), smutek (tristitia), skąpstwo (avaritia), łakomstwo (ventris ingluvies) i nieczystość (luxuria). Wyłączoną z klasyfikacji pychę traktował dość niekonsekwentnie – raz jako źródło wszelkich grzechów, a innym razem jako jedną z głównych wad, co w sumie sprowadzałoby ich liczbę do ośmiu.

Sporządzona przez papieża lista stała się fundamentem dla moralności średniowiecza i zaczątkiem nauki o grzechach głównych, wykładanej wiernym między innymi przez franciszkanów i dominikanów. Ustanowiony przez niego porządek, do którego odwoływali się w swojej literackiej twórczości Geoffrey Chaucer i Dante Alighieri, nie był jednak ostateczny i przez wieki, w zależności od tego, w którym z grzechów widziano większe zagrożenie, zmieniała się ich hierarchia i nazwy. Z upływem lat, wraz z bogaceniem się społeczeństwa, wzrosło na przykład znaczenie chciwości.

W średniowieczu ostatecznie utrwaliła się liczba siedmiu grzechów głównych (septem peccata capitalia), a pychę połączono z próżnością. Dla łatwiejszego zapamiętania grzechów pojawił się również akronim SALIGIA, używany na określenie wszystkich łącznie, utworzony od pierwszych liter łacińskich nazw: pycha (superbia), chciwość (avaritia), nieczystość (luxuria), zazdrość (invidia), obżarstwo (gula), gniew (ira) oraz lenistwo (acedia).

Na siedmiu grzechach głównych rachunek sumienia opierał sobór laterański IV (1215), wprowadzając obowiązek corocznej spowiedzi, a do ich upowszechnienia przyczyniło się nauczanie Tomasza z Akwinu. Później, zwłaszcza po soborze trydenckim (1545–1563), siedem grzechów głównych stało się stałym punktem oficjalnej nauki Kościoła.

W roku 1589 niemiecki biskup i łowca czarownic Peter Binsfeld opracował hierarchię demonów, z których każdy odpowiadał jednemu z siedmiu grzechów głównych. Demonem pychy, która była przyczyną upadku aniołów, uczynił Lucyfera. Za pana chciwości uznał Mammona, wyobrażanego jako demon rozsypujący monety. Nad nieczystością miał z kolei czuwać upadły anioł Asmodeusz, rozsiewający niezgodę między małżonkami, nad zazdrością Lewiatan (tutaj: również upadły anioł, a nie biblijny potwór morski), a nad łakomstwem dawny cherubin Beelzebub. Demonem gniewu miał być Amon, ziejący ogniem potwór z dziobem kruka i ogonem węża, którego imię nawiązywało zapewne do imienia egipskiego boga. Natomiast nad lenistwem sprawował pieczę kolejny z upadłych aniołów, Belfegor.

Chrześcijan fascynowały plastyczne opisy i ryciny przedstawiające wyobrażenia demonów i kar za grzechy. Najbardziej przerażającą wizję piekła, która przez wieki miała oddziaływać na ludzką wyobraźnię, stworzył jednak Dante w latach 1308–1321. Ukazując w Boskiej komedii wędrówkę poety przez jego dziewięć kręgów, opisał kary za każdy z siedmiu grzechów głównych, precyzyjnie dopasowane do winy.

Granice między grzechami często były płynne, lecz ludzie dawnych epok potrafili odczytać boskie znaki tam, gdzie współcześnie byśmy ich nie zobaczyli. Wierzyli również, że grzechy w sposób pośredni lub bezpośredni przyczyniały się do śmierci winowajców – tragicznych, tajemniczych albo makabrycznych. I tak, nie mieli problemu z uznaniem, że do śmierci Filipa IV Pięknego, pogromcy templariuszy, doprowadziła chciwość, a Bolesława Śmiałego, który podniósł rękę na pomazańca Bożego, biskupa Stanisława, zgubił gniew.

Dzisiaj na przyczynę wielu z tych zgonów spojrzelibyśmy inaczej, ale w przeszłości przykładna śmierć miała ogromne znaczenie. Była jedną z najważniejszych powinności życia, dawała nadzieję na boskie przebaczenie i otwierała drogę do nieba. A jeśli nie była przykładna? Cóż, dla wszystkich stawało się jasne, że jest karą za grzechy. Jakie? Teorię bez przeszkód można było dorobić, zwłaszcza że ówczesne sekcje zwłok nie zawsze dawały odpowiedź, a opowieści o skrytobójstwach, klątwach i pomście Bożej świetnie się sprzedawały.

Pieter Bruegel starszy, cykl Siedem grzechów głównych.Wikimedia Commons, domena publiczna.

Pycha

Pycha jest obrzękiem duszy wypełnionym ropą,

jeśli dojrzeje, pęknie, sprawi wielki odór.

Błyskawica na niebie zapowiada huk grzmotu,

a obecność próżności zwiastuje pychę.

Na wielką wysokość wznosi się dusza pysznego,

a stamtąd on sam strąca siebie w otchłań.

Ewagriusz z Pontu, O ośmiu duchach zła [w:] W. Zatorski OSB, Osiem duchów zła, Tyniec 2012.

Papież Grzegorz Wielki uznał pychę (superbia) za najgorszy z siedmiu grzechów głównych oraz matkę wszelkich występków. Definiowana jako grzech rozumu, rodzaj arogancji i poczucia własnej ważności, może sprawić, że człowiek w pewnym momencie odrzuci Boga, jak uczynił to zbuntowany anioł – Lucyfer, nie bez powodu uznawany za demona pychy.

Na liście ośmiu złych skłonności Ewagriusza z Pontu, spisanej w IV w., grzech ten obejmował dwie pokrewne wady – próżność (vana gloria lub inanis gloria) oraz pychę (superbia). Według pontyjskiego mnicha żądza próżnej chwały powoduje, że grzesznicy, chełpiący się wyzwaniami rzuconymi Bogu, szukają podziwu u innych. Ucieczka przed nią jest zaś bardzo trudna, ponieważ każde zwycięstwo nad słabością może stać się powodem pychy. Grzechu, który rodzi się z wartościowania i porównywania, egoizmu i fałszywej samooceny, i każe człowiekowi stawiać się ponad innymi. Próżni ludzie nade wszystko pragną sukcesu, pierwszeństwa i pochwał, ale nie doceniają bliźnich, przez co mogą doprowadzić swoją duszę i ciało do upadku. Często, jak to czynili królewscy faworyci – David Rizzio, Robert Devereux czy George Villiers – aspirując do awansu, zabiegają o uznanie ważnych osób lub wiążą się z monarszymi dworami, a wpływy i stanowiska, niekoniecznie zdobyte w uczciwy sposób, dają im poczucie bycia lepszymi od przeciętnych ludzi.

Ewagriusz porównywał próżność do dziurawego trzosa, w którym nic się nie utrzyma, natomiast w pysze widział przyczynę najgłębszego upadku duszy, ponieważ opanowany przez nią człowiek podkreślał swoją niezależność nawet wobec Boga. Nazywał ją urojeniem i złą gorliwością, która sprawia, że pyszałek przypisuje sobie liczne zasługi, gardzi otoczeniem, nie przyjmuje upomnień i nie potrafi pogodzić się przeciwnościami losu, a nawet ucieka się do oszustwa, żeby wzmocnić własny prestiż lub umniejszyć rolę rywali, co w efekcie przysparza mu wielu wrogów i może doprowadzić do samozagłady.

Grzegorz Wielki, który w VI w. połączył próżność i pychę w jeden grzech, wyróżniał cztery warianty pychy. Według niego w pierwszym przypadku pyszałek sądzi, że talenty i osiągnięcia zawdzięcza wyłącznie sobie; w drugim przyznaje co prawda, że zawdzięcza je Bogu, lecz uważa, iż mu się one należą; w trzecim szczyci się tym, czego nie posiada; a w czwartym pyszni się swoją wyjątkowością. W Boskiej komedii Dantego, dla którego pycha również stanowiła arcywadę, w piekle i czyśćcu najwięcej przebywało ludzi pyszniących się swoim rodowym pochodzeniem. Pychę zaś symbolizowała jedna z trzech bestii – lew, który wraz z wilczycą (chciwością) i panterą (rozwiązłością) uniemożliwiały bohaterowi powrót na ziemię.

Analizując tę niebezpieczną skłonność, Grzegorz Wielki stwierdził, że człowiek pyszny ma zaburzone poczucie sprawiedliwości, a Tomasz z Akwinu wiele stuleci później dodał (XIII w.), że wyniosłość zakłada wywyższanie się ponad innych i należne miejsce, jak to czynili królewscy faworyci, a nawet nieposłuszny wobec swoich zwierzchników Savonarola. Herezja, o którą został oskarżony, gdy zakwestionował autorytet papieża, była najgłębszą formą pychy, ponieważ odwoływała się nie do wiary, lecz do ludzkiego rozumu. Jak wierzono, jako grzech wynikający z błędnego sądu, należała do dewiacji intelektualnych, zaś konflikt pomiędzy rozumem a wiarą wystawiał duszę heretyka na zakusy szatana.

Próżność kojarzona była także z biblijną marnością, a więc ze wszystkim co ziemskie – pachnidłami, strojami i zwierciadłem. Grzeszyły nią zatem kobiety, które nie mogły pogodzić się z przemijalnością młodości i urody, na czele z Elżbietą I. Królowa, którą podobno zabiły używane w nadmiarze kosmetyki produkowane na bazie ołowiu, grzeszyła również troską o publiczny wizerunek, choć w jej wypadku wydaje się to w pełni uzasadnione.

Przy okazji warto nadmienić, że Tomasz z Akwinu podkreślał, iż przyrodzona miłość własna oraz pragnienie uznania nie są niczym złym, jeśli sława będzie zasłużona, ponieważ cechy te sprawiają, że człowiek pragnie dążyć do doskonałości. Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy nie ma w tym umiaru – jeśli ambicja przerodzi się w nadmierny apetyt na zaszczyty, sława stanie się przyczyną samozadowolenia, a dobra materialne i niematerialne utwierdzą ich posiadacza w przekonaniu o tym, że z racji bogactwa przysługują mu specjalne prawa. Z próżności wypływa bowiem wiele negatywnych zjawisk, poczynając od chełpliwości czy hipokryzji, poprzez nieposłuszeństwo i upór, a kończąc na kłótniach i konfliktach, które w historii świata prowadziły do wielu tragedii. Jak w przypadku każdego z grzechów głównych, karą za pychę była śmierć, nierzadko z ręki osoby w jakiś sposób upokorzonej albo urażonej, czego przykład stanowią udane zamachy na Rizzia czy Villiersa.

Hans Holbein młodszy, rycina z serii Danse macabre.Wikimedia Commons, domena publiczna.

Wilhelm Adelin

(1103–1120)

był angielskim księciem i następcą tronu, jedynym prawowitym synem Henryka I Beauclerka i jego żony, Matyldy Szkockiej. Drugie imię Wilhelma wywodzi się ze staroangielskiego Ætheling i oznacza królewskiego syna. Wilhelm był chlubą i miłością swoich rodziców, a także nadzieją dynastii i poddanych. W 1119 r. książę poślubił córkę Fulka V, wówczas hrabiego Maine i Andegawenii, a później także króla Jerozolimy. Rok później złożył hołd z Normandii królowi Francji, Ludwikowi VI Grubemu. Nigdy nie wrócił do domu – zginął w katastrofie „Białego Statku”, który rozbił się o skały na normandzkim wybrzeżu nocą 25 listopada 1120 r. Wraz z księciem zginęli wszyscy pasażerowie i załoga, a ocalała tylko jedna osoba. Śmierć księcia była ogromną tragedią nie tylko dla króla, lecz także dla kraju. Królowa Matylda zmarła dwa lata wcześniej, a Henryk miał jeszcze tylko jedno ślubne dziecko, córkę Matyldę. Tron angielski ostatecznie przypadł jego kuzynowi, Stefanowi z Blois, który cudem uniknął śmierci w katastrofie „Białego Statku” – choroba powstrzymała go przed powrotem do kraju.

Książę w morskich odmętach

Król Edward Wyznawca przepowiedział nadejście króla, w którym „nadzieja Anglii ścięta niczym drzewo, rozkwitnie ponownie, wyda owoce i położy kres cierpieniom”. Myślano, że chodzi o Wilhelma Adelina, lecz jak pisał Wilhelm z Malmesbury, Bóg chciał inaczej. Kronikarz nie wspomniał, że jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii średniowiecznej Anglii było skutkiem… zwykłej pychy.

Jedyny prawowity syn Henryka I Beauclerka Wilhelm był od najmłodszych lat przygotowywany do roli następcy angielskiego tronu. Do spraw jego wychowania i edukacji para królewska podchodziła „z wielką nadzieją i troską”1, a książę już jako dwunastolatek przyjął przysięgi na wierność od angielskich i normańskich panów. Wielkie nadzieje zostały jednak przekreślone ledwie u progu dorosłości.

Był rok 1120, a Henryk I przebywał wówczas na terenie Normandii, gdzie spędził ostatnie cztery lata na negocjacjach traktatu pokojowego z królem Francji Ludwikiem VI Grubym2 (któremu poświęcono osobny rozdział w tej książce, zob. s. 230). Jesienią postanowił wrócić do Anglii, by w domu spędzić nadchodzące święta. Kapitan Tomasz FitzStephen zaproponował królowi, by ten popłynął do kraju na jego nowym langskipie – „Blanche Nef”, zaznaczając, że jego dziadek, Airard, brał udział w inwazji Wilhelma Zdobywcy na Anglię3. Henryk postanowił wysłać na „Białym Statku” całą książęcą świtę, w tym dwóch swoich synów, a samemu popłynąć innym okrętem. Miał zwrócić się do kapitana słowami: „Powierzam ci moich synów Wilhelma i Ryszarda, których kocham jak moje własne życie”4. Jednak nie tylko następca tronu i najstarszy nieślubny syn znaleźli się na pokładzie. Popłynęła z nimi także nieślubna córka króla, Matylda, hrabina Perche, jego siostrzenica Maud wraz z mężem Ryszardem, hrabim Chester, Stefan z Blois, będący wnukiem Wilhelma Zdobywcy po kądzieli oraz świta licząca ponad setkę osób. FitzStephen obiecał, że na jego statku bezpiecznie dotrą do domu. Gdyby nie pycha księcia i załogi, z pewnością obietnicy udałoby się dotrzymać.

Dziś powiedzielibyśmy, że kwiat elity urządził sobie tamtej październikowej nocy tragiczną w skutkach popijawę. Czekał ich ponad stukilometrowy rejs w kierunku wybrzeży południowej Anglii, a humory dopisywały. Wśród kwiatu angielskiej szlachty i rycerstwa brylował Wilhelm Adelin5, jedyny prawowity syn Henryka i Matyldy Szkockiej, nazwany tym imieniem na cześć dziadka, Wilhelma Zdobywcy. Miał niespełna osiemnaście lat, był radosnym i towarzyskim młodzieńcem, uwielbianym i rozpieszczanym. Jeden z normandzkich kronikarzy opisał go jako młodzieńca „odzianego w atłasowe szaty obszyte złotym ściegiem, otoczonego przez tłum domowników i straży, promieniejącego w prawie niebiańskiej chwale”6. Nieustannie mu dogadzano i schlebiano, toteż stał się arogancki i przekonany o swojej wyjątkowości. Po zawarciu sojuszu między Anglią i Francją, umocnieniu pozycji jako następca tronu, a także doskonale zaplanowanym przez Henryka politycznym małżeństwie z córką hrabiego Andegawenii, młody książę miał powody do świętowania.

Impreza na „Białym Statku” opóźniła jego wyjście z portu o kilka godzin. Król już dawno pożeglował do domu, gdy jego syn wraz z resztą „złotej młodzieży” angielskiej nadal się bawił, a wino lało się strumieniami. Gdy kapłani przybyli z wodą święconą, aby pobłogosławić statek, arogancka młodzież nakazała im odejść, kpiąc z nich i wyśmiewając7. Co prawda „Biały Statek” był wspaniałą i potężną jednostką, zdolną przewieźć kilkuset pasażerów, z załogą liczącą aż pół setki ludzi. Normandzki historyk, Orderyk Vitalis, uważał go za okręt „znakomicie wyposażony i gotowy do służby królewskiej”8. W dodatku żegludze po Kanale sprzyjała pogoda – wiał południowy wiatr, a niebo było bezchmurne. Około północy, podczas nowiu Księżyca, „Biały Statek” podniósł kotwicę i wypłynął do Anglii. Zamroczeni winem i rozochoceni młodzieńcy chcieli sprawdzić możliwości jednostki w przekonaniu, że uda im się dopłynąć do Anglii przed Henrykiem – chcieli płynąć przy w pełni rozwiniętym żaglu i wiosłując z maksymalnym wysiłkiem. Rozsądkiem wykazał się, jako jeden z nielicznych, dwudziestokilkuletni Stefan z Blois, który opuścił kuzyna, wymawiając się rozstrojem żołądka, i powrócił do domu na innym statku. Tym samym ocalił życie.

„Noc była ciemna, gdy młoda i niedoświadczona załoga, zamroczona trunkami, odbiła od brzegu – pisał Wilhelm z Malmesbury. – Statek mknął szybciej niż strzała, tnąc morskie fale, aż przez nieuwagę pijanej załogi uderzył w skałę wystającą z morza niedaleko od brzegu”9. Nie wiadomo, jaki był powód tragedii. Czy zawiodła pycha pijanej załogi? Czy błąd w nawigacji sprawił, że statek wpłynął na skałę? A może to sam Bóg, jak rozpisywali się potem saksońscy kronikarze, ukarał pychę angielskiej młodzieży, która wyśmiała duchownych i zrezygnowała z błogosławieństwa10? Bez względu na przyczynę, wspaniały okręt rozbił się tuż przy wyjściu z portu, nieopodal Bas de Catteville, a przez głęboki otwór lodowata woda błyskawicznie dostała się do wnętrza. Wilhelm początkowo wydostał się ze statku na łodzi ratunkowej i niewiele brakowało, by bezpiecznie dopłynął do portu. Jednak pośród krzyków tonących rozpoznał głos swojej siostry Matyldy i nie chciał zostawić jej na pastwę głębin. Łódkę z księciem zatopili inni rozbitkowie, którzy w desperacji zaczęli wdzierać się na pokład. Wraz z Wilhelmem i jego siostrą zginęli wszyscy pasażerowie i załoga poza jednym człowiekiem. Był to rzeźnik z Rouen imieniem Berauld, który na statku znalazł się zupełnie przypadkowo. Ocaliły go skóry baranie, w które się owinął, i drewniana belka, na której podryfował do brzegu. Jak pisał Wilhelm z Malmesbury, „przez całą noc uczepiony masztu, przeżył, by następnego dnia opowiedzieć całą tę straszliwą historię”11.

Tymczasem król bezpiecznie dotarł do domu dzięki doświadczonej i ostrożnej załodze. Natychmiast przystąpiono do przedświątecznych przygotowań. Wieści o tragedii dotarły na dwór szybko i na pewien czas zatajono je przed Henrykiem. Nikt nie chciał wziąć na siebie ciężaru poinformowania władcy, że stracił troje dzieci, w tym następcę tronu. Tym bardziej że trudności sprawiło odnalezienie ciał, których „szlachetne członki stały się pokarmem okrutnych bestii z głębin”12. W końcu do króla posłano chłopca, który z płaczem opowiedział mu o tragedii. Według Orderyka Vitalisa Henryk „upadł na ziemię, przygnieciony bólem”13. Ponoć od tamtego dnia na jego twarzy już nigdy nie widziano uśmiechu14.

Katastrofa „Białego Statku” nie była jedynie osobistą tragedią dla Henryka, który stracił syna i następcę, lecz również dla dynastii normandzkiej. „Żaden statek nie przyniósł Anglii tak wielkiej rozpaczy, żaden nie okrył się tak ponurą sławą na świecie” – pisał Wilhelm z Malmesbury. Zginął „cały kwiat dworu, czy to rycerze, czy kapłani, a także synowie szlachetnych rodów, szkoleni na rycerzy”15. Przede wszystkim jednak zginął następca tronu Anglii, który gwarantował pokój między Normandią i Andegawenią. Książę pozostawił dwunastoletnią wdowę – Matyldę, córką Fulka V, hrabiego Andegawenii i przyszłego króla Jerozolimy. Pod znakiem zapytania stanął również pokój z Francją. Wszystkie marzenia, plany i nadzieje Henryka zostały obrócone wniwecz przez pychę i lekkomyślność jego syna, a angielski tron miał przypaść Stefanowi z Blois, pogrążając Europę Zachodnią w chaosie na kolejne trzy dekady.

1 J.A. Giles, William of Malmesbury’s Chronicle of the Kings of England, London 1847, s. 454.

2 T. Young, Introduction to English History, Dublin and London 1867, s. 26.

3 D. Jones, Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii, tłum. M. Karwowska, Kraków 2014, s. 4.

4 Ibidem.

5 Przydomek ten stanowił tradycyjny anglosaski tytuł noszony przez następcę tronu. Także ojca Wilhelma, Henryka I, zwano Aethelingiem.

6 D. Jones, op. cit., s. 3.

7 D. Jones, op. cit., s. 5.

8 Ibidem.

9 J.A. Giles, op. cit., s. 455–456.

10 T. Young, op. cit., s. 26.

11 J.A. Giles, op. cit., s. 456.

12 Ibidem, s. 457.

13 D. Jones, op. cit., s. 7.

14 T. Young, op. cit., s. 26.

15 J.A. Giles, op. cit., s. 456.

Hans Holbein młodszy, rycina z serii Danse macabre.Wikimedia Commons, domena publiczna.

Girolamo Savonarola

(1452–1498)

dominikański mnich i reformator religijny, zasłynął z głoszenia we Florencji apokaliptycznych kazań. Pod ich wpływem wypędzono z Florencji ród Medyceuszy. Urodzony w Ferrarze w rodzinie prawniczo-lekarskiej, wychowywał się pod wpływem religijnego dziadka Michele Savonaroli. Studiował filozofię i medycynę, której nie ukończył, ponieważ w 1475 r. wstąpił do dominikanów. Oddelegowany jako kaznodzieja do rodzinnej Ferrary, a potem do Florencji, zrażał słuchaczy niezrozumiałym dialektem.

Do sukcesu późniejszych kazań przyczyniły się głoszone przez niego apokaliptyczne wizje. Poczynając od 1486 r., podróżował jako wędrowny kaznodzieja i profeta. Piętnował grzechy Kościoła i nawoływał do pokuty. W 1490 r. na zaproszenie Wawrzyńca Wspaniałego przybył do Florencji, gdzie zyskał rzesze zwolenników. Po wypędzeniu Medyceuszy w 1494 r. stał się faktycznym przywódcą Florencji. Ekskomunikowany trzy lata później, stopniowo zaczął tracić poparcie. Oskarżony o herezję, został skazany na powieszenie i spalenie jednocześnie.

Mały robak obrażający Stolicę Apostolską

Savonarola bywał oceniany jako szaleniec lub wielki reformator religijny, który walczył z zepsuciem Kościoła, i chociaż nie brakowało ani jego przeciwników, ani zwolenników, co do jednego trudno mieć wątpliwości – nie grzeszył pokorą. Ośmielając się piętnować błędy papieży i świeckich wielmożów tej miary co Medyceusze, nieformalni władcy Florencji, których pod jego wpływem wypędzono z miasta, Girolamo Savonarola chciał przywrócić ład z pierwszych wieków chrześcijaństwa, a doprowadził się do samozagłady. Strasząc wiernych ogniem piekielnym i nawołując do palenia „niemoralnych” przedmiotów, ksiąg oraz dzieł sztuki, sam ostatecznie spłonął na stosie.

Oburzony śmiałością ascetycznego dominikanina papież Aleksander VI, słynny Borgia, w dekrecie z 13 maja 1497 r. nazywał go szerzycielem szkodliwych nauk, niemal heretykiem, i zagroził ekskomuniką każdemu, kto ośmieliłby się go popierać w słowach albo czynach. Jakkolwiek napomnienia głoszone przez Savonarolę były adekwatne do rzeczywistości, bo w najwyższych kręgach kościelnych w XV w. szerzyło się zepsucie moralne, rozpusta i nepotyzm, a nadrzędnym bóstwem stała się mamona, wyraźnie przeliczył się z możliwościami. Jak to ujął Aleksander VI w jednym z kolejnych breve, był tylko „małym robakiem obrażającym Stolicę Apostolską”.

Kim w istocie był ów chudy, rudawy brzydal z Ferrary o wydatnym nosie i co sprawiło, że widział w sobie wybrańca Boga?

Początkowo nic nie wskazywało na to, że Savonarola, zamknięty w sobie i osamotniony chłopiec, zostanie charyzmatycznym kaznodzieją. Nic poza jego głęboką religijnością. Wychowany przez dziadka Michele Savonarolę, nadwornego lekarza książąt d’Este, człowieka uczonego i zagorzałego katolika, wyrósł na młodzieńca niezwykle pobożnego, wręcz ascetę. Oprócz bogobojnego wychowania, ogromny wpływ na wybór późniejszej drogi życiowej wywarł problem z nawiązaniem relacji z rówieśnikami i bolesny zawód miłosny w 1472 r., kiedy panna Strozzi, córka bogatego patrycjusza, odrzuciła jego awanse.

23 kwietnia 1475 r., na przekór woli ojca, którego poinformował o tym fakcie w liście, Savonarola wstąpił do zakonu dominikanów w Bolonii. Z uwagi na zamiłowanie do ascezy został tam dobrze przyjęty i w maju rok później złożył śluby zakonne. Już wówczas nie krył oburzenia upadkiem moralnym książąt Kościoła, a w szczególności papieża Sykstusa IV, słynącego z symonii i nepotyzmu (Sykstus IV kapeluszami kardynalskimi obdarował aż sześciu swoich krewnych, a co najmniej dziewięciu zapewnił intratne beneficja lub stanowiska świeckie). Wyraz sprzeciwu wobec takich praktyk, które budziły w Italii powszechne zgorszenie i były powodem antypapieskich konfliktów zbrojnych, m.in. z Medyceuszami, Savonarola dał w swojej pieśni O upadku Kościoła.

W 1481 r., ku własnemu niezadowoleniu, trafił do rodzinnej Ferrary w roli kaznodziei, a po roku do Florencji, gdzie zamieszkał w klasztorze św. Marka. Miasto, uważane dziś za kolebkę renesansu, będące wówczas pod nieformalnym zwierzchnictwem Medyceuszy, którzy wspierali przedstawicieli wielu dziedzin sztuki, nie wzbudziło jednak jego zachwytu. Uważał, że Florencja przeżywa jeden z najmroczniejszych okresów w dziejach, ponieważ odrzuciła idee chrześcijaństwa na rzecz fascynacji pogaństwem (antykiem) i ponad Boga przedłożyła przyziemne potrzeby człowieka. Bulwersowało go zarówno zeświecczenie Florentczyków, jak i bezbożny dwór Wawrzyńca Wspaniałego, który w jego oczach jawił się jako źródło wszelkiego zepsucia.

Zanim jednak postawił sobie za cel nawrócenie potężnego miasta, poniósł serię porażek. Kiedy z powodu trudnego stylu i niezrozumiałego dialektu jego kazania zniechęciły słuchaczy, wystarał się u przełożonych o przeniesienie do niezbyt odległego San Gimignano. To tam miał się przekonać, jak wielką moc posiada odpowiednio użyte słowo. Apokaliptyczne wizje, którymi po raz pierwszy posłużył się w swoich kazaniach, zaczęły przykuwać uwagę coraz większej liczby osób i rychło zyskał sławę profety, co dodało mu pewności siebie i utwierdziło w słuszności podejmowanych działań.

Kiedy w 1490 r. wrócił do Florencji, ton jego kazań stał się bardziej napastliwy. Do wizji apokalipsy doszły coraz śmielsze ataki na chciwe duchowieństwo i zdeprawowany w jego mniemaniu dwór Wawrzyńca Wspaniałego. Na początku kwietnia 1491 r., podczas kazania w pałacu Signorii, rady zarządzającej miastem, zaatakował bliżej nieokreślonych tyranów, w których słuchacze dopatrzyli się Medyceuszy. Wawrzyniec Wspaniały, do dzisiaj symbol oświeconego księcia humanisty i mecenasa sztuki, niewiele jednak robił sobie z tych słów i nie zakazał głoszenia kazań. Tymczasem pewność siebie fanatycznego mnicha rosła i nie oddał on Wawrzyńcowi nawet zwyczajowego uszanowania, gdy został przeorem klasztoru św. Marka, którego protektorami byli Medyceusze.

Wyraźnie dystansując się od rodu rządzącego miastem, Savonarola dawał wyraz przekonaniu, że to Wawrzyniec winien jest demoralizacji Florentczyków, którzy próbowali naśladować modę, obyczaje seksualne i rozrzutny styl życia Medyceuszy. Odwiedził go podobno 9 kwietnia 1492 r. w willi Carregio, gdy ów leżał na łożu śmierci. Florencję natychmiast obiegła plotka, jakoby kilka tygodni wcześniej miał przepowiedzieć zgon Wawrzyńca, który w agonii poprosił go o przebaczenie. Śmierć wielkiego Florentczyka była rzekomo karą za brak pokuty.

Savonarola, człowiek Biblii, będący całkowitym przeciwieństwem Wawrzyńca, po jego śmierci coraz bardziej rósł w siłę. Intensywnej lekturze Pisma Świętego, w szczególności Apokalipsy św. Jana, nad którymi od wczesnej młodości spędzał długie godziny, zaczęły towarzyszyć ekstatyczne wizje, podczas których padał na ziemię jak martwy. Na ogół dotyczyły one gniewu Bożego, który według niego miał wkrótce spaść na Italię i nowy Babilon, czyli Rzym z papieżem i prałatami winnymi upadku moralnego wiernych. Jak odnotował w swoich pismach, w czasie jednej z wizji ujrzał na niebie rękę trzymającą miecz i uwierzył, że bliski jest dzień Sądu poprzedzony straszliwymi wydarzeniami, gdy w morzu ognia i krwi Bóg wymierzy karę grzesznej Italii.

Nawołując skrzekliwym głosem do pokuty i rachunku sumienia, nie dbał specjalnie o formę kazań. Nie miał też potrzeby schlebiać gustom estetów, bo wśród jego zwolenników przeważali przedstawiciele ludu. Nie szukał poklasku, a jednak cieszył go widok coraz większych tłumów, ponieważ głoszenie kazań stało się sensem jego istnienia. Napisał nawet, że gdyby ich nie głosił, nie mógłby żyć.

Przekonany, że w jego sercu „płonie Słowo Boże”, czuł się upoważniony, aby nawoływać do odnowy Kościoła i był pewien, że nastąpi ona jeszcze za jego życia, po tym jak Bóg wymierzy Italii zasłużoną karę. W 1494 r. przepowiedział nadejście nowego Cyrusa i wplątał się w politykę: kiedy do Italii przybył francuski król Karol VIII z zamiarem obalenia papieża Aleksandra VI i odebrania Królestwa Neapolu popieranej przez papiestwo dynastii aragońskiej, uznał go za wysłannika Boga.

Jednocześnie doszło do wygnania Piotra i Jana, synów Wawrzyńca Wspaniałego, którzy układali się z Neapolitańczykami. Po ich przepędzeniu nieoficjalnym przywódcą nowo utworzonej Republiki został Savonarola, który z kaznodziei przeobraził się w polityka, optującego za przeprowadzeniem odnowy moralnej, religijnej i prawnej. Mimo iż próbował opanować rewolucyjne nastroje, opowiadał się za anulowaniem długów obywateli wobec miasta, a nawet nawoływał do przebaczenia win Medyceuszom, sytuacja pozostawiała wiele do życzenia.

Z miesiąca na miesiąc, kiedy Florencja przeobrażała się w nową Jerozolimę z religijnymi bojówkami, zaczęło przybywać przeciwników Savonaroli. Znaleźli się wśród nich zarówno zwolennicy Medyceuszy i papiestwa, jak i młodzi ludzie pozbawieni zakazanych rozrywek oraz franciszkanie obawiający się wzrostu potęgi dominikanów pod przewodnictwem Savonaroli. Również Bóg, jak miało się okazać, stanął po stronie jego wrogów. Zamiast zniszczyć Rzym w ogniu i krwi, doprowadził do klęski Karola VIII w Italii i zwycięstwa stronnictwa propapieskiego.

Fakt, że francuski król nie potrafił obalić Aleksandra VI, był dla Savonaroli ciosem. A kiedy nie zdołał namówić go do pozostania na półwyspie i wojny w imię reformy Kościoła, postanowił walczyć z papieżem sam. Nie zamierzał podejmować żadnych rozmów ani zawierać kompromisów i chorobą wymówił się od zaproszenia do Rzymu. W odpowiedzi, we wrześniu 1495 r. rozgniewany papież ogłosił go fałszywym prorokiem i zabronił mu głoszenia kazań. Początkowo Savonarola przestrzegał zakazu, ale złamał go w lutym następnego roku, świadom, że rezygnując ze swojej jedynej broni – słowa, może utracić zwolenników. Twierdząc, że przemawia w imieniu Boga, znów krytykował przywódców Kościoła i powoływał się na głoszoną przez św. Tomasza z Akwinu doktrynę ograniczonego posłuszeństwa papieżowi, który jest nieomylny wyłącznie w kwestiach wiary.

Przepowiednie i wstrząsające wizje, w których powtarzały się motywy miecza lub bicza oraz chłosty Bożej, poruszały do głębi nie tylko prostaczków. Pod wpływem zbiorowej histerii na płonące na ulicach stosy trafiało wiele symboli próżności, w tym kosmetyków, luster, masek karnawałowych, cennych dzieł sztuki i ksiąg, z których wiele wyniesiono z biblioteki Medyceuszy. Swoje bezbożne obrazy spalił również związany z ich dworem Botticelli.

Powietrze Florencji miało oczyścić się z grzechu, kiedy zgasną stosy próżności, ale tak się nie stało. Nie nastąpiła także odnowa Kościoła, osamotnione w profrancuskiej postawie miasto cierpiało głód spowodowany suszą, a Savonaroli zaczęło przybywać przeciwników.

13 maja 1497 r. papież ekskomunikował niepokornego mnicha, nazywając go synem niegodziwości i głosicielem groźnych błędów. Savonarola początkowo nie przejął się ekskomuniką, ponieważ nie uznawał Aleksandra VI za przywódcę Kościoła, a zdominowana przez jego zwolenników Signoria słała petycje do Rzymu w sprawie cofnięcia kary. Zreflektował się dopiero jesienią i wysłał do Rzymu list, w którym prosił o wybaczenie. Nie otrzymawszy odpowiedzi, mimo ekskomuniki powrócił do odprawiania mszy i wygłaszania kazań, co sprowokowało papieża do wystosowania do Signorii nakazu jego aresztowania, a następnie groźby nałożenia na Florencję interdyktu. Pod wpływem tej pogróżki Savonarola otrzymał od władz dożywotni zakaz wygłaszania kazań w mieście, lecz nie wyciągnął z tego żadnej nauki i zaczął dążyć do zwołania soboru, który miałby obalić Aleksandra VI. To przesądziło o jego losie, bo kiedy intryga wyszła na jaw, papież zażądał wydania mnicha.

Jak niestała jest miłość Florentczyków, Savonarola przekonał się, gdy 7 kwietnia 1498 r. wycofał się z próby ognia, która miała dowieść jego boskiego posłannictwa. Legenda mówi, że spadł wtedy rzęsisty deszcz, który zgasił płomienie, co uznano za dowód diabelskiej interwencji, a Savonarola stracił wiarygodność. Opluwany i wyszydzany przez tłum, oddał się pod opiekę Signorii, na jego nieszczęście zdominowanej wówczas przez partię medycejską. Mimo obietnicy uwolnienia po krótkim przesłuchaniu, został zamknięty w celi i był poddawany torturom, które miały na celu uzyskanie potwierdzenia, że pragnął papieskiego tronu i głosił fałszywe proroctwa. Wymuszone w ten sposób zeznania nie miały jednak wartości prawnej, bo natychmiast je odwoływał. 

Na wieść o aresztowaniu Savonaroli papież zażądał, aby przewieziono go do Rzymu, ale władze Florencji odmówiły. Chciały same wymierzyć sprawiedliwość. Ponieważ został ekskomunikowany, nie podlegał już sądom kościelnym i można go było sądzić jako osobę świecką.

Pod wpływem tortur, polegających na podwieszaniu za wykręcone ramiona, w obecności dwóch papieskich komisarzy Savonarola przyznał się do winy. Uznany za heretyka, 23 maja wraz ze współbraćmi – Domenico da Pescia i Silvestro Maruffim – trafił na Piazza Signoria, gdzie czekała ich hańbiąca śmierć na szubienicy. Przed wykonaniem wyroku, gdy zdejmowano z niego strój zakonny, miał powiedzieć: „O Święta szato, jak bardzo cię pragnąłem!”. Potem biskup odczytał wyrok śmierci, który zakładał powieszenie i spalenie jednocześnie (na stosie płonącym pod szubienicą). Kiedy ogień zgasł, zebrano popioły i wrzucono je do rzeki Arno, aby nie stały się relikwiami dla jego zwolenników.

Miasto dawno nie oglądało podobnego spektaklu, a Savonarola, który w chwili śmierci miał 46 lat, do dziś wymyka się jednoznacznym ocenom. Według jednych pozostanie męczennikiem, ofiarą zbrodniczego papieża, a dla innych fanatykiem, którego zgubił brak pokory wobec zwierzchnika. Ciekawe tylko, że Aleksander VI udzielił mu odpustu zupełnego...

Hans Holbein młodszy, rycina z serii Danse macabre.Wikimedia Commons, domena publiczna.

Henryk II

(1519–1559)

pochodził z dynastii Walezjuszów, był synem Franciszka I i Klaudii Walezjuszki. W 1536 r., po śmierci starszego brata, został delfinem Francji, a po śmierci ojca w 1547 r. objął tron.

Jeszcze przed przyjęciem tytułu delfina Henryk poślubił Katarzynę Medycejską. Rok po ślubie piętnastoletni książę nawiązał romans ze starszą od siebie o dwadzieścia lat Dianą de Poitiers, która jako metresa królewska zyskała ogromne wpływy na dworze. Katarzyna była z nią skonfliktowana, lecz jej pozycja wzrosła dopiero po śmierci męża, gdy objęła regencję w imieniu najstarszego syna.

Henryk był mężczyzną postawnym i bardzo silnym, a charakter miał dość mało przystępny. Z powodu oschłości w obyciu zwano go „królem z ołowiu”. Uwielbiał turnieje i wojaczkę, prowadził wieloletnie kampanie wojenne z Anglią i Hiszpanią. Zwalczał francuską reformację, wydając edykty przeciwko hugenotom. Jego śmierć wskutek wypadku na turnieju przepowiedział Katarzynie Nostradamus.

Pycha kroczy przed upadkiem

Księga Przysłów uczy, że „przed porażką – wyniosłość, duch pyszny poprzedza upadek” (Prz 16: 18). Sentencję tę doskonale ilustruje nieszczęśliwy wypadek głowy jednej z dwóch najpotężniejszych dynastii renesansowej Europy podczas turnieju. Śmierć króla Francji położyła się cieniem na obchodach zaślubin jego siostry, Małgorzaty, z księciem Sabaudii oraz jego córki Elżbiety z Filipem Hiszpańskim. Pyszny król był tak pewny siebie, że do rezygnacji z ryzykownych rozgrywek nie przekonały go nawet ponure proroctwa dwóch najbardziej szanowanych astrologów ówczesnej Europy.

Drugi syn Franciszka I, Henryk, przyszedł na świat w kwietniu 1519 r. Związki między rodami królewskimi stanowiły wówczas element gry politycznej, toteż 27 października 1522 r. Henryk wskutek sprytnej gry politycznej papieża Klemensa VII poślubił jego kuzynkę, Katarzynę Medycejską1. W ten sposób córka księcia Urbino Wawrzyńca Medyceusza, uboga i niewygodna sierota, miała w przyszłości zostać królową Francji. Stało się to w 1547 r., gdy dwudziestoośmioletni Henryk II jako delfin objął francuski tron. U jego boku zasiadła Katarzyna Medycejska.

Królowa zgodnie z długą tradycją swojego rodu głęboko wierzyła w magię i astrologię. Była typową Włoszką epoki renesansu, w której umyśle, jak pisze biograf Jean Heritier, „astrologia łączyła się ściśle z nabożnością”2. Zaprosiła na dwór włoskiego biskupa Lucę Gaurico, słynnego astrologa, astronoma i matematyka, który służył czterem papieżom i cieszył się powszechnym poważaniem. Sławie Gaurico przysłużyło się proroctwo dotyczące Klemensa VII, któremu przepowiedział udział w wielu znaczących rozgrywkach politycznych oraz… ojcostwo gromadki dzieci. Katarzyna zasięgała porady na temat przyszłości męża już w 1536 r., gdy po śmierci starszego brata Henryk został następcą tronu. Nie otrzymała jednak pomyślnych wieści. Usłyszała od Gaurico, że Henryk zostanie królem, lecz nad jego panowaniem cieniem położy się pojedynek zakończony jego śmiercią. Po objęciu tronu przez Henryka astrolog na prośbę królowej napisał do króla list z ostrzeżeniem. Władca otrzymał go 5 lutego 1556 r., o czym wspominają zarówno kronikarz nadworny, słynny Brantome, jak i Claude de l’Aubespine, który przełożył treść listu z łaciny na francuski. Było tam ostrzeżenie, by król „unikał walki w pojedynkę, gdy przekroczy 41. rok żywota, w tym okresie bowiem grozi mu rana głowy, mogąca go oślepić, a nawet zabić”3. Po zapoznaniu się z tym ostrzeżeniem król miał powiedzieć księciu Montmorency, konetablowi Francji: „Nie dbam o to, czy śmierć moja nastąpi w taki czy inny sposób. Wolałbym zginąć honorowo z ręki tego, kto mi ją zada, jeśli człek ten będzie odważny i rycerski”4.

Co ciekawe, Gaurico nie był jedynym astrologiem, który przepowiedział królowi śmierć w turnieju. Najsłynniejszym autorem fatalnego dla Henryka proroctwa był Nostradamus, który już w swoich czasach budził kontrowersje. Do jego zwolenników należała Katarzyna, która zaprosiła astrologa na dwór w Saint-Germain-en-Laye, by ten postawił horoskopy jej dzieciom. Usłyszała, że wszyscy jej synowie włożą na głowy korony, lecz ich rządy będą krótkie i niespełnione. Przepowiedział także tragiczną śmieć Henryka w słynnym czterowierszu, który ukazał się w Centuriach nakładem lyońskiego drukarza Bonhomme’a w marcu 1555 r.:

Młody starego lwa pokona snadnie,

Gdy w pojedynku przeciw sobie staną.

Ze złotej klatki oczy mu wykradnie.

I na śmierć wyda go nieubłaganą5. 

Związek między proroctwami Gaurico i Nostradamusa a wypadkiem Henryka z 1 lipca 1559 r. i jego śmiercią opierał się na ciągu skojarzeń6. „Młodym lwem” okazał się kapitan Gabriel de Lorges, hrabia Montgomery, niemal dwie dekady młodszy od króla, który miał lwa w herbie. Król stracił oko, a na głowie miał wówczas pozłacany hełm z przesłoną. Katarzyna, która we śnie ujrzała śmierć męża7, zemdlała wskutek silnego wstrząsu po wypadku Henryka i przez kilka dni nie wstawała z łóżka. Przywdziała żałobę – do końca życia nosiła czerń, a za godło objęła złamaną włócznię na czerwonym polu, a jej dewiza brzmiała: lacrimae hinc, hinc dolor („odtąd łzy, odtąd boleść”)8. Co ciekawe, nie tylko królowa przewidziała w snach porażkę męża. Także marszałek de Vieilleville pechowego dnia ostrzegał swojego władcę przed katastrofą: „Klnę się na Boga, Panie, że od więcej jak trzech nocy dręczą mnie sny wieszczące jakieś nieszczęście, które ci się przydarzy, i że ten ostatni pojedynek będzie cię kosztować życie”9. Henryk ignorował jednak błagania i apele.

30 czerwca 1559 r. król wydał wielki turniej dla uczczenia zaślubin siostry i pożegnania udającej się do Hiszpanii córki. Swoim zwyczajem postanowił stanąć w szranki, dosiadając pięknego tureckiego ogiera, otrzymanego w prezencie od księcia Sabaudii, który prawdopodobnie po turnieju otrzymał imię Le Malhereux, czyli Nieszczęśliwy. Konie używane do walk turniejowych trenowano raczej do galopu niż kłusu, aby jeźdźcom wygodniej było manewrować kopią. Przeciwnicy ścierali się z prędkością około 40 km/godz., a siła uderzenia rozpędzonych i zakutych w zbroję rycerzy była ogromna10.

Katarzyna z niepokojem patrzyła, jak jej starzejący się mąż usiłuje dowieść swojej siły i wigoru, lecz jej błagania o zaprzestanie walk spełzły na niczym. Zignorowano także fakt, że król od pewnego czasu uskarżał się na zawroty głowy11. Mimo to wyzwał na pojedynek kapitana swojej gwardii szkockiej, Gabriela Montgomery’ego. Pewny siebie, nawet nie sprawdził poluzowanych w poprzednich walkach wiązań hełmu i nie zadbał o prawidłowe zamknięcie przyłbicy12. Kapitan Montgomery trafił króla w napierśnik, kopia strzaskała się, a odłamek przebił oko. Oszołomiony Henryk ledwie utrzymał się w siodle, a możni natychmiast ruszyli mu na pomoc i pomogli zsiąść z konia. Montgomery na klęczkach błagał o śmierć, chcąc odpokutować za swój czyn, lecz król powiedział, że nie chowa urazy13.

Na temat wydarzeń z tego gorącego, lipcowego popołudnia zachowało się kilka źródeł z pierwszej ręki. Jednym z nich są wspomnienia de Vielleville’a, który spisał je pod koniec swojego życia, lecz zostały opublikowane dopiero w 1828 r. Za bardziej rzetelne uznaje się relacje spisane wkrótce po wydarzeniu. Pierwsze były te autorstwa angielskiego ambasadora sir Nicholasa Throckmortona, który pióro chwycił do ręki jeszcze tego samego wieczoru, po wypadku. Wspominał, że Henrykowi niezwłocznie wyjęto z oka wielką drzazgę i że utracił władzę w członkach. Kolejną relację stanowił list biskupa Troyes Antoine’a Caracciolego do biskupa Bitonto, w którym znalazła się obszerna informacja na temat wypadku. Biskup pisał, że kopia strzaskała się wskutek siły ciosu, a odłamana część uniosła przyłbicę i zraniła Henryka powyżej prawego oka.

Po wypadku natychmiast przerwano turniej, wydano także edykt zakazujący pojedynków na francuskiej ziemi. Atmosfera święta ustąpiła rozpaczy i trosce o króla, który leżał w łożu otoczony troskliwą opieką Katarzyny. Główny medyk monarchy Jean Chapelain nadzorował usuwanie drzazg z oka Henryka, administrując mu wywar z rabarbaru i mumii, która stanowiła jeden z najpopularniejszych medykamentów epoki renesansu14, a także puszczanie krwi, lewatywy i przykładanie lodu, aby zbić gorączkę. Przy łóżku Henryka znaleźli się wkrótce najwięksi ówcześni medycy: uważany za twórcę nowożytnej anatomii Andreas Wesaliusz (1514–1564) i Ambroise Pare (1510–1590), lecz niewiele mogli wskórać15. Wesaliusz od razu po przybyciu wykonał pewien test: umieścił królowi w ustach czystą białą chusteczkę i kazał zagryźć. Następnie pociągnął za nią z siłą, a król schwycił się wówczas za głowę i krzyknął z bólu16. Opinia była następująca: „Chironium vulnus, rana, która się nie zaleczy17”.

Czwartego dnia pojawiła się gorączka i opuchlizna twarzy, a rana uległa zakażeniu. Piątego dnia w połowie sparaliżowanym królem targały konwulsje. Dziewiątego dnia zebrała się ropa, a dzień później paraliż objął także lewą połowę ciała, utrudniając oddychanie. O pierwszej po południu jedenastego dnia od wypadku Henryk zmarł. W paryskiej Bibliotece Narodowej znajduje się raport z autopsji autorstwa Wesaliusza, w którym czytamy, że drzazgi przebiły tylną ścianę oczodołu „niewątpliwie powodując bardzo poważny wstrząs mózgu”, z czym zresztą zgodził się Pare18. Wesaliusz zauważał również, że czaszka nie została uszkodzona, choć nastąpił obrzęk mózgu i bardzo silne uszkodzenie prawego oczodołu oraz przebicie „opony mózgu, która przyjęła żółtawy kolor na głębokość kciuka i szerokość dwóch palców”19. Cała lewa część mózgu była wypełniona płynem oraz ropą, w czaszce znajdowały się krwiaki. Doszło do zakażenia i królowi nie można było pomóc.

Dziś badacze są zgodni, że rana Henryka nie była śmiertelna (nie doszło do uszkodzeń czaszki ani mózgu, obalono także wcześniejszą teorię o krwiaku zewnątrzoponowym) i mając do dyspozycji zdobycze współczesnej medycyny, prawdopodobnie by przeżył. Wówczas jednak śmiertelność z powodu takich ran była bardzo wysoka, a wypadki zdarzały się często20. Kilka lat przed tym, jak Henryk VIII spadł w trakcie turnieju z konia i poważnie zranił się w nogę, wskutek ciosu przy przypadkowo otwartej przyłbicy odniósł ranę prawego oka21. Mniej szczęścia miał książę Urbino, Frederigo da Montefeltro, który w takim wypadku stracił oko, stąd jego portrety ukazują go tylko z lewego profilu.

Po śmierci Henryka potęga Francji osłabła. Na tronie zasiadło kolejno trzech synów króla, lecz żaden nie okazał się godnym władcą. Franciszek II, chorowity piętnastolatek, zmarł po 15 miesiącach panowania. Karol IX, który objął tron w wieku 10 lat, panował tylko przez 14 lat. Wreszcie koronę włożył zniewieściały dwudziestodwulatek, gnuśny i rozpustny, a jego rządy skończyły się morderstwem i położyły kres dynastii Walezjuszów. Faktycznym władcą była jednak Katarzyna Medycejska, która przez trzy dekady nadawała ton życiu na dworze francuskim oraz polityce Francji. To jednak zupełnie inna historia.

1 J. Heritier, Katarzyna Medycejska, tłum. M. Skibniewska, Warszawa 1981, s. 27–31.

2 J. Heritier, Katarzyna Medycejska, tłum. M. Skibniewska, Warszawa 1981, s. 43.

3 J. Laver, Nostradamus and His Prophecies, New York 1982, s. 27.

4 S.J. Schwartz, The Anatomist, the Barber-Surgeon and the King. How the Accidental Death of Henry II of France Changed the World, New York 2015, s. 34.

5 J. Heritier, op. cit., s. 79 (tłumaczenie Marii Skibniewskiej).

6 S.J. Schwartz, op. cit., s. 37.

7 J. Heritier, op. cit., s. 79.

8 Ibidem, s. 80.

9 S.J. Schwartz, op. cit., s. 38.

10 G. Martin, The Death of Henry II of France: A Sporting Death and Post-Mortem, „ANZ J. Surg.” 2001, vol. 71, s. 319.

11 S.J. Schwartz, op. cit., s. 57.

12 M. Zanello, et al., The death of Henry II, King of France (1519–1559). From myth to medical and historical fact, „Acta Neurochir” 2015, vol. 157, s. 146.

13 Katarzyna kazała ściąć kapitana w 1574 r.

14 Por. A. Bukowczan-Rzeszut, Terapia rodem z horroru, „Tudorowie” 2016, nr 4, s. 22–27.

15 M. Zanello, et al., The death of Henry II, King of France (1519–1559). From myth to medical and historical fact, „Acta Neurochir” 2015, vol. 157, s. 146.

16 K. Eftekhari, et al., The last ride of Henry II of France: Orbital injury and a king’s demise, „Surv Ophthalmol.” 2015, vol. 3 (60), s. 276.

17 K.A. Dowling, J.T. Goodrich, Two cases of 16th century head injuries managed in royal European families, „Neurosurg Focus” 2016, vol. 1 (41): E2, s. 11.

18 M. Zanello, et al., op. cit., s. 147.

19 K.A. Dowling, J.T. Goodrich, op. cit., s. 12.

20 W. Lorek, Początki turniejów rycerskich, „Tudorowie” 2016, nr 4, s. 64.

21 G. Martin, The Death of Henry II of France: A Sporting Death and Post-Mortem, „ANZ J. Surg.” 2001, vol. 71, s. 318.

Jacob Matham, rycina z serii Siedem grzechów głównych.Wikimedia Commons, domena publiczna.

Elżbieta I Tudor

(1533–1603)

ostatnia ze swojego rodu, przez niemal 45 lata zasiadała na tronie Anglii i Irlandii. Była córką Henryka VIII i jego drugiej żony, Anny Boleyn. Mała księżniczka przez pierwsze trzy lata życia opływała w zbytki, jednak gdy w 1536 r. Anna Boleyn została ścięta za rzekomą zdradę, cudzołóstwo i uprawianie czarów, a Henryk poślubił Jane Seymour, Elżbietę odsunięto od dziedziczenia, odebrano jej tytuł i zmuszono do życia na wygnaniu. W 1544 r. na mocy Aktu Sukcesyjnego Elżbieta i jej starsza siostra Maria Tudor zostały włączone do sukcesji zaraz po synu Jane Seymour, przyszłym królu Edwardzie VI. Elżbieta objęła tron w 1558 r., po śmierci siostry. Panowała samodzielnie, nigdy nie decydując się na ślub, choć o rękę władczyni potężnej Anglii starało się wielu europejskich władców. Królowa nie cieszyła się dobrym zdrowiem, a pod koniec swojego długiego życia cierpiała na wiele przypadłości i nie pozwalała się leczyć. Zmarła 24 marca 1603 r., a przyczyny jej śmierci są do dziś powodem dociekań badaczy, gdyż nie przeprowadzono sekcji zwłok. Spoczęła obok siostry, Marii Tudor, w Westminsterze.

Toksyczna uroda

„Otóż jeśli kiedykolwiek jakaś osoba miała dar lub. sposób zdobywania serc ludu, była nią ta królowa” – pisał o Elżbiecie Tudor w 1612 r. sir John Hayward1. Ostatnia z dynastii Tudorów, której historia nadała przydomek „Wielka”, bohaterka niezliczonej ilości biografii, powieści, seriali telewizyjnych i filmów, po czterech stuleciach nadal ciekawi, zachwyca, inspiruje. I choć wiele stron poświęcono jej życiu, rządom, cechom charakteru, kobiecym przymiotom czy porywom serca, śmierć Elżbiety Tudor wciąż owiana jest tajemnicą. Czy przyczyną śmierci królowej był wiek i trudy wieloletnich samotnych rządów? Czy cierpiała na jakąś chorobę, skrywaną przed poddanymi i najbliższymi? A może to jej własna próżność wpędziła ją do grobu?

Aby rozwiązać tę zagadkę, cofnijmy się do czasów młodości przyszłej królowej, czasów, gdy nie była jeszcze na wpół boską Glorianą, lecz nastoletnią księżniczką Elżbietą, zdaną na łaskę swojej przyrodniej siostry, Krwawej Marii Tudor. Jak wówczas wyglądała?

Hayward pisał, że była szczupła i trzymała się prosto, a twarz miała „cudownej piękności”, promieniującą tyleż majestatem, co skromnością. Jednym z niewielu zachowanych portretów z lat młodości królowej jest ten namalowany w latach 1546–1547 prawdopodobnie na zlecenie króla Henryka, przypisywany Williamowi Scrotsowi. Około czternastoletnia księżniczka jest nieodrodną córką swego ojca. Szczupła i wyprostowana, patrzy na współczesnych nieco melancholijnym wzrokiem, twarz ma poważną i nieco pociągłą, w dłoniach trzyma prawdopodobnie modlitewnik, obok niej widać otwartą księgę. Nos ma prosty i wąski, a usta niewielkie. Spod modnego, francuskiego nakrycia głowy, bardzo podobnego do tych, jakie nosiła jej matka Anna Boleyn, wymykają się przepiękne rude pukle Tudorów. W przyszłości Elżbieta będzie z nich bardzo dumna, podobnie jak ze swoich dłoni o bardzo smukłych palcach. I choć zacznie nosić wiele klejnotów, to jeden pierścień uzna za najcenniejszy – koronacyjny, którym zaślubiła swoje królestwo i którego nie zdejmie przez czterdzieści pięć lat.

Czy można uznać przyszłą królową za ładną? Trudno powiedzieć. Współcześni byli w opiniach podzieleni: jedni uważali ją za piękność, inni po prostu za kobietę ładną. W roku 1557 pewien wenecki poseł pisał, że twarz ma urodziwą, lecz nie piękną, za to oczy piękne, a sylwetkę zgrabną. Z pewnością jej atutem była właśnie figura, ale także wytworny, godny królowej sposób poruszania, miedziane pukle i ładna cera. Z czasem nauczyła się podkreślać swoje przymioty w taki sposób, że wszelkie niedostatki schodziły na dalszy plan. I choć nie była pięknością według renesansowych kanonów, to z pewnością nie można odmówić jej uroku, który przyciągał mężczyzn.

Obejmująca tron, dwudziestopięcioletnia Elżbieta zaprezentowała się światu już bez dziewczęcej skromności. Młoda i świeża, w śnieżnobiałej brokatowej sukni aż kapiącej od złota i klejnotów oraz w podbitym gronostajami płaszczu wydaje się na portrecie aniołem. Niezwykle jasna cera i płomiennorude włosy przydają jej eteryczności, a cienkie łuki brwi oraz niemal niewidoczne rzęsy czynią z niej kobietę nie z tego świata. Tłumy poddanych dostrzegły w niej ogromne podobieństwo do ukochanego „króla Hala”, całkowicie zapominając o nielubianej matce, po której królowa odziedziczyła wysokie kości policzkowe, podłużny owal twarzy czy lekko spiczasty podbródek. Cerę poprawiała za pomocą bielideł z białek jaj, sproszkowanych skorupek, nasion maku, boraksu i ałunu. Z czasem jej dopracowany wizerunek stał się nie tylko rytuałem, lecz koniecznością, gdy poddanym prezentowała się wyłącznie jako Gloriana, stając się Elżbietą dopiero w zaciszu własnych komnat.

Wielką uwagę i troskę poświęcała Elżbieta swojej dumie – włosom. W XVI w. zmieniła się nieco moda, a surowe zasady skrywania pukli pod nakryciem głowy ustąpiły miejsca łagodniejszym zaleceniom. Królowa nie musiała chować włosów, mogła prezentować je z dumą. A było co prezentować, gdyż miedziano-kasztanowy odcień uważano za szczyt mody, bezskutecznie kopiowany przez dwórki Elżbiety, jak i damy angielskie w całym kraju. Moczyły one pasma w różnych mieszankach, zawierających w najlepszym wypadku miód, jaskółcze ziele, kumin i szafran, w najgorszym ług i proszek siarkowy, który nie tylko był szalenie kosztowny, ale i toksyczny. Elżbieta zaś obnosiła się z naturalnymi puklami, które jej dwórki czesały, upinały i trefiły w najbardziej wymyślne fryzury, aż kapiące od klejnotów. „Uwielbiała swoje złote włosy prezentować, nosząc odkrywające włosy czepki na modłę włoską” – pisał szkocki ambasador sir James Melville. I dodawał: „Włosy miała raczej rudawe niż blond, naturalnie kręcone”2. Trzydziestojednoletnia Elżbieta próbowała usilnie dowiedzieć się od ambasadora, jaki kolor uważał za najpiękniejszy i czy jej rywalka, królowa Szkocji Maria Stuart, ma ładniejsze włosy od niej, czy też nie. Sprytny Szkot wybrnął z tej i wielu podobnych sytuacji niczym wytrawny dyplomata.

W czasach Tudorów mycie włosów nie było czynnością często praktykowaną, za to kobiety miały zwyczaj płukać je od czasu do czasu w zimnej wodzie z dodatkiem ziół. Dwórki Elżbiety dbały o jej cenne pukle, delikatnie oczyszczając je wilgotnym skrawkiem tkaniny. Następnie włosy trzeba było porządnie wyczesać grzebieniem, których powszechnie używali także mężczyźni. Tylko między 1567 a 1568 r. importowano do Londynu około dziewięćdziesiąt tysięcy grzebieni. Być może dla wygody, a być może pragnąc ukryć przerzedzające się i siwiejące pukle, w późniejszych latach rządów Elżbieta zaczęła nosić peruki. Z czasem pojawiła się nawet teoria, że królowa nosiła je, ponieważ wyłysiała całkowicie jeszcze przed trzydziestką. Powodem upodobania królowej do peruk mogła być jednak chęć podążania za modą. Spopularyzowały się w ostatnim ćwierćwieczu XVI stulecia, a w Anglii pojawiły na początku lat 70. i natychmiast zostały szczytem mody. Trzy dekady później, w 1602 r., królowa zapłaciła za zamówienie, w którym znajdowało się sześć sztuk peruk, dwanaście jardów kręconych włosów i sto upiętych pukli3. Pod koniec życia miała w swojej garderobie osiemdziesiąt różnych peruk i trzy tysiące niezwykle bogatych sukien, a każdą ozdobioną najcenniejszymi klejnotami. Najbardziej luksusowe jedwabie na jej stroje sprowadzano do Anglii przeważnie z manufaktur włoskich, ciężkie brokaty i aksamity były czasem pochodzenia hiszpańskiego4.

Renesansowy ideał piękna nie ograniczał się jedynie do naturalnych przymiotów niewieścich, lecz ściśle określał zasady uwydatniania (lub imitowania) pożądanych elementów. I tak efekt idealnie gładkiej i jasnej cery osiągano dzięki bielidłom, czyli pudrom, a delikatny rumieniec pojawiał się za sprawą „barwiczki”, z czasem zwanej różem (utyskiwał nań Jan Kochanowski)5.

Wiele kobiet stosowało kosmetyki tak zapamiętale, że niszczyły sobie skórę toksycznymi mieszankami. Inne musiały uciekać się do „poprawek”, gdyż tylko pod grubą warstwą bielideł i różu można było ukryć ślady po ospie, szalejącej w epoce renesansu6. Nie ustrzegła się przed nią także Elżbieta, która zachorowała pod koniec 1562 r. Wyleczył ją medyk śląskiego pochodzenia nazwiskiem Burkot, który siłą wsadzony na konia z nożem na gardle dotarł do chorej królowej w ostatniej chwili7.

Przerażona Elżbieta lamentowała, martwiąc się najpierw o swoją urodę, a dopiero w następnej kolejności o życie, za co usłyszała reprymendę. Choroba minęła i królowa wróciła do zdrowia, szczodrze nagradzając Burkota za pomoc, lecz jej cera nie odzyskała dawnej urody. Tutaj mogły pomóc jedynie odpowiednie preparaty…

Gdy Elżbieta zasiadała na angielskim tronie, w modzie były cery naturalne, czyste i gładkie, z jak najmniejszą ilością kosmetycznych ulepszeń. Ambasador wenecki chwalił ten zwyczaj, gdyż w jego kraju trudno było o naturalne piękno. Włoszki malowały się ponoć bez umiaru, czego echo stanowi słynna anegdota, jakoby król Zygmunt Stary po nocy poślubnej z Boną skomentował następująco jej przymioty: „Regina Bona allulit nobis tria dona: Faciem pictam, vulvam non strictam et pecuniam fictam”8. Również Elżbieta poszła z duchem czasu, a liczne mazidła, kremy i preparaty szybko stały się elementem jej codziennej toalety.

W pewnym pamflecie z epoki wyśmiewano cały pakiet pomocnych zachowaniu młodości i urody specyfików: wody dla rozjaśnienia twarzy, mieszanki do usuwania niedoskonałości, barwniki do podkreślania ust, maści na zmarszczki, mieszanki ziół do palenia w komnacie i pachnidła do wcierania w ciało. Elżbieta, chcąc utrwalić piękno i zachować młodość, korzystała na przykład z pasty zapobiegającej zmarszczkom, przyrządzanej z kożucha zbierającego się na napoju z gorącego mleka z korzeniami i winem. Wysokie, gładkie czoło było niezwykle modne w epoce renesansu, a czoło królowej musiało być nieskazitelne. Elżbieta oczyszczała skórę „mleczkiem” na bazie świeżych jaj i zmielonych skorupek, cukru, ałunu prażonego, boraksu i nasion maku tłuczonych w wodzie. Dzięki temu jej cera miała stać się bielsza, gładsza i bardziej miękka. Aby uczynić ją nieskazitelnie białą, nakładała na nią silnie toksyczną biel ołowianą zwaną cerusytem lub bielą wenecką, która stosowana była jako puder kosmetyczny jeszcze w XVII w. Charakterystyczny makijaż Elżbiety nosił nazwę „maski młodości” i faktycznie skrywał wszelkie zmiany, jakie zostawił czas na twarzy królowej. W połączeniu z różem sporządzanym z marzanny barwierskiej i cynobru oraz pomadką na bazie wosku pszczelego i czerwonych barwników (głównie niepopularnej dziś koszenili), którą królowa i jej dwórki spopularyzowały w Anglii, biała cera wydawała się szlachetna i świeża. Przynajmniej do czasu, gdy toksyczne składniki nie zaczynały odbijać się na zdrowiu.

Chyba najgorszym z popularnych wówczas kosmetyków była niesławna biel ołowiana, którą rozpuszczano w occie. Przy częstym stosowaniu pojawiały się objawy zatrucia ołowiem, czyli ołowicy, na którą zmarli dwieście lat po Elżbiecie m.in. Beethoven czy Goya. Skóra robiła się sucha, cera starzała się i żółkła (tzw. ołowiana cera), włosy wypadały. Zatrucie ołowiem odbijało się także na układzie nerwowym, nerkach, wątrobie czy szpiku kostnym, choć wówczas tego nie wiedziano. Niemniej jednak jeden z ówczesnych krytyków rozjaśniania w ten sposób twarzy przez kobiety pisał: „Te niewiasty, które na twarze ją nakładają, szybko stają się zniszczone i siwieją, albowiem mikstura ta silnie wysusza przyrodzoną wilgoć ich ciał”9. W renesansowej kosmetyce stosowano także rtęć i antymon – obydwa niezwykle szkodliwe. Do efektów zatrucia nimi należały m.in. drażliwość, huśtawki nastrojów, bóle głowy czy bezsenność. Być może w ten sposób można tłumaczyć zachowanie królowej.

Pod koniec rządów twarz Elżbiety i jej ciało wyniszczyły choroby i toksyczne kosmetyki. Mimo to nadal w desperackiej walce o zachowanie „maski młodości” królowa nie przestawała ich stosować. Pokazując się poddanym, triumfująca i pełna majestatu, w pysznych sukniach, kapiących od klejnotów perukach i grubej warstwie białego makijażu, znowu była Glorianą, najbardziej pożądaną kobietą Europy. Jeden z gości na jej dworze opisywał ze zdziwieniem w 1599 r. urodę ponad sześćdziesięcioletniej królowej, dając jej zaledwie dwadzieścia lat. Dopiero w swoich komnatach odsłaniała prawdziwą twarz starej i schorowanej kobiety, którą kiedyś przypadkiem ujrzał jeden z jej faworytów, młodszy od Elżbiety o 32 lata Robert Devereux, hrabia Essex. W ogromnym pośpiechu opuścił komnatę królowej i nigdy już nie wrócił, za to w prywatnych rozmowach wyśmiewał ją wielokrotnie, wytykając jej stare ciało i również powykrzywiany i wypaczony umysł. Ona jednak nie zapomniała incydentu i ponoć przyczyniła się do jego upadku. Elżbieta Tudor mogła swoim faworytom wybaczyć wiele rzeczy, ale na pewno nie urażoną kobiecą dumę.

W ostatnich latach życia Elżbieta – wbrew słowom Essexa – zachowała jasność i energię umysłu. Starzała się jednak w zatrważającym tempie i coraz trudniej było to ukryć. Twarz miała wymizerowaną, zęby zniszczone, z wieloma ubytkami, zapadnięte w głąb twarzy oczy. Francuski ambasador de Maisse podkreślał, że przez braki w uzębieniu sepleniła i trudno było ją zrozumieć, gdy mówiła szybko10. Nietrudno się dziwić – jej zdrowie pozostawiało wiele do życzenia. Cierpiała m.in. na ropnie dziąseł i ropotok, chorowała na nerki. Mimo to, jak podkreśla Amy Licence, w ostatnich latach życia coraz bardziej pielęgnowała swój wizerunek Królowej Dziewicy, sprawnie wykorzystując kult Matki Boskiej do wykreowania półboskiego obrazu samej siebie11. Sprawnie łączyła ze sobą panującą modę na kosmetyki z typowym dla swojej dynastii uwielbieniem dla przepychu i ceremoniału, w czym wiódł prym jej ojciec. Swoje dziewictwo otoczyła kultem i nadała mu mityczny status.

Zimą na przełomie 1602 i 1603 r. Elżbieta nie czuła się najlepiej. Przeziębiła się, cierpiała na bóle głowy i mięśni, była słaba i zrezygnowana. Jej stan fizyczny i psychiczny być może najlepiej oddają nie opisy i relacje, lecz alegoryczny portret namalowany kilka lat po jej śmierci, na którym znużona, stara królowa podpiera twarz jedną ręką, czekając na śmierć. Ojciec Czas stoi za jej prawym ramieniem, Śmierć wyczekująco spogląda zza lewego, a dwa cherubiny zdejmują z jej głowy koronę, którą tak długo musiała nosić. Elżbieta zmarła 24 marca w czwartek; w ten sam dzień tygodnia zmarł także jej ojciec i siostra. Była to wigilia Zwiastowania Najświętszej Maryi Dziewicy w kalendarzu juliańskim – być może najlepszy z możliwych dni dla Królowej Dziewicy, by pożegnać się ze światem. Nie przeprowadzono sekcji zwłok, gdyż Elżbieta sobie tego nie życzyła. Uważano jednak, że zmarła z powodu zatrucia krwi wskutek wieloletniego stosowania toksycznych kosmetyków. Za tą teorią przemawiają różne niedogodności i schorzenia, z jakimi zmagała się ostatnia z Tudorów: od wyniszczenia fizycznego z owrzodzeniami, utratą włosów i zębów, przez huśtawki nastrojów, aż po problemy z płodnością. Z pewnością jednak dumna królowa wolałaby, aby jej ziemskie troski odeszły w mroki historii, a potomni zawsze pamiętali ją jako piękną i triumfującą Glorianę.

1 J. Hayward, Epilog: początek legendy [w:] S. Grzybowski, Elżbieta Wielka, Wrocław 1984, s. 213.

2 J. Melville, The Memoires Of Sir James Melvil Of Halhill, 2nd ed., T. & W. Rudimans, Edinburgh 1735, s. 98.

3 G. De Courtais, Women’s Hats, Headdresses and Hairstyles, New York 1986, s. 52.

4 M. Gutkowska-Rychlewska, Historia ubiorów, Wrocław–Warszawa–Kraków 1968, s. 363.

5 A. Bukowczan-Rzeszut, Chcesz być piękna jak Marysieńka? Zdradzamy tajniki modnego wyglądu sprzed 400 lat, 19.05.2016, http://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/05/19/chcesz-byc-piekna-jak-marysienka-zdradzamy-tajniki-modnego-wygladu-sprzed-400-lat/.

6 A. Weir, Elizabeth, The Queen, London 2009, s. 9.

7 S. Grzybowski, Elżbieta Wielka, op. cit., s. 67.

8 „Królowa Bona przywiozła nam trzy podarunki: wymalowaną twarz, luźną pochwę i zmyślone pieniądze”. Cyt. za: K. Janicki, Damy złotego wieku, Kraków 2014, s. 66.

9 C. Camden, The Elizabethan Woman: A Panorama of English Womanhood, 1540–1640, New York 1975, s. 178.

10A Journal of All That Was Accomplished by Monsieur de Maisse, Ambassador in England from Kin Henri IV to Queen Elizabeth Anno Domini 1597, trans. and ed. G.B. Harrison and R.A.Jones, Bloomsbury 1931, s. 25–26.

11 A. Licence, W łożu z Tudorami, Kraków, s. 225.

Hans Holbein młodszy, rycina z serii Danse macabre.Wikimedia Commons, domena publiczna.

David Rizzio

(ok. 1533–1566)

był nadwornym śpiewakiem i faworytem Marii Stuart, a od 1564 r. jej osobistym sekretarzem. Był synem muzyka z Pancalieri, niedaleko Turynu. Otrzymał gruntowne wykształcenie muzyczne. Na szkocki dwór trafił jako sekretarz ambasadora księcia Sabaudii. Maria Stuart poszukiwała wówczas śpiewaka do kwartetu w swojej prywatnej kaplicy i Rizzio został jej polecony. Cudzoziemiec, który błyskawicznie wkupił się w łaski królowej, nie cieszył się sympatią szkockich nobilów. Plotkowano, że szpieguje dla papieża, a następnie podejrzewano go o romans z królową. Pyszny i obnoszący się z bogactwem, jakie zgromadził dzięki królowej, stał się solą w oku dworzan. Szybko zraził do siebie także hrabiego Darnleya – męża królowej, z którym początkowo pozostawał w przyjaznych relacjach. Zginął 9 marca 1566 r. zasztyletowany przez zamachowców pod drzwiami apartamentu Marii w Pałacu Holyrood, na oczach samej królowej.

Idy marcowe na dworze szkockim

Włoch David Rizzio nie miał jeszcze trzydziestki, gdy wkupił się w łaski królowej Szkocji, Marii Stuart. Szybko został jej prawą ręką, obsypywany względami i prezentami. Arogancki i pyszny, obnosił się z bogactwem i wpływami, czym przysporzył sobie wrogów w obcym kraju. Koniec tej historii był więc wyjątkowo dramatyczny.

Córka Jakuba V miała ledwie tydzień, gdy odziedziczyła po ojcu szkocki tron. Została koronowana 9 sierpnia 1543 r. i bynajmniej nie czekały jej spokojne i bezkonfliktowe rządy. Maria Stuart jeszcze w kołysce miała wielu wrogów, a jej dzieciństwo upływało pod znakiem niepomyślnych wydarzeń. Najpierw stała się przedmiotem zażartej walki dynastycznej, a potem została wprawdzie królową Francji, ale cieszyła się koroną ledwie dwa lata, kiedy to jej mąż Franciszek II zmarł, a rządy w kraju przejęła w imieniu kolejnego następcy tronu słynna Katarzyna Medycejska. Gdy Maria wróciła do Szkocji, mając ledwie 19 lat, zastała kraj w ogniu walk politycznych i religijnych. Zagorzała katoliczka niemal natychmiast wzbudziła nieufność w oczach protestantów i wielkich rodów.

To, czego wrogowie Marii nie zdołali osiągnąć za pomocą siły, próbowali zyskać oszustwami i intrygami, a powodów do spiskowania królowa im nie żałowała. W Szkocji zawrzało, gdy jej sekretarzem został David Rizzio, niespełna trzydziestoletni wówczas Piemontczyk. Przybył on do kraju w 1561 r. w orszaku posła sabaudzkiego hrabiego Moretty jako zwyczajny pokojowiec i zwrócił uwagę Marii umiejętnością gry na lutni1. Bardzo szybko zdobył wysoką pozycję i zyskał przemożny wpływ na królową, stając się jej najważniejszym doradcą, co przysporzyło mu wielu wrogów wśród baronów2. Chełpił się swoją pozycją i zdobytym majątkiem, przez co nienawidzono go jeszcze bardziej. Nienawiść owa okazała się przekraczać nawet podziały religijne: katoliccy lordowie byli zazdrośni o jego wpływy, a protestanci podejrzewali go o to, że jest agentem papieża. Maria ufała mu jako katolikowi i cudzoziemcowi, który nie miał ochoty wikłać się w żadne knowania i spiski3.

Być może niechęć wobec Piemontczyka nie byłaby tak żarliwa, gdyby nie to, że był on człowiekiem pysznym, który dzięki silnej pozycji traktował innych z góry, a także bez skrępowania korzystał z hojności królowej i gromadził fortunę. Obnosił się ze swoim majątkiem, paradując w bogatych szatach, obwieszony klejnotami4. Co ciekawe, początkowo zaskarbił sobie przyjaźń przyszłego męża Marii, Henryka Stuarta, lorda Darnleya, z którym często grywał w szachy i karty oraz jadł wieczerzę. To jednak szybko miało się zmienić, gdy królowa wstąpiła w związek małżeński, który nie okazał się udany.

Maria miała najwyraźniej pecha do aroganckich zarozumialców u swego boku, bo jej mąż szybko pokazał prawdziwą twarz. Darnley przestał szanować żonę, traktując ją po grubiańsku, urządzając pijatyki z kompanami i słuchając niewybrednych plotek na jej temat. A że był człowiekiem równie próżnym, co łatwowiernym, łatwo dał się przekonać, że Marię i Rizzio z pewnością łączy coś więcej niż tylko polityka, a on sam jest ledwie papierowym królem, nad którym panuje kobieta5