Rzeka tajemnic - Dennis Lehane - ebook

Rzeka tajemnic ebook

Dennis Lehane

0,0

Opis

 

 

Sean Devine, Jimmy Marcus i Dave Boyle przyjaźnili się w dzieciństwie. Pewnego dnia na ulicy pojawił się tajemniczy samochód. Jeden z chłopców wsiadł do niego. To, co zdarzyło się później, naznaczyło wszystkich trzech na całe życie. 
Teraz, po wielu latach, morderstwo ponownie związało ich losy. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Małomicach
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (5) 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 606

Rok wydania: 2003

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

RZEKA

TAJEMNIC

 

DENNIS LEHANE

 

RZEKA TAJEMNIC

 

Z angielskiego przełożyłŁukasz Nicpan

 

Świat Książki

 

Tytuł oryginałuMYSTIC RIVER

 

Zdjęcie na okładce© 2003 Warner Bros. Ent.

All rights reserved

 

Redaktor prowadzący

Ewa Niepokólczycka

 

Redaktor

Barbara Syczewska-Olszewska

 

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

 

Korekta

Joanna Łazowska

Tadeusz Mahrburg

 

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do zdarzeń, miejsc i osób (żywych czy umarłych) jest całkowicie przypadkowe.

 

Copyright © by Dennis Lehane 2001All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Łukasz Nicpan, 2003

 

Świat KsiążkiWarszawa 2003

 

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

 

Druk i oprawa

Finidr, Czechy

 

ISBN 83-7311-559-5

Nr 3683

 

Mojej żonie Sheili

 

Nie rozumiał kobiet. Nie tak jak ich nie rozumieją barmani czy komicy, lecz tak jak biedacy nie rozumieją ekonomii. Mogliby przez całe życie od rana do wieczora sterczeć przed gmachem Girard Bank, a i tak nie zrozumieliby tego, co dzieje się w środku. Dlatego w skrytości serca woleliby raczej zrobić skok na sklep ze słodyczami.

 

Pete Dexter God’s Pocket

 

Nie ma takiej ulicy, której milczą bruki, ani domu, gdzie echa nie czają się stuki.

 

Góngora

Podziękowania

Dziękuję, nie po raz pierwszy, sierżantowi Michaelowi Lawnowi z Wydziału Policji Watertown; Brianowi Honanowi, radnemu miasta Boston; Davidowi Meierowi, naczelnikowi Wydziału Zabójstw przy Biurze Prokuratora Okręgowego hrabstwa Suffolk; Teresie Leonard i Ann Guden za korektę wszystkich moich błędów i Tomowi Murphy’emu, właścicielowi zakładu pogrzebowego „James A. Murphy i Syn” w Dorchester.

Szczególny dług wdzięczności zaciągnąłem u Roberta Manninga z policji stanowej Massachusetts, który poddał mi temat tej powieści i z anielską cierpliwością odpowiadał na moje pytania, nawet te najgłupsze.

Najserdeczniejsze podziękowania składam mojej cudownej agentce literackiej, Ann Rittenberg, i wspaniałemu wydawcy, Claire Wachtel, za ich opiekuńczą troskę.

ICHŁOPCY,KTÓRZY UCIEKLIWILKOM

(1975)

1Dwie dzielnice

Kiedy Sean Devine i Jimmy Marcus byli dziećmi, ich ojcowie pracowali razem w fabryce słodyczy Colemana, skąd przynosili do domu zapach masy kakaowej. Tą czekoladową wonią w końcu na trwałe przesiąkły ich ubrania, łóżka, w których spali, ceratowe oparcia siedzeń w samochodach. Kuchnia w domu Seana pachniała krówkami, jego sypialnia ptasim mleczkiem. Jedenastoletni Sean i Jimmy tak serdecznie znienawidzili wszelkie słodycze, że do końca życia pijali czarną kawę bez cukru i nie brali do ust deserów.

W soboty ojciec Jimmy’ego wpadał do domu Devine’ów do ojca Seana na piwko i zabierał ze sobą Jimmy’ego. Podczas gdy jedno piwko zmieniało się w sześć, doprawionych kilkoma szklaneczkami szkockiej whisky, Jimmy i Sean bawili się na podwórku, czasem w towarzystwie Dave’a Boyle’a, chłopaczyny o dziewczęcych nadgarstkach i kiepskim wzroku, który stale opowiadał dowcipy zasłyszane od swoich wujków. Zza moskitiery w kuchennym oknie dobiegały chłopców trzaski otwieranych puszek piwa, wybuchy chrapliwego śmiechu i głośne pstrykanie zapalniczek, którymi panowie Marcus i Devine przypalali sobie nawzajem papierosy Lucky Strike.

Ojciec Seana miał lepszy zawód, był brygadzistą. Wysoki i jasnowłosy, z figlarnym, ujmującym uśmiechem, na którego widok - Sean często bywał tego świadkiem - topniał w jednej chwili gniew matki, zupełnie jakby ktoś przekręcił jej w środku jakiś pstryczek. Ojciec Jimmy’ego ładował towar na ciężarówki. Był drobny, miał ciemne włosy opadające na czoło niesforną grzywką, a oczy wiecznie błyszczące rozbawieniem. Poruszał się szybko jak fryga; nim zdążyłeś mrugnąć powieką, już był w drugim końcu pokoju. Dave Boyle nie miał ojca, jedynie gromadę wujków, a bywał na tych sobotnich spotkaniach wyłącznie dlatego, że umiał uczepić się Jimmy’ego jak rzep psiego ogona. Ledwo zobaczył, jak Jimmy wychodzi z ojcem z domu, już zjawiał się zdyszany koło samochodu i pytał z nadzieją w głosie: „Cześć, Jimmy, jak leci?”.

Mieszkali wszyscy w East Buckingham, kawałek na zachód od śródmieścia, w dzielnicy ciasnych narożnych sklepików, małych podwórek i sklepów rzeźniczych, w których witrynach wisiały krwawe połcie różowego mięsa. Bary nosiły nazwy irlandzkie, przy krawężnikach parkowały samochody najtańszych marek, głównie Dodge Darts. Kobiety wiązały chustki z tyłu głowy i nosiły małe, zamykane na zatrzaski torebki z dermy, a w nich papierosy. Zaledwie kilka lat wcześniej z ulic wywiało wszystkich starszych chłopców, jakby porwało ich UFO. Posłano ich na wojnę. Wrócili po paru latach nie ci sami, jakby wypaleni, lub nie wrócili wcale. W ciągu dnia matki szukały w gazetach ogłoszeń o wyprzedażach. Nocami ojcowie przesiadywali w barach. Znało się tam wszystkich. Nikt, poza tymi, co poszli na wojnę, nigdy się stamtąd nie wyrwał.

Jimmy i Dave pochodzili z okolicy zwanej Flats, położonej w dole nad kanałem Penitentiary po południowej stronie Buckingham Avenue. Od ulicy Seana dzieliło ich tylko dwanaście przecznic, ale Devine’owie mieszkali już po północnej stronie alei, w dzielnicy zwanej Point, a Flats i Point raczej się ze sobą nie mieszały.

Nie dlatego, by w Point ulice kapały od złota czy była to okolica mlekiem i miodem płynąca. Point było zwykłą dzielnicą robotniczą, przed skromnymi domami o dwuspadowych dachach i nielicznymi domkami w stylu wiktoriańskim parkowały chevrolety, fordy i dodge. Jednak mieszkańcy Point mogli o sobie powiedzieć, że są właścicielami, posiadaczami. Natomiast mieszkańcy Flats byli tylko najemcami. Rodziny z Point chodziły do kościoła, na ogół się nie rozpadały, w miesiącach przedwyborczych stawiano tam na rogach ulic tablice reklamowe. Rodziny z Flats żyły nędznie, gnieździły się po dziesięć osób w ciasnych mieszkankach, na zaśmieconych ulicach (Sean i jego koledzy ze szkoły nazywali tę dzielnicę Wysypiskiem), wegetowały na zasiłku, posyłały dzieci do szkół państwowych i często się rozpadały. Sean chodził w czarnych spodniach, czarnym krawacie i niebieskiej koszuli do szkoły parafialnej Saint Mike’s, natomiast Jimmy i Dave do państwowej budy imienia Lewisa M. Deweya na Blaxston. Nazywali ją Looey & Dooey i mogli do niej chodzić w codziennych ubraniach, co sobie chwalili, ale że nosili je zwykle i w piątek, i w świątek, chwalili to sobie już mniej. Byli cali jacyś zatłuszczeni, mieli przetłuszczone włosy, przetłuszczoną cerę, wyświecone od tłuszczu kołnierzyki i mankiety. Wielu miało wągry i przedwcześnie kończyło szkolną edukację. Dziewczęta często przychodziły na rozdanie świadectw w sukienkach ciążowych.

Gdyby więc nie ich ojcowie, chłopcy prawdopodobnie nigdy by się ze sobą nie zaprzyjaźnili. Nie spotykali się w dni powszednie, jedynie w soboty, było jednak w tych dniach coś niezwykłego - niezależnie od tego, czy bawili się na podwórku, czy włóczyli po zwałowisku żwiru przy Harvest Street, czy wsiadali do metra i jechali do śródmieścia, w żadnym innym celu jak tylko po to, by pędzić ciemnymi tunelami, słuchać grzechotu wagonów i zgrzytu hamulców na łukach torów i przyglądać się mrugającym światełkom. Sean porównałby to do wstrzymania oddechu. W towarzystwie Jimmy’ego wszystko się mogło zdarzyć. Ten chłopak, jeśli nawet był świadom istnienia jakichś reguł zachowania - w metrze, na ulicy czy w kinie - nigdy się do nich nie stosował.

Kiedyś na peronie stacji South rzucali do siebie pomarańczową piłkę do ulicznego hokeja, Jimmy nie zdołał chwycić podania Seana i piłka stoczyła się na tory. Zanim Sean zdążył zmiarkować, co się dzieje, Jimmy już zeskoczył z peronu na tory, między myszy, szczury, w sąsiedztwo trzeciej szyny.

Ludzie na peronie wpadli w szał. Zaczęli wrzeszczeć na Jimmy’ego. Jakaś kobieta poszarzała na twarzy, upadła na kolana i zaczęła się drzeć jak opętana: „Wyłaź stamtąd, ale już, do jasnej cholery!”. Do uszu Seana dobiegł głuchy łoskot. Mógł to być odgłos pociągu wjeżdżającego w tunel przy stacji Washington Street albo echo przejeżdżających w górze ulicą ciężarówek. Czekający na peronie pasażerowie również usłyszeli ten dźwięk. Zaczęli gwałtownie gestykulować i rozglądać się na prawo i lewo w poszukiwaniu funkcjonariuszy ochrony metra. Jeden z mężczyzn zasłonił przedramieniem oczy swojej córki.

Jimmy ze zwieszoną głową szukał tymczasem piłki, zaglądając w ciemność pod peronem. W końcu ją znalazł i spokojnie otarł rękawem koszuli z czarnej mazi, jaką była powalana, całkowicie ignorując ludzi, którzy klęczeli na żółtej linii i wyciągali ku niemu ręce.

Dave trącił Seana łokciem i mruknął, trochę nazbyt głośno:

- Ale jaja, co?

Jimmy ruszył między torami w stronę schodów u dalekiego końca peronu, gdzie ział czarną gardzielą tunel metra i skąd dolatywał coraz potężniejszy łoskot, od którego drżała cała stacja, a ludzie podskakiwali i chwytali się za głowę. Tymczasem Jimmy wcale się nie spieszył, szedł sobie wolniutko, w pewnej chwili obejrzał się nawet przez ramię, poszukał wzrokiem Seana i uśmiechnął się do niego.

- Śmieje się - powiedział Dave. - Ale szajbus, nie?

Kiedy Jimmy wszedł na pierwszy stopień betonowych schodów, wyciągnęło się do niego kilka par rąk i porwało w górę. Sean zobaczył, jak stopy kolegi majtnęły w lewo, a głowa poleciała w prawo; Jimmy sprawiał wrażenie tak małego i lekkiego w łapach jakiegoś wielkiego mężczyzny, jakby był szmacianą lalką, mimo to piłkę przyciskał mocno do piersi, nawet gdy ludzie chwycili go pod łokcie, i uderzył goleniem o krawędź peronu. Sean poczuł, jak stojący u jego boku Dave zatrząsł się nerwowo. Sean przyjrzał się twarzom ludzi otaczających Jimmy’ego i nie dojrzał już na nich przejęcia ani strachu czy choćby śladu bezradności, jakie malowały się na nich jeszcze przed chwilą. Zobaczył tylko gniewne, rozwścieczone twarze, jakby wszyscy ci wybawiciele mieli się zaraz rzucić na Jimmy’ego i rozszarpać go na strzępy.

Wyciągnęli Jimmy’ego na peron i trzymali, zaciskając palce, na jego ramionach i rozglądając się na boki w poszukiwaniu kogoś, kto by im powiedział, co mają robić dalej. Tymczasem z tunelu wypadł z hukiem pociąg i ktoś głośno krzyknął, a potem ktoś inny się roześmiał ostrym piskliwym chichotem, który nasunął Seanowi obraz pochylonych nad kotłem wiedźm, ponieważ pociąg wjechał na drugą stronę peronu, w kierunku północnym, a Jimmy spojrzał w twarze trzymających go ludzi z miną, która mówiła: „No i co, frajerzy?”.

Stojący obok Seana Dave zaniósł się tym swoim wysokim, piskliwym chichotem, po czym porzygał się we własne dłonie.

Sean odwrócił się z niesmakiem, pytając samego siebie, co tutaj robi.

 

Tego wieczoru ojciec Seana zasiadł w warsztacie w piwnicy. Warsztat mieścił się w ciasnym pomieszczeniu pełnym imadeł, puszek po kawie, wypełnionych gwoździami i śrubami, stosów drewna ułożonych równo pod dzielącym warsztat na pół poharatanym stołem, młotków wiszących w pasach stolarskich niczym pistolety w kaburach obok dyndającego na haku brzeszczota piły taśmowej. Ojciec Seana, znany w okolicy majsterklepka, budował w tej piwnicy domki dla ptaków i półki, na których jego żona stawiała w oknach doniczki z kwiatami. Tu również zaprojektował altankę, którą z pomocą kolegów wzniósł w ogródku za domem pewnego letniego upalnego dnia, kiedy Sean miał pięć lat; zaszywał się w niej, gdy szukał ciszy i spokoju, a czasem, gdy był zagniewany na syna, na żonę lub na swoją pracę. Kolejne domki dla ptaków - lilipucie rezydencje w stylu Tudorów, kolonialnym, wiktoriańskim lub podobne do szwajcarskich szaletów - powiększały piętrzący się w kącie piwnicy stos tak już ogromny, że Devine’owie musieliby chyba mieszkać w Amazonii, żeby znaleźć im dość ptasich lokatorów.

Sean usiadł na starym czerwonym barowym taborecie i włożył palec między szczęki potężnego imadła, umazane oliwą zmieszaną z trocinami.

- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś tego nie robił? - ofuknął go ojciec.

Sean wyjął palec i wytarł smar o wnętrze dłoni.

Pan Devine zebrał z warsztatu kilka walających się tam gwoździ i wrzucił je do żółtej puszki po kawie.

- Wiem, że lubisz Jimmy’ego Marcusa, ale jeśli chcesz się z nim nadal spotykać, od dzisiaj macie się bawić przed domem. Naszym, a nie jego.

Sean skinął głową. Sprzeciwianie się ojcu, kiedy mówił tak cicho i powoli jak w tej chwili, a każde słowo wychodziło z jego ust jakby obciążone kamykiem, nie miało najmniejszego sensu.

- Rozumiemy się? - Ojciec odsunął na bok puszkę po kawie i spojrzał na Seana.

Chłopiec potaknął. Przyglądał się, jak ojciec grubymi palcami ściera trociny ze szczęk imadła.

- Jak długo?

Ojciec podniósł rękę i ściągnął motek kurzu z wbitego w sufit haka. Ugniótł go w palcach i wrzucił do stojącego pod stołem warsztatowym kosza.

- Hm, długo, jak sądzę. I jeszcze jedno, Sean...
- Tak?
- Nie próbuj chodzić z tym do matki. Ona wolałaby, żebyś w ogóle nie spotykał się z Jimmym po tym jego dzisiejszym wyskoku.
- On nie jest taki zły, tylko...
- Nie mówię, że jest zły. Jest szalony, a twoja matka dość się już w życiu napatrzyła szaleństw.

Sean dostrzegł błysk w oku ojca przy słowie „szaleństwo” i domyślił się, że ma teraz przed sobą drugiego Billy’ego Devine’a, tego, którego postać odtworzył ze strzępków zasłyszanych potajemnie rozmów różnych ciotek i wujków. Nazywali go Dawnym Billym, „latawcem”, jak powiedział kiedyś z uśmieszkiem wujek Colm, tym Billym, który zniknął na krótko przed urodzeniem Seana, by pojawić się z powrotem jako spokojny, rozważny mężczyzna o grubych, zręcznych palcach, którymi budował domki dla ptaków.

- Zapamiętaj sobie, o czym mówiliśmy - powiedział ojciec i poklepał Seana po ramieniu, dając mu tym samym znak do odejścia.

Sean wyszedł z warsztatu. Idąc przez zimną piwnicę, zastanawiał się, czy lubi towarzystwo Jimmy’ego z tego samego powodu, dla którego ojciec lubi przesiadywać z panem Marcusem, pić z nim przez całą noc z soboty na niedzielę i wybuchać niespodziewanie hałaśliwym śmiechem, i czy nie w tym kryje się przyczyna obaw jego matki.

 

Kolejnej soboty Jimmy i Dave Boyle przyszli pod dom Devine’ów tylko we dwóch, bez ojca Jimmy’ego. Zapukali do drzwi kuchennych, gdy Sean kończył śniadanie. Usłyszał, jak matka otwiera im i mówi „Dzień dobry, Jimmy. Witaj, Dave” uprzejmym tonem, jakiego używała, gdy nie była pewna, czy chętnie widzi witaną osobę.

Jimmy był wyciszony, jakby szalona energia, która zawsze go rozpierała, zwinęła się w jego wnętrzu niczym sprężyna. Sean niemal czuł, jak naciska na klatkę piersiową kolegi i chyba go dusi, bo z trudem przełykał ślinę. Jimmy wydawał się jakiś mniejszy, pociemniały, jakby przekłuto go szpilką i wypuszczono zeń powietrze. Sean już go widywał w takim stanie. Jimmy miał nie od dzisiaj wahania nastroju. Seana to zawsze dość niepokoiło. Zastanawiał się, czy jego kolega kontroluje te humory, czy też dopadają go jak nagły ból gardła albo niezapowiedziane wizyty kuzynek jego matki.

Kiedy Jimmy był w takim humorze, Dave Boyle stawał się szczególnie dokuczliwy. Uważał chyba, że musi rozbawić wszystkich dookoła, i po jakimś czasie miało się go serdecznie dosyć.

Stali na chodniku, nie wiedząc, co dalej, Jimmy ponury, Sean jeszcze nie całkiem rozbudzony, wszyscy trzej z lekka zaniepokojeni perspektywą długiego dnia zamkniętego w kwadracie dwóch sąsiednich przecznic. Nagle Dave wyskoczył z pytaniem:

- A słyszeliście, dlaczego pies liże sobie jaja?

Ani Sean, ani Jimmy nie odpowiedzieli. Słyszeli już ten kawał chyba ze sto razy.

- Bo może! - Dave Boyle zaczął się tak śmiać, że chwycił się za brzuch.

Jimmy podszedł do drewnianych kozłów, którymi służby miejskie ogrodziły odcinek naprawianego chodnika. Cztery takie kozły połączone w prostokąt żółtą taśmą z napisem ROBOTY DROGOWE tworzyły zaporę wokół nowych płyt chodnikowych. Jimmy przerwał taśmę, po prostu przez nią przechodząc. Przykucnął na skraju starych płyt i zaczął żłobić patykiem w miękkim betonie cienkie linie, które przypominały Seanowi pomarszczone palce starców.

- Mój tata już nie pracuje z twoim.
- Dlaczego? - Sean kucnął obok kolegi. Nie miał pod ręką patyka, czego ogromnie żałował. Chciałby naśladować Jimmy’ego, choć nie wiedział właściwie dlaczego i choć ojciec spuściłby mu lanie za takie zabawy.

Jimmy wzruszył ramionami.

- Wyrolował ich. Przestraszyli się, bo zna różne tajemnice.
- Tajemnice produkcyjne, co nie, Jimmy? - uzupełnił skwapliwie Dave.

Co nie, Jimmy? Co nie, Jimmy? Dave przypominał czasami papugę.

Sean zaczął się zastanawiać, jakie tajemnice mogą się kryć w produkcji słodyczy i dlaczego są aż takie ważne.

- Jakie tajemnice?
- Jak lepiej prowadzić fabrykę - odpowiedział bez przekonania Jimmy i wzruszył ramionami. - Tajemnice i już. Ważne tajemnice.
- Aha.
- Jak lepiej prowadzić fabrykę, co nie, Jimmy?

Jimmy dalej żłobił patykiem świeży cement. Dave Boyle też znalazł sobie patyk, nachylił się nad chodnikiem i zaczął rysować koło. Jimmy zmarszczył się niechętnie i odrzucił patyk. Dave również przestał rysować i spojrzał na niego, jakby pytał: „I co teraz robimy?”.

- Wiecie, co byłoby w dechę? - W głosie Jimmy’ego dało się słyszeć podniecenie, więc Seanowi ścierpła skóra, ponieważ pojęcie Jimmy’ego o tym, co jest w dechę, na ogół różniło się krańcowo od jego wyobrażeń.
- No?
- Przejechać się autem.
- Może - przyznał z ociąganiem Sean.
- Kapujecie - Jimmy rozłożył szeroko ręce, zapominając o rysunkach na cemencie - tylko tymi ulicami dokoła.
- Tylko tu dokoła - zaakceptował Sean.
- Byłby ubaw, nie? - Jimmy uśmiechnął się szeroko.

Sean poczuł, że i na jego twarzy rozlewa się uśmiech.

- Byłoby wdechowo.
- Fajowo. - Jimmy podskoczył, spojrzał na Seana, uniósł brwi i znowu podskoczył.
- Fajowo. - Sean czuł już niemal w rękach koło kierownicy.
- Byłoby byczo! - zawołał Jimmy i trzepnął Seana w ramię.
- Byczo! - Sean trzepnął w ramię Jimmy’ego. Czuł w sobie jakiś dygot, poryw, rozpęd i entuzjazm.
- Byczo! - krzyknął Dave, zamachnął się, lecz nie trafił Jimmmy’ego w ramię.

Sean niemal już zapomniał o jego obecności. Z Dave’em zawsze tak było. Sean nie miał pojęcia, dlaczego tak się działo.

- Będzie ubaw jak jasna Cholerka! - Jimmy zaśmiał się i znowu podskoczył.

Sean już to widział oczami wyobraźni. Siedzą na przednich siedzeniach (Dave z tyłu, jeśli w ogóle go zabrali), dwaj jedenastoletni chłopcy, i zasuwają po Buckingham aż się kurzy, trąbią na kolegów, ścigają się błotnik w błotnik ze starszymi chłopakami po Dunboy Avenue, z piskiem opon biorą zakręty. Czuł zapach wpadającego przez okno powietrza i jego pęd we włosach.

Jimmy spojrzał w głąb ulicy.

- Znasz tu jakiegoś frajera, który zostawia kluczyki w stacyjce?

Sean znał takich frajerów. Pan Griffin chował kluczyki pod siedzeniem, Dottie Fiore trzymała je w schowku na rękawiczki, a stary Makowski, pijaczyna, który dniami i nocami słuchał na cały regulator płyt Sinatry, najczęściej zapominał je wyjąć ze stacyjki.

Gdy jednak pobiegł spojrzeniem za wzrokiem Jimmy’ego i dostrzegł samochody, których właściciele zostawiali kluczyki w stacyjkach, poczuł w głowie ucisk i nagle w blasku jaskrawego słońca, odbijającego się od bagażników i masek samochodów, odniósł wrażenie, że przytłacza go ulica wraz z domami, cała dzielnica ze wszystkimi pięknymi widokami, jakie przed nim otwierała. Nie należał przecież do chuliganów, którzy kradną samochody. Był jednym z chłopców, którzy pewnego dnia pójdą do college’u i zostaną kimś lepszym i ważniejszym od brygadzistów i ładowaczy w fabryce czekolady. Taki miał plan, a wiedział, że plany udaje się zrealizować, kiedy postępuje się ostrożnie i rozważnie. Tak jak warto czasem w kinie, choćby film był okropnie nudny i niezrozumiały, wysiedzieć do końca, bo zawsze mogło się coś wyjaśnić albo samo zakończenie okazywało się na tyle fajne, że nie szkoda się było trochę ponudzić.

Chciał to powiedzieć Jimmy’emu, ale on już oddalał się ulicą, zaglądając w okna samochodów. Dave dreptał obok niego.

- Może ten? - Jimmy położył rękę na chevrolecie Bel Air pana Carltona; jego głos nabrał ostrych nut w suchym wietrze.
- Słuchaj, Jimmy - powiedział, podchodząc Sean - może innym razem, dobrze?

Twarz Jimmy’ego sposępniała.

- O co ci chodzi? Rozerwiemy się. Będzie ubaw. Nie chcesz?
- Będzie ubaw - ucieszył się Dave.
- Nie będziemy nawet widzieć jezdni spod tablicy.
- Przyniesiesz z domu książkę telefoniczną i się ją podłoży. - Uśmiech Jimmy’ego zajaśniał triumfalnie w słońcu.
- Podłoży się książkę - uradował się Dave. - Bycza myśl!

Sean wyciągnął ręce.

- Słuchajcie, dajmy temu spokój.

Uśmiech Jimmy’ego zgasł. Spojrzał na ręce Seana, jakby chciał mu je odrąbać.

- Dlaczego ty nigdy nie zrobisz nic dla jaj?

Pociągnął za klamkę bel aira. Drzwi były zamknięte. Po twarzy Jimmy’ego przebiegł skurcz i zadrżała mu dolna warga. Spojrzał Seanowi w oczy z wyrazem tak głębokiej samotności, że Seanowi zrobiło się go żal.

Tymczasem Dave przeniósł wzrok z Jimmy’ego na Seana i zmierzył go groźnym spojrzeniem, po czym podniósł rękę i niezgrabnie uderzył go w ramię.

- Właśnie, dlaczego ty nigdy nie zrobisz nic dla jaj?

Sean nie mógł uwierzyć, że Dave go uderzył. Dave!

Huknął go w pierś i Dave klapnął na tyłek.

Jimmy pchnął Seana.

- Co robisz, kurwa? Zwariowałeś?
- Uderzył mnie.
- Gówno cię uderzył.

Oczy Seana zrobiły się okrągłe ze zdumienia. Jimmy zaczął przedrzeźniać jego zbaraniałą minę.

- Uderzył mnie!
- Uderzył mnie - piskliwym głosem powtórzył drwiąco Jimmy i znowu Seana popchnął. - To mój kumpel, kurwa.
- Mój też - przypomniał Sean.
- Mój też - powtórzył ironicznie Jimmy. - Mój też, mój też, mój też.

Dave Boyle wstał z ziemi i zaśmiał się szyderczo.

- Przestań - syknął Sean.
- Przestań, przestań, przestań. - Jimmy po raz trzeci pchnął Seana, boleśnie wbijając dłonie w jego żebra. - Szurasz? Chcesz się bić?
- Chcesz się bić? - Dave również popchnął Seana.

Sean już nie pamiętał, jak to się zaczęło. Co tak rozwścieczyło Jimmy’ego i dlaczego Dave okazał się na tyle głupi, by go uderzyć. Przed chwilą stali obok samochodu, teraz znaleźli się na środku jezdni. Jimmy go popychał, twarz miał nienawistną i stężałą, oczy zwężone i pociemniałe. Dave szturchał Seana z boku.

- No co, szurasz?
- Janie...

Kolejne pchnięcie.

- No chodź, mięczaku.
- Jimmy, nie moglibyśmy po prostu...
- Nie. Pękasz, synek?

Jimmy przymierzał się do kolejnych popchnięć, nagle jednak się wstrzymał i rysy jego twarzy wykrzywił grymas tej samej przeraźliwej samotności (i zmęczenia, co Sean dostrzegł dopiero teraz), gdy spojrzał w głąb ulicy.

Nadjeżdżał nią ciemnobrązowy samochód, kanciasty i długi jak policyjne radiowozy, chyba plymouth. Zderzak zatrzymał się niemal na nogach chłopców. Zza przedniej szyby przyglądało się im dwóch gliniarzy, ich twarze rozmywały się w oleistym odblasku odbitych w szybie drzew.

Nagle Sean odczuł zmianę nastroju poranka, jakąś rysę w jego miękkiej bezkształtności.

Kierowca wysiadł. Typowy glina - krótko ostrzyżone blond włosy, czerwona gęba, biała koszula, złoto-czarny nylonowy krawat. Opasły bandzioch wylewał mu się nad sprzączką pasa niczym lawina z naleśników. Drugi z policjantów, kościsty typ, wyglądał na chorego, a może tylko zmęczonego. Pozostał na swoim miejscu, palce prawej ręki wsunął w przetłuszczone czarne włosy i zerkał nerwowo w boczne lusterko.

Brzuchacz przywołał chłopców skinieniem palca, a potem wskazał nim na własną pierś. Podeszli do samochodu od strony kierowcy i stanęli w rządku.

- Pozwolicie, że o coś zapytam? - Zgiął się w pasie, a jego wielki jak ceber łeb zasłonił Seanowi świat. - Jak wam się wydaje, czy wolno urządzać bójki na środku jezdni?

Sean dostrzegł złotą odznakę przypiętą do sprzączki pasa na prawym biodrze grubasa.

- Słucham? - Gliniarz przystawił sobie dłoń do ucha.
- Nie, proszę pana.
- Nie, proszę pana.
- Nie, proszę pana.
- Co wy za jedni, hę? Punki? - Grubym kciukiem wskazał mężczyznę na siedzeniu pasażera. - Ja i mój partner mamy już po dziurki w nosie punków z East Bucky, którzy terroryzują spokojnych obywateli. Zrozumiano?

Sean i Jimmy milczeli.

- Przepraszamy - wyjąkał Dave Boyle. Wyglądał tak, jakby miał się za chwilę rozbeczeć.
- Jesteście z tej ulicy? - zapytał gruby policjant i przesunął spojrzeniem po domach z lewej strony, jakby znał tu wszystkich mieszkańców i był gotów wsadzić pytanych do paki, gdyby udzielili kłamliwej odpowiedzi.
- Tak - powiedział Jimmy i spojrzał przez ramię na dom Devine’ów.
- Tak, proszę pana - potwierdził Sean.

Dave milczał.

Gliniarz zmierzył go wzrokiem.

- Słucham? Co mówiłeś, synek?
- Ja? - Dave spojrzał na Jimmy’ego.
- Nie patrz na niego. Patrz na mnie. - Wielki gliniarz oddychał chrapliwie przez nos. - Mieszkasz tutaj, mały?
- Ja? Nie.
- Nie? - Gliniarz nachylił się na Dave’em. - Więc gdzie, kolego?
- Na Rester Street. - Dave nie odrywał oczu od Jimmy’ego.
- Oberwaniec z Flats w porządnej dzielnicy? - Wargi gliniarza złożyły się tak, jakby smakował lizak. - To chyba nieładnie?
- Słucham?
- Mieszkasz z matką, smarku?
- Tak, proszę pana. - Po policzku Dave’a spłynęła łza. Sean i Jimmy odwrócili wzrok.
- No cóż, będziemy musieli z nią zamienić parę słów, powiemy, czym zajmował się jej mały punk.
- Ja nie... ja... - wybełkotał Dave.
- Wsiadaj.

Grubas otworzył tylne drzwi samochodu i Sean poczuł zapach jabłek, soczysty, październikowy zapach.

Dave spojrzał na Jimmy’ego.

- Wsiadaj - powtórzył policjant. - A może chcesz, żebym założył ci kajdanki?
- Ja...
- Słucham? - Po jego głosie można było poznać, jak bardzo jest poirytowany. Uderzył dłonią w górną krawędź drzwi. - Wsiadaj, do cholery!

Pochlipując, Dave wdrapał się na tylne siedzenie.

Gliniarz wycelował krótki paluch w Jimmy’ego i Seana.

- A wy idźcie się pochwalić swoim matkom, jak się tu zabawialiście. Żadnych więcej bójek na mojej ulicy, zrozumiano?!

Obaj chłopcy cofnęli się, a policjant wsiadł do samochodu.

Patrzyli, jak auto dojeżdża do rogu i skręca w prawo. W tylnej szybie widzieli obróconą w ich stronę głowę Dave’a, pociemniałą z powodu oddalenia i cienia, jaki ją okrył. A potem ulica na powrót opustoszała i ucichła, jakby zamykające się z trzaskiem drzwi samochodu policyjnego wyłączyły fonię. Jimmy i Sean stali w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą parkował radiowóz, patrzyli pod nogi, w górę i w dół ulicy, byle nie na siebie.

Sean doświadczył ponownie zmiany w nastroju poranka, lecz tym razem towarzyszył owemu odczuciu smak brudnych monet w ustach. W żołądku czuł taką pustkę, jakby mu go odessano.

Nagle Jimmy mruknął:

- To ty zacząłeś.
- On zaczął.
- Gówno prawda. Teraz ma przesrane. Jego stara ma nierówno pod sufitem. Chuj wie, co zrobi, jak zobaczy gliny.
- Ja nie zaczynałem.

Jimmy popchnął Seana, który nie pozostał dłużny i po chwili tarzali się na jezdni, okładając jeden drugiego pięściami.

- Co tu się wyprawia!

Sean sturlał się z Jimmy’ego, po czym obaj wstali, spodziewając się ujrzeć obu policjantów, tymczasem zobaczyli pana Devine’a, który zbiegł po schodkach domu.

- Co wy, u diabła, robicie?
- Nic.
- Nic. - Ojciec Seana stał na chodniku i gniewnie marszczył czoło. - Uciekajcie z jezdni.

Stanęli obok niego.

- Nie byliście czasem we trzech? - Pan Devine spojrzał w głąb ulicy. - Gdzie Dave?
- Kto?
- Dave. - Ojciec Seana przeniósł spojrzenie z syna na Jimmy’ego. - Nie był z wami?
- Biliśmy się na jezdni.
- Słucham?
- Biliśmy się na jezdni i przyjechała policja.
- Kiedy?
- Jakieś pięć minut temu.
- Rozumiem. Więc przyjechała policja...
- ...zabrali go.

Ojciec Seana ponownie zlustrował perspektywę ulicy.

- Co takiego? Zabrali Dave’a?
- Żeby go odwieźć do domu. Ja skłamałem, że mieszkam tutaj. Dave powiedział, że mieszka we Flats i oni...
- O czym ty gadasz? Sean, jak ci policjanci wyglądali?
- Słucham?
- Mieli na sobie mundury?
- Nie, ale...
- Skąd wiedzieliście, że to policjanci?
- Ja nie wiedziałem. Oni...
- Tak?
- Jeden miał odznakę - powiedział Jimmy. - Na pasku.
- Jaką odznakę?
- Chyba złotą.
- Rozumiem. Było coś na niej?
- Słucham?
- Jakieś słowa? Były na niej jakieś słowa, które dało się odczytać?
- Chyba nie. Nie zauważyłem.
- Billy?

Wszyscy trzej zwrócili spojrzenia w stronę matki Seana, która stała na ganku z niespokojną, pytającą miną.

- Słuchaj, kochanie, zadzwoń na policję, dobrze? Zapytaj, czy detektywi mogli z powodu małej bójki zgarnąć z ulicy dzieciaka.
- Jakiego znów dzieciaka?
- Dave’a Boyle.
- O mój Boże! Jego matka...
- Nie martwmy się na zapas, dobrze? Przekonajmy się najpierw, co nam powiedzą na policji, zgoda?

Matka Seana wbiegła do domu. Sean spojrzał na ojca. Wydawało się, że nie wie, co zrobić z rękami. Wsadził je do kieszeni, potem wyjął je i otarł o spodnie.

- Cholerny świat - powiedział bardzo cicho i spojrzał w głąb ulicy, jakby Dave, dla Seana niewidzialny, unosił się w powietrzu.
- Był brązowy - rzekł Jimmy.
- Kto?
- Samochód. Ciemnobrązowy. Chyba plymouth.
- Niczego więcej nie zauważyliście?

Sean spróbował sobie przypomnieć bardziej szczegółowo samochód, ale bezskutecznie. Widział go tylko jako przeszkodę utrudniającą widzenie, poza tym niezauważalną. Brązowy samochód zasłaniał różowego forda Pinto pani Ryan i dolną połowę jej żywopłotu, ale sam był niewidoczny.

- Pachniał jabłkami - wybąkał Sean.
- Co takiego?
- Jabłkami. Ten samochód pachniał jabłkami.
- Pachniał jabłkami - powtórzył w roztargnieniu ojciec.

 

Godzinę później w kuchni domu Devine’ów dwaj policjanci zadali Seanowi i Jimmy’emu kilka pytań, a potem przyszedł jakiś trzeci funkcjonariusz i na podstawie ich opisu naszkicował portrety mężczyzn z brązowego auta. Gruby blondyn wyszedł na rysunku nawet gorzej, niż wyglądał w rzeczywistości, z jeszcze bardziej nalaną twarzą, ale poza tym był do siebie dość podobny. Drugi, ten, który cały czas zerkał w boczne lusterko, w ogóle nie był do niczego podobny, jego twarz wyszła jak zamazana plama pod czarnymi włosami, bo Sean i Jimmy nie byli w stanie go sobie przypomnieć.

Przyszedł ojciec Jimmy’ego i stanął w kącie kuchni. Sprawiał wrażenie nieobecnego, oczy miał załzawione i chwiał się lekko, jakby kołysała się ściana za jego plecami. Nie odzywał się do ojca Seana, do niego również nikt się nie odzywał. Ponieważ jego zwykła ruchliwość ustała, wydawał się Seanowi jakiś pomniejszony, mniej rzeczywisty, jakby mógł wniknąć w tapetę, gdyby Sean choć na chwilę odwrócił od niego wzrok.

Gdy kilka razy powtórzyli swą opowieść, wyszli wszyscy - policjanci, rysownik, który robił szkice, oraz Jimmy z ojcem. Matka Seana zamknęła się w swojej sypialni, skąd po chwili dobiegł chłopca jej stłumiony płacz.

Sean i ojciec usiedli na ganku. Ojciec uspokoił syna, że nie zrobił nic złego i że on oraz Jimmy postąpili rozsądnie, nie wsiadając do auta. Potem poklepał chłopca po kolanie i zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Dave jeszcze dzisiaj wróci do domu, powiedział, zobaczysz.

Potem ojciec umilkł. Siedział obok syna i popijał piwo, ale Sean czuł, że myślami jest gdzie indziej, może w sypialni, w której zamknęła się matka, a może w piwnicy, gdzie buduje swe domki dla ptaków.

Sean spojrzał w głąb ulicy, po której obu stronach stały rzędem lśniące samochody. Uznał, że to, co się stało, było częścią planu, mającego ukryty sens, którego on po prostu jeszcze nie dostrzegał. Pewnego dnia go jednak odczyta. Adrenalina, która w nim wzbierała, odkąd Dave odjechał brązowym samochodem, a on i Jimmy walczyli ze sobą na jezdni, trysnęła w końcu wszystkimi porami skóry.

Patrzył na miejsce, gdzie on, Jimmy i Dave Boyle poszturchiwali się obok chevroleta Bel Air, i czekał, aż w jego ciele otworzą się nowe puste przestrzenie po utracie adrenaliny i na powrót się czymś zapełnią, aż ukryty na razie przed nim zamysł dojrzeje i nabierze widocznego sensu. Czekał na to, przyglądając się ulicy, wsłuchując w jej szum; przestał czekać, gdy ojciec w końcu wstał i obaj weszli do domu.

 

Jimmy wracał do Flats wraz z ojcem, który lekko się zataczał, dopalał papierosy, aż parzyły go w palce i coś tam mamrotał pod nosem. Gdy już znajdą się w domu, spuści Jimmy’emu lanie albo i nie, trudno to było przewidzieć. Kiedy stracił pracę, zabronił synowi chodzić do Devine’ówi Jimmy obawiał się, że będzie musiał ponieść karę za złamanie zakazu. Choć może jeszcze nie dzisiaj. Ojciec znajdował się w stanie sennego upojenia, które zapowiadało, że kiedy dotrą do domu, usiądzie przy stole w kuchni i będzie pił dopóty, dopóki nie zaśnie z głową na rękach.

Jednak na wszelki wypadek Jimmy szedł kilka kroków za nim, podrzucał piłkę i chwytał ją w rękawicę baseballową, którą ukradł z domu Seana, kiedy policjanci żegnali się z Devine’ami. Nikt nie odezwał się nawet słowem do Jimmy’ego i jego ojca, gdy zmierzali korytarzem w stronę drzwi wyjściowych. Drzwi sypialni Seana były otwarte, Jimmy zobaczył leżącą na podłodze rękawicę z umoszczoną we wgłębieniu piłką, wszedł, wziął rękawicę, po czym podążył za ojcem. Nie miał pojęcia, po co ją ukradł. Nie zrobił tego na pewno dla przelotnego uśmieszku mściwej satysfakcji, który przemknął po twarzy ojca. Pieprzyć starego opoja.

Jego czyn miał jakiś związek z tym, że Sean uderzył Dave’a Boyle’a, że stchórzył i nie chciał ukraść samochodu, a także z paroma jeszcze pretensjami, jakie uzbierały się przez ostatni rok ich przyjaźni, wreszcie z uczuciem, jakie zawsze się w nim budziło, ilekroć Sean mu coś dawał. Karty z wizerunkami baseballowych sław, batoniki, cokolwiek - to było niczym jałmużna.

Kiedy podniósł z podłogi i zabrał tę rękawicę, poczuł się wspaniale. Wprost fantastycznie. Jednak chwilę później, gdy przecinali Buckingham Avenue, ogarnął go znajomy wstyd, jakiego doświadczał zawsze, ilekroć coś ukradł, do tego gniew na to coś lub na tego kogoś, kto go do takiego postępku popchnął. A jeszcze później, gdy idąc Crescent, zagłębiali się w swoją dzielnicę, z dumą przenosił wzrok z dwupiętrowych ruder na niesioną rękawicę.

Ukradł ją i czuł się chujowo, bo Seanowi będzie jej brakowało. Ukradł ją i czuł się fantastycznie, bo Seanowi będzie jej brakowało.

Patrzył na ojca, który potykał się przed nim na krzywym chodniku i wyglądał tak, jakby miał się za chwilę rozpaść, głupi fiut, i zmienić w brudną kałużę. I za to również nienawidził Seana.

Nienawidził go. Jak mógł być takim idiotą, by sądzić, że mogą zostać przyjaciółmi? Wiedział, że do końca życia będzie przechowywał tę rękawicę, będzie o nią dbał, nigdy jej nikomu nie pokaże i nigdy, przenigdy nie użyje. Prędzej umrze.

Przyglądał się swojej gównianej dzielnicy, idąc kilka kroków za podpitym ojcem w głębokim cieniu torów biegnącej na estakadzie kolejki. Gdy zbliżali się do miejsca, w którym Crescent osiągała apogeum swojej brzydoty i gdzie pociągi towarowe przetaczały się z hurkotem obok starego, zaszczurzonego kina samochodowego i ciągnącego się za nim kanału Penitentiary, poczuł głęboko w sercu, że już nigdy nie zobaczą Dave’a Boyle’a. Tu, gdzie mieszkał, na Rester Street, wiecznie coś ginęło. Kiedy Jimmy miał cztery lata, skradziono mu rowerek na trzech kółkach, a młodzieżówkę, gdy miał osiem lat. Jego staremu buchnęli samochód. Matka też zaczęła w końcu rozwieszać pranie w domu, bo zbyt często znikało ze sznurów rozwieszonych w ogródku. Człowiek zupełnie inaczej odbierał kradzież jakiejś rzeczy, niż gdy się gdzieś po prostu zapodziała. Było wiadome, że nigdy się już nie znajdzie. Takie właśnie przeczucie miał teraz Jimmy wobec Dave’a. Może i Sean, stojąc nad pustym miejscem na podłodze, gdzie dotąd leżała rękawica do baseballu, wbrew zdrowemu rozsądkowi był przekonany, że już nigdy jej nie odzyska.

Szkoda, wielka szkoda, bo Jimmy lubił Dave’a, chociaż nie miał pojęcia dlaczego. Może z powodu czegoś, co ten szczyl miał w sobie, a może dlatego, że plątał się zawsze pod nogami, choć się go na ogół nie zauważało.

2Cztery dni

Omylił się jednak.

Dave Boyle wrócił do domu po czterech dniach od swojego zniknięcia. Przyjechał na przednim siedzeniu policyjnego radiowozu. Policjanci pozwolili mu się bawić syreną alarmową i dotknąć kolby pistoletu, zamkniętego w schowku pod deską rozdzielczą. Dali mu honorową odznakę, a gdy podwozili do pod dom jego matki na Rester Street, czekali już tam reporterzy z prasy i ekipy telewizyjne. Jeden z policjantów, Eugene Kubiaki, wysadził Dave’a z samochodu i podniósł wysoko do góry, aż jego stopy zakreśliły łuk w powietrzu, zanim postawił go na chodniku przed płaczącą, roztrzęsioną matką.

Na Rester zebrał się tego dnia spory tłumek - rodzice, dzieci, listonosz, dwaj grubi bracia, którzy prowadzili sklep z kanapkami na rogu Rester i Sydney, a nawet panna Powell, nauczycielka Dave’a i Jimmy’ego z piątej klasy szkoły Looey & Dooey. Jimmy stał obok matki, która przyciskała tył jego głowy do swojego brzucha i trzymała wilgotną dłoń na jego czole, jakby chciała się upewnić, że nie złapał tego samego co Dave, cokolwiek to było. Jimmy poczuł ukłucie zazdrości, gdy policjant Kubiaki przeniósł Dave’a wysoko nad chodnikiem, a obaj śmiali się jak dobrzy, starzy przyjaciele. Śliczna panna Powell klaskała radośnie w dłonie.

Miał ochotę oznajmić, że on też omal nie wsiadł do tego samochodu. Najchętniej powiedziałby to pannie Powell. Była taka ładna, zadbana i czysta, a kiedy się śmiała, można było dostrzec, że jeden z górnych zębów jest troszeczkę krzywy, co w oczach Jimmy’ego jeszcze dodawało jej uroku. Chciałby powiedzieć, że też omal nie wsiadł do tego samochodu, i zobaczyć, czy na twarzy panny Powell ukazałby się taki sam wyraz, z jakim patrzyła teraz na Dave’a. Mógłby wyznać, że nieustannie o niej rozmyśla i wyobraża sobie, że jest znacznie starszy, może już prowadzić samochód i zabierać ją w różne miejsca; jedliby lunch na trawie, a ona wybuchałaby śmiechem po jego każdym żarcie, ukazując ten uroczy krzywy ząb. I głaskałaby go po twarzy.

Wyczuwał jednak szóstym zmysłem, że panna Powell nie najlepiej czuje się w tym towarzystwie. Kiedy już powiedziała do Dave’a kilka słów, pogłaskała go po twarzy i pocałowała w policzek - dwa razy - dopchali się do niego inni i panna Powell usunęła się szybko na bok. Stała na popękanym chodniku i przyglądała się dwupiętrowym ruderom, obitym odłażącą papą, spod której wyglądały gołe deski. Wydawała się młodsza, a przez to tym bardziej dla Jimmy’ego nieosiągalna, jakby nagle zmieniła się w zakonnicę, jej włosy okrył kaptur habitu, a zadarty nosek zmarszczył się z odrazy.

Jimmy chciał do niej podejść, lecz matka trzymała go mocno, chociaż się wyrywał. A potem panna Powell poszła na róg Rester i Sydney Street i zaczęła energicznie machać do kogoś ręką. Do krawężnika podjechał żółty kabriolet, w którym siedział młody mężczyzna o wyglądzie hipisa. Na spłowiałych od słońca drzwiach wozu były wymalowane czerwone kwiaty. Panna Powell wsiadła i auto odjechało, nie bacząc na stanowczy, lecz niemy protest Jimmy’ego.

Udało mu się w końcu wyrwać z objęć matki. Stał na środku ulicy, przyglądał się tłumowi otaczającemu Dave’a i żałował, że to nie on wsiadł do ciemnobrązowego samochodu, choćby tylko po to, by zaznać choć trochę tego podziwu, jaki otaczał teraz Dave’a, zobaczyć te wszystkie wpatrzone w siebie oczy, jakby był jakąś znakomitością.

Zbiegowisko na Rester Street zmieniło się powoli w wielkie święto. Wszyscy biegali od kamery do kamery z nadzieją, że zobaczą się w telewizji albo znajdą swoje zdjęcie w porannych gazetach - tak, znam Dave’a, to mój serdeczny przyjaciel, wychowałem się z nim, wie pan, to wspaniały dzieciak, Bogu dzięki, że jest zdrów i cały.

Ktoś odkręcił hydrant i woda buchnęła na Rester Street jak westchnienie ulgi, dzieci zrzuciły buty, podwinęły nogawki i pląsały w rwącym strumieniu. Przyjechał samochodzik lodziarza i Dave mógł sobie wybrać lody, jakie tylko zechciał, na koszt firmy, nawet pan Pakinaw, obrzydliwy stary wdowiec, który strzelał z wiatrówki do wiewiórek (a czasem i do dzieci, gdy ich rodzice nie patrzyli) i wciąż krzyczał na wszystkich, żeby byli cicho, do jasnej cholery - otworzył okna, postawił na parapecie głośniki i nad ulicą popłynął ciepły baryton Deana Martina śpiewającego przeboje Memories Are Made of This, Volare i inny staroświecki chłam, od którego kiedy indziej Jimmy by się porzygał, ale tego dnia wydał mu się odpowiedni. Melodie popłynęły nad Rester Street jak kolorowe wstążki z bibułki i splatały się z głośnym szumem bijącej z hydrantu wody. Kilku mężczyzn, którzy rżnęli w karty na zapleczu sklepu „Pork Chop Brothers”, wyniosło składany stolik i małego grilla, ktoś inny przytaszczył turystyczne lodówki pełne butelek piwa Schlitz i Narragansett, powietrze potłuściało od zapachu pieczonych hot dogów i włoskich kiełbas, tego dymnego, przypalonego, zwiewnego zapachu wzbogaconego wonią otwartych puszek piwa, a wszystko to razem przypomniało Jimmy’emu o letnich niedzielach w Fenway Park i tym uczuciu szczęścia, jakie rozpiera pierś, kiedy dorośli figlują i zachowują się jak dzieci, wszyscy się śmieją, wyglądają młodziej, są beztroscy i świetnie się czują w swoim towarzystwie.

To właśnie Jimmy kochał w dzielnicy swojego dzieciństwa nawet w chwilach najczarniejszej nienawiści, po laniu od ojca albo gdy mu ukradziono ulubioną rzecz. Uwielbiał to, że ludzie umieli ni stąd, ni zowąd odrzucić całoroczne troski, skargi, zapiekłe żale, obawę o utratę pracy i po prostu się wyluzować, jakby nic złego ich nigdy nie spotkało. Na świętego Patryka lub Buckingham Day, czasem na czwartego lipca albo gdy Soksi mieli we wrześniu dobrą passę, czy, jak właśnie teraz, kiedy znalazła się jakaś ważna zguba - szczególnie właśnie wtedy - jego dzielnica umiała wzbić się na wyżyny szalonej beztroskiej zabawy.

Inaczej było w Point. I tam, rzecz jasna, wyprawiano sąsiedzkie przyjęcia, ale zawsze z góry zaplanowane, po uzyskaniu stosownych zezwoleń, wszyscy dbali, by nic się nie stało samochodom, uważali na trawniki - ostrożnie, ostrożnie, właśnie pomalowałem parkan.

W dzielnicy Jimmy’ego połowa mieszkańców nie miała trawników, parkany się poprzechylały, szlag więc z nimi. Kiedy zachciało ci się poimprezować, imprezowałeś, bo, kurna mać, zasłużyłeś sobie na to, do ciężkiej Anielki. Dzisiaj żadnych szefów. Żadnych inspektorów opieki społecznej ani lichwiarzy. Co się tyczy glin - cóż, są i gliny, imprezują razem ze wszystkimi, policjant Kubiaki częstuje się pikantną kiełbasą z rusztu podaną w długiej bułce, a jego partner chowa na później do kieszeni puszkę piwa. Reporterzy już dawno odjechali i słońce chyliło się ku zachodowi, spowijając ulicę wieczorną szarówką, ale żadna z kobiet nie stała przy kuchni i nikt nie szedł do domu.

Z wyjątkiem Dave’a. Dave zniknął. Jimmy zdał sobie z tego sprawę, kiedy wyszedł z potoku, jakim tryskał hydrant, wyżął mankiety spodni, włożył podkoszulek i ustawił się w kolejce po hot doga. Przyjęcie na część Dave’a rozkręciło się na dobre, ale Dave i jego matka poszli już do domu, a kiedy Jimmy spojrzał w ich okna na piętrze, ujrzał zaciągnięte zasłony.

Te zaciągnięte zasłony kazały mu, nie wiadomo czemu, pomyśleć o pannie Powell, o tym, jak wsiadła do tego hipisowskiego kabrioletu, i ogarnął go wielki smutek, gdy przypomniał sobie, jak umieszczała prawą łydkę i kostkę w samochodzie, nim zatrzasnęła drzwi. Dokąd pojechała? Czy mknęła teraz autostradą, a wiatr szumiał w jej włosach jak muzyka nad Rester Street? Czy spowijała ich noc, gdy jechali... dokąd? Jimmy chciałby to wiedzieć, ale jednocześnie wcale tego nie pragnął. Zobaczy ją jutro w szkole - chyba że dadzą im wolne dla uczczenia powrotu Dave’a - i będzie chciał o to zapytać, ale nie zapyta.

Wziął hot doga i by go spokojnie zjeść, usiadł na krawężniku naprzeciwko domu Boyle’ów. Zjadł już mniej więcej połowę, gdy jedna z zasłon uniosła się i zobaczył w oknie Dave’a. Stał tam i patrzył na niego. Jimmy podniósł do góry połówkę hot doga na znak, że go widzi, lecz Dave mu nie odpowiedział, nawet gdy powtórzył swój gest. Po prostu na niego patrzył. Patrzył na Jimmy’ego i choć Jimmy nie mógł widzieć jego oczu, wyczuwał, że wyziera z nich smutek i wyrzut. Smutek i wyrzut.

Obok Jimmy’ego usiadła na krawężniku jego matka i Dave odsunął się od okna. Matka Jimmy’ego była drobną, chudą kobietą o jasnych jak len włosach. Jak na osobę tak wątłej budowy poruszała się z trudem, jakby na każdym ramieniu dźwigała stos cegieł, i często wzdychała, ale w taki sposób, że Jimmy nie przysiągłby, czy miała świadomość, że ów dźwięk wydaje. Oglądał jej zdjęcia z czasów, zanim zaszła w ciążę, w wyniku której on przyszedł na świat. Wyglądała na nich na znacznie mniej chudą i o wiele młodszą, jak nastolatka (którą zresztą, gdy dokonał stosownych obliczeń, faktycznie wtedy była). Twarz miała na tych zdjęciach okrągłą, bez zmarszczek wokół oczu i na czole, rozjaśnioną pięknym, szerokim uśmiechem, jakby z lekka zalęknionym, a może tylko ciekawym, Jimmy nie umiał tego rozstrzygnąć. Ojciec wypominał mu setki razy, że matka omal nie umarła, wydając go na świat, krwawiła i krwawiła, aż lekarze się zlękli, że nigdy nie przestanie. Omal jej to nie zabiło. No i, rzecz jasna, nie mogła mieć więcej dzieci. Kto by chciał przechodzić drugi raz przez podobne piekło?

Położyła teraz rękę na kolanie syna i zapytała:

- Jak się czujesz, G. I. Joe?1

Zwracając się do Jimmy’ego, matka lubiła używać rozmaitych przezwisk, często na poczekaniu wymyślonych, a Jimmy często nie wiedział, co one znaczyły.

Wzruszył ramionami.

- Sama wiesz.
- W ogóle się do Dave’a nie odezwałeś.
- Nie puszczałaś mnie.

Zdjęła rękę z jego kolana i objęła się ramionami, bo powiało chłodem.

- Mam na myśli później, kiedy jeszcze nie poszedł do domu.
- Zobaczymy się przecież jutro w szkole.

Matka wyjęła z kieszeni dżinsów paczkę kentów, zapaliła i powiedziała przez kłąb dymu:

- Nie sądzę, żeby poszedł jutro do szkoły.

Jimmy dokończył hot doga.

- No to pojutrze.

Matka skinęła głową i zaciągnęła się głęboko. Podparła dłonią łokieć drugiej ręki, paliła i patrzyła w okna mieszkania Boyle’ów.

- Jak było dziś w szkole? - zapytała bez zbytniego zainteresowania.

Wzruszył ramionami.

- Dobrze.
- Widziałam tę twoją nauczycielkę. Fajna.

Nic nie odpowiedział.

- Naprawdę fajna - powtórzyła matka, rozwijając słowa na siwej wstędze wydychanego dymu.

Jimmy dalej milczał. Na ogół nie wiedział, jak rozmawiać z rodzicami. Matka stale chodziła zmęczona. Wpatrywała się w przestrzeń, patrząc na coś, czego on nie był w stanie dojrzeć, kopciła jak komin i zwykle nie słyszała, co do niej mówił, póki tego kilka razy nie powtórzył. Ojciec bywał przeważnie poirytowany, a nawet gdy nie był i stawał się zabawny, Jimmy wiedział, że w każdej chwili może się zmienić w rozjuszonego pijaka i przyłożyć mu za jakąś odzywkę, na którą pół godziny wcześniej zareagowałby śmiechem. Wiedział też, że choćby się nie wiem jak starał i zaprzeczał rzeczywistości, nosił ich oboje w sobie; jak matka popadał w długie okresy milczenia i był skory do gniewu jak ojciec.

Kiedy nie widział siebie w wyobraźni jako chłopaka panny Powell, zastanawiał się czasem, jak by to było, gdyby był jej synem.

Matka trzymała papierosa koło ucha i przyglądała mu się badawczo zwężonymi oczami.

- O co chodzi? - zapytał z niespokojnym uśmiechem.
- Masz piękny uśmiech, Cassiusie Clayu - odpowiedziała mu uśmiechem.
- Tak?
- Naprawdę. Będziesz pożeraczem kobiecych serc.
- To fajnie - odparł i oboje się roześmieli.
- Mógłbyś być tylko trochę rozmowniejszy - dodała.

Ty też, miał ochotę odpowiedzieć.

- Ale to nic. Kobiety lubią milczków.

Ponad ramieniem matki zobaczył, jak z domu wychodzi ojciec. Ubranie miał pomięte, a twarz obrzękłą od snu, z przepicia lub z jednego i drugiego. Gapił się na toczącą się przed nim zabawę, jakby nie mógł zrozumieć, gdzie się znalazł i o co tu chodzi.

Matka pobiegła spojrzeniem za wzrokiem syna, a gdy na powrót zwróciła ku niemu oczy, wyglądała znowu na śmiertelnie zmęczoną. Uśmiech zniknął, a twarz przybrała taki wyraz, że byłbyś zdziwiony, dowiedziawszy się, że matka Jimmy’ego w ogóle umie się uśmiechać.

- Hej, Jim.

Lubił, kiedy zwracała się do niego „Jim”. Czuł się wtedy tak, jakby coś wspólnie knuli.

- Tak?
- Naprawdę bardzo się cieszę, że nie wsiadłeś wtedy do tego auta, synku.

Pocałowała go w czoło - zauważył, jak zaszkliły jej się przy tym oczy - a potem wstała i podeszła do grupki innych matek, odwróciwszy się plecami do męża.

Jimmy spojrzał w górę i zobaczył w oknie Dave’a. Znowu mu się przyglądał, a za jego plecami lśniło odbite od mebli i ścian miękkie żółte światło. Tym razem Jimmy nawet nie próbował do niego pomachać. Teraz, kiedy policja i reporterzy odjechali i zabawa rozkręciła się na dobre, nikt już prawdopodobnie nie pamiętał, z jakiej okazji się odbywała, i Jimmy poczuł się tak jak Dave w swoim mieszkaniu samotny, jeśli nie liczyć jego stukniętej matki, zamknięty w czterech ścianach sraczkowatego koloru, oświetlony mdłą wieczorną poświatą, podczas gdy w dole ulica tętniła huczną zabawą.

Znowu poczuł radość, że nie wsiadł do tego fałszywego radiowozu.

Towar wybrakowany. Tak ojciec Jimmy’ego zeszłej nocy powiedział do matki: „Nawet jeśli znajdą go żywego, dzieciak będzie jak wybrakowany towar. Już nigdy nie będzie taki jak przedtem”.

Dave podniósł tymczasem rękę. Trzymał ją na wysokości ramienia i długo nią nie poruszał, Jimmy mu w końcu odmachnął i nagle ogarnął go smutek, sięgnął głęboko w duszę, a potem rozszedł się po całym ciele jak fale na wodzie. Nie wiedział, czy to uczucie ma coś wspólnego z jego ojcem, z matką, z panną Powell, tą dzielnicą czy może z Dave’em, który stał bez ruchu przy oknie z uniesioną ręką, ale cokolwiek je spowodowało - tylko jeden z tych czynników, czy może wszystkie razem - już nigdy, Jimmy był tego pewien, już nigdy go nie opuści. Siedział na krawężniku, miał jedenaście lat, ale nie czuł się jak jedenastolatek. Czuł się staro. Był stary jak jego rodzice, stary jak ta ulica.

Towar wybrakowany, powtórzył w myślach, i pozwolił swojej ręce opaść na kolana. Dave kiwnął mu głową, zaciągnął zasłonę i wycofał się do tego zanadto cichego mieszkania o sraczkowatych ścianach, z tykającymi głośno zegarami, a Jimmy poczuł, jak smutek zapuszcza w nim korzenie, mości się, jakby szukał przytulnego domu, a on nawet nie próbował z nim walczyć, bo w głębi duszy rozumiał, że byłoby to daremne.

Wstał z krawężnika, niepewny, co dalej zamierza. Poczuł tę swędzącą, natarczywą potrzebę, by w coś rąbnąć pięścią lub popełnić jakieś szaleństwo. Ale potem zaburczało mu w brzuchu i zrozumiał, że jest głodny, wrócił więc po następnego hot doga, mając nadzieję, że jeszcze ich trochę zostało.

 

Przez kilka następnych dni Dave Boyle chodził w glorii lokalnej sławy, nie tylko dzielnicy, lecz całego stanu. Nagłówek w „Record American” krzyczał nazajutrz wielkimi literami: ZGUBA SIĘ ZNALAZŁACHŁOPIEC WRÓCIŁ NA ŁONO RODZINY

Zdjęcie na górnej połowie strony ukazywało, jak Dave siedzi na ganku swojego domu, jego matka obejmuje go chudymi ramionami, a wokół nich szczerzy się do obiektywu gromadka roześmianych dzieciaków z Flats. Wszyscy wyglądają na rajsko szczęśliwych, z wyjątkiem matki Dave’a, która ma taką minę, jakby w ulewny dzień uciekł jej autobus.

Te same dzieci, które tłoczyły się obok Dave’a na gazetowym zdjęciu, już po tygodniu zaczęły wołać za nim w szkole „ciota”. Dave spoglądał im w oczy i widział w nich pogardę, lecz nie był pewien, czy rozumieją jej przyczynę choć trochę lepiej niż on sam. Matka powiedziała mu, że dzieci przejęły ją prawdopodobnie od rodziców - nie zwracaj na to uwagi, Davey, szczyle się znudzą, zapomną o wszystkim i rok nie minie, jak staną się znowu twoimi przyjaciółmi.

Dave kiwał głową i pytał sam siebie, co z nim takiego się stało - może ma na twarzy jakieś znamię, którego sam nie jest w stanie dostrzec - co sprawia, że każdy pragnie go skrzywdzić. Jak ci dwaj z samochodu. Dlaczego właśnie jego wybrali? Skąd wiedzieli, że wsiądzie do ich auta, a Jimmy i Sean tego nie zrobią? Gdy spoglądał wstecz, tak mu się to właśnie przedstawiało. Ci mężczyźni (znał ich imiona, przynajmniej te, jakimi się do siebie zwracali, ale nie był w stanie się nimi posługiwać) wiedzieli, że Sean i Jimmy nie wsiądą bez walki. Sean rzuciłby się biegiem w stronę domu, prawdopodobnie z krzykiem, a Jimmy’ego musieliby chyba ogłuszyć, żeby go wciągnąć do środka. Gruby Wilk wyraził to nawet dobitnie po kilku godzinach jazdy: „Widziałeś tego gnojka w białym podkoszulku? Gapił się na mnie tak, jakby chciał mnie zabić. Założę się, że gówniarz zdrowo jeszcze komuś w życiu dopierdoli”. Jego towarzysz, Tłusty Wilk, powiedział z obleśnym uśmieszkiem: „Nie miałbym nic przeciwko małej dopierdalance”. Gruby Wilk pokręcił głową: „Odgryzłby ci paluch, gdybyś chciał siłą wciągnąć go do wozu. Zresztą chuj z tym fiutkiem”.

Nadanie im prowizorycznych imion - Gruby Wilk i Tłusty Wilk - okazało się pomocne. Pozwalało Dave’owi widzieć w porywaczach bestie, wilki w ludzkiej skórze, siebie samego zaś jako postać z bajki: Chłopca Porwanego Przez Wilki. Chłopca, Który Uciekł i dotarł przez podmokłe lasy do stacji benzynowej Esso. Chłopca, Który Wykazał Się Spokojem i Sprytem i ani na chwilę nie przestał myśleć o ucieczce.

Jednak w szkole był tylko Chłopcem, Którego Porwano i wszyscy fantazjowali na temat tego, co zdarzyło się w czasie tych czterech dni porwania. Pewnego przedpołudnia w szkolnej ubikacji przy pisuarze obok Dave’a stanął siódmoklasista Junior McCaffery i spytał głośnym szeptem: „Kazali ci robić laskę?”, na co jego koledzy z siódmej zarechotali radośnie i zaczęli cmokać.

Dave zapiął drżącymi rękami suwak rozporka i z zaczerwienioną twarzą zwrócił się do Juniora McCaffery’ego. Postarał się, żeby z jego oczu wyzierała pogarda, więc Junior zmarszczył się i uderzył go w twarz.

Echo uderzenia rozeszło się po kiblu. Jeden z siedmioklasistów westchnął jak młoda dziewczyna.

- Podskakujesz, pedale? - zapytał Junior. - Chcesz jeszcze w ryj?
- Ciota płacze - zauważył któryś.
- Faktycznie - pisnął Junior McCaffery i z oczu Dave’a popłynęły jeszcze obfitsze łzy.

Czuł, jak odrętwienie policzka zmienia się w pieczenie, lecz nie płakał z bólu. Bólem się nigdy zbytnio nie przejmował i z bólu nie płakał nawet wtedy, gdy przewrócił się na rowerze i upadając, rozciął sobie o pedał nogę w kostce, aż musiano mu założyć siedem szwów. Rozżalił się z powodu uczuć, jakie w niego boleśnie uderzyły, a emanowały ze zgromadzonych w ubikacji. Uczuć niechęci, odrazy, wściekłości i pogardy wszystkie w niego wymierzone. Nie rozumiał dlaczego. Nigdy nikogo nie skrzywdził, a oni go nienawidzili. I ta nienawiść sprawiła, że poczuł się osierocony. Poczuł się nędzny, winny i bezbronny i dlatego płakał, ponieważ nie chciał się tak czuć.

Śmiali się, że płacze. Junior tańczył przez chwilę wokół niego, robiąc miny i przedrzeźniając szloch Dave’a, który w końcu zdołał opanować płacz, zredukować go do kilku chlipnięć. Wtedy siódmoklasista po raz drugi uderzył go w policzek, w to samo miejsce i z równą siłą.

- Spójrz na mnie - nakazał, gdy z oczu Dave’a znowu trysnęły łzy. - Spójrz na mnie!

Dave popatrzył na swojego prześladowcę z nadzieją, że dojrzy na jego twarzy współczucie, ludzką solidarność, a nawet litość - zgodziłby się nawet na litość - ale spostrzegł tylko złość i szyderstwo.

- No tak - zawyrokował Junior - robiłeś im laskę.

Zamierzył się do kolejnego uderzenia, Dave skulił się i schował głowę, tymczasem Junior machnął tylko pogardliwie ręką i w towarzystwie kolegów opuścił wśród chichotów ubikację.

Dave przypomniał sobie, co powiedział mu kiedyś pan Peters, znajomy jego matki, który czasem u nich nocował: „Dwóch rzeczy nie daruj nigdy żadnemu mężczyźnie - splunięcia i policzka. To gorsze od ciosu pięścią i jeśli jakiś mężczyzna tak cię potraktuje, postaraj się go zabić”.

Dave usiadł na podłodze w ubikacji. Żałował, że nie znajduje w sobie dość chęci, by kogoś zabić. Jeśli już, zacząłby chyba od Juniora McCaffery’ego, a potem zabiłby Grubego Wilka i Tłustego Wilka, gdyby jeszcze kiedyś miał ich spotkać. Prawdę mówiąc, nie wierzył, że okazałby się zdolny do morderstwa. Nie wiedział, dlaczego ludzie są dla siebie tacy podli. Nie rozumiał tego. Po prostu nie rozumiał.

Wieść o zdarzeniu w ubikacji lotem błyskawicy rozeszła się po szkole i każdy uczeń powyżej trzeciej klasy wiedział, jak Junior McCaffery potraktował Dave’a i jak ten na to zareagował. Wydano osąd i Dave przekonał się niebawem, że nawet ci spośród kolegów z klasy, którzy po jego powrocie do szkoły okazywali mu choćby odrobinę sympatii, zaczęli go traktować jak trędowatego.

Co prawda, nie wszyscy nazywali go „ciotą”, kiedy mijał ich na korytarzu, albo wypychali na jego widok językiem policzki. W gruncie rzeczy większość szkolnych kolegów traktowała go jak powietrze. To jednak było pod pewnym względem jeszcze gorsze. Dave czuł się potępiony i odrzucony przez całą uczniowską społeczność.

Jeśli zdarzyło się, że rano po wyjściu z domu wpadli na siebie z Jimmym Marcusem, Jimmy szedł czasem w milczeniu obok Dave’a aż do samej szkoły, bo byłoby dziwne, gdyby postąpił inaczej, mówił mu „cześć”, kiedy mijali się na korytarzu albo gdy zderzył się z nim, pędząc po przerwie do klasy. Kiedy ich spojrzenia się spotykały, Dave dostrzegał na twarzy kolegi tę samą dziwną mieszaninę współczucia i zakłopotania, jakby Jimmy chciał mu coś powiedzieć, ale nie umiał ująć tego w słowa - prawda, że nigdy nie był specjalnie wygadany, chyba że nagle strzelił mu do głowy jakiś szalony pomysł, żeby na przykład zeskoczyć na tory metra lub ukraść z ulicy samochód. Dave czuł jednak, że ich przyjaźń - choć nie przysiągłby z ręką na sercu, że byli kiedykolwiek prawdziwymi przyjaciółmi; z lekkim zawstydzeniem przypominał sobie te wszystkie przypadki, kiedy dosłownie narzucał się Jimmy’emu - umarła, kiedy on wsiadał do brązowego samochodu, a Jimmy stał jak skamieniały na środku jezdni.

Zresztą okazało się, że Jimmy przestał wkrótce chodzić do tej samej szkoły co Dave, mogli więc w końcu uniknąć nawet tych krępujących milczących wędrówek. W budzie Jimmy trzymał się zawsze z Valem Savage’em, małym psycholem o mózgu krewetki, który powtarzał każdą klasę i stał się prawdziwym postrachem nie tylko uczniów, ale i nauczycieli, bo. wszystkich terroryzował. Żartowano sobie (choć nigdy wtedy, kiedy był w pobliżu), że jego starzy nie odkładali dla niego forsy na czesne w college’u, ale na kaucje, które będą musieli płacić, by wyciągać go z paki. Zanim jeszcze Dave wsiadł do brązowego samochodu, w szkole Jimmy przestawał tylko z Valem. Dopuszczał Dave’a do ich towarzystwa, kiedy krążyli po kuchniach stołówek i żebrali o coś do zjedzenia albo gdy odkryli jakiś nowy dach, na który można się wspinać, jednak po incydencie z samochodem Dave został wykluczony nawet z tych wypraw. W chwilach wolnych od niechęci do Jimmy’ego z powodu tego nagłego odsunięcia Dave dostrzegł, że czarna chmura, która zdawała się czasem zawisać nad Jimmym, zaczęła nabierać cech trwałości, niczym negatyw aureoli. Jimmy sprawiał ostatnio wrażenie postarzałego i przygaszonego.

W końcu ukradł samochód. Zdarzyło się to blisko rok po tamtej pierwszej, nie podjętej próbie przed domem Seana i doprowadziło do relegowania Jimmy’ego ze szkoły Looey & Dooey. Odtąd musiał się tłuc autobusem przez pół miasta do Carver School, gdzie miał się dowiedzieć, jak wygląda życie białego dziecka z East Bucky w szkole, do której chodzili głównie czarni. Jimmy jeździł autobusem razem z Valem i Dave wkrótce usłyszał, że ta parka stała się postrachem nowej budy; dwaj biali chłopcy do tego stopnia stuknięci, że nie znali uczucia strachu.

Samochód, który ukradli, był kabrioletem. Dave’a doszły plotki, że należał do przyjaciela jednej z nauczycielek, choć nie dowiedział się nigdy której. Jimmy i Val podprowadzili go ze szkolnego parkingu w czasie, gdy ciało pedagogiczne w towarzystwie żon, mężów i znajomych świętowało w pokoju nauczycielskim zakończenie roku. Za kierownicą usiadł Jimmy i obaj chłopcy urządzili sobie wyścigi Formuły Pierwszej po Buckingham, wyli klaksonem, machali do dziewcząt i żyłowali silnik dopóty, dopóki nie namierzył ich radiowóz policyjny. Skończyli przejażdżkę, kasując wóz na kontenerze na śmieci za sklepem Zayresa w Rome Basin. Val skręcił sobie nogę w kostce, wyłażąc z rozbitego wozu, i Jimmy, który już wisiał na płocie, żeby uciec na pustą parcelę, wrócił, by mu pomóc. Dave wyobrażał sobie odtąd tę scenę jako sekwencję z filmu wojennego - dzielny żołnierz wraca po rannego towarzysza, nie bacząc na gwizd przelatujących kul (nie sądził, by policjanci użyli broni palnej, ale to dodawało tej scenie smaczku). Gliniarze schwytali obu przestępców i chłopcy spędzili noc w policyjnej izbie dziecka. Pozwolono im ukończyć szóstą klasę, bo do końca roku zostało tylko kilka dni, ale potem oznajmiono ich rodzinom, żeby gdzie indziej edukowały swoich gagatków.

Odtąd Dave jedynie z rzadka widywał Jimmy’ego, najwyżej kilka razy w ciągu roku, póki nie stali się nastolatkami. Matka nie puszczała go z domu, tyle co do szkoły. Była przekonana, że tamci dwaj mężczyźni wciąż się kręcą, krążą po okolicy w pachnącym jabłkami samochodzie i śledzą jej syna jak naprowadzane na źródło ciepła rakiety.

Dave wiedział, że takie niebezpieczeństwo już mu nie zagraża. Tamci byli przecież wilkami, a wilki polują nocą, szukają najsłabszej ofiary. Obecnie jednak Gruby Wilk i Tłusty Wilk częściej nawiedzali jego wyobraźnię, a towarzyszyło temu wspomnienie tego, co mu wyrządzili. Koszmary te rzadko wdzierały się do jego snów, męczyły go za to podczas tych okropnych cichych godzin w pustym mieszkaniu matki, długich okresów ciszy, kiedy dla zabicia czasu czytał komiksy, oglądał telewizję albo gapił się przez okno na ulicę. Gdy te obrazy przychodziły, Dave usiłował je wyłączać przez zamknięcie oczu i starał się nie pamiętać, że Gruby Wilk miał na imię Henry, a Tłusty - George.

Henry i George, krzyczał jakiś głos, gdy przez głowę Dave’a przemykały niechciane wspomnienia, Henry i George, Henry i George, Henry i George, ty gnojku!

Dave odpowiadał głosowi, jaki odzywał się w jego głowie, że nie jest gnojkiem. Jest Chłopcem, Który Uciekł Wilkom. Czasami, by odpędzić złe wspomnienia, odtwarzał w wyobraźni, scena po scenie, historię swojej ucieczki - szczelina, którą wypatrzył obok zawiasu przy drzwiach komórki, odgłos silnika odjeżdżającego samochodu (jechali gdzieś, żeby się upić), śruba bez łebka, której użył do poszerzenia szczeliny, póki przerdzewiały zawias nie wyłamał się, a wraz z nim nie odprysnęła drzazga w kształcie ostrza noża. Wtedy Przebiegły Chłopiec wyszedł z komórki i pobiegł prosto do lasu, a potem szedł, kierując się na zachodzące słońce, aż wyszedł na oddaloną o nieco ponad kilometr stację benzynową Esso. Na jej widok przeżył szok - choć całkowita ciemność jeszcze nie zapadła, okrągły biało-niebieski znak firmowy już zapalono na nadejście nocy. Biel neonu poruszyła coś w duszy Dave’a. Upadł na kolana na skraju lasu, prawie na granicy starego, popękanego asfaltu. Tak go znalazł Ron Pierrot, właściciel stacji: klęczącego i wpatrzonego w neon. Ron Pierrot był żylastym mężczyzną o dłoniach, które wyglądały tak, jakby mogły łamać ołowiane rury, i Dave zastanawiał się potem często, co by nastąpiło, gdyby Chłopiec, Który Uciekł Wilkom, był naprawdę postacią z filmu. Oczywiście, połączyłaby go z Ronem serdeczna przyjaźń i starszy mężczyzna nauczyłby go tych wszystkich rzeczy, jakich ojcowie uczą synów - siodłaliby razem konie, ładowali strzelby i wyruszali na szlaki fantastycznych przygód. Przeżyliby razem cudowne chwile, Chłopiec i Ron. Byliby bohaterami, którzy tępią grasujące po świecie Wilki.

 

We śnie Seana ulica się poruszała. Zajrzał w otwarte drzwi pachnącego jabłkami samochodu, a wtedy jezdnia uwięziła mu stopy i zaczęła go ciągnąć w stronę auta. Dave siedział w środku, skulony na siedzeniu pod drzwiami z przeciwnej strony. Usta miał otwarte w niemym krzyku, podczas gdy ulica niosła Seana w stronę auta. W tym śnie dostrzegł tylko te otwarte drzwi i tylne siedzenie. Nie widział mężczyzny, który wyglądał na gliniarza, ani jego kumpla, siedzącego z przodu na miejscu dla pasażera. Nie widział też Jimmy’ego, choć Jimmy przez cały czas znajdował się obok niego. Miał przed oczami tylko to tylne siedzenie, Dave’a, drzwi i śmietnik na podłodze. Zrozumiał, że ten śmietnik na podłodze był dzwonkiem alarmowym, choć nie zdawał sobie wcześniej sprawy, że w ogóle go usłyszał. Opakowania z fast-foodów, pomięte torebki po chipsach, puszki po piwie i coli, kubki ze styropianu, jakiś brudny zielony podkoszulek. Dopiero gdy po przebudzeniu przypominał sobie ten sen, pojął, że podłoga za przednimi siedzeniami ze snu wyglądała dokładnie tak samo jak podłoga rzeczywistego samochodu, choć on aż do tej pory nie pamiętał o tym śmietniku. Nawet kiedy policjanci prosili go, żeby się zastanowił, skupił i przypomniał sobie wszystkie szczegóły, o jakich im dotąd nie powiedział, nie przyszło mu nawet do głowy, że z tyłu tego auta panował bałagan, bo w ogóle o tym nie pamiętał. Przypomniał sobie o tym fakcie dopiero we śnie i dzięki temu - głównie dzięki temu - zrozumiał, choć raczej podświadomie, że z tym „gliniarzem” coś było nie tak, coś było nie tak z jego „partnerem” i ich samochodem. W realnym życiu Sean nigdy nie widział tylnego siedzenia w policyjnym radiowozie, przynajmniej nie z bliska, ale był przekonany, że nie mogło tam być śmietnika. Może pod warstwą śmieci leżały ogryzki jabłek i dlatego wnętrze auta tak pachniało?

W rok po uprowadzeniu Dave’a ojciec Seana wszedł któregoś dnia do jego sypialni, by oznajmić mu dwie nowiny.

Pierwsza była taka, że Sean został przyjęty do Latin School, gimnazjum klasycznego, i we wrześniu rozpocznie tam naukę. Ojciec powiedział, że oboje z matką są z niego naprawdę dumni. Każdy, kto chciał coś w życiu osiągnąć, szedł do Latin School.

Druga wiadomość, którą ojciec przekazał Seanowi, choć już od progu, jakby dopiero tam ją sobie przypomniał, brzmiała:

- Wiesz, synu, jednego z nich złapali.
- Kogo?
- Jednego z tych łobuzów, którzy porwali Dave’a. Złapali go. Bydlak już nie żyje. Popełnił samobójstwo w celi.
- Naprawdę?

Ojciec przyjrzał mu się uważnie.

- Uhm. Twoje koszmary senne mogą się już skończyć.
- A ten drugi?
- Ten, którego złapali - odparł ojciec - powiedział policji, że jego kompan od roku już nie żyje. Zginął w wypadku samochodowym. Rozumiesz? - Ojciec popatrzył na niego w taki sposób, że Sean od razu pojął, że to była ich ostatnia rozmowa na ten temat. - Umyj teraz ręce i schodź na kolację.

Po wyjściu ojca Sean siedział na łóżku, na którym materac wybrzuszał się w miejscu, gdzie schował swoją nową baseballową rękawicę z umieszczoną w zagłębieniu piłką. Grube, czerwone gumowe paski ciasno opinały skórę rękawicy.

Więc ten drugi zginął. W wypadku samochodowym. Sean miał nadzieję, że prowadził auto pachnące jabłkami, zleciał z urwiska i razem z tym autem spadł prosto do piekła.

IISMUTNOOKIESINATRY

(2000)

3Łzy we włosach

Brendan Harris kochał się w Katie Marcus do szaleństwa, kochał ją miłością jak z filmu, aż krew tętniła mu w uszach. Kochał ją, kiedy się budziła, gdy szła do łóżka, kochał od rana do wieczora, w każdej sekundzie doby. Brendan Harris kochałby Katie Marcus, gdyby była gruba lub była brzydka. Kochałby ją, gdyby miała krosty, płaskie piersi i meszek na górnej wardze. Kochałby ją bezzębną. Kochałby ją łysą.

Katie. Na sam dźwięk jej imienia przebiegał go dreszcz; Brendan czuł się tak, jakby napełniono mu członki podtlenkiem azotu, jakby mógł chodzić po wodzie i wyciskać na ławce sztangi o wadze tira, a po skończonym ćwiczeniu odrzucać je niczym piórko.

Brendan Harris kochał wszystkich ludzi, odkąd kochał Katie, a ona odwzajemniała jego miłość. Kochał korki na ulicach, kochał smog i huk młotów pneumatycznych. Kochał swojego cholernego ojca, który ani razu nie przysłał mu kartki na urodziny czy Boże Narodzenie, odkąd opuścił matkę i Brendana, kiedy miał on zaledwie sześć lat. Kochał poniedziałkowe poranki, kochał sitcomy, które nie śmieszyły nawet półdebili, kochał kolejki w wydziale komunikacji. Kochał nawet swoją pracę, choć miał ją zamiar porzucić.

Jutro z rana opuści ten dom, opuści swoją matkę, wyjdzie przez te odrapane drzwi, zejdzie po tych popękanych schodach i pójdzie tą długą, szeroką ulicą ujętą w szpaler parkujących w dwa rzędy samochodów i siedzących na schodkach przed domami ludzi, opuści tę dzielnicę, jakby był bohaterem którejś z tych zajebistych piosenek Springsteena, lecz nie tego z Nebraska-Ghost-of-Tom-Joad, ale tego z Born-to-Run-Two-Hearts-Are-Better-Then-One-Rosalita-Won’t-You-Come-Out-Tonight, tego sztandarowego Bruce’a. Otóż to, sztandarowego. Taki właśnie, dumny niczym sztandar, pójdzie środkiem asfaltowej jezdni, nie bacząc na napierające na łydki zderzaki aut i jazgot klaksonów, pójdzie tą ulicą, aż dojdzie do centrum Buckingham, weźmie za rękę swoją Katie i porzucą na zawsze to miasto, wsiądą do samolotu, polecą do Vegas i splótłszy palce, połączą się węzłem małżeńskim. Elvis odczyta wersety z Biblii, zapyta: „Bierzesz sobie za żonę tę kobietę?” Katie odpowie, że bierze sobie za męża tego mężczyznę i potem - potem, o kurde, będą sobie poślubieni i pojadą w świat i nigdy tu nie wrócą, szkoda gadać, tylko on i Katie, a reszta ich życia będzie otwarta i czysta, oskrobana z przeszłości, oczyszczona z brudów tego świata.

Rozejrzał się po sypialni. Czeki podróżne American Express schowane. Ubrania i adidasy spakowane. Zdjęcia ich obojga zabrane. Przenośny odtwarzacz CD, kompakty, przy-bory toaletowe spakowane.

Przyjrzał się temu, co zostawiał. Plakat z Birdem i Parrishem, koszykarzami Celtics. Plakat przedstawiający Fiska, gdy próbuje machaniem rąk zmusić piłkę, żeby nie wyszła na aut w tym pamiętnym meczu Soksów w siedemdziesiątym piątym. Plakat z Sharon Stone w białym zawoju... tyle że zrolowany i wsunięty pod łóżko od czasu tej pierwszej nocy, gdy udało mu się zwabić do siebie Katie... Połowa jego zbioru kompaktów. Do cholery z nimi. Większości słuchał zaledwie dwa razy. Kurde, MC Hammer. Billy Ray Cyrus. Ja pierdzielę. Para zajebistych kolumn Sony jako dopełnienie wieży Jensena, w sumie dwieście watów, kupione zeszłego lata, kiedy podjął się kilku prac dekarskich w brygadzie Bobby’ego O’Donnella.

Właśnie wtedy zbliżył się do Katie na tyle, by móc nawiązać rozmowę. Kurde, to zaledwie rok temu. Niekiedy miał wrażenie, że minęło od tego czasu już dziesięć lat, a nieraz, że tylko minuta. Katie Marcus. Słyszał o niej, oczywiście; wszyscy w dzielnicy słyszeli o Katie, była taka piękna. Jednak tylko niewielu mogło pochwalić się bliższą znajomością. To sprawa urody; piękność odstrasza, narzuca dystans. Inaczej niż w filmach, gdy kamera sprawia, że piękność zdaje się człowieka zapraszać. W prawdziwym świecie uroda działa jak płot, który odgradza, trzyma cię na dystans.

Katie, kurde, zaraz tamtego pierwszego dnia, kiedy przyjechała z Bobbym O’Donnellem na budowę, a potem on ją zostawił, by z paroma chłopakami pojechać do miasta załatwić jakieś pilne sprawy, zostawił ją, jakby w ogóle zapomniał o jej istnieniu; zaraz więc tamtego pierwszego dnia zachowywała się w sposób tak naturalny, była taka normalna, towarzyszyła Brendanowi, gdy kładł blacharkę na dachu, jakby była jego kolegą z brygady. Znała jego imię. Powiedziała: „Jak to się stało, że taki fajny chłopak jak ty, Brendan, pracuje dla Bobby’ego O’Donnella?”. Brendan. Jego imię wyfrunęło z jej ust w tak niewymuszony sposób, jakby je codziennie wymawiała, i Brendan, który właśnie klęczał na krawędzi dachu, poczuł, że zaraz zemdleje i spadnie na łeb na szyję na dół. Bez jaj. Takie na nim zrobiła wrażenie.

A jutro, jak tylko Katie zadzwoni, wyjeżdżają stąd. We dwoje. Na zawsze.

Leżał na łóżku i wyobrażał sobie wiszący nad nim księżyc jej twarzy. Wiedział, że nie zaśnie, był zbyt podniecony. Wcale się tym nie martwił. Leżał na łóżku, twarz Katie jaśniała się nad nim uśmiechnięta, a jej oczy błyszczały w ciemności.