Sekrety ukryte za szkłem - Maja Szanecka-Żołdak - ebook

Sekrety ukryte za szkłem ebook

Maja Szanecka-Żołdak

3,8

Opis

Lustro powinno mówić prawdę, tak? Niezależnie od tego, czy mamy odwagę na nią spojrzeć. Szklana tafla zazwyczaj bezlitośnie odwzorowuje rzeczywistość – a ta rzadko bywa dla nas łaskawa.


Co jednak, jeśli pewnego dnia odbicie przestanie Cię naśladować? A jeśli wyciągnie ku Tobie ręce i zabierze na drugą stronę?
Kornelia nigdy nie zaprzątała sobie głowy takimi pytaniami. Próbowała po prostu przetrwać kolejny dzień w szkole, zbyt zajęta walką z własnymi niedoskonałościami, by wierzyć w istnienie innych światów. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym po drugiej stronie lustra zobaczyła kogoś, kto w niczym nie przypominał jej samej.


A Ty, Czytelniczko, ile jesteś w stanie poświęcić, by stać się wersją siebie, o której zawsze marzyłaś?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 188

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (6 ocen)
2
1
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaDyczko

Dobrze spędzony czas

Bardzo spodobał mi się pomysł na historię oraz wykreowany świat. Autorka w lekkiej formie przypomina, że człowieka nie definiuje wygląd, lecz także jego charakter, talenty i sposób, w jaki traktuje innych.
00
zagubiona_wstronach

Całkiem niezła

✨ Co zrobisz, gdy spotkasz swoje alter ego? ✨ 15-letnia Kornelia mieszka z rodzicami nad ich piekarnio-cukiernią. Po szkole chętnie pomaga im tworzyć słodkości, bo właśnie tam czuje się naprawdę dobrze. Wśród rówieśników jest jednak cicha, zamknięta w sobie i pełna niepewności. Bardzo krytycznie patrzy na swoje ciało, zakrywa je i ma wrażenie, że wszyscy widzą tylko jej niedoskonałości. Po kolejnym trudnym momencie przed lustrem dzieje się coś niezwykłego… Jej odbicie się zmienia. Po drugiej stronie pojawia się Karmelia — piękniejsza, odważniejsza i pewniejsza siebie wersja Kornelii. Dziewczyna trafia do alternatywnego świata rządzonego przez sztuczną inteligencję. Świata zamieszkanego przez awatary pozbawione kompleksów. Sam pomysł na historię bardzo mi się spodobał. Alter ego, alternatywny świat i konfrontacja z „idealną” wersją siebie dawały ogromne możliwości. Szczególnie urzekła mnie symbolika lustra — nie jako zwykłej ucieczki od rzeczywistości, ale świata stworzonego przez l...
00
Oczyzwierciadlemduszy

Nie oderwiesz się od lektury

Sekrety ukryte za szkłem @wydawnictwo.ostre.pioro @maja.szanecka.zoldak Zadawałaś sobie pytanie, ile jesteś w stanie poświęcić, by stać się wersja siebie, o której zawsze marzyłaś? Główną bohaterką tej historii jest Kornelia która zmaga się z kompleksami i hejtem rówieśników w szkole. Nie jest idealna jak my wszyscy.Bo ideały nie istnieją.. Kornelia pomagała rodzicom w cukierni. Podczas pracy staje się zupełnie inną osobą – uśmiechniętą i pełną pasji . Właśnie podczas pieczenia Kornelia czuję się najlepiej i zapomina o swoich kompleksach. Niestety w szkolnych murach jest zupełnie inna: cicho, wycofana i niepewna siebie, unika zwracania na siebie uwagi. Kornelia miała talent jednak nie dostrzegała go a co za tym idzie nie doceniała swojej wartości. Jej kompleksy i niska samoocena co do swojej osoby nie pozwalają jej rozwinąć skrzydeł i otworzyć się na ludzi. Lustro – staje się symbolem konfrontacji z własnym wnętrzem Motyw lustra, które przestaje jedynie odbijać rzeczywistość...
00



Se­kre­ty ukry­te za szkłem

Ma­ja Sza­nec­ka-Żoł­dak

Co­py­ri­ght © Ma­ja Sza­nec­ka-Żoł­dak

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

e-ISBN: 978-83-68498-47-9

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce

Fre­epik

Re­dak­cja

Aga­ta Tor­ba

Ko­rek­ta

Na­ta­lia Szop­pa

Ja­ni­na M. Za­biel­ska

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Ostrze­że­nie: książ­ka za­wie­ra sce­ny sa­mo­oka­le­cze­nia,

któ­re mo­gą być nie­wła­ści­we dla wraż­li­wych czy­tel­ni­ków.

Roz­dział I

W ma­łym mia­stecz­ku Ne­kla, nie­opo­dal Wrze­śni – mia­sta, któ­re w ro­ku ty­siąc dzie­więć­set pierw­szym, pod­czas za­bo­ru, wsła­wi­ło się bo­ha­ter­skim straj­kiem szkol­nym – miesz­ka­ła pięt­na­sto­let­nia Kor­ne­lia. Ro­dzi­ce dziew­czy­ny pro­wa­dzi­li do­brze pro­spe­ru­ją­cą pie­kar­nio-cu­kier­nię, a wy­pie­ki z ich pie­ca nie tyl­ko cie­szy­ły się po­wszech­nym uzna­niem wśród miesz­kań­ców, ale też re­gu­lar­nie zdo­by­wa­ły na­gro­dy na oko­licz­nych wy­sta­wach i kon­kur­sach.

Kor­ne­lia czę­sto po­ma­ga­ła ro­dzi­com, szcze­gól­nie w go­rą­cych okre­sach po­prze­dza­ją­cych Bo­że Na­ro­dze­nie czy Wiel­ka­noc. Lu­bi­ła tę pra­cę i skry­cie ma­rzy­ła, że kie­dyś sta­nie na cze­le ro­dzin­ne­go in­te­re­su.

Lo­kal był dla niej czymś wię­cej niż miej­scem pra­cy – sta­no­wił praw­dzi­wy azyl. Za­pach, ja­ki się tam uno­sił, nie tyl­ko ko­ił, ale też spra­wiał, że po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa wzra­sta­ło do gór­nej gra­ni­cy. A gdy uda­ło się jej skraść ulu­bio­ny sma­ko­łyk – lu­kier, ma­sę mig­da­ło­wą lub cze­ko­la­dę – prze­no­si­ła się na chwi­lę do in­nej, al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Szko­ła zaś by­ła zu­peł­nie in­nym świa­tem. Re­la­cje z ró­wie­śni­ka­mi, nie­śmia­łe spoj­rze­nia, pierw­sze sym­pa­tie – to wszyst­ko przy­cho­dzi­ło Kor­ne­lii z tru­dem.

Przez do­dat­ko­we ki­lo­gra­my od­czu­wa­ła ogrom­ny dys­kom­fort. Czę­sto od­no­si­ła wra­że­nie, że pod­czas roz­mów każ­dy wi­dzi tyl­ko jej cia­ło, po­przy­kle­ja­ne do nie­go kost­ki ma­sła, któ­re in­for­mu­ją o licz­bie nad­pro­gra­mo­wych ki­lo­gra­mów. Nikt nie wi­dział praw­dzi­wej Kor­ne­lii. Czu­ła się źle w swo­jej skó­rze. Ktoś mógł­by po­wie­dzieć: „Przejdź na die­tę”, „Za­cznij ćwi­czyć”, jed­nak nie jest to ta­kie pro­ste, zwłasz­cza gdy miesz­ka się w cu­kier­ni.

Ale to wła­śnie w tym miej­scu by­ła na­praw­dę so­bą. Śmia­ła się szcze­rze, pra­co­wa­ła z za­pa­łem i da­wa­ła upust ta­len­to­wi, któ­ry wpra­wiał w osłu­pie­nie na­wet do­ro­słych. Ja­ko pięt­na­sto­lat­ka pie­kła nie­zwy­kłe tor­ty, od­wzo­ro­wy­wa­ła po­sta­cie z ba­jek z pre­cy­zją, któ­rej mógł po­zaz­dro­ścić nie­je­den do­świad­czo­ny i uzna­ny ar­ty­sta.

Z jed­nej stro­ny mi­strzy­ni w swo­im fa­chu, a z dru­giej – sza­ra mysz­ka, nie­pew­na wszyst­kie­go. Dziew­czy­na, cho­wa­ją­ca się za czar­ną grzyw­ką.

Mia­ła dar pla­stycz­ny, umia­ła na bia­łej kart­ce wy­cza­ro­wać ma­gicz­ny, wprost nie­praw­do­po­dob­ny, do­kład­ny świat. Każ­da kre­ska, cień, wszyst­ko, co wy­cho­dzi­ło spod ołów­ka Kor­ne­li, wy­glą­da­ło do­sko­na­le i ra­zem two­rzy­ło ma­je­sta­tycz­ną ca­łość. Jej po­kój wy­peł­nia­ły szki­ce, a na jed­nej ze ścian dziew­czy­na na­ma­lo­wa­ła mu­ral – dro­gę wśród drzew wio­dą­cą do in­ne­go świa­ta. Ma­gia fa­scy­no­wa­ła ją już od naj­młod­szych lat. Nie­raz wy­obra­ża­ła so­bie, jak prze­no­si się do świa­ta ba­jek, któ­re oglą­da­li ca­łą ro­dzi­ną. A gdy tyl­ko na­uczy­ła się czy­tać, za­ta­pia­ła się w uni­wer­sum Har­ry’ego Pot­te­ra i Ba­śnio­bo­ru.

Jej mi­łość do świa­tów fan­ta­stycz­nych prze­kła­da­ła się na re­la­cje z ró­wie­śni­ka­mi – za­przy­jaź­nia­nie się z książ­ko­wy­mi bo­ha­te­ra­mi przy­cho­dzi­ło jej z więk­szą ła­two­ścią niż pro­sta roz­mo­wa ze zna­jo­my­mi z kla­sy. Do te­go jej kom­plek­sy nie po­zwa­la­ły na wy­zwo­le­nie się z łań­cu­chów, w któ­rych tkwi­ła. Nie na­le­ża­ła do prze­bo­jo­wych czy za­baw­nych osób. Czę­sto sta­ła z bo­ku, opie­ra­jąc się o ścia­nę i ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie. Koń­czy­ła ósmą kla­sę i li­czy­ła na to, że w szko­le śred­niej znaj­dzie no­we gro­no zna­jo­mych. Do te­go miej­sca nie pa­so­wa­ła. Dziew­czy­ny trzy­ma­ły się z da­la od niej, naj­czę­ściej igno­ru­jąc ją. Rzu­ca­ły tyl­ko zdaw­ko­wym „cześć”, gdy mi­ja­ła się z ni­mi. Sta­ła się nie­wi­docz­na, do te­go stop­nia, że na­wet na­uczy­cie­lom zda­rza­ło się jej nie do­strze­gać.

Był jed­nak je­den wy­ją­tek, przez któ­ry dni w szko­le sta­wa­ły się pięk­niej­sze.

Kac­per.

Zwy­kły uczeń z jej kla­sy, dość wy­so­ki, chu­dy jak więk­szość chło­pa­ków w je­go wie­ku, z mod­ną fry­zu­rą i prze­cięt­ną śred­nią. Kor­ne­lia ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się pod­jąć z nim roz­mo­wy, bo wie­dzia­ła, jak bar­dzo jej twarz ją zdra­dzi, kie­dy za­cznie się czer­wie­nić. Wo­la­ła ob­ser­wo­wać go z da­le­ka i wy­obra­żać so­bie, że ma śmia­łość po­dejść, by za­cząć zwy­kłą roz­mo­wę. Cza­sa­mi ze swo­imi fan­ta­zja­mi po­su­wa­ła się da­lej. W my­ślach wi­dzia­ła, jak naj­pierw czu­le mu­ska jej ra­mię, by po chwi­li de­li­kat­nie spleść swo­je pal­ce z jej. Czu­ła cie­pło bi­ją­ce z dru­gie­go cia­ła oraz je­go dłoń przy­su­wa­ją­cą się do niej nie­bez­piecz­nie bli­sko. W ta­kim mo­men­cie gło­wa chło­pa­ka by­ła­by tuż obok jej twa­rzy, szep­tał­by do jej ucha swo­je se­kre­ty. Na tę myśl wy­peł­ni­ło ją cie­płe uczu­cie za­do­wo­le­nia i kie­dy już czu­ła, że w koń­cu do­tknie je­go mięk­kich ust, ktoś szarp­nął ją za ra­mię.

 – Kor­ne­lia? – za­wo­łał na­uczy­ciel hi­sto­rii.

Star­szy, si­wy pan, któ­ry za­zwy­czaj nie zwa­żał na to, iż ucznio­wie czę­sto są nie­za­in­te­re­so­wa­ni tym, co mi­nę­ło. Męż­czy­zna zbli­żał się do eme­ry­tu­ry i nie miał am­bit­ne­go pla­nu za­ra­ża­nia in­nych hi­sto­rią. Ten etap miał już za so­bą, te­raz li­czy­ło się tyl­ko to, by do­trwać w spo­ko­ju do za­słu­żo­ne­go od­po­czyn­ku.

– Słu­chasz w ogó­le?

– Tak – od­po­wie­dzia­ła zmie­sza­nym gło­sem i czu­ła, jak wpa­tru­je się w nią co­raz wię­cej uczniów.

Szmer gło­sów za ple­ca­mi na­sto­lat­ki przy­brał na si­le, a ona nie mia­ła wąt­pli­wo­ści: mó­wi­li o niej. Że blu­za by­ła za ma­ło ob­szer­na, że gdzieś fałd­ki tłusz­czu nie­po­trzeb­nie się uwi­dacz­nia­ją. Wo­la­ła sie­dzieć z ty­łu, ale tam­te miej­sca za­wsze zaj­mo­wa­li chłop­cy, a z ni­mi się nie dys­ku­to­wa­ło.

Na­uczy­ciel spoj­rzał na nią znu­żo­nym wzro­kiem.

– Wam, mło­dym, wy­da­je się, że li­czy się tyl­ko przy­szłość i to, co nie­zna­ne, a to, co by­ło, to już nie jest war­te uwa­gi. Nie mam ra­cji? – rzu­cił na­uczy­ciel, pa­trząc w okno.

Kla­sa wy­glą­da­ła na za­sko­czo­ną, bo pan Po­ldek ni­g­dy nie ro­bił ta­kich alu­zji. Kor­ne­lia od­wa­ży­ła się spoj­rzeć przez ra­mię na resz­tę – wszy­scy by­li rów­nie zdzi­wie­ni.

– To po­wiedz­cie, co się dla was li­czy?

– Praw­da jest ta­ka, że przy­szło­ścią są kom­pu­te­ry i sztucz­na in­te­li­gen­cja – oświad­czył Kac­per, jak za­wsze naj­od­waż­niej­szy z kla­sy.

Mo­że je­go pew­ność sie­bie tak bar­dzo po­do­ba­ła się Kor­ne­lii? Nie zna­ła od­po­wie­dzi na to py­ta­nie i choć zda­wa­ła so­bie spra­wę, że był on po­za jej za­się­giem, to lu­bi­ła so­bie wy­obra­żać czas spę­dza­ny z nim sam na sam. Ma­rzy­ła o sta­wa­niu się bar­dziej pew­ną sie­bie przy je­go bo­ku.

– Kom­pu­te­ry, mó­wisz?

– No tak – rzu­cił ktoś z ty­łu.

Kor­ne­lia znów za­czę­ła od­pły­wać i na­wet nie usły­sza­ła, jak lek­ko za­chryp­nię­ty głos pa­na Po­ld­ka zo­sta­je za­głu­szo­ny przez sy­gnał dzwon­ka.

– Za­nim wyj­dzie­cie! – Hi­sto­ryk pró­bo­wał prze­krzy­czeć mło­dzież zbie­ra­ją­cą się do wyj­ścia, ale na próż­no. – Ha­lo! Mu­szę coś ogło­sić! – Męż­czy­zna pod­jął ko­lej­ną pró­bę, jed­nak la­ta spę­dzo­ne pod ta­bli­cą wy­raź­nie od­ci­snę­ły swo­je pięt­no na je­go gło­sie, któ­ry brzmiał te­raz chrzęsz­czą­co i ochry­ple.

– Ci­sza!

Kac­per.

Sta­nął ko­ło ław­ki Kor­ne­lii, zło­żył dło­nie w tu­bę, przy­ło­żył do ust i raz jesz­cze krzyk­nął pro­sto z prze­po­ny, naj­moc­niej, jak mógł.

– Ci­sza!

Kla­sa za­mil­kła. Kac­per, naj­wy­raź­niej za­do­wo­lo­ny z sie­bie, uśmiech­nął się pod no­sem, uwi­dacz­nia­jąc de­li­kat­ny do­łe­czek po pra­wej stro­nie po­licz­ka.

Kor­ne­lia po­czu­ła, jak za­czy­na za­le­wać ją fa­la go­rą­ca. Znaj­do­wał się tak bli­sko, nie­mal­że na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Gdy­by nie jej nie­śmia­łość i brak pew­no­ści sie­bie, od­wza­jem­ni­ła­by uśmiech, ja­ki jej po­słał, kie­dy na nią spoj­rzał. Oczy­wi­ście szyb­ko so­bie to zra­cjo­na­li­zo­wa­ła. Gest ten kie­ro­wał do wszyst­kich, nie do niej, choć mi­ło by­ło so­bie wma­wiać, coś in­ne­go.

– Za trzy dni or­ga­ni­zu­je­my kier­masz i chciał­bym, że­by wa­sza kla­sa się przy­łą­czy­ła. Jest to co praw­da zwią­za­ne z wy­da­rze­niem hi­sto­rycz­nym, kół­ko te­atral­ne przy­go­to­wu­je in­sce­ni­za­cje, ale przy­da­ło­by się ja­kieś sto­isko, na któ­rym moż­na coś sprze­dać. Po­my­śl­cie nad tym, co mo­gli­by­ście wy­sta­wić.

– Ja­ki jest mo­tyw prze­wod­ni?

Pan Po­ldek spoj­rzał na Lau­rę, jak­by bar­dzo do­kład­nie ana­li­zo­wał w gło­wie jej sło­wa. Na­sto­lat­ka na­le­ża­ła do tych dziew­czyn, któ­re mia­ły wszyst­ko – od­wa­gę, świet­ny wy­gląd, fi­gu­rę mo­del­ki oraz po­wo­dze­nie wśród chło­pa­ków.

– Te­ma­tem jest oczy­wi­ście ty­siąc­le­cie ko­ro­na­cji Bo­le­sła­wa Chro­bre­go.

Na chwi­lę, po­mi­mo prze­rwy, za­pa­dło mil­cze­nie, po czym je­den z mó­zgow­ców za­de­kla­ro­wał, że ma już po­mysł i w ten spo­sób chwi­lo­we sku­pie­nie znik­nę­ło. Znów zro­bił się har­mi­der, ostat­nia lek­cja się skoń­czy­ła. Kac­per po­szedł do swo­jej pacz­ki, a Kor­ne­lia ani drgnę­ła. Zo­sta­ła tyl­ko ona i na­uczy­ciel. Pan Po­ldek pa­ko­wał swo­je rze­czy, co ja­kiś czas tak­su­jąc wzro­kiem dziew­czy­nę, któ­ra z pre­me­dy­ta­cją zwle­ka­ła z wyj­ściem, do­pó­ki sa­la cał­ko­wi­cie nie opu­sto­sza­ła.

– Kor­ne­lio, a two­ja ma­ma nie mo­gła­by cze­goś upiec na kier­masz?

– Za­py­tam – bąk­nę­ła ze spusz­czo­ną gło­wą, a na­stęp­nie opu­ści­ła sa­lę.

W dro­dze do do­mu szła za grup­ką ko­le­gów z kla­sy. Do­oko­ła świer­go­ta­ły pta­ki i choć ma­rzec nie roz­piesz­czał wy­so­ki­mi tem­pe­ra­tu­ra­mi, to tre­le na­wo­łu­ją­cych się ko­sów, si­ko­rek, ko­wa­li­ków i peł­za­czy na­pa­wa­ły opty­mi­zmem. Wśród ro­ze­śmia­nych uczniów znaj­do­wał się też Kac­per. Stop­nio­wo gro­no ma­la­ło – odłą­cza­ły się ko­lej­ne oso­by – aż w koń­cu zo­sta­li tyl­ko on, miesz­ka­ją­cy na sa­mym koń­cu mia­stecz­ka, Kor­ne­lia i Lau­ra. Ta dru­ga szła pod rę­kę z Kac­prem, co ja­kiś czas zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo przy­su­wa­ła się do nie­go, po­tem per­li­ście śmia­ła i zbli­ża­ła jesz­cze bar­dziej. Kor­ne­lia ob­ser­wo­wa­ła ich uważ­nie, za­sta­na­wia­jąc się, co mu­sia­ła­by zro­bić, że­by móc choć raz iść pod rę­kę z chło­pa­kiem.

Lau­ra obej­rza­ła się przez ra­mię.

 – O, Kor­ne­la, co się tak skra­dasz za na­mi? – Ro­ze­śmia­ła się, ale dziew­czy­nie wca­le nie by­ło do śmie­chu.

Po­czu­ła, jak na po­licz­ki wstę­pu­ją jej dwa, szkar­łat­ne ru­mień­ce, spu­ści­ła gło­wę i sta­ra­ła się po­zo­stać nie­wi­docz­na. W du­chu wy­zy­wa­ła się od naj­gor­szych – jak mo­gła być ta­ka nie­ostroż­na, po­win­na by­ła od­cze­kać kil­ka do­dat­ko­wych mi­nut, ale nie mo­gła się po­wstrzy­mać, chcia­ła jesz­cze na­pa­trzeć się na Kac­pra, że­by ob­raz je­go po­sta­ci po­zo­stał w gło­wie jak naj­śwież­szy.

 – Ja tyl­ko idę do do­mu – bąk­nę­ła le­d­wie sły­szal­nym gło­sem.

Lau­ra szyb­ko pod­chwy­ci­ła jej zmie­sza­nie, po­de­szła do niej, za­rzu­ci­ła jej rę­kę na ra­mię i ni­czym bli­ska przy­ja­ciół­ka, za­czę­ła przy­ci­skać do sie­bie.

– Nie wstydź się, je­ste­śmy ko­le­żan­ka­mi od tak daw­na. Po­wiedz, po co za na­mi cho­dzisz?

Dziew­czy­na spa­ni­ko­wa­ła, ale z wy­ba­wie­niem przy­szedł Kac­per.

– Jej ro­dzi­ce ma­ją tam pie­kar­nię i cu­kier­nię. Ro­bią świet­ne cro­is­san­ty, te pi­sta­cjo­we są naj­lep­sze – za­chwa­lał, na co Kor­ne­lia uśmiech­nę­ła się lek­ko pod no­sem.

– To mo­że kie­dyś mnie za­pro­sisz? – za­gad­nę­ła Lau­ra, sztur­cha­jąc ko­le­gę pod że­bra.

Kac­per zgiął się, uda­jąc, że roz­cie­ra obo­la­łe miej­sce.

– No nie wiem, ale Kor­ni, mo­że przy­nie­siesz coś na kier­masz?

Pan Po­ldek py­tał o to sa­mo, a ona bez mru­gnię­cia okiem od­burk­nę­ła, że coś przy­nie­sie. Ale gdy to py­ta­nie pa­dło z ust Kac­pra, po­czu­ła, jak głos uwiązł jej w gar­dle. Pro­ste py­ta­nie, pro­sta od­po­wiedź, a ona nie po­tra­fi­ła wy­do­być z sie­bie sło­wa. Wzru­szy­ła więc ra­mio­na­mi, znów wście­kła na sie­bie, że tak się zbłaź­ni­ła.

Zbli­ża­li się już do pie­kar­ni, z jed­nej stro­ny chęt­nie czmych­nę­ła­by i scho­wa­ła­by się w bez­piecz­nej stre­fie, a z dru­giej – ma­gicz­nie wy­eli­mi­no­wa­ła­by Lau­rę i zo­sta­ła tyl­ko z Kac­prem.

– Ode­bra­ło jej mo­wę – za­drwi­ła Lau­ra.

Jej śmiech za­czął prze­śla­do­wać Kor­ne­lię, kie­dy mach­nę­ła rę­ką na po­że­gna­nie i skrę­ci­ła w dro­gę do pie­kar­ni, nad któ­rą znaj­do­wa­ło się jej miesz­ka­nie.

Roz­dział II

W ła­zien­ce Kor­ne­lia nie mo­gła na sie­bie pa­trzeć. Ogar­nę­ła ją wście­kłość na sa­mą sie­bie i czu­ła, że fa­la zło­ści do­słow­nie ją za­le­wa. Zro­bi­ła z sie­bie po­śmie­wi­sko, a Kac­per pew­nie uznał, że jest idiot­ką.

Nie.

On był prze­ko­na­ny, że nią jest.

Sta­ła przed lu­strem i pa­trzy­ła na swo­je od­bi­cie – czer­wo­na od pła­czu twarz, oczy opuch­nię­te, a z no­sa pły­nę­ła wod­ni­sta struż­ka smar­ków, któ­rą szyb­ko otar­ła wierz­chem dło­ni. To nie by­ło no­we uczu­cie. Pa­rę mie­się­cy te­mu są­dzi­ła, że je­śli prze­far­bu­je – wła­ści­wie to za na­mo­wą ma­my – po­ło­wę wło­sów na nie­bie­sko, to ła­twiej jej bę­dzie za­ak­cep­to­wać sie­bie. Obie za­tem prze­ma­lo­wa­ły wło­sy, a Kor­ne­lia, wi­dząc efekt, nie­śmia­ło po­zwo­li­ła so­bie na tro­chę wia­ry w sie­bie. Pa­mię­ta­ła, tę nut­kę eks­cy­ta­cji, kie­dy my­śla­ła, że na­stęp­ne­go dnia w szko­le bę­dzie ina­czej. Że lu­dzie spoj­rzą na nią i zo­ba­czą ko­goś cie­ka­we­go.

Nikt nie spoj­rzał.

By­ła na­iw­na.

Wbi­ła pa­znok­cie w nad­gar­stek. Moc­no. Chcia­ła po­czuć coś in­ne­go niż tyl­ko obrzy­dze­nie so­bą. Cięż­ko od­dy­cha­ła, jak­by prze­bie­gła ma­ra­ton. Naj­chęt­niej zbi­ła­by lu­stro, by­le nie mu­sieć na sie­bie pa­trzeć. Ale prze­cież to nie po­mo­że, nie zmie­ni jej.

– Je­steś po­twor­na! – wy­krzy­cza­ła do swo­je­go od­bi­cia w lu­strze.

Przez chwi­lę pró­bo­wa­ła zna­leźć w so­bie co­kol­wiek, na co mo­gła­by spoj­rzeć bez obrzy­dze­nia.

Nie zna­la­zła.

Chcia­ła­by zo­ba­czyć sie­bie ina­czej, chcia­ła­by wi­dzieć pięk­ną, atrak­cyj­ną dziew­czy­nę, ta­ką, któ­rej wszyst­ko wy­cho­dzi.

Zo­ba­czy­ła jed­nak coś in­ne­go.

Sta­rą ma­szyn­kę do go­le­nia ta­ty.

Się­gnę­ła po nią.

Drżą­cy­mi dłoń­mi wy­ję­ła ostrze i przy­ło­ży­ła do skó­ry cien­ki ka­wa­łek sta­li. Po­czu­ła de­li­kat­ne ukłu­cie, na któ­rym sku­pił się jej ca­ły we­wnętrz­ny ból. Przy­nio­sło to odro­bi­nę uko­je­nia, a kie­dy przy­ci­snę­ła moc­niej i za­czę­ło piec, prze­sta­ła my­śleć o tym, jak źle czu­ła się w swo­jej skó­rze. Nie za­sta­na­wia­ła się, czy po tym zo­sta­ną jej szka­rad­ne, za­wsty­dza­ją­ce bli­zny, świad­czą­ce o jej ni­skiej sa­mo­oce­nie. To nie mia­ło te­raz zna­cze­nia – za bar­dzo pra­gnę­ła po­zbyć się na­gro­ma­dzo­ne­go uczu­cia po­raż­ki.

W lu­strze wi­dzia­ła ko­goś, ko­go nie chcia­ła znać. Za­ci­snę­ła po­wie­ki i za­szlo­cha­ła bez­gło­śnie. Już na­wet jej ry­sun­ki prze­sta­ły się jej po­do­bać – ostat­ni prze­kre­śli­ła ty­le ra­zy, że ro­ze­rwa­ła pa­pier. Mia­ła wra­że­nie, że wszyst­ko, co wy­cho­dzi­ło spod jej rę­ki, oka­zy­wa­ło się nie­do­sko­na­łe tak jak ona sa­ma. Że nie war­to by­ło jej ko­chać czy do­ce­niać. Pra­gnę­ła znik­nąć.

Sta­ła tak – z rę­ka­mi opar­ty­mi o umy­wal­kę, ze spusz­czo­ną gło­wą – do­brych kil­ka mi­nut. Pró­bo­wa­ła się uspo­ko­ić, jesz­cze ro­dzi­ce wró­cą wcze­śniej i za­czną do­bi­jać się do drzwi ła­zien­ki, zo­ba­czą, co zro­bi­ła i stwo­rzy się no­wy pro­blem. Wo­la­ła te­go unik­nąć.

Ra­na prze­sta­ła już piec, ale pul­su­ją­cy ból przy­po­mi­nał o tym, co zro­bi­ła.

Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, otar­ła łzy z po­licz­ków i spoj­rza­ła w lu­stro.

„C-co…?” – po­my­śla­ła.

Spoj­rza­ła jesz­cze raz w od­bi­cie.

Nie zo­ba­czy­ła dziew­czy­ny z po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi, na­puch­nię­tą bu­zią. Uj­rza­ła sie­bie ta­ką, ja­ką za­wsze chcia­ła być – sta­ran­nie wy­pro­sto­wa­ne oraz uło­żo­ne wło­sy, twarz bez śla­dów prze­bar­wień, a tę­czów­ki oczu lśni­ły bla­skiem, ja­kie­go chy­ba ni­g­dy nie wi­dzia­ła w swo­ich oczach. A co naj­waż­niej­sze – jej od­bi­cie nie mia­ło zbęd­nych ki­lo­gra­mów, któ­re od­bie­ra­ły jej pew­ność sie­bie. Za­mru­ga­ła kil­ku­krot­nie, jak­by to mia­ło przy­wró­cić praw­dzi­wy ob­raz.

– Osza­la­łam… – mruk­nę­ła, wy­pusz­cza­jąc z pal­ców ży­let­kę.

Wpa­try­wa­ła się w swo­je no­we ob­li­cze. Czy od na­gro­ma­dzo­nych emo­cji jej umysł za­czął szwan­ko­wać?

Od­bi­cie prze­krzy­wi­ło gło­wę w pra­wo.

Kor­ne­lia zro­bi­ła to sa­mo.

Otwo­rzy­ła sze­rzej oczy.

– Osza­la­łam – zde­cy­do­wa­ła, bo prze­cież to od­bi­cie po­win­no na­śla­do­wać ją, a nie na od­wrót.

Dziew­czy­na z lu­stra uśmiech­nę­ła się do niej, po­ka­zu­jąc olśnie­wa­ją­co bia­łe zę­by.

Ten uśmiech nie na­le­żał do Kor­ne­lii – brak prze­bar­wień, lek­ko wy­su­nię­ta trój­ka tak­że znik­nę­ła. Chcia­ła­by no­sić apa­rat na zę­bach, ale po pierw­sze: nie mia­ła jesz­cze usu­nię­tych wszyst­kich mle­cza­ków, po dru­gie: apa­rat or­to­don­tycz­ny wią­zał się z ko­smicz­ny­mi kwo­ta­mi, więc wo­la­ła nie pro­sić o nie­go ro­dzi­ców.

Od­bi­cie od­su­nę­ło się nie­znacz­nie i po­stać, pa­trzą­ca na Kor­ne­lię, sta­nę­ła w mro­ku, po czym bły­ska­wicz­nie przy­su­nę­ła się do ta­fli lu­stra. Zim­ne rę­ce prze­nik­nę­ły przez nie­wi­dzial­ną grań, po­chwy­ci­ły za­sko­czo­ną Kor­ne­lię i wcią­gnę­ły ją do al­ter­na­tyw­ne­go świa­ta.

Świat wo­kół Kor­ne­lii wi­ro­wał, wszyst­ko w niej wy­wra­ca­ło się do gó­ry no­ga­mi, żo­łą­dek mia­ła tak ści­śnię­ty, że aż bo­lał. Nie ro­zu­mia­ła, co się sta­ło, do cza­su, aż sta­nę­ła przed tą dru­gą, znacz­nie szczu­plej­szą, ład­niej­szą i mod­niej­szą wer­sją sie­bie.

Gdy­by nie wło­sy, mo­gła­by po­my­śleć, że to ktoś in­ny, ale te nie­bie­skie koń­ców­ki – sym­bol wy­zwo­le­nia, po­mysł ma­my, któ­ry miał zmie­nić wszyst­ko, a nie zmie­nił ni­cze­go – ja­sno wska­zy­wa­ły, że to Kor­ne­lia.

– Czy je­steś mną z przy­szło­ści? – za­py­ta­ła nie­pew­nie.

Dru­ga skrzy­wi­ła się nie­znacz­nie, ale nic nie od­po­wie­dzia­ła. Mo­że nie mo­gła nic po­wie­dzieć al­bo Kor­ne­lia ude­rzy­ła się w gło­wę i to wszyst­ko jej się śni­ło, a tak na­praw­dę le­ża­ła te­raz nie­przy­tom­na w ła­zien­ce. Ro­dzi­ców mia­ło nie być w do­mu do wie­czo­ra, mó­wi­li ra­no, że ma­ją du­żo spraw do za­ła­twie­nia na mie­ście. Mia­ła za­mó­wić so­bie piz­zę.

Na­gle klon po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i zro­bił rę­ką gest, jak­by chciał, że­by Kor­ne­lia zo­ba­czy­ła, gdzie są. Dziew­czy­na wy­ko­na­ła to, co pro­po­no­wa­ła jej nie­zna­jo­ma.

Zo­ba­czy­ła, że sta­ły w nie­mal­że iden­tycz­nej ła­zien­ce – tyl­ko tej nie po­zna­wa­ła. Ręcz­ni­ki wi­sia­ły rów­no, in­ne zło­żo­no w jed­na­ko­we pro­sto­ką­ty. Na pół­kach sta­ły fla­ko­ni­ki – wszyst­kie ta­kie sa­me, bez ety­kie­tek, bra­ko­wa­ło przy­pad­ko­wych bu­te­lek z przy­kle­jo­nym na krzy­wo pla­strem z na­pi­sem „KOR­NE­LIA”. Na­wet pa­sta do zę­bów, za­krę­co­na i nie­wy­gnie­cio­na, sta­ła obok szczo­tecz­ki. Wszyst­ko znaj­do­wa­ło się na swo­im miej­scu.

– Bo­że! Jak tu czy­sto. – Nie mo­gła wyjść ze zdu­mie­nia. – Je­śli śnię, tu jest fan­ta­stycz­nie!

Dru­ga za to, mil­cząc, po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą, po czym otwo­rzy­ła usta i prze­mó­wi­ła me­lo­dyj­nym, ła­god­nym gło­sem:

– Ja nie je­stem to­bą, a to nie jest two­ja ła­zien­ka, tyl­ko mo­ja. Je­steś… Jak­by to ująć, gor­szą wer­sją mnie w świe­cie, w któ­rym czło­wiek na­iw­nie my­śli, że mo­że mieć nad czym­kol­wiek kon­tro­lę.

– Nie ro­zu­miem. – Kor­ni zmarsz­czy­ła brwi i lek­ko po­krę­ci­ła gło­wą. – Chcesz po­wie­dzieć, że wcią­gnę­łaś mnie tu, że­by po­ka­zać mi, jak u was jest cu­dow­nie? I ni­by kto rzą­dzi tą stro­ną rze­czy­wi­sto­ści?

– To nie jest stro­na rze­czy­wi­sto­ści, tyl­ko praw­dzi­wy świat. Tu wszyst­ko jest re­al­ne, ma swo­ją struk­tu­rę i ład, nie ma wo­jen, nie ma cha­osu, ja­ki czę­sto ob­ser­wu­ję przez lu­stro w two­im świe­cie. U nas jest wszyst­ko upo­rząd­ko­wa­ne, bo ścież­kę na­sze­go funk­cjo­no­wa­nia wy­zna­cza­ją nam isto­ty znacz­nie in­te­li­gent­niej­sze od nas.

– Mar­sja­nie? – za­py­ta­ła, śmie­jąc się ze swo­je­go żar­tu.

Każ­de sło­wo dziew­czy­ny wy­da­wa­ło się od­re­al­nio­ne. Kto ni­by był tak prze­wi­du­ją­cy i mą­dry, że­by ste­ro­wać ludź­mi? Dla­cze­go na to po­zwo­lo­no?

– Ma­ło za­baw­ne. Z te­go, co wiem, trwa­ją da­le­ko po­su­nię­te pra­ce nad eks­plo­ro­wa­niem pla­ne­ty Mars. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go z te­go żar­tu­jesz? – Za­ło­ży­ła rę­ce na pier­si, pa­trząc na dru­gą z wyż­szo­ścią.

„Osza­ła­mia­ją­co pięk­na…” – po­my­śla­ła, ale bez po­czu­cia hu­mo­ru, co nie­szcze­gól­nie spodo­ba­ło się Kor­ne­lii. „Z ta­kim wy­glą­dem, nie mia­ła­bym pro­ble­mu z ode­zwa­niem się do Kac­pra” – wes­tchnę­ła cięż­ko w du­chu. Pew­nie też zna­la­zła­by so­bie ko­le­żan­kę. Nie, nie tyl­ko ko­le­żan­kę. Sta­ła­by się prze­cież naj­bar­dziej po­pu­lar­ną oso­bą w szko­le.

– Prze­pra­szam, to chy­ba fak­tycz­nie nie­od­po­wied­ni mo­ment na żar­ty – od­par­ła zmie­sza­nym gło­sem Kor­ni. – Jak ty w za­sa­dzie masz na imię?

– Kar­me­lia.

Dziew­czy­na wy­cią­gnę­ła rę­kę w stro­nę Kor­ne­lii. Uści­snę­ły so­bie dło­nie i mo­men­tal­nie od sie­bie od­sko­czy­ły. Dłoń Kar­me­lii by­ła lo­do­wa­ta. Tak zim­na, że Kor­ne­lia aż po­czu­ła, jak wzdłuż krę­go­słu­pa prze­biegł jej dreszcz prze­ra­że­nia. Ta dru­ga nic nie po­wie­dzia­ła, tyl­ko na chwi­lę zmarsz­czy­ła czo­ło i spoj­rza­ła na swo­ją rę­kę, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie zo­sta­ły trwa­łe śla­dy na nie­ska­zi­tel­nej skó­rze. Na szczę­ście do­tyk nie uszko­dził uro­dy dziew­czy­ny.

– Dla­cze­go mnie wcią­gnę­łaś? – za­py­ta­ła szcze­rze za­cie­ka­wio­na Kor­ne­lia. Je­śli to wszyst­ko mia­ło oka­zać się snem, to chcia­ła jak naj­wię­cej z nie­go za­pa­mię­tać.

– By­łaś bar­dzo smut­na, nie mo­głam już na cie­bie pa­trzeć. Po­my­śla­łam, że po­ka­żę ci pięk­no. Wy­da­wa­ło mi się, że te­go po­trze­bu­jesz, bla­sku, któ­ry roz­świe­tli two­je po­nu­re wnę­trze. – Kor­ne­lii zro­bi­ło się odro­bi­nę głu­pio, bo wca­le nie czu­ła się ta­ka w środ­ku… A mo­że jed­nak dziew­czy­na mó­wi­ła praw­dę? – Dla­te­go za­dzia­ła­łam od­ru­cho­wo. Wcze­śniej mi się to nie zda­rza­ło. Ow­szem, ob­ser­wo­wa­łam, jak zma­gasz się ze swo­imi roz­ter­ka­mi, ale nie przy­szło mi do gło­wy, że­by prze­nieść tu praw­dzi­we­go czło­wie­ka.

– Ob­ser­wo­wa­łaś mnie?

Kor­ne­lia mi­mo­wol­nie szarp­nę­ła za rą­bek blu­zy, cią­gnąc ma­te­riał w dół. Kar­me­lia chwy­ci­ła ją za nad­gar­stek. Kor­ne­lia za­mar­ła. Dziew­czy­na o lśnią­cych, nie­bie­skich tę­czów­kach spoj­rza­ła jej głę­bo­ko w oczy, przez co uczu­cie zmie­sza­nia tyl­ko przy­bra­ło na si­le.

– Po­ka­żę ci, jak mo­że być pięk­nie, je­śli bę­dziesz ze mną współ­pra­co­wać. Two­jej fi­gu­ry nie zmie­nię, ale mo­że­my cię tro­chę ulep­szyć. Po­mo­gą nam bo­ty.

– Bo­ty?

– Tak, na­sza prze­no­śna AI, za­wsze wie, jak po­win­ni­śmy się ubrać, zmie­nić ko­lor wło­sów czy do­brać do­dat­ki.

– To ty te­go nie ro­bisz sa­ma? Nie umiesz pod­jąć de­cy­zji, co za­ło­żyć?

Kar­me­lia spoj­rza­ła na przy­bysz­kę zza lu­stra, jak­by ją wła­śnie bar­dzo ob­ra­zi­ła. Zmru­ży­ła oczy w wą­skie szpar­ki, ale po se­kun­dzie wy­pro­sto­wa­ła się i mruk­nę­ła pod no­sem:

– Kto by ta­kie rze­czy ro­bił sam? Że­by wy­glą­dać głu­pio? – Po­tem do­da­ła gło­śniej: – Chodź le­piej ze mną, to zro­zu­miesz, co mam na my­śli.

Szły wzdłuż ko­ry­ta­rza, a Kar­me­lia opo­wia­da­ła o świe­cie, do któ­re­go za­pro­si­ła Kor­ne­lię.

– W su­mie, miej­sce to zo­sta­ło stwo­rzo­ne przez nie­szczę­śli­wych lu­dzi, ta­kich jak ty. Je­ste­śmy wy­two­ra­mi wa­szych kom­plek­sów, nasz stwór­ca chciał w ten spo­sób ule­czyć czło­wie­cze du­sze i w wy­ni­ku je­go dzia­łań po­wstał no­wy, lep­szy świat.

Kar­me­lia od­rzu­ci­ła wło­sy na bok, a Kor­ne­lia za­uwa­ży­ła, jak pięk­nie lśni­ły. Wy­glą­da­ły zdro­wo, jak u ak­to­rek wi­dy­wa­nych przez nią w fil­mach. Za­wsze ma­rzy­ła o ta­kich.

 – Czy­li je­steś mo­ją wy­obraź­nią? Ja cie­bie stwo­rzy­łam, bo nie do koń­ca sie­bie lu­bię?

Ta dru­ga sta­nę­ła i ob­ró­ci­ła się na na­pię­cie. Po­pa­trzy­ła ze ścią­gnię­ty­mi brwia­mi na to­wa­rzysz­kę.

– To nie tak, że nie do koń­ca sie­bie lu­bisz. Ty so­bą gar­dzisz. To po pierw­sze. A po dru­gie, ow­szem, po­wsta­łam, gdy za­czę­łaś pa­trzeć na sie­bie jak na nędz­ne­go ro­ba­ka, ale te­raz je­stem sa­mo­wy­star­czal­na. Na­wet je­śli ja­kimś cu­dem sie­bie po­lu­bisz, nie znik­nę.

Kor­ne­lia za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy aby na pew­no nie upa­dła i nie ude­rzy­ła się w gło­wę. Nie wie­rzy­ła w ist­nie­nie al­ter­na­tyw­ne­go świa­ta. Lu­bi­ła świat fan­ta­sty­ki, ale wła­śnie dla­te­go, że on nie ist­niał.

A te­raz?

Sa­ma by­ła czę­ścią ta­kiej rze­czy­wi­sto­ści.

Roz­dział III

Prze­szły do po­miesz­cze­nia, któ­re do złu­dze­nia wy­glą­da­ło jak po­kój Kor­ne­lii – nie by­ło jed­nak ma­low­ni­cze­go mu­ra­lu ani szki­ców, za to, jak w ła­zien­ce, pa­no­wał tu nie­na­gan­ny po­rzą­dek. Kar­me­lia sta­nę­ła przed sza­fą, na­wet jej nie otwo­rzy­ła, tyl­ko do­tknę­ła otwar­tą dło­nią miej­sce, gdzie po­win­na być klam­ka lub coś, za co moż­na zła­pać, a bia­ły me­bel za­lśnił bla­skiem i prze­mó­wił mo­du­lo­wa­nym gło­sem ko­bie­ty.

– Wi­tam, Kar­me­lio! Cu­dow­nie dziś wy­glą­dasz, nie­mal­że ni­cze­go ci nie bra­ku­je do do­sko­na­ło­ści. Czy mo­gę ci w ja­kiś spo­sób po­móc osią­gnąć szczyt two­je­go za­do­wo­le­nia?

Kor­ne­lia, słu­cha­jąc słów bo­ta scho­wa­ne­go w sza­fie – a mo­że ra­czej „bo­to-sza­fy” – po­my­śla­ła, że gdy­by od naj­młod­szych lat sły­sza­ła ty­le po­chlebstw, chy­ba ni­g­dy nie na­ba­wi­ła­by się kom­plek­sów. Al­bo wręcz prze­ciw­nie? Mo­że sta­ła­by się przez to zbyt roz­piesz­czo­na? Po­trzą­snę­ła gło­wą, od­pę­dza­jąc na­tręt­ne my­śli, i sku­pi­ła się na tym, co dzia­ło się tu i te­raz. A dzia­ło się spo­ro. Kar­me­lia zo­sta­ła wła­śnie ze­ska­no­wa­na od stóp do głów, po czym roz­po­czę­ła się gwał­tow­na zmia­na jej wy­glą­du. Z dziew­czy­ny przy­po­mi­na­ją­cej Kor­ne­lię, ty­le że w lep­szym wy­da­niu, za­czę­ła prze­obra­żać się w praw­dzi­wą na­sto­let­nią di­wę.

Jej wło­sy na­bra­ły bla­sku i sta­ły się kru­czo­czar­ne, ukła­da­jąc się w lśnią­ce, gra­na­to­we sprę­żyn­ki o lek­ko wy­wi­nię­tych koń­ców­kach. Strój rów­nież zmie­nił się dia­me­tral­nie – mia­ła na so­bie krót­ki top od­sła­nia­ją­cy pę­pek, któ­ry ide­al­nie opi­nał jej nie­na­gan­ną fi­gu­rę, oraz nie­dba­le na­rzu­co­ną na wierzch blu­zę.

Spis tre­ści

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Spis tre­ści

CO­VER

Ty­tu­ło­wa

Re­dak­cyj­na

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Punk­ty orien­ta­cyj­ne

Co­ver

Ta­ble of Con­tents