Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
"Romantycy" to obraz lat młodzieńczych Paustowskiego - tuż przed pierwszą wojną światową i na początku wojny, kiedy pisarz znalazł się na terenie Polski, na szlaku natarć i odwrotów armii radzieckiej. "Romantycy to impresje z romantycznej młodości autora-narratora, młodzieńcze przyjaźnie z poetami, malarzami, młodzieńcze miłości
[opis wydawcy]
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Mista i Gminy Pruszcz Gdański
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 240
Rok wydania: 1979
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Konstantin Gieorgjjewicz Paustowski, ur. 31 V. 1892 r. w Moskwie zm. 14.VII. 1968 r., pisarz rosyjski. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie studiował na uniwersytetach kijowskim i moskiewskim. Od wczesnych lat wiele podróżował imając się różnych zawodów: był robotnikiem, marynarzem, rybakiem. nauczycielem, reporterem. Po rewolucji zajmował się dziennikarstwem i dopiero w latach dwudziestych poświęcił się pracy pisarskiej. Proza Paustowskiego odznacza się subtelnym liryzmem i nastrojowością. Cechuje ją także głębokie umiłowanie przyrody, romantyczne spojrzenie na sprawy codziennego życia oraz wiara w twórcze siły człowieka. We wczesnym okresie twórczości pisarza widoczne są wpływy romantyzmu (m.in. powieść Romantycy, 1935, wyd. pol. 1961, Lśniące obłoki, 1929, wyd. pol. 1957, Opowieść północna, 1939, wyd. pol. 1950). Rozgłos zyskały mu powieści-eseje o życiu republik środkowoazjatyckich w pierwszych latach władzy radzieckiej: Kara-Bugaz (1932) i Kolchida (» 934, wyd. pol. 1935), oraz cykl powieści autobiograficznych, stanowiących syntezę losu inteligencji rosyjskiej na przełomie dwóch epok: Dalekie lata (1945, wyd. pol. 1956), Burzliwa młodość (1955, wyd. pol. 1956), Początek nieznanej ery (1957, wyd. pol. 1959), Czas wielkich oczekiwań (1959, wyd. pol. 1960), Skok na południe (1960, wyd. pol. 1962), Księga wędrówek (1963, wyd. pol. 1968).
Konstanty Paustowski
Romantycy
Konstanty Paustowski
Romantycy
Tłumaczył JERZY JĘDRZEJEWICZ
Książka i Wiedza • 1979
Tytuł oryginałuROMANTIKI
Ilustracja na okładce i stronie tytułowej MIECZYSŁAW WASILEWSKI
Redaktor seriiMIROSŁAWA KARPIŃSKA
© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza ,,Czytelnik”
Redaktor techn. J. Duchnowska
Korektor: H. Konarska
Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza
„Prasa-Książka-Ruch”,
Wydawnictwo „Książka i Wiedza”,
Warszawa, październik 1979 r.
Wyd. II. Nakład 159 650 + 350 egz.
Obj. ark. wyd. 9,3. Obj. ark. druk. 17,25 (11,6)
Papier druk. sat. kl. V, 71 g, 92X114 cm.
Oddano do składu 30 XI 1978 r.
Podpisano do druku w sierpniu 1979 r.
Druk ukończono w sierpniu 1979 r.
Łódzkie Zakłady Graficzne. Zakład nr 1.
Łódź, ul. Rewolucji 1905 r. nr 45.
Zam. nr 69/11/79. Cena zł 14.—
Dziesięć tysięcy czterysta szósta publikacja „KiW”
Te rozmowy ze starym kompozytorem w ciemnej kawiarni przepojone były zwykłą goryczą.
Starzec trzymał się. jeszcze dość rześko jak na swoje sześćdziesiąt lat. Kiedy bywał podchmielony, płakał, przeklinał swoje zajęcie — uczył języka niemieckiego w gimnazjum — i usiłował nieznacznie ukryć w rękawach zapisane nutami mankiety.
Skomponował operę fantastyczną. Żaden teatr nie chciał jej wystawić mimo zapewnień starca, że nie jest gorsza niż Tristan Wagnera.
— Spójrzcie na moje palce! — wołał i żałośnie potrząsał głową. — To są palce do klawiszy i strun. O, Henryk Heine, Henryk Heine! Dlaczego umarł tak wcześnie! Kocham dawne życie Zachodu, kocham ludzi, którzy umieli śmiać się i rozumieli muzykę! Kocham nawet was wszystkich, chociaż w gimnazjum znęcaliście się nad Novalisem. Setki razy mówiłem wam: „Nie wdawajcie się w kompromisy z życiem. Podróżujcie, bądźcie włóczęgami, piszcie wiersze, kochajcie kobiety, ale omijajcie z daleka tak zwanych solidnych ludzi”.
W milczeniu piliśmy cierpkie wino i palili papierosy. Południowe miasto tętniło gwarem pod białymi gwiazdami września.
Przyszedł Staszewski — pewny siebie, drwiący. Starzec blado uśmiechnął się i zamilkł.
Oskarowi zadrżały ręce.
Uderzył pięścią w stół.
Kelnerzy stanęli w pogotowiu. Daleka błyskawica zapaliła się i zgasła nad morzem.
Oskar nagle zaczął pośpiesznie zbierać się do wyjścia i zdjął okulary.
Oczy jego zwęziły się, zaczęły błyszczeć. Głos stał się głuchy i z lekka zadrżał. Kawiarnia powoli pustoszała.
Potem gimnazjum klasyczne, dwójki, dziecięce swawole, spocone ręce, uwalane atramentem. Lubiłem zlizywać go językiem — jest bardzo kwaśny i ściąga skórę.
Matka z mizernym węzełkiem włosów na tyle głowy, w trzewikach z gumkami, zawsze z taką miną, jakby łyknęła piołunu. Tak, właściwie cieszyć się nie było z czego. Bracia nosili ciasne brązowe spodnie, wypchane na kolanach; z ich pokoju wiecznie zalatywał odór zbutwiałych skarpetek i kreozotu — starszy miał suchoty. Nienawidziłem braci.
Ojciec był poważny, małomówny i zły. Nosił okulary i ostre wąsy jak jego ukochany kajzer. Pochodzę przecie z niemieckich kolonistów — wytrwałych i złowrogich kułaków! Ojciec chciał ze mnie zrobić handlowca.
Byłem słaby i często płakałem. Już wtedy trzęsła mi się głowa. Ojciec dotknął mnie do żywego. Wybrałem sobie jednak lepsze zajęcie niż handel. Zostałem nauczycielem.
Potem zdarzyło się tak, że się ożeniłem. Jak, dlaczego — Bóg mi świadkiem, że nie wiem. Żona moja, anemiczna Faulein z bogatego domu, przywiozła do mojego pokoju różowy puder, kanarka Mizzi i zapach kobiecego potu. Dotychczas drżę na myśl o tym. A ci nudni goście i powinowaci, obiady w jadalni, w której wiecznie świeci jakieś żółte światło i nieznośnie wonieje cebula.
Ożeniwszy się, dokonałem nadzwyczajnego odkrycia. Zobaczycie z tego, jaki byłem jeszcze głupi. Doszedłem do wniosku, że życie rodzinne polega na przyjmowaniu gości, jadaniu obiadów na ceracie, dobrotliwym przyciskaniu otyłej żony i zaraz potem kłóceniu się z nią o nadmierne wydatki domowe.
Ale noce należały do mnie. W nocy wstawałem, zapalałem lampę, i pisałem, zmęczony zapachem szkoły, setkami koniugacji i deklinacji. Tak... Po nocach tworzyłem. Nie wystarczało mi papieru nutowego. To był po prostu cud. Słyszałem — nie śmiejcie się! — wyraźnie słyszałem, jak chmury dźwięczą nad ziemią, fagoty wy gwizdu ją szalony taniec i łopocą na wichrze stare sztandary. Pisałem i słyszałem, jak rozkwita pod mymi palcami legenda o innym życiu, pełnym słonecznych perspektyw. Zaludniałem wesołymi tłumami marynarzy i Cyganek czarne przystanie. Wystrzały pistoletów zlewały się w jeden wielki werbel wygrywany na bębnach, a dzwony kołysały się i dzwoniły ku chwale średniowiecznych wiosen. Pojąłem, co to jest zachwyt. Znacie to słowo — zachwyt? — krzyknął starzec i wstał od stołu. — Tworzyłem muzykę o wszystkim: o smutku w miłości, o majestacie rzeczy niewyrażalnych, o Bogu i o wiecznym pragnieniu odmian.
Usiadł i dłuższą chwilę milczał.
Zmarszczył brwi, szukając po kieszeniach papierosa.
Były też dobroduszne kpiny przyjaciół. Gorsze, po stokroć gorsze niż szyderstwa krewnych. Wciąż ten sam senny spokój w oczach żony, podłe wino, podrzędne restauracje i kilku was, młodych — to wszystko, co zostało.
— Jestem pokonany, ale się nie poddam, gdyż zwycięstwo należy do mnie.
Rozgłośnie szumiał wiatr, rozrzucając po stolikach liście kasztanów już naznaczone jesienną rdzą.
Wyszliśmy w milczeniu. Szumiała noc i morze; dziewczęta, spragnione miłości, szeptem przywoływały do siebie. Pod nogami szeleściły liście.
Obudziłem się od cichego huczenia w kominie. Po ogrodzie wałęsał się senny dzień, otulał się dymem, blado świecił w zamarzniętych kałużach.
Była taka cisza, jakby całe miasto spało. Siadłem przy stole i napisałem kilka wierszy. Sam dobrze nie wiedziałem, o czym będę pisał. O wszystkim. O tej jesieni, o tym, że krew mocno pulsuje w sercu, a mokry piasek w ogrodzie pachnie zimą.
Matka nigdy nie wie, jakie będzie jej dziecko. A ja wiem tylko jedno — że chcę pisać. Słucham dalekich i gniewnych sygnałów parowca na otwartym morzu, słucham, jak wiatr gwiżdże w nagich gałęziach za oknem. Ręce mi marzną. Opieram się plecami o ciepły piec i otulając się lekkim płaszczem piszę o wszystkim, co mi przychodzi do głowy.
Wszystko, co piszę — to próżna strata czasu. Tak twierdzi Staszewski. Ale z tej mgły niekiedy rodzą się proste i świeże obrazy. Wiem o tym i słowa Staszewskiego przemykają obok mnie nie raniąc serca. Mogę pisać o wszystkim, co mi się podoba. Dlaczego opowiadanie musi mieć co najmniej dwie stronice? Niech sobie ma nawet ćwierć stronicy — nic mu to nie zaszkodzi.
Mgła zasnuwa ziemię; wygląda jak zielona woda morska. Ruda jesień sypie liśćmi w zaułkach, a oczy kobiet ciemnieją z miłości do maluteńkich dzieci.
Piszę o szarym i ciepłym wieczorze, kiedy od zmętniałej wody ciągnie jeszcze zapóźnione ciepło i zapach podwodnych traw, o kaprysach dzieci patrzących na świat zdumionymi oczami. Wszystko to są niedbałe słowa, pobieżne szkice, ale te obrazy mnie prześladują. Mogę o nich myśleć godzinami.
Piszę o ciepłym kobiecym oddechu, o półmroku nadmorskich kawiarni, o Shelleyu, o śnieżnej muzyce Griega, o żółtych wybrzeżach Hellady i o śmierci Byrona. Gorączkowo, jakby bojąc się spóźnić, szkicuję te barwne obrazki ze słów.
W laboratoriach uniwersytetu obserwowałem proces krystalizacji. Z mętnego roztworu powstają cienkie, płaskie uwarstwienia, rośnie przezroczysty i twardy kryształ, w którym załamuje się słońce. To samo dzieje się teraz ze mną.
Co ranka budzi mnie świergot wróbli. Czuję, jak jeszcze chłopięco młode jest moje ciało.
Aleksy śpi bardzo długo, utknąwszy głową w poduszce.
Wszyscy trzej jesteśmy studentami. Razem zdajemy kolokwia i pracujemy w gazecie wieczornej. Codziennie po powrocie do domu Aleksy oblicza wierszówki, a nazajutrz rano idzie do redakcji kłócić się o honorarium. Najczęściej pisuje obszerne felietony okolicznościowe — o kradzieży Giocondy, lotach Bloriota i budowie kolei Amurskiej. Praca w gazecie wyjałowiła jego styl, wygładziła kanty, toteż równie łatwo przychodzi mu pisać artykuły wstępne czy recenzje, jak i opowiadania o urokach włóczęgowskiego życia. Do spółki z nim tworzę niezwykle długą powieść z dalszym ciągiem — Butelka rumu w Odessie. Drukuje to stary, cierpiący na astmę wydawca Dniestropulo, zawsze starannie ogolony dusigrosz.
Przyjmuje wszystko ze stoicyzmem. Tylko czasami, po przeczytaniu setnego któregoś odcinka, udając zdenerwowanie krzyczy w przestrzeń:
— Cóż koniec końców będzie z tej powieści?! Co będzie, pytam? Ci młodzi ludzie zajdą bardzo daleko — wprost do więzienia.
Wiąże nas to życie. Szwendamy się przeważnie bez zajęcia, przesiadujemy całymi dniami po knajpach, nauczyliśmy się po kolorze dymu odróżniać angielski węgiel od antracytu, a po takielunku — szkunery od barkentyn i trampy od barków. Ich zżarte przez robactwo kadłuby chlapią się w mętnej solance portu. Szczególnie ładnie i przestronnie bywa podczas deszczu, kiedy dym przylepia się do wilgotnego mola, a w kambuzach beztroscy kokowie gotują kawę.
Wieczorami bulwary różowieją od kurzu i zachodzącego słońca. Niczym olbrzymi medal świeci księżyc i płaczą skrzypce pod pasiastymi markizami barów.
Noc jak cichy latarnik zapala światła, wiatr hula po czarnym niebie i z oburzeniem krzyczą pijacy, których wyrzucono z knajp.
Dużo piszę. Poruszają mnie same dźwięki słów.
Rano przyszedł do mnie Staszewski: umarł stary Oskar.
Starzec nie miał szczęścia — na krótko przed śmiercią zgubił w tramwaju partyturę swojej opery. Był tym okropnie zgnębiony i do reszty się rozpił.
Poszliśmy do Oskara. Na wilgotnych schodach panował gęsty półmrok i czuć było myszy. Żółciły się ściany pomalowane olejną farbą, z odciskami brudnych palców.
W mieszkaniu pachniało octem i amoniakiem. W przedpokoju na konsolce pod lustrem spał tłusty kot.
Oskar leżał na biurku, ubrany w mundur, z nowiutkim orderem na piersi. Twarz mu pożółkła i utraciła ten wyraz nerwowości, który za życia zaskarbiał mu względy przyjaciół. Paliły się trzy świece. Spojrzałem na ich żółte płomienie i dlaczegoś przypomniałem sobie dworce kolejowe o późnej nocy, kiedy pasażerowie śpią na ciemnych stołach i kanapach, a za szerokimi oknami rozlewa się szaroniebieski, chłodem przejmujący świt.
Staszewski, blady, ze zmienioną twarzą, długo patrzył na Oskara i pogardliwy uśmiech wprawiał w drżenie jego wargi.
— Tak, bracie kochany — rzekł powoli. — Nie znoszę tych sentymentalnych talentów. Galareta!
Na ścianie wisiały portrety Beethovena, Griega, Mozarta, Bacha.
Przynieśliśmy kwiaty. Białe i giętkie spoczywały przy rękach Oskara, pergaminowych, suchych. Dopiero teraz zauważyłem, jakie to były delikatne ręce.
Z kuchni dolatywały słowa wymówek, które ktoś czynił kucharce. Głowa bolała, w skroniach waliły młoty, chciało się jak najprędzej wyjść stąd. Staszewski podszedł do okna, przerzucił zakurzone nuty, popatrzył na portret Bacha na wypłowiałej tapecie. Pocałowaliśmy Oskara w duże wypukłe czoło i wyszliśmy.
Wiatr sypał kurzem w oczy, podrywał z ziemi łuski słonecznikowych pestek i siano. Prześladował nas wciąż ten mocny zapach octu pomieszany ze słodkawym odorem rozkładu.
— Paskudztwo — powiedział Staszewski, milczał chwilę i splunął. — Co za paskudztwo!
Pogrzeb Oskara odbył się nazajutrz. Wszystko było zwyczajne i ubogie. Za trumną szła żona w taniej żałobie; czarna krepa błyszczała na jej kapeluszu jak mika. Szedł jego brat — Niemiec o wesołych oczach. Szły staruszki — amatorki pogrzebów. Szli gimnazjaliści i karawaniarze w spodniach ze srebrnymi lampasami, w rudych potwornych buciorach. Nieco z boku kroczyli jego uczniowie — Staszewski, Aleksy, ja i artysta malarz Winkler, smukły jak dziewczyna.
Chudy pastor, w eleganckim sakpalcie z aksamitnym kołnierzem otworzył książkę do nabożeństwa i odczytał po niemiecku kilka długich i nudnych modlitw. Pochmurne niebo zapowiadało deszcz.
Kawałki cegły zastukały w wieko trumny.
Kiedy grób zasypano, wszyscy od razu poczuli ulgę.
— No i co — odezwał się Staszewski — warto było żyć, żeby tak umrzeć?
Krewni odeszli. Winkler napisał na sosnowym krzyżu niebieskim ołówkiem:
Quid aeternis minorem
Consiliis animum fatigas?
Po co wiecznymi pomysłami męczyłeś zbyt słabą duszę?
Zmierzchało się. Miasto huczało w dali tramwajami, gwizdkami parowców, łoskotem kół na brukowanych jezdniach — pięknymi dźwiękami życia.
Pokoje, ulice i puste podwórza pachniały jesiennymi liśćmi, a morze szumiało niczym wspomnienia dalekich lat.
W jesieni los nam się uśmiechnął — Aleksy zarobił sporo pieniędzy. Wszyscy trzej — Aleksy, Staszewski i ja — postanowiliśmy wybrać się na morze ze znajomym „rybołówcą”. Rybołówcą był czarny i chudy jak portowy włóczęga. Nazywał się Żuczek. Jego barkas — jednomasztowa łódź rybacka — zupełnie zmurszał; przesmolony żagiel cały się pstrzył od łat.
Żuczek mieszkał na Krzywej Mierzei. Jechaliśmy do niego przez step. Na basztanach leżały żółte góry przejrzałych dyń. Biały kurz kłębił się pod kopytami koni, nad jarami różowiło się leniwe słońce. W dole rozpościerało się morze, przezroczyste jak roztopione szkło.
Domek Żuczka stał na piasku. Nasycony był zapachem kredy i chleba. Spokojnie morze szumiało za chruścianym płotem.
Żuczek żył samotnie. Nastawił pognieciony samowarek. Dym wznosił się wysoko ku niebu. Długo piliśmy mocną cegiełkową herbatę. Pomarańczowy wieczór drzemał nad piaskami. Gdzieś daleko dziewczyny śpiewały starodawną pieśń ukraińską: Oj, w Jerusalimie rano zazwonyły — Młoda dywczyna syna sporodyła.
W chacie Żuczka, wśród papierowych peonii, ikon i sztychów przedstawiających niezgrabne okręty, długo debatowaliśmy nad zamierzoną wyprawą morską.
Postanowiliśmy udać się do pływającej latarni morskiej — czyli tak zwanego brandwachtu.
Żuczka znaliśmy i poważali od dawna. Na mierzei uchodził za głupka. Poza oczami nazywano go pogardliwie „Wycieruchem”. Nie lubiano go za małomówność, za przestawanie na małym, za to, że w „ryzykanckiej” starej łodzi odważał się pływać całymi dniami po pełnym morzu.
Zadawniona nienawiść dzieliła „brzegowych” rybaków, ostrożnych i bogatych, od owych zuchwałych „ryzykantów”, co łowili ryby na największej „głębi”. Dużo „ryzykantów” ginęło każdej jesieni podczas połowu bieług. Ryby sprzedawali oni Grekom-handlarzom za nędzne grosze, które natychmiast przepijali w portowych knajpach.
Żuczek należał do ryzykantów.
W zeszłym roku na świętego IIję znienacka zaczął wiać północny wiatr — tramontana. Pędził jakby w olbrzymich podskokach, kołował wodę i niósł kurtyny czarnych deszczów. Rybacy zaczęli śpiesznie umykać do domu. Wracali całą gromadą, żagiel przy żaglu. Jeden barkas wywrócił się do góry dnem. Wszyscy szli dalej swoim kursem, tylko Żuczek, ryzykując zatopienie starej łodzi, jakoś zawrócił, podszedł i zabrał tonących ludzi na pokład. Dopłynął do brzegu mokry, zsiniały, z trzęsącymi się od zimna rękami. Rozwiesił sieci i wreszcie powlókł się do domu, jakby nic się nie stało, jakby nie uratował dwóch ludzi. Starzy „brzegowi” rybacy, pomarszczeni, ze spieczonymi na słońcu twarzami i chytrymi oczyma, jeszcze długo mówili na całym wybrzeżu: — Bóg wie, co to za człowiek! Żeby chociaż wziął od nich po trojaku.
Rano powiał wiatr od ujścia rzeki. Morze pieniło się i szumiało w czerwonych brzegach. Łopotały ciemne żagle. Nad basztanem zawisł dzień odlany z żółtego szkła.
Łódź wbiła wysmołowany dziób w wodę i popłynęła. Chmary drobnych kropli uderzały w twarz, wysoko kołysały się burty, płakały mewy, kotwiczny łańcuch łoskotał po dnie łodzi. Zdawało się, że dzwoniło wszystko —j i wiatr, i mewy, i fale.
Leżałem na dziobie, nad kubrykiem, wdychałem zapach ryb, płynący od burt i sieci; świadomość dzikiej swobody po prostu mnie rozpierała. Leżałem, paliłem i czekałem, kiedy słońce zanurzy się w falach i mgłach tam, daleko, u brzegów pustynnej Taurydy. Tam — w wieczornych mgłach — siwy Kercz, urwiska Kimmerii porosłe macierzanką, samotne latarnie morskie na piaszczystych brzegach, a dalej — w słońcu i dymie — wykwintne porty, promienne twarze kobiet, parowce transoceaniczne, różnobarwne cudzoziemskie flagi, zapach bogatych krajów i przedsionek Archipelagu.
— Rzuć pławę! — zawołał Żuczek.
Czarna chorągiewka pławy załopotała na fali. Daleko pomknąła zardzewiała kotwica na mokrym łańcuchu.
Szybko postukując drewnianymi pływakami o polerowaną burtę, biegła do wody czarna sieć. Na szarym niebie płonęło zielone światło pływającej latarni morskiej. Kolację jedliśmy w ładowni. Chciwie połykaliśmy z lekka sczerstwiały pszenny chleb. Ze smażonej ryby kapał tłuszcz, oliwa parzyła dziąsła.
Wyjrzałem za burtę, gdzie w czarnej wodzie zwężało się i rozszerzało światło latarni, wsłuchałem się i rzekłem:
Żuczek pokręcił głową i roześmiał się:
Po kolacji Żuczek wyniósł z kajuty zakurzoną latarkę, zapalił i zawiesił na maszcie. Wątłe światełko mignęło na posępnym niebie. Nadciągały chmury. Woda zupełnie sczerniała. Powoli gasły w niej białe ziarna gwiazd. Statek szarpał się na brzęczącym łańcuchu. Na jego burcie bielał koślawy napis: „Boże, chroń pływających po morzu”.
W nocy obudziłem się. Nie było dokoła ani morza, ani nieba, ani statku. Głuchy mrok kołysał się nad nami i krew wyraźnie dzwoniła w uszach. Na dziobie migał ogieniek papierosa. Żuczek nie spał.
Przedostałem się do niego, otuliłem się płaszczem i położyłem obok.
Mignęła latarnia morska i statek zakołysał się na czarnych łańcuchach.
— Tak — powiedział Żuczek i splunął. — Opowiadają różne rzeczy. Brała mnie przedtem złość na ludzi — co oni z siebie porobili — aż strach popatrzeć. Żyję na osobności, sam sobą rządzę. Myślę dużo. Ale obawiam się, że do śmierci nie zdołam wszystkiego przemyśleć. A na ludzi gniewać się nie ma sensu — tylko człowiek sobie nerwy psuje.
Koło południa zerwał się wiatr. Latarnię morską przesłoniła kurtyna deszczu. Z pluskiem i hukiem pędziły szkwały. Włożyliśmy podarte ceratowe płaszcze. Szliśmy z wiatrem do sąsiedniego portu — do domu drogi nie było. Koło południa szkwały mknęły zwartymi ścianami, a my płynęliśmy w powietrznych korytarzach pomiędzy nimi; chmury kładły się ciemnym dymem na szaroniebieskiej wodzie. Mokry wiatr bił w twarz, niebieskie ryby błyszczały i skakały w ładowni, a sól osiadała na popękanych wargach. Statek mocno zagłębiał się w falach, po rufie chlustała wodnista piana.
— Na wieczór dopłyniemy — mruczał uspokajająco Żuczek i wycierał rzadziutkie wąsy.
Marzły mokre nogi. O zmierzchu morze i wiatr krzyczały tysiącami głosów. Huk nadbiegających szkwałów stał się okropny. Weszliśmy w strefę burzy. Zdawało się, że słońce zagasło na zawsze i nie powróci nad zmartwiałą ziemię. Wichry zerwały się z żelaznych łańcuchów. Bezradni, milczący i mokrzy, wpatrywaliśmy się opuchniętymi oczami w ciemności nocne; szukaliśmy światła latarni morskiej wątłego, dogorywającego knota nadbrzeżnej latarni.
Ale nie było go widać i tylko wicher leciał obok nas, wzbijając chmary wodnego pyłu, blade strzępy mgły. Setki pociągów huczały pod niebem, mknąc z niesłychaną szybkością. Ciężkie strumienie deszczu pozaklejały nam oczy.
Wiatr zerwał kliwer. Poczołgałem się na bok, pośliznąłem się na rybiej łusce i stłukłem rękę.
A w tej samej chwili wiatr zwalił na mnie mętny potok soli, wodorostów i mroku. Rzuciło mną o pokład, uderzyłem ramieniem o grube żelazne nadburcie.
„A-a-a-a-ch!” — zawołał z radosnym wzruszeniem wiatr.
Chciałem mu nawymyślać, ale wpakował mi do gardła moje przekleństwo i udławiłem się nim jak kłębkiem wełny — aż mnie zabolało w gardle. Morze bez ustanku bałwaniło się, opryskiwało statek pianą.
Wlazłem do klitki na baku, czyli do tak zwanej „kajuty”, i zapaliłem papierosa. Dokuczało mi stłuczone ramię. Marzły mokre nogi. Nie chciały się domknąć opuchnięte i przeżarte solą powieki. Patrzyłem przez wyłamane drzwiczki na tył statku, na rufę. Żuczek stał jak dotychczas, szeroko rozstawiwszy nogi, z mokrą, zmęczoną twarzą. Woda wciąż tak samo chodziła mętnymi, pienistymi wałami. Wiedziałem, że ani jednej żaglówki rybackiej, ani jednego ptaka nie było w tym dzikim przestworzu.
— Światło! — krzyknął z góry Aleksy.
Po upływie godziny blask latarni morskiej rozlewał się na wodzie, niebieski i obojętny, tuż przy burcie statku. Czuć było ostry zapach ryb i wilgoci. Burzę mieliśmy za sobą.
Jesień nadmorska, jesień ciemnowłosa, jak dziewczyna zmoknięta na deszczu, błyszczała fiołkowymi oczami. Wiatr szeleścił po pokładzie stosem zesłych liści, a muzyka z tawerny portowej opowiadała o światłach zapalonych wysoko nad morzem, o deszczu, co pachnie korkiem od wina, o śmiechu podchmielonych kobiet.
Wszyscy trzej wzięliśmy się za ręce, zawołaliśmy „hura” i razem skoczyliśmy ze statku na brzeg.
Stanęliśmy w lichym portowym hotelu. W sąsiednim numerze mieszkali Cyganie, chórzyści, ze swoimi rozczochranymi żonami. Mijając nas na korytarzu Cyganki patrzyły wyzywającym wzrokiem i brzęczały naszyjnikami. Od czasu do czasu tańczyły i śpiewały; wtedy wydawało się, że hotel runie od trzęsienia ziemi przy wściekłym akompaniamencie tamburyna.
Po nocach odbywały się obławy na prostytutki. Ujmowali się za nimi palacze okrętowi, który sypiali na korytarzu. Hałasy i przekleństwa nie ucichły do rana.
Postanowiliśmy mieszkać w tym mieście, dopóki wystarczy pieniędzy.
Wieczorem czekałem w greckiej kawiarence na Aleksego i Staszewskiego. Ściany lokalu pomalowane były na kolor kanarkowy; Grecy grali w kości. Na oknie siedział biały kot, mył się i pogardliwie mrużył oczy na Greków.
Aleksy i Staszewski przyszli z hałasem, potrącili sąsiedni stolik i przyprowadzili z sobą szarego człowieka w pogniecionym kapeluszu.
Już byli z nim na „ty”.
Wspaniała Greczynka z obwiązanym policzkiem przyniosła dwie butelki santuryńskiego wina. Eserowiec uśmiechnął się blado, położył wygnieciony kapelusz na parapecie okna i usiadł. Kot dotknął łapą kapelusza, obraził się i poszedł za ladę.
Moi kompani, najwidoczniej wracając do rozpoczętej rozmowy, od razu głośno zaczęli się kłócić.
Eserowiec zaczerwienił się.
Santuryńskie wino szybko uderzało do głowy. Miałem ochotę mówić bez ustanku. Dziewczyna przy sąsiednim stoliku puściła pod sufit balonik — czerwony i duży. Dym kłębił się nad nami. Zgodnym chórem śmieli się Grecy. Wstałem.
— Pani jest piękna — rzekłem do dziewczyny - Jej towarzysz odwrócił się do mnie razem z krzesłem. — Ale pani wcale nie umie żyć. Zaraz pani powiem, chwileczkę, tylko naleję wina.
Stary Grek w meloniku i szerokich spodniach podszedł do nas i zachichotał. Koniec jego nosa był szeroki jak dziób. Klepnął mnie po ramieniu.
Oleista mastika spaliła gardło. Noc szumiała wiatrem i przybojem. Czerwony balonik zmarszczył się i spadł. W kącie groźnie szurgali krzesłami ruchliwi młodzieńcy w kapeluszach panama.
Nasz żywot krótkotrwały
Radości ma niewiele,
A młodość, przyjaciele,
Przemyka lotem strzały.
Grecy dzwonili do taktu pustymi kielichami. Ich spocone czoła niby blade reflektory odbijały światło mosiężnej lampy. Pod samą lampą siedział łysy szyper; jego głowa połyskiwała szlachetnie jak olbrzymia bilardowa kula.
Dym z papierosów miotał się po pokoju pod uderzeniami wiatru i rwał się jak zbutwiały szal. Wszyscy kołysaliśmy się w takt melodii. Kołysały się lampy i okna, i akacje za nimi. Tawerna podobna była do kajuty starego okrętu.
Wstałem, podszedłem do stolika, przy którym siedziała dziewczyna, i postawiłem przed nią swój kielich:
Spojrzała na mnie ze zdumieniem. Wziąłem jej kielich i wychyliłem do dna. Noc bujała się rytmicznie jak wahadło. Kiedy wahadło spadało — krótko i gwałtownie szumiał wiatr; kiedy wznosiło się — firanki na oknie wylatywały na ulicę.
Dziewczyna popatrzyła mi badawczo w oczy. Jej towarzysz skapcaniał.
Zawołaliśmy „hura” — trzy, cztery, pięć, razy — i melonik zataczał kręgi po podłodze. Chatidże wyszła.
Jakby mnie kto nożem w serce ugodził.
Stary, wiecznie pijany Oskar. Przecie on nas kochał!
Piliśmy za Oskara, za szczęśliwy powrót Żuczka, za miejscowość na Syberii, gdzie był zesłany eserowiec, za genialnego ślamazarę Winklera...
Po kanarkowych ścianach spływały krople potu, lampa świeciła w dymie jak polarne słońce. Zacząłem mówić.
Grecy zerwali się, zaczęli wrzeszczeć. Poprzez dziesiątki żylastych rąk zobaczyłem oburzoną twarz właścicielki lokalu. Melonik znowu jął zataczać szerokie kręgi. ,,Niech żyje Dniestropulo, niech żyje Dniestropulo!” — wołał mały, szary Grek i podrzucał do góry kostki domina.
Wymalowana dziewczyna, ruda jak lis, objęła mnie z tyłu i pocałowała w policzek.
Z kąta gęgliwie i bezczelnie zagwizdała pikulina. Grał na niej mizerny, wściekły Turek. Taniec wkręcił się w tłum i zmusił wszystkich do milczenia.
Ha, ha, chotta, chotta!
Ha, ha, chotta, chotta!
Pokój zaczął wirować, stoliki odleciały do ścian i kot przysiadając, wyciągnąwszy ogon, pomknął zza lady do okna. Tańczyłem z Mirką. Tchnęła mi prosto w nos cebulą i namiętnością. Jej nieprawdopodobnie czerwone usta chwytały nędzne resztki powietrza, rude włosy wydawały ostrą woń paczuli.
Ha, ha, chotta, chotta!
Ha, ha, chotta, chotta!
Wyrzucono nas za drzwi o piątej rano. Żółte światło lamp i świt od razu pogrążyły nas w senności.
W porcie biły szklanki podwójnym dźwiękiem: tam-tam... tam-tam...
Diabli wiedzą, może naprawdę był jaki spisek. No dobrze!
Otworzyłem okno. Do pokoju wtargnął wiatr. W dole rozpościerało się nieznane miasto. Słońce wisiało wysoko nad dachami. Po burzy ziemia wydzielała szczególnie ostry zapach.
Wyjąłem spod karafki rozkład rejsów okrętowych — arkusz żółtego glansowanego papieru, i napisałem na odwrocie:
