Rozmowy są nagrywane - Katharina Volckmer - ebook
NOWOŚĆ

Rozmowy są nagrywane ebook

Volckmer Katharina

0,0

Opis

Sprośna i zjadliwie zabawna satyra na środowisko pracy stworzona przez obrazoburczą młodą autorkę z udziałem jednego z najbardziej ujmujących i niespokojnych narratorów ostatnich czasów.

 

Jimmie pracuje w londyńskim call center, gdzie przyjmuje skargi od niezadowolonych klientów biura podróży. Poruszane przez zawiedzionych podróżnych problemy bywają absurdalne, jak niepokój, że choroba skóry może przyciągnąć rekiny na plaży w Mykonos, przez narzekania na kolejki do basenów hotelowych na Malediwach, po skargi na pokój, z którego okien – położonych zbyt blisko siebie – pewien wdowiec zmuszony jest oglądać zakochaną parę przypadkowych turystów. Całymi dniami Jimmie słucha narzekań ludzi „psujących sobie wakacje przez własne nadmierne oczekiwania”.

 

Jednak dzisiejszy dzień będzie inny – ostrzega go współpracowniczka Elin. Jimmie jest na celowniku, a jego szef, Simon, bezceremonialnie poszedł za nim do firmowej toalety podczas „nieautoryzowanej” przerwy Jimmiego, aby poprosić go o „pilne” spotkanie. Co więcej, jego partner z wcześniejszej pokątnej schadzki toaletowej tydzień wcześniej został awansowany i nie nosi już jednej z kolorowych bluz pracowniczych, tylko jako asystent kierownika paraduje w normalnym ubraniu, bez wskazującego na niższy status zawodowy kaptura. To wszystko powoduje coraz większe rozedrganie i frustracje głównego bohatera.

 

Z niezwykłą zręcznością i ciętym dowcipem Katharina Volckmer krytykuje i wyśmiewa korporacyjne stosunki w miejscu pracy i rozmowy przy dystrybutorze wody, tworząc wnikliwy i poruszający portret głębokiej samotności.

 

„Ta książka jest pełna błyskotliwych dialogów, nieoczekiwanych zwrotów akcji, bardzo sprośnych uwag… powoduje nagłe wybuchy wesołości, a potem przepełnia smutkiem. Emanuje z niej mroczna energia. Jest niezwykle oryginalna. Lektura każdej strony sprawia przyjemność.”

Colm Tóibín

 

„Katharina Volckmer to osoba podejmująca ryzyko najwyższego stopnia.”

Ian McEwan

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 163

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Strona redakcyjna

Tytuł oryginału Calls May Be Recorded

Przekład Agnieszka Walulik

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski,Anna Gądek

Projekt okładki Eric Obenauf, Two Dollar Radio

Projekt stron tytułowych Tomasz Majewski

 

CALLS MAY BE RECORDED

First published in Great Britain in 2025 by The Indigo Press

as CALLS MAY BE RECORDED.

First published in French in 2024 by Éditions Grasset & Fasquelle.

© Editions Grasset & Fasquelle, 2024.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © JF PAGA

 

Wydawczyni dziękuję Kasi Kucharskiej za inspirację

do wydania pierwszej książki autorki,Wizyta.

 

Skład i łamanie Dariusz Ziach

 

ISBN 978-83-979656-8-3 (EPUB); 978-83-979656-8-3 (MOBI)

 

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

 

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa

 

[email protected]

+48501177119

www.wydawnictwopauza.pl

WydawnictwoPauza

wydawnictwo_pauza

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 
 

Ludzie, zamiast popełnić samobójstwo, idą do pracy

 

Thomas Bernhard, Korekta

(przekład Marek Kędzierski)

 
 
 
 

Mauriziowi. Z miłością.

 

Pamięci Adeline Stuart-Watt

 
 
 
 

Jak człowiek ma się zesrać, to na pewno zdarzy się to tuż przed wejściem do własnego domu. Podobnie jak kot, który – gdy wracasz z nim od weterynarza – zaczyna się gwałtownie rzucać w transporterze, wyczuwając bliskość swobody i woń terytorium, o które stoczył tyle zaciekłych walk. Również nasze wnętrzności poddają się dokładnie w momencie, gdy możemy sobie wyobrazić znajomą wygodną deskę klozetową. Gładkość sprzętu stworzonego w celu zaspokojenia naszych najbardziej intymnych potrzeb. Upojną przestrzeń, jaką mogą zapewnić wyłącznie drzwi zamknięte na zamek. Spokój, bez którego Jimmie często miewał poczucie swoistej nagości. I podobnie jak kot, który z dala od ograniczeń nieznanego świata nie czuje się już zobowiązany do tego, żeby się zachowywać, tak również twoje ciało się poddaje, bo wie, że po drugiej stronie tych drzwi nie ma nikogo, na kim zależałoby ci na tyle, aby się powstrzymać przed tym najohydniejszym z naruszeń zasad higieny. Przed tą utratą samokontroli, która każdego uczyniłaby dojmująco niejebalnym. Przed aktem uległości mogącym pobudzić wyłącznie zaburzone umysły dzianych typów, którzy skarmiają prostytutki hinduskim żarciem, żeby szybciej mogły srać. Lecz nawet oni mogliby mieć problem z podnieceniem się zwykłymi obsranymi gaciami, nikogo przecież nie kręci porażka.

W drodze autobusem do pracy Jimmie przyglądał się kosztownym psom i dzieciom, zastanawiając się, czy wszystkie je wyposażono w specjalne pieluchy, które w razie hańbiącego wypadku natychmiast powiadomią o fakcie ich właścicieli. Uchronią je od naszego pierwotnego lęku przed ekskrementami i chorobami przenoszonymi za ich pośrednictwem – lęku, jakim napełniają nas własne ciała. Od odruchowej reakcji mówiącej nam, że to coś znacznie gorszego niż zmoczenie się w łóżku i że żadna trauma z dzieciństwa nigdy nie będzie dostatecznie rozczulająca, aby usprawiedliwić te brązowe plamy. Bo takie plamy są dla starych schorowanych ludzi w domach opieki – albo dla takich, których Jimmie widywał czasami w tym autobusie. Dla ciał, które przegrały walkę z własnymi wydzielinami i znalazły się o krok od ostatecznej porażki. Takie plamy mają barwę samej śmierci. Gasnących funkcji biologicznych, chwilowo skrytych pod kwiatami i żalem.

Jeśli chcieć zrobić to porządnie – w sensie nie podczas jakiegoś tam nieprzemyślanego podduszania się na łazienkowym grzejniku na ścianie – to zesrasz się, gdy cię powieszą. Albo gdy sam się powiesisz – zależy od okoliczności. Objawi się prawda kryjąca się za tym ostatnim odgłosem czegoś upadającego na ziemię – odgłosem tylko chwilowo zamaskowanym przez trzask pękającego karku. To była jedna z najlepszych historii jego matki: o sąsiadce w rodzinnych stronach, której nie udało się zakończyć w ten sposób życia. Była za leniwa, żeby wleźć na krzesło i skorzystać z haczyka – myślała, że wystarczy, jeśli zawiąże sobie na szyi starą smycz dla psa, przymocuje ją do łazienkowego grzejnika i rzuci się na podłogę. Jimmie potrafił się wczuć w upokorzenie tej kobiety. Wiedział, że jego ciało też byłoby zanadto toporne, aby doprowadzić to chyba niemożliwe zadanie do końca. Jego ciężar wyrwałby grzejnik ze ściany, zanim utrata świadomości zdołałaby dać mu wolność. A wtedy nieuniknione pęknięcia odsłoniłyby przegniłe fundamenty domu. Matka miała rację. Takie ostateczne chwile nie miały w sobie nic delikatnego, podobnie jak nic delikatnego nie miała w sobie jego obecna sytuacja – w sercu, które pogubiło drogę, nie ma bowiem ani krztyny piękna. Niczym nocne zwierzę wyciągnięte z legowiska i wydane na pastwę sił działających w świetle słońca, Jimmie zapomniał już, jak poruszać się z wdziękiem.

O ile dobrze pamiętał, tamtego dnia wcale nie miał ochoty umrzeć, w każdym razie nie do takiego stopnia, żeby przemyśleć dostępne możliwości oraz ich wpływ na strzępy jego godności. To było jeszcze zanim zaczął jeździć rano do pracy tym autobusem, zanim psy i dzieci z bogatymi rodzicami i wypasionymi pojazdami sprawiły, że poczuł się ubogi. Zanim odkrył, że jego pragnienia nie mają żadnego szacunku dla jego uczuć i że pasy w samolotach nie służą temu, by zapewnić pasażerom bezpieczeństwo, ale do łatwiejszej identyfikacji zwłok w przypadku katastrofy.

Tamtego dnia, właśnie gdy usiłował wsunąć klucz do zamka, jak zawsze zapominając, który pasuje do drzwi frontowych, poczuł, jak rozluźniają mu się zwieracze. To było tak, jakby jego ciało postanowiło przejąć narrację, opowiedzieć historię, której jego umysł nigdy nie umiałby wyrazić słowami. Zareagować, nim zdołał ogarnąć, co naprawdę wydarzyło się w domu pogrzebowym. Jimmie nigdy nie miał wrażenia pełnej kontroli i jakby na potwierdzenie tego faktu nagle poczuł między pośladkami niewłaściwe ciepło. Był to dowód, że życie jest czymś więcej niż tylko okrutnym żartem, bo z okrutnego żartu można się przynajmniej uśmiać.

Nie było mu jednak do śmiechu, gdy czuł własne gówno zsuwające się po wewnętrznej stronie nogi i już prawie wyrywające się na wolność, by wylądować na wycieraczce matki, albo kiedy się martwił, że zgubi swój portfel i włosy zmarłego, które schował tam na wszelki wypadek, żeby mu się nie zapodziały. To było jeszcze zanim Elin powiedziała mu, że – z braku spodni – lepiej schować coś za ramiączko stanika niż do rękawa sukienki. Że żadnej gumce elastycznej nie wolno ufać i że kieszenie stanowią kluczową część kobiecej rewolucji. Jednak nie zbierało mu się na płacz, nie były to przecież wyznaczniki prawdziwych problemów – noga, która zaraz miała zacząć sprawiać wrażenie, jakby pod obszerną letnią sukienką matki nosił sterany nazistowski mundur, i rozmyślania, które to składniki jego niezdrowej diety zdołały raz jeszcze wyrwać się na swobodę.

Wszystko to było już teraz przeszłością, równie odległą, jak jego młodość czy ostatni raz, gdy widział uśmiech na twarzy matki. Stało się nieosiągalne, zupełnie jak idea przyjemności, gdy jesteś w drodze do pracy. Podobnie jak przez wiele ostatnich dni, Jimmie gotował się właśnie do przemiany w osobę, którą spodziewali się ujrzeć jego koledzy, i gdy tak się gapił na ludzi w autobusie usiłujących współistnieć w przestrzeni, której woleliby nie dzielić, próbujących uciec przed wspomnieniami przywoływanymi przez ich ciała, wreszcie zrozumiał, że to była po prostu nicość. Pustka. Nieprzenikniona ciemność, w której nie potrafił dostrzec niczego poza rozeźlonymi reakcjami swojego ciała na jego żałosną egzystencję. Niczego poza milczeniem własnych ambicji.

 
Dzień jak co dzień
 
 
 

Dziękuję za oczekiwanie. Nazywam się Jimmie. W czym mogę dzisiaj pomóc?

– Wie pan, to z rekinami, że niby potrafią wyczuć kroplę krwi na kilka kilometrów? No więc mam taką chorobę skóry, przez którą dużo się drapię. Może mi pan zagwarantować, że w morzu przy Mykonos nic mi nie grozi?

– Proszę pana, zdaje pan sobie sprawę, że Mykonos jest w Grecji, prawda?

– Chce mi pan powiedzieć, że w Morzu Śródziemnym nie ma żadnych rekinów?

Szminka w kącikach ust Jimmiego zaczęła się wykruszać. Tania czerwona szminka, w której chciał się pokazać swojemu kochankowi. Wykradł ją poprzedniego wieczoru z jednego z licznych puzderek w sypialni matki, gdy wrócił po pracy do domu i zastał ją śpiącą. Jego matka, La Signora. Najbardziej wdowia spośród wszystkich wdów. Włoszka o nazwisku nie do wymówienia. Bevilacqua. Pełna lęku przed kolorami spoza własnej sypialni, wiecznie rozkochana w swoim smutku, przespała większość swojego życia – życia skrytego pod kurzem i niechcianymi drobinami współczucia. Tragedia, której jedynym świadkiem był jej syn. Dramat marnujący się w nowym kraju, który nigdy nie stanie się niczym więcej niż niedokończonym snem.

– No to co z tymi rekinami?

– Myśli pan, że pana krew jest w takim samym kolorze, jak moja szminka?

– Co proszę?

– Po prostu próbuję to sobie wyobrazić. Pana z jego popękaną skórą, głębokie niebieskie morze i szwarccharakter o straszliwych zębiskach. Miał pan może na myśli żarłacza białego?

– Czy panu odbiło?

– Po prostu jestem osobą o rozbudowanej wizualności, a ponieważ szkolą nas, żebyśmy poważnie podchodzili do obaw naszych klientów, chcę sobie wyobrazić to samo, co pan. Gdzie dokładnie zwykle się pan drapie? Nie wydaje się panu, że właśnie to miejsce rekin zaatakowałby w pierwszej kolejności?

– Ale z pana pojeb.

Głos ucichł, tymczasem Jimmie wyobraził sobie obłok krwi wypływający z odgryzionej kończyny nie pierwszej młodości, dryfujące dookoła kawałki mięsa i jeszcze takie drogie kolorowe kąpielówki. Podwodne wrzaski stłumione przez gwałtowność morza. Nagle pozazdrościł rekinowi swobody zaspokajania swoich popędów, a potem postanowił pójść w jego ślady i wyciszył telefon, choć nie minęła nawet pierwsza godzina jego zmiany. I to wbrew temu, że zasady call center nie pozwalały na opuszczanie stanowiska pracy, by przez minutę gapić się na siebie w lustrze albo ryczeć w rozpięte spodnie na rozchwianej desce klozetowej. Jednak Jimmie miał to gdzieś, bo chciał, żeby ten dzień był inny. Miękki. Jak subtelny odcień różu. Dzień bez niczego bolesnego.

 

Usiłował szybko wyminąć nieskończone rzędy wydzielonych sektorów należących do innych zespołów na jego piętrze. Skupiska niewielkich okrągłych stanowisk pracy reprezentujące różne produkty, które można było wygodnie zamawiać na odległość – jak dostawy warzyw, karmę dla psów, materace czy papier toaletowy. Albo, w przypadku Jimmiego: wakacje. Każde skupisko oznaczone było tanim kartonowym znakiem z nazwą i logo firmy, który unosił się nad pracownikami. Umocowane na niewidocznych żyłkach znaki wisiały nad ich głowami niczym stała groźba, element aparatu gotowego zwalić się z całą siłą na każdego, kogo przyłapano na nieproduktywności czy niedostatecznie ofiarnym podejściu do klienta. Członków poszczególnych grup można było rozróżnić tylko po jednym elemencie korporacyjnej tożsamości: różnych bluzach, które musieli nosić – wszyscy z wyjątkiem liderów zespołów i menedżerów, im bowiem wolno było cieszyć się wygodami cywilnego życia, podczas gdy cała reszta wyglądała i czuła się jak Teletubisie. Te bluzy kojarzyły się Jimmiemu ze stadami owiec, których runo hodowcy oznaczali jaskrawymi kolorami. Gdy tak mijał teraz kolegów, rozpoznawał niektóre twarze, choć większość z nich zawsze wydawała mu się nowa i nieznana – mimo że pracował w spółce Vanilla Travels już prawie od roku.

Przynajmniej nie trafił na piętro niżej, gdzie musiałby sam wydzwaniać do ludzi i proponować im resztki zasobów, ani do żadnego zagranicznego call center, jeszcze bardziej przygnębiającego niż to. I przynajmniej jego klienci autentycznie go potrzebowali, nawet jeśli była to jedynie potrzeba doraźna, tak więc nie obrzucano go nieustannie wyzwiskami i nie deptano jak czegoś, co uznano za szkodnika. Niemniej wciąż stanowił element nieskończonego ciągu obfitości, zestaw kości pozbawionych prawa do domagania się szacunku dla siebie. Był głosem osoby, która poza tymi murami stawała się niewidzialna. I o ile chwilami podobała mu się myśl, że mógłby nie mieć tego ciała, o tyle wiedział, że chyba czas najwyższy zebrać się na odwagę i stawić czoło światu, w którym jego obfite krągłości raz jeszcze staną się rzeczywistością.

Zamykając za sobą drzwi toalety, Jimmie przypomniał sobie, że umówił się dziś na przerwę na lunch z Elin, szwedzką koleżanką z zespołu od rezerwacji, której marzyło się otwarcie żłobka gdzieś w lesie, gdzie dzieci biegałyby na świeżym powietrzu. Elin zawsze wyglądała, jakby miała na twarzy kocią dupę – ściągała wargi tak mocno, jakby próbowała zrobić minetę torbie cytryn. Już pomijając brak autentycznie dzikiej przyrody w Londynie, Jimmie nie potrafił sobie wyobrazić, że ktoś mógłby zostawić dzieci pod jej opieką – pewnie wyglądałyby potem jak małe leśne dziwadła o buziach zarośniętych przedwczesnymi brodami. Złowieszcze ogrodowe krasnale odmawiające śpiewania piosenek i wykonywania tańców. Może to taka specjalna szwedzka technika na przetrwanie: nie ma co silić się na wesołość, gdy dookoła jesteś tylko ty i są nieskończone lasy, życie na łonie przyrody i łosie. Albo inne jeleniowate? Jimmie nie miał pojęcia, czym się różnią jedne od drugich. Elin pokazała mu raz zdjęcie: wielkie cielska na patykowatych nogach skojarzyły mu się z jego babcią i ze sposobem, w jaki pchała ociężały tułów przez życie niczym wózek z zakupami. To na pewno jej geny przesądziły o jego wyglądzie.

Próbując dosięgnąć twarzą przestrzeni między swoimi kolanami, Jimmie zdołał umknąć przed widokiem wyblakłego pomarańczu, za sprawą którego sztuczne powierzchnie ubikacji – buduaru współczesnego pracownika biurowego – miały sprawiać bardziej ludzkie wrażenie. W przeciwieństwie do szarości, pomarańcz był tak asertywny w swojej brzydocie. Jimmie zawsze trochę mu tego zazdrościł – gdyby tylko mógł równie śmiało obnosić się z własnymi niedoskonałościami! Żałował tego, czego świadkiem było niedawno to miejsce. Ależ te cienkie ścianki świętowały jego porażkę. Bieliznę wciąż jeszcze miał świeżą i czuł od niej ślad własnych zapachów, swojego domu i płynu do prania – przypominały mu, że nadal żyje. Jednocześnie usiłował sobie przypomnieć ostatnią rozmowę z Elin, jakoś w tym tygodniu. Jadła wtedy wegetariańskie kluski zalewajki. Jimmiemu zawsze robiło się od tego niedobrze. Był przekonany, że gdyby nie zmuszono go do wyjazdu z Włoch, nie musiałby oglądać takich kulinarnych zbrodni. Nawet teraz, gdy usiłował schować głowę między kolanami, choć wydatny brzuch nie pozwalał mu uzyskać przy tym eleganckiej pozy, przed oczami stała mu Elin ładująca sobie te oślizgłe robaki do tycich kociodupnych ust wysmarowanych neonową szminką.

– Kogo planujesz wyruchać?

– Co?

– Ta szminka. Szykują ci się jakieś plany? A może nagle zaczęłaś się martwić, że klienci widzą cię przez telefon i jeśli zabraknie im odrobiny wizualnej stymulacji, to nie zabukują urlopu?

I Jimmie zaczął udawać, że dławi się fiutem, aż Elin oblała się rumieńcem.

– Wal się, Jimmie. Ale skoro już musisz wiedzieć: owszem, wybieram się na randkę.

– Z tym gościem z ekipy od wege boxów?

Często gdy patrzył na Elin, zastanawiał się, czy problemu jej niezachęcających ust nie rozwiązałyby częściowo jakieś wypełniacze – coś w stylu tego, co Helena z takim udanym skutkiem wstrzykiwała sobie w twarz – lecz z czasem doszedł do wniosku, że w ostatecznym rozrachunku nawet autentyczny koci zadek sprawiałby bardziej atrakcyjne wrażenie.

– Jimmie, byłam z nim na jednej randce.

– Wyobrażam sobie, że niełatwo się szczytowało do wtóru gadki o ekologicznych zaletach warzyw bulwiastych.

– Bardzo śmieszne.

– Tym razem to ktoś z ekipy od papieru toaletowego? Może czeka cię kobiecy wytrysk na podwójną warstwę pachnącej brzoskwinią miękkości.

– Nie, a zanim zaczniesz snuć fantazje o tych od karmy dla psów... To Simon. Po pracy idziemy na drinka.

– Nasz kierownik? Ten rudy na wiecznym wkurwie?

– Weź się przymknij. I żebyś nic nie wykłapał Danielowi.

– Tylko mi nie mów, że kręci kolejną reklamę tych ohydnych batoników zbożowych!

– Nie udawaj, że nie wiesz.

Zwykle plotki krążyły jego żyłami niczym bąbelki otuchy i radości, lecz tym razem, dokładnie w momencie, gdy słowa Elin zaczęły ujawniać swoje prawdziwe znaczenie, serce Jimmiego odmówiło wyrównania kursu.

– Masz na myśli, że teraz, kiedy Stuart odszedł, zrobili z Daniela nowego kierownika zespołu?

– Zgadza się. Od piątku twój skarbeniek nie będzie już musiał paradować w tej żółtej bluzie.

Jimmie naraz poczuł się gorszy nawet od tych maleńkich kociodupnych ustek Elin – wszelki erotyczny potencjał, jaki kiedykolwiek dostrzegał we własnych pełnych wargach, został stłamszony. Dlaczego Daniel nic mu o tym nie wspomniał? Dlaczego Jimmie musiał się o tym dowiedzieć, gdy plotkowali z Elin w żałosnym aneksie kuchennym jak dwójka przegrywów, dla których jedyną szansą w życiu jest puścić się z kimś z kierownictwa? Zupełnie jakby ta sytuacja z Danielem stała się teraz czymś, czego należało się wstydzić, jakby jego dumę urażono w niewłaściwym miejscu. A potem wyobraził sobie tę neonową szminkę Elin na kutasie Simona i wszystkie kolory zaczęły mu się rozjeżdżać. Kiedy ona się nauczyła bawić tym całym życiem skrytym pod jej skórą? Jak udało jej się znaleźć taką pewność siebie, żeby dawać innym rozkosz, podczas gdy on czuł się zwyczajnie uwięziony w dyskomforcie i tęsknocie?

Teraz, gdy słuchał ckliwej radiowej muzyczki wypełniającej cały budynek z wyjątkiem pomieszczenia call center, jak w amerykańskiej celi tortur, poczuł, że jego ciało reaguje na ten brak ciszy. Poczuł, że jego tkanki zatracają swój opór. Jednocześnie usiłował zrozumieć, jakim cudem nerwy mogą być tak perfidne, by przekazywać sygnały zupełnie mu niepotrzebne do szczęścia. Stawały w takiej gotowości do tańca, gdy on akurat usiłował nad sobą zapanować. Zdradziły go, gdy jako dziecko nastąpił w ogrodzie matki na osę, dopuściły ból aż do samego mózgu i wreszcie do oczu. Jeśli ból jest jedynie wynikiem skutecznej komunikacji zachodzącej gdzieś w mózgu, dlaczego to, co niewidoczne, nie może zwyczajnie pozostać w ciemności? Dlaczego nie wystarczy samo krwawienie z ran, które można uleczyć rękami? Nawet teraz, gdy powinien siedzieć w swoim kącie przy biurku, odpowiadać na codzienne maile i odbierać telefony, wysłuchiwać ludzi niezgranych z własnym hedonizmem i psujących sobie wakacje przez własne oczekiwania – dlaczego życie nagle zaczęło sprawiać wrażenie, jakby po raz kolejny wstąpił w niego szał konającego zwierzęcia?

 

[...]

 
 
 
 
 
 
 
 

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

 

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Rozmowy są nagrywane to dziewięćdziesiąta dziewiąta książka

Wydawnictwa Pauza.

 
 

Wcześniej ukazały się:

 

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Édouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

 

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Édouard Louis

 

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

 
 

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

 

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis

 

2023

Odmawiam myślenia – Lotta Elstad

Elmet – Fiona Mozley

Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz

Urugwajka – Pedro Mairal

Andromeda – Therese Bohman

Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li

 

2023

Wcale nie jestem taka – Marie Aubert

Fatum i furia – Lauren Groff

Nędza – Andrzej Tichý

Długa odpowiedź – Anna Hogeland

W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel

Zmiana – Édouard Louis

Dostatek – Jakob Guanzon

Lapvona – Ottessa Moshfegh

Ptaki – Samanta Schweblin

 

2024

Słabsi – Sigrid Nunez

Eileen – Ottessa Moshfegh

Ostatni dzień na Ziemi – David Vann

Szczegóły – Ia Genberg

Fuga – Lauren Groff

Miałam tak wiele – Trude Marstein

Soho – Fiona Mozley

Zaproszona – Emma Cline

System – Amanda Svensson

Niewidzialni – Pajtim Statovci

Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg

Na czworakach – Miranda July

Dzikie bezkresy – Lauren Groff

Lot – Lynn Steger Strong

 

2025

Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh

Metry na sekundę – Stine Pilgaard

Gdzie indziej – Yan Ge

Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke

Stan raju – Laura van den Berg

Goście – Agnes Ravatn

Tłusty róż – Fernanda Trías

 

2025

Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy

Góra prawdy – Therese Bohman

Wonderland – Hanna Nordenhök

Siedem pustych domów – Samanta Schweblin

 

2026

Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft

Oto słońce – Gunnhild Øyehaug

Awanturnica – Lauren Groff

Czesanie kota – Jane Campbell

Nie, po prostu nie – Nina Lykke

Gdzie są dorośli? – Nina Lykke