Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Podobno sąsiedzi mogą żyć w zgodzie, ale Kargul i Pawlak nie wiedzą, co to znaczy.
To jedna z najbardziej rozpoznawalnych opowieści polskiej kultury, która wraca w nowym wydaniu i wciąż bawi tak samo. W centrum historii są dwie rodziny, które los rzuca w zupełnie nowe miejsce. Po wojnie trafiają na Ziemie Odzyskane, gdzie muszą zacząć od zera… i zamieszkać obok siebie. Kargul i Pawlak to silne charaktery, które nie potrafią przestać ze sobą rywalizować. Dlatego spór o miedzę i krowę szybko wymyka się spod kontroli, a każda kolejna drobnostka tylko podsyca sąsiedzką wojnę pełną sprytnych docinków, uporu i coraz bardziej pomysłowych rewanżów. Czy cokolwiek jest w stanie pogodzić zwaśnione rodziny? Może uczucie, które rodzi się między synem Pawlaka a córką Karguła…
Opowieść o polskim temperamencie, honorze i rodzinnych sporach, w których emocje zawsze biorą górę nad rozsądkiem. Pełna humoru, celnych obserwacji i dialogów, które na stałe weszły do codziennego języka wielu Polaków.
Trylogia zawiera trzy części słynnej historii: „Sami swoi”, „Nie ma mocnych” oraz „Kochaj albo rzuć”.
Andrzej Mularczyk – polski pisarz, scenarzysta i autor słuchowisk radiowych, przez wiele lat związany z Polskim Radiem. Na podstawie jego scenariuszy powstało ok. 40 filmów, w tym kultowa trylogia: „Sami swoi”, „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 769
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Andrzej Mularczyk
Saga Egmont
Sami Swoi: trylogia
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2026, 2026 Andrzej Mularczyk i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727327068
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Ta opowieść to komedia, której bohaterowie wcale nie wiedzą, że są śmieszni. Nie wiedzą, bo nie dotarła do ich świadomości definicja, że tragedia, która trwa zbyt długo, staje się komedią, i że wystarczy spojrzeć przez odwrotną stronę lornetki, by to, co wielkie, stało się małe. Wówczas nawet wymachujący mieczem biblijny Goliat przypomina pajaca na sznurku...
Przyjrzyjmy się więc bohaterom tej komedii, zanim nieuchronnie zaczną się toczyć wypadki, których już powstrzymać nie można, jak nie można namówić bohaterów gotowego filmu, by inaczej zagrali swoje role.
Kaźmierz Pawlak uważał, że żyje nie tylko na ziemi, ale i dla ziemi, i chyba dlatego od tej ziemi zbytnio nie odrósł. Złośliwi się śmiali, że nie musiał się schylać, żeby przejść pod brzuchem konia. Był przysadzisty jak sąg drew, za to twardy jak kowadło w kuźni: uderzysz w niego młotkiem, a on odskoczy. Póki nowych gwoździ dwucalowych nie można było dostać w GS-ie, Kaźmierz stare prostował na paznokciu. Szybki był w języku, z każdym gotów się dogadać, byle tylko ten ktoś nie miał innego zdania niż on. W skrytości uważał, że Pan Bóg po to jest w niebie, żeby on, Kaźmierz, miał tam sojusznika, bo przecież jak ktoś tak niepozornego wzrostu, a za to z przeogromnym zaufaniem zwraca się do najwyższej instancji — to jak mu odmówić pomocy i nie zesłać plag na jego wrogów?
Gdy stawał przy płocie naprzeciw Kargula, to on był na pozór łagodnym pasterzem Dawidem, co to nawet słynnej procy przez zapomnienie nie ma przy sobie — tamten zaś potężnym Goliatem, który co postawi stopę, to rozgniata przeciwników...
Władysław Kargul nie szedł, tylko kroczył, nie mówił, tylko dudnił jak listopadowy deszcz w zardzewiałej rynnie. Gdy wycierał nos, to chustka omal nie pękała na pół. Weterynarz Jaskóła nie mógł się nadziwić, jak taki niespotykanie spokojny w ruchach człowiek jednym uderzeniem pięści powala na ziemię bukata. Gdy Kargul nie miał pod ręką klucza ani obcęgów, potrafił zębami odkręcić mutrę przy sieczkarni, a jak go nawet po tym wyczynie szczęki trochę bolały, wystarczyło mu wypić do snu pół litra brymuchy i budził się zdrowy jak własny trzonowy ząb. Póki elektryki po wojnie w Rudnikach nie było, jednym dmuchnięciem gasił stojącą na stole naftową lampę, nie ruszając się spod pieca.
Jeden był szybki jak lot jaskółki, drugi powolny jak żuk.
Pawlak kochał konie jak własne dzieci i ożenił się z Marynią, gdyż jej ojciec miał dwa konie i jednego obiecał córce w posagu.
Kargul ożenił się ze swoją Anielcią, bo poborowym jeszcze będąc, założył się z innymi parobkami, że ją podniesie jedną ręką do powały. Zakład wygrał, bo podniósł Anielcię z takim impetem, że ta wyrżnęła głową w sufit i zemdlała, a Władyś, cucąc ją potem, tak ją długo w ramionach trzymał, że się od żeniaczki wymigać nie mógł...
O Pawlaku wszyscy mówili, że prędzej mówi, niż myśli.
O Kargulu, że myśli wolniej od konia. Ale czy to właściwie wiadomo, jak i co myśli sobie koń?
Pawlak nosił maciejówkę, bo kiedyś podobną czapkę nosił Józef Piłsudski. Dla niego Marszałek to wzór: mało że dokonał w 1920 roku cudu nad Wisłą, to jeszcze był to jedyny człowiek, po którego śmierci ojciec Kaźmierza zapłakał.
Kargul nosił obwisły kapelusz i nigdy nie wkładał krawata, bo tak mu się utrwalił w pamięci Wincenty Witos.
Pawlak — to drożdże. Kargul — to mąka. A piec chlebowy jeden.
Życie staje się komedią, gdy dwóch ludzi, którzy nie powinni się spotkać, nie może uniknąć spotkania. A tu jeszcze — na domiar złego — miał się zjawić ktoś trzeci, kto nie spodziewał się wcale, że weźmie udział w tej komedii.
Kiedy wybierasz się na spotkanie kogoś, kogo nie widziałeś tyle lat, że przez ten czas i rączy źrebak zdążyłby zmienić się w starą chabetę, a może nawet i zdechnąć, musisz się liczyć z tym, że wychodzisz wprost na skrzyżowanie, gdzie przecinają się dwa losy. Bo po takim czasie już nie z samym człowiekiem tylko się spotkasz, a właśnie z jego losem, zwanym przez niektórych dolą. Tak więc spotkanie dwóch kiedyś bliskich sobie ludzi przypomina niekiedy skrzyżowanie dwóch dróg, a chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak niebezpieczne są wszelkie skrzyżowania.
Szykujesz się na takie spotkanie radosny, niczym gość zaproszony na cudze wesele, a raptem okazuje się, że ta radosna okazja zmienia się w coś na kształt stypy.
Kaźmierz już od kilku tygodni szykował się na ten dzień. Obejście wyporządził, oborę wybielił, bramę żelazną kazał Pawłowi na zielono pomalować. Nawet lepy na muchy pozawieszał przy każdej lampie, żeby tylko oczekiwanemu gościowi zapewnić jak najbardziej cywilizowane warunki, odpowiadające amerykańskiemu standardowi. Dwa razy wybierał się do Lutomyśla, żeby sobie odpowiednio uroczysty garnitur sprawić i na wszystkie okna nowe firanki dobrać; Marynię zmusił, żeby wprawiła sobie cztery brakujące zęby, bo jakby przyszło jej się uśmiechnąć na powitanie Johna, to nie będzie musiała ust dłonią osłaniać. Niby wszystko było przygotowane na ten ważny dzień, a jednak im bliżej była ta data, tym bardziej Kaźmierz zamiast radości odczuwał jakiś niepokój. Kiedy od stacyjki w Rudnikach dobiegł go czasem przeciągły gwizd pociągu, którym niebawem miał przybyć gość, Pawlak odruchowo popatrywał na dom sąsiada i wzdychał ciężko, jakby przywalił go młyński kamień. Jednak przed nikim, nawet przed swoją Marynią, nie zdradził tego niepokoju, co ściskał mu wątrobę i nerwy napinał do tego stopnia, że w przeddzień przyjazdu gościa musiał na noc odmierzyć dwadzieścia kropli waleriany i popić to setką „strażackiej” z czerwoną kartką, by nie myśleć w kółko o tym, czy człowiek odpowiada za historię, czy też odwrotnie — historia za człowieka. Bo wszak i miejsce, w którym przyszło mu żyć, i ludzie, wśród których toczyło się życie, wybrane zostało wyrokiem historii. Ale czy ten, którego powita po tak wielu latach, zrozumie, że można wybrać sobie żonę, można wybrać konia, a nawet samego Pana Boga, ale nie wybiera się czasów, w których przyszło nam żyć?
Kiedy wreszcie nadszedł ten dzień, w którym miał przybyć dawno zapowiadany gość z Ameryki, Pawlak zaraz po obudzeniu ukląkł przy łóżku i złożywszy dłonie w stronę obrazu Świętej Rodziny, wyszeptał błagalnie, zaciągając śpiewnie: „Dobry Boże, spraw, żeb’ Jaśko mnie za zdrajcę nie uważał, taż ja przecie nie żaden pierekiniec, tylko prosto bezlitosna ofiara Stalina, Roosevelta i Churchilla, co mnie nasze Krużewniki na poniemiecką wioskę zamienić kazali. A że ja z tym hardabasem Kargulem w sąsiedztwo popadł, to już chyba z Twojej woli, bom się dzięki temu w porę dowiedział, że kto chce drugiemu muchomora zadać, sam on tym jadem zatruty będzie. I spraw, dobry Panie Boże, żeb’ brat mój, Jaśko, ode mnie głupszy politycznie nie okazał sia”...
— A cóż ty, choreńki, czy jak? — krzyczy Marynia, widząc Kaźmierza klęczącego przy łóżku w długiej koszuli.
— Człek w niebie poratowania szuka, a ta koczerbicha naprzykrza sia — ofuknął żonę Pawlak.
— Taż on przed tym obrazem ostatni raz klęczał, jak nam ta jakaś zaraza parsiuki wytłukła. A czegóż on dzisiaj Panu Bogu głowę durzy, a?
Patrzy na niego podejrzliwie, zachodząc z boku. Kaźmierz ma minę uczniaka, przyłapanego na zrywaniu jabłek w sadzie przy plebanii.
— A cóż jej oczy tak dęba stanęli, a? — zaatakował Marynię z impetem. — Mam ja swoje sprawy z niebem do załatwienia. Ty się o skacinę martw. Krowy podoiła? Tak niech odzienie na sobie poładzi, bo czas nam na stację zbierać sia!
Marynia cofa się do kuchni, gdzie piętnastoletni Paweł, pogwizdując przez zęby, usiłuje naprawić stary radioodbiornik „Telefunken”. Wciska głębiej w gniazdko zakurzoną lampę i nagle kuchnię zalewają monotonne jak kapanie jesiennego deszczu deklaracje Władysława Gomułki, przemawiającego z okazji święta 22 Lipca. Mówca, mlaskając, rozpoczął właśnie zdanie, że trud i historyczny wysiłek przodującej siły narodu przyniósł naszemu społeczeństwu pokój i dobrobyt, kiedy Marynia jednym szarpnięciem wyrywa z gniazdka sznur od radia, urywając w pół słowa wywód o wyższości demokracji ludowej nad ustrojem bezlitosnego wyzysku. Widzi zaskoczone spojrzenie syna.
— Tato, nie daj Bóg, nerwowy dziś taki, ze tylko z oczu uciekać, a ty mu jeszcze Gomułkę puszczasz? — wskazuje na drzwi, za którymi ubiera się Kaźmierz. — Zapomniał, że on jak jego słyszy, to czkawki dostaje, jakby zbuka połknąwszy?
— Ale tato się martwił, że jak stryjko przyjedzie, to my marnie bez radia wypadniemy w jego oczach — wyjaśnia Paweł, przejęty wizytą gościa z Ameryki, którego nigdy na oczy nie widział.
Marynia wzrusza ramionami i oglądając się za siebie na drzwi od izby, mówi z przejęciem:
— Co tam radio. Gorzej, że my przez tego Kargula bezlitośnie przepaść możemy.
Patrzy przez okno kuchni na podwórze sąsiadów. Właśnie w tej chwili zwalisty Kargul w białej koszuli posypuje je z wiadra żółciutkim piaskiem, jakby szykując się na Zielone Świątki, a nie na wizytę swego śmiertelnego wroga.
— To ojciec nic nie napisał stryjowi o Kargulach?
— Taż czy on durny, czy jak? — Marynia wzrusza ramionami nad naiwnością syna. Paweł kręci głową, jakby nie mogąc się pogodzić z tym, że nie tylko radio kłamie, ale także i własna rodzina.
— Znaczy, że stryjo prawdy nie zna. A komu nie mówi się prawdy, tego się okłamuje!
— Ot, filozof, co ledwo koszulę z zębów wypuścił. Jakie to kłamstwo! — Marynia chcąc nie chcąc musi bronić taktycznej koncepcji i moralnej postawy ojca rodziny. — Taż to tylko dyplomacja. Przyjdzie pora, wszystkiego Jaśku dowie sia.
Mówiąc te uspokajające słowa, Marynia równocześnie odwraca się od syna i czyni na wszelki wypadek ukradkiem na piersiach znak krzyża, bo nie wiadomo, co przyniesie to spotkanie. Zrobili wszystko, co można, żeby godnie przyjąć gościa: Kaźmierz brymuchy napędził, na wszelki wypadek Witia państwowej wódki dokupił, Jadźka u fryzjera w mieście była, a Ania, na której chrzciny zaprosili gościa, dostała poduszkę z zagranicznymi koronkami. Ale bywa i tak, że orkiestra gra weselnego marsza, a do ślubu nie dochodzi...
Podchodzi Marynia do lustra i sprawdza, jak ona sama w tym dniu wygląda: zęby ma nowe, ale i zmarszczki nowe. Ciekawe, czy ją sobie przypomni starszy brat męża. Raz z nią nawet kiedyś tańczył na weselu córki organisty. Jeszcze raz unosi wargi i sprawdza swoje nowe zęby. No cóż, nawet jakby gość pogniewał się i wyjechał — to zęby zostaną. Kiedy tak się delektuje swoją inwestycją, dostrzega zatknięte za lustro kolorowe pocztówki z Ameryki.
— Paweł, leć po Budzyńskiego, niech taksówkę szykuje! — Marynia rzuca polecenie, nerwowo zerkając na jeszcze poniemiecki budzik.
— A po co samochód, jak na stację dziesięć minut!
— Ot, durny! Taż on z Ameryki i musi wiedzieć, że my sroce spod ogona nie wypadli.
Życie to nie symfonia, którą możesz odegrać z nut i nawet ani o jeden ton się nie pomylić.
Kaźmierz, niczym wielki dyrygent, postanowił odbyć próbę sceny, do której musiało niebawem dojść. Ubrany już w swój odświętny, granatowy garnitur, z kapeluszem w ręku zdecydowanym krokiem przeszedł na sąsiednie podwórze. Nie zdążył nawet zapukać w okno domu Kargula, a ten już stanął w drzwiach, jakby tkwił za nimi, oczekując wezwania. Czekało ich wspólne zadanie, choć każdy miał wystąpić w innej roli.
Ogromny, zwalisty Kargul patrzy teraz w dół na twarz Kaźmierza, oczekując ostatnich instrukcji. Nie raz już omówili szczegóły, ale Pawlak chce mieć absolutną pewność, że jakiś nieopatrzny krok sąsiada nie utrudni sytuacji.
Muska wąsy, rozgląda się naokoło, jakby sprawdzał, czy wszystkie rekwizyty są należycie przygotowane do sceny konfrontacji, do której musiało nieuchronnie dojść.
— Władyś, jak my taksówką ze stacji przyjedziem, tak ty nawet i nosa na podwórze nie wyściubiaj, póki ja znaku tobie nie dam — mówi konspiracyjnym szeptem, patrząc równocześnie z dezaprobatą na brak krawata przy kołnierzyku Kargula.
— A krawatka u ciebie gdzie? — pyta z wyraźną pretensją w głosie, a oczkami mruga, jakby gołą babę w kąpieli zobaczył. — To niepolitycznie!
— Taż ty dobrze wiesz, że kawaleryjski koń chomąta nie lubiący — tłumaczy się śpiewnie Kargul. — Jak ja na wybory bez krawata chodził, tak i dziś mogę być.
— Ot, bambaryła z ciebie! — niecierpliwi się Kaźmierz i przestępuje z nogi na nogę, jak ogier rwący się do galopu. —Wybory i bez ciebie zawsze były wygrane, a dzisiejszy dzień różnie może zakończyć sia. Załóż krawatkę, boś nie Witos!
— Ot tobie na! Myśli, że jak wąsy zapuścił, to on rozkazywać może jak Piłsudski — mruczy niechętnie Kargul i rozpina kołnierzyk koszuli. — Jak ja na weselu naszych dzieci bez tego postronka na szyi był, to chyba ostatnia okazja dla mnie jego założyć do trumny będzie.
Kaźmierz zerka na niego spod oka, jakby brał w tej chwili miarę na tę trumnę, o której tak nie w porę wspomniał Kargul.
— Aj, Bożeńciu, żeb’ ty w złą godzinę nie powiedział, bo jak mój Jaśko przy swoim charakterze ostał sia, to może i pogrzebem skończyć sia!
— Myślisz, Kaźmierz, że jego serce spotkania z tobą nie wytrzyma? — Kargul całkiem opacznie zrozumiał intencję Pawlaka.
— Ot, murmyło — Kaźmierz kipi jak czajnik na wolnym ogniu. — Nie o Jaśka pogrzebie ja myślał, tylko o twoim. Już tyle lat temu Jaśko ci obiecał, że czyjaś głowa spadnie, a sam wiesz, że u Pawlaków słowo droższe pieniędzy.
Kargul sapie niechętnie: znów ten konus mu nauki daje. A jeszcze wczoraj, gdy ustalali scenariusz wydarzeń, to obaj się czuli wspólnikami. Ostatecznie stanowią przecież rodzinę. Czekająca na chrzciny Ania jest ich wspólną wnuczką. Wydawać się mogło, że więcej Kaźmierza łączy z sąsiadem niż z rodzonym bratem.
— Kiedy ty jemu, Kaźmierz, prawdę roztłumaczysz?
— Do prawdy jak do wesela, każdy musi dojrzeć — rzuca refleksyjnie Pawlak. — Ty miej tylko oczy szeroko otwarte, żeb’ ty mi nie wszedł jak Piłat w credo.
— Nie boj sia, ja w gotowości w sąsieku będę siedział, jak my to umówili...
Pawlak kiwa potakująco głową, ale w tej chwili dostrzega Anielę, która wystawiła przez okno głowę w lokówkach, i mówi ostrzegawczo do Kargula:
— Ale żeb’ twoja baba na widok za prędko nie wylazła, bo ona zawsze przed księdzem podniesienie robi.
— Taż ona nie kołowata. Każdemu zależy, żeb’ w rodzinie Amerykańca mieć. Wszystkie wyjdziem gościa powitać, jak ty już jemu wszystko podrobno roztłumaczysz, żeb’ żadnych teremedii nie było.
Pawlak kiwa głową jak wódz przyjmujący meldunek. Przylizuje włosy dłonią, nakłada na głowę nowy kapelusz, obciąga odruchowo marynarkę, omiata spojrzeniem podwórze Kargulów i widoczny stąd swój dom.
Podwórza były zamiecione, żółty piasek przykrył kurze łajno i słał się pod nogi niczym miękki dywan. Obejście było przygotowane jak na przyjazd kroniki filmowej: wszystko, co jeszcze przed tą niedzielą leżało w rogu podwórza — stare ramy od rowerów, puszki po konserwach, połamane rozwory od wozu, dziurawe miednice i obłupane z polewy garnki — wywieźli razem z Kargulem do starych kamieniołomów i wysypali do zalanych wodą wykrotów, nie bacząc na tablicę, zakazującą zwałki śmieci. Płot dzielący ich siedliska, dotąd pełen dziur i zardzewiałych gwoździ, teraz jaśniał świeżą sośniną sztachetek, które w ten upalny lipcowy dzień emanowały żywicznym zapachem. Umyte przez Marynię i Jadźkę szyby odbijały słońce; na pokrytym kwadratowymi płytkami dachu znać było jaśniejsze smugi zaprawy cementowej; świnie, które zwykle gospodarowały pośrodku podwórza, miały od środy wykonany przez Witolda i Pawła wybieg za oborą. Obejścia Pawlaków i Karguli, niczym scena teatru, przygotowane były do odegrania premierowego spektaklu.
Tylko w kinie wypadki rozgrywają się tak, jak zostały nakręcone. Życie, zanim zasłuży na to, by je utrwalić w filmie, potrafi zaskoczyć i uczestników, i widzów.
W scenariuszu Kaźmierza Pawlaka przewidziany był udział taksówki — i oto przed bramą jego obejścia zjawia się czarna wołga z napisem „Taksówka nr 1 ”. Jej kierowca, Tadeusz Budzyński, nazywany przez mieszkańców Rudnik i okolic „warszawiakiem”, zamiast wyszmelcowanej bluzy na cześć gościa z Ameryki włożył kraciastą marynarkę. Nie zrezygnował tylko z granatowego beretu. Nosił go w każdej porze roku, twierdził bowiem, że ktoś, kto prowadzi samochód bez nakrycia głowy, będzie z powodu przeciągów szybko łysy. Doświadczenie zawodowych kierowców utrwaliło w nim przekonanie, że kto łysieje, ten traci zainteresowanie dla kobiet, tego zaś „warszawiak” wyrzec się nie miał zamiaru. Tak więc wysiada ze swej wołgi w kraciastej marynarce i w berecie, spod którego w lipcowe południe ściekają wielkie krople potu. Ktoś, kto by widział, jak serdecznie pozdrawia z daleka machaniem ręki Pawlaka, nie uwierzyłby zapewne, że kiedy pierwszy raz spotkał Kaźmierza — wymierzył w jego pierś dubeltówkę. Było to wówczas, gdy Pawlak szukał nocą doktora lub położnej dla rodzącej Maryni, „warszawiak” zaś chciał zdobyć konia, żeby dowieźć pozyskanego w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym weterynarza: rzekomy weterynarz okazał się być pijanym młynarzem, ale kto miał wtedy głowę do takich szczegółów. Wystarczyło mieć dubeltówkę, żeby mieć argumenty, komu się należy i fachowiec, i koń. Ponieważ Kaźmierz miał wówczas karabin, więc przeważył dyskusję na swoją korzyść, ocalając konia i zyskując dla wsi młynarza. Ale „warszawiak” — zaprawiony w bojach w powstaniu warszawskim — nie zrezygnował łatwo ze swojej zdobyczy i w pewien czas później usiłował odbić młynarza Kokeszkę i porwać go jako łup dla innej wsi. A oto teraz młynarz Kokeszko wraz z rodziną ma być gościem na chrzcinach wnuczki Pawlaka, a „warszawiak”, zamiast zgodnie z tradycją rodzinną uprawiać zawód taksiarza w stolicy, jest właścicielem jedynej w gminie taksówki.
— Zawsze lepiej być pierwszym w gminie niż ostatnim w stolicy — mawiał Budzyński, wożąc do kościoła wszystkie pary, które chciały mieć ślub na miarę nadchodzących lat sześćdziesiątych.
Budzyński obchodzi wołgę, rękawem marynarki wyciera z lakieru resztkę gołębiego łajna, które w ostatniej chwili ugarnirowało jego taksówkę. Jedyny inwentarz, jaki „warszawiak” trzymał, to były właśnie gołębie-brajtszwance. Patrzy na zegarek i naciska klakson: jeśli ma przewieźć na stację całą delegację rodzinną, to będzie musiał dwa razy obracać. Nie ma co czekać.
— Czego on kury płoszy — ruga go Aniela Kargulowa. — Taż przez niego przestaną się nieść!
— Pani Kargulowa, jak macie jechać na stację po gościa z Ameryki, to nie ma co się na jedno jajko oglądać. Chyba żeby ono było złote!
— Jak powiedział? — wtrąca się do wymiany zdań Pawlak. — Kargule na stacji potrzebne jak zającowi dzwonek.
Kargul wzdycha i kiwa potakująco głową: nie dla każdego na zegarku ta sama godzina.
— Myślałem, panie Pawlak, że jak on na chrzciny waszej wspólnej wnuczki przyjeżdża, to całą rodziną będziecie go witać.
— Aj, Bożeńciu — Pawlak wznosi ku niebu pełne zgrozy spojrzenie, przewidując przebieg takiego powitania. — Taż to by było tak, jakby kto gołego prosto w przerębel wygnał!
Kargul unosi kapelusz, przeczesuje widlastą łapą rzednące włosy i zwraca się do kierowcy jak do dziecka, któremu trzeba przemówić do wyobraźni, by pojęło skomplikowaną naturę życia.
— Panie Budzyński, pan brał udział w powstaniu warszawskim, to pan wie, że jak się za wcześnie łeb zza barykady wystawi, tak może być po łbie.
— Ot, mądrego przyjemnie posłuchać — Pawlak klepie Kargula po ramieniu, zadowolony z jego postawy.
Klakson wywołuje na ganek delegację rodu Pawlaków. Pierwsza sunie sztywno Marynia w uroczystej taftowej sukni z białym kołnierzykiem, ozdobionym obfitym haftem. Oczy ma wytrzeszczone, bo szuka wzrokiem miejsca, gdzie ma postawić stopę w niewygodnym lakierku na obcasie, co zaraz zarył się w wysypane piachem podwórze. W ręku ściska lśniącą w słońcu plastykową torebkę, którą jako szczyt amerykańskiej mody pożyczyła od Bruzdowej, królowej bufetu w GS-ie. Marynia ubrana w nylonowe pończochy czuje się w ten upał jak kura w piekarniku.
Za nią pojawia się synowa z ufarbowanymi na siwo włosami, utapirowanymi tak kunsztownie, że wydaje się, jakby niosła na głowie miniaturę Pałacu Kultury i Nauki; kwiecistą sukienkę ma przepasaną lśniącym nylonowym paskiem, zegarek też się trzyma na nylonowej plecionce, a skarpetki na nogach też są oczywiście nylonowe. Żeby tak godnie wyglądać, musiała Jadźka pojechać aż do komisu we Wrocławiu. Przy każdym kroku w stronę wołgi Jadźka szeleści, bo pod sukienką ma halkę, także nylonową, która nie przepuszcza powietrza. Idzie właściwie tyłem, cały czas bowiem obserwuje męża, niosącego na rękach poduszkę, z maleńką Anią. Poduszka Ani też oczywiście ma powłoczkę nylonową, jak non-ironowa koszula Witolda. Mała śpi nie przypuszczając nawet, że jej chrzest będzie dla rodziny Pawlaków wielką próbą. A to właśnie jej ojciec wymyślił, żeby na tę okazję zaprosić gościa z Ameryki. Do 1956 roku John Pawlak nie krył w listach obawy przed przyjazdem do kraju.
Nawet gdy nastał październik i władzę objął Władysław Gomułka — John nie kwapił się z przyjazdem. Kiedy Ania przyszła na świat, Witold napisał list do nie znanego sobie stryja, że będą czekać z chrzcinami na jego przybycie, bo on innego ojca chrzestnego dla swej pierworodnej córki, co nosi nazwisko Pawlaków, nawet sobie wyobrazić nie może. Do listu załączył zdjęcie ślubne, na którym stykały się czule ze sobą czoła jego i Jadźki. Wówczas nie miał jeszcze wąsików, które teraz zdobiły jego smagłą twarz.
Kaźmierz miał wąsy. Witold miał wąsiki. Ojciec miał do syna pretensje: „Wąsy obowiązkowo mają być jak u marszałka Piłsudskiego — mawiał, muskając swoje wiechcie. — A ty co, upstrzone masz pod nosem jak kiedyś ten Judasz Bierut”. Witold, choć nauczony był słuchać ojca, od czasu, jak raz złamał jego zakaz i zapatrzył się w Kargulową córkę, w sprawie wąsów nie ustąpił: „Jadźce się takie podobają” — odpowiadał.
Muska teraz tymi wąsikami spocone czółko Ani, sam pocąc się w granatowym ubraniu z czystej wełny. Kiedy wciska się na tylne siedzenie — spada mu z głowy kapelusz, zakrywa twarz Ani. Mała zaczyna płakać. Jadźka wyrywa mu dziecko, Marynia czuje, jak obcas synowej drze jej pończochy. W rozgrzanym samochodzie zatyka oddechy zapach lakieru, na jakim trzyma się kunsztowna fryzura Jadźki. Pan Budzyński, zlany obficie spływającym spod beretu potem, już sadowi się za kierownicą. Zapuszcza silnik.
— A Kaźmierz gdzie? — denerwuje się Marynia, wytrzeszczając oczy. Pawlak daje jeszcze ostatnie taktyczne wskazówki Kargulowi i jego rodzinie. Zajmując miejsce obok kierowcy, ukradkiem robi znak krzyża, jak przed podróżą w nieznane. Skinieniem głowy daje kierowcy znak, że mogą ruszać. W tej chwili dopada jeszcze taksówki Pawełek i wciska się na tylne siedzenie, wnosząc swojski zapach rozdeptanego po drodze kurzego łajna.
Kargul stoi na podwórzu i patrzy za oddalającą się wołgą.
— Ciekawość, jaki on prezent przywiezie na chrzciny naszej wnusi — mówi Aniela z babską pożądliwością.
— Żeb’ on wiedział, że to nasza wspólna wnusia, to on by jej muchomora zadał, a nie prezenty przywoził — dudni Kargul.
Dostrzega kosę opartą o ścianę stodoły. Na wszelki wypadek, jakby tknięty jakimś złym przeczuciem, chowa ją za wierzeje stodoły.
Taksówka rusza spod bramy obejścia Pawlaków. Kiedy sunie w zalewającym świat lipcowym upale ulicą wsi Rudniki, zza otwartych okien, zza płotów i bram odprowadzają wołgę spojrzenia mieszkańców wsi. Dla wszystkich przyjazd gościa z Ameryki jest niewątpliwie wydarzeniem ważniejszym od znalezienia w sklepie GS-u w sztok pijanego złodzieja, który leżał wśród opróżnionych butelek wina w towarzystwie równie pijanego stróża nocnego.
Pawlak w obroży kołnierzyka non-ironowej koszuli siedzi sztywny, spocony i napięty. Buła krawata, który na jego życzenie zawiązał mu Pawełek, ściska mu grdykę, tak że przełyka ślinę, jak tuczona gęś przełyka kluski. Upał jest tak wielki, że w taksówce nie ma czym oddychać, ale Budzyński nie pozwolił otwierać okien, żeby mu ucha nie zawiało.
Ujechali może kilometr, kiedy na wysokości olszynowego zagajnika silnik wołgi prychnął trzy razy niczym kot pojony szampanem. Coś wstrząsnęło samochodem, zarzęziło pod maską. Wóz toczy się kilkanaście metrów siłą rozpędu, a w oczach „warszawiaka” pojawia się bezdenne zaskoczenie. Stoją na skraju łąki, ściśnięci jak sardynki w pudełku. Budzyński daremnie przekręca kluczyk w stacyjce. Starter rzęzi, prawa noga kierowcy naciska pedał gazu, ale silnik ani rusz nie chce zaskoczyć. Kaźmierz nerwowo spogląda na kierowcę, który rozpaczliwie ściska kierownicę.
— Ki czort? Taż miał maszynę narychtować.
— Wczoraj przeglądałem, panie Pawlak.
— To pewnie gaźnik — Pawełek, który wszystko umie naprawić, nawet ze starej łuski przeciwlotniczego pocisku potrafi zmajstrować zapalniczkę, czuje się w prawie służyć radą. — Trzeba żychlerek przedmuchać. Pan otworzy maskę...
— Sam pojedzie — upiera się Budzyński, urażony w swojej zawodowej ambicji. — To ruska marka, wszystko co ruskie gniotsia nie łamiotsia.
— Niech no mnie pan Budzyński za ruskimi nie agituje, bo mnie raz-dwa szlag może trafić i rodzonego brata w osobistej swej postaci nie zobaczę...
— Spóźnim się, Kaźmierz — Marynia wierci się, ściśnięta między synem a synową.
Pawlak rusza wąsikami jak zawsze, kiedy coś idzie nie po jego myśli. Wyciąga z kieszeni kamizelki cebulasty zegarek na dewizce i piorunuje wzrokiem kierowcę.
— Żeb’ jego wilcy z tą ruską techniką — chowa zegarek i podejmuje decyzję: — Do czorta z taką jazdą. Wysiadać! Na skróty dawaj!
Nie oglądając się na resztę rodzinnej delegacji, Pawlak ostro rusza przez podmokłą łąkę ku widocznej za nasypem stacji kolejowej. Przebiera żwawo krótkimi nogami, jedną ręką przytrzymując kapelusz, a drugą ocierając wierzchem dłoni pot z czoła. Za nim rzędem, niczym pochód gęsi, rusza rodzina. Szpilki Jadźki zapadają się w podmokłą darń. Oddaje poduszkę z Anią mężowi, sama jednym ruchem ściąga z nóg pantofle, potem pończochy i klapiąc bosą stopą o trawę, rusza w ślad za teściem.
Pawlak czuje, jak nogi mu grzęzną w podmokłym dywanie łąki.
— Ot, pomorek — mruczy do siebie i ogląda się z wściekłością na drogę, gdzie pod uniesioną maskę wołgi nurkuje „warszawiak”. — Koniem by na czas przykołdybał sia!
Chciał koniem po Jaśka wyjechać: niechby poczuł się swojsko, jak w czasach, kiedy do Trembowli ich ojciec wiózł na jarmark kopę jaj; przecież Jaśko sam pisał, że w takim Chicago konia to można tylko w muzeum przyrodniczym obejrzeć i w kinie. Miałby więc na samym wstępie dowód, że jednak Polska ma pewną przewagę nad Ameryką, bo tu wystarczy w niedzielę na sumę się wybrać, żeby zobaczyć zaprzęgnięte do wozów i kare, i siwki. A swojego kasztana Kaźmierz nie musiał się wstydzić. Ale zakrzyczeli go wszyscy, że marnie wypadną w oczach gościa, jeśli go samochodem nie przywiozą. A teraz masz: samochód stoi jak trzeźwy na weselu, ani z niego pożytku, ani szyku, a on musi brnąć na skróty i własnymi nogami nadrabiać braki radzieckiej techniki.
— Kaźmierz! — dobiega go wołanie Maryni, która stawiając wysoko niczym bocian nogi kroczy w ślad za nim. — Nogawki portków podwiń, bo tam podmokło.
— Ale my przez tę taksówkę w kałabanię wpadli — sapie Kaźmierz podwijając nogawki. — A mówiłem, że mogli my w konia wyjechać.
— Eeee, tato gada jak niedzisiejszy — sprzeciwia się Witold, taszcząc śpiącą w beciku córeczkę. — Jakże to, po Amerykańca furmanką?
— Najsampierw on Pawlak, a dopiero potem Amerykaniec — poucza go Kaźmierz.
W tym momencie słychać przeciągły gwizd lokomotywy. Nad linią zielonych bzów, majaczących w oddali za łąką, ukazuje się pióropusz dymu. Wszyscy przyspieszają, jakby ktoś puścił szybciej taśmę filmową: Pawlak, podwinąwszy nogawki, tak przebiera nogami, że prawie fruwa nad łąką, gestami nakłaniając pozostałą część rodziny do wyścigu z nadjeżdżającym pociągiem.
Z drogi „warszawiak” widzi tyralierę Pawlaków na łące. Załamany zdziera z głowy beret i rzuca go w przydrożny oset.
Ostatnia wielka w życiu podróż to nieunikniony powrót do czasów dzieciństwa. Nie jedziesz, by spotkać nowych ludzi, odkryć nowe pejzaże: jedziesz, by spotkać się z sobą samym — takim, jakim pamiętają cię bliscy z tamtych dziecinnych lat.
Stoi na zalanym słońcem peronie, patrząc w ślad za oddalającym się ostatnim wagonem. Rozgrzane upałem szyny wydają się falować w powietrzu. Rozgląda się naokoło: czerwony, schludny budyneczek stacyjki Rudniki zupełnie mu nie przypomina stacji w Trembowli. Wokół żywopłot bzów, dalej szare dachy wsi. Więc tu jechał na spotkanie swojej młodości. Przebył morza, by załatwić ostatnią ważną sprawę życia. A tą sprawą nie jest bynajmniej chrzest wnuczki jego brata...
Stoi obok stosu bagaży, złożonych na końcu peronu. Na głowie ma słomkowy kapelusz z barwną wstążką. Twarz sucha, wygolona, pod grdyką muszka na gumce. Kraciasta marynarka z płótna gryzie się z fioletowymi spodniami, ale najbardziej rzucają się w oczy jego sztuczne szczęki, które odsłania w szerokim uśmiechu na widok wbiegającej na peron grupy.
Kaźmierz, ujrzawszy samotną postać na peronie, przysłania oczy dłonią i sapie, zmęczony po biegu:
— Oj, chiba że to on.
Chce ruszyć ku przyjezdnemu, ale słyszy za plecami szept Maryni:
— Kaźmierz, nogawki...
Podwinięte nad kostki nogawki jeszcze bardziej skracają postać Pawlaka. Przykryty kapeluszem przypomina teraz wyglądający z mchu grzyb. Nie spuszczając oczu z uśmiechającego się niepewnie mężczyzny, odwija nogawki, podskakując na jednej nodze, wierzchem dłoni ociera pot cieknący po skroniach spod kapelusza i rusza powoli ku przybyszowi. Za nim tyralierą posuwa się reszta delegacji. Na dwa kroki przed przyjezdnym zatrzymuje się. Patrzy na brata, a twarz mu drga, jakby walczył ze sobą, czy ma się śmiać z radości, czy też z radości płakać.
I tak oto stoi naprzeciw siebie dwóch Pawlaków.
Jeden jest stąd, a drugi stamtąd.
Jeden jest Kaźmierz — a drugi John.
Pierwszy wyszedł witać drugiego i nie wie o tym, że ten drugi właściwie przyjechał się żegnać.
Przyjezdny uchyla konwencjonalnym gestem słomkowego kapelusza, odsłaniając na moment opaloną łysinę.
— Jestem John Pawlak — mówi twardą, obco brzmiącą polszczyzną. — Czy ty mój brat?
— Tak, to ja — rzuca w odpowiedzi Kaźmierz, a choć stara się być spokojny, to broda mu drży, a grdyka w obręczy kołnierzyka wędruje w górę i w dół. Stoją tak przez chwilę, jakby rozdzielała ich jakaś niewidoczna bariera. Patrzą na siebie z odległości kilku metrów, jakby każdy z nich chciał się najpierw oswoić z tym, że żaden nie odpowiada obrazowi, jaki każdy z nich stworzył w swojej wyobraźni. Widzieli się ostatni raz, kiedy jeszcze wszystko było przed nimi. Kiedy Marynia nie była żoną Kaźmierza, a Jaśko nie marzył nawet, że będzie miał kiedyś plastikowe zęby, piękniejsze niż prawdziwe. Może to te nieskazitelnie białe zęby onieśmieliły z początku Kaźmierza? Może ten słomkowy kapelusz, jaki przed wojną nosił notariusz w Trembowli? Albo ten aparat fotograficzny na szyi? Kaźmierz pierwszy nie wytrzymuje konwencji oficjalnego powitania i rzuca się w ramiona wyższego od siebie brata.
— Oj, Jaśku, wreszcie jesteś! — prawie szlocha, wbity twarzą w obojczyk starszego brata. Zwierają się w kurczowym uścisku. Kaźmierz nie zwraca uwagi, że swymi ubabranymi w bagnistej łące butami włazi na białe pantofle Amerykańca i depcze po nich, jakby to były szczeble drabiny.
Marynia trzyma przy oczach chusteczkę; Pawełek przytomnym okiem lustruje bagaże nieznanego stryja; w drugim szeregu ramię w ramię stoją Jadźka i Witold, razem podtrzymując becik z córeczką.
— A gdzie Mania? — pyta Jaśko i wówczas Kaźmierz przyciąga żonę za rękę.
— Nie poznał? No coż ty zrobisz, troszku ona podupadła...
— Poznał, poznał — Jaśko całuje teraz bratową, a już w kolejce do powitania czeka Witold. Kaźmierz wypycha go do przodu.
— To Witia, co w rok po twojej emigracji na świat przyszedł. A to Pawełek. On już tu chrzczony. A to wnuczka moja, Ania — odbiera z rąk Jadźki becik z Anią, która właśnie otworzyła niebieskie oczka, i pokazuje ją bratu. — Cacusiany szprync. Prosto cud!
Jaśko wciska swój paluch w rączynę niemowlaka i w szerokim uśmiechu odsłania swój garnitur sztucznych zębów. Mała reaguje tak, jakby nad nią kłapnęła paszcza krokodyla, i zanosi się rozpaczliwym łkaniem. Kaźmierz oddaje becik Witoldowi, równocześnie przypominając mu kuksańcem, co miał w chwili uroczystego powitania powiedzieć od siebie.
— Dziękuję stryjowi, że zgodził się być dla mojej Ani ojcem chrzestnym. Specjalnie na przyjazd stryja tyle miesięcy my z chrztem czekali.
— A gdzie matka małej? — pada pytanie Jaśka. Kaźmierz, jak sprawny dyrygent, gestem daje znać Jadźce, że teraz nadeszła kolej na jej solówkę. Jadźka niepewnie wyciąga rękę, niepewnie się uśmiecha, niepewnie zerka na Kaźmierza, jak na dyrygenta. Kaźmierz patrzy czujnie na tę scenę, bo Jaśko zmarszczył brwi i przez chwilę patrzy na twarz Jadźki, jakby usiłując w niej odczytać czyjeś znane sobie rysy. Jadźka teraz nerwowo zerka w stronę męża. Co robić, jeśli gość spyta, czyja ona z domu? Witold przenosi spojrzenie na ojca. Kaźmierz w napięciu przestępuje z nogi na nogę, jakby deptał kapustę w beczce. Czy aby już w tej chwili karty nie zostaną odkryte?
— A ona skąd? — pyta Jaśko, nie przestając wpatrywać się bacznie w twarz Jadźki. — Czyja?
— Po sąsiedzku — rzuca szybko Kaźmierz, jakby w obawie, żeby ktoś przed nim nie zdążył się wyrwać z jakimś niepotrzebnym słowem. — Też zza Buga. Swojaczka!
— I see — mruknął Jaśko i uspokojony tym wyjaśnieniem, przyciąga Jadźkę do piersi, okraszając ten serdeczny gest kolejną prezentacją plastykowych zębów.
Ceremonię powitania można było uznać za dopełnioną. Kaźmierz poleca Pawłowi i Witii zabrać bagaże gościa. Kiedy wychodzą przed stacyjkę, właśnie z jękiem klaksonu zajeżdża dychawiczna taksówka „warszawiaka”. Budzyński wyskakuje zza kierownicy. Na powitanie Amerykańca zdjął nawet beret i zapraszającym gestem wskazuje otwarte drzwi taksówki.
John omiata wzrokiem samochód, jakby z niego chciał wyczytać życiowy standard brata.
— Ja mam w Chicago wielką karę.
— A co ty narobił, że ci taką karę dali?! — niepokoi się Kaźmierz.
— Kara to po naszemu... auto — wyjaśnia John, obchodząc wołgę. — U nas na raty można wziąć.
—Ja by takiego nawet darmo nie wziął — Kaźmierz odsuwa z drogi kierowcę, który już chce upychać Johna w samochodzie.
— Pomieścimy się — zapewnia Budzyński. Za wszelką cenę pragnie się zrehabilitować.
— A po jaką zarazę mamy ryzykować — Kaźmierz gromi spojrzeniem Budzyńskiego. — Ot, ruski chłam! Stanął czort na drodze i przez to my na czas nie dali rady przykołdybać sia. Żeb’ to był amerykański samochód, to on by nie zbiesił sia...
Kaźmierz nigdy nie tracił okazji by wyrazić dezaprobatę wszystkiemu, co pochodziło ze Związku Radzieckiego.
— Można spokojnie siadać — zapewnia Budzyński, żebrząc nieomal przyjezdnego o danie mu szansy.
John rozgląda się naokoło, jakby próbując ustalić, skąd słońce wstaje i gdzie zachodzi. W oślepiającym blasku słońca wśród zieleni sadów widać czerwone i szare dachy stodół, domów, budynków.
— Daleko tu do was — stwierdza John.
— W tamte strone dalej ty miał.
— Why? — gość nie zrozumiał aluzji. — Czego dalej?
— Bo od domu.
— Każdy ma tam swój dom, gdzie wraca.
— A ty myślisz, Jaśku, że jakby ja mógł, to ja by do naszej chaty nie wrócił? Taż w jednej chwili. Na kolanach! Ale coż ty zrobisz, człowiecze, jak tobie los aby bilet w jedną stronę dał?
Wszyscy, stojąc kołem, przysłuchują się tej pierwszej wymianie zdań. W pewnej chwili Jaśko smętnie kiwa głową, zagarnia ramieniem Kaźmierza i ku widocznej rozpaczy „warszawiaka” rusza w stronę wsi.
— My iść. Zobaczymy, na co ty zamienił nasze Kruszewniki.
— Krużewniki — poprawia go swoim śpiewnym akcentem Kaźmierz.
— Why... dlaczego ty to miejsce wybrał?
— Pamiętasz ty, Jaśku, jak nasz tato mówili? „Jak cię coś silniejszego od ciebie od korzeni odetnie, omiń ty największe miasta, a w mniejszym zamieszkaj z samego skraja, żeb’ ciebie wędrowcy o wójta pytali, a nie wójta o ciebie”.
— Yes, tak tato mówili. Ale tato zostali tam, w Kruszewnikach.
— W Krużewnikach — poprawia go znowu Kaźmierz. — Ale pamiętaj też o tym, Jaśku, że chłop tam ma dom, gdzie sieje i gdzie zbiera.
— Sure... Thirty three... Trzydzieści trzy lata ja tam nie był, a widzę wszystko jak wczoraj — wzdycha nagle, jakby nie mógł ukryć nagłego rozczarowania, że po tak długiej podróży przez góry i morza nie trafił tam, gdzie wciąż żyły jego sny, lecz do zupełnie obcej ziemi, w którą nigdy ani jedna kropla jego potu nie wsiąkła.
Idą obok siebie jak źle dobrana para koni: John Pawlak, suchy jak wiór, wysoki, sprężysty — choć już na emeryturze; Kaźmierz drepcze przy nim na swych krótkich nogach, co chwila zachodząc mu drogę, jakby chciał bez przerwy kontrolować spojrzenie gościa. A ten rozgląda się wokoło bez specjalnego zainteresowania, jak człowiek, który dobrze wie, że jest tu tylko przejazdem.
W ślad za nimi idzie reszta delegacji rodzinnej, za którą toczy się wyładowana bagażami taksówka.
Właśnie odezwały się dzwony dalekiego kościoła. Kaźmierz wskazuje ręką wieżę kościoła, która strzela w górę z zielonej kipieli liści.
— Słyszy? Kiedym tu nastał, one milczały.
— W naszym kościółku drzewianym śpiewniejsze były.
To stwierdzenie brata jakby nieco rozdrażniło Kaźmierza.
— Aj, człowiecze, aleś butów nie miał, żeb’ do niego zaglądać. A do nieba z każdego miejsca jednaka droga. A tam nasz dom — wskazał dachy obejścia.
— Nasz?
— Co moje, to i twoje, Jaśku.
— Okay... Dobrze, że ty tak rzekł. Bo ja tu przyjechał tylko jedną sprawę załatwić.
— Jaką, Jaśku? — Kaźmierza niepokoi wyraźnie ta dziwna zapowiedź.
— Przyjdzie czas zrobić ostatni między nami rozrachunek.
Zabrzmiało to jakoś złowieszczo i Kaźmierz pomyślał, czy aby przypadkiem jego starszy brat nie przyjechał rozliczyć się z tego wszystkiego, co on, Kaźmierz, chciał zwalić na karb historii. Ale wówczas chyba nie zgodziłby się być ojcem chrzestnym dla Ani, która wszak była nieuchronnym dowodem tego, co dziś łączyło rodziny Pawlaków i Karguli. Czego więc mógł chcieć Jaśko, po tych trzydziestu trzech latach, jakie każdy z nich spędził w innej części świata?
Za ich plecami rozlega się klakson. Wołga z bagażami Johna przemyka obok, bo Budzyński chce z fasonem podjechać pod obejście Pawlaków. Welon kurzu, jaki po sobie zostawia samochód, łagodnie niczym muślin opada na ciemne ubranie Kaźmierza i słomkowy kapelusz jego brata, na ufryzowaną głowę Jadźki i becik z jej córką, który niesie uroczyście Witold Pawlak. A cały ten pochód obserwują zza firanek i płotów mieszkańcy Rudnik, żaden bowiem do tej pory nie widział prawdziwego Amerykańca.
— Musi on bogaty — stwierdza Wieczorkowa, czając się za firanką. — No bo jak na nogach idzie, a taksówce każe za sobą jechać!
— Ale żeś ty głupia — Wieczorek rozpłaszcza nos na drugiej szybie. — Głowę dam, że to specjalnie Kaźmierz wymyślił, żeby każdy mógł se lepiej jego brata obejrzeć.
— A co tu oglądać? — wzrusza ramionami Wieczorkowa — człowiek jak człowiek. Ważne, co w walizkach przywiózł. Tej małej Ani Pawlaczce to się poszczęściło: takiego ojca chrzestnego mieć to jak los na loterii wygrać. Jeszcze kiedy do Ameryki pojedzie.
Tymczasem Tadeusz Budzyński zajeżdża z fasonem pod bramę obejścia Pawlaków i trąbi donośnie. Na ten sygnał całą rodzinę Karguli jakby trąba powietrzna zdmuchnęła z podwórza: wszyscy chowają się w domu, zerkając tylko przez firanki. Ale z taksówki nikt nie wysiada. „Warszawiak” wydobywa bagaże gościa i niesie je w stronę ganku domu Pawlaków.
— Tyle kufrów, jakby on tu na zawsze zostać chciał...
Kargul zza firanki obserwuje bramę sąsiada. Zaraz ukaże się tam ten, który omal nie pozbawił go kiedyś życia, a który teraz pewnie jeszcze nie wie, że obaj należą do wspólnej rodziny.
— Władyś — szepce za jego plecami Aniela — a może by tak jego wyjść powitać chlebem i solą?
— Ot, koczerbicha jedna — mruczy Kargul, przygarbiony przy niskim oknie. — Zapomniała, że Kaźmierz ma nam dać znak, kiedy pora na naszą kolaborację przyjdzie?
W bramie ukazuje się człowiek w słomkowym kapeluszu. Obok drepcze Kaźmierz. Kargul odruchowo cofa się od okna, jakby w obawie, że spojrzenie gościa przeszyje go na wylot niczym kula z colta.
Koniec podróży jakże często jest dopiero początkiem drogi. Byli już w domu Pawlaka, ale wędrówka Johna jakby wciąż trwała: patrząc przez okno na podwórze, nie widział obejścia swego brata, Kaźmierza, tylko tamto podwórze przy krużewnickiej chacie; kiedy spostrzegł, że lep na muchy przywieszony jest do złoconej lampy o czterech niezgrabnych kryształowych kinkietach — przypomniał sobie naftową lampę, którą ze względu na oszczędność nafty zapalało się tylko w wielkie święta; widząc stół i kredens zastawiony puszkami sardynek, soków owocowych, półmiskami pełnymi kiełbasy i własnej roboty salcesonem, zobaczył tamten stół w Krużewnikach, gdzie do jednej michy z żurem sięgało sześć drewnianych łych. Tak, ta podróż, choć w przestrzeni dla niego się skończyła, to w czasie jakby trwała nadal.
— Może głodny? — pyta Marynia, przez nieśmiałość zwracając się do męża, a nie do Jaśka, który teraz przygląda się, jak Jadźka przewija płaczącą córeczkę.
— Awo, taż przecie jest czym zakąszać — rzuca przez ramię Kaźmierz, zajęty odbijaniem butelki z wódką. Marynia wskazuje na zgromadzone na cześć gościa specjały. Jaśko rzuca okiem na tę wystawę bez zbytniego zainteresowania. Nagle wzdycha, jakby mu się przypomniało coś tak pięknego jak sen ułana.
— Ja mieć smak na mamałygę ze szpyrką.
Na wspomnienie tej potrawy coś od wewnątrz rozjaśnia jego twarz. Marynia stropiona patrzy na Kaźmierza: skąd ona teraz ma wziąć mamałygę? Starali się przewidzieć życzenia gościa, ale nikomu nie przyszło do głowy, że człowiek z tamtego świata będzie sobie życzył takiego byle jakiego dania.
— Ot, pomorek — Kaźmierz szepcze półgębkiem do Maryni i popycha ku drzwiom Pawełka. — Galopem ty leć do Jarmolinów, może u nich ta mamałyga znajdzie sia.
Żeby odwrócić uwagę brata od zamieszania, jakie spowodowało jego gastronomiczne pragnienie, pochyla się nad małą Anią i wskazując Jaśka, pyta z pełną powagą:
— A wiesz ty, kto to jest? Twój chrzestny.
Witold unosi małą w poduszce. Ania wyciąga ciekawe paluszki do kolorowej muszki przy kołnierzyku gościa, potem wtyka paluszek między jego rozchylone w uśmiechu szczęki. Rozćwierkała się śmiechem, widząc, jak John porusza muszką na gumce. Wzruszony tym John bierze z rąk bratanka becik i podrzuca Anię w górę.
— Co ona taka duża?— dziwi się.
— Osiem miesięcy czekała na przyjazd stryja — wyjaśnia Witold. Trzymając małą na ręku, Jaśko wpatruje się w zdjęcie ślubne, na którym Witold ze sztywnym uśmiechem wbija wzrok w obiektyw fotografa, bodąc czołem loki otulonej muślinem Jadźki.
— Do kogo ty podobna? — zastanawia się głośno, przenosząc wzrok z buzi maleństwa na twarze z fotografii ślubnej. — Te oczy to po matce. Ale skąd ja je znam?
Witold wymienia błyskawiczne spojrzenie z Jadźką. Ta cofa się w głąb pokoju, jakby chcąc się na wszelki wypadek usunąć z pola widzenia. Kaźmierz pospiesznie napełnia wódką dwa kieliszki i żeby przerwać tę niebezpieczną próbę identyfikacji, gestem głowy nakazuje Maryni odebrać z rąk gościa becik z Anią. W wolną rękę brata wtyka wypełniony po brzegi rżnięty kieliszek. Nabiera powietrza, jakby szykował się do skoku w głęboką wodę. Kiedy zaczyna mówić, jego śpiewny głos brzmi niczym początek jakiejś ballady.
— Posłuchaj, Jaśku, co ja, brat twój, w osobistej swej postaci przed tobą stojący, mam ci do powiedzenia, i wybaczenie mi daj, żeś ty dla mnie nie żaden „John”, tylko ten sam Jaśko, co w kropiwnianych portkach w Krużewnikach dwa ogony na wygon gnał, a było to jeszcze za Franza Josepha, co to później o nim śpiewka taka była: „Kiedy żył Franz-Joseph, miałeś chociaż kozę, kiedy rządzi nasz prezydent, masz ty chłopie tylko bidę”...
Uśmiecha się Jaśko na tę przemowę, na to wspomnienie kropiwnianych portek i Franza Josepha, ale zaraz uśmiech powściągnął, bo zrozumiał, że dopiero w tej właśnie chwili zaczyna się między nimi prawdziwa rozmowa, choć jeden mówi, a drugi tylko milczy.
— Posłuchaj więc, Jaśku, co mam ci do powiedzenia, a mam ja do powiedzenia dużo i w te najważniejsze słowa zacznę: „Ano, Jaśku, bój się Boga, wreszcie jesteś!” — na moment wzruszenie odbiera mu głos, ale wnet się opanował. Stoi przed starszym bratem, trzyma wciąż pełny kieliszek w drżącej ręce, bo przyszło mu złożyć jakby raport z całego życia. Wszyscy obecni zastygli w bezruchu, czując, że nadeszła historyczna chwila. Kaźmierz zerka nerwowo w stronę lepu na muchy, gdzie bzycząc walczy o życie świeżo przylepiony owad.
— To powiedziawszy, do mniej ważnych rzeczy chcę przystąpić i po gospodarsku chcę się wyrazić, że co moje, to i twoje — trąca zamaszyście swoim rżniętym kieliszkiem o kieliszek Jaśka i przechylając głowę do tyłu, jakby chciął sprawdzić, czy owa mucha jeszcze żyje, gładko wlewa sobie jego zawartość do gardła. Jaśko próbuje pójść w jego ślady, ale wieloletni brak praktyki daje znać o sobie. Krztusi się, aż oczy wychodzą mu z orbit, ręką usta zasłania, jakby w obawie, że może wypluć szczęki. Witold musi grzmotnąć go swoją krzepką łapą w plecy, żeby gość odzyskał równowagę. Kaźmierz ujął Jaśka pod łokieć niczym biskupa w trakcie procesji i oprowadza po domu, jakby chciał go przekonać, że to, co zyskał na skutek historycznych wydarzeń, nie jest gorsze od tego, co stracił.
— Ano patrzaj, Jaśku: dom ten jest murowany, podpiwniczony — przeszli z pokoju przez sień do drugiej izby. — Na podmurówce kamiennej on stojący, kryty nie żadną tam strzechą, jak u tata naszego, tylko eternitem, jak się należy według rozumu i przepisów przeciwpożarowych. Ani grzybów, ani długów na nim nie ma, bo tylko durny w kieszeni otwarty scyzoryk nosi, a że durnego brata ty nie masz, na to ci się klnę w osobistej swej postaci tu stojący...
Jaśko prześlizgnął się wzrokiem po szafie na wysoki połysk, po pudle jeszcze poniemieckiego radioodbiornika „Telefunken”, ale utkwił spojrzenie przy wielkim lustrze. Za jego ramą widnieje wetknięty wachlarz kolorowych pocztówek z Ameryki: Fabryka Forda w Detroit, drapacze chmur w down-town Chicago, rozwidlające się jak węże nitki autostrad. Barwny pasjans Ameryki, która dla niego — Johna Pawlaka z Chicago — nie jest z bliska aż tak kolorowa jak wysyłane przez niego kartki.
— Tu we wojnę ja robił — Jaśko-John stuka paznokciem w widoczek fabryki Forda w Detroit, następnie wskazuje drapacze chmur chicagowskiego down-town. — A tu żyję. I tu umrę.
— Niech on wypluje to słowo — protestuje szczerze Kaźmierz. — Jak my się odnaleźli, to nam czas dopiero pożyć, a nie umierać.
— Sure, ale na każdego jego pora przychodzi.
— Taż ty na chrzciny przyjechał, Jaśku, a nie na pogrzeb. Jak ty zobaczysz, że wokół są sami swoi, tak tobie bezlitośnie żyć się dopiero zachce. Taż ty tam przecie wśród obcych żył!
— W Chicago więcej Polaków jak w waszej Łodzi — informuje John.
— Ale Pawlaków nie ma!
— I Pawlaków znajdziesz. Wystarczy książkę telefoniczną otworzyć. A książka tam taka gruba, jak nasz proboszcz Paralata.
— Patrzaj jego — cieszy się Marynia. — Taż on jeszcze naszego proboszcza z Krużewmków pamięta!
— Yes... Wszystko pamiętam. Nawet jak te dzwony naszego kościółka gadały sobie z dzwonami z cerkiewki: ba-bam-bim, ba-bam-bim...
Pamięć to był jedyny skarb, jaki zabrał ze sobą na tę wędrówkę za ocean; pamięć była jego kompasem, który mu nie pozwolił się zagubić w tym morzu różnych narodów i ras. Pracując z „Ajryszami”, „Talianami” czy Grekami, był nie tylko Polakiem, ale Pawlakiem ze wsi Krużewniki, starostwo Trembowla, województwo tarnopolskie. Stamtąd musiał uciekać, ale tam miał zamiar wrócić. Czy robił na „overtimy” jako tragarz w porcie nowojorskim, czy był lakiernikiem w fabryce Forda, czy już jako „foreman” kierował brygadą przy budowie mostów w Chicago — każdy z początku odłożony dolar był przeznaczony na powrotną drogę do Polski. Polska to była właśnie krużewnicka chata, zapach ziemi po pierwszej wiosennej orce czy krakanie wron na rżysku. Nie zapomniał też księdza Paralaty, który go kiedyś chrzcił, potem udzielał sakramentu pierwszej komunii. Kiedy tylko został „foremanem” i zaczął lepiej zarabiać, wysłał mu dolary na zakup dwóch świeczników przed główny ołtarz. Masywne świeczniki pyszniły się w skromnym, wiejskim kościółku jako dowód na to, że Jaśko Pawlak nie zapomniał, gdzie go namaszczono i wodą pokropiono.
Oprócz świeczników John ufundował jeszcze trąbę basową dla strażackiej orkiestry. Ufundował ją John Pawlak, żeby o Jaśku Pawlaku nie zapomniano. I jeszcze jeden prezent przysłał wybranej osobie. Marcysia od Szałajów dostała od niego wydane przez „The Saalfield Publishing Company” historie biblijne do kolorowania. Przysłał je, by Marcysia wiedziała, że on wciąż o niej myśli, do niej tęskni i z inną się żenić nie zamierza. Jak Marcysia zobaczyła te „Bible pictures to color”, to się nadziwić nie mogła tym żyrafom, kangurom i pingwinom, co po potopie schodziły z arki Noego na ląd. Ale nie napisała do Johna listu z podziękowaniem nie tylko dlatego, że nie umiała za bardzo pisać, ale i dlatego, iż właśnie nadszedł wrzesień 1939 roku i kolejny potop zalał ziemię. Od tej pory John-Jaśko nic nie wiedział o losach Marcysi od Szałajów, w której się kiedyś zachwycił i na narzeczoną upatrzył. Tak właśnie powiedział matce: „Zachwyciłem się w niej. Albo ta, albo żadna!” I tak wyszło, że żadna. Snując się po różnych miastach Ameryki, poznając różne kobiety — Irlandki, Włoszki, Greczynki — w żadnej się tak zachwycić nie potrafił jak właśnie w Marcysi od Szałajów.
— Mówią, że w Ameryce wszystko znajdziesz, a ty żony nie znalazł? — dziwi się Marynia.
— Sure, za dolary ty wszystko dostaniesz, ale nie love... nie serce. Marcysia to była dobra dziewczyna. I co z nią?
Ach, John-Jaśko nawet nie wie, w jak kłopotliwej sytuacji stawia swego brata. Kaźmierz zerka na Marynię: opowiedzieć bratu dzieje jego narzeczonej czy raczej okryć je milczeniem?
Jaśko chce jednak wiedzieć, jak potoczyło się życie tej wybranej, o której zapomnieć nie mógł i której na dowód pamięci wysłał przed samą wojną historie biblijne do kolorowania. Kaźmierz, jak wiejski kowal, co się bierze do rwania zęba obcęgami, daje mu najpierw kieliszek wódki na znieczulenie.
— Jeden jest sposób urodzenia, a tysiąc zginienia — zaczyna dyplomatycznie opowieść o Marcysi. Kiedy była jeszcze narzeczoną Jaśka, to chodziła na plebanię doić krowy księdza Paralaty. Potem rodzice jej umarli i poszła do Trembowli na służącą do hurtownika Langnera. I tam jej właśnie Kaźmierz woził listy od Jaśka, tam też dostarczył ową biblię do kolorowania. Ale Marcysia już tej biblii nie chciała...
— Why? Dlaczego ona nie chciała? Miała innego narzeczonego?
Nie chciała już biblii, bo miała innego Pana Boga: rewolucję! Marcysia dość miała panów, którym służyła, i kiedy po 17 września wkroczyła do Trembowli wyzwolicielska Armia Czerwona, ona pierwsza zaczęła występować na wiecach, wyrażając radość z oswobodzenia ludu spod ucisku sanacyjnej Polski. Tak się zakochała w rewolucji, że została kochanką majora Bobywańca z NKWD. Pili co noc, a jak sporo wypili, to Bobywaniec strzelał z nagana do portretów Rydza Śmigłego i Mościckiego, a Marcysia tańczyła na balkonie w nocnej koszuli.
— Sumienie sprzedała — John jest załamany relacją o bujnym życiu Marcysi od Szałajów, która najwyraźniej nie skorzystała nic z biblijnych historii do kolorowania i została Judaszem w nocnej koszuli.
— Ale serce to ona zawsze miała dobre — Marynia usiłuje ocalić prawo gościa do dobrych wspomnień. — Sierotom węgiel na zimę zdobywała, nauczycielce muzyki fortepian od porąbania przez komsomolców ocaliła. Na to serce liczyli ci, co chcieli ocalić od wywózki leśniczego Kedaja. Bo kiedy przyszła pierwsza lutowa wywózka 1940 roku, leśniczy Kedaj znalazł się na liście przeznaczonych do transportu. I wówczas ksiądz Paralata i hurtownik Langner zwrócili się do Marcysi, żeby się za leśniczym Kedajem u majora Bobywańca wstawiła, choćby przez pamięć na to, że leśniczy, przyłapawszy ojca Marcysi na kłusownictwie, nie wysłał go do więzienia, tylko odebrał od niego przysięgę, że więcej on po dworskich lasach kłusował nie będzie. I Marcysia obiecała w imię pamięci Szałaja-kłusownika wstawić się u majora Bobywańca. Żeby nadać sprawie poważny charakter, uznała, że powinni wszyscy troje — ona, ksiądz Paralata i hurtownik Langner —jako reprezentacja społeczeństwa udać się przed oblicze majora Bobywańca. Bobywaniec przyjął swoją kochankę i resztę delegacji leżąc w skarpetkach na kanapie i celując z nagana w zegar z kukułką. Na wstępie uspokoił ich, że broń jest nie nabita, ale rychło okazało się to kłamstwem. Wystarczyło bowiem, by wysłuchał opinii o leśniczym Kedaju — że choć był na służbie państwowej, to miał zrozumienie dla ludu pracującego i nawet złodziejom i kłusownikom szedł na rękę — kiedy wypalił z nagana prosto w wahadełko zegara. Zerwał się z tapczanu i wrzasnął: „I kto tu przychodzi wstawiać się za tym polskim panem? Klecha, burżuj i kurwa! Pojedzie ten Kedaj na białe niedźwiedzie, a wy z nim!” Jak major Bobywaniec obiecał, tak i zrobił: wszyscy następnym transportem pojechali na wschód. I tak ślad zaginął po księdzu Paralacie, hurtowniku Langnerze i Marcysi, która zbyt dosłownie potraktowała hasła, że Armia Czerwona przyniosła ludowi na swych bagnetach wolność. Wszyscy trafili do łagrów Kazachstanu.
— I see. Terrible... To nie mogli oni wziąć adwokata? — pyta teraz zaskoczony John. Nie bardzo chce mu się pomieścić w głowie, że można kogoś niewinnie skazać na wywózkę, na obóz.
Kaźmierz patrzy na Marynię, jakby u niej szukał poratowania: jak wytłumaczyć bratu, że przybywa on z innego świata? Bierze go pod łokieć i prowadzi do drugiej izby. Wisi tam stary oleodruk przedstawiający Świętą Rodzinę.
— Patrzaj, Jaśku — Kaźmierz wskazuje postacie, popstrzone przez muchy, przydymione przez czas — dla tych, co żyli pod Hitlerem i Stalinem Pan Bóg to był jedyny adwokat. Jak on ciebie nie wybronił, tak ty bezlitośnie ofiarą historii stawał sia.
Jaśko przybliża twarz do obrazu, bada go wzrokiem, a potem rozjaśnia się cały jakimś wewnętrznym światłem.
— Ten sam — mówi w zachwyceniu. — Yes. Ten sam, przed którym składałem przysięgę.
— On razem z naszą kobyłą tu przyjechawszy—potwierdza Marynia.
I przed nim teraz możemy uklęknąć, żeb’ podziękować panu Bogu, że my znów razem w jednym domu. — Kaźmierz postanawia chytrze wykorzystać wzruszenie brata.
— To nie mój dom.
— On taki sam mój, jak i twój.
Jaśko kręci głową przecząco, chce coś wytłumaczyć bratu, że on swój dom ma w Chicago, ale ten nie daje mu dojść do słowa: jeśli swój zamysł ma doprowadzić do szczęśliwego finału, musi Jaśko uwierzyć, że jest wśród samych swoich. Nalewa kolejny kieliszek, unosi go w górę, w stronę obrazu, jakby całą Świętą Rodzinę brał na świadka, że teraz wreszcie zostanie powiedziane to, co powiedziane być musiało.
— Przysięgał ty naszemu tatowi, że jak już groźbę od ciebie los odwróci, na swoje ty się przykołdybiesz, żeb’ kości nasze nie szukały sia po świecie. — Z satysfakcją obserwuje, że te uroczyste słowa robią wrażenie na przybyszu. Oczy Jaśka jakby zwilgotniały, a głowa potakuje śpiewnym zdaniom inwokacji.
— Nu tak, i wrócił ty i tak prosto powiedziawszy, od dzisiaj dom ten jest także samo mój, jak i twój. I twoje jest siedlisko, na którym on stoi, twoja też ziemia, co moim potem nasiąknąwszy...
Trzyma kieliszek i czeka, że Jaśko swoim go trąci i w ten sposób uzna wspólnotę ich korzeni i losu.
John przez chwilę szuka słów, które wiózł ze sobą przez ocean i które wyjaśnić miały rodzinie, że do szczęścia nie trzeba mu wcale tego, co mu przed chwilą ofiarował jego brat, lecz czegoś zupełnie innego, co w garści można zmieścić.
— I see... Thank you... Ale posłuchaj, Kaźmierz, co ja powiem — z trudem stara się przełamać sztywność dawno nie używanego języka. — To nie jest mój dom, bo ja się w nim nie rodził, ja w nim nie płakał ani się nie śmiał, you understand? Ta ziemia też nie moja, bom boso po niej nie latał, anim ziarna w nią nie kładł, ani ojców w niej nie pochował. Mam ja roków fifty and eight i za odpocznieniem się oglądam. Przyjechał ja żegnać się z wami. A ziemię, sure, chcę ja od ciebie wziąć, ale tę ziemię z naszych Kruszewników, żeby mój grób w Chicago nią posypali.
Przerywa, widząc porozumiewawcze spojrzenie, jakie Kaźmierz wymienił z żoną. Czyżby nie wiedzieli, o czym mówi?
— Pisałeś, Kaźmierz, żeś przywiózł na te poniemieckie tereny worek tej ziemi, co ją tato co wiosna swoimi krokami odmierzał, czy mu aby kto kusoczka nie odkroił. O tamtą ziemię mi idzie, you understand?
— Aj, człowiecze, taż tej ziemi ledwie że półmorgowy spłachetek był, a gąb w chacie do żywienia jedenaście. Przez tamtą ziemię musiał ty o „schifkartę” się starać i do Ameryki uciekać.
— Nie przez ziemię, a przez Kargula! — twardo ucina Jaśko i teraz już nikt nie może mieć wątpliwości, że przybysz niczego przez te lata nie zapomniał. Minęły rządy, przewaliła się wojna jak potop, miliony ludzi zmieniło miejsce zamieszkania, a on wciąż niósł przez ten czas w pamięci tamtą sprawę. Kiedy z ust Jaśka padło nazwisko — „Kargul” —jakby ktoś podpalił lont. Teraz wszyscy obecni czują, że iskra nieuchronnie zbliża się do beczki z prochem. Jadźka, jakby wiedziona złym przeczuciem, chwyta w ramiona poduszkę ze śpiącą Anią; Marynia nerwowo zerka przez okno na sąsiednie podwórze, czy aby przypadkiem nie snuje się po nim ten, w którym do dziś Jaśko upatruje przyczynę wszystkich dramatów swego emigracyjnego losu. Ale podwórze Karguli jest puste.
Kaźmierz potoczył niespokojnym okiem po twarzach obecnych. Wszyscy sprawiali wrażenie ludzi, oczekujących wybuchu odbezpieczonego granatu. Jaśko czuje to dziwne napięcie, ale nie zna jego przyczyn.
— Aj, Bożeńciu, taż kiedy to było, jak my z Kargulem wojnę toczyli. — Kaźmierz lekceważącym gestem chce wyrazić swój stosunek do sprawy. — Przez ten czas zdrowy koń zdążyłby trzy razy zdechnąć, a prosty chłop zgarbacieć...
Patrzy czujnie spod oka, czy Jaśko da się przekonać, że pewne sprawy należą do swego czasu i ten, co się tylko do tyłu ogląda, sam się pcha Lucyferowi na widły.
— Kargulowi ja nigdy tego nie zapomnę — w ustach Jaśka brzmi to jak przysięga, od której mu odstąpić nie wolno. Kaźmierz nerwowo rusza wąsikami, wierci się niespokojnie na kanapie, cały czas starając się nadać twarzy wyraz niewymuszonej pogody i serdeczności.
— A czegoż on tak na Kargula naburdasił sia? — zaczyna ostrożnie, przepraszając wzrokiem synową za słowa, które dotyczą jej ojca. — Taż może i był z niego hardabas, ale przecie nie taki znów najgorszy...
— Nie najgorszy? — Jaśko patrzy podejrzliwie, jakby chciał sprawdzić, czy aby brat za bardzo się nie upił. Kaźmierz czuje, że ma ostatnią szansę dyplomatycznego rozegrania sprawy. Śmieje się ze sztuczną beztroską, jakby zobaczył w tej chwili gołego Kargula w pokrzywach. Klepie się dłońmi w uda.
— Oj, dali my jemu popalić...
— A czego on taki wesół?
— Awo, Jaśku, przypomnij ty sobie, co było, jak nasz tatko Kargulową krowę na polu zdybał...
— Taki był początek — mruknął Jaśko.
— A tyś koniec zrobił! A świadka mam w tym obrazie, przed którym ty klęczał — Kaźmierz znów patetycznym gestem wskazuje na obraz Świętej Rodziny.
— Dla rodziny to zrobiłem.
— Bo ziemia i rodzina to jedyna rzecz, co ciebie nie zdradzi — skwapliwie podejmuje Kaźmierz ten wątek. — Pamięta, jak się z Kargulami zaczęło?
Kiedy dwóch ludzi wspomina te same wydarzenia, na pewno każdy widzi co innego.
Nie to jednak jest ważne, czy Jaśko, zanurzając się we wspomnienia, ujrzał krzywe okienka krużewnickiej chatynki i zapadłą przy kominie strzechę, Kaźmierz zaś wychudłą krowinę, ugarnirowaną plackami suchego łajna, która pasła się za kapliczką. Ważne jest to, że jakikolwiek obraz podsunęłaby im pamięć — zawsze musiałaby się w nich pojawić postać znienawidzonego sąsiada. Całe ich życie było nieustanną wojną sąsiedzką: jeśli obsypana ulęgałkami Kargulowa dzika grusza jedną gałęzią zwisała za płot na stronę Pawlaków — należało tę gałąź urżnąć; wystarczyło, by Pawlakowa kura przeszła na podwórze sąsiada, a kończyła życie w garnku Karguli. Niechby Kargulowa krowa przekroczyła miedzę i kilka razy ruszyła pyskiem koniczynę Pawlaków — a już wyruszała karna ekspedycja z rosochatymi kijami w garści; wyschła studnia Pawlaków — niech biorą koromysła i noszą wodę od strugi, bo Kargul im swojej studni nie użyczy; zapaliły się od pioruna stogi Kargula — żaden z Pawlaków nie wyszedł gasić. Jak wojna, to wojna! Za ciasno im było na tej ziemi. Za dużo gąb miały obie rodziny do wykarmienia, by nie liczył się każdy kłos, każde jajko. „Za dużo krwawicy mnie ta ziemia kosztowała, żeb’ ja pozwalał ją obcemu deptać” — powtarzał zawsze synom Kacper Pawlak. Uczył ich, że kto swojego bronić nie potrafi, ten widać się na chłopa nie urodził, na ziemi się nie utrzyma.
Strzecha się zapadła, płot wyglądał jak przewrócona na bok drabina, jedyna krowa taplała się w gnoju, ale Kacper nie miał głowy ani czasu zająć się tym wszystkim, bo bez przerwy czuwał, czy aby jego miedzy nie przekracza inwentarz sąsiada. Po jego minie można było poznać, czy stoczył tego dnia jakąś zwycięską potyczkę z Kargulami. A okazja trafiała się co i raz. Wyszedł sobie Kacper za swoją potrzebą, właśnie obsikał róg dziurawej stodółki, kiedy dostrzegł chudy niczym flet grzbiet Kargulowej krowiny w swoim łubinie. Nie dopinając portek porwał złamany orczyk i dopadł krowy, łomocząc orczykiem po jej oblepionych gnojem bokach. Jego przekleństwa niosły się aż do kapliczki przy przepuście.
— A żeb’ tobie moja krzywda bokiem wylazła! — tym słowom towarzyszył werbel orczyka po krowim grzbiecie. — Żeb’ ty zdechła, skacino przeklęta!
Krowa zrejterowała z Pawlakowego wygonu, ale na skraju obejrzała się jeszcze i zgarnęła pyskiem porcję łubinu, Kacper schylił się po kamień i zarechotał radośnie, kiedy udało mu się trafić krowinę w zad. No, dał tym razem nauczkę Kargulowemu bydełku. Może z tego strachu mleko się w niej zwarzy. Kacper wracał dumny z orczykiem na ramieniu, nie przeczuwając, że Wojciech Kargul już w tej chwili planuje surowy odwet na inwentarzu sąsiada. Dostrzegł właśnie, że koń Kacpra przełożył niebacznie ogon na stronę podwórza Karguli. Długa kita zwieszała się między wyszczerbionymi deskami płotu. Kargul sięgnął po sierp, wiszący na bielonej ścianie chaty, i ukrywając go za plecami, zbliżył się ukradkiem do ogona kasztana. Cały czas zerkał z ukosa na Kacpra, który zajęty był wraz z Jasiem piłowaniem suchej olszyny. Kargul był w długiej sukmanie, bo właśnie wybierał się do księdza Paralaty omówić sprawy związane z planowanym weselem swego syna, Władka, z Anielą od Hańczarów. Kiedy tak kroczył w wyszywanej sukmanie z sierpem w garści, zobaczyła go żona i zamarła z przerażenia.
— Z sierpem na plebanię? Ty oczadział?! — wystękała, ale zamilkła natychmiast, gdy Wojciech pogroził jej kułakiem. Bić to on potrafił. Zastygła z otwartymi ustami i patrzyła, jak sierp unosi się w górę nad zadem Pawlakowego kasztana, jak druga ręka Wojciecha chwyta jego ogon i rzępoli go krzywym ostrzem sierpa przy samej nasadzie. Kasztan przysiadł, ale Kargul nie puścił ogona, póki go do końca nie urżnął. Trzymając go za plecami, zawołał w stronę piłujących drzewo sąsiadów:
— Ty, Pawlak! Podejdź no do płota!
— A po jaką zarazę? — Kacper patrzył nieufnie spod długiej piastowskiej grzywy. Jaśko stanął przy ojcu i obaj ramię w ramię przyglądali się teraz czujnie Kargulowi.
— Podejdź, jako i ja podchodzę — Kargul, trzymając ogon za plecami, zbliżył się do samego płotu. Pawlak mięsił przez chwilę trociny bosymi paluchami nóg, jakby nie mógł się zdecydować na podjęcie wyzwania.
— A na co mnie podchodzić, jak ja nie mam do niego interesa?
— Chcę ja tobie odpłacić za przysługę, żeś moją krowę ze szkody wygnał.
— On sam ją pewnie w mój łubin pognał, a teraz chachmąci.
— Sama polazła. Aleś ty ją kijem wyłomotał.
— I dalej będę łomotał, bo to nie krowa, tylko chwost złodziejski! Należało jej się!
— Ano to masz za to zapłatę — Kargul zamachnął się i rzucił prosto w twarz Kacpra ucięty ogon. Widząc ogłupiałą minę Pawlaka, potężny Kargul aż zarżał ze śmiechu.
— A cóż jemu tak oczy dęba stanęli jak u czerepachy, a?
— Żeb’ jego wilcy, no! — wystękał Kacper, nie mogąc uwierzyć w podłość sąsiada. Przeniósł wzrok z rozradowanej twarzy Kargula na pozbawionego ogona kasztana; stał teraz bez ogona, ośmieszony, kręcąc się w koło, bo gzy cięły go bezlitośnie. Kacper zamarł. Nie mógł wydobyć z siebie nic więcej niż powtarzane w kółko przekleństwo: „Ty koniosraju jeden! Żeb’ tobie muchomora kto zadał! A Kargul w sukmanie podparł się tylko pod boki i rżał radośnie, udając ogiera. Kacper obejrzał się na syna, trzymanym w ręku ogonem kobyły wskazał na wbitą w pieniek siekierę. Chłopcu nie trzeba było żadnych więcej instrukcji. Porwał siekierę i wystartował do płotu, starając się sięgnąć Kargula obuchem. Wojciech, plącząc się w połach sukmany, dopadł drzwi chaty i zasunął skobel. Ostrze siekiery odłupało tylko kawał futryny.
Od tej pory otwarta wojna między Kargulami a Pawlakami toczyła się ze zmiennym szczęściem. Brały w niej udział całe rodziny, ale także był zaangażowany cały żywy inwentarz. Każde pianie koguta było jak dźwięk trąbki wzywającej do boju. Każde zniesione jajko stać się mogło zarzewiem kolejnej potyczki. Każdy chwyt był dobry, by wywieść przeciwnika w pole, by złapać go w zasadzkę. Kto pierwszy otrząsnął nocą dziką gruszę z niedojrzałych ulęgałek — ten był lepszy. Pękła rozwora od Pawlakowego wozu — był to dla Kargulów powód do radości. Przejechał samochód starosty Kargulowego parsiuka przy kapliczce — dobrze im tak!
Leonia specjalnie wysypywała na zapolu stodoły ziarno, żeby przywabić tam Kargulowe kury. Zamykała je tam na tak długo, aż zniosły jajko. Taskała kiedyś w fartuchu swój łup, kiedy zza płotu wyciągnęła się potężna łapa Kargula:
— A on czego tu łapę pcha?
— Oddajcie jajko, Leonia.
— Ot tobie na. Zbiesił sia czy jak?
— Nasza kura, nasze jajko.
— On do cała kołowaty chyba: taż ja te jajko w naszej stodole naszła.
— Boście moje kury w sąsieku zamknęli.
— Po naszej stronie znalazła, a wszystko, co po tej stronie płota, to nasze.
— Ot, gadzina — huknął Kargul. — Dziermoli jak jaka rozdziawa! Przyjdzie wam się za wszystko na Sądzie Ostatecznym tłumaczyć!
— A on niech niebem nie straszy — odcięła się Leonia, kurczowo chowając w fartuchu zdobyte podstępem jajko. — Bo takie Herody jak Kargulowe plemie to prosto Lucyferu na rogi spadają.
Ta wymiana poglądów miała swój dalszy ciąg: żeby odwrócić łaskę nieba od Pawlaków, Kargul z synem Władysławem obrócili obliczem ku swojemu siedlisku starą figurę świętego Floriana, która miała strzec obie chałupy przed ogniem. Liczyli, że Florian, stojąc tyłem do obejścia Pawlaków, nie uchroni ich domostwa od pierwszego pioruna, który jako kara boża powinien rychło spaść na głowy sąsiadów. Ale zanim przyszła pierwsza burza, stało się coś takiego, co na zawsze określiło wzajemne stosunki sąsiadów i zdeterminowało całe życie Jana Pawlaka. Było to jesienią 1927 roku, wtedy to Kaźmierz po raz ostatni widział swego starszego brata. Właśnie wrócili od żniw. Kosa stała oparta o oborę. Zachodzące słońce odbijało się w jej ostrzu dziwnie krwawą łuną. Czy ktoś z nich mógł przewidzieć, że za chwilę to ostrze spłynie prawdziwą krwią?
Kacper poszedł za stodołę za swoją potrzebą i wtedy właśnie stał się świadkiem czegoś, czego w żaden sposób płazem puścić nie mógł: oto pług, którym syn Kargula orał swoje pole, podciął lemieszem spory kęs miedzy dzielącej ich pola. Coś zawrzało w piersi Kacpra. Podciągając portki ruszył w ślad za pługiem. Doszedł do miejsca, gdzie lemiesz odkroił zachwaszczoną miedzę. Przyklęknął, przyłożył paluchy do ziemi i aż się zatrząsł: tak, dobrze widział spod swojej stodoły! Pług Kargulów odkroił pasek ziemi szeroki co najmniej na dwa palce. Dwa paluchy jego bosej stopy! Jak rękę przyłożyć — to i na trzy palce wyjdzie!
— Stój, ty koniosraju jeden! Ty łapciuchu! Bambaryło! — wykrzykiwał Kacper, idąc w ślad za oddalającym się oraczem. — Ty ziemię mnie będziesz kradł? Pałką ja tobie po łbie i zaraz ty przykucniesz, hamanie jeden!!
— Pilnuj ty swoich gnid na głowie — odkrzyknął Władek Kargul, co się właśnie do ślubu z Anielcią od Hańczarów sposobił. Odgryzając się tak przez ramię, znowu zajechał pługiem kawałek miedzy na szerokość pudełka zapałek. Tego już Kacper wytrzymać nie mógł.
— Jaśkuuu!! — zawołał, składając dłonie przy ustach. — Bierz kosę i galopem leć!!
I od tej chwili wszystko potoczyło się z taką szybkością, że żaden święty Florian ani inny święty nie byłby w stanie interweniować: gdy Jaśko zobaczył, jaką krzywdę wyrządził im Kargulowy pług, wystarczył jeden zamach. Błysnęła kosa, rozległ się straszny krzyk padającego oracza...
A potem zapadła noc. W chacie Pawlaków paliła się naftowa lampa — widomy znak, że dzieją się tam rzeczy ważne i nikt już nawet nie myśli, żeby na nafcie oszczędzać. W blasku migotliwego światła pobłyskiwała stojąca groźnie w rogu kosa. To Kacper kazał ją tu postawić, żeby w razie czego można się było bronić przed odwetem Karguli.
W chacie Karguli też paliła się lampa, bo ksiądz Paralata przybył do Władka z ostatnim namaszczeniem.
A między jednym a drugim obejściem leżała miedza, odkrojona lemieszem na trzy palce. A na tej miedzy stała niezgrabna figura św. Floriana, odwrócona plecami do zagrody Pawlaków. Na siłę chciał Kargul pozyskać dla siebie opiekę nieba, ale na razie padł ofiarą ludzkiej sprawiedliwości, której bezlitosnym ramieniem okazał się Jaśko Pawlak. Swoim czynem wykazał, że ziemię szanuje, a że ziemia dla chłopa rzecz święta — tak więc i grzechu żadnego wedle Kacpra syn jego nie popełnił.
Matka wkładała do parcianego worka skromny dobytek Jasia, szykując go do drogi, której końca wówczas nikt nie mógł przewidzieć. Ojciec wyciągnął kuferek, wyjął z niego buty z cholewami i kazał je włożyć synowi. Były to buty, w których Kacper wrócił z różnych frontów wojny światowej i wkładał je tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Teraz miały służyć synowi, by oddany boskiej opiece mógł w nich ujść przed niesprawiedliwością ludzkiego prawa, co w obrońcy ziemi każe widzieć zbója.
Młodsze rodzeństwo Jaśka stało rzędem, a on gładził je po płowych główkach. Na końcu uścisnął Kazika.
— Ot, kłopot serdeczny — powiedział wówczas do brata. — Myślał ja, że będziesz ty drużbą na moim weselu z Marcysią, a Bóg wie, czy my się kiedy jeszcze obaczym.
Leonia chlipnęła po babsku, lecz Kacper nie pozwolił się roztkliwiać. Uważał, że Bóg i sprawiedliwość jest po ich stronie. Najlepszy dowód, że Święta Rodzina z wiszącego nad łóżkiem obrazu patrzyła tak ciepło na Jaśka, który klęcząc przed obrazem, powtarzał po ojcu:
— Dziękuję ci, Panie, żeś moją ręką pokarał Kargula...
— Nie wiadomo, może on i dycha jeszcze — odezwał się Kazik, ale ojciec syknięciem uciszył go, wskazując na klęczącego Jaśka.
— Człowiek z niebem dogaduje sia, a ten wtarabania sia .... — klęknął przy starszym synu i trącił go łokciem. — Ano powtarzaj za mną przysięgę: Przysięgam na wszystko, co ma moc nade mną, że drogi do domu nie zaślepię i na ojcowiznę wrócę, żeb’ nasze kości nie szukały się po świecie. — Kacper przekrzywił głowę, wpatrzony błagalnie w oblicza na starym obrazie, i szeptał rotę przysięgi, jakby ustalał punkty umowy, którą w tej chwili zawierał z Panem Bogiem. — A na Kargulowe plemię i pola spuść, dobry Panie Boże, wszystkie plagi egipskie — zerknął na Jaśka, odczekał, aż powtórzy słowo w słowo, po czym jeszcze wyżej wzniósł złożone modlitewnie dłonie: — Tylko się nie pomyl i Kargulowych sąsiadów, czyli nas, Pawlaków, niczym złym nie doświadczaj, bo my się praw Bożych i swojej miedzy trzymamy. A ziemi naszej bronić w prawie jesteśmy, boś Ty ją stworzył, nam ją we władanie przeznaczywszy...
... „Boś Ty ją stworzył, nam ją we władanie przeznaczywszy” — Jaśko uroczyście powtarza teraz w pełnym brzmieniu tekst przysięgi, jaką złożył przed tym samym świętym obrazem równe trzydzieści trzy lata temu, a w jego twarzy tyle jest świętego uniesienia, że po krzyżu wszystkich obecnych przebiegły mrówki. Te oczy, zaciśnięte pięści, mięśnie drgające pod skórą policzków świadczą, że owa kosa, co przebiła pierś Kargula, jest dla Johna Pawlaka czymś w rodzaju miecza ognistego w ręku archanioła Gabriela.
Można zapomnieć, jak miała na imię pierwsza dziewczyna, którą się całowało, można zapomnieć smak lipcowego miodu, ale nie zapomina się sytuacji ani słów, od których nasze życie zamieniło się w los. A los zaczyna się na tym skrzyżowaniu dróg, z którego już zawrócić nie możesz. Czasem zdarza się, że owo skrzyżowanie leży na miedzy...
Te oczy Świętej Rodziny z obrazu, patrzące na niego ze zrozumieniem, mokre od łez oczy matki i pełen żaru głos ojca, który na klęcząco zawierał kontrakt z Panem Bogiem, zamawiający, wołający o zesłanie na całe Kargulowe plemię wszystkich plag egipskich — wszystko to niósł Jaśko przez cały czas swojej trudnej wędrówki po świecie, jak inni dźwigają ze sobą bagaże. Ten jeden zamach kosą, która przeszyła płuco Władka Kargula, choć uczynił z Jaśka wygnańca, to jednak na zawsze związał go z ziemią. Musiał ją opuścić, lecz nie mógł jej odtąd zapomnieć. Jej to wszak bronił, a Pan Bóg sprawiedliwy nie mógł mieć do niego żalu. Dostrzegł niechybnie ze swego tronu, jak ten zachłanny Kargul odciął lemieszem kęs na szerokość pudełka zapałek, a na długość pięciu końskich ogonów. Czy nie miał więc prawa uważać się za ramię Bożej sprawiedliwości? I kiedy tak patrzy teraz na obraz w poczerniałych ramach, czuje wyraźnie, że w jego żyłach i w żyłach brata krąży krew Pawlaków. Z satysfakcją odbiera słowa Kaźmierza, który to wspomnienie ostatniej Jaśkowej nocy w Krużewnikach tak podsumował:
— A czegoś ty, Jaśku, wtedy bronił, jak żeś się na Kargula kosą zamierzył? Miedzy ty bronił, bo ją Kargulowy pług odkroił nie więcej jak na pudełko zapałek i za to Kargul od tych pór po twojej kosie jednym płucem dychał...
Jaśko nieomal czule spogląda na brata: po tylu latach wreszcie ktoś głośno rację mu przyznaje, nadaje sens wszystkim jego cierpieniom i przejściom. Czuje w tej chwili nieodwracalną wspólnotę ich losu: on, Jaśko, musiał opuścić rodzime Krużewniki przez znienawidzonego sąsiada. Kaźmierzowi też był pisany los wygnańca, tyle że z wyroków historii. Tak więc obaj po tylu latach spotykają się jakby w podobnej sytuacji ludzi wyzutych ze swojej ojcowizny. John Pawlak jako ofiara Kargulowej pazerności, praw Bożych nie uznającej — i Kaźmierz, ofiara umów jałtańskich, których jedynym pozytywnym skutkiem był fakt, że z życia Pawlaków zniknął na zawsze ten śmiertelny wróg zza płotu.
— A Władek Kargul długo się po twojej kosie leczył — Kaźmierz, czując na sobie spojrzenie synowej, ostrożnie podejmuje wątek ofiary Jaśka, licząc w cichości ducha na obudzenie wyrzutów sumienia. — Aj, Bożeńciu, jaki wtenczas lament był! Już i księdza Paralatę do Władka z olejami sprowadzili, ale on bezlitośnie był do tego życia przywiązany...
Jadźka, tuląc Anię w ramionach, gorliwie gestem głowy przytakuje tym słowom.
— Co zrobić — wzdycha z prawdziwym żalem Jaśko — Pan Bóg czasem głuchy na oba uszy. Bo ja już na okręcie, jakem z Hamburga odbijał, modliłem się o śmierć dla niego — rozkłada bezradnie ręce, dając tym gestem do zrozumienia, że nie wszystkie wyroki boskie można pojąć ludzkim rozumem. — Czy w stalowni ja robił w Detroit, czy na farmie Wisconsin, czy jako varnisher .... znaczy lakiernik w Chicago, nie zacząłem dnia bez wzdychnięcia: „Bądź miłościwy, dobry Boże, i wytnij z tej ziemi Karguli jak chwast”.
— Aj, człowiecze, taż nie ma pszenicy bez kąkolu — Kaźmierz okrężnymi drogami zmierza do obudzenia u Jaśka chrześcijańskiej zasady wybaczenia, Jaśko jednak trwa przy swoim.
— Przez Kargula kraj ja stracił.
— Taż ty na powrót do Polski przykołdybał sia...
— Ani ta Polska taka, jaka była, ani ta ziemia nasza.
— Aj, człowiecze — wzdycha Kaźmierz. — Co ty o niej wiesz?
— Wiem, że chcę ja od ciebie tamtej krużewnickiej ziemi, co ty ją w woreczku przywiózł. Choć w Chicago, ale w swojej ziemi będę leżał...
— Ot pomorek — Kaźmierz demonstracyjnie rozkłada ręce. — Taż on ledwie przyjechawszy, a o śmierci gada, że tylko siadłszy — płacz!
— Masz ty dla mnie, Kaźmierz, te ziemie w woreczku? — upewnia się Jaśko. Kaźmierz nerwowo wciska się w oparcie wersalki. Toczy wzrokiem po twarzach zebranej rodziny, jakby brał ich na świadka, że ciężko jest się normalnemu człowiekowi dogadać z Amerykańcem.
— Czego jak czego, ale ziemi tu nam nie brak.
— Ale mnie o tamtą ziemię idzie. Naszą...
— Ta nasza, w którą pot nasz wsiąka...
— Ja tu nie gospodarz.
— Posłuchaj, Jaśku — w głosie Kaźmierza pojawia się znowu podniosła intonacja, ale też i akcent pewnej urazy wobec postawy Johna. — Jak gościem się czujesz, to ja cię jak gościa po swoim oprowadzę. Pokażę ja tobie, jak żyję i gdzie mnie śmierć znajdzie...
Bierze brata pod ramię, żeby go wyprowadzić z izby na podwórze, ale Jaśka zatrzymuje drobna rączka Ani, sięgająca do jego muszki. Ania ukazuje w uśmiechu bezzębne dziąsła. Jaśko, wzruszony, bierze ją z rąk Jadźki i przytula do piersi.
— Przytomna — komentuje półgłosem Pawełek. — Wie, że ojciec chrzestny z Ameryki to nie to, co tutejszy.
Huśtając Anię w ramionach, Jaśko w ślad za bratem wychodzi na podwórze. Za nimi, niczym procesja za biskupem, ciągnie rzędem cała rodzina Pawlaków.
Słońce smagnęło ich po oczach. Jaśko huśtając w ramionach uśmiechniętą Anię, rozgląda się naokoło. Wciąga głęboko powietrze, jakby chciał sprawdzić, czy odkryje w nim zapach krużewnickiego obejścia — niepowtarzalny aromat gnoju, kurzu, mleka, kurzego łajna i wiatru, co zwykle w lipcu niósł od pól niewidoczną mgiełkę pyłu dojrzałej pszenicy.
— Very nice — przenosi wzrok z murowanego domu na budynki obejścia. — Stodół murowany... I stajnia. — Pochyla się nad Anią, jakby dla niej była przeznaczona ta konkluzja: — Ale u tata powietrze inaczej pachniało.
— Awo, wymyślił — Kaźmierz niecierpliwie wzrusza ramionami. — Można odkryć gnojownik i będzie jak u tata.
— Gorąco dziś — Jaśko przenosi się z Anią w cień ganku.
— Słońce to samo jak u tata.
Kaźmierz niespokojnie patrzy przez płot w stronę domu Karguli. Nie daj Bóg, żeby swoim przedwczesnym pojawieniem zniweczyli całą jego misterną koncepcję obłaskawienia Johna Pawlaka z sytuacją, która na razie była dla tamtego równie nie do przyjęcia, jak fakt, że te poniemieckie ziemie miałby uważać za swoje.
Jaśko rozgląda się naokoło. Zapewne w swojej wyobraźni dokonuje porównania tego, co widzi, z tym, co zapamiętał z Krużewników. Nagle jego wzrok zatrzymuje się na ścianie stodoły. Pod okapem wisi na gwoździu stary sierp. Jego ostrze od wieloletniego ostrzenia osełką jest tak już cieniutkie jak anielski włos, którym przyozdabia się choinkę na Boże Narodzenie.
— Poznaje? — pyta Kaźmierz z nadzieją.
— Sierp — mówi Jaśko. — Taki sam jak u tata.
— Ten sam — z naciskiem podkreśla Kaźmierz. — Tylko to zostało.
— A żarna masz?
— Taż żarna to bezlitosny przeżytek.
— W Chicago w muzeum można zobaczyć.
— Życie to nie museum.
— To coś ty jeszcze, Kaźmierz, z Kruszewników przywiózł?
— Z Krużewników — poprawia Kaźmierz wymowę brata. — Tylem wziął, co się w jeden wagon pomieściło: konia, matkę, Marynię, co w brzuchu wiozła tego oto tu następcę — gestem głowy wskazuje Pawełka — trzy worki sucharów, Witię, święty obraz, coś ty przed nim przysięgę składał, ten sierp, a także samo bezlitosne zdumienie, że Pan Bóg pozwolił tym, co nas od Hitlera wyzwolili, wyzwolić nas od naszej ziemi. Bo tylem ja jej tylko wziął, ile się w worku zmieściło, żeb’ było czym w razie co grób posypać.
— A trąby ty nie wziął?
— Jakiej trąby? — pyta Pawełek, przysłuchujący się z boku tej rozmowie.
— Bas „B”, co trzydzieści dwa dolary kosztował — mówi John, a Kaźmierz kiwa potakująco głową: takiej trąby nie miała żadna orkiestra strażacka w całej gminie. Bas ufundował John, żeby o nim w Krużewnikach nie zapomniano. Kiedy otrzymał w Detroit list od Kaźmierza, że ksiądz Paralata tworzy straż pożarną, a przy tej straży ma być orkiestra — John wysłał na ręce księdza odpowiednią sumkę, żeby ten kupił instrument. Postawił tylko jeden warunek: ksiądz miał ogłosić wszystkim z ambony, że Jan Pawlak z Ameryki ufundował nie tylko świeczniki do kościoła, ale i dla straży ogniowej bas „B”. Ten dar serca stał się przyczyną dalszych zatargów z rodziną Karguli. W pół roku po zakupie trąby zmarło się Wojciechowi Kargulowi. Ponieważ Kargul zawsze w Boże Ciało nosił za księdzem feretron — ksiądz Paralata postanowił w rewanżu odprowadzić zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku przy dźwiękach strażackiej orkiestry. Pogrzeb dotarł do mostku na strumieniu, kiedy drogę zastawił Kacper Pawlak. Rozłożył ramiona przed kroczącym z krzyżem kościelnym: „Nie będzie mi ten Herod Kargul wkraczał do królestwa niebieskiego przy trąbie, co ją mój Jaśko ufundował!”. Ksiądz Paralata usiłował powstrzymać starego Pawlaka, przemówić do jego chrześcijańskiego sumienia, ale ten rozepchnąl orkiestrę, dopadł kulawego Denderysa, co szedł na końcu, owinięty potężnym basem „B”, mimo oporu wyrwał mu trąbę i uniósł ją w ramionach do swojej chałupy. Od tej pory Kacper miał napięte stosunki z księdzem, — a poprzez niego z samym Panem Bogiem: kiedy z ambony padały słowa o tych, co krzyżem się żegnają, a wybaczenia w sercu nie mają — wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Zaniósł kiedyś trąbę Kacper na plebanię, ale ksiądz mu ją odesłał przez kościelnego. I tak wisiała trąba na ścianie chaty Pawlaków, aż kotka zaniosła tam jakieś szmaty i w jej tubie powiła kocięta. Kiedy John w 39 w sierpniu otrzymał list opisujący koleje basa „B” — odpisał Kaźmierzowi, że „tato był w prawie tak postąpić, bo ja tu nie po to jem czarny chleb, żeby Kargulowi orkiestry grały”. Ale ten list nigdy do Krużewników nie dotarł.
— Dlaczego ty nie wziął trąby ze sobą? — pyta teraz John.
— Bo się ruskim za bardzo spodobała — wyjaśnia Kaźmierz. — Jak w październiku 39 wybory urządzali, to ktoś im doniósł, że u mnie wisi nowiuteńka trąba.
— Jak mogli zabrać, kiedy to prywatna własność była? — dziwi się John.
— Aj, Jaśku, ty gadasz jak dzieciuk. Taż ja im gadał, że to moje, a oni na to: „Nie chcesz, żeb’ naród wesoły szedł do wyborów? Znaczy, że ty „przeciw ludowi pracującemu miast i wsi jesteś!” A kto był przeciw, ten pierwszy na białe niedźwiedzie jechał. No i musiał ja z radością te trąbe sowieckiej władzy ofiarować. Tylko kto im o tej trąbie powiedział?
