Rok zająca - Arto Paasilinna - ebook

Rok zająca ebook

Arto Paasilinna

4,2

Opis

Kaarlo Vatanen, zmęczony i sfrustrowany dotychczasowym życiem dziennikarz z poczytnej helsińskiej gazety, w drodze powrotnej z delegacji ratuje potrąconego zająca. Od tej chwili wszystko się zmienia: Vatanen postanawia rzucić pracę, żonę i cały wątpliwy blichtr miejskiego życia, by wraz z zającem ruszyć w pełną przygód podróż po dzikich ostępach północnej Finlandii.

Niegdysiejszy redaktor sypia odtąd pod gołym niebem, kąpie się w rzece, zarabia na chleb jako drwal albo budowniczy, od czasu do czasu gasi wielkie pożary, a nawet wywołuje skandale dyplomatyczne. Poznaje rozmaitych ludzi – dobrodusznych pijaczków i ekscentrycznych dziwaków, wiejskich twardzieli i piękne kobiety – ale największa zażyłość łączy go z zającem, dla którego Vatanen jest gotów zrobić bardzo, bardzo wiele…

Rok zająca” to szalona powieść łotrzykowska, obfitująca w absurdalne zwroty akcji i gagi rodem z komedii slapstickowej. Przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, wielokrotnie filmowana książka Paasilinny stała się międzynarodowym bestsellerem i utrzymuje ten status do dziś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Veikko Somerpuro/WSOY

Arto Paasilinna (1942 – 2018)

Fiński pisarz i dziennikarz, autor trzydziestu pięciu powieści. Trzecia książka, Rok zająca (1975), przyniosła istotny przełom w jego karierze – po jej wydaniu Paasilinna porzucił dotychczasową pracę w gazecie i całkowicie poświęcił się pisarstwu. Odtąd publikował mniej więcej jedną powieść rocznie, ciesząc się niezmienną sympatią i uznaniem czytelników. Francuski przekład Roku zająca (1989) zapewnił autorowi międzynarodowy rozgłos i zapoczątkował niesłabnącą fascynację literaturą fińską na całym świecie. Książki Paasilinny były tłumaczone m.in. na angielski, niemiecki, koreański, włoski, francuski, słoweński, czeski i polski.

Fot. Kuba Koniecki

Sebastian Musielak

Absolwent filologii fińskiej na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, tłumacz literatury anglojęzycznej i fińskiej. Przekładał m.in. książki D. Katza (Gdy dziadek do Finlandii na nartach szedł, Kobieta pułkownika), T. Kinnunena (Cztery drogi, Inni niż my), R. Makkai (Wierzyliśmy jak nikt), S. Oksanen (Oczyszczenie, Gdy zniknęły gołębie), J. Sinisalo (Nie przed zachodem słońca, Krew aniołów), P. Tamminena (Kraina chowańca), J. Valtonena (Nie wiedzą, co czynią), M. Waltariego (m.in. Kto zabił panią Skrof?, Błąd komisarza Palmu) i L. Wolk (Rok, w którym nauczyłam się kłamać). W roku 2008 otrzymał nagrodę „Literatury na Świecie” za przekład powieści Kobieta pułkownika Katza, a w 2017 został uhonorowany fińską nagrodą państwową za całokształt twórczości translatorskiej.

Rozdział 1

Zając

Samochodem jechało dwóch zgnębionych mężczyzn. Słońce zachodzące gdzieś za brudną szybą raziło ich niemiłosiernie. Był to jeden z najdłuższych dni w roku i przed ich zmęczonymi oczami po obu stronach zapiaszczonej bocznej drogi rozwijał się pejzaż fińskiego lata, żaden jednak nie dostrzegał piękna tego wieczoru.

Redaktor i fotograf na delegacji, czyli dwóch nieszczęśliwych, cynicznych facetów. Obaj byli w wieku średnim i ich młodzieńcze oczekiwania wobec życia spełniły się nie tyle nie do końca, ile nie spełniły się wcale. Obaj mieli żony, dawno już zaznali zdrad i rozgoryczeń, obu czekały niechybnie wrzody żołądka, żywili się bowiem na co dzień wszelkimi zmartwieniami znanymi człowiekowi.

Właśnie pokłócili się o to, czy wracać od razu do Helsinek, czy może rozsądniej byłoby jednak przenocować w Heinoli, przez co już w ogóle przestali ze sobą rozmawiać.

Jechali więc w ten piękny letni wieczór zgarbieni, bocząc się na siebie idiotycznie; czoła mieli zmarszczone od złych myśli i nawet nie dostrzegali, jak bardzo są beznadziejni. Była to męcząca podróż z zaciśniętymi zębami.

Wtem na wzgórek, gdzieś pomiędzy samochodem a słońcem, wykicał niezdarnie zajączek. Upojony latem zwierzak stanął słupka na samym środku drogi. W czerwonej aureoli wyglądał jak malowany.

Siedzący za kierownicą fotograf spostrzegł zajączka, ponieważ jednak jego przytępiony mózg reagował zbyt wolno, nie zdążył w porę skręcić. Przykurzony but wcisnął hamulec trochę za późno. Przerażone stworzenie wyskoczyło nad maskę i dał się słyszeć głuchy stuk, kiedy szara kulka uderzyła w narożnik szyby i potoczyła się w las.

– Ty, potrąciłeś zająca – zauważył redaktor.

– Pierdolony… Dobrze, że szyba nie poszła.

Fotograf wycofał auto na wzgórek. Redaktor wysiadł.

– Widzisz go tam gdzieś? – zapytał mimowolnie fotograf. Opuścił boczną szybę, ale nie zgasił silnika.

– Co?! – odkrzyknął z lasu redaktor.

Fotograf zapalił papierosa, zamknął oczy i zaciągał się z wolna. Otrząsnął się dopiero, kiedy żar zaczął parzyć mu palce.

– Wyłaź już stamtąd! Szkoda mi czasu dla jakiegoś szurniętego zająca!

Tymczasem zamyślony redaktor przeszedł przez rzadki zagajnik, stanął na skraju niewielkiego pola, przeskoczył rów i omiótł spojrzeniem ciemnozieloną trawę. Tam zobaczył zajączka.

Miał złamaną tylną łapkę. Kończyna była żałośnie odgięta: złamanie musiało być poważne, bo zwierzak nie próbował nawet uciekać na widok człowieka.

Redaktor wziął roztrzęsionego zajączka na ręce. Potem odłamał kawałek gałązki, podarł na skrawki chusteczkę do nosa i unieruchomił złamany skok. Stwór chował łepek między przednie łapki, uszy mu drżały w rytm rozszalałego serca.

Z drogi zza lasku dobiegło gniewne wycie silnika, po czym redaktor usłyszał dwa poirytowane klaksony i wołanie fotografa:

– Wracaj już, do jasnej cholery! Za diabła nie zdążymy do Helsinek, jak będziesz ganiał po tym lesie! Jeżeli zaraz nie wrócisz, sam se będziesz organizował transport!

Redaktor nie odpowiedział. Trzymał zajączka przy piersi. Wyglądało na to, że poza złamaną łapką zwierzak nie miał innych obrażeń. Powoli się uspokajał.

Wściekły fotograf wysiadł z auta. Patrzył między drzewa, redaktora jednak nigdzie nie było widać. Zaklął, zapalił kolejnego papierosa i zaczął nerwowo chodzić wte i wewte po drodze. Ponieważ las głucho milczał, fotograf zgasił niedopałek czubkiem buta i krzyknął:

– To sobie tu siedź, idioto! W dupę mnie pocałuj!

Chwilę jeszcze nasłuchiwał, ale że nie doczekał się żadnej odpowiedzi, wsiadł do samochodu, przygazował wściekle, wrzucił jedynkę i odjechał, aż żwir zgrzytnął gniewnie pod kołami. Po chwili auto zniknęło na dobre.

A tymczasem redaktor siedział sobie nad rowem z zajączkiem na rękach. Przypominał zamyśloną staruszkę z robótką na kolanach. Umilkł warkot odjeżdżającego samochodu. Słońce zaszło.

Redaktor postawił stworzenie na ziemię z niejaką obawą, że mu zaraz czmychnie, ale zajączek skulił się w trawie, a kiedy mężczyzna ponownie wziął go na ręce, ten już wcale się nie bał.

– No to zostaliśmy – skonstatował redaktor, zwracając się do zająca.

Jego sytuacja przedstawiała się następująco: był sam w lesie, w czerwcowy wieczór, tylko z marynarką na grzbiecie. Praktycznie porzucony.

Co się zwykle robi w podobnych okolicznościach? Redaktorowi przemknęła przez głowę myśl, że chyba trzeba było odpowiedzieć na nawoływania fotografa. Teraz przyjdzie mu wrócić na drogę i poczekać na okazję do Heinoli albo do Helsinek.

Ta myśl jednak wydała mu się odstręczająca.

Zajrzał do portfela. Kilka stumarkowych banknotów, legitymacja dziennikarska, karta ubezpieczeniowa, zdjęcie żony, parę monet. W kieszeniach dwie prezerwatywy, pęk kluczy, wpinka socjaldemokratów z pierwszomajowych obchodów, kilka ołówków, notes, obrączka. Na notesie pracodawca kazał nadrukować: „Redaktor Kaarlo Vatanen”. Z numeru ewidencyjnego na karcie ubezpieczeniowej wynikało, że Kaarlo Vatanen urodził się w 1942 roku.

Vatanen wstał, spojrzał na słabnącą już zorzę za lasem i skinął głową zajączkowi. Popatrzył ku drodze, nie zrobił jednak kroku w tamtą stronę. Podniósł zwierzaka z ziemi, wsunął go ostrożnie do bocznej kieszeni marynarki i ruszył ze skraju pola w ciemniejący las.

Tymczasem rozeźlony fotograf dojechał do Heinoli. Zatankował i postanowił zatrzymać się w hotelu, który wcześniej proponował mu redaktor.

Poprosił o dwuosobowy pokój, zrzucił zakurzone ubranie i wziął prysznic. Potem poszedł do hotelowej restauracji. Był przekonany, że Vatanen lada chwila się pokaże i wtedy wszystko sobie wyjaśnią. Wypił kilka piw, a po kolacji przerzucił się na mocniejsze trunki.

Ale redaktora jak nie było, tak nie było.

Fotograf siedział w hotelowym barze do późnej nocy. Wpatrywał się w czarny blat kontuaru, był zły i biadolił nad zaistniałą sytuacją. Wieczorem przeanalizował dokładnie przebieg zdarzenia i doznał olśnienia: zostawienie kolegi w lesie w praktycznie niezamieszkanej okolicy było dużym błędem. Może Vatanen złamał sobie nogę, zabłądził albo utonął w bagnie? W przeciwnym razie musiałby już jakoś dotrzeć do Heinoli, choćby na piechotę.

Fotograf uznał, że trzeba zatelefonować do Helsinek do żony redaktora.

Kobieta odpowiedziała zaspanym głosem, że mąż jeszcze nie wrócił, a gdy tylko się połapała, iż jej rozmówca jest pijany, trzasnęła słuchawką. Fotograf raz jeszcze wybrał jej numer, ale pani Vatanen już nie odebrała. Z pewnością wyjęła wtyczkę telefonu z gniazdka.

Nad ranem fotograf zamówił taksówkę. Postanowił obejrzeć miejsce, gdzie porzucił kolegę, a nuż widelec Vatanen ciągle tam gdzieś będzie. Kierowca spytał pijanego klienta, gdzie jechać.

– Dawaj pan przed siebie, nie jedziemy w żadne konkretne miejsce. Potem powiem, gdzie się pan zatrzymasz.

Taksówkarz spojrzał na niego przez ramię, ale pojechali – z miasteczka w pogrążony w ciemności las, bo w końcu nie jechali w żadne konkretne miejsce. Kierowca wyjął niepostrzeżenie pistolet ze schowka i położył go na swoim fotelu między nogami. Niespokojnie zerkał na pasażera.

Na jednym z pagórków klient zarządził:

– Stój pan! To tutaj.

Taksówkarz namacał pistolet. Pijany klient wysiadł jednak spokojnie z auta i zaraz zaczął krzyczeć:

– Vataneeen! Vataneeen!

Nocny las nie raczył odpowiedzieć nawet marnym echem.

– Vataneeen, eeej! Vataneeen!

Taksówkarz patrzył, jak facet zdejmuje buty, podwija nogawki do kolan i rusza boso w las. Po chwili zniknął w ciemnościach, ale było słychać, że ciągle nawołuje tego Vatanena.

Pewnie jakiś postrzeleniec, pomyślał.

Może po półgodzinie pohukiwania w mrocznym lesie klient wrócił na drogę. Poprosił o pakuły i wytarł sobie zabłocone nogi, po czym wzuł buty na bose stopy; skarpetki wystawały mu z kieszeni marynarki. Potem kazał się zawieźć z powrotem do Heinoli.

– Co, kolega Vatanen gdzieś się zabłąkał?

– Ano zabłąkał się. Zostawiłem go wieczorem na tamtym pagórku. Ale już go tam nie było.

– Nie było, nie było, ja też go nie widziałem – przytaknął taksówkarz współczującym tonem.

Fotograf obudził się w hotelu około jedenastej. Miał ciężkiego kaca, głowa mu pękała, chciało mu się rzygać. Przypomniał sobie, że Vatanen zniknął. Trzeba natychmiast zatelefonować do jego żony do pracy. Tak też zrobił. Oto co powiedział:

– Poszedł na górkę po takiego jednego zająca i nie wrócił. Wołałem na niego ile wlezie, ale nawet nie odpowiedział, no to go tam zostawiłem, a może sam chciał zostać, nie wiem.

Na to żona:

– Był na bani?

– Nie.

– No to gdzie on się teraz podziewa? Chłop nie może ot tak, bez niczego zniknąć.

– Ale jednak zniknął. I w domu też się jeszcze nie pojawił, co?

– Nie. Ludzie kochani, przecież ja zwariuję przez tego człowieka. Nie, nie, teraz sam będzie musiał to piwo wypić. Najważniejsze: ma od razu wracać do domu, tak mu powiedz.

– Tylko jak mu to powiedzieć, kiedy nawet nie wiem, gdzie on jest?

– No to go znajdź i każ mu natychmiast zadzwonić do mnie do pracy. I powiedz mu jeszcze, że lepiej, żeby to był ostatni raz. Słuchaj, mam tu właśnie klienta, każ mu zadzwonić, cześć.

Fotograf zadzwonił do redakcji.

– Ja z taką sprawą, że ten… Vatanen zniknął.

– A gdzie go znów wywiało? – zdziwił się naczelny.

Fotograf opowiedział, co zaszło.

– Na pewno w końcu z tego lasu wyjdzie, dajmy mu czas. A wasz artykuł nie jest aż taki ważny, żeby nie można go było przesunąć. Pójdzie do druku, kiedy Vatanen wróci.

Fotograf podsunął, że może redaktor miał jakiś wypadek. Z Helsinek popłynęły słowa pociechy:

– Ty już lepiej wracaj z tej Heinoli. Co by się mu mogło stać? A nawet gdyby, to sam mógłby sobie w brodę pluć.

– Może zawiadomić policję?

– Niech żona zawiadamia, jak chce. Bo chyba wie?

– Wie, wie, ale ma to gdzieś.

– Koniec końców i nam nic do tego.

Rozdział 2

Ocena sytuacji

Vatanena obudził wczesnym rankiem śpiew ptaków; redaktor leżał w przyjemnie pachnącej stodole. Zajączek umościł mu się pod pachą i sprawiał wrażenie, jakby przypatrywał się jaskółkom, które uwijały się przy gnieździe pod kalenicą – trudno powiedzieć, czy wciąż jeszcze je budowały, czy może miały już małe, niemniej bez przerwy to wlatywały do stodoły, to znów wylatywały z niej na zewnątrz.

Przez szpary między zeschniętymi balami przeświecało słońce, stare siano przyjemnie grzało. Vatanen leżał tak w nim i rozmyślał przez jakąś godzinę, zanim wygramolił się z posłania i z zajączkiem na rękach wyszedł na zewnątrz.

Za kwiecistą łąką szemrał cicho strumyk. Vatanen postawił zajączka na brzegu, rozebrał się i umył w zimnej wodzie. W górę strumienia płynęła ławica rybek, płoszył je najmniejszy ruch, ale chwilę później już nie pamiętały o strachu.

Vatanen pomyślał o żonie, która została w Helsinkach. Dobry nastrój prysł.

Żony swojej nie lubił. Była to kobieta dość paskudna, czy raczej samolubna, w zasadzie od samego początku ich małżeństwa. Miała zwyczaj kupowania sobie jedno po drugim brzydkich ubrań, brzydkich i niepraktycznych, które nosiła krótko, bo żadnym nie umiała się dłużej cieszyć. Męża pewnie też zastąpiłaby chętnie innym, gdyby tylko dało się to zrobić tak łatwo, jak zmienia się ubrania.

Na początku małżeństwa z wielkim zapałem zabrała się do urządzania im mieszkania, wicia rodzinnego gniazda. Ich dom stał się osobliwą realizacją porad z czasopism kobiecych, nieprzemyślaną i pozbawioną gustu; mieszkanie wypełnione wielkimi plakatami i niewygodnymi fotelikami bez podłokietników udawało bastion radykalizmu, w pokojach trudno było uniknąć ciągłego wpadania na siebie, wszystkie elementy wystroju gryzły się ze sobą. I takie jak to mieszkanie było też ich małżeństwo.

Pewnej wiosny żona Vatanena zaszła w ciążę, szybko ją jednak usunęła. Łóżeczko zaburzyłoby harmonię przestrzeni, tak mu powiedziała, ale bardziej prawdopodobną przyczynę aborcji Vatanen poznał po fakcie: dziecko nie było jego.

„Co, jesteś zazdrosny o martwy płód? Idiota”, skwitowała, kiedy poruszył z nią temat.

Vatanen postawił zająca na samym brzegu strumienia, żeby mógł się napić. Stwór zaczął poruszać pyszczkiem i trzeba przyznać, że jak na tak małe zwierzątko pragnienie miał wprost nie z tej ziemi. Kiedy wreszcie skończył, żwawo zabrał się do skubania porastającej brzegi trawy. Tylna łapka ciągle mocno mu dokuczała.

Pewnie trzeba będzie wrócić do Helsinek, pomyślał Vatanen. Ciekawe, co mówią w pracy o moim zniknięciu?

Też mi dopiero praca, też zajęcie! Czasopismo, które robi sporo szumu wokół dętych skandali, ale starannie unika wytykania grubych wad tego społeczeństwa. Tydzień w tydzień na okładce widniał ten czy inny próżniak, jakaś misska, modelka, kolejne dziecko muzykującej rodziny. Kiedy Vatanen był młodszy, podobała mu się praca dziennikarza w dużym czasopiśmie, a najbardziej wywiady z ludźmi niezrozumianymi; zdarzały mu się nawet osoby gnębione przez władze. Myślał wtedy, że robi dobrą robotę, nagłaśniając kolejną ludzką krzywdę. Ale lata mijały i Vatanen już dawno wyzbył się złudzeń; teraz szedł po linii najmniejszego oporu: robił tylko to, co było absolutnie konieczne, żeby nie stracić pracy, i zadowalał się myślą, że przynajmniej osobiście nie przykłada ręki do pogłębiania się nierówności. Jego koledzy z redakcji byli tacy sami: rozgoryczeni pracą i cyniczni. Takim dziennikarzom nawet najgłupszy gość od reklamy mógł powiedzieć, jakich artykułów oczekuje od nich wydawca, i oni takie artykuły pisali. Czasopismo prosperowało doskonale, ale nie przekazywało prawdziwych informacji, tylko je rozwadniało, ukrywało i przerabiało na tanią rozrywkę. I to miał być zawód?

Vatanen pobierał co prawda całkiem przyzwoitą pensję, ale co z tego, skoro i tak wiecznie brakowało mu pieniędzy. Czynszu wychodziło miesięcznie prawie tysiąc marek, mieszkania w Helsinkach nie należały do tanich i z tego też powodu Vatanen nie miał szans odłożyć na własne. Kupił sobie łódkę, choć i na ten zakup musiał podpisać weksel. Poza pływaniem nie miał żadnego innego hobby. Żona wspominała czasem o wyjściu do teatru, ale on nie chciał z nią nigdzie wychodzić, nużył go śmiertelnie już sam jej głos.

Vatanen westchnął.

Letni poranek stawał się coraz jaśniejszy, ale za sprawą posępnych rozmyślań Vatanen nie odczuwał radości. Przygnębienie minęło jednak, kiedy zając się najadł i można go było schować z powrotem do kieszeni; Vatanen zdecydowanym krokiem ruszył na zachód, czyli w tym samym kierunku, w którym poprzedniego dnia oddalił się od drogi. Las szumiał wesoło, Vatanen mruczał pod nosem starą piosenkę. Z kieszeni od czasu do czasu wychylało się zajęcze ucho.

Po dwóch godzinach marszu doszedł do wsi. Droga zawiodła go prosto do czerwonego kiosku, lepiej nie mógł trafić. Wokół budki krzątała się młoda dziewczyna. Wyglądało na to, że właśnie otwiera swój mały interes.

Vatanen podszedł bliżej, pozdrowił kioskarkę i przysiadł pod daszkiem. Dziewczyna otwarła okiennice i weszła do środka, odsunęła szybę i powiedziała:

– Kiosk jest czynny. Co dla ciebie?

Vatanen kupił papierosy i butelkę lemoniady. Dziewczyna przypatrywała mu się uważnie, aż w końcu spytała:

– Jesteś przestępcą?

– Nie… a co, boisz się mnie?

– Nie dlatego pytam. Tak tylko sobie pomyślałam, bo przyszedłeś z lasu.

Vatanen wyjął z kieszeni zajączka i posadził znieruchomiałe zwierzątko na ławce.

– O, masz króliczka – ucieszyła się dziewczyna.

– To nie królik, to zając. Znalazłem go.

– Biedaczek, coś mu się stało w łapkę, przyniosę mu marchewki.

Dziewczyna zostawiła kiosk, pobiegła do pobliskiego domu i zniknęła w środku. Po chwili wróciła z pękiem zabrudzonych, zeszłorocznych marchewek. Przepłukała je lemoniadą i z zapałem podsunęła zajączkowi, ale ten nie okazał entuzjazmu. Dziewczyna wyglądała na zawiedzioną.

– Chyba mu nie smakuje.

– Jest trochę niedysponowany. Macie tu we wsi jakiegoś weterynarza?

– No, jest Mattila, ale on miastowy, przyjeżdża z Helsinek na całe lato, na zimę wraca do siebie. Ma domek kawałek stąd, nad samym jeziorem. Jak wejdziesz na kiosk, to ci pokażę.

Vatanen wdrapał się na daszek. Dziewczyna tłumaczyła mu z dołu, gdzie ma patrzeć i jaki kolor ma dacza Mattili. Vatanen popatrzył, gdzie mu dziewczyna kazała, i dostrzegł letnisko weterynarza. Potem zlazł, dziewczyna pomogła mu, podtrzymując go za siedzenie.

Weterynarz Mattila dał zajączkowi zastrzyk z małej strzykawki i starannie przewiązał mu tylną łapkę.

– Doznał wstrząsu. Skok na pewno się zagoi. Jeśli zabierze go pan do miasta, proszę mu dawać świeżej sałaty, będzie jadł. Sałatę trzeba dobrze wypłukać, żeby nie dostał biegunki. Do picia tylko czysta woda.

Kiedy Vatanen wrócił pod kiosk, siedziało tam już kilku gości, którzy nie mieli akurat nic do roboty. Dziewczyna przedstawiła go zebranym:

– To ten z zającem.

Mężczyźni popijali słabe piwo. Zwierzątko bardzo ich zainteresowało, zaczęli wypytywać Vatanena. Wszyscy się zastanawiali, ile też może mieć tygodni. Jeden z miejscowych opowiedział, że zawsze przed żniwami chodzi po polach i krzyczy, żeby wypłoszyć młode zające, co tają się w zbożu.

– Inaczej kombajn rozsiecze je na kawałki. Było lato, że aż trzy się dostały pod motowidło, jednemu obcięło uszy, drugiemu tylne łapy, a trzeciego w ogóle na pół przecięło. A w te żniwa, co je wcześniej płoszyłem, ani jeden nie dostał się pod nóż.

We wsi było tak przyjemnie, że Vatanen zatrzymał się w niej na kilka dni. Nocowali z zającem na poddaszu jakiejś chałupy.

Rozdział 3

Kalkulacja

Vatanen wsiadł do autobusu do Heinoli, bo przecież nawet w najprzyjemniejszej wsi nie można próżnować w nieskończoność.

Usiadł z tyłu, zająca miał w koszu. Siedziało tam już kilku miejscowych, paląc papierosy. Kiedy mężczyźni zobaczyli zwierzątko, zagadnęli Vatanena. Jeden powiedział, że latoś jest więcej młodych zajęcy, niż dawniej bywało, inny się zastanawiał, czy to samiec, czy samica. Jeszcze inny spytał Vatanena, czy chce go podhodować na mięso. Kiedy odparł, że nie ma najmniejszego zamiaru, wszyscy przyznali, że to juści jak z psem, nikt własnego przecież nie zabije, a i czasem łatwiej z bydlęciem zżyć się serdecznie aniżeli z człowiekiem.

Na miejscu Vatanen wziął pokój w hotelu, umył się i zszedł na dół coś zjeść. W południe w restauracji nie było żywej duszy, więc posadził zajączka na krześle obok siebie. Podeszła kierowniczka sali z kartą w ręku, spojrzała na Vatanena i powiedziała:

– Tu nie wolno wprowadzać zwierząt, proszę pana.

– To zwierzątko nie jest niebezpieczne.

Vatanen dla siebie zamówił obiad, a dla zajączka porcję świeżej sałaty z utartą marchwią oraz czystą wodę. Kobieta obrzuciła go przeciągłym spojrzeniem, bo posadził zwierzaka na stole przy miseczce, ale ostatecznie nic nie powiedziała.

Po obiedzie Vatanen zatelefonował z holu do żony.

– A, jesteś wreszcie! – usłyszał w słuchawce jej wrzask. – Z jakiej to zapadłej dziury do mnie dzwonisz?! Masz natychmiast wracać do domu!

– Tak sobie myślę, że już do domu nie wrócę.

– A, tak sobie myślisz! Chyba coś ci się w głowie poprzewracało, przecież musisz wrócić! I z pracy też cię wywalą, tego możesz być pewien. Dziś wieczorem przychodzą do nas Antero i Kerttu. I co ja mam im teraz powiedzieć?

– Powiedz, że uciekłem z domu, choć raz nie skłamiesz.

– Przecież nie mogę takich rzeczy ludziom wygadywać, co sobie o nas pomyślą! Jeśli w ten sposób próbujesz wymusić na mnie rozwód, to możesz być pewny, że guzik ci to da! Nie puszczę cię ot tak, po prostu, po tym jak mi zrujnowałeś życie. Osiem lat przez ciebie straciłam! Głupia byłam, że ciebie wzięłam!

Żona zaczęła płakać.

– Płacz szybciej, i bez tego rozmowa sporo mnie kosztuje.

– Jeżeli natychmiast do mnie nie wrócisz, oddam sprawę na policję! Wtedy dopiero się nauczysz siedzieć grzecznie w domu!

– Bardzo wątpię, czy ta sprawa ich zainteresuje.

– Możesz być pewny, że zaraz zatelefonuję do Anttiego Ruuhonena! I wtedy się przekonamy, czy nie mam już nikogo do towarzystwa!

Vatanen odwiesił słuchawkę.

Potem wykręcił numer swojego kolegi.

– Słuchaj, Yrjö, sprzedam ci łódkę.

– Nie żartuj! Skąd dzwonisz?

– A z prowincji, z Heinoli. Pomyślałem sobie, że na razie nie będę wracał do Helsinek, a potrzeba mi trochę grosza. Kupisz?

– Jasne, że kupię. Piętnaście tysięcy?

– Niech będzie. Po klucze pójdziesz do redakcji, są w najniższej szufladzie biurka po lewej stronie, dwa klucze na niebieskim kółku z tworzywa. Poproś może Leenę, znasz ją przecież, ona ci wyda. Powiedz, że przychodzisz z mojego polecenia. Masz tyle gotówki?

– Mam. Miejsce przy kei wliczyłeś w cenę?

– Wliczyłem. Teraz zrób tak: idź do banku i spłać mój weksel – tu Vatanen podał numer swojego rachunku bankowego – potem pojedź do mojej żony i daj jej pięć tysięcy, a pozostałe siedem tysięcy nadaj przekazem telegraficznym do banku spółdzielczego w Heinoli. Zgoda?

– Dasz mi jeszcze swoje mapy morskie?

– Dam, są w domu. Tylko nie wpakuj łódki na kamienie, z początku pływaj ostrożnie, żeby się coś nie stało.

– Powiedz, dlaczego właściwie sprzedajesz łódkę? Straciłeś serce do pływania?

– Można to tak nazwać.

Następnego dnia Vatanen ruszył do banku z zajączkiem w koszu. Krok miał lekki, nastrój beztroski, czego zresztą można się było domyślać.

Dużo się mówi o szóstym zmyśle człowieka i rzeczywiście: im bliżej był banku, tym wyraźniej czuł, że coś jest nie tak. Stąpał więc coraz czujniej, choć nie potrafił przewidzieć, jakie niebezpieczeństwo może na niego czyhać. Zgadywał, że kilka dni wolności wyostrzyło mu zmysły, i rozbawiony tą myślą stanął w drzwiach banku z uśmiechem na ustach.

Instynkt go nie zawiódł.

W holu banku, plecami do wejścia, siedziała jego żona. Serce podskoczyło Vatanenowi do gardła, złość i strach omal go nie sparaliżowały. Wzdrygnął się nawet zając.

Vatanen wyskoczył na ulicę jak oparzony i popędził przed siebie ile sił w nogach. Przechodnie zatrzymywali się i ze zdumieniem patrzyli na biegnącego od strony banku mężczyznę z koszem, z którego wystają zajęcze słuchy. Na następnym skrzyżowaniu skręcił ścichapęk w boczną uliczkę i znalazł się nagle przed drzwiami niewielkiej restauracji. Od razu też wśliznął się do środka. Był zdyszany.

– Pan to z pewnością redaktor Vatanen – odezwał się do niego portier, spoglądając na zająca, jakby go znał. – Jest pan oczekiwany.

W głębi restauracji siedzieli fotograf z redaktorem naczelnym. Popijali piwo i na razie niczego nie zauważyli. Portier wyjaśnił, że tamci dwaj panowie poprosili go, aby skierował do ich stolika mężczyznę, który będzie wyglądał mniej więcej tak jak Vatanen i który być może będzie miał przy sobie zająca.

Vatanena już nie było.

Czmychnął na ulicę i przekradł się z powrotem do hotelu, zastanawiając się gorączkowo, gdzie się pomylił w swoich kalkulacjach. Doszedł do wniosku, że wszystkiemu musi być winien ten pierdoła Yrjö.

Zadzwonił do niego. I faktycznie, Yrjö w swej głupocie wyśpiewał żonie Vatanena, gdzie wysłał resztę pieniędzy za łódkę. Co było dalej, można sobie bez trudu dopowiedzieć: żona zwerbowała naczelnego do pomocy w złapaniu męża w Heinoli, no i teraz czatuje na niego w banku, bo wie, że przyjdzie tam po przekaz. Pieniądze czekają, tylko jak je teraz podjąć bez robienia sceny?

Vatanen musiał to sobie dobrze przemyśleć.

W końcu wymyślił. Poprosił w recepcji o wypisanie rachunku za hotel, dodając, że za chwilę do jego pokoju przyjdą po niego trzy osoby, kobieta i dwóch mężczyzn. Potem na firmowym papierze hotelowym skreślił kilka słów, zostawił kartkę na stole i podniósł słuchawkę. Wyszukał w książce telefonicznej numer knajpy, do której wpadł przed chwilą jak z deszczu pod rynnę; odebrał poznany niedawno portier.

– Tu redaktor Vatanen. Niech pan poprosi jednego z tych dwóch panów do telefonu.

– To ty, Vatanen? – usłyszał po jakimś czasie w słuchawce głos naczelnego.

– Ja, któż by inny, cześć.

– Już po tobie, chłopie. Zgadnij, kto siedzi w banku: twoja stara. A my w knajpie. Przychodź tu zaraz do nas, wracamy do Helsinek. Dość już tej błazenady.

– Słuchaj, teraz nie mogę, muszę jeszcze zatelefonować w dwa miejsca za granicę. Przyjdźcie do mnie do hotelu, pokój trzysta dwanaście. Po drodze zgarnijcie moją żonę, we czwórkę wyjaśnimy sobie spokojnie całą sprawę.

– Zgoda, przyjdziemy. Tylko czekaj tam na nas.

– Jasne, na razie.