Sekrety ukryte za szkłem - Szanecka-Żołdak Maja - ebook
NOWOŚĆ

Sekrety ukryte za szkłem ebook

Szanecka-Żołdak Maja

0,0

Opis

Lustro powinno mówić prawdę, tak? Niezależnie od tego, czy mamy odwagę na nią spojrzeć. Szklana tafla zazwyczaj bezlitośnie odwzorowuje rzeczywistość – a ta rzadko bywa dla nas łaskawa.


Co jednak, jeśli pewnego dnia odbicie przestanie Cię naśladować? A jeśli wyciągnie ku Tobie ręce i zabierze na drugą stronę?
Kornelia nigdy nie zaprzątała sobie głowy takimi pytaniami. Próbowała po prostu przetrwać kolejny dzień w szkole, zbyt zajęta walką z własnymi niedoskonałościami, by wierzyć w istnienie innych światów. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym po drugiej stronie lustra zobaczyła kogoś, kto w niczym nie przypominał jej samej.


A Ty, Czytelniczko, ile jesteś w stanie poświęcić, by stać się wersją siebie, o której zawsze marzyłaś?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 188

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Se­kre­ty ukry­te za szkłem

Ma­ja Sza­nec­ka-Żoł­dak

Co­py­ri­ght © Ma­ja Sza­nec­ka-Żoł­dak

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

e-ISBN: 978-83-68498-47-9

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce

Fre­epik

Re­dak­cja

Aga­ta Tor­ba

Ko­rek­ta

Na­ta­lia Szop­pa

Ja­ni­na M. Za­biel­ska

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Ostrze­że­nie: książ­ka za­wie­ra sce­ny sa­mo­oka­le­cze­nia,

któ­re mo­gą być nie­wła­ści­we dla wraż­li­wych czy­tel­ni­ków.

Roz­dział I

W ma­łym mia­stecz­ku Ne­kla, nie­opo­dal Wrze­śni – mia­sta, któ­re w ro­ku ty­siąc dzie­więć­set pierw­szym, pod­czas za­bo­ru, wsła­wi­ło się bo­ha­ter­skim straj­kiem szkol­nym – miesz­ka­ła pięt­na­sto­let­nia Kor­ne­lia. Ro­dzi­ce dziew­czy­ny pro­wa­dzi­li do­brze pro­spe­ru­ją­cą pie­kar­nio-cu­kier­nię, a wy­pie­ki z ich pie­ca nie tyl­ko cie­szy­ły się po­wszech­nym uzna­niem wśród miesz­kań­ców, ale też re­gu­lar­nie zdo­by­wa­ły na­gro­dy na oko­licz­nych wy­sta­wach i kon­kur­sach.

Kor­ne­lia czę­sto po­ma­ga­ła ro­dzi­com, szcze­gól­nie w go­rą­cych okre­sach po­prze­dza­ją­cych Bo­że Na­ro­dze­nie czy Wiel­ka­noc. Lu­bi­ła tę pra­cę i skry­cie ma­rzy­ła, że kie­dyś sta­nie na cze­le ro­dzin­ne­go in­te­re­su.

Lo­kal był dla niej czymś wię­cej niż miej­scem pra­cy – sta­no­wił praw­dzi­wy azyl. Za­pach, ja­ki się tam uno­sił, nie tyl­ko ko­ił, ale też spra­wiał, że po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa wzra­sta­ło do gór­nej gra­ni­cy. A gdy uda­ło się jej skraść ulu­bio­ny sma­ko­łyk – lu­kier, ma­sę mig­da­ło­wą lub cze­ko­la­dę – prze­no­si­ła się na chwi­lę do in­nej, al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Szko­ła zaś by­ła zu­peł­nie in­nym świa­tem. Re­la­cje z ró­wie­śni­ka­mi, nie­śmia­łe spoj­rze­nia, pierw­sze sym­pa­tie – to wszyst­ko przy­cho­dzi­ło Kor­ne­lii z tru­dem.

Przez do­dat­ko­we ki­lo­gra­my od­czu­wa­ła ogrom­ny dys­kom­fort. Czę­sto od­no­si­ła wra­że­nie, że pod­czas roz­mów każ­dy wi­dzi tyl­ko jej cia­ło, po­przy­kle­ja­ne do nie­go kost­ki ma­sła, któ­re in­for­mu­ją o licz­bie nad­pro­gra­mo­wych ki­lo­gra­mów. Nikt nie wi­dział praw­dzi­wej Kor­ne­lii. Czu­ła się źle w swo­jej skó­rze. Ktoś mógł­by po­wie­dzieć: „Przejdź na die­tę”, „Za­cznij ćwi­czyć”, jed­nak nie jest to ta­kie pro­ste, zwłasz­cza gdy miesz­ka się w cu­kier­ni.

Ale to wła­śnie w tym miej­scu by­ła na­praw­dę so­bą. Śmia­ła się szcze­rze, pra­co­wa­ła z za­pa­łem i da­wa­ła upust ta­len­to­wi, któ­ry wpra­wiał w osłu­pie­nie na­wet do­ro­słych. Ja­ko pięt­na­sto­lat­ka pie­kła nie­zwy­kłe tor­ty, od­wzo­ro­wy­wa­ła po­sta­cie z ba­jek z pre­cy­zją, któ­rej mógł po­zaz­dro­ścić nie­je­den do­świad­czo­ny i uzna­ny ar­ty­sta.

Z jed­nej stro­ny mi­strzy­ni w swo­im fa­chu, a z dru­giej – sza­ra mysz­ka, nie­pew­na wszyst­kie­go. Dziew­czy­na, cho­wa­ją­ca się za czar­ną grzyw­ką.

Mia­ła dar pla­stycz­ny, umia­ła na bia­łej kart­ce wy­cza­ro­wać ma­gicz­ny, wprost nie­praw­do­po­dob­ny, do­kład­ny świat. Każ­da kre­ska, cień, wszyst­ko, co wy­cho­dzi­ło spod ołów­ka Kor­ne­li, wy­glą­da­ło do­sko­na­le i ra­zem two­rzy­ło ma­je­sta­tycz­ną ca­łość. Jej po­kój wy­peł­nia­ły szki­ce, a na jed­nej ze ścian dziew­czy­na na­ma­lo­wa­ła mu­ral – dro­gę wśród drzew wio­dą­cą do in­ne­go świa­ta. Ma­gia fa­scy­no­wa­ła ją już od naj­młod­szych lat. Nie­raz wy­obra­ża­ła so­bie, jak prze­no­si się do świa­ta ba­jek, któ­re oglą­da­li ca­łą ro­dzi­ną. A gdy tyl­ko na­uczy­ła się czy­tać, za­ta­pia­ła się w uni­wer­sum Har­ry’ego Pot­te­ra i Ba­śnio­bo­ru.

Jej mi­łość do świa­tów fan­ta­stycz­nych prze­kła­da­ła się na re­la­cje z ró­wie­śni­ka­mi – za­przy­jaź­nia­nie się z książ­ko­wy­mi bo­ha­te­ra­mi przy­cho­dzi­ło jej z więk­szą ła­two­ścią niż pro­sta roz­mo­wa ze zna­jo­my­mi z kla­sy. Do te­go jej kom­plek­sy nie po­zwa­la­ły na wy­zwo­le­nie się z łań­cu­chów, w któ­rych tkwi­ła. Nie na­le­ża­ła do prze­bo­jo­wych czy za­baw­nych osób. Czę­sto sta­ła z bo­ku, opie­ra­jąc się o ścia­nę i ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie. Koń­czy­ła ósmą kla­sę i li­czy­ła na to, że w szko­le śred­niej znaj­dzie no­we gro­no zna­jo­mych. Do te­go miej­sca nie pa­so­wa­ła. Dziew­czy­ny trzy­ma­ły się z da­la od niej, naj­czę­ściej igno­ru­jąc ją. Rzu­ca­ły tyl­ko zdaw­ko­wym „cześć”, gdy mi­ja­ła się z ni­mi. Sta­ła się nie­wi­docz­na, do te­go stop­nia, że na­wet na­uczy­cie­lom zda­rza­ło się jej nie do­strze­gać.

Był jed­nak je­den wy­ją­tek, przez któ­ry dni w szko­le sta­wa­ły się pięk­niej­sze.

Kac­per.

Zwy­kły uczeń z jej kla­sy, dość wy­so­ki, chu­dy jak więk­szość chło­pa­ków w je­go wie­ku, z mod­ną fry­zu­rą i prze­cięt­ną śred­nią. Kor­ne­lia ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się pod­jąć z nim roz­mo­wy, bo wie­dzia­ła, jak bar­dzo jej twarz ją zdra­dzi, kie­dy za­cznie się czer­wie­nić. Wo­la­ła ob­ser­wo­wać go z da­le­ka i wy­obra­żać so­bie, że ma śmia­łość po­dejść, by za­cząć zwy­kłą roz­mo­wę. Cza­sa­mi ze swo­imi fan­ta­zja­mi po­su­wa­ła się da­lej. W my­ślach wi­dzia­ła, jak naj­pierw czu­le mu­ska jej ra­mię, by po chwi­li de­li­kat­nie spleść swo­je pal­ce z jej. Czu­ła cie­pło bi­ją­ce z dru­gie­go cia­ła oraz je­go dłoń przy­su­wa­ją­cą się do niej nie­bez­piecz­nie bli­sko. W ta­kim mo­men­cie gło­wa chło­pa­ka by­ła­by tuż obok jej twa­rzy, szep­tał­by do jej ucha swo­je se­kre­ty. Na tę myśl wy­peł­ni­ło ją cie­płe uczu­cie za­do­wo­le­nia i kie­dy już czu­ła, że w koń­cu do­tknie je­go mięk­kich ust, ktoś szarp­nął ją za ra­mię.

 – Kor­ne­lia? – za­wo­łał na­uczy­ciel hi­sto­rii.

Star­szy, si­wy pan, któ­ry za­zwy­czaj nie zwa­żał na to, iż ucznio­wie czę­sto są nie­za­in­te­re­so­wa­ni tym, co mi­nę­ło. Męż­czy­zna zbli­żał się do eme­ry­tu­ry i nie miał am­bit­ne­go pla­nu za­ra­ża­nia in­nych hi­sto­rią. Ten etap miał już za so­bą, te­raz li­czy­ło się tyl­ko to, by do­trwać w spo­ko­ju do za­słu­żo­ne­go od­po­czyn­ku.

– Słu­chasz w ogó­le?

– Tak – od­po­wie­dzia­ła zmie­sza­nym gło­sem i czu­ła, jak wpa­tru­je się w nią co­raz wię­cej uczniów.

Szmer gło­sów za ple­ca­mi na­sto­lat­ki przy­brał na si­le, a ona nie mia­ła wąt­pli­wo­ści: mó­wi­li o niej. Że blu­za by­ła za ma­ło ob­szer­na, że gdzieś fałd­ki tłusz­czu nie­po­trzeb­nie się uwi­dacz­nia­ją. Wo­la­ła sie­dzieć z ty­łu, ale tam­te miej­sca za­wsze zaj­mo­wa­li chłop­cy, a z ni­mi się nie dys­ku­to­wa­ło.

Na­uczy­ciel spoj­rzał na nią znu­żo­nym wzro­kiem.

– Wam, mło­dym, wy­da­je się, że li­czy się tyl­ko przy­szłość i to, co nie­zna­ne, a to, co by­ło, to już nie jest war­te uwa­gi. Nie mam ra­cji? – rzu­cił na­uczy­ciel, pa­trząc w okno.

Kla­sa wy­glą­da­ła na za­sko­czo­ną, bo pan Po­ldek ni­g­dy nie ro­bił ta­kich alu­zji. Kor­ne­lia od­wa­ży­ła się spoj­rzeć przez ra­mię na resz­tę – wszy­scy by­li rów­nie zdzi­wie­ni.

– To po­wiedz­cie, co się dla was li­czy?

– Praw­da jest ta­ka, że przy­szło­ścią są kom­pu­te­ry i sztucz­na in­te­li­gen­cja – oświad­czył Kac­per, jak za­wsze naj­od­waż­niej­szy z kla­sy.

Mo­że je­go pew­ność sie­bie tak bar­dzo po­do­ba­ła się Kor­ne­lii? Nie zna­ła od­po­wie­dzi na to py­ta­nie i choć zda­wa­ła so­bie spra­wę, że był on po­za jej za­się­giem, to lu­bi­ła so­bie wy­obra­żać czas spę­dza­ny z nim sam na sam. Ma­rzy­ła o sta­wa­niu się bar­dziej pew­ną sie­bie przy je­go bo­ku.

– Kom­pu­te­ry, mó­wisz?

– No tak – rzu­cił ktoś z ty­łu.

Kor­ne­lia znów za­czę­ła od­pły­wać i na­wet nie usły­sza­ła, jak lek­ko za­chryp­nię­ty głos pa­na Po­ld­ka zo­sta­je za­głu­szo­ny przez sy­gnał dzwon­ka.

– Za­nim wyj­dzie­cie! – Hi­sto­ryk pró­bo­wał prze­krzy­czeć mło­dzież zbie­ra­ją­cą się do wyj­ścia, ale na próż­no. – Ha­lo! Mu­szę coś ogło­sić! – Męż­czy­zna pod­jął ko­lej­ną pró­bę, jed­nak la­ta spę­dzo­ne pod ta­bli­cą wy­raź­nie od­ci­snę­ły swo­je pięt­no na je­go gło­sie, któ­ry brzmiał te­raz chrzęsz­czą­co i ochry­ple.

– Ci­sza!

Kac­per.

Sta­nął ko­ło ław­ki Kor­ne­lii, zło­żył dło­nie w tu­bę, przy­ło­żył do ust i raz jesz­cze krzyk­nął pro­sto z prze­po­ny, naj­moc­niej, jak mógł.

– Ci­sza!

Kla­sa za­mil­kła. Kac­per, naj­wy­raź­niej za­do­wo­lo­ny z sie­bie, uśmiech­nął się pod no­sem, uwi­dacz­nia­jąc de­li­kat­ny do­łe­czek po pra­wej stro­nie po­licz­ka.

Kor­ne­lia po­czu­ła, jak za­czy­na za­le­wać ją fa­la go­rą­ca. Znaj­do­wał się tak bli­sko, nie­mal­że na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Gdy­by nie jej nie­śmia­łość i brak pew­no­ści sie­bie, od­wza­jem­ni­ła­by uśmiech, ja­ki jej po­słał, kie­dy na nią spoj­rzał. Oczy­wi­ście szyb­ko so­bie to zra­cjo­na­li­zo­wa­ła. Gest ten kie­ro­wał do wszyst­kich, nie do niej, choć mi­ło by­ło so­bie wma­wiać, coś in­ne­go.

– Za trzy dni or­ga­ni­zu­je­my kier­masz i chciał­bym, że­by wa­sza kla­sa się przy­łą­czy­ła. Jest to co praw­da zwią­za­ne z wy­da­rze­niem hi­sto­rycz­nym, kół­ko te­atral­ne przy­go­to­wu­je in­sce­ni­za­cje, ale przy­da­ło­by się ja­kieś sto­isko, na któ­rym moż­na coś sprze­dać. Po­my­śl­cie nad tym, co mo­gli­by­ście wy­sta­wić.

– Ja­ki jest mo­tyw prze­wod­ni?

Pan Po­ldek spoj­rzał na Lau­rę, jak­by bar­dzo do­kład­nie ana­li­zo­wał w gło­wie jej sło­wa. Na­sto­lat­ka na­le­ża­ła do tych dziew­czyn, któ­re mia­ły wszyst­ko – od­wa­gę, świet­ny wy­gląd, fi­gu­rę mo­del­ki oraz po­wo­dze­nie wśród chło­pa­ków.

– Te­ma­tem jest oczy­wi­ście ty­siąc­le­cie ko­ro­na­cji Bo­le­sła­wa Chro­bre­go.

Na chwi­lę, po­mi­mo prze­rwy, za­pa­dło mil­cze­nie, po czym je­den z mó­zgow­ców za­de­kla­ro­wał, że ma już po­mysł i w ten spo­sób chwi­lo­we sku­pie­nie znik­nę­ło. Znów zro­bił się har­mi­der, ostat­nia lek­cja się skoń­czy­ła. Kac­per po­szedł do swo­jej pacz­ki, a Kor­ne­lia ani drgnę­ła. Zo­sta­ła tyl­ko ona i na­uczy­ciel. Pan Po­ldek pa­ko­wał swo­je rze­czy, co ja­kiś czas tak­su­jąc wzro­kiem dziew­czy­nę, któ­ra z pre­me­dy­ta­cją zwle­ka­ła z wyj­ściem, do­pó­ki sa­la cał­ko­wi­cie nie opu­sto­sza­ła.

– Kor­ne­lio, a two­ja ma­ma nie mo­gła­by cze­goś upiec na kier­masz?

– Za­py­tam – bąk­nę­ła ze spusz­czo­ną gło­wą, a na­stęp­nie opu­ści­ła sa­lę.

W dro­dze do do­mu szła za grup­ką ko­le­gów z kla­sy. Do­oko­ła świer­go­ta­ły pta­ki i choć ma­rzec nie roz­piesz­czał wy­so­ki­mi tem­pe­ra­tu­ra­mi, to tre­le na­wo­łu­ją­cych się ko­sów, si­ko­rek, ko­wa­li­ków i peł­za­czy na­pa­wa­ły opty­mi­zmem. Wśród ro­ze­śmia­nych uczniów znaj­do­wał się też Kac­per. Stop­nio­wo gro­no ma­la­ło – odłą­cza­ły się ko­lej­ne oso­by – aż w koń­cu zo­sta­li tyl­ko on, miesz­ka­ją­cy na sa­mym koń­cu mia­stecz­ka, Kor­ne­lia i Lau­ra. Ta dru­ga szła pod rę­kę z Kac­prem, co ja­kiś czas zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo przy­su­wa­ła się do nie­go, po­tem per­li­ście śmia­ła i zbli­ża­ła jesz­cze bar­dziej. Kor­ne­lia ob­ser­wo­wa­ła ich uważ­nie, za­sta­na­wia­jąc się, co mu­sia­ła­by zro­bić, że­by móc choć raz iść pod rę­kę z chło­pa­kiem.

Lau­ra obej­rza­ła się przez ra­mię.

 – O, Kor­ne­la, co się tak skra­dasz za na­mi? – Ro­ze­śmia­ła się, ale dziew­czy­nie wca­le nie by­ło do śmie­chu.

Po­czu­ła, jak na po­licz­ki wstę­pu­ją jej dwa, szkar­łat­ne ru­mień­ce, spu­ści­ła gło­wę i sta­ra­ła się po­zo­stać nie­wi­docz­na. W du­chu wy­zy­wa­ła się od naj­gor­szych – jak mo­gła być ta­ka nie­ostroż­na, po­win­na by­ła od­cze­kać kil­ka do­dat­ko­wych mi­nut, ale nie mo­gła się po­wstrzy­mać, chcia­ła jesz­cze na­pa­trzeć się na Kac­pra, że­by ob­raz je­go po­sta­ci po­zo­stał w gło­wie jak naj­śwież­szy.

 – Ja tyl­ko idę do do­mu – bąk­nę­ła le­d­wie sły­szal­nym gło­sem.

Lau­ra szyb­ko pod­chwy­ci­ła jej zmie­sza­nie, po­de­szła do niej, za­rzu­ci­ła jej rę­kę na ra­mię i ni­czym bli­ska przy­ja­ciół­ka, za­czę­ła przy­ci­skać do sie­bie.

– Nie wstydź się, je­ste­śmy ko­le­żan­ka­mi od tak daw­na. Po­wiedz, po co za na­mi cho­dzisz?

Dziew­czy­na spa­ni­ko­wa­ła, ale z wy­ba­wie­niem przy­szedł Kac­per.

– Jej ro­dzi­ce ma­ją tam pie­kar­nię i cu­kier­nię. Ro­bią świet­ne cro­is­san­ty, te pi­sta­cjo­we są naj­lep­sze – za­chwa­lał, na co Kor­ne­lia uśmiech­nę­ła się lek­ko pod no­sem.

– To mo­że kie­dyś mnie za­pro­sisz? – za­gad­nę­ła Lau­ra, sztur­cha­jąc ko­le­gę pod że­bra.

Kac­per zgiął się, uda­jąc, że roz­cie­ra obo­la­łe miej­sce.

– No nie wiem, ale Kor­ni, mo­że przy­nie­siesz coś na kier­masz?

Pan Po­ldek py­tał o to sa­mo, a ona bez mru­gnię­cia okiem od­burk­nę­ła, że coś przy­nie­sie. Ale gdy to py­ta­nie pa­dło z ust Kac­pra, po­czu­ła, jak głos uwiązł jej w gar­dle. Pro­ste py­ta­nie, pro­sta od­po­wiedź, a ona nie po­tra­fi­ła wy­do­być z sie­bie sło­wa. Wzru­szy­ła więc ra­mio­na­mi, znów wście­kła na sie­bie, że tak się zbłaź­ni­ła.

Zbli­ża­li się już do pie­kar­ni, z jed­nej stro­ny chęt­nie czmych­nę­ła­by i scho­wa­ła­by się w bez­piecz­nej stre­fie, a z dru­giej – ma­gicz­nie wy­eli­mi­no­wa­ła­by Lau­rę i zo­sta­ła tyl­ko z Kac­prem.

– Ode­bra­ło jej mo­wę – za­drwi­ła Lau­ra.

Jej śmiech za­czął prze­śla­do­wać Kor­ne­lię, kie­dy mach­nę­ła rę­ką na po­że­gna­nie i skrę­ci­ła w dro­gę do pie­kar­ni, nad któ­rą znaj­do­wa­ło się jej miesz­ka­nie.

Roz­dział II

W ła­zien­ce Kor­ne­lia nie mo­gła na sie­bie pa­trzeć. Ogar­nę­ła ją wście­kłość na sa­mą sie­bie i czu­ła, że fa­la zło­ści do­słow­nie ją za­le­wa. Zro­bi­ła z sie­bie po­śmie­wi­sko, a Kac­per pew­nie uznał, że jest idiot­ką.

Nie.

On był prze­ko­na­ny, że nią jest.

Sta­ła przed lu­strem i pa­trzy­ła na swo­je od­bi­cie – czer­wo­na od pła­czu twarz, oczy opuch­nię­te, a z no­sa pły­nę­ła wod­ni­sta struż­ka smar­ków, któ­rą szyb­ko otar­ła wierz­chem dło­ni. To nie by­ło no­we uczu­cie. Pa­rę mie­się­cy te­mu są­dzi­ła, że je­śli prze­far­bu­je – wła­ści­wie to za na­mo­wą ma­my – po­ło­wę wło­sów na nie­bie­sko, to ła­twiej jej bę­dzie za­ak­cep­to­wać sie­bie. Obie za­tem prze­ma­lo­wa­ły wło­sy, a Kor­ne­lia, wi­dząc efekt, nie­śmia­ło po­zwo­li­ła so­bie na tro­chę wia­ry w sie­bie. Pa­mię­ta­ła, tę nut­kę eks­cy­ta­cji, kie­dy my­śla­ła, że na­stęp­ne­go dnia w szko­le bę­dzie ina­czej. Że lu­dzie spoj­rzą na nią i zo­ba­czą ko­goś cie­ka­we­go.

Nikt nie spoj­rzał.

By­ła na­iw­na.

Wbi­ła pa­znok­cie w nad­gar­stek. Moc­no. Chcia­ła po­czuć coś in­ne­go niż tyl­ko obrzy­dze­nie so­bą. Cięż­ko od­dy­cha­ła, jak­by prze­bie­gła ma­ra­ton. Naj­chęt­niej zbi­ła­by lu­stro, by­le nie mu­sieć na sie­bie pa­trzeć. Ale prze­cież to nie po­mo­że, nie zmie­ni jej.

– Je­steś po­twor­na! – wy­krzy­cza­ła do swo­je­go od­bi­cia w lu­strze.

Przez chwi­lę pró­bo­wa­ła zna­leźć w so­bie co­kol­wiek, na co mo­gła­by spoj­rzeć bez obrzy­dze­nia.

Nie zna­la­zła.

Chcia­ła­by zo­ba­czyć sie­bie ina­czej, chcia­ła­by wi­dzieć pięk­ną, atrak­cyj­ną dziew­czy­nę, ta­ką, któ­rej wszyst­ko wy­cho­dzi.

Zo­ba­czy­ła jed­nak coś in­ne­go.

Sta­rą ma­szyn­kę do go­le­nia ta­ty.

Się­gnę­ła po nią.

Drżą­cy­mi dłoń­mi wy­ję­ła ostrze i przy­ło­ży­ła do skó­ry cien­ki ka­wa­łek sta­li. Po­czu­ła de­li­kat­ne ukłu­cie, na któ­rym sku­pił się jej ca­ły we­wnętrz­ny ból. Przy­nio­sło to odro­bi­nę uko­je­nia, a kie­dy przy­ci­snę­ła moc­niej i za­czę­ło piec, prze­sta­ła my­śleć o tym, jak źle czu­ła się w swo­jej skó­rze. Nie za­sta­na­wia­ła się, czy po tym zo­sta­ną jej szka­rad­ne, za­wsty­dza­ją­ce bli­zny, świad­czą­ce o jej ni­skiej sa­mo­oce­nie. To nie mia­ło te­raz zna­cze­nia – za bar­dzo pra­gnę­ła po­zbyć się na­gro­ma­dzo­ne­go uczu­cia po­raż­ki.

W lu­strze wi­dzia­ła ko­goś, ko­go nie chcia­ła znać. Za­ci­snę­ła po­wie­ki i za­szlo­cha­ła bez­gło­śnie. Już na­wet jej ry­sun­ki prze­sta­ły się jej po­do­bać – ostat­ni prze­kre­śli­ła ty­le ra­zy, że ro­ze­rwa­ła pa­pier. Mia­ła wra­że­nie, że wszyst­ko, co wy­cho­dzi­ło spod jej rę­ki, oka­zy­wa­ło się nie­do­sko­na­łe tak jak ona sa­ma. Że nie war­to by­ło jej ko­chać czy do­ce­niać. Pra­gnę­ła znik­nąć.

Sta­ła tak – z rę­ka­mi opar­ty­mi o umy­wal­kę, ze spusz­czo­ną gło­wą – do­brych kil­ka mi­nut. Pró­bo­wa­ła się uspo­ko­ić, jesz­cze ro­dzi­ce wró­cą wcze­śniej i za­czną do­bi­jać się do drzwi ła­zien­ki, zo­ba­czą, co zro­bi­ła i stwo­rzy się no­wy pro­blem. Wo­la­ła te­go unik­nąć.

Ra­na prze­sta­ła już piec, ale pul­su­ją­cy ból przy­po­mi­nał o tym, co zro­bi­ła.

Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, otar­ła łzy z po­licz­ków i spoj­rza­ła w lu­stro.

„C-co…?” – po­my­śla­ła.

Spoj­rza­ła jesz­cze raz w od­bi­cie.

Nie zo­ba­czy­ła dziew­czy­ny z po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi, na­puch­nię­tą bu­zią. Uj­rza­ła sie­bie ta­ką, ja­ką za­wsze chcia­ła być – sta­ran­nie wy­pro­sto­wa­ne oraz uło­żo­ne wło­sy, twarz bez śla­dów prze­bar­wień, a tę­czów­ki oczu lśni­ły bla­skiem, ja­kie­go chy­ba ni­g­dy nie wi­dzia­ła w swo­ich oczach. A co naj­waż­niej­sze – jej od­bi­cie nie mia­ło zbęd­nych ki­lo­gra­mów, któ­re od­bie­ra­ły jej pew­ność sie­bie. Za­mru­ga­ła kil­ku­krot­nie, jak­by to mia­ło przy­wró­cić praw­dzi­wy ob­raz.

– Osza­la­łam… – mruk­nę­ła, wy­pusz­cza­jąc z pal­ców ży­let­kę.

Wpa­try­wa­ła się w swo­je no­we ob­li­cze. Czy od na­gro­ma­dzo­nych emo­cji jej umysł za­czął szwan­ko­wać?

Od­bi­cie prze­krzy­wi­ło gło­wę w pra­wo.

Kor­ne­lia zro­bi­ła to sa­mo.

Otwo­rzy­ła sze­rzej oczy.

– Osza­la­łam – zde­cy­do­wa­ła, bo prze­cież to od­bi­cie po­win­no na­śla­do­wać ją, a nie na od­wrót.

Dziew­czy­na z lu­stra uśmiech­nę­ła się do niej, po­ka­zu­jąc olśnie­wa­ją­co bia­łe zę­by.

Ten uśmiech nie na­le­żał do Kor­ne­lii – brak prze­bar­wień, lek­ko wy­su­nię­ta trój­ka tak­że znik­nę­ła. Chcia­ła­by no­sić apa­rat na zę­bach, ale po pierw­sze: nie mia­ła jesz­cze usu­nię­tych wszyst­kich mle­cza­ków, po dru­gie: apa­rat or­to­don­tycz­ny wią­zał się z ko­smicz­ny­mi kwo­ta­mi, więc wo­la­ła nie pro­sić o nie­go ro­dzi­ców.

Od­bi­cie od­su­nę­ło się nie­znacz­nie i po­stać, pa­trzą­ca na Kor­ne­lię, sta­nę­ła w mro­ku, po czym bły­ska­wicz­nie przy­su­nę­ła się do ta­fli lu­stra. Zim­ne rę­ce prze­nik­nę­ły przez nie­wi­dzial­ną grań, po­chwy­ci­ły za­sko­czo­ną Kor­ne­lię i wcią­gnę­ły ją do al­ter­na­tyw­ne­go świa­ta.

Świat wo­kół Kor­ne­lii wi­ro­wał, wszyst­ko w niej wy­wra­ca­ło się do gó­ry no­ga­mi, żo­łą­dek mia­ła tak ści­śnię­ty, że aż bo­lał. Nie ro­zu­mia­ła, co się sta­ło, do cza­su, aż sta­nę­ła przed tą dru­gą, znacz­nie szczu­plej­szą, ład­niej­szą i mod­niej­szą wer­sją sie­bie.

Gdy­by nie wło­sy, mo­gła­by po­my­śleć, że to ktoś in­ny, ale te nie­bie­skie koń­ców­ki – sym­bol wy­zwo­le­nia, po­mysł ma­my, któ­ry miał zmie­nić wszyst­ko, a nie zmie­nił ni­cze­go – ja­sno wska­zy­wa­ły, że to Kor­ne­lia.

– Czy je­steś mną z przy­szło­ści? – za­py­ta­ła nie­pew­nie.

Dru­ga skrzy­wi­ła się nie­znacz­nie, ale nic nie od­po­wie­dzia­ła. Mo­że nie mo­gła nic po­wie­dzieć al­bo Kor­ne­lia ude­rzy­ła się w gło­wę i to wszyst­ko jej się śni­ło, a tak na­praw­dę le­ża­ła te­raz nie­przy­tom­na w ła­zien­ce. Ro­dzi­ców mia­ło nie być w do­mu do wie­czo­ra, mó­wi­li ra­no, że ma­ją du­żo spraw do za­ła­twie­nia na mie­ście. Mia­ła za­mó­wić so­bie piz­zę.

Na­gle klon po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i zro­bił rę­ką gest, jak­by chciał, że­by Kor­ne­lia zo­ba­czy­ła, gdzie są. Dziew­czy­na wy­ko­na­ła to, co pro­po­no­wa­ła jej nie­zna­jo­ma.

Zo­ba­czy­ła, że sta­ły w nie­mal­że iden­tycz­nej ła­zien­ce – tyl­ko tej nie po­zna­wa­ła. Ręcz­ni­ki wi­sia­ły rów­no, in­ne zło­żo­no w jed­na­ko­we pro­sto­ką­ty. Na pół­kach sta­ły fla­ko­ni­ki – wszyst­kie ta­kie sa­me, bez ety­kie­tek, bra­ko­wa­ło przy­pad­ko­wych bu­te­lek z przy­kle­jo­nym na krzy­wo pla­strem z na­pi­sem „KOR­NE­LIA”. Na­wet pa­sta do zę­bów, za­krę­co­na i nie­wy­gnie­cio­na, sta­ła obok szczo­tecz­ki. Wszyst­ko znaj­do­wa­ło się na swo­im miej­scu.

– Bo­że! Jak tu czy­sto. – Nie mo­gła wyjść ze zdu­mie­nia. – Je­śli śnię, tu jest fan­ta­stycz­nie!

Dru­ga za to, mil­cząc, po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą, po czym otwo­rzy­ła usta i prze­mó­wi­ła me­lo­dyj­nym, ła­god­nym gło­sem:

– Ja nie je­stem to­bą, a to nie jest two­ja ła­zien­ka, tyl­ko mo­ja. Je­steś… Jak­by to ująć, gor­szą wer­sją mnie w świe­cie, w któ­rym czło­wiek na­iw­nie my­śli, że mo­że mieć nad czym­kol­wiek kon­tro­lę.

– Nie ro­zu­miem. – Kor­ni zmarsz­czy­ła brwi i lek­ko po­krę­ci­ła gło­wą. – Chcesz po­wie­dzieć, że wcią­gnę­łaś mnie tu, że­by po­ka­zać mi, jak u was jest cu­dow­nie? I ni­by kto rzą­dzi tą stro­ną rze­czy­wi­sto­ści?

– To nie jest stro­na rze­czy­wi­sto­ści, tyl­ko praw­dzi­wy świat. Tu wszyst­ko jest re­al­ne, ma swo­ją struk­tu­rę i ład, nie ma wo­jen, nie ma cha­osu, ja­ki czę­sto ob­ser­wu­ję przez lu­stro w two­im świe­cie. U nas jest wszyst­ko upo­rząd­ko­wa­ne, bo ścież­kę na­sze­go funk­cjo­no­wa­nia wy­zna­cza­ją nam isto­ty znacz­nie in­te­li­gent­niej­sze od nas.

– Mar­sja­nie? – za­py­ta­ła, śmie­jąc się ze swo­je­go żar­tu.

Każ­de sło­wo dziew­czy­ny wy­da­wa­ło się od­re­al­nio­ne. Kto ni­by był tak prze­wi­du­ją­cy i mą­dry, że­by ste­ro­wać ludź­mi? Dla­cze­go na to po­zwo­lo­no?

– Ma­ło za­baw­ne. Z te­go, co wiem, trwa­ją da­le­ko po­su­nię­te pra­ce nad eks­plo­ro­wa­niem pla­ne­ty Mars. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go z te­go żar­tu­jesz? – Za­ło­ży­ła rę­ce na pier­si, pa­trząc na dru­gą z wyż­szo­ścią.

„Osza­ła­mia­ją­co pięk­na…” – po­my­śla­ła, ale bez po­czu­cia hu­mo­ru, co nie­szcze­gól­nie spodo­ba­ło się Kor­ne­lii. „Z ta­kim wy­glą­dem, nie mia­ła­bym pro­ble­mu z ode­zwa­niem się do Kac­pra” – wes­tchnę­ła cięż­ko w du­chu. Pew­nie też zna­la­zła­by so­bie ko­le­żan­kę. Nie, nie tyl­ko ko­le­żan­kę. Sta­ła­by się prze­cież naj­bar­dziej po­pu­lar­ną oso­bą w szko­le.

– Prze­pra­szam, to chy­ba fak­tycz­nie nie­od­po­wied­ni mo­ment na żar­ty – od­par­ła zmie­sza­nym gło­sem Kor­ni. – Jak ty w za­sa­dzie masz na imię?

– Kar­me­lia.

Dziew­czy­na wy­cią­gnę­ła rę­kę w stro­nę Kor­ne­lii. Uści­snę­ły so­bie dło­nie i mo­men­tal­nie od sie­bie od­sko­czy­ły. Dłoń Kar­me­lii by­ła lo­do­wa­ta. Tak zim­na, że Kor­ne­lia aż po­czu­ła, jak wzdłuż krę­go­słu­pa prze­biegł jej dreszcz prze­ra­że­nia. Ta dru­ga nic nie po­wie­dzia­ła, tyl­ko na chwi­lę zmarsz­czy­ła czo­ło i spoj­rza­ła na swo­ją rę­kę, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie zo­sta­ły trwa­łe śla­dy na nie­ska­zi­tel­nej skó­rze. Na szczę­ście do­tyk nie uszko­dził uro­dy dziew­czy­ny.

– Dla­cze­go mnie wcią­gnę­łaś? – za­py­ta­ła szcze­rze za­cie­ka­wio­na Kor­ne­lia. Je­śli to wszyst­ko mia­ło oka­zać się snem, to chcia­ła jak naj­wię­cej z nie­go za­pa­mię­tać.

– By­łaś bar­dzo smut­na, nie mo­głam już na cie­bie pa­trzeć. Po­my­śla­łam, że po­ka­żę ci pięk­no. Wy­da­wa­ło mi się, że te­go po­trze­bu­jesz, bla­sku, któ­ry roz­świe­tli two­je po­nu­re wnę­trze. – Kor­ne­lii zro­bi­ło się odro­bi­nę głu­pio, bo wca­le nie czu­ła się ta­ka w środ­ku… A mo­że jed­nak dziew­czy­na mó­wi­ła praw­dę? – Dla­te­go za­dzia­ła­łam od­ru­cho­wo. Wcze­śniej mi się to nie zda­rza­ło. Ow­szem, ob­ser­wo­wa­łam, jak zma­gasz się ze swo­imi roz­ter­ka­mi, ale nie przy­szło mi do gło­wy, że­by prze­nieść tu praw­dzi­we­go czło­wie­ka.

– Ob­ser­wo­wa­łaś mnie?

Kor­ne­lia mi­mo­wol­nie szarp­nę­ła za rą­bek blu­zy, cią­gnąc ma­te­riał w dół. Kar­me­lia chwy­ci­ła ją za nad­gar­stek. Kor­ne­lia za­mar­ła. Dziew­czy­na o lśnią­cych, nie­bie­skich tę­czów­kach spoj­rza­ła jej głę­bo­ko w oczy, przez co uczu­cie zmie­sza­nia tyl­ko przy­bra­ło na si­le.

– Po­ka­żę ci, jak mo­że być pięk­nie, je­śli bę­dziesz ze mną współ­pra­co­wać. Two­jej fi­gu­ry nie zmie­nię, ale mo­że­my cię tro­chę ulep­szyć. Po­mo­gą nam bo­ty.

– Bo­ty?

– Tak, na­sza prze­no­śna AI, za­wsze wie, jak po­win­ni­śmy się ubrać, zmie­nić ko­lor wło­sów czy do­brać do­dat­ki.

– To ty te­go nie ro­bisz sa­ma? Nie umiesz pod­jąć de­cy­zji, co za­ło­żyć?

Kar­me­lia spoj­rza­ła na przy­bysz­kę zza lu­stra, jak­by ją wła­śnie bar­dzo ob­ra­zi­ła. Zmru­ży­ła oczy w wą­skie szpar­ki, ale po se­kun­dzie wy­pro­sto­wa­ła się i mruk­nę­ła pod no­sem:

– Kto by ta­kie rze­czy ro­bił sam? Że­by wy­glą­dać głu­pio? – Po­tem do­da­ła gło­śniej: – Chodź le­piej ze mną, to zro­zu­miesz, co mam na my­śli.

Szły wzdłuż ko­ry­ta­rza, a Kar­me­lia opo­wia­da­ła o świe­cie, do któ­re­go za­pro­si­ła Kor­ne­lię.

– W su­mie, miej­sce to zo­sta­ło stwo­rzo­ne przez nie­szczę­śli­wych lu­dzi, ta­kich jak ty. Je­ste­śmy wy­two­ra­mi wa­szych kom­plek­sów, nasz stwór­ca chciał w ten spo­sób ule­czyć czło­wie­cze du­sze i w wy­ni­ku je­go dzia­łań po­wstał no­wy, lep­szy świat.

Kar­me­lia od­rzu­ci­ła wło­sy na bok, a Kor­ne­lia za­uwa­ży­ła, jak pięk­nie lśni­ły. Wy­glą­da­ły zdro­wo, jak u ak­to­rek wi­dy­wa­nych przez nią w fil­mach. Za­wsze ma­rzy­ła o ta­kich.

 – Czy­li je­steś mo­ją wy­obraź­nią? Ja cie­bie stwo­rzy­łam, bo nie do koń­ca sie­bie lu­bię?

Ta dru­ga sta­nę­ła i ob­ró­ci­ła się na na­pię­cie. Po­pa­trzy­ła ze ścią­gnię­ty­mi brwia­mi na to­wa­rzysz­kę.

– To nie tak, że nie do koń­ca sie­bie lu­bisz. Ty so­bą gar­dzisz. To po pierw­sze. A po dru­gie, ow­szem, po­wsta­łam, gdy za­czę­łaś pa­trzeć na sie­bie jak na nędz­ne­go ro­ba­ka, ale te­raz je­stem sa­mo­wy­star­czal­na. Na­wet je­śli ja­kimś cu­dem sie­bie po­lu­bisz, nie znik­nę.

Kor­ne­lia za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy aby na pew­no nie upa­dła i nie ude­rzy­ła się w gło­wę. Nie wie­rzy­ła w ist­nie­nie al­ter­na­tyw­ne­go świa­ta. Lu­bi­ła świat fan­ta­sty­ki, ale wła­śnie dla­te­go, że on nie ist­niał.

A te­raz?

Sa­ma by­ła czę­ścią ta­kiej rze­czy­wi­sto­ści.

Roz­dział III

Prze­szły do po­miesz­cze­nia, któ­re do złu­dze­nia wy­glą­da­ło jak po­kój Kor­ne­lii – nie by­ło jed­nak ma­low­ni­cze­go mu­ra­lu ani szki­ców, za to, jak w ła­zien­ce, pa­no­wał tu nie­na­gan­ny po­rzą­dek. Kar­me­lia sta­nę­ła przed sza­fą, na­wet jej nie otwo­rzy­ła, tyl­ko do­tknę­ła otwar­tą dło­nią miej­sce, gdzie po­win­na być klam­ka lub coś, za co moż­na zła­pać, a bia­ły me­bel za­lśnił bla­skiem i prze­mó­wił mo­du­lo­wa­nym gło­sem ko­bie­ty.

– Wi­tam, Kar­me­lio! Cu­dow­nie dziś wy­glą­dasz, nie­mal­że ni­cze­go ci nie bra­ku­je do do­sko­na­ło­ści. Czy mo­gę ci w ja­kiś spo­sób po­móc osią­gnąć szczyt two­je­go za­do­wo­le­nia?

Kor­ne­lia, słu­cha­jąc słów bo­ta scho­wa­ne­go w sza­fie – a mo­że ra­czej „bo­to-sza­fy” – po­my­śla­ła, że gdy­by od naj­młod­szych lat sły­sza­ła ty­le po­chlebstw, chy­ba ni­g­dy nie na­ba­wi­ła­by się kom­plek­sów. Al­bo wręcz prze­ciw­nie? Mo­że sta­ła­by się przez to zbyt roz­piesz­czo­na? Po­trzą­snę­ła gło­wą, od­pę­dza­jąc na­tręt­ne my­śli, i sku­pi­ła się na tym, co dzia­ło się tu i te­raz. A dzia­ło się spo­ro. Kar­me­lia zo­sta­ła wła­śnie ze­ska­no­wa­na od stóp do głów, po czym roz­po­czę­ła się gwał­tow­na zmia­na jej wy­glą­du. Z dziew­czy­ny przy­po­mi­na­ją­cej Kor­ne­lię, ty­le że w lep­szym wy­da­niu, za­czę­ła prze­obra­żać się w praw­dzi­wą na­sto­let­nią di­wę.

Jej wło­sy na­bra­ły bla­sku i sta­ły się kru­czo­czar­ne, ukła­da­jąc się w lśnią­ce, gra­na­to­we sprę­żyn­ki o lek­ko wy­wi­nię­tych koń­ców­kach. Strój rów­nież zmie­nił się dia­me­tral­nie – mia­ła na so­bie krót­ki top od­sła­nia­ją­cy pę­pek, któ­ry ide­al­nie opi­nał jej nie­na­gan­ną fi­gu­rę, oraz nie­dba­le na­rzu­co­ną na wierzch blu­zę.

Spis tre­ści

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Spis tre­ści

CO­VER

Ty­tu­ło­wa

Re­dak­cyj­na

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Punk­ty orien­ta­cyj­ne

Co­ver

Ta­ble of Con­tents