Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 550 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rewizja - Remigiusz Mróz

Kontynuacja bestsellerowej Kasacji i Zaginięcia!

Żona i córka robotnika z Ursynowa giną tragicznie w niewyjaśnionych okolicznościach. Ich polisa na życie jest tak duża, że towarzystwo ubezpieczeniowe nie spieszy się z jej wypłaceniem. Pogrążony w żałobie mężczyzna spodziewa się problemów, ale to, co go spotyka, przechodzi jego najśmielsze obawy…

Ubezpieczyciel odmawia wypłaty, twierdząc, że to robotnik zamordował rodzinę. Zaraz potem prokuratura stawia mu zarzuty, a on rozpoczyna walkę o uniewinnienie i własny honor. Pomaga mu prawniczka, która niedawno pogrzebała całą swoją karierę.

Opinie o ebooku Rewizja - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Rewizja - Remigiusz Mróz

 

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Alicja Wojciechowska / panbook.pl

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-398-6

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nemo iudex in causa sua.

– Nikt nie jest odpowiednim sędzią

we własnej sprawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piotrowi M.

Kiedy wracasz z Frankfurtu, stary?

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

1

Arkadia, al. Jana Pawła II

Mężczyzna trwał w bezruchu na środku korytarza, jakby znajdował się w innym świecie. Klienci omijali go mechanicznie, nikt nie zwracał na niego uwagi. Nikt oprócz kobiety siedzącej w niewielkim boksie, w którym udzielała porad prawnych.

Gdy kończyła studia, przez myśl jej nie przeszło, że kiedyś będą istniały takie miejsca. Ale wówczas blisko stu adwokatów nie było zarejestrowanych w urzędach pracy jako bezrobotni. Dziesięć lat temu aplikację kończyło raptem sześć tysięcy osób, teraz czternaście tysięcy. Rynek został przesycony i nie było na nim miejsca dla prawników, którzy zaprzepaścili swoją karierę.

Joanna Chyłka wiedziała, że powinna cieszyć się z pracy w boksie. Była upokarzająca, ale biorąc pod uwagę okoliczności, stanowiła też uśmiech losu. Po numerze, jaki wycięła ostatniemu klientowi jeszcze jako jedna z najlepszych prawniczek kancelarii Żelazny & McVay, żadna szanująca się firma jej nie zatrudni.

Sprzeniewierzyła się korporacyjnym zasadom, ale przynajmniej zachowała czyste sumienie. Było warto. Teraz mogła ze spokojem kasować czterdzieści dziewięć złotych za prostą poradę w sprawach rodzinnych czy spadkowych oraz prawie trzy stówy, jeśli w grę wchodził proces.

Wprost wymarzona sytuacja.

Chyłka skupiła wzrok na mężczyźnie, którego ktoś nieświadomie trącił. Nieszczęśnik potrząsnął głową, jakby dopiero teraz zrozumiał, gdzie jest. Opuścił rękę wzdłuż tułowia i Joanna dostrzegła, że trzyma komórkę.

Najwyraźniej miał jeszcze gorszy dzień od niej. Cokolwiek usłyszał przez telefon, musiało wywrócić jego życie do góry nogami. Mimo nieco ciemniejszej karnacji, twarz mężczyzny była trupioblada.

Powiódł nierozumiejącym wzrokiem wokół i nagle wychwycił spojrzenie prawniczki z boksu.

Chyłka poprawiła się na obrotowym stołku, który był bardziej niewygodny niż krzesło dla gości w jej dawnym gabinecie. Z rozrzewnieniem wspominała tamte warunki. Jeszcze kilka miesięcy temu pracowała w spokoju i wszyscy w firmie wiedzieli, by nie nękać jej bez powodu. Tutaj co chwilę zjawiali się upierdliwcy, którym szkoda było pięciu minut na sprawdzenie czegoś w Google, ale nie szkoda było pięciu dych na poradę prawną.

Większość przypominała tego pobladłego mężczyznę. Nikt nie przychodził do punktu porad prawnych, jeśli miał choć chwilę, by się nad tym zastanowić. Korzystali z niego ci, którzy obudzili się z ręką w nocniku. Ot, choćby tacy, którzy poszli po pęto kiełbasy do pobliskiego Carrefoura i po drodze przypomnieli sobie, że jest trzydziesty kwietnia i mija termin złożenia deklaracji PIT-37.

Tych z siatkami wyładowanymi kiełbasą, cebulą, serami pleśniowymi czy rybami Chyłka szybko odprawiała, kasując swoją standardową stawkę. Pozostałym poświęcała tylko minimalną uwagę – i to wyłącznie, jeśli była trzeźwa, co zdarzało się coraz rzadziej.

Spojrzała na trwającego w bezruchu klienta, a potem nabrała tchu. Podniosła się ze swojego miejsca, opuściła boks i zamknęła za sobą ladę. Skierowała się w stronę mężczyzny.

Minęła go i ruszyła do Carrefoura. Przeszła na dział z alkoholami, wybrała małpkę absoluta i paczkę pistacji, po czym udała się do kasy. Była to jej stała trasa. Po zrobieniu zakupów szła na pierwsze piętro i wchodziła do toalety przy Springfieldzie, z której korzystało najmniej osób. Zamykała się w kabinie, piła, a potem wracała do boksu.

Joanna opróżniła buteleczkę dwoma łykami, zakręciła ją i schowała do kieszeni żakietu. Poprawiła się przed lustrem, po czym zjechała schodami na parter. Idąc do punktu porad, zobaczyła, że pobladły mężczyzna przysiadł na ławce i zwiesił głowę.

Chyłka zaklęła w duchu i zatrzymała się obok.

– Kurs franka poszedł w górę? – bąknęła.

Kiedy rozbitek życiowy podniósł spojrzenie, przekonała się, że ma romskie rysy twarzy. Popatrzył na nią nierozumiejącym wzrokiem i Joanna dostrzegła, że trzęsą mu się usta.

– Nie, nie ten kaliber – oceniła. – Poza tym Cyganie chyba nie biorą kredytów. Jak wam brakuje pieniędzy, po prostu czekacie na kogoś w ciemnym zaułku i…

– Czego pani chce? – przerwał jej mężczyzna.

Dobre pytanie, pomyślała Joanna. Zatrzymała się przy nim bezrefleksyjnie, choć zapewne tkwiła w tym jakaś podświadoma motywacja. Chyłka chciałaby myśleć, że to altruizm, ale obawiała się, że jest zupełnie inaczej – zwyczajnie miała ochotę porozmawiać z kimś, kto ma bardziej gówniane życie niż ona.

– Zauważyłam, że coś z panem nie tak, więc podeszłam – odparła.

Wydawało jej się, że Cygan nie rozumie, co ona do niego mówi. Patrzył na nią, ale jakby na przestrzał, jakby próbował się skupić na czymś za nią.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

Usta zatrzęsły mu się jeszcze bardziej.

– One nie żyją… – wydukał.

– Kto nie żyje? – zapytała Chyłka.

Jeśli kogoś zabił, bez procesu się nie obejdzie. Joanna skasuje trzysta złotych i być może wystarczy na… Nie, właściwie na nic nie wystarczy. Podczas długoletniej kariery w Żelaznym & McVayu zarobiła krocie, ale nadal spłacała kredyt na nowe mieszkanie. W dodatku jakiś czas temu wydała fortunę na naprawdę swojej iks piątki, która zasadniczo nadawała się do kasacji.

Jej finanse były w opłakanym stanie i jeden Cygan z pewnością nie mógł tego zmienić. Ale ziarnko do ziarnka…

– No – odezwała się. – Niech pan mówi, co się stało?

– Moja żona i córka… Właśnie się dowiedziałem… – Urwał i pokręcił głową. W jego oczach pojawiły się łzy, ale zanim popłynęły po policzkach, Rom zakrył twarz dłońmi. – Przepraszam – wybełkotał.

Joanna zaklęła w duchu. Nic ciekawego z tego nie będzie. Mimo wszystko skasuje czterdzieści dziewięć złotych za poradę w kwestii spadku, zadatku pogrzebowego i formalności związanych z prawem funeralnym.

– Niech pan podejdzie – powiedziała.

Mężczyzna opuścił ręce.

– Słucham? – zapytał.

Prawniczka wskazała boks i ruszyła powoli w jego kierunku.

– Zapraszam na chwilę. Usiądzie pan, uspokoi się, zrobię panu kawę.

– Ale ja…

– Proszę, proszę. Nie ma problemu.

Poszedł za nią, zapewne nieświadomy choćby jednego swojego kroku. Usiadł po drugiej stronie biurka, a Chyłka wrzuciła kapsułkę do nespresso i zaparzyła mu małą czarną. Po namyśle zrobiła także jedną dla siebie. Przyda się, biorąc pod uwagę, że buteleczka absoluta nie była pierwszą tego dnia.

Starała się oszacować, ile wypiła od rana, ale straciła rachubę już koło południa. Ranek z pewnością zaczął się od tequili sunrise – od pewnego czasu stanowiło to jej nową tradycję, którą kultywowała z oddaniem nie mniejszym niż muzułmanin przestrzegający postu podczas ramadanu. Potem popijała już tylko z małych, płaskich buteleczek. Chowała je w kieszeni żakietu, by ich liczba nie wymknęła się spod kontroli, ale pozbywała się obciążających dowodów szybciej, niż zdążyła się nad tym zastanowić.

Niespecjalnie się tym przejmowała. Wprawdzie dzień w dzień siadała za kółkiem ze sporą zawartością alkoholu we krwi, ale w najgorszym przypadku zabiorą jej prawo jazdy, nie samochód. Nadal będzie mogła jeździć.

Postawiła kubek kawy przed Romem, jednak klient nie zwrócił na to uwagi. Miała ochotę pstryknąć mu palcami przed twarzą. Napiła się, a potem nabrała tchu.

– Po stwierdzeniu zgonu zostanie wypisany protokół – odezwała się.

Mężczyzna nadal zdawał się znajdować w innym świecie.

– Pójdzie pan z tym do lekarza pierwszego kontaktu, który ostatnio zajmował się żoną i córką. On wypisze panu kartę zgonu, którą będzie trzeba skserować kilka razy. Dla banku, dla ubezpieczyciela, dla…

Cygan poruszył się nerwowo i wbił w nią wzrok.

– O czym pani mówi?

– O czynnościach, które będzie musiał pan podjąć – odparła spokojnie Joanna. – Z kartą zgonu, dowodem i paszportem pójdzie pan do Urzędu Stanu Cywilnego. Właściwy terytorialnie jest ten, gdzie nastąpił zgon. Nie ten, gdzie żona i córka były zameldowane.

– Ale…

– Wie pan, gdzie nastąpił zgon?

– O Boże… ja…

Rom podniósł się na drżących nogach. Chyłce przemknęło przez głowę, że sprawia wrażenie, jakby miał zamiar puścić pawia. Wzdrygnęła się na samą myśl. W boksie nie było sprzątaczki, zatrudnieni tu prawnicy musieli sami dbać o porządek. Przez to sporo było okruchów, zużytych chusteczek i pustych opakowań po batonikach. Joanna sama upchnęła kilka gum przy podłodze. Z wymiocinami nie poszłoby jednak tak łatwo.

Szybko podniosła się ze swojego stołka. Zakręciło jej się w głowie i uświadomiła sobie, że jest lekko wstawiona. To by tłumaczyło, dlaczego w ogóle przyprowadziła tutaj tego człowieka.

– Należy się czterdzieści dziewięć złotych – powiedziała.

Cygan machinalnie sięgnął po portfel, wyjął pięćdziesiątkę i położył ją na blacie. Kompletnie nie rozumiał, co się dzieje. Jego umysł momentami zaskakiwał na odpowiednie tory, ale zaraz potem wracał na kurs kolizyjny z rzeczywistością.

– Oto moja wizytówka – powiedziała Chyłka, wręczając mu porządny świstek kredowego papieru pochodzący jeszcze z czasów jej kariery w Żelaznym & McVayu. Był na nim nieaktualny adres e-mail i stary numer służbowego telefonu, który miał działać jeszcze do końca miesiąca. Joanna była przekonana, że za jednym zamachem pozbywa się ostatniej wizytówki i samego klienta.

Mężczyzna schował świstek do kieszeni, popatrzył na prawniczkę, a potem oddalił się w kierunku wyjścia. Chyłka opadła ciężko na siedzisko. Poszło całkiem sprawnie.

Do końca dnia miała jeszcze kilku klientów. Zrobiła dwa wypady do Carrefoura i do toalety przy Springfieldzie. Kiedy zapadał zmrok, była w stanie wykluczającym jazdę samochodem. Szybko doszła do wniosku, że zje coś w Streecie, poczeka trochę, a potem pojedzie do domu.

Zajęła miejsce niedaleko telewizora. Spoglądała na niego leniwie, czekając na fajitas z wołowiną. Ożywiła się dopiero, gdy zobaczyła czerwony ticker na dole ekranu, informujący o tym, że na Ursusie odnaleziono zwłoki kobiety i jej kilkunastoletniej córki.

Przemknęło jej przez głowę, że ma to związek z mężczyzną, od którego wydusiła pięć dych za poradę prawną. Szybko jednak odsunęła tę myśl.

Kamera była już na miejscu. Operatorowi udało się ująć w kadrze tory i kawałek drogi gruntowej. Teren ogrodzono już policyjnymi taśmami, a w oddali widać było charakterystyczny niebieski parawan z napisem „POLICJA. OGLĘDZINY”, za którym znajdowały się widoki nieprzeznaczone dla przypadkowych oczu.

Joanna nabiła kawałek mięsa na widelec, przysłuchując się temu, co miał do powiedzenia dziennikarz z NSI. Na początku zastrzegł, że wszystkie informacje są jeszcze nieoficjalne, a potem rozkręcił się na dobre.

– Jak udało nam się dowiedzieć, kobieta i jej córka były mieszkankami pobliskiego Ursynowa. Nie wiadomo, co robiły w tej okolicy. Ciała odnalazł złomiarz, który utrzymuje, że nie zna tożsamości ofiar.

Chyłka przeżuła kawałek mięsa ze skwierczącej patelni. Całkiem niezłe, choć sama dodałaby trochę ostrych przypraw.

– W krótkiej rozmowie mężczyzna powiedział nam, że stan kobiety i dziewczyny nie pozwalał na ich rozpoznanie. Według niego pierwsi funkcjonariusze, którzy pojawili się na miejscu, mieli stwierdzić, że czegoś takiego jeszcze nie widzieli.

Pośród klientów Streeta przeszedł szmer. Joanna spokojnie jadła swoje fajitas. Czuła, że alkohol z niej schodzi i niebawem znajdzie się w stanie, który pozwoli jej zasiąść za kierownicą iks piątki. Popijała colę, myśląc o tym, co otworzy po powrocie do domu.

Odsunęła talerz i zaczęła szukać w menu czegoś na deser. Niczego jednak nie zamówiła. Zamarła, kiedy zobaczyła na ekranie Roma, z którym wcześniej rozmawiała. Próbował przebić się przez policyjny kordon, zapewne ku uciesze operatora z NSI.

Odłożyła mechanicznie kartę dań i obserwowała, jak Cygan szarpie się z funkcjonariuszami. Nie wyglądało to dla niego najlepiej. W takiej sytuacji mąż zawsze jest pierwszym podejrzanym, a przepychanka w niczym mu nie pomoże.

Musiał dojść do podobnego wniosku, bo w końcu odpuścił. Odsunął się, a potem zaczął nerwowo przeszukiwać kieszenie. Joanna ze zgrozą przekonała się, że wyjął z jeansów jej wizytówkę.

Po chwili rozbrzmiał dzwonek. Refren z Afraid To Shoot Strangers Iron Maiden od czasu do czasu zwiastował możliwe kłopoty. W tym przypadku było tak z całą pewnością. Prawniczka spojrzała na wyświetlacz, a potem odrzuciła połączenie.

 

 

 

2

Skylight, ul. Złota

Kordian Oryński wszedł do gabinetu opatrzonego plakietką „junior associate”. Wisiała na drzwiach już od półtora roku, ale jej widok nadal sprawiał mu tyle samo satysfakcji, co pierwszego dnia po otrzymaniu własnego biura.

Było to określenie może nieco na wyrost, biorąc jednak pod uwagę wspomnienia z noryobory, gdzie tłoczyli się wszyscy stażyści i praktykanci, należało uznać, że trafił do raju.

Kordian usiadł za biurkiem, otworzył macbooka, a potem zaczął przeglądać portale. Jego poranny rytuał obejmował sprawdzenie działu prawnego na Money.pl, trzymanie ręki na pulsie w zmianach legislacyjnych na Lex.pl i w końcu przeglądanie serwisu „Gazety Prawnej”.

Ledwo dotarł do pierwszego artykułu, drzwi do gabinetu się otworzyły. Oryński oderwał wzrok od monitora i spojrzał na niewysokiego chudzielca, który wparował do środka bez pytania. Zamknął za sobą drzwi, a potem się odezwał:

– Ale kibel.

Kordian nabrał tchu.

– Widziałeś? – zapytał gość. – Będziemy się tarzać w szambie przez kolejne pół roku.

Taka deklaracja w kancelarii Żelazny & McVay zazwyczaj niewiele znaczyła. Ginęła gdzieś w natłoku innych utyskiwań i pesymistycznych scenariuszy. Kiedy jednak składał ją nie kto inny jak Kormak, należało mieć się na baczności. Chudzielec bez wątpienia był najlepiej poinformowaną osobą w firmie – częstokroć wiedział o nadchodzącym kataklizmie wcześniej od starszych partnerów.

Kormak usiadł po drugiej stronie biurka i posłał Oryńskiemu znaczące spojrzenie. Dopiero gdy ten uniósł brwi, szczypior zrozumiał.

– Ty nic nie wiesz – oznajmił.

– Dziwi cię to?

– Właściwie nie. Wam nigdy nic nie mówią.

– Kto nic nam nie mówi?

Kormak zmrużył oczy, przybierając konspiracyjny wyraz twarzy.

– Mniejsza z tym – oświadczył. – I już ci mówię, o jaki kibel chodzi. Oglądałeś wczoraj te przepychanki z Ursusa?

– Niespecjalnie.

– Hę? Były we wszystkich serwisach informacyjnych.

– Nie widziałem.

– I to w dodatku przez cały wieczór – dodał Kormak.

– Musiały mi umknąć.

– To coś ty robił?

Oryński wzruszył ramionami.

– Mogę wymienić milion ciekawszych rzeczy od…

– Dobra, dobra – przerwał mu chudzielec. – Nie wiesz, o co chodzi, to słuchaj. – Rozparł się na krześle, ani myśląc o tym, że poza pogawędkami junior associate może mieć też inne obowiązki. – Znaleźli wczoraj po południu dwa trupy przy torach. Prawie zupełne zadupie, walące się budynki wokół, jakiś złom, hałdy piachu, takie sprawy.

– Jak w Drodze McCarthy’ego.

Kormak skinął głową z uznaniem.

– Przy torowisku kobieta i dziewczyna – ciągnął szczypior. – Obie tak zmasakrowane, że rozpoznali je tylko dzięki dowodom osobistym. Twarze zmiażdżone, wokół pełno krwi, mózgowia… co tam sobie tylko wyobrazisz.

– Moja wyobraźnia raczej nie zapędza się w takie…

– A do tego ślady gwałtu – wpadł mu w słowo rozgorączkowany Kormak. – Wyjątkowo zwyrodniałego, jeśli wierzyć moim źródłom.

– Co to za źródła?

Chudzielec wydął usta.

– Tajemnica adwokacka – oznajmił.

– Nie jesteś adwokatem.

– I dzięki Bogu, bo zarabiałbym dwa razy mniej – zauważył Kormak i zaczerpnął powietrza. – Na domiar złego ktoś wpuścił męża na miejsce zdarzenia. Kamery złapały, jak szarpie się z policjantami. I wiesz co?

– Nie.

– To Cygan.

– Aha.

Oryński potrzebował chwili, by ustalić, dlaczego ta informacja ma jakiekolwiek znaczenie. Najwyraźniej za długo pracował bez Chyłki, która co pewien czas przypominała mu takim czy innym komentarzem, że tolerancja jest mocno przereklamowana.

– I po co mi o tym mówisz? – zapytał Kordian. – Będziemy go bronić?

– No co ty, zwariowałeś?

Oryński uśmiechnął się pod nosem.

– Więc o co chodzi?

– Gnój polega na tym, że ofiary miały jebitną polisę na życie.

– To znaczy?

– Najwyższy pakiet.

Oryński przeniósł wzrok na monitor, a potem wszedł na witrynę TVN24. Wieści związane z upiornym morderstwem zajmowały centralne miejsce. Nagłówek otoczony był czerwonym prostokątem, jakby potrzeba było dodatkowych powodów, by przeciętny internauta zainteresował się sprawą.

Kordian przejrzał pobieżnie treść i zobaczył zdjęcia z miejsca zdarzenia. Kormak podniósł się i okrążył biurko. Stanął obok prawnika i skrzyżował ręce na piersi.

– Cygan nie wygląda na takiego, co by kupował wielką polisę, nie? – zapytał.

– Ano nie.

– Tym bardziej zastanawiająca rzecz.

– Może i tak – przyznał Oryński, obracając się do przyjaciela. – Ale mam trochę spraw na głowie i…

– Mówię ci o tym w konfidencji – uciął chudzielec. – I nie robię tego bez powodu.

– Mhm.

– Żona i córka tego gościa były ubezpieczone w Salusie.

Szczypior patrzył znacząco na Kordiana, ale ten tylko wzruszył ramionami.

– Salus – burknął Kormak. – Ta wielka firma ubezpieczeniowa, która…

– Wiem, czym jest Salus, Kormaczysko.

– Więc powinieneś też wiedzieć, że jest reprezentowana przez Żelaznego & McVaya.

– Co takiego?

– Właśnie to, co powiedziałem.

Kordian odgiął się na krześle.

– To rzeczywiście może być gnój.

Chudy chłopak uśmiechnął się i pokiwał głową. Jego wyraz twarzy kazał sądzić, że misja została wypełniona. Machnął Oryńskiemu na pożegnanie, a potem opuścił biuro, dodając na odchodnym, że wieczorem wpadnie na piwo.

Do Kordiana powoli docierała waga słów przyjaciela.

Kiedy Chyłka przestała być jego patronką, Okręgowa Rada Adwokacka przydzieliła mu innego prawnika z kancelarii. Żelazny osobiście o to zabiegał i twierdził, że ma wprost idealnego kandydata, który „wyprostuje chłopaka po tym, co zrobiła Joanna”.

Tym kandydatem był Lew Buchelt, którego Chyłka określiła niegdyś jako „wyjątkowo ponurą kreaturę”. Po pierwszym spotkaniu z podstarzałym adwokatem Kordian musiał przyznać rację dawnej patronce. Lew patrzył na wszystkich z wyższością, wydawał z siebie jedynie pomruki, a w dodatku nosił garnitury, które kupował chyba w muzeum PRL-u. Okulary w dużych drucianych oprawach dopełniały obrazu człowieka, który raczej nie stanowił wizytówki kancelarii.

Buchelt rzadko spotykał się z klientami, ale nie miał sobie równych, gdy chodziło o wiedzę z zakresu prawa gospodarczego i gałęzi pokrewnych. Kilkanaście lat temu sprawił, że kilka dużych podmiotów zaczęło korzystać z usług Żelaznego & McVaya – i od tamtej pory Lew prowadził ich sprawy. Jednym z nich była firma ubezpieczeniowa Salus.

Kordian zabębnił palcami o blat biurka i spojrzał na drzwi. Gdyby Chyłka nadal pracowała w firmie i to ona miała Salusa, już wpadłaby do jego gabinetu jak wichura. Wizyta byłaby krótka – Joanna rzuciłaby kilka krótkich, żołnierskich komend, a potem…

Oryński potrząsnął głową. Nie miał zamiaru o niej myśleć. Ostatnim razem spotkali się w jej biurze, rozważając, co należy zrobić w sprawie Szlezyngierów. Potem zupełnie zignorowała jego zdanie i zrobiła to, co robiła najlepiej – wywołała trzęsienie ziemi.

Kordian zastanowił się, po czym zamknął macbooka. Chyłka nigdy nie dawała mu szansy, by się wykazał. Przy flegmatycznym Buchelcie przynajmniej ma czas, żeby przejąć inicjatywę.

Ruszył na korytarz i skierował się do pokoju, który był powszechnie znany jako Jaskinia McCarthyńska. Chudzielca zastał pochylonego nad książką, dokładnie tak jak się tego spodziewał.

– Ponurak u siebie? – zapytał Oryński.

– Sam powinieneś wiedzieć, gdzie jest twój patron.

– Nieczęsto się widujemy.

– Mhm – mruknął Kormak i włożył zakładkę do książki. – Tak czy inaczej, nie przychodzisz do mnie, żeby pytać, gdzie jest Lew.

– Ano nie.

– Więc?

Kordian zbliżył się do biurka i spojrzał z góry na szczypiora.

– Potrzebuję wszystkiego, co masz na temat tego Cygana.

– A więc proszę. – Kormak wyciągnął otwartą dłoń i obrócił ją spodem do góry. – Dokładnie tyle mam. Bierz, co chcesz.

– Nie rób sobie jaj.

– Nie robię – zaoponował, odkładając powieść z wysłużonym pickupem na okładce. – Nie dostałem zlecenia, żeby się nim zajmować.

– Więc właśnie dostajesz.

– Jak ostatnio sprawdzałem, to nie ty płaciłeś moje rachunki.

Oryński skrzywił się i wbił wyczekujący wzrok w rozmówcę. Na moment zapadła cisza, którą przerwało dopiero głośne westchnięcie chudzielca.

– W porządku – powiedział. – Poszukam czegoś.

– Tylko żeby było dobre.

– Jak dobre?

– Na tyle, żeby nie było mowy o wypłacaniu polisy przez Salusa.

Kormak pokiwał głową w zadumie. Aplikant dostrzegł w jego spojrzeniu cień zawodu, jakby przyjaciel spodziewał się, że Kordian będzie kierował się raczej nieskazitelnymi nakazami moralnymi, a nie interesem swoim czy klienta.

– Chcesz zapunktować u ponuraka, co? – zapytał szczypior.

– Zapunktować? Nie – odparł Oryński. – Chcę sprawić, że na tym minorowym obliczu pojawi się pełen satysfakcji, błogi i szeroki uśmiech, jakby Buchelt wypalił naprawdę dobrego skręta.

Chudzielec wzruszył ramionami.

– Plan dobry jak każdy inny – podsumował.

Kordian podszedł do drzwi, chwycił za klamkę i obrócił się przez ramię.

– Znajdź mi coś, co zniszczy tego faceta – dodał na odchodnym.

 

 

 

3

ul. Argentyńska, Saska Kępa

Chyłka obudziła się w swoim łóżku, co należało uznać za sukces. Ostatnimi czasy, ku jej niewypowiedzianemu zdziwieniu, zdarzało się to coraz rzadziej. Poprzedni tydzień zakończyła przelotną znajomością z… Wiktorem? Witoldem? Walterem? Walerym?

Równie dobrze mógł to być Wirginiusz albo Wrocisław. Nie rozpoznałaby go za żadne skarby.

Zwlekła się z łóżka i rozmasowała skronie. Najwyższa pora, by zrekapitulować wszystko, co działo się zeszłego dnia. Po kolacji w Streecie pojechała do domu, po drodze zahaczając o monopolowy. Potem usiadła na kanapie z butelką tequili i włączyła sobie…

Jakiś film.

Chyba „Drive” Nicolasa Windinga Refna. Dobry, powolny i dołujący obraz, w dodatku główną rolę grał Ryan Gosling. Minus był taki, że wizualnie nieco przypominał jej Kordiana.

Ilekroć pomyślała o Zordonie, zalewała wspomnienie choćby niewielkim łykiem tequili. Tak to działało. I sprawdzało się wcale nie najgorzej.

Chyłka przeciągnęła się i ruszyła do łazienki. Uniknęła odbicia w lustrze, spuszczając wzrok. Obmyła twarz, a potem poszła po środek przeciwbólowy do kuchni. Znajdował się na blacie i miał żółtą etykietę z napisem „Don Cruzado”.

Kiedyś piła tylko sierrę z meksykańską czapką na zakrętce, ale od pewnego czasu przerzuciła się na butelkę z podobizną dona. Zaważył fakt, że na siedmiuset litrach Joanna mogła w ten sposób zaoszczędzić dwadzieścia złotych. Biorąc pod uwagę rozmiary konsumpcji, była to mała fortuna.

Napiła się, a potem sięgnęła po telefon. Ostatnio rankiem odkrywała na nim coraz więcej niespodzianek. SMS-y, których napisania nie pamiętała, połączenia, których wykonania sobie nie przypominała, a nawet dziwne, właściwie niepokojące selfie.

Wzdrygnęła się, widząc, że zrobiła sobie zdjęcie około trzeciej w nocy. Skasowała je szybko, starając się zamazać w pamięci widok samej siebie w stanie mocno wskazującym.

Nagle telefon zawibrował jej w ręce, a z głośnika ryknął gitarowy riff. Chyłka poczuła, jak impuls bólu przemknął jej tuż za oczami. Spojrzała na wyświetlacz, westchnęła, a potem przesunęła palcem po ekranie.

– No – powiedziała.

– Co „no”? – odburknął rozmówca. – Nie wiem, jak witałaś swoich szefów w Żelaznym & McVayu, ale u mnie wypada zachować odrobinę kultury.

– Odrobinę zachowałam – odparła. – W końcu odebrałam, prawda?

W słuchawce zapadła cisza. Joanna zdawała sobie sprawę, że powinna nieco podreperować relacje z obecnym szefem, ale trudno było czuć respekt przed kimś, kto władał boksem porad prawnych, a nie wielką kancelarią.

Co dopiero mówić o prawniczce, która w tym boksie siedzi.

Chyłka szybko odsunęła od siebie tę myśl.

– Co jest, szefie? – zapytała, siląc się na koncyliacyjny ton.

– Co jest? – odpowiedział przełożony. – Ty mi lepiej powiedz. Odbiło ci kompletnie?

– W jakim sensie?

– W każdym możliwym!

– Być może – przyznała pod nosem. – Ale nie bardzo wiem, o co…

– Władowałaś nas w najgłębsze bagno, jakie ta firma widziała – wpadł jej w słowo mężczyzna. – I szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, jak nas z niego wyciągnąć. Pozwól więc, że ujmę sprawę jasno: mam nadzieję, że potrafisz pływać w gównie. I to sama, bo ja nie mam zamiaru ci w niczym pomagać. A kiedy skończysz tę sprawę, szukaj sobie nowej…

– Jaką sprawę? – zapytała.

Zanim przełożony odpowiedział, odstawiła komórkę od ucha i wyświetliła rejestr połączeń. Szef perorował w najlepsze, ale głośnik był ustawiony za cicho, by mogła go słyszeć.

Joanna przejrzała numery. Od pierwszej do trzeciej wykonała kilka telefonów. Najpierw na niezapisany numer, potem do kilku znajomych dziennikarzy. Nie wyglądało to najlepiej. I nie potrzebowała wiele, by to wszystko powiązać.

– …i wierz mi, że kiedy tylko usłyszałem, że to zrobiłaś, miałem ochotę…

– Szefie – przerwała mu. – Wzięłam sprawę tego ciawaresa?

– Że co proszę?

– Tego dziabucha.

– Na litość boską, Chyłka…

– Mam na myśli tego Roma.

– Wiem doskonale, kogo masz na myśli!

– Więc po co pan tak kluczy? – odparła pod nosem, sięgając po butelkę. – Zadałam proste pytanie.

– Które samo w sobie świadczy o twojej kondycji psychicznej – odpowiedział przełożony. – Tak, reprezentujemy pana Bukano.

– Tak się nazywa?

– Owszem – mruknął szef.

Joanna znów potarła skronie. Przez moment zastanawiała się, co w nią wstąpiło, że zadzwoniła do tego człowieka i zdecydowała się go reprezentować. Nie było żadnego dobrego powodu, dla którego miałaby to robić – a tequila niczego nie tłumaczyła.

– Lepiej, żebyś to szybko załatwiła. Nie chcę żadnych problemów.

– Jasne, jasne.

Przełożony rozłączył się bez pożegnania. Chyłka spojrzała na telefon, na butelkę, a potem powiodła wzrokiem za szklanką. Znalazła jedną w sypialni, na nocnym stoliku. Przepłukawszy ją pod bieżącą wodą, postawiła naczynie na blacie i wypełniła je po brzegi.

Nie miała dzisiaj dyżuru w Arkadii ani żadnym innym centrum handlowym. Wprawdzie nie pamiętała swojego grafiku, ale szef z pewnością zająknąłby się słowem na ten temat.

Usiadła na fotelu i włączyła NSI. Miała nadzieję, że trafi na podsumowanie wszystkich wczorajszych wydarzeń, ale w paśmie porannym rozprawiano o pomyśle na kolejne bzdurne referendum.

Ściszyła telewizor, a potem pociągnęła jeszcze łyk tequili i wybrała numer, pod który dzwoniła nocą.

– Tak? – rozległ się głęboki, męski głos. Rom nie sprawiał wrażenia, jakby był załamany.

– Joanna Chyłka, kancelaria… – zaczęła prawniczka i urwała. Odchrząknęła. – Rozmawialiśmy wczoraj.

– Tak.

Poprawiła się na fotelu, nie bardzo wiedząc, od której strony podejść do problemu. Nie miała wielkiego doświadczenia w mierzeniu się z konsekwencjami alkoholowych ciągów, do tej pory zawsze udawało jej się ich uniknąć. Tym razem jednak było inaczej.

– Chciałam tylko potwierdzić, że… wszystkie formalności zostały spełnione.

– Tak, mówiła mi już pani o tym.

– Aha.

– I tłumaczyła mi pani, że umowa pełnomocnictwa nie wymaga podpisywania czegokolwiek, że wystarczy…

– Tak, tak – przerwała mu. – Starczy forma ustna, a nawet może być dorozumiana.

Naraz Chyłkę opadły wątpliwości. Zawarła z tym człowiekiem umowę pełnomocnictwa? Jeśli miała zamiar go bronić, w grę wchodziłby stosunek obrończy – a więc powinni podpisać upoważnienie do obrony. O czym ona myślała?

– Jest pan pewien, że mowa była o pełnomocnictwie? – zapytała, ryzykując ośmieszenie się.

– Sama to pani kilkakrotnie podkreślała.

– Rozumiem.

– Coś nie tak?

– Po prostu się upewniam.

Bukano przez moment milczał.

– Upewnia się pani?

– Mniejsza z tym – odparła. – Możemy się spotkać?

– Tak, oczywiście. Będę w…

– Miałam na myśli spotkanie w tej chwili – ucięła. – Będę na pana czekać za piętnaście minut w Saskiej Gębie.

– Słucham?

– W restauracji przy Saskiej 47. Zdąży pan?

– Nie, obawiam się, że…

– To niech się pan pospieszy. Ja mam tam raptem cztery minuty na piechotę. A nie lubię długo czekać.

Rozłączyła się, zanim klient miał okazję odpowiedzieć. Odgięła się na fotelu i na chwilę zamknęła oczy. Natychmiast zakręciło jej się w głowie i musiała unieść powieki. Odczekała moment, a potem zabrała szklankę i poszła do kuchni.

Wlała nieco grenadyny, dodała do tego dwie kostki lodu, a potem zamieszała i wypiła.

Zawarcie pełnomocnictwa mogło świadczyć tylko o jednym – z jakiejś przyczyny zamierzała reprezentować tego człowieka w postępowaniu cywilnym, ale nie w karnym. Zaczęła zastanawiać się, co mogłoby ją do tego podkusić, ale w głębi duszy wiedziała, że istnieje tylko jedna możliwość.

Chciała się na kimś odegrać.

Pół godziny zajęło jej ogarnięcie się. Ruszyła niespiesznie na dół, przeszła Argentyńską, a potem skierowała się do Saskiej Gęby. Przypuszczała, że Cygan będzie potrzebował co najmniej kilkudziesięciu minut na dojazd z Ursusa, Rembertowa, Białołęki, czy gdzie tam mieszkał. Bukano czekał już jednak przy stoliku. Wstał, kiedy Joanna weszła do restauracji, a potem ukłonił się lekko.

Wyglądał tak, jak brzmiał. Trzymał się całkiem nieźle, choć w jego oczach prawniczka dostrzegła głęboki smutek.

Mniejsza z tym, skwitowała w duchu. Przyszła tu, by uzyskać odpowiedzi, a nie pocieszać tego człowieka.

– Miały ubezpieczenie na życie? – zapytała na powitanie.

Zanim zdążył odpowiedzieć, zajęła miejsce po drugiej stronie stolika i skinęła na kelnera.

– Pytała już pani o to.

– I co pan odpowiedział?

– Że owszem, moja córka i żona…

– Jaki ubezpieczyciel?

– Salus.

Joanna przez moment trwała w bezruchu. A więc to był powód, dla którego wzięła tę sprawę. Powinna się tego spodziewać.

W tej samej chwili obok niej stanął kelner.

– To co zawsze? – zapytał.

– Nie. Dziś krem z zielonego groszku z miętą. I lepiej, żeby ten groszek był organiczny, bo jestem na diecie wykluczającej wszelkie syntetyczne dodatki.

Mężczyzna spojrzał na nią z ukosa, po czym odchrząknął.

– Czyli strogonow wieprzowy?

– Tak.

Kelner skinął porozumiewawczo głową i przeniósł wzrok na Bukano.

– A dla pana?

– Jakiś cygański przysmak – wyręczyła go Chyłka. – Może niewinne dzieci albo maca?

– To chyba żydowskie…

– Nieważne – ucięła prawniczka. – Daj mu byle co. Niech będzie strogonow.

Rom nie zaprotestował, więc kelner przyjął zamówienie i czym prędzej oddalił się w stronę kuchni. Joanna spojrzała na nowego klienta spode łba i skrzyżowała ręce na stole.

– Jak pan się zwie? – zapytała.

– Bukano.

– Mam na myśli urzędowe zwanie się.

– Robert Horwat.

– Brzmi znacznie lepiej – oceniła. – Po co wam jeszcze te cygańskie imiona?

– To tradycja. Znacznie mocniej zakorzeniona niż zwyczaj przyjmowania urzędowych…

Chyłka uniosła rękę, więc rozmówca przerwał.

– Nie – powiedziała. – Jednak mnie to nie interesuje.

Zawiesiła wzrok gdzieś w oddali, Bukano rozejrzał się, nieco skonsternowany.

– Więc może przejdziemy do rzeczy? – zapytał.

Nie miała zamiaru tego robić. Dowiedziała się już właściwie wszystkiego, co na tym etapie ją interesowało. Najwyraźniej w pijackim wzburzeniu postanowiła, że rzuci rękawicę kancelarii Żelazny & McVay. Sprawa Roma nadawała się do tego wprost idealnie – firma będzie jawiła się jako obrońca oligarchicznych interesów, a ona jako apologetka uciśnionych.

Takiej okazji nie mogła przepuścić. Przynajmniej kiedy była pijana.

Pomyślała jednak, że skontaktowała się z klientem z innej przyczyny. Dzwoniąc do niego w nocy, nie mogła wiedzieć o tym, kto reprezentuje ubezpieczyciela. Dowiedziała się tego dopiero w trakcie rozmowy.

Co ją ruszyło? Empatia? Nigdy nie żywiła żadnych pozytywnych uczuć wobec Cyganów, wręcz przeciwnie. Najwyraźniej alkohol poprzestawiał jej coś w głowie.

– Słyszy mnie pani?

Zamrugała kilkakrotnie i zorientowała się, że dwa strogonowy pojawiły się na stole. Do jej dania kelner dodał drinka. Opróżniła połowę jednym łykiem, a potem popatrzyła na klienta.

– Słyszę, słyszę – odparła. – Zastanawiam się tylko, w jaki głębokim bagnie pan siedzi.

Uniósł brwi i wyprostował się.

– To znaczy pomijam fakt utraty rodziny – wyjaśniła. – Swoją drogą, kondolencje.

Skinął głową, sprawiając wrażenie, jakby zastanawiał się, czy dobrze zrobił, wybierając tę prawniczkę do reprezentowania go w sądzie.

– Ale… no wie pan – dodała, wskazując na niego ręką.

– Co takiego?

– Jest pan ciabatą.

– Słucham?

– Od razu wygląda pan na winnego.

– Na… winnego? – wydukał, odsuwając talerz. – Sugeruje pani, że…

– Ja niczego nie sugeruję – oznajmiła spokojnie. – Ale będzie to robić prokuratura, zapewniam pana. Chyba że kto inny zostawił na miejscu zbrodni swój wyraźny podpis.

Zobaczyła, jak mężczyzna stopniowo blednie. Przypuszczalnie nie zaniepokoiła go ta wizja, a raczej wzmianka o miejscu, w którym stracił żonę i córkę. Chyłka przyjrzała mu się i przekonała się, że ma szkliste oczy. Nie od płaczu – zapewne wylał już wszystkie łzy. Nie, to był typowy, wódczany błysk.

Nic dziwnego, uznała. Zresztą facet nie zaczął spotkania od zauważenia, że śmierdzi od niej alkoholem. A skoro tak, zapewne sam był wstawiony. Ona na jego miejscu nie odkładałaby butelki.

– Mniejsza z tym – odezwała się. – Ja reprezentuję pana w sprawie, która będzie się toczyć przed sądem cywilnym.

Sprawiał wrażenie zmieszanego, ale nie tracił kontroli nad myślami. Był skupiony. Może sytuacja to na nim wymusiła. Może by nie zwariować, musiał całą uwagę koncentrować na jej słowach, nie dopuszczając do siebie świadomości tego, co w istocie się zdarzyło.

– Rozumie pan? – spytała.

– Tak, tak, oczywiście… nie rozumiem tylko jednej rzeczy.

– Jakiej?

– Dlaczego jest pani pewna, że ktokolwiek złoży przeciwko mnie pozew?

Chyłka uśmiechnęła się pod nosem.

– Ponieważ doskonale znam prawników reprezentujących Salusa – odparła, a potem wbiła widelec w kawałek mięsa. – Ale najbardziej interesuje mnie to, jakim cudem cygańska rodzina miała w tej firmie wykupioną polisę na życie.

Bukano przełknął ślinę.

 

 

 

4

Skylight, ul. Złota

Kordian zapukał do biura patrona, a potem odczekał chwilę. Lew Buchelt nigdy nie wpuszczał nikogo ot tak. Musiał podejść do drzwi, uchylić je i dopiero potem zapraszał gościa do środka.

– Wejść – rozległo się mrukliwe polecenie.

Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz, uznał Oryński. Wszedł do gabinetu, a potem skinął starszemu mężczyźnie za biurkiem. Na dwudziestym pierwszym piętrze biurowca Skylight był nazywany ponurakiem, ale stanowiło to pewne niedomówienie. Wiekowy prawnik był raczej borsukiem.

Jego niezmiennie posępna mina przywodziła na myśl nie melancholię, a głębokie zgorzknienie. Właściwie Kordiana trochę to dziwiło. Buchelt miał wszystko, co człowiek w jego wieku mógł chcieć – małą fortunę w OFE, dobry pakiet socjalny, porządne mieszkanie i niemalejący strumień gotówki. W dodatku nikt w pracy mu nie podskakiwał, bo każdy zdawał sobie sprawę, że część przynoszących zyski klientów odejdzie od Żelaznego & McVaya z dniem, gdy Lew przejdzie na emeryturę.

– Ach, to ty, kawalerze.

Określenie to było tylko kroplą w morzu rzeczy, które irytowały Oryńskiego. Mimo to uśmiechnął się i zajął miejsce przed biurkiem.

– Co cię sprowadza? – zapytał Buchelt.

– Wczorajsze wydarzenia.

Pozbawiona wyrazu twarz patrona stężała jeszcze bardziej. Po chwili zmrużył oczy, a zmarszczki wokół nich stały się wyraźniejsze. Przywodził na myśl pomarszczonego Clinta Eastwooda, z tym że dobre dziesięć kilogramów tęższego.

– A konkretnie? – mruknął Lew.

– Salus i polisa tych ofiar z Ursusa.

Jeśli Buchelt był pod wrażeniem, nie dał tego po sobie poznać.

– Tak? – zapytał pod nosem.

– Tak. Przypuszczam, że nie leży w interesie naszego klienta, by wypłacać tę należność.

– Hipotetyczną należność.

– Oczywiście, hipotetyczną – poprawił się Kordian. – I z tego, co słyszałem, wcale niemałą.

Lew przez chwilę milczał. Spuścił wzrok na papiery rozłożone na biurku i pokiwał głową. Był chyba jedynym prawnikiem w kancelarii, który nie korzystał z komputera. Nie miał też sekretarki, więc cała papierkowa robota spadała na Ankę z Recepcji. I z tego powodu dziewczyna bynajmniej nie należała do zwolenników starego adwokata. Być może nikt nie należał.

Kiedy Oryński został do niego przydzielony, odczuł to jako prztyczek… nie, właściwie nie jako prztyczek, a napiętnowanie. O ile się orientował, Lew nigdy nie miał żadnego aplikanta. Być może dysponował szeroką wiedzą z zakresu spraw gospodarczych, ale najwyraźniej nie był skłonny się nią dzielić.

– Tak… – podjął w końcu. – Kwota rzeczywiście jest duża.

Mrukliwa odpowiedź stanowiła chyba rekord liczby słów, które Kordian usłyszał od patrona podczas jednej rozmowy. Najwyraźniej udało mu się przykuć jego uwagę.

– Mogę spytać o konkretną sumę? – zapytał Oryński.

Buchelt mruknął coś niezrozumiałego.

– Dwieście tysięcy? – podsunął aplikant.

– Więcej.

– Pięćset?

Lew niemal niezauważalnie pokręcił głową.

– Siedemset?

– Milion, kawalerze.

– Milion złotych? – wypalił Kordian. – Przecież to… to cygańska rodzina.

– Nie mnie oceniać, kto, co i w jakim zakresie ubezpiecza.

Oczywiście. Jego zadaniem było, by wbrew pierwotnym postanowieniom umowy Salus mógł uchylić się od wypłaty pełnej kwoty. W tym przypadku z pewnością liczyli na to, że uda im się urwać dobre pół miliona, może więcej, w zależności od tego, jakie w istocie były składki.

– To kupa pieniędzy.

– Słusznie – zauważył Lew i spojrzał pytająco na podopiecznego. – Ale powiedz, z czym do mnie przychodzisz?

Oryński nabrał tchu i poczuł lekkie zdenerwowanie. Miał okazję naprawdę się wykazać. Jeśli w firmie był ktoś, kto nie wiedział, że wszelkie najprzydatniejsze informacje pochodzą od Kormaka, to taką osobą był właśnie Borsuk. Będzie przekonany, że Kordian sam dotarł do wieści, które miał zamiar mu przekazać.

Byłoby to trochę nie fair, gdyby nie to, że chudzielca właściwie nie obchodziło zdanie innych. Poza tym nie mógł nic ugrać – i tak zarabiał więcej niż wielu innych pracowników, którzy ukończyli nie tylko studia prawnicze, ale i aplikację. Oryński postawi mu piwo i będą kwita.

– Na miejscu zdarzenia nie znaleziono żadnych śladów świadczących o udziale osób trzecich – zaczął, starając się zachować spokój.

Lew popatrzył na niego z minimalnym zaciekawieniem.

– Mam na myśli to, że obie ofiary zostały zgwałcone, a mimo to na zwłokach odnaleziono jedynie ślady DNA Roberta Horwata. Podobnie jak na terenie przy torowisku. Wszystko wskazuje na to, że…

Buchelt podniósł się z krzesła. Kordian pierwszy raz widział, by patron wykonał tak energiczny ruch.

– To pewne informacje? – zapytał stary.

– Tak.

– Jak pewne?

– Na tyle, że zdecydowałem się z nimi do pana przyjść – zapewnił go Oryński.

Lew zastanawiał się tylko przez moment. Zaraz potem sięgnął po telefon i polecił Ance z Recepcji, by natychmiast skontaktowała się z przedstawicielami Salusa i umówiła spotkanie w restauracji w Sali Kongresowej.

Kordian z rozrzewnieniem pomyślał o tym, że Chyłka spotkałaby się z najlepszym klientem raczej po drugiej stronie ulicy, w Hard Rock Cafe.

– Dziękuję – zakończył Buchelt i odłożył telefon. Podniósł wzrok na Oryńskiego, wciąż nie siadając. – I tobie również, kawalerze.

– Nie ma problemu.

Stary adwokat w końcu spoczął.

– Masz jeszcze jakieś informacje?

– Nie, ale przypuszczam, że to wystarczy, żeby zadowolić klienta.

– Och, oczywiście. To wymarzona sytuacja.

Kordian pokiwał głową, starając się nie sprawiać wrażenia zbyt zadowolonego z siebie.

– Zapewne w takiej sytuacji jest tylko kwestią czasu, nim prokuratura postawi mu zarzuty i cała zasadność polisy stanie pod znakiem zapytania.

– Naturalnie, naturalnie.

– Na dobrą sprawę wszystko zrobią za nas w postępowaniu karnym. Cywilne będzie tylko wisienką na torcie. Czy może raczej ostatnim świstem ostrza gilotyny.

– Mmhhmm…

– Może nawet nie opłaca się go wszczynać?

Buchelt stopniowo odpowiadał z coraz mniejszym zaangażowaniem, aż w końcu w ogóle zamilkł. Najwyraźniej nie miał zamiaru deliberować z aplikantem na temat swojej sprawy, tym samym dając do zrozumienia, że nie ma możliwości, by poprowadzili ją wspólnie.

Kordian odczekał jeszcze chwilę, po czym stwierdził, że nie został wyproszony z biura tylko ze względu na to, że po drugiej stronie biurka znajdowała się osoba kulturalna. Chyłka dawno kazałaby mu stąd szorować.

Podniósł się, uśmiechnął, a potem opuścił gabinet patrona.

Przeszedł przez korytarz i dotarłszy do Jaskini McCarthyńskiej, bez pukania wszedł do środka. Kormak leniwie uniósł wzrok znad książki.

– Musisz tak bez zapowiedzi? – bąknął.

– A ty musisz cały czas czytać? Krew innych zalewa, że harują, a ty…

– Ja też haruję. Tylko sprawniej.

– Z pewnością.

– I dzięki temu mam potem czas na czytanie. – Założył książkę i odłożył ją na biurko. – A teraz mów, mój młody padawanie, jak poszło?

– To nieadekwatne porównanie.

– Nie szkodzi – odparł Kormak, wyciągając nogi na biurko. – Ponurak był pod wrażeniem? Drgnął? Wypuścił ze świstem powietrze? Otworzył szerzej oczy? Opisz mi reakcję tego osobliwego stworzenia.

– Stwierdziłem, że Borsuk bardziej pasuje.

– Co?

– Określenie Borsuk. Ponurak to niedomówienie.

– Lew… Borsuk… sam nie wiem, czy nie robi się za bardzo zwierzęco – przyznał szczypior. – Ale zrobiłeś na nim wrażenie czy nie?

– Zrobiłem – odpowiedział Oryński, kładąc nogi po drugiej stronie biurka. – Na tyle, że od razu umówił się z ludźmi z Salusa. I chlapnął nawet, jaka jest wysokość polisy.

– Milion.

– Skąd…?

Kormak uśmiechnął się i machnął ręką.

– Zresztą nie chcę wiedzieć – dodał Kordian. – I mimo wszystko Buchelt nie wciągnie mnie do sprawy.

– Spodziewałeś się czegoś innego?

– Sam nie wiem – przyznał Oryński. – Myślałem, że zabierze mnie chociaż na to spotkanie.

Kormak obrócił książkę na biurku, a potem powoli podniósł wzrok. W jego oczach zakołatało zrozumienie.

– Ty przebrzydły sukinsynu – powiedział z uznaniem. – Robisz to, żeby podebrać mu Salusa.

– W żadnym wypadku.

– Ależ oczywiście, że tak! Chyłka w spodniach!

– Daj spokój.

– To zaprzecz szczerze.

– Właśnie to robię.

– Gapiąc się na mnie jak sroka w gnat. Tak robią kłamcy, Zordon. Nie odrywają wzroku od rozmówcy, żeby sprawiać wrażenie, że…

– Jaka sroka?

– To takie powiedzenie. Gnat to kość.

– Nigdy nie słyszałem.

Chudzielec prychnął i skierował spojrzenie na drzwi.

– Właśnie dlatego przychodzisz do Jaskini McCarthyńskiej. Tutaj można się doedukować.

– Z pewnością.

– A w dodatku wyspowiadać – dodał Kormak, patrząc na rozmówce wilkiem. – Więc proszę bardzo, opowiadaj o swoim przebiegłym planie przejęcia Salusa, synu.

– To nie żaden przebiegły plan.

– A jednak zamierzałeś go podebrać.

– Nie podebrać, a zatrzymać, kiedy Borsuk przejdzie na emeryturę.

– Naprawdę musimy go tak nazywać?

– Tak.

– Okej. I w takim razie wychodzi na to, że chciałeś zrobić firmie przysługę?

– Owszem – potwierdził z pełną stanowczością Kordian. – Wszyscy zdają sobie sprawę, że jak tylko Lew odejdzie, Salus pójdzie do Dentonsa. Chciałem temu zapobiec, zachować ciągłość reprezentacji.

– Oczywiście.

– W każdym razie przepadło – zakończył Oryński, znów kładąc nogi na blacie. – Buchelt wytoczy pozew cywilny, który potem zawieszą na czas postępowania karnego, a ostatecznie uznają, że wyrok w sądzie karnym rzutuje bezpośrednio na sprawę i wszystko zakończy się z hukiem. Ten Rom pójdzie siedzieć, a Salus nie wypłaci ani grosza.

Kormak milczał, wpatrując się w sufit.

– Coś nie tak? – zapytał Kordian.

– Nie. Myślę po prostu o tym, co zastali na miejscu.

– A co zastali?

– Nie wiem. Żaden z moich… znajomych z policji nie chce się na ten temat wypowiadać. Ale podobno była niezła masakra. Cygan zgwałcił obie, zmasakrował ciała, a potem widziano go w centrum handlowym. Robił zakupy, jak gdyby nigdy nic.

Oryński skinął głową. Zdążył już przyzwyczaić się do świadomości, że na świecie jest więcej zwyrodnialców, niż sądził przed rozpoczęciem pracy w Żelaznym & McVayu. Dopóki pozostawali niemal anonimowymi osobami, wszystko było w porządku. Problemy zaczynały się, gdy należało reprezentować takiego człowieka.

W tym przypadku Kordian na szczęście stał po właściwej stronie barykady. Szczerze współczuł temu, kto znajdzie się po drugiej.

 

 

 

5

ul. Saska, Saska Kępa

Chyłka nie odzywała się, czekając, aż klient odpowie na pytanie. Wiedziała, że niełatwo będzie z niego wydusić informacje na temat polisy, ale jego milczenie trwało stanowczo za długo.

– No – ponagliła go. – Jeśli mi pan nie powie, jak to się stało, że Rumuni tak wysoko cenili swoje życie, że ubezpieczyli je na…

– Słucham?

Joanna wzruszyła ramionami.

– Nieczęsto się zdarza, że Cyganie mają jakiekolwiek ubezpieczenie – wyjaśniła. – Co dopiero mówić o polisie na życie. To wyjątkowo podejrzane i śmierdzące, biorąc pod uwagę okoliczności, panie Tukan.

– Nazywam się Bukano.

– Jeden pies.

– I nie jestem Rumunem – dodał, jakby nie słyszał, co powiedziała.

– Nie? Zawsze sądziłam, że stamtąd się wywodzicie.

Pokręcił głową, nie patrząc na nią. Zaczerpnął tchu i dopiero teraz uświadomił sobie, że stygnie mu strogonow. Odkroił niewielki kawałek mięsa i włożył go do ust. Przeżuwał bezwiednie, zawieszając spojrzenie gdzieś w oddali.

Joanna uznała, że nie będzie go ponaglać. Jeśli to on zabił swoich bliskich, byłoby to z jej strony nieroztropne. Jeśli tego nie zrobił, miał pełne prawo być roztrzęsiony. Tak czy inaczej, poczekała cierpliwie, aż przeżuł kawałek. Potem odłożył sztućce, jakby stracił apetyt.

– To jeden ze stereotypów, które sprawiają, że tak się nas traktuje – odezwał się w końcu. – Nikt nie rozumie, skąd się wzięli Romowie.

– Nawet wy sami?

Pokręcił bezradnie głową.

– Nie. My doskonale to wiemy – powiedział. – Wywodzimy się z Indii. I jeśli ktoś o tym wie i zna trochę historię tamtego kraju, to rozumie także podział kastowy w naszej diasporze.

Chyłka mruknęła pod nosem. Nieprzesadnie interesowała ją cygańska historia, ale liczyła na to, że klient w ten sposób nieco się otworzy i w końcu przejdzie do sedna. Z jej punktu widzenia Romowie tułali się po świecie w swoich kolorowych wozach, sami nie pamiętając, skąd wyruszyło pierwsze pokolenie. Ale nigdy specjalnie się w temat nie zagłębiała.

– W dwunastym wieku Arabowie napadli na Indie – ciągnął Bukano. – Przegnali nas stamtąd i…

– Może pan to trochę streścić? Tak to dwudziestego wieku?

– W ten sposób zaczęła się nasza kultura wędrowna – dopowiedział, nieco poirytowany. – Osadzona jednak w dawnych zwyczajach kastowych. Dlatego teraz jest wiele grup Romów, różniących się od siebie bardziej, niż mogłaby pani sądzić. W Polsce są Bergitka Roma, Lowarzy, Kalderasze, Polska Roma i…

– Rozumiem – wpadła mu w słowo. – Czyli nie Rumunia.

– Do Rumunii trafiliśmy po wygnaniu z Indii. Przez czterysta lat żyliśmy tam w niewoli, ale to z całą pewnością nigdy nie był nasz kraj. Niektórzy mają takie skojarzenie, ponieważ zostaliśmy tam uwięzieni na tak długi czas. I przez to dziś żyje tam mniejszość romska w liczbie dwóch milionów.

– Fascynujące – odparła pod nosem Joanna.

– Ale nie mamy kraju – kontynuował Bukano, biorąc jeszcze kawałek strogonowa. – Prowadzimy nieustającą wędrówkę, choć jesteśmy takim samym narodem jak Polacy czy Niemcy. Mamy flagę, mamy hymn, historię…

– No nie wiem.

Robert zmierzył ją wzrokiem.

– Mam na myśli to, że jakoś się już nie tułacie – wyjaśniła Chyłka. – Budujecie te swoje pałacyki i osiadacie w miastach.

– I jak pani sądzi, dlaczego tak jest?

Wydęła usta. Jeśli dotychczas poświęcała tej kwestii minimalną uwagę, to wyłącznie zastanawiając się nad tym, jak wyeksmitować ich wszystkich do Rumunii.

– W sześćdziesiątym czwartym władze PRL wydały dekret zabraniający nam dalszej wędrówki – odezwał się Bukano. – Mieliśmy osiedlić się tam, gdzie akurat koczowaliśmy. Nasze wozy zatrzymały się wtedy na zawsze.

– Brzmi melancholijnie – burknęła. – Ale w sumie mało mnie to interesuje. Przejdziemy do konkretów?

– Tak.

– Więc skąd ta polisa?

Obserwowała uważnie wyraz jego twarzy, ale ten niewiele zdradzał. Z pewnością był w nim cień żalu. Trudno było jednak na tej podstawie powiedzieć, czy jest winny, czy nie. Raczej nie wyglądał na takiego, który mógłby zgwałcić córkę i żonę, a potem w bestialski sposób je zamordować. Jednak z jej doświadczenia wynikało, że ci niepozorni są najgorsi.

– Żeby to pani zrozumiała, muszę nakreślić szerszą perspektywę.

– To konieczne?

– Obawiam się, że tak.

Nie wypowiadał się jak Rom, właściwie nie zachowywał się jak żaden z tych, z którymi miała do czynienia. Patrzył ufnie, prosto w oczy rozmówcy, i nie traktował jej jak wroga.

– Moja żona nie była Romni – odezwał się.

– Hę?

– Romni. Kobietą romską.

– Romką.

– Nie Romką… to obraźliwe określenie – odparł cicho. – Nie wiem, dlaczego zakorzeniło się w waszym języku.

– Mniejsza z tym – ucięła Chyłka. – Była Polką?

– Tak. Poznaliśmy się piętnaście lat temu, zupełnym przypadkiem… choć właściwie może nie był to przypadek, a coś, co musiało się wydarzyć. Snułem się nocą po Marywilskiej, przy Dworcu Wileńskim. Ona czekała na nocny na przystanku, podeszło do niej jakichś dwóch, zaczęło ją zaczepiać. Normalnie ignorowałem takie sytuacje, bo co mnie obchodzi, co robią gadzie…

– Gadzie?

– Obcy. Nie-Romowie.

– W porządku. I tym razem było inaczej?

– Z jakiegoś powodu tak – powiedział Bukano. – Obrzuciłem tych troje wzrokiem, przechodząc obok. Pech chciał, że dziewczyna akurat spojrzała na mnie. Było w jej oczach coś, co kazało mi się zatrzymać i…

– I dał im pan po mordzie, a damę uratował.

Horwat już otwierał usta, by rozwinąć, ale Chyłka nie dała mu okazji.

– Jak nazywała się żona?

– Patrycja. Pochodzi… pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny, więc może pani sobie wyobrazić, że nie mieliśmy łatwo.

– Wyobrażam sobie.

– Po tamtym spotkaniu przy Dworcu Wileńskim zaczęliśmy się widywać… z początku niezobowiązująco, ale po kilku tygodniach oboje uświadomiliśmy sobie, że szukamy każdego pretekstu, by choć przez chwilę pobyć razem. Nie było to łatwe, choć przypuszczam, że tego pani nie zrozumie.

– Rozumiem. Jej rodzina…

– Nie – zaoponował. – Pochodziła ze zwyczajnej, choć bogatej, polskiej rodziny. Nikt jej nie inwigilował dwadzieścia cztery godziny na dobę, mogła spotykać się, z kim chciała. To w moim przypadku było inaczej.

– To znaczy?

Bukano westchnął i złożył sztućce. Odsunął talerz i potarł czoło.

– Jestem dźungałe Roma.

– Czym?

– Nie czym, a kim – sprostował. – Choć teraz może już nawet w ten sposób nie można mnie określić.

– Nie rozumiem – odparła Joanna i rozmasowała czoło. Chętnie jeszcze by się czegoś napiła, ale nie chciała przesadzać przy kliencie. Tym bardziej, że nie było jeszcze południa. – Wyjaśni mi pan, o co chodzi?

Skinął głową, choć widziała, że niechętnie wracał do tego tematu.

– Zostałem wykluczony – oznajmił. – Jestem w zasadzie gadzio, nie mogę utrzymywać kontaktów ze swoją rodziną.

– Bo ożenił się pan z Polką?

– Niezupełnie… to znaczy, to tak nie działa.

– Jak więc?

Bukano spojrzał na menu, które kelner zostawił na stole. Chyłka poczuła, że oto pojawił się cień szansy, by choć zwilżyć usta kolejnym drinkiem.

– Napije się pan czegoś? – zapytała. – Dają tu dobrą tequilę sunrise. Czternaście złotych.

– Chętnie.

Przywołała kelnera, a ten szybko uwinął się z napitkiem. Kiedy wzięła łyk, poczuła, jak uczucie ciepła przyjemnie rozchodzi się po przełyku, a potem po żołądku. Odetchnęła z ulgą, jakby zrzuciła z barków ciężar całego świata.

Spojrzała na klienta. Sposób, w jaki mówił o Patrycji, kazał jej sądzić, że rzeczywiście ją kochał. A jeśli tak, to być może istniała szansa, że jest niewinny. Ale w takim razie Joanna władowałaby się w wyjątkowo parszywą sprawę. Tam, gdzie są Cyganie, nigdy nie dochodziło do niczego dobrego. Znała to z praktyki.

– Więc jak to jest z tymi małżeństwami? – zapytała.

– Możemy zawierać związki, ale nasz partner musi się scyganić.

– To znaczy?

– Może stać się manus… to znaczy człowiekiem, o ile przestrzega zasad romanipen, naszego kodeksu postępowania.

– Patrycja się nie stała?

– Nie – odpowiedział, spuszczając wzrok. – Nie mogła, ponieważ pracowała jako położna w szpitalu.

– I co w tym złego?

– Kontakt z takimi ludźmi jest zabroniony.

– Dlaczego?

– Bo towarzyszą przy nieczystym akcie narodzin – odparł ciężko Bukano. – Jeśli ktoś z nas się z nimi kontaktuje, powoduje to skalanie. Sam staje się nieczysty. Do tej grupy zaliczają się też adwokaci.

Chyłka uśmiechnęła się i napiła tequili.

– Doprawdy?

– Tak, ponieważ uczestniczycie w procesie sądzenia. A wszelkie sądy powinny odbywać się w ramach zamkniętej społeczności. Roma może sądzić tylko Rom.

– Wygodne.

– Wynikające z tradycji – skontrował, również podnosząc drinka.

Joanna odgięła się na krześle i poprawiła poły żakietu.

– Więc rodzina pana nienawidzi – zauważyła.

– Można tak to ująć.

– Grozili panu?

– Niejeden raz – odparł. – I nie tylko oni. Musi pani zrozumieć, że związek Polki z Romem nie należy do najłatwiejszych, szczególnie jeśli Polka jest naprawdę dobrze sytuowana, ma mnóstwo znajomych i wielu adoratorów. A Patrycja taka właśnie była…

Chyłka pochyliła się i ściągnęła brwi. Zaczynali przechodzić do konkretów.

– Ile było tych gróźb? – spytała.

– Przez te wszystkie lata? Sporo. Były też rzeczy wykraczające poza groźby.

– Ktoś was atakował?

– Nie raz i nie dwa. Miałem robiony most na zęby, chodziłem w gipsie, noszę do dzisiaj kilkanaście szwów… nie było łatwo, wie pani. – Jednym haustem opróżnił szklankę, a Joanna natychmiast zamówiła powtórkę.

Przypatrzyła mu się i dostrzegła wyraz głębokiego bólu na jego twarzy. Jeśli mówił prawdę, życie nieźle dało mu w kość. Szczególnie biorąc pod uwagę to, w jaki sposób zakończyło się jego małżeństwo.

– Dlatego wykupiliście polisy?

– Nie – odparł, gdy kelner postawił przed nimi kolejne tequile sunrise. – Moi teściowie je opłacali, pieniędzy mają pod dostatkiem…

– To niecodzienne rozwiązanie.

– Owszem – przyznał. – Ale wymuszone okolicznościami. Rodzina Patrycji nie chciała zgodzić się na jakąkolwiek inną formę przekazywania jej pieniędzy. Jej… czy raczej naszej córce. Tylko polisy wchodziły w grę. Została nawet wydziedziczona.

– Raczej pominięta w testamencie. Wydziedziczenie to inna instytucja, związana z pozbawieniem zachowku.

– Słucham?

– Nieistotne – odparła Chyłka. – Więc jaka była wysokość tej polisy?

– Milion złotych.

Joanna zamarła z tequilą w ręce. Nieczęsto zdarzało się, by tak wysoko ubezpieczać życie. W praktyce najczęściej zawierano umowy na kilkaset tysięcy, ale ta sytuacja być może rzeczywiście była wyjątkowa. Rodzina chciała zabezpieczyć dziecko, gdyby coś stało się z rodzicami, a jednocześnie nie zamierzała dawać im niczego wprost. Nie wzięto tylko pod uwagę, że ostatecznym beneficjentem mógł zostać także Bukano.

– W porządku – odezwała się prawniczka. – Więc ewidentnie miał pan motyw.

– Ja? Ale…

– Niech pan nie gra głupa. Widzę, że rozgarnięty z pana… Rom. Doskonale zdaje pan sobie sprawę, że prokuratura weźmie na celownik najpierw męża, a dopiero potem zacznie się rozglądać za innymi podejrzanymi.

– To… to będzie absurdalne.

– Słuszna uwaga. Powinni te słowa wyryć sobie jako motto na budynku przy Rakowieckiej – odpowiedziała Chyłka, a potem odchrząknęła, osuszyła szklankę i odstawiła ją z impetem na stół. Podniosła się i rozejrzała.

– Co pani robi?

– Wiem wszystko, co chciałam wiedzieć – oznajmiła. – A nawet o wiele więcej.

– Ale…

– Teraz pora działać.

– Tylko że…

– Potem prześlę panu upoważnienie do obrony w procesie karnym – dodała. – Właśnie zyskał pan najlepszą adwokat w mieście.

– Jednak…

– Płaci pan za obiad i tequilę. Do widzenia – dodała na odchodnym, po czym skierowała się do wyjścia.

Nie mogła stwierdzić, czy na trzeźwo zachowałaby się tak samo. Podjęła decyzję pod wpływem impulsu, choć w głębi ducha zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli będzie reprezentować tego człowieka przed sądem cywilnym, wypadałoby także bronić go przed karnym.

Opuściła restaurację i rozejrzała się. Czas zobaczyć zwłoki, uznała.

 

 

 

6

Biuro Oryńskiego, XXI piętro Skylight

Kordian przejrzał doniesienia medialne, z zadowoleniem przekonując się, że nagonka na romskiego męża już się zaczęła. Gdy tylko wyszło na jaw, że kobieta była Polką, w Internecie aż zawrzało od komentarzy. Standardowo największym ogniskiem były te na Onecie.

Dalej wszystko potoczy się dokładnie tak, jak w każdym innym przypadku. Najpierw fala anonimowej nienawiści pod artykułami, potem pełne rezerwy teksty w serwisach informacyjnych, aż w końcu piętnujące komentarze w telewizji. Wytworzy się społeczna presja, która zgniecie Bukano, nim ten zdąży pomyśleć o wypłacie choćby grosza z polisy.

A potem Rom pójdzie siedzieć. Za bestialskie zabicie żony i córki dostanie dwadzieścia pięć lat albo dożywocie, w zależności od tego, na jakiego sędziego trafi i jak dobrze argumentować będzie prokurator.

Oryński liczył na najwyższy wymiar kary. Takich zwyrodnialców nie powinno się już wypuszczać. Resocjalizacja była sprzeczna z ich naturą.

Przestał o tym myśleć, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę! – krzyknął.

Kiedy do środka wszedł Lew Buchelt, Kordian natychmiast się podniósł i machinalnie poprawił krawat. Pierwszy raz zdarzyło się, by patron zawitał do jego niewielkiego gabinetu.

– Dzień dobry, panie mecenasie – wypalił, choć widzieli się nie dalej jak dwie, może trzy godziny temu.

Borsuk mruknął coś pod nosem i stanął przed biurkiem. Spojrzał na aplikanta z góry, lekko pochylając głowę.

– Dobra robota, kawalerze – powiedział.

– Dziękuję.

– Spotkałem się z przedstawicielem Salusa. Są bardzo zadowoleni.

– Cieszę się.

– Przy następnej okazji chcieliby cię poznać.

Oryński z trudem powściągnął wybuch entuzjazmu. Miał ochotę wyrzucić ręce w górę, krzyknąć, choćby klasnąć. Mimo to uśmiechnął się tylko lekko, odkładając celebrację na później.

– Miło mi – powiedział.

Lew odsunął sobie krzesło i powoli na nie opadł. Potem założył nogę na nogę, skrzyżował dłonie na kolanie i niespiesznie omiótł wzrokiem biuro aplikanta.

– A to oznacza, że będziesz wraz ze mną prowadzić tę sprawę – oznajmił Buchelt.

Trudno było powiedzieć, czy to jego inicjatywa, czy to klient poprosił o udział młodego prawnika, któremu tak szybko udało się dotrzeć do istotnych dla firmy informacji. Oblicze Buchelta niczego nie zdradzało. Zdawał się nie być ani dumny ze swojego podopiecznego, ani rozgoryczony, że Salus oczekuje tym razem tandemu. Był w stu procentach obojętny. Był Borsukiem.

– Tak… – zaczął i odchrząknął. – Rozmawiałem już z Arturem na ten temat. Twierdzi, że nie ma przeciwwskazań.

Żelazny niespecjalnie interesował się losem Kordiana, więc zapewne nawet, gdyby jakieś „przeciwwskazania” istniały, nie byłby ich świadomy.

– Ale przechodząc do meritum… – kontynuował Lew. – Nasz klient życzyłby sobie, żeby sprawa jak najszybciej została zakończona. Bez zbędnego rozgłaszania tej kłopotliwej sytuacji.

– Kłopotliwej?

Buchelt powoli skinął głową.

– Nikt nie chce, by kojarzono go publicznie z Cyganami, prawda? – zapytał Lew.

Oryński właściwie chętnie podjąłby polemikę, ale uznał, że do niczego dobrego to nie doprowadzi. Naprzeciw niego nie siedziała Chyłka, która ceniła sobie ostrą wymianę zdań. Ten człowiek oczekiwał raczej uległości i posłuszeństwa, a wszelkie dyskusje były niemile widziane.

– Media są niepotrzebne – dodał Buchelt. – Zresztą sprawa jest oczywista.

– Jak to, że dwa plus dwa daje cztery.

– Otóż to. Cygan wygląda na winnego, nawet jeśli pominiemy dowody, o których nam doniosłeś.

Kordian nie miał zamiaru z tym polemizować. Każdy był niewinny, dopóki sąd nie orzeknie inaczej, ale w przypadku Romów trudno było zachować obiektywizm. Nie chodziło nawet o ewentualne uprzedzenia rasowe, a o statystyki.

W Polsce niestety były one szczątkowe. Nikt nie prowadził ewidencji osób zatrzymanych i skazanych z uwzględnieniem ich pochodzenia etnicznego. W innych krajach jednak prawo do prywatności nie rozciągało się na tę sferę – i tam statystyki pokazywały, że Romowie trafiają za kratki od kilku do kilkudziesięciu razy częściej niż rdzenni mieszkańcy danego państwa.

Poza tym trudno było przymknąć oko na fakt, że spośród dwudziestu tysięcy polskich Romów około osiemdziesiąt procent jest nieaktywna zawodowo, a więc ma co najmniej wątpliwe źródła utrzymania. Tylko trzystu zdobyło wykształcenie wyższe. Dwoje doktorat. Jeśli istniała korelacja między wykształceniem a przestępczością, konkluzja nasuwała się sama.

To wszystko sprawiało, że Bukano mógł już zastanawiać się nad tym, jak przetrwa w więzieniu. W jego sprawie wystarczyłyby liche dowody, tymczasem prokuratura miała na niego prawdziwy obuch.

Z drugiej strony Kordian pamiętał o słowach Jeana Rigaux. Ten legendarny francuski człowiek filmu powiedział kiedyś, że istnieją trzy rodzaje kłamstwa: przepowiadanie pogody, komunikat dyplomatyczny i statystyka. Jeśli nie pomylił się w tym trzecim przypadku, być może ktoś da Romowi szansę.

– Kawalerze?

Oryński spojrzał na patrona, uświadamiając sobie, że ten czegoś od niego oczekuje. Uniósł brwi.

– Wszystko jest dla ciebie klarowne? – zapytał Lew.

– Tak. Trzeba to załatwić szybko i bez rozgłosu. Standard.

– Standard być może dla innych – mruknął Buchelt.

– Słucham?

– Wszystko, do czego się bierzesz, nabiera… dość głośnego wydźwięku.

– Nie wszystko – zaoponował Kordian. – A oprócz tego zazwyczaj to Chyłka…

– Nie chcę o niej słyszeć.

– Oczywiście – odparł czym prędzej Oryński i uniósł lekko dłonie. – Chciałem tylko powiedzieć, że może pan być pewny, iż rozwiążę sprawę po cichu.

– Świetnie.

Kordian milczał, czekając na wytyczne. Gdyby naprzeciw niego siedziała Joanna, usłyszałby już ich stanowczo zbyt wiele. Borsuk jednak się nie odzywał, sprawiając przygnębiające wrażenie.

Po chwili Oryński poczuł się nieswojo z powodu panującej ciszy. Buchelt odezwał się jednak dopiero, gdy aplikant powoli zaczął przeglądać Internet w poszukiwaniu nowych wieści.

– Nie dopuścimy do rozprawy w sądzie cywilnym – oznajmił Lew.

– Nie?

– Jeśli prokuratura się pospieszy, wszystko zostanie załatwione w postępowaniu karnym i nasz klient nie będzie musiał się niczym martwić. Sprawa stanie się formalnością.

Kordian potrzebował chwili, by zastanowić się nad zależnością wyroków karnych i cywilnych. Patron jednak nie dał mu szansy. Najwyraźniej już podjął ostateczną decyzję.

– Ile zajmie przeprowadzenie technikom badania DNA? – zapytał. – To znaczy… mam na myśli formalną drogę, nie twoje nieoficjalne ustalenia.

– Trzy dni.

– W takim razie przez ten czas pan Bukano nie może złożyć wniosku o wypłatę polisy.

– Sądzę, że nawet o tym nie pomyśli.

– Nie?

– Oczywiście, że nie. Inaczej sprawiałby jednoznaczne wrażenie, że jest winny. I że zabił swoją rodzinę, by szybko spieniężyć ubezpieczenie.

 

 

 

7

ul. Domaniewska, Mokotów