24,99 zł
Książka autora serii "Sami swoi".
Osiemnaście reportaży o sile miłości. Zwykli ludzie opowiadają niezwykłe historie, w których potęga uczucia zostaje skonfrontowana z tragizmem wojny, śmierci czy z destrukcją, jaką przynosi czas. Akcja przedstawionych utworów nie jest tu najbardziej istotna – niektóre z nich wiążą się z realiami II wojny światowej, inne sięgają lat 80. XX wieku. Ważnym okazuje się ładunek emocjonalny tych niełatwych narracji, z których każda może upewniać o niezwykłości istnienia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 495
Andrzej Mularczyk
Saga
Polskie miłości…
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2006, 2021 Andrzej Mularczyk i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726878677
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
... Zatrzymanemu Janowi S. zapisano do depozytu grzebień metalowy, długopis, blok-notes w oprawce plastykowej, metalowy znaczek rozpoznawczy (na sznurku), kwit bagażowy z datą 21.VII.1965 rok, zdjęcie fotograficzne, oprawkę do biletu (bez biletu), książeczkę PKO na nazwisko zatrzymanego i pięćset dwanaście złotych gotówką.
Na dole tego protokołu widniał podpis Jana S.
W protokole nie był wymieniony nóż sprężynowy, który został odłożony do innej szuflady jako „przedmiot zakwestionowany”. W dowodzie osobistym zatrzymanego na stronie „wymeldowanie” stempel był sprzed pół roku.
– Gdzie mieszkacie?
– Tymczasem nigdzie.
– Co to znaczy „nigdzie”?
– Po drodze.
– Skąd przybyliście do W.?
– Ostatnio z Chocianowa.
– Kiedy?
– We wtorek.
– W jakim celu?
– W celu dokonania zabójstwa.
Przybył do W. cztery dni temu. Potwierdzał to kwit bagażowy. Nic więcem jego roej; ani rachunek z hotelu, ani żadni znajomi. Przez te cztery dni spał na bocznicach kolejowych; odstawiane wagony osobowe były jego hotelem i łazienką. W charakterze szafy ubraniowej używał przechowalni bagażu na dworcu. W walizce miał to, co wszyscy wyjeżdżający na kilkudniową delegację służbową: bieliznę, przybory toaletowe, pastę do butów.
Adres, pod który chciał trafić, miał zapisany na skrawku zmiętego papieru (ponieważ badałem wszystko, co człowiek ten nosił ze sobą, przyjrzałem się potem tej notatce; musiała być robiona pospiesznie, na brzegu zadrukowanego po drugiej stronie karteluszka, który okazał się kawałkiem wezwania świadka sądowego. Kto był świadkiem, w czyjej sprawie i przed jakim sądem – to pozostało poza wystrzępionymi brzegami papierka. Czy Jan S. adres ten uzyskał będąc oskarżonym? Będąc świadkiem? Będąc „publiką” sal i korytarzy sądowych, gdzie czasem chodził się ogrzewać? Nie chciał mi tego powiedzieć, jakby podtrzymując żelazną kurtynę tego dramatu, w którym naprawdę ważne są tylko dwie osoby). Szukał tego miejsca już dwadzieścia jeden lat (tak mu się przynajmniej wydawało), ale nim zadzwonił do drzwi na trzecim piętrze, krążył wokół kamienicy trzy dni...
– Sam się zastanawiałem, kto to może być. Pierwszy raz go od pleców widziałem, a już mi się nie spodobał. Co robił? Czytał listę lokatorów, bo ja sobie ją tak powiesiłem, że wystarczy mi palcem firankę ugiąć – bo firanka u mnie na gumce – i widzę każdego ciekawego, tyle że od pleców. Potem wleciawszy na niego na podwórzu, widzę: siedzi i niby coś czyta, ale faktycznie to okna liże. Potem znów 22 lipca stał na ulicy i też okna lizał, te od frontu. Pomyślałem: złodzieje nie świętują. Myśli, że ludzie pojadą gdzieś się zielenić za miasto, a on ich w worku wyniesie. Wszedłszy tak mu się w oczy wpiłem, żeby wiedział, że u mnie jest odfotografowany. Ale nic się w święto nie stało – a on w czwartek znów był: z dziećmi na podwórku gadał, w warzywnym naprzeciwko piwo pił. To wtedy pomyślałem, czy to nie będzie rzecz małżeńsko-miłosna? Albo się przedwojennie zakochał, albo za kochankiem węszy. Ale przyjrzawszy się – znów mi na to nie pasował: figurę miał młodą, ale łeb siwy, z bliska twarz zryta, a cały taki... zakiszony. Co to znaczy? Że zima-lato nosi się co dzień jedne i te same buty, te same spodnie i jedną kapotę. Gdzie mu do miłości? – powiedziałem do żony. Na złodzieja za mało ostrożny, to on albo głupi, albo służbowy.
Tyle usłyszałem od dozorcy domu (lat pięćdziesiąt pięć, repatriant, dorabia jako zdun, szanuje się – nie kłania się pierwszy mieszkańcom kamienicy; wyjątków nie robi). Rozmawiając z nim i innymi informatorami – wiedziałem już wszystko o bohaterze tej relacji. Chciałem jednak zobaczyć jego sylwetkę oczyma tych, którzy go dostrzegli, nie wiedząc jeszcze, kim on jest, skąd przybywa i co zamierza. Ludzie, których pytałem o niego – lokatorzy tej kamienicy i jej dozorca, ekspedientka sklepu warzywnego, milicjanci, którzy go zatrzymali – podsuwali mi nie tyle prawdziwe przyczyny działania tego człowieka, ile te, które sami mu przypisywali na miarę swoich obaw czy nadziei.
Ekspedientka (zarazem kierowniczka sklepu, lat czterdzieści dwa, pochodzi ze wsi, wdowa, ma pokój z kuchnią i z telewizorem) powiedziała mi z pełnym zażenowania uśmieszkiem:
– Myślałam, że to moja sąsiadka go tu przysłała, bo ona od kilku lat się odgraża, że znajdzie dla mnie fajnego chłopca, bo co to za życie samej na dwóch łóżkach... A on ewentualnie wyglądał mi na takiego, co by się chciał przykleić: piwko pił i zagadywał... Owszem, widać było, że gość ewentualnie kulturalny, kiedyś kimś był. Pożartować z kobietą umiał, jak potrzeba, i podpytać też. Anim się spostrzegła, kiedy mu sama wyklepałam, jak u mnie mieszkanie urządzone i co wisi w szafie. I wtedy dopiero się w język ugryzłam...
Mojej rozmowie w sklepie, pełnym koktajlu warzywnych zapachów, akompaniował chichot dwóch praktykantek z technikum handlowego. Okazało się, że one znały jeszcze jedną rolę, jaką przypisywano Janowi S. Ukryte wówczas za półkami przecierów pomidorowych, butelek szczawiu i słoików chrzanu w occie łapały strzępy dialogu amatorów piwka i amatorki małżeństwa, z którego wynikało, że obie strony co innego mówiły, a co innego myślały.
– Kierowniczka miała go za cwanego PIH-owca, co przyszedł powęszyć, i przez to nie przyjęła pomidorów od prywaciarza. Przez te trzy dni to była dobrze stratna.
Lokatorzy z parteru (młode małżeństwo z jednym dzieckiem; on ekonomista, ona nauczycielka wf) przyznali się, że podejrzewali tego osobnika (tak go określili) o chęć włamania się do garażu. Garaż był budą z falistej blachy, wciśniętą między dwumetrowy mur a skrzypiący na wszystkie strony rząd drewnianych komórek; państwo J. wstawali w nocy i wychodzili na podwórze, ale nikt nie ruszył kłódki, która chroniła ich P-70.
Rozmawiałem z milicjantami:
– Dla nas najsampierw to on w ogóle nie miał wyglądu, bo widzieliśmy go od pleców! Jak ktoś ucieka – to się go najsampierw bierze, a potem rozpytuje, kto i co.
– On i ten drugi szarpali się trochę, ale nie więcej niż przeciętnie. A jak mnie czapka spadła, to był na tyle wychowany, że mi podał...
Ostatnim w łańcuchu świadków, który musiał w tej sprawie zająć jakieś stanowisko, był inżynier T. (inżynier chemik z przedwojennym dyplomem). To do jego drzwi zadzwonił bohater tej relacji po trzecim dniu okrążania.
Kiedy stanąłem przed ozdobionymi zaciekiem drzwiami na trzecim piętrze – znałem już całą jego historię. Zanim zadzwoniłem, patrzyłem w dół na brudne schody. Czy on miał czas zauważyć w tym półmroku wydrapany nakaz: „Irka, masz być o 17, wiesz gdzie!”. Czy dla niego żółty zaciek też miał profil Giewontu? Czy zawahał się przytknąć palec do dyndającego na dwóch żyłach dzwonka?
Naciskając dzwonek, wiedziałem już, kogo zastanę za tymi drzwiami.
Jan S. tego nie wiedział.
Moja rozmowa z gospodarzem mieszkania na trzecim piętrze odbyła się w mrocznym pokoju z oknem na podwórze (widać było garbato-falisty garaż lokatorów z parteru); ciężkie, poniemieckie meble, obtłuczone sztukaterie na suficie, na jednej ścianie kilim, na drugiej rozszalałe olejne morze i walczący z żywiołem samotny żaglowiec w werniksowanych ramach. Czy przez trzy godziny swego pobytu Jan S. zauważył, że żaglowiec jest przedziurawiony – prawdopodobnie dwoma strzałami z pistoletu? Ja, reporter, spędziłem w tych ścianach nie więcej niż dwadzieścia minut. Chciałem dowiedzieć się czegoś o pierwszych trzech minutach pobytu mojego bohatera: Jak się przedstawił? Jak został zobaczony?
Inżynier T. mówił o tym niezbyt chętnie (jakby bojąc się, że zapytam go o sprawy nie należące do historii Jana S.):
– Kiedy otworzyłem, ten człowiek patrzył jakby poza mną w głąb korytarza, potem mnie odsunął. Spytał: „Czy można?”, kiedy był już przy wieszaku. Zauważyłem, że przyglądał się płaszczom mojej żony i córki. „Pan żonaty, prawda?”
– spytał. „Tak – powiedziałem. – Ale pan do kogo?” „Do żony”. Zdziwiłem się: do mojej żony na ogół nikt nie przychodził. „O co chodzi?”
– spytałem zaskoczony. „Mam do niej sprawę”. „Jaką sprawę?” „Ona wie. I pan wie”. „Ja nic nie rozumiem”. „Właśnie przyszedłem wszystko wyjaśnić do końca. Dlaczego ona nie wychodzi z domu?” „Jest chora” – dopiero mówiąc to zauważyłem, że to ja, a nie ten intruz, odpowiadam na pytania. „Na nerki?” – spytał przyciszonym głosem, nie przestając się rozglądać, jakby chciał ustalić rozkład mieszkania. Nie była chora na nerki, ale nie uważałem za potrzebne tego wyjaśniać. „Od dawna nie wychodzi?”
Kiedy inżynier T. stanowczo zażądał wyjaśnień – nieznajomy bez słowa ruszył do drzwi w głębi korytarza, za którymi usłyszał głos kobiety (to żona inżyniera T. rozmawiała z córką). Chciał się tam wedrzeć, zaczęli się szarpać, on wciąż powtarzał: „Ja muszę tam wejść!” „Kim pan jest? Czego pan tu chce?” – powtarzał gospodarz, odpychając go ku wyjściu.
Spytałem, czy się go bał. Nie odpowiedział od razu.
– Nie zrobiłem nic takiego, żeby bać się czegoś więcej niż fizycznej siły. Czułem, że nie da się uniknąć uczestniczenia w tym, co ten człowiek chciał narzucić. W jego zachowaniu było coś takiego, czego nie można było zrozumieć ani próbować sobie wytłumaczyć wprost. Determinacja? Absolutna kierunkowość? Absolutna konieczność? Nie wiem... Tego się nie da nazwać, bo to było nim.
Mógł zagrozić milicją, mógł zaalarmować sąsiadów, krzyknąć na dozorcę, ale czuł wtedy, że intruz mimo wszystko spełni to, co go tu przywiodło. Przyjął więc jego warunki: tamten wyjaśni sam, co go tu sprowadziło, chce jednak przedtem zadać inżynierowi kilka pytań.
T. wprowadził nieznajomego do mrocznego pokoju (tego, w którym odbyła się rozmowa ze mną), wskazał miejsce, jakby była to przewidziana z góry towarzyska wizyta. Ale tamten nie chciał usiąść, spokój gospodarza jakby podwoił jego czujność. Stojąc przy drzwiach, zadał pytanie: „Zna pan w Sosnowcu dom przy ulicy Piłsudskiego 12?”.
Inżynier T. opowiadał mi:
– Ulica Piłsudskiego? Teraz? Powiedziałem mu, że nie ma chyba teraz takiej ulicy, wtedy mruknął, że aktualna nazwa nie ma znaczenia i że może mi przypomnieć szczegóły: marmurkowe schody na pierwsze piętro... Nigdy nie byłem w Sosnowcu, chyba że przejazdem, ale on mi nie wierzył. „A to pan zna?” – podsunął mi przed oczy zdjęcie kobiety. Absolutnie nigdy jej nie widziałem, chyba że jako przechodzień... Nie wierzył mi. Powiedział: „Ja muszę zobaczyć pańską żonę”. Trudno mi to zdefiniować, ale po tych pierwszych minutach nie widziałem w nim wcale napastnika. Poczułem się wciągnięty w jakąś nie znaną mi sprawę, którą należy wyjaśnić. Zgodziłem się przedstawić mu żonę pod warunkiem, że ujawni, co go do nas sprowadziło. I wówczas on zaczął mówić...
Ich rozmowa – właściwie monolog Jana S.
– trwała ponad trzy godziny.
Potem mówił inżynier T., a tamten słuchał. Choć opowiedział wówczas swoją historię intruzowi – teraz nie chciał jej powtórzyć mnie. Nie przedstawił mi również swojej żony. Ale ja, nim zadzwoniłem do drzwi tego mieszkania na trzecim piętrze, z opisu Jana S. poznałem jego rozkład i mieszkańców.
Życie Jana S. samo uzasadni dziwne okoliczności, w jakich dawał się poznać ludziom, oraz przypadek, który mnie pozwolił go poznać.
„Zaczęło się to w 1936 roku. Moje życie przedtem jest nieważne. Należy jakby do kogo innego, kto mógł je inaczej rozegrać. Ja nawet już teraz sobie nie chcę wyobrażać, kim bym był, co bym robił, gdyby nie ten los, który dla mnie wybrano...”
Od tych słów i od tej daty zaczynają się moje notatki z monologu Jana S. W roku 1936 porucznik artylerii poznaje pannę Danutę R. Okoliczności tego poznania są jedyną informacją pozwalającą go zobaczyć takim, jakim był wtedy, na trzy lata przed wojną. Narrator przedstawia tylko te szczegóły z tamtych lat, które są konieczne do uzasadnienia obecnego życia. Reszta jest dla niego czasem pozaprzeszłym.
„... To stało się przez maleńki żart. Nasz kolega nieszczęśliwie zakochany przegrał w konkurencji z jakimś poeciną. Panna była ze dworu, poecina z Warszawy, a nasz kolega z Sosnowca. Pojechaliśmy go pocieszać i przy kieliszku postanowiliśmy stworzyć go poetą. Poeta w mundurze jest zawsze lepszy niż poeta bez munduru – tak uchwaliliśmy i we trzech w ciągu jednej pijanej nocy napisaliśmy piętnaście byle-prędkich wierszyków... Rano się to przepisało – i w południe zaniosłem do małej drukarenki w Sosnowcu. Miało się to ukazać nakładem własnym autora – to znaczy za nasze składkowe pieniążki. Tomik miał być oprawiony w sztywną płócienną okładeczkę. W tej sprawie udałem się do zakładu introligatorskiego na tej samej ulicy... Tam ją poznałem. Była córką introligatora...”
„Byle-prędkie” wiersze, które miały przynieść zwycięstwo koledze, pozwoliły zwyciężyć jednemu z autorów żartu. Pisane w alkoholowym uniesieniu, bogato usiane westchnieniami – księżycami, serca biciem – i ukryciem, śpiewem słowika – co dreszczem przenika – nagle zmieniają jakby adresata. Na miejsce panny z wołyńskiego dworu przypadek podstawia pannę z introligatorskiego warsztatu. Musiał oddać do oprawy w warsztacie jej ojca ponad dziesięć książek „Roju”, nim poznał jej imię, cechy i zamiłowania. Danusia gra na fortepianie, śpiewa sopranem piosenki z filmów Bodo i Żabczyńskiego, mówi po niemiecku, niedomaga na nerki, marzy o wielkiej miłości, lecz w nią nie wierzy. Jej zdanie zmienia tomik „byle-prędkich” wierszy z dedykacją „autora”.
Odjeżdżając do swego garnizonu, zabiera ze sobą zdjęcie dziewczyny.
„... Wszystko zginęło: i ten tomik pijanych wierszyków, i to wszystko, co potem pisałem do niej i co od niej otrzymywałem – ale mam już na zawsze ten obraz, kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem: suterena była bardzo ciemna, a ona taka jasna, jakby świeciła. Była tylko chwilkę i wyszła, a ja odtąd do końca życia będę pamiętał zapach introligatorni, którego teraz tak nienawidzę: pył i klej. Zawsze śmiałem się z «pierwszego wejrzenia» kolegów, teraz oni mogli się śmiać ze mnie. Ale szybko przestali. Zrozumieli, że ich Jasio przepadł...”
Ja, będąc stenografem relacji o tych dawno spełnionych i specjalnie dla mnie przywoływanych najtajniejszych uczuciach, zrozumiałem, że narrator podaje je w takim nasileniu, by przed sobą uzasadnić siłę ich inwersji. Sam przez świadomość następstw uwolnił mnie od łatwej ironii; wszystko – kolor oczu, naiwne uniesienia, nawet rymy – zamienił w przyczyny tego, co potem nastąpiło. Dlatego gotów był teraz mówić o każdej myśli poświęconej pannie Danusi – Danutce – Danie...
Przez prawie trzy lata łączyła ich poczta, czasem pociąg. Termin ślubu, który miał ich połączyć „do końca życia”, wciąż musieli przekładać. Wszystko sprzeciwiało się ich miłości. Jego ziemiańska rodzina chciała uchronić Jasia od mezaliansu. Zapowiedziała szykany ekonomiczne i honorowe; wpływała na zwierzchników porucznika S., by nie wyrazili zgody na ślub. Każda trudność wzmagała jeszcze nieodwołalność jego decyzji.
„W tym czasie napisałem więcej listów niż przez całe życie. Opisywaliśmy zachody słońca, każdą zmianę pogody, pory roku, choroby... Nawet bawiliśmy się na odległość, przesyłając sobie w listach kolejne posunięcia, w bitwę morską. Potrafiłem jechać całą noc, żeby widzieć się z nią przez kilka godzin – i znów wracać pospiesznym do służby...”
Pociąg skracał przestrzeń, która ich dzieliła, ale przeciwności losu rozciągały czas odosobnienia. Umarł jej ojciec, po upływie rocznej żałoby Danusia musiała poddać się operacji. Pielęgnowała ją matka (po śmierci męża została jej tylko córka, nie rozstanie się z nią, a równocześnie nie zostawi introligatorni, którą zawiaduje).
Żeby móc doprowadzić do ślubu, gotów był wystąpić ze służby wojskowej. Czynił już starania. W końcu jednak po wielu tarapatach uzyskuje służbowe przeniesienie na Śląsk. Biorą ślub w czerwcu 1939 roku, wynajmują mieszkanie w Sosnowcu przy ulicy Piłsudskiego, miodowy miesiąc spędzają nad morzem.
„Dla niektórych członków mojej rodziny w dniu mego ślubu jakbym umarł; przestali odpisywać na listy, wiem też, że mówili o mnie: oprawca, że niby oprawiam książki. A ja w tej introligatorni nie byłem już potem nigdy. Nie miałem czasu na nic – poza nią. Ja może bym i wojny nie zauważył? Nie czytałem gazet. Wydawało mi się, że po tym, gdy wreszcie udało nam się złączyć – nic złego nie może się stać...”
W nowym mieszkaniu na Piłsudskiego był wszystkiego niespełna kilka tygodni lipca i sierpnia 1939, by potem wrócić na kilkanaście godzin w roku 1941. Między tymi datami zawierają się marszruty, których porucznik Jan S. nie wybierał sam. Jego PAL, wchodząc w skład armii „Kraków”, odbył drogę od Mikołowa przez Biłgoraj do Rawy Ruskiej.
„Kiedy potem wieźli nas w odwrotną stronę – do niewoli, obchodziło mnie tylko jedno: czy będziemy jechali przez Śląsk? Nie wiem dlaczego, wydawało mi się, że ona, Dana, stoi tam na jakimś peronie i czeka na mnie, jakbym wracał z manewrów. Wszędzie, gdzie się tylko dało, wyrzucałem przez odrutowane okno karteczki z jej adresem: że żyję, że myślę, że będę niedługo z nią. Aż śmiesznie powiedzieć, ale minutę końca wojny wyobrażałem sobie jako chwilę, gdy się z nią całuję...”
Sam zaplanował sobie swój „koniec wojny” i osiągnął go na kilkanaście godzin. Do tych kilkunastu godzin szykował się prawie dwa lata. Obliczał kilometry dzielące oflag od Sosnowca. Od żony. Musi je przebyć, gdy ucieknie. Wciąż o tym myślał.
Tymczasem wojna powtarzała jakby ich sytuację narzeczeńską – dzieliła ich przestrzeń, łączyła poczta. Kriegsgefangenenpost dostarczała co miesiąc do Sosnowca dwa listy i dwie kartki; gładki, kredowy papier, między wyznaczonymi linijkami trzeba odpowiednio wyraźnym pismem zmieścić to, co dozwolone.
„... Żeby móc napisać do niej wszystko o niej – okradałem z listów swoich bliskich. Myślałem sobie: jeśli moja rodzinka chce się dowiedzieć czegoś o swoim Jasiu – będzie musiała uznać Danę, będzie musiała zwracać się po wiadomości do niej. Ale i tak właściwie czekałby ich zawód. Z oflagu pisałem nie o sobie, lecz wciąż o niej: jak mi się śni, dlaczego mi się nie śniła przez trzy dni, jak – żeby słyszeć jej głos – wychodzę nocą między baraki, jak najdalej od tego stękania, chrapania, tej przeklętej obecności moich współjeńców...”
Jego koledzy bali się o niego, gdy wychodził szukać jej obrazu w noc pociętą strumieniami reflektorów badających teren między wieżami. Znając jego tęsknotę – pilnowali go, by coś nagle pewnej nocy nie popchnęło go prosto na druty. Wówczas połowę jego „Erkeinungsmarke” przed zabiciem wieka trumny włożono by między zęby, a drugą połowę wysłano by do Genewy na adres Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Ale on zabrał ten znaczek jeniecki nie w zębach, lecz na sznurku, na własnej szyi, i ma go do dziś!
Kiedy po raz drugi „krety” ze straży obozowej (uzbrojeni w długie szpikulce i drewniane młotki badali rezonans podłóg barakowych i twardość otaczającego baraki terenu) natrafiły na daleko posunięty podkop – wraz z siedmioma innymi jeńcami został przeznaczony do transportu. On jeden nie dojechał do Oflagu II E Neubrandenburg. W czasie przesiadki na jakiejś węzłowej stacji wyrwał się między wagony.
„... Była noc, biegłem między dwoma pociągami jadącymi w przeciwnych kierunkach i tylko jedna rzecz mnie obchodziła w tym momencie: pod który z nich wpadnę?! Potykałem się o podkłady, a kiedy ten ruchomy tunel nagle się rozstąpił, huk się oddalił – wpadłem prosto na niemieckiego kolejarza przy posterunku zwrotniczym. Po prostu go stratowałem, leciał za mną jego głos, ale nawet się nie obejrzałem. Tej nocy ruszyłem na południowy wschód. To była wiosna 1941 roku. Wiosną nie ma się dużo sił. Rano ustałem w lesie. Lasek był płytki, prześwitywał, no to leżałem w nagich krzakach na mokrej ziemi; pół godziny na boku, pół na plecach, pół na brzuchu. Przyglądałem się pączkom, jak szły w nie soki. Widzę chłopa, zajechał na pole z broną. Do roboty zrzucił z siebie kurcinę, zostawił ją tak na skraju pola, przy wieżyczce triangulacyjnej. Kiedy doczołgałem się już na tę wyniosłość, do bauera przyjechał na rowerze syn. Położył rower na ziemi i wszedł w miedzę. Od ojca dzieliło go nie więcej jak dwieście metrów. Szedł i krzycząc: «Vati! Vati!» – wymachiwał jakąś kartką. Przeprowadziłem błyskawiczną kalkulację, jakbym brał namiar na działo: chłopak idzie odwrócony plecami, ale chłop patrzy w jego i moją stronę. Do kurty i roweru miałem z pięćdziesiąt metrów. Podczołgałem się bliżej, potem wstałem i spokojnie zacząłem iść w stronę Niemców. Mój zielony płaszcz był cały ubabrany w błocie, z takiej odległości nie byli w prawie tak się od razu pokapować, kim jestem, a wszelkie podejrzenia osłabiał mój spokój i zamierzona leniwość ruchów. Byłem tuż koło rzeczy i roweru, kiedy chłopak też stanął i zaczął mi się przyglądać. Wtedy odbiłem się jak do skoku: raz-dwa-trzy, porwałem kurcinę, uniosłem rower i taskając go w powietrzu przebiegłem grząski kawałek po leśnej ścieżce... A potem była chwila, że pedałując... zagwizdałem!”
Jechał, szedł, czołgał się. Najbardziej przeszkadzały zielone, wojskowe spodnie. W nocy każdy kolor jednaki...
Potem gdzieś przed stacją Fürstenberg wsiadł do pociągu Meklemburg–Berlin–Breslau–Kattowitz. Jechał w stronę swego „końca wojny”. Jego Dana nawet nie wiedziała, że ułatwiła mu ucieczkę. Niektóre rzeczy przysyłane przez nią w paczkach sprzedawał w oflagu pomocnikowi szefa kantyny; te marki przydały się na bilet. Po drodze zagłębiał się w „Die Woche”, a kiedy go zaczepiali znudzeni podróżą pasażerowie, podawał się za „Baltendeutscha”, któremu lata odseparowania od ojczyzny pokaleczyły język rodzinny; pracuje u piekarza pod Rostockiem, teraz jedzie na urlop do rodziny na Śląsk.
Musiał stworzyć nową biografię, wymyślić sobie praniemiecką rodzinę. Fantazja i determinacja nie zastępowały jednak żółtej kartki Urlaubsscheinu. Po drodze kilka razy wysiadał nie czekając, aż pociąg stanie. Było tak przed Wrocławiem i za stacją Strzelce Opolskie. Odtąd bardziej niósł jedną nogę, niż się na niej wspierał. Potem było okrążanie posterunków, spanie w altankach ogródków działkowych, jazda o świcie w tłumie górników wracających po szychcie z kopalń o nowych nazwach. Wtapiał się w ich szarość, pchał się z nimi do tramwaju, błądził, bojąc się zdradzić, że nie zna tras.
Im bliżej – tym mniej sił.
Kiedy wszedł na marmurkową klatkę schodową kamienicy, w której spędził wszystkiego kilka tygodni życia, pociągał mocno nogą: od kolana do kostki obstrugana była ze skóry. Nogawka w tym miejscu zrobiła się sztywna.
Zadzwonił do drzwi – i nastąpił ten jego „koniec wojny”.
„... Całowałem ją i płakałem, całowałem i nie mogłem przestać płakać, to chyba ze szczęścia, że mi się udało, że już jestem, a ona była przerażona. Mówiła, że to niepotrzebne ryzyko, że po co ja to zrobiłem, że boi się o mnie! Kazała mi mówić szeptem, wciąż podchodziła do drzwi, nadsłuchiwała. Ale mnie szeptem trudno było opowiedzieć to, co musiało być powiedziane...”
Danuta S. bała się. Obok mieszkają Niemcy, wiedzą, że mieszka sama, obecność kogoś o tej porze mogła ich zastanowić.
Pamięta dokładnie, jak tego wieczora była ubrana jego Dana, jakie zmiany zaszły w mieszkaniu, co jadł na kolację („zdziwiło mnie, że mimo trudności aprowizacyjnych drugiego roku wojny dostałem kawał zimnej wieprzowinki i było prawdziwe wino”).
„Koniec wojny” trwał od wieczora do ranka. Dana, idąc do pracy w hurtowni maszyn rolniczych, nie pozwoliła mu podchodzić do okna ani nikomu otwierać drzwi.
Koło południa usłyszał delikatne pukanie. To byli oni...
„W areszcie w Katowicach przetrzymali mnie tydzień: zupka z brukwi, Kafeersatz, co drugi dzień dwadzieścia deka chleba. Razem z trzema innymi odesłano mnie pod eskortą do Oflagu Bad Schandau, tam czternaście dzionków aresztu; szczelnie zabite okna, nagrzane pomieszczenie, śluzówki w nosie wysychały, oczy piekły, serce biło w uszach... Noga mi się ślimaczyła, ale już tam zacząłem myśleć o następnej ucieczce. Analizowałem swoje błędy: uciekając bez przygotowanego ubrania, idąc wprost do swego domu, postąpiłem jak amator. Ale po prostu nie wyobrażałem sobie wtedy, że mógłbym uciec nie wprost do niej...”
Staram się zapamiętać każdy szczegół, bo czuję, że wszystko, co nieistotne dla głównej linii jego losu, zostało przez niego samego wyselekcjonowane i usunięte z pamięci. Więc znów wraca motyw jakby po raz trzeci powtórzonego utrudnionego narzeczeństwa: listy. Na kredowym papierze (którego śliskość nie przyjmowała sympatycznego atramentu ani nie pozwalała niczego wycierać gumką) inaczej się pisało – inaczej się czytało. Słowa o złej pogodzie, o spóźnionej wiośnie – jak w listach z 1936-1939 roku – teraz znaczyły co innego. Szyfr miłości zmienił się w szyfr niewolników. Pisała, że „po tym chorowałam, ale już czuję się lepiej...” Wyrzucał sobie, że naraził ją na kłopoty, badania ze strony gestapo. Czuł się winny wobec niej, ale ani na chwilę nie odsunął wizji następnego „końca wojny”. Nad jej realizacją pracował następne dwa lata, chociaż znowu przeniesiono go w inne miejsce.
„... Z faktu, że wielu uciekinierów szybko wychwytywano, zanim dotarli do granicy, wyciągnąłem wniosek, że nie wolno podejmować próby bez przygotowanych dokumentów. Wówczas już w obozie opracowane były systemy produkowania przepustek – Arbeitskarte czy Urlaubsschein. Wylewało się na szkiełko lub dyktę cienką warstwę kleju stolarskiego czy żelatyny, przyciskało się podrobiony ręcznie ołówkiem anilinowym wzór dokumentu; do tego, co pozostało na tej masie, przykładało się odpowiedniego koloru kartonik, na którym odbijał się tekst. Przepustki urlopowe były żółte, karty pracy – szare. Były też odtworzone w gumie pieczątki Polizei Praesidium, które potwierdzały autentyczność Arbeitskarte fur Ausländische Arbeitskräfte...”
Nigdy chyba jeszcze w historii sami więźniowie nie produkowali dokumentów stwierdzających, że są niewolnikami – i nigdy jeszcze dotąd takie dokumenty nie oznaczały jedynej drogi do wolności. Do wolności od drutów, nie od wojny.
Ucieka latem. W dniu swojej ucieczki wysyła list do żony. Wierzy, że list przyjdzie po nim, że on uprzedzi to, co napisał: Ostatnio dużo chce mi się spacerować. Ale popełnił błąd obliczając przestrzeń na kilometry, nie na pułapki, błądzenie, chorobę. List do niej z wyznaniami o niej jechał ze stemplem cenzury pociągiem. On szedł.
Najpierw pomylił kierunek. Zorientował się, gdy świtem natknął się na rzekę (to była Elba). Ruszył bardziej na północ, zostawił po prawej stronie jakieś miasto (dziś sądzi, że to Sebnitz). Na jednej ze stacyjek już chciał kupić bilet, ale dojrzał uczestnika tego samego podkopu, który dawał mu z daleka radosne znaki. Nie przekroczył toru, zdążył uciec na widok patrolu żandarmerii, który zgarnął jego kolegę.
„... Właściwie wiem, co to być zającem. Żyłem ufając uszom. Nocą rwałem naprzód, w dzień zapadałem w chaszcze. Ale czasem głodowe ssanie nie dawało wytrzymać w ukryciu, w bezruchu – wtedy wychodziłem na drogę i szedłem, nie bojąc się niczego... Do dziś nie wiem, skąd się brały takie chwile? Pozdrawiałem chłopów «heil Hitler», oglądali się za mną. Wołałem nie liczyć na swoje dokumenty – przynajmniej w rejonie Drezna, gdzie na pewno było ogłoszone pogotowie. Nocą, kiedy szedłem, zadzierałem głowę, a czasem kładłem się na plecach i patrzyłem w niebo: wysoko falowało mruczenie samolotów alianckich. Śledziłem nożyce reflektorów, które próbowały ich sięgnąć. Te przeciwlotnicze cięły niebo pionowo, obozowe lizały dachy, ziemię, podcinały nogi. Do dziś nie znoszę światła latarni morskiej...”
Głód – to było jedyne uczucie, które pchało go do ludzi. Zwykle ich unikał, ale raz – kiedy już dwa dni żył tylko zielskiem i wodą z rowów – podszedł blisko do pracujących w polu. Chciał usłyszeć, w jakim języku rozmawiają, ale oni na jego widok zamilkli. Zaryzykował i krzyknął po niemiecku: Dlaczego się tak lenią?! Kim są? To byli wywiezieni na roboty Polacy. Dali mu butelkę z zimną kawą, kazali czekać do rana w starej stajni. Całą noc musiał być w ruchu: szczury. Przynieśli żywność, wskazali drogę. Dzięki ich informacjom zorientował się, że zakreślił ogromny łuk.
„... Nauczyłem się ssać mleczko z kłosów. Żołądek przyjmował, ale gardło nie: po zbożu dostawałem straszliwych ataków kaszlu. Bałem się, że to mnie zdradzi... Zacząłem szukać sadów, ale czereśnie były niedojrzałe. Jadłem je. Pewnie psy uratowały mnie od czerwonki. Raz usłyszałem mowę Czechów: byli u bauera. Chciałem podejść, ale pies podniósł straszny alarm, na pole wyjrzał gospodarz i zaraz się wrócił po coś do domu. Uciekłem, a oni mnie gonili na rozkaz Niemca, który strzelał z dubeltówki w powietrze. Byłem zającem. Nienawidzę psów. Przypomniał mi się pewien żołnierz z mojej baterii, który chwalił się sposobem na każdego psa: kiedy pies atakuje, trzeba ruszyć biegiem naprzeciw i w pewnej chwili klapnąć na czworaka. Prawie każdy pies podkuli ogon i milknie. Dlaczego? Bo nie zna jeszcze takiego zwierzęcia jak człowiek o czterech łapach”.
Ale ten sposób był dobry tylko za dnia. Nocą psy były gospodarzami osiedli; nie pozwalały zakraść się od tyłu do stodół, broniły sadów, kurników, drogi przez wsie. Nie wiedział, gdzie jest. Nocą trudno odczytać drogowskazy. Sypiał czasem na bocznicach kolejowych, w starych wagonach, które nie miały rozkładu jazdy. Stracił rachubę czasu. Nie nakręcony zegarek stanął, prócz świtu nie było miary, wedle której mógłby go nastawić. Mijał z dala miasteczka, których nazw nie znał. (Dopiero po wojnie odtworzył z mapy swoją wędrówkę i ponazywał te obrazy i pejzaże, które uniósł w oczach. To odtworzenie to była jakby jego trzecia ucieczka).
Jego list z oflagu już dawno dotarł na miejsce, kiedy wreszcie Jan S. zbliżył się do rzeki. Most był strzeżony. Trzy doby włóczył się wzdłuż nadbrzeżnych krzaków przy rzece, której nazwy nie był pewien. Trzęsła go gorączka, męczyło wycieńczenie, jadziło mu się rozerwane na kolczastym drucie udo. Miał pieniądze, ale nie mógł za nie kupić lekarstwa. Zatruł się, rzygał żółcią...
„... Były chwile, że chciałem się zgłosić na posterunek policji czy do sołtysa. Dwa razy wychodziłem na drogę i czekałem, żeby mnie ktoś dojrzał. Raz przeszła kobieta, nic nie powiedziała, poszła... Słyszałem pociągi, w nocy ich gwizd niósł się z daleka. Obliczałem sobie: pociągiem byłbym jutro rano w pobliżu niej. Mówiłem do niej głośno, powtarzałem byle-jakie wierszyki z tej książeczki. Może to było załamanie, ale to mi pozwoliło przetrzymać...
Próbowałem przepłynąć wpław, ale po dziesięciu metrach zawróciłem. Pływam słabo, a jeszcze taki chory. Zresztą zmoczyłbym dokumenty, które po tamtej stronie rzeki mogły mi pozwolić wsiąść w pociąg. Musiałem znaleźć sposób przeprawy. Trafiłem na czółno, ale było skute grubym łańcuchem. Z wściekłości na własną bezsilność zacząłem szarpać tym łańcuchem – i nagle kłódka puściła. Wtedy pomyślałem, że jak będę miał czas, to się potem pomodlę...”
Nie wiedząc, że przeprawia się przez Nysę Łużycką, przekroczył na wysokości Görlitz rzekę, która potem miała być granicą Polski. Kiedy zniesiony wodą przybijał do brzegu nieopodal jakiejś osady, natknął się na patrol. Został ostrzelany.
Znów krążenie nocą, badanie kierunków, wyłuskiwanie znajomych nazw spośród nic nie mówiących. Ta nocna nauka geografii zagnała go na stację. Tam ustalił swoje miejsce i kierunek: Hirschberg-Oppeln-Kattowitz.
W pociągu przeszedł przez dwie kontrole (żandarmi sprawdzali tylko wojskowych). Kiedy zauważył wsiadający patrol SS, wyskoczył z pociągu pod Wałbrzychem.
Zwichniętą kostkę moczył w rowach melioracyjnych. Poznawał nocą tereny, które potem wielokrotnie przemierzać miał dniem.
Nie pamiętał, ile już dni trwała jego ucieczka, gdy wreszcie przez Opole dotarł do Bytomia. Tu zaczął szukać dalekiej kuzynki Dany.
„... Musiałem znaleźć pośredników między mną a moją żoną. Nie chciałem popełnić poprzedniego błędu. Nie wiedziałem zbyt dokładnie, gdzie ta kuzynka mieszka. Byłem tam raz w życiu, a od tego czasu ulice zmieniły nazwy, a bywało też, że ludzie zmieniali brzmienie nazwiska, narodowość nawet charakter! To był teren Reichu. Kuzynka Dany nosiła niemieckobrzmiące nazwisko, mogła okazać się teraz nie tyle moją znajomą i krewną mojej żony, ile moim wrogiem... Kręciłem się po ulicach, nie wiedząc, o co zapytać. Właściwie o kilkanaście kilometrów od żony znalazłem się w pułapce, do której sam się przebijałem”.
Szukał w wielkim, właściwie nie znanym sobie mieście jednego domu na nie znanej ulicy. Znał tylko numer – siedem – i kierunek od dworca w Bytomiu. Sprawdził na kilku ulicach siódmy numer, ale żaden nie był domem z żelaznym ogrodzeniem, cofniętym nieco od ulicy. Chodził już cztery godziny...
„... Powiedziałem sobie: jeszcze sprawdzę te dwie ulice, a potem poszukam na noc bocznicy kolejowej albo hałdy... Nie mogę chodzić taki nie ogolony, to zwraca uwagę... Byłem już na rogu pierwszej z tych ulic, które mi zostały do zbadania, kiedy zatrzymało mnie dwóch z Sicherheitsdienst. Kiwnęli tylko głową. Zrozumiałem, że nigdy nie jest się dalej celu jak wówczas, gdy dzieli nas ostatni krok. «Ausweis». Podałem swoje papiery i Urlaubsschein. Co tu robię? I wtedy przypomniałem sobie Bombenbeschädigte, którzy wielką falą płynęli kolejami od zbombardowanego Drezna. Powiedziałem, że szukam tu swoich krewnych, którzy są Bombenbeschädigte i mają mieszkać u Frau S-ke – tu wymieniłem nazwisko kuzynki mojej żony. Oddali mi papiery bez słowa...”
Skręcił za róg, oparł się o mur. Trzeci dom od tego rogu był rzeczywiście domem Frau S-ke. Nie było jej w domu. Musiał czekać. Każda minuta, każde spojrzenie przechodnia to mały wyrok. Przyszła zmęczona z kolejki po żywność.
– Nie spodziewałam się gości – powiedziała spokojnie. Poprosił ją, żeby pojechała zawiadomić żonę, sam się ogolił, jadł i czekał na swój drugi „koniec wojny”.
Pierwsza rzecz, którą zrobił po wyjściu kuzynki, to nastawienie zegarka. Wreszcie czekał wedle czasu, który dla wszystkich jest wspólny...
Kuzynka wróciła. Nie zastała Dany, zostawiła jej wiadomość. Dana dziś nie zdąży, na pewno przyjedzie jutro.
Więc jutro będzie jego drugi „koniec wojny”.
Tym razem przyszli szybciej niż poprzednio.
Było przed piątą rano, kiedy usłyszał hamujący samochód, trzask drzwiczek. Obudził się w nim zając, ale było już za późno...
Dali jego ubranie uciekiniera do dezynfekcji, siedział owinięty kocem naprzeciw umundurowanego człowieka, który miał jedno ramię wyższe i kazał dokładnie, bardzo dokładnie odtwarzać drogę ucieczki oraz kto, gdzie i jak pomagał. Ale Jana S. bardziej obchodziło pytanie: kto przeszkadzał?
Po raz trzeci wzięto go do niewoli; po raz trzeci jechał na zachód. Bombardowania poprzerywały tory, unieruchomiły dworce. Odległość była ta sama, ale rozszerzyła się przestrzeń czasu konieczna do jej pokonania. Jechał z powrotem niewiele prędzej, niż zmierzał w tę stronę piechotą: dwanaście dni.
„Kiedy mnie odstawiono do oflagu, czekał już na mnie list od niej. Była to piękna odpowiedź na tamten mój list, który wysłałem w dniu ucieczki. Była też i paczka. To, co mogłem zjeść na miejscu, w swoim domu – przyszło do mnie samo...”
Do baraku przyszedł potem inny list. Kapitan F. (zaprzyjaźniony z Janem S.) napisał do domu o jego ucieczce: Janek kocha Polę i na spacerze o niej mówi. Odpowiedź od żony była pytaniem: Czy Janek wiedział, że Danusia nie jest sama? W tym zawierała się informacja, ostrzeżenie i streszczenie romansu. Omawiano to szeptem w baraku, półgłosem na spacerach. Kiedyś w latrynie podsłuchał komentarze o sobie, że jest „ofiarą ślepej miłości”, że oszukany, że frajer... Wywąchał trop, zażądał od kapitana F. najpierw listu, potem satysfakcji.
„... Próbowano mnie przekonać, że Poldek, znaczy kapitan F., nie może ponosić odpowiedzialności za listy swojej żony – zawsze była plotkarką. Odpowiedziałem: «Jeśli chodzi o jego żonę, wystarczy ta kara, że ją ma! Żądam satysfakcji za komentarze, które wypłynęły od niego. Takie uwagi obrażają nie tylko moją żonę, nie tylko mnie, ale obrażają godność całej Polski!» Nie, nie mogłem w to uwierzyć, co oni wymyślili, że Dana oddawała mnie w ręce Niemców! Za to oszczerstwo chciałem ukarać F. – źródło informacji”.
Sprawą dwóch przyjaciół zajął się sąd honorowy. Zbierali się, robili poważne miny, mówili półgłosem, sporządzali protokoły. Mieli zajęcie. Tymczasem on ucieka jeszcze raz: tym razem w myślach. Odtwarza każdy krok pierwszej ucieczki, potem drugiej. Tej jesieni przeżywa powtórnie wiosnę 1941 roku i lato 1944. Za każdym razem przebył tyle kilometrów, ominął tyle pułapek, przeprawiał się przez rzeki, by być zatrzymanym właśnie wówczas, gdy już nie posuwał się naprzód. Teraz po dziesięć, po sto razy wyświetlał w pamięci każdą minutę od momentu, gdy zaczął się jego pierwszy „koniec wojny”. Wyraz twarzy Dany. Co mówiła? Jak mówiła? Czy się bała? Czego się bała? O kogo się bała...? Próbował w swojej wyobraźni towarzyszyć jej od chwili, gdy zostawiła go w domu i poszła do pracy, ale wyobraźnia zawsze zatrzymywała ją przed budką wartownika gmachu SS.
Więc przeskakiwał trzy lata i rozkładał na minuty i sekundy czas oczekiwania u kuzynki w Bytomiu. Śledził w myślach jej jazdę do Sosnowca, widział, jak zostawia w drzwiach Dany kartkę i... – wszystko się urywało. Zostawało pytanie: Kto go wydał? Ci dwaj żandarmi z SD? Kuzynka? Sąsiedzi?
Znów wychodzi wieczorami z baraków, patrzy na wschód, bez przerwy o tym myśli.
Pewnego dnia podchodzi do kapitana F. i nakłania go, by w liście poprosił swoją żonę o bliższe szczegóły. Kapitan F. odmawia koledze; nie chce być pośrednikiem w nieszczęściu. Ale nie może już nie być głównym świadkiem oskarżenia.
„... Zacząłem w to wierzyć. Żeby to się stało, musiał przewrócić się świat. Zresztą to nie była wiara. To była matematyka. Analizowałem wszystkie okoliczności ucieczek swoich i innych oflagowców. Z tysiąca przypadków wyprowadziłem układy prawdopodobieństwa, aż wreszcie ustaliłem, że skoro nie wpadłem po drodze, gdzie wszystko było przypadkiem – to wpadnięcie na końcu drogi na pewno nim nie było. To, co niemożliwe, stało się powoli prawdopodobne, potem już prawdziwe. I wtedy znowu poszedłem do Poldka”.
Człowiek, którego znienawidził, stał mu się konieczny. Kapitan F. znał swoją żonę, umiał czytać nie tylko jej słowa, ale i myśli. Zmusił go więc do uczestnictwa w analizie tego jednego zdania w liście jego żony; studiowali je obaj, obracali na wszystkie strony, próbując wyczytać więcej, niż pozwalał na to wojenny szyfr. Analizowali poszczególne słowa, ich układy, rozwijali je, szukając tego, co autor chciał powiedzieć, jakby ten list z Kriegsgefangenenpost był utworem literackim.
„... Nie jest sama”. Mężczyźni zamknięci przez pięć lat za drutami wiedzą, jak to tłumaczyć. Wiedzą, bo się tego boją.
„... Przestałem do niej pisać. Oddawałem blankiety listów kolegom, zacząłem po raz pierwszy pisać do mojej prawdziwej rodziny. Od Dany jeszcze przychodziły listy, że czeka, że oboje się doczekamy, żebym uważał na siebie. Chowałem je, mam je do dziś, bo wiem, że jej kiedyś głośno odczytam na chwilę przed tym...”
Kiedy teraz wychodził przed barak w noc pociętą strumieniami reflektorów, nie przywoływał jej głosu. Nadsłuchiwał falującego huczenia samolotów.
Czekał teraz na prawdziwy koniec wojny.
Kapitan Leopold F. też nie spał. Pilnował Jana S. Bał się, że ten sobie coś zrobi. List od żony wciągnął go w życie porucznika. Musiał go chronić przed nim samym.
Jan S. wiedział, że nic sobie nie zrobi, że nic nie może mu się stać, nim załatwi swoją sprawę. Jedyną sprawę, która się jeszcze liczyła.
„Czekałem na koniec wojny, by znów przebijać się do niej. Myślałem o niej wciąż, może jeszcze więcej niż poprzednio. Myślałem, jak ją znajdę, by ją zabić, jak ją będę zabijał, aż zabiję, i zabijałem ją tak codziennie, a nawet po kilka razy dziennie. Już wtedy nie było od tego odwołania...”
Słuchając monologu Jana S. zastanawiałem się: czy to możliwe, by ten wyrok zapadł już tam, w oflagu? Może tak było, a może, opowiadając o tym teraz, nie potrafi już siebie tamtego widzieć innym, niż jest obecnie? Może początki nienawiści przesuwa wciąż wstecz, chcąc nadać temu uczuciu jak najdłuższy rodowód? Ale cofając pamięć – w pewnej chwili natrafia na okres, kiedy wszystko było miłością... Jak zakwalifikować czas, w którym on wierzył i kochał, ale sam był już zdradzany? Sprzedany?
Byłby to najdziwniejszy proces – przeprowadzony przez będącą w niewoli ofiarę, w odległości kilkuset kilometrów od miejsca przestępstwa, bez przesłuchania świadków, bez konfrontacji z oskarżoną, dla której nie przewidywało się ostatniego słowa przed skazaniem. Proces, przeprowadzony w myślach, miał jedną lukę: prawdopodobieństwo działało i w przeciwną stronę. Prawdopodobna była też jej niewinność. To, co wydawało się podwójną zdradą, mogło okazać się zbiegiem okoliczności, posądzeniem, pomyłką. Miał za dużo czasu, by nie brać tego pod uwagę.
Jestem przekonany, że wtedy jeszcze ten wydany przez niego wyrok nie był prawomocny nawet dla niego samego. Wymagał potwierdzenia, sprawdzenia. Ale to jest supozycją reportera, której on nie chciał potwierdzić.
,,... Cały oflag kipiał od nadziei strategiczno-politycznych: Kto nas wyzwoli? Kiedy? Ja byłem ślepy i głuchy, słyszałem tylko siebie... Kiedy bramy obozu się otwarły, uciekłem, nie czekając na zorganizowany transport”.
To była jego trzecia ucieczka i trzecia droga do niej. Pod prąd ciągnących na zachód wojsk, przez zerwane mosty, pod obstrzałem niemieckich maruderów – oddala się od wojny, niosąc ją w sobie: idzie zabić. Po tygodniu wchodzi na „marmurkową” klatkę schodową. Mieszkanie jest puste, dozorca nic nie wie (jest tu dopiero od trzech tygodni; tamten uciekł razem z Niemcami jak zresztą wielu mieszkańców tego miasta, w którym nie wolno było mówić po polsku). Kogo miał pytać? Właściwie nie zdążył w tym mieście poznać nikogo.
Jej nieobecność mówiła przeciwko niej. Musiała się zorientować, że on wie.
– Ale co pan właściwie wiedział? – spytałem go teraz.
Nie odpowiedział wprost. Wrócił do tamtych dni roku 1945, jakby wierząc, że zapisując jego myśli i uczucia jako fakty – sam znajdę odpowiedź.
Zaczął dowiadywać się o niej od nowa jak ktoś, kto chce dopiero poznać kogoś nieznajomego. Ślady urywały się, zadeptane przez wojnę. Krążył po kamienicy (w której przeżył kilka tygodni małżeństwa i kilkanaście godzin wojny), po mieście, zbierał każdy najmniejszy choćby strzępek informacji. Odszukał jej matkę. Powitała go łzami:
– Już nie ma naszej Danuśki, Niemcy ją zabrali i rozstrzelali.
Nagle więc został wdowcem. Jej matka kazała mu cierpieć z tego powodu. Przecież to on był przyczyną tego nieszczęścia, za niego zginęła Danusia.
Przygotowała mu czarne ubranie. Chodził w nim po urzędach, szukając dowodu prawdziwości tej wersji. Powiedziano mu:
– Niech jej pan raczej szuka wśród żywych! Nie mamy potwierdzenia jej śmierci, nie figuruje na żadnych spisach. Może ją wywieźli do lagru?
Wtedy łatwiej było kogoś znaleźć wśród umarłych niż wśród żywych. I to był dla niego jeszcze jeden dowód, że ona żyje!
Odwiedzał miejsca, w których ją widziano. Poznawał ludzi, którzy ją znali, a nawet tych, którzy – nie znając jej – mogli coś o niej wiedzieć. Przedstawiał się wszędzie jako jej kochający mąż. Wieczorami składał w pamięci strzępki zasłyszanych zdań, wymowne przemilczenia, współczujące wzburzenie. Każdy z jego informatorów reagował na miarę swej orientacji (niektórzy woleli nic nie wiedzieć, bojąc się sami posądzenia o współpracę z Niemcami). Nigdy nie usłyszał tylu sprzecznych zdań jak wówczas. Z tych przeciwieństw musiał ustalić jakąś syntezę, wybrać kierunek.
„... Miałem duży wybór. W jednej wersji była kochanką Niemca, który czasem chodził w mundurze, czasem po cywilnemu. Jeśli przyjeżdżał samochodem, to wóz stawiał daleko od bramy, na rogu, a sam szedł ten kawałek, niosąc paczuszki i jakieś butelki. To mówiła żona hydraulika, który poległ w Wehrmachcie pod Kurskiem, jego warsztat był w suterenie naprzeciwko. Tylko raz ten samochód stanął wprost pod bramą numer dwanaście: front był już blisko, niemieckie urzędy ewakuowały się od tygodnia. I wtedy po nią przyjechał... Gdzie indziej usłyszałem, że opiekowała się Żydówką, która uciekła z transportu w 1942 roku, a przed wojną była córką hurtownika; podobno zabrali je obie. Była też inna wersja. Jej kuzynka z Bytomia dostarczyła mi nawet zdjęcie Dany w towarzystwie inżyniera agrobiologa; rzekomo właśnie przez jego zazdrość zostałem oddany w ręce policji. Agrobiolog na Śląsku? Inne komentarze podsuwały, że ten człowiek w życiu Dany to przedwojenny komunista z Zagłębia, który ukrywał się, tropiony przez Niemców. Podobno zaraz po wkroczeniu Rosjan wysłali go na Ziemie Odzyskane, zrobili go gdzieś starostą. Może jest z nim? Ale gdzie?”
Miał do wyboru kilka wersji tej samej postaci: od zdrajczyni po bohaterkę. W zależności od tego w oczach informatorów był jej ofiarą albo nieszczęśliwym wdowcem. Zgadzał się na to. W końcu był tym, kim go stworzyła – tak, jej ofiarą, ale zarazem prokuratorem, sędzią i katem.
Uciekając uprawomocniła wyrok na siebie. Od tej chwili nastąpił Czas Tropienia. On ma wtedy trzydzieści dwa lata. (Zdjęcie z roku 1946 pozwala mi zobaczyć przystojnego, smukłego mężczyznę, ubranego w angielski battle dress, beret, spodnie podpięte spinaczami.) Dotąd był w życiu oficerem i jeńcem wojennym. Odtąd nie ma zawodu, zmienia postać, a nawet płeć: porucznik artylerii podpisuje swój anons o poszukiwaniu Danuty S. nazwiskiem jej kuzynki. Do katowickiej gazety ani do PCK nie nadchodzi żadna odpowiedź.
Jedzie do Warszawy, odwiedza gmach „Romy” przy ulicy Nowogrodzkiej i gimnazjum Platerówny przy Pięknej – tam mieści się PCK. Przez Czerwony Krzyż wówczas żywi znajdowali żywych albo umarłych. Na korytarzu spotyka kolegę ze swego pułku, któremu wydaje się, że widział jego żonę na dworcu jednego z większych miast na Ziemiach Odzyskanych. Wracał z oflagu, pociąg stał oddzielony od peronu jednym torem i tam właśnie ujrzał Danę. Jadła coś, rozmawiając z radzieckim oficerem. Wołał nawet do niej, odwróciła się, chciała podejść, ale wówczas pociąg ruszył. Jaka to była stacja – nie mógł sobie przypomnieć. Nazwy wówczas były dla eksjeńców jedynie etapami drogi powrotnej. Pamiętał tylko, że Dana miała coś zielonego na sobie.
„... Zielone? Lubiła kolor wiosennej zieleni. I błękitny... Ruszyłem na Ziemie Odzyskane. Właściwie nie wiedziałem, gdzie jadę. Nie mógłbym kupić biletu, nie znałem żadnej nazwy. Ale wtedy biletów się nie kupowało. Jechało się. Każdy gdzieś wtedy jechał. Jednostka płynęła na tej fali wędrówki ludów. Wtedy Ziemie Odzyskane to był kocioł, a zarazem... pustynia. Tam można było zniknąć nie ukrywając się. Na dawnych ziemiach pojawienie się kogoś nowego mogło zwrócić uwagę – na Zachodzie nie. Dlatego ustaliłem, a potem i uwierzyłem, że ona musi być właśnie tu...”
Tam gdzie inni szukali miejsca na życie – on szukał miejsca na jej zaplanowaną śmierć. Siła prądów, przemieszczająca całe dzielnice kraju, krzyżujące się poszukiwania, koczujące na stacjach tłumy, przypływy ludzkiej fali, która zabierała wszystko, co dało się udźwignąć, a w tym on – osobny, mający do załatwienia sprawę, w której nikt go nie mógł wyręczyć. Miał do przebadania tysiące kilometrów kwadratowych obszarów (które potem rozbiły się na pięć województw), kilka dużych miast, kilkaset miasteczek i osad. Wrócił na tereny, których topografię poznawał w czasie swoich ucieczek. (Trzykrotnie rozpoznaje miejsca, które zapamiętał z tamtych dni i nocy: pewną stację kolejową, park przy pałacu, w którym teraz było wojskowe gospodarstwo rolne, mury Paczkowa.) Teraz nie musi już wyskakiwać w biegu z pociągu. Nie okrąża miast, nie unika dworców – przeciwnie, w każdym etapowym punkcie PUR-u sprawdza, czy nie rejestrowała się tu kobieta pod nazwiskiem S.
„... Liczyłem, że ją znajdę, że nie będzie to niemożliwe. Wśród pierwszych osadników było bardzo mało kobiet, na początku polskie kobiety były tam niemal pod zbrojną ochroną. Dlatego też sam przez pewien czas byłem w milicji, ale pokłóciłem się z zastępcą starosty. Kazano mi chodzić i strzelać do zdziczałych świń. Potrzebne były do stołówek. Ja przy okazji zabijałem psy. Nie mogłem zapomnieć, że tak niedawno byłem ludzkim zającem. Zabiłem kiedyś wilczura wicestarosty. Za to spotkała mnie, oficera, obraza. Oddałem legitymację, opaskę, zatrzymałem broń, zabrałem Niemcowi rower i ruszyłem w drogę...”
Jechał teraz dniem przez okolice, którymi kiedyś przedzierał się nocą: Świdnica, Złotoryja, Bolesławiec, Żagań... Przejeżdżał przez puste wsie, gdzie wyginęły kury, a rozpleniły się myszy. Każdy dom z polską flagą, każda kartka „zajęte przez Polaka” mogły oznaczać ją. Czasem zsiadał z roweru, prosił o szklankę wody, poznawał cudze żony, które pytał o własną. Nikt się nie dziwił. Wówczas nie było takiego, co by kogoś nie szukał...
„... Można było nieraz jechać czterdzieści kilometrów i nikogo się na drodze nie spotkało, a czasem znów szli i szli ocaleni, pchali wózki, wracali z obozów. Na każdą noc zajmowałem inny dom. Miałem do dyspozycji wille, kamienice, a nieraz i całe pałacyki. Nie zawsze było to bezpieczne. Niemcy zostawiali nieraz pod schodami, w piwnicy, w piecach kuchennych miny. Widziałem szabrowników, leżących przy swoich pełnych workach z oberwanymi rękoma, tak jak się w Szwecji karało złodziei. Ja nie brałem nic. Nic nie było mi potrzebne. Czasem traciłem, co miałem. Kiedyś napadli mnie nocą dwaj rodacy, wyszarpnęli rower spode mnie i kazali cieszyć się, że życie mi zostawiają. Po nocy ciężko dyskutować z dwoma. Ledwo odszedłem dwadzieścia metrów, kiedy dogonili mnie. W świetle przejeżdżającej ciężarówki poznali angielski mundur, oddają rower z przeproszeniem, bo «przecież wszyscy jesteśmy rodakami...»”.
Żeby unosić się na fali tych przypływów i odpływów – musiał czasami coś robić. Był milicjantem, był w Wałczu pierewodczikiem w wojenkomacie, przez jedną niedzielę był pośrednikiem między Bogiem a osadnikami, tłumacząc przez kolejne dwie msze kazania, wygłaszane przez ewangelickiego księdza po niemiecku; przez trzy miesiące był pełnomocnikiem do spraw aprowizacji w Białogardzie, w magistracie w Świdnicy zajmował się spisem mienia poniemieckiego. Był pionierem, ale sam tego nie zauważał. Kiedy tak go nazywam, protestuje. Wcale nie przyjechał na Ziemie Odzyskane w tej roli. Fakt, że ją obiektywnie spełniał – nie dotarł do niego.
– Wszystko to było tylko po drodze do niej – mówi teraz. Jego poszukiwanie było przedłużeniem wojennych ucieczek. Było taką samą koniecznością. Dlatego jego monolog brzmi jak raport detektywa wykonującego narzucone zadanie. Nie ma w nim zgrzytania zębów, okrzyków wzburzenia. Uczucia rozmienione są na epizody, etapy; ich głębokość ukryta jest pod zewnętrznym opisem sytuacji, gestów, miejsc.
Słuchając, mam wrażenie, jakbym grzebał w popiele. Im więcej słów, powtórzeń, sytuacji, tym bardziej czuję zagrzebany w głębi żar. Ta monotonność, nieunikniona w każdym streszczeniu lat, coraz bardziej zamienia mnie ze słuchacza w świadka. Zaczynam uczestniczyć w tym, co już było. Zastanawiam się, co ja wiem o zielono ubranej kobiecie? Może otarłem się gdzieś o bohaterów tej relacji? Co robiłem w tym czasie? Miałem piętnaście łat, wędrówka ludów zawiodła mnie pod Zieloną Górę. Może prowadząc rower przechodził przez tę wioskę, która jeszcze wówczas nazywała się Heinesdorf, może to on pytał mnie, czy są we wsi jakieś kobiety...
„... Wtedy patrzyłem na kobiety tylko pod tym kątem, na ile są podobne do niej. Kilka razy wydawało mi się, że ją mam, szedłem za czyimiś plecami, ale to nie była ona. I wtedy zrozumiałem, że w ten sposób mogę jej nigdy nie odkryć. Muszę jej szukać nie wszędzie, nie tam, gdzie mógłby być każdy – a tam, gdzie powinna być właśnie ona...”
Porzuca dotychczasowy partyzancki system. Od tej chwili zaczyna się drugi etap, w którym badana przestrzeń uzależniona jest od psychiki poszukiwanej Dany. Przygląda się teraz swojej żonie niczym świeżo zakochany. Przywołuje jej obraz, zajmuje się w myślach jej zdrowiem, dokonuje analizy jej skłonności i uczuć. Dana była chora na nerki, kamica nerkowa powraca, może ją przywieść do szpitala, do sanatorium. Jej namiętnością był śpiew, lubiła piosenki z filmów; brała lekcje gry na fortepianie; lubiła kwiaty, była religijna...
Odtąd kieruje się w tropieniu wiarą i medycyną. Zagląda w miasteczkach do szpitali i lekarzy. W niedzielę chodzi do kościoła; obserwuje spowiadających się, zakładając u tej, na którą wydał wyrok, istnienie sumienia i pragnienie szczerej pokuty.
„... Czy sam się modliłem w tych kościołach? Nie, chyba nie można tego nazwać modlitwą, bo musiałoby to zakładać całkiem innego Boga. Po prostu tam, gdzie grały organy, chciałem najmocniej, by to się już stało, co się miało stać. Musi przecież gdzieś być!”...
Musi gdzieś być, gdyż inaczej jego istnienie nie miałoby celu. Nie miał innej przyszłości, jak szukanie, jak znalezienie. Gdzieś ma swój dom. Okien było tysiące, coraz więcej było na nich kwiatów. I to, że lubiła kwiaty, mogło ją zgubić. Przypomniał sobie, jakie najbardziej lubiła. Fikusy? Kalie? Asparagus? Pelargonie? Tyle kwiatów, tyle okien...
Im bardziej poprawiała się komunikacja – tym bardziej rozszerzała się przestrzeń, która czekała na przemierzenie. Musiał znaleźć pomocników.
„... Napisałem do wszystkich eksoflagowców, do wszystkich kolegów listy. Wiele z nich nie doszło, adresaci zmienili miejsce zamieszkania. Prosiłem o pomoc w odnalezieniu żony, Danuty S. Podawałem jej dokładny rysopis fizyczny i psychiczny: blondynka, oczy szare, wzrost średni, dobrze zbudowana, ładne zęby, chód energiczny, wesoła, na prawym nadgarstku duża blizna, towarzyska, wierząca, lubi śpiewać, zapada na nerki... Podawałem im nazwy miast i terminy, w których będę się dowiadywał na poste restante, musiałem więc z góry ułożyć marszrutę...”
W ten sposób przypadek, na który liczył, musiał zostać zaplanowany z mapą w ręce. Raz jeszcze poznawał geograficzny opis terenów, które częściowo przebył w czasie wojny na własnych nogach. Zaczął korzystać z rozkładów jazdy, z poczty. On, który przed wojną był znany ze swojej zazdrości o Danę, rozsyła jej portret dziesiątkom mężczyzn: opis kobiety, z którą ich towarzysza broni i niewoli łączy tylko nienawiść. Wedle przypadkowych szczegółów mają spośród kilkunastu milionów Polek wyłuskać tę jedną jedyną i w ten sposób bezwiednie stać się współwykonawcami wyroku.
Nie tylko ich wciągał w proces, nie pytając nawet o zgodę. Każdej kobiecie, która zwróciła uwagę na niego, przedstawiał tamtą. Pokazywał zdjęcie Dany, jedno jedyne, jakie miał (i które do dziś nosi sfatygowane i owinięte w czarny, ochronny papier), i pytał, czy gdzieś jej nie widziano. Jej następczyniom kazał zapamiętywać twarz tamtej. (Nieraz prosił, by pokazywały mu swoje zdjęcia zrobione, gdy miały dwadzieścia jeden lat; porównywał twarz z fotografii z aktualnymi rysami, badał z okrutną jawnością destrukcyjny wpływ czasu, by w swojej wyobraźni odmienić obraz twarzy tamtej, którą pamięć utrwaliła taką, jak na zdjęciu.)
„... Z żadną kobietą nie byłem przez te dwadzieścia lat dłużej niż trzy miesiące. W ogóle chyba nigdzie nie byłem dłużej. Z początku opowiadałem im prawdę o sobie: kim jestem i czego chcę, ale zauważyłem, że im dalej od końca wojny – tym bardziej moje opowieści wydawały się ludziom śmieszne. Człowiek w tym, na co go nie stać samemu, dopatruje się szaleństwa. Dlatego mówiłem, że szukam z miłości. Czasem były z tego powodu smutne, ale to im się nawet podobało. Rozumiały to...”
Lata, miesiące, dni zamazały mu się w jeden ciąg pejzaży. Kiedy pytam go, jakie pamięta dobre dni z tego czasu – zastanawia się długo, wreszcie wymienia święta wielkanocne w rodzinie pewnego kolejarza. Miał zapalenie płuc, przygarnęli go, potem dawał korepetycje kolejarskiemu synkowi z programu piątej klasy. Zatrzymywali go, chcieli swatać, mieszkanie znaleźli z poniemieckimi meblami. Odchodząc – obiecał pisać. Teraz nawet nie pamięta adresu. Ale te święta były jak w dzieciństwie, strzelał z chłopcami z kalichlorku, śmiał się.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
