Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Rok 976, północna Norwegia. Osiemnastoletnia Hanna wysiada z łodzi w porcie Mogat, z zamiarem zabicia młodego jarla Uhtreda, który odziedziczył tytuł po zamordowanym ojcu. Nikt nie wie, że wykonanie tego trudnego zadania zlecił jej okrutny wuj Olaf, uzurpator tytułu jarla Troms, w zamian za uwolnienie matki i siostry.
Zanim Hanna dotrze do dworu, spotyka na swojej drodze Ubbe, jednego z braci krwi Uhtreda i najwierniejszego przybocznego. Obdarza uczuciem obu mężczyzn, a miłość wiedzie ją w zupełnie innym kierunku niż wytyczony przez wuja cel. Odkrywa w sobie potęgę, dzięki której wzbudza strach, ale i szacunek. Buduje niekwestionowany autorytet, dzierżąc miecz i topór w dłoniach, pokonując przeciwnika niekoniecznie spoza granic powstającego państwa. Staje przed dylematem: czy podążyć za głosem serca, czy skupić się wyłącznie na ratowaniu rodziny - tej, której winna jest wierność poprzez urodzenie oraz tej, którą sama stworzyła.
Bo czas spisków i walki o władzę nigdy nie przemija.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 290
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Joanna Misztal
Projekt okładki
Maksym Leki
Fotografie na okładce
© Nejron Photo, Mike Orlov, TechPeak Crafts / shutterstock.com
Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej
Maksym Leki
Korekta
Katarzyna Nowakowska
Marketing
Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026
Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA
41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12
tel. 600 472 609, 664 330 229
www.videograf.pl
© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026
tekst © Elżbieta Downarowicz
ISBN 978-83-8293-356-7
(976 rok)
Wiosna w pełnym rozkwicie towarzyszyła Hannie, gdy stawiała swój pierwszy krok na drewnianym pomoście rozsławionego na całej północy Norwegii i wciąż rosnącego w siłę Mogat. Ten usytuowany w środkowej części okręgu Nordland* port niedawno przejął Uhtred, syn jarla Svena, któremu na koniec życia nadano przydomek „Sprawiedliwy”, bo też budował swą legendę, rządząc mądrze i wnikliwie analizując sprawy dotyczące kraju.
A czasy nastały niepewne, bo Harald Sinozęby, król Danii i od niedawna Norwegii, po zapanowaniu nad południem, północ oddał we władanie możnemu jarlowi Hakonowi Sigurdssonowi. Nie przewidział, że posiądzie on nieograniczoną władzę w królestwie, a jako gorliwy wyznawca nordyckich bóstw nie zaakceptuje chrystianizacji i zerwie posłuszeństwo wobec Danii. Przewrotny los niejednokrotnie powodował, że wierny przyjaciel jeszcze tego samego dnia postanawiał stanąć po stronie wroga, jeśli korzystał z lepszych dla siebie układów.
Uhtred nie wierzył w przypadkową śmierć ojca. W wyniku niepokojących pogłosek wzmocnił straże w porcie i na granicach okręgu, bo wielu przejawiało zakusy na te ziemie, do tego Svennader często przestrzegał syna przed „sprzymierzeńcami”. Sam niestety padł ofiarą spisku. Młody dziedzic boleśnie odczuł stratę, dodatkowo wzmocnioną faktem, iż nie potrafił dotrzeć do inicjatora zastawionej w lesie pułapki. Dopóki ta tajemnica nie ujrzy światła dziennego, postanowił utrzymać oficjalną wersję śmierci jarla, który zginął podczas polowania, rzekomo raniony przez dzika, a nie ugodzony świadomie wypuszczoną strzałą.
W oddalonym od nabrzeża dworze ogrodzonym wysokim drewnianym murem mieszkańcy Mogat czuli się w miarę bezpiecznie. Ale to też dlatego, że każdego nowego osadnika po przybyciu do portu dokładnie sprawdzano, nie patrząc na płeć i wysokość urodzenia. Stąd i Hanna – pomimo ciepłej, słonecznej pogody – po zejściu z łodzi doświadczyła wrogości wymalowanej na twarzach wysokich jasnowłosych wojów.
– Zbłąkaną owieczkę na brzegu w Troms znaleźliśmy. Mówiła, że na służbę do jarla chce iść. – Na ostro zadawane przez strażników pytania zamiast zawstydzonej dziewczyny odpowiadał stary rybak. – Jak nie, do chaty ją zabiorę. Staruszka na pewno robotę przy sieciach jakąś znajdzie.
– Niech idzie. – Jeden z nich popchnął Hannę w kierunku wioski. – Matka jarla dziewki służebnej właśnie szuka. Idź do kuchni, a baby panią zawołają. Ej, ty tam! – krzyknął i złapał za kark przebiegającego kilkuletniego chłopaka z długimi, rozpuszczonymi włosami. – Głową ręczysz za panienkę. Jak coś uknuje, pierwszy pod topór pójdziesz.
– Jak ja niby mam… – Nie dokończył, bo złapała go uspokajająco za przegub dłoni.
– Nic ci z mojej strony nie grozi – rzuciła cicho, a mimo to ją usłyszeli.
– Jemu nie, ale na jarla ostatnio wielu czyha – dodał drugi strażnik, bezpardonowo obmacując ciało Hanny ubrane w długą, ciemnobrązową lnianą suknię. – Niczego nie znalazłem. – Sprawdził luźno zwieszony w pasie skórzany rzemyk, po czym palcem wskazującym uniósł jej podbródek. – No, no – zacmokał. – Harda. – Z zaskoczeniem odkrył odwagę w brązowych oczach. – Poznałbym bliżej to niezłe ziółko. – Przeniósł drugą dłoń z ramienia na pośladek i przycisnął kobietę do siebie.
Hanna, choć osiągnęła już pełnoletność**, nie zasmakowała jeszcze miłości. Aż dziw, że urokliwa blondwłosa panna na wydaniu nie znalazła dotąd chętnych męskich ramion, które wzięłyby ją pod stałą opiekę. Strzepnęła ze złością natarczywe ręce i syknęła przez zaciśnięte zęby.
– Zioła mogę ci zaparzyć. Takie, że nie wstaniesz z łoża, do którego mnie zaciągniesz.
Zdenerwowana pociągnęła chłopaka i zeszła z pomostu. Z zaciekawieniem rejestrowała każdy najmniejszy szczegół otoczenia. Jakby w myślach rysowała dokładną mapę rozmieszczenia rybackich chat, a za nimi murów broniących wejścia do serca portu z majestatycznym dworem postawionym w najdalszym zakątku. Z dala od wścibskich oczu przypływających i na tyle bezpiecznym, by nieprzewidziany atak intruzów dotarł do nich jak najpóźniej. Wsłuchana w nawoływania kobiet i śmiech dzieci, podchodziła coraz bliżej siedziby Mogat, gdzie odgłosy zdominowały szczęk broni i okrzyki mężczyzn.
Hanna znieruchomiała na środku udeptanej drogi, wprawiając towarzyszącego chłopca w zdumienie. Popędzał ją, ciągnął za rękę, a ona mimo to stała hipnotycznie zapatrzona w mężczyznę opierającego obie dłonie na rękojeści wbitego w ziemię miecza. Obserwował spod zmarszczonego czoła ćwiczących na placu młodych wojowników z ledwo zauważalnym uśmiechem na twarzy. Niesforne krótkie jasnobrązowe włosy na czubku głowy nijak nie pasowały do długiej, opadającej na plecy, mocno ściśniętej kity. Wąsy i gęsta broda w tym samym kolorze nadawały mu barbarzyńskiego wyglądu. Pełne dzikości kasztanowe oczy momentalnie wychwyciły obecność obcej kobiety. Ta dostrzegła w nich chwilowy zachwyt ustępujący miejsca wrogiej podejrzliwości.
Kiedy energicznym krokiem ruszył przez plac, zapytała pełnym fascynacji głosem.
– To Uhtred?
– Nie. To Ubbe, najlepszy przyjaciel i wierny przyboczny jarla. – Zdążył wyjaśnić, zanim mężczyzna stanął przed nimi.
– A wy dokąd? – Głęboki głos wyrwał ją z zamyślenia. – Nie przestrzegasz rozkazów. – Złapał chłopaka za gardło i uniósł ponad ziemię.
– Strażnicy przepuścili – wychrypiał, odskakując na bezpieczną odległość. – Sprawdzili…
– Raczej obmacali dokładnie – wtrąciła, wciąż patrząc na wojownika z lekko rozchylonymi ustami.
– Nie działają na mnie takie podchody. – Wychwycił przyspieszony oddech i rozanielony wzrok Hanny. – Daruj sobie i zamknij buzię, dziewko, bo śmiesznie wyglądasz.
Przez dłuższą chwilę walczyli, kto dłużej utrzyma spojrzenie. Ustąpili jednocześnie, kiedy z daleka dobiegło do nich wołanie.
Piękny. To pierwsze skojarzenie przyszło Hannie do głowy, gdy obserwowała, jak Uhtred uczy młodą drużynę władania mieczem. Wyłącznie kolor włosów mieli identyczny, bo różniło go od Ubbe wszystko. Przynajmniej jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Co do waleczności obydwu nie miała wątpliwości, gdyż chłopcy już od małego poznawali i doskonalili sztukę wojowania. Brak okazywania litości przypisywano każdemu, kto trafiał na nauki podstawowego rzemiosła wikinga.
Tę bezkompromisowość w gestach i zachowaniu wykazywał Ubbe. Kiedy szedł, niczym taran mógłby przebić mury. Ruchy Uhtreda ujawniały większą łagodność. Uśmiechnięte, wykrojone w kształcie serca usta zdradzały biel równych zębów. Nie karcił uczniów, a z pobłażliwością przypisaną opiekuńczym ojcom pokazywał tak długo dany ruch, aż wykonali go poprawnie. Nie golił głowy, nie związywał długich włosów ani nie nosił brody zaplecionej w warkoczyki, jak wielu starszych wojów. Biła z niego młodzieńcza brawura i pragnienie podejmowania ryzyka.
Zapobiegliwy i wyczulony na niebezpieczeństwo Ubbe pewnie doskonale uzupełniał ten pozytywny rodzaj szaleństwa Uhtreda. Dlatego nagle zapragnęła poznać bliżej obu mężczyzn, choć przecież otrzymała jasne zadanie do wykonania.
– Możemy już iść? – spytał w końcu chłopiec. – Matka mi uszy wytarga, że na tak długo zniknąłem. Odstawię panienkę przed drzwi kuchni…
– Sam ją zaprowadzę – warknął Ubbe. – A ty… – potrząsnął ramieniem Hanny – przestań się gapić na jarla. Pracy szukasz czy zamierzasz go uwieść?
– Kto wie? Pewnie jedno i drugie.
Spojrzała mu kolejny raz w oczy wyzywająco i przeszła przez plac, specjalnie kołysząc biodrami, świadoma, że obaj na nią patrzą. Jeden z nienawiścią, a drugi z rosnącym zainteresowaniem.
Gdyby wiedzieli, z jakim zamiarem przybyła do Mogat, padłaby ugodzona strzałą, toporem lub mieczem, zanim by weszła na pierwszy schodek okazałego dworu.
* Okręgi Norwegii według obecnie obowiązującego podziału administracyjnego.
** Pełnoletność w dzisiejszym rozumieniu, bo w tamtych czasach dziewczynki w wieku 12 lat mogły wychodzić za mąż. Istniał też termin fullræði, według którego kobieta uzyskiwała pełnoletność dopiero wówczas, gdy nie miała męskiego opiekuna (np. wdowa). W Norwegii w X wieku typowy wiek pełnoletnich kobiet to około 20 lat.
(jesień – 976 rok)
– Zabij go! Masz zabić! – syczała wykrzywiona z nienawiści twarz przypominająca czarnego kruka. – Zabić! Rozumiesz? Inaczej nigdy nie ujrzysz ich żywych.
Spoconą Hannę po raz kolejny z okropnego snu wyrwał jej własny krzyk. Usiadła na łóżku i spłoszona rozejrzała się wokół. Na szczęście w maleńkiej przykuchennej izbie spała tylko ona.
– Nie zrobię tego – szeptała, jak co noc od ponad miesiąca, kiedy zamieszkała w Mogat, a koszmar dopadał ją, gdy zmęczona przykładała głowę do poduszki. – Nie zabiję. Nie jego. Nie potrafię. – Wyszła na zewnątrz,odnajdując chwilowe ukojenie.
Rzadko bywała sama. Praca od świtu do nocy zawsze w czyimś towarzystwie sprawiała jej wiele przyjemności, ale nocne rozterki wolała przeżywać w samotności. Jak miała wytłumaczyć postronnym dopadające przerażenie, zapierające dech w piersiach i powoli doprowadzające do obłędu? Jedynie w obecności kobiet w kuchni odczuwała pewnego rodzaju komfort, bo przy nowo poznanych mężczyznach, zwłaszcza tych dwóch z pierwszego starcia z obcymi, wpadała w popłoch. Prowadziła wewnętrzną walkę do tego stopnia, że sukcesywnie ich unikała, chociaż wtedy złapali ją w sidła swojego uroku.
Gdyby kazano jej w tej chwili wybierać, rozszalałe serce nie wiedziałoby, czy Uhtred czy też Ubbe zaspokoiłby rosnące pragnienie.
Dlatego na tyłach domostwa, z dala od placu ćwiczeń, warzyła zioła i mieszała mikstury. A kiedy potwierdziła umiejętności lecznicze, pomagając dziewce służebnej, pani Runa, matka jarla, pozwoliła jej na szerszą praktykę. Chodziła zatem nieśmiało od chaty do chaty i zostawiała nieprzekonanym maści, głównie na szybsze gojenie ran oraz skaleczeń. Przełom nastąpił, gdy sama władczyni nagle zachorowała. Hanna niezwłocznie wyruszyła na poszukiwanie macierzanki tymianek, przygotowując z niej syrop świetnie działający na kaszel. Podany lek dowiódł, że zielarka wie, co robi, i przekonał mieszkańców Mogat, którzy od tamtej pory częściej oraz śmielej pukali do drzwi jej maleńkiej sypialni, prosząc o poradę, aż stanęła przed naprawdę trudnym wyzwaniem.
***
Od jakiegoś czasu do dworu docierały informacje o napadach żądnych bogactw Duńczyków na granice okręgu. Dopóki wojowie odpierali ataki małych oddziałów, dopóty Uhtred nie interweniował osobiście. Kiedy jednak zajmowali wioskę za wioską, nie czekał na wezwanie. Przez całe lato pokonywali wroga, odzyskując należne ziemie. Ale i ich w końcu dopadło zmęczenie, bo choć wygrywali potyczki, straty także ponosili znaczne. Wraz z pierwszymi spadającymi z drzew liśćmi przetrzebieni wrócili do Mogat, ciągnąc na wozach rannych, wśród nich z głębokim zaognionym cięciem na prawym ramieniu jarla Uhtreda.
– Wołajcie Hannę. – Ledwo przekroczyli próg dworu, Runa wydała polecenie.
– To obca – nie omieszkał zauważyć Ubbe, tarasując swą posturą przejście.
– A znasz kogoś innego, kto potrafi leczyć? – Uniosła wysoko głowę niskiego wzrostu matka Jarla. – Jechaliście tak długo, że Uhtreda dopadła gorączka. Zauważyłeś?
– A co, jeśli…
– Ręczę za nią! – przerwała ostro dyskusję.
– A ja nie. Przypilnuję każdego kroku, jaki wykona, i sprawdzę miksturę…
– Ciekawe. – Z powątpiewaniem wzruszyła ramionami i bez skrępowania zaczęła rozbierać syna. – Pomożesz, czy starej kobiecie każesz dźwigać wielkiego chłopa?
Z tym określeniem „stara kobieta” mocno przesadziła. Poślubiła ojca Uhtreda jako młodziutka dziewczyna, gdy poświadczyła swą zdolność do rodzenia dzieci. Obaj mężczyźni niedawno przekroczyli dwudziesty rok życia, więc wieść o nieoczekiwanym wdowieństwie Runy, będącej w kwiecie wieku, już dotarła do niejednego domostwa. Potencjalni kandydaci na męża kusili atrakcyjnymi posagami, które na razie, z uwagi na starcia w okręgu, odłożono i potraktowano jako oferty godne rozpatrzenia.
Zanim Hanna weszła do ciepłej sypialni, zdążyli obmyć pokryte brudem ciało. Rana rzeczywiście nie wyglądała dobrze. Zaognione brzegi i czerwone policzki jasno wskazywały na niebezpieczeństwo. Runa nie znała sposobu na zwalczenie infekcji poza zimnymi okładami na czoło, dlatego pełnym nadziei wzrokiem spojrzała na służącą.
– Muszę pójść do lasu.
– Pięknie! – westchnął z irytacją Ubbe.
– By znaleźć lipę! – warknęła w odpowiedzi na wrogość, z jaką się do niej odnosił. Od czasu wiosennej rozmowy na placu jakoś później na siebie nie wpadli. – Tylko o tej porze kwiaty dawno przekwitły. Może chociaż kory naskrobię albo nie, wierzby poszukam! – krzyknęła ucieszona, omijając Ubbe i całą uwagę skupiając na swojej pani.
– Chłopak stajenny ci pomoże, bo wierzby nad strumieniem bardziej niż nad morzem rosną. Kawał drogi stąd. Weźcie konie i pędźcie, bo czas nagli.
– Ja z nią pojadę.
– Ty przynieś wielką balię i włóżcie Jarla do chłodnej wody. To pomoże zapanować nad gorączką zanim wrócimy. – Wyszła, zostawiając go oniemiałego, z otwartymi ustami.
Zaskoczyła Ubbe swoją bezczelnością. Dotąd wszystkie kobiety, z którymi miał do czynienia, sztuczną kokieterią pragnęły wzbudzić jego zainteresowanie, bezpardonowo proponując łóżkowe igraszki. Wystarczyło kiwnąć głową i wskazać ustronne miejsce, by dać upust nagromadzonym emocjom. Imponowało mu to. Gorzej było później. Tymczasowe obiekty westchnień wodziły za nim tęsknym wzrokiem, podczas gdy on zdecydowanie wolał wojaczkę, a nie spędzanie czasu w zaciszu domowego ogniska z żonką u boku. Pragnął miecz nosić na plecach, topór u pasa i uciekać na długie wyprawy, niż żyć skrępowany więzami obietnicy złożonej w obliczu bogów.
Mylnie założył po pierwszym spotkaniu, że Hanna należy do tego samego typu kobiet, które często stawały na jego drodze. Obserwował z daleka, jak służy do stołu i z ukradkowym uśmiechem słuchał odważnie wygłaszanych ostrych ripost do obmacujących ją wojów. Raz nawet jednego w gębę walnęła i wcale nie przestraszyła jej cisza, która po tym incydencie zapadła. Wręcz przeciwnie. Starła rozlane piwo ze stołu i – odprowadzana przez wiele spojrzeń zaskoczonych mężczyzn – płynnie przeszła przez salę z wysoko uniesionym podbródkiem. Na żadnego nie zwracała szczególnej uwagi, nawet na Uhtreda, od którego w dniu przyjazdu wzroku nie mogła oderwać.
– Zawróciła ci w głowie? – Runa nie owijała w bawełnę.
– Oby Uhtredowi nie zawróciła, bo jemu inna wielka pani obiecana.
– Nie potrzebuję kobiety – rzucił pod nosem, zły na siebie. Wiele razy powtarzał to kompanom podczas wieczornych biesiad przy piwie.
– Pójdziesz w końcu po tę balię? – skończyła z szerokim uśmiechem, na co Ubbe prychnął i wyszedł z sypialni.
Długo nie wracali. Nastała głęboka, ciemna noc, gdy usłyszeli tętent koni. Hanna, nie zwlekając, zawiesiła nad paleniskiem w kuchni garnek z wodą i zabrała się do ucierania kory. Przygotowany napar próbowali wlać Uhtredowi w gardło. Runa, bo Ubbe kategorycznie podkreślił, że zielarka ma się do niego nie zbliżać. Coś ciągle go w tej kobiecie niepokoiło. Nie wiedział co, więc wolał ją trzymać z daleka od Jarla. W końcu zmęczony trudami podróży i niepokojem o przyjaciela ustąpił, pozostawiając kobiety przy łożu rannego.
Runa wytrwale siedziała wyprostowana na wysokim krześle, ale i ją ostatecznie zmorzył sen. Tylko Hanna z obawą trzymała powieki otwarte. Wiedziała, że jeśli zamknie oczy, koszmar powróci, a świadków takiego stanu rzeczy nie potrzebowała. Przysiadła u wezgłowia i oddychała cichutko. Jeden raz, podczas którego widziała Uhtreda, to zdecydowanie za mało. Wykorzystała okazję, by nacieszyć się jego widokiem na zapas. Od nowa poznać zarys pociągłej twarzy, przebiec opuszkami palców po kościach policzkowych, zarysować brwi, przejechać po nasadzie nosa i skończyć na lekko rozchylonych ustach. Odrzucając pokusę, szybko przeniosła palce na mocną szczękę pokrytą wbrew przypuszczeniom jakże miękkim zarostem. Obserwowała, jak klatka piersiowa, unoszona spokojnym oddechem, lekko faluje. Nagi tors pozbawiony nadmiernego owłosienia zachęcał do złożenia namiętnych pocałunków.
Zapragnęła, by duże dłonie z długimi palcami przenieść na swoje biodra, ale onieśmielona spuściła głowę. Na krótką chwilę, bo jego głębokie westchnienie ponownie przyciągnęło jej uwagę. Wtedy dostrzegła ten wyjątkowy kolor oczu. Niebo bez chmur tak jasne, że niemal przezroczyste. Skupiona na intensywnej szarej barwie, za późno odkryła, że patrzy na nią podejrzliwie.
Bez słowa złapał ją zdrową ręką za przegub dłoni i szarpnięciem przyciągnął do siebie. Odskoczyła przerażona.
– Co chciałaś zrobić? – zapytał zachrypniętym głosem. – Mów, dziewko, zanim każę cię ściąć! – Próbował wstać, ale osłabiony opadł ponownie na posłanie.
– Ja… ja… przygotowałam miksturę…
– Truciznę?! – syknął.
– Nie! Taką na obniżenie gorączki. Wierzbę znalazłam – bełkotała.
– Nie za bardzo pomogła. Straże! – ryknął, budząc matkę.
– Panie, pozwól mi inną mieszankę przyłożyć na ranę. – Nie przestraszył jej krzyk Uhtreda i wojowie w progu sypialni.
– Synu… – Natychmiast stanęła przy łóżku, ale nie pozwolił jej dokończyć.
– Kogo tu, matko, sprowadziłaś? Śmierć ojca niczego cię nie nauczyła?
– To służka jeno – oznajmiła zaskoczona Runa. – Na ziołach…
– Jak na ziołach, to i na truciznach – warknął i jęknął z bólu.
– Synu, ojciec odszedł, ale ty nie musisz. Mogat straci dwóch panów, jeśli nie spróbujemy – mówiła łagodnym tonem.
– Przylazła… Nie wiadomo skąd i po co… – wyrzucał słowa, głęboko oddychając. – Co o niej wiesz?
– Mnie uratowała i innych w wiosce też. Daj jej szansę.
– Dam. – Sięgnął po leżący obok nóż i znowu złapał za przegub Hanny. – Jak sobie też tę maść przyłoży, a przywiązana do łoża wyzdrowieje ze mną. – Po czym naciął głęboko całą szerokość wnętrza lewej dłoni.
Nie usłyszał nawet najmniejszego piśnięcia. W pierwszym momencie dostrzegł strach, który wraz z wbijanym ostrzem znikł szybciej, niż Uhtred dokończył. Spływająca na posłanie krew tworzyła coraz większą plamę, a Hanna ani jednego dźwięku nie wydała, ani jednej łzy nie uroniła.
– Idź z nią – rozkazał przybocznemu, wciąż skołowany obserwując służkę. – Weźcie odpowiednią mieszankę, a potem przywiąż dziewkę do nogi łoża.
– Synu, mam nadzieję, że wiesz, co czynisz. – Zdenerwowana Runa opuściła alkowę.
Zaglądała do niej później tylko po to, by sprawdzić, jak traktuje dziewczynę. Skoro z upływem czasu zza drzwi nie dochodziły żadne odgłosy, uznała, że albo spali, albo drzemali, więc wróciła do swoich obowiązków.
Hanna, nie zważając na pytające spojrzenia Uhtreda, w równych odstępach czasu nakładała świeżą warstwę ziół najpierw na swoją dłoń, a zaraz potem na długą, ciągnącą się przez całe ramię, ranę Jarla. Nie wytrzymała długo bez snu, leżąc zwinięta w kłębek na miękkiej skórze niedźwiedzia tuż przy łożu. Po raz pierwszy od dawna spokojnie spała. Zamiast wrzeszczącej i wydającej rozkazy twarzy czarnego kruka obudził ją chłód nocy. Uhtred także drżał z zimna, walcząc z gorączką. Zaryzykowała i najpierw przysiadła obok. Delikatnie i nader powoli przesuwała się cal po calu z samego brzegu, by ostatecznie ogrzać mężczyznę swoim ciałem. Leżąc nieruchomo, z obawą przyjmowała najmniejszy jego ruch, wreszcie i do Uhtreda przyszedł w końcu upragniony spokój.
Nawet nie pomyślała o próbie poluzowania więzów. Przecięcie ich graniczyło z cudem, kiedy ciasno ściągniętym nadgarstkom pozostawiono niewielkie pole do działania. Zresztą czuwająca przy drzwiach straż nie pozwoliłaby Hannie zrobić swobodnego kroku, bo otrzymali czytelny rozkaz. Za próbę ucieczki przewidywano jedyną możliwą karę – śmierć.
A ona przecież nie po swoją śmierć przybyła do nadmorskiego Mogat.
***
Ubbe ze zniecierpliwieniem i bez uprzedzenia wtargnął do alkowy Jarla. Stanął w progu oniemiały. Nie takiego widoku oczekiwał. Patrzył na dwa zwrócone w swoim kierunku ciała z rosnącą nienawiścią. Uhtred, podobnie jak on kiedyś, nie przepuszczał żadnej okazji do miłosnych igraszek. Nie narzekał na nadmiar zainteresowania, choć uczuć nie odwzajemniał, odkładając wierność i oddanie dla przyszłej małżonki.
Nie zachowanie przyjaciela jednak wzbudziło w nim złość, lecz Hanny. Zmrużył oczy, zmarszczył czoło i zacisnął dłonie w pięści. Wybiegł z dworu i wskoczył na pierwszego konia, jakiego znalazł. Pędził na nieosiodłanym zwierzęciu, próbując rozgonić natłok złych myśli.
Nadzieja, jaką pielęgnował przez noc, ulatywała wraz z przejściem do galopu. Szansa na stabilizację momentalnie zmalała do zera, za to wściekłość przybrała niebotyczne rozmiary. Poganiał wierzchowca, przeklinając pod nosem najpierw swoją głupotę, że w ogóle pomyślał o Hannie jako kandydatce na żonę, a potem kobietę, że nie była ideałem, który stworzył przed świtem w swojej wyobraźni. W ostateczności i Uhtreda obrzucał inwektywami, że tuż przed zakończeniem negocjacji intratnego kontraktu małżeńskiego bałamuci kolejną rozanieloną pannę podatną na jego niewątpliwy urok.
– Niech nie szuka pocieszenia w moich ramionach! – gadał na głos, tłumiony przez świszczący wiatr. – Niech sobie nie myśli, że przeskoczy z łoża do łoża, kiedy przysięgnie innej. Służącej na żonę nie weźmie, choć tuzin prawo pozwala mu przygarnąć. Przy kim innym niech płacze i biadoli na swój los. Jak tylko na krok się zbliży, zacisnę dłoń na gardle i nie puszczę, dopóki nie wyda ostatniego tchnienia.
Dopiero następnego dnia wrócił do dworu zmęczony, głodny i równie wściekły, jak wtedy, gdy go opuszczał. Zamierzał niepostrzeżenie przemknąć do kwatery, najeść się do syta i upić do nieprzytomności, ale niestety zaraz po otwarciu wrót wpadł na Hannę. Lustrujące spojrzenie, jakim obdarzył młodą kobietę, zatrzymało ją w nieruchomej pozycji. Ubbe często pochylał podejrzliwie głowę, sprawiając wrażenie przygarbionego, a w rzeczywistości badającego wroga, ale tym razem, gdyby nie Runa, z pewnością doszłoby między nimi do konfrontacji, nie tylko słownej. W ostatniej chwili wdowa stanęła przed mężczyzną, kładąc uspokajająco dłoń na jego policzku.
– Za co? – szepnęła Hanna, gdy odszedł.
– Kto zrozumie młodzieńcze oszukane serce? – Zmusiła służącą do kontaktu wzrokowego.
– Niczego mu nie obiecałam – wyrzuciła szybko. – Raptem dwa razy rozmawialiśmy.
– Hanno, dobrze przemyśl, w kim lokujesz uczucie.
– Pani, przecież to twój syn – odparła zaskoczona.
Odpowiedziało jej długie milczenie, po którym Runa, tak jak w przypadku Ubbe, położyła dłoń na policzku Hanny, odpłynęła daleko myślami i cichutko dodała.
– Masz w sobie wielki dar, dziecko. Nie o leczenie chodzi. – Z zainteresowaniem patrzyła w zdziwione brązowe oczy. – Jeszcze go nie odkryłaś, ale on już walczy o uwagę. Czas ucieka… Powierzone obecnie zadanie to nie twoja ścieżka… Odzyskaj moc… Tak… Zwalcz pokusę i działaj, bo…
– Wieszczysz, pani?
– Co mówisz? – Runa jakby nagle wyszła z transu. – Dlaczego opuściłaś komnatę Uhtreda?
– Jarl zdrowieje.
– Ale na nogi jeszcze samodzielnie nie stanął – powiedziała z gniewem, zostawiając oniemiałą Hannę w wielkiej sali.
Dołożyła wszelkich starań, by nastąpiło to jak najszybciej, jednocześnie unikając kontaktu z Ubbe.
Instynkt samozachowawczy trzymał ją z daleka od mężczyzny, na szczęście dającego upust wzburzeniu na polu ćwiczebnym. Nie skąpił sił, by szkolić kolejnych rekrutów, żądając przede wszystkim od siebie coraz więcej i więcej. Wszystko robił, by o zmroku nie myśleć i bez upojenia miodem paść na łoże bez sił. O świcie znowu najczęściej jego zmysłowy, niski i lekko zachrypnięty głos jako pierwszy wydawał polecenia przyszłym wojom.
Dopiero z nastaniem zimy dołączył do niego Uhtred. Przyboczny Jarla mocno wówczas trzymał nerwy i język na wodzy, by nie zdradzić urazy, bo dawał wiarę pogłoskom, że Hanna częściej noce spędzała w alkowie pana Mogat niż w swoim maleńkim pokoiku przy kuchni. Prawda nie otrzymała szansy na powstrzymanie złych podszeptów. Zresztą sama zainteresowana nie za bardzo chciała ją prostować, odsuwając w niepamięć ich pierwsze fatalne zbliżenie.
