Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Nina nie wraca. Dom starego Pawła Spodełby to ohydna nora czarownika! Wszystkie półki chwiejących się regałów zatłoczone są złowieszczymi słoikami, a zamknięte w klatkach zwierzątka drżą, że skończą w rondlu lub w moździerzu. Zszokowana, ale i zaciekawiona, Nina dostrzega starą księgę otwartą na stronie "Jak stać się niewidzialnym"...
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Skierniewicach
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 60
Rok wydania: 1999
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ratunku, jestemniewidzialna!
GUDULE
Ratunku, jestemniewidzialna!
ilustracje:
FRÉDÉRIC RÉBÉNA
przekład:
JÓZEF WACZKÓW
Siedmioróg
Tytuł oryginału:
Au secours, je suis invisible!
Opracowanie redakcyjne:Danuta Sadkowska
© Copyright by Editions Nathan (Paryż-Francja), 1997
© Copyright for the Polish edition by Siedmioróg, 2002
© Copyright by Siedmioróg
ISBN 83-7162-044-6
Wydawnictwo Siedmiorógul. Świątnicka 7, 52-018 WrocławKsięgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg
WWW.SIEDMIOROG.COM
Wrocław 2002
DRUK: DOLNOŚLĄSKIE ZAKŁADY GRAFICZNE W JELENIEJ GÓRZE
Zaraz... Co ten facet tam wyczynia?
Żeby lepiej widzieć, Nina wychyla się z okna. To samo robi jej pies Kruczek. I oto w owalną ramę lukarny na strychu wpasowują się dwie głowy — jedna, ogarnięta ciekawością i ozdobiona dwoma majtającymi się bez przerwy warkoczykami, druga, cała porośnięta tak bujnymi kudłami, że trudno w nich dostrzec dwoje oczu.
Ten, na którego czatują, oddaje się jakimś dziwnym sztuczkom. Nina go obserwuje już od dobrej chwili i coraz bardziej ją to intryguje. Facet posuwa się wzdłuż brzegu, skradając się jak lis wypatrujący ofiary. Czyżby przypadkiem... był w trakcie łowienia żab?
Na samą myśl o tym Nina zaciska zęby.
Należy powiedzieć, że żaby są jej kumpelkami. Wieczorem zasypia przy ich melancholijnym rechotaniu. A w ciągu dnia mogłaby bez końca patrzeć, jak pływają między trzcinami, skaczą z liścia na liść lub leniuchują w blasku słońca na nenufarach, które się oddalają od szuwarów z biegiem rzeki.
Jeżeli ten nikczemnik ośmiela się je chwytać...!
O właśnie, co on teraz robi? Wyciąga z kie-
szeni worek przypominający sak. Podejrzenia Niny się potwierdzają.
Z żywością nieoczekiwaną u mężczyzny w jego wieku — on ma co najmniej... och, sześćdziesiąt lat, a może i więcej! — rzuca się na gromadę niczego nie podejrzewających płazów. Popłoch wśród żab. Dziesiątki drobnych ciał odskakują jednocześnie, rzekłoby się: wielki zielony bryzg.
— Ratujcie się! W nogi... Czym prędzej w nogi...! — błaga je szeptem Nina, z niecierpliwości gryząc palce.
Dopuściwszy się występku, łowca zarzuca na ramię worek i odchodzi. A ponieważ ten plastik na jego plecach się porusza, można zgadywać, że, niestety, jest napełniony uwięzionymi żabami. Najpewniej niezgraba-mi, guzdrałami. To wszystkie te najmłodsze, zupełnie nierozumiejące, co złego może je spotkać. Albo bardzo stare, całkowicie niedołężne. Słowem, te najsympatyczniejsze...
— Co za brutal! — oburza się Nina.
— Hau! — zgadza się Kruczek, ze smutkiem odwracając głowę.
Nina go głaszcze w roztargnieniu.
— Biedne niebożątka... Zdajesz sobie z tego sprawę, Kruczku? Żyły, były szczęśliwe i naraz pach! W jednej chwili wszystko bierze w łeb... To zbyt okropne! Jestem pewna, że ten wstręciuch będzie chciał je...
Nina z trudnością przełyka ślinę. Straszne słowo nie może jej przejść przez usta.
— ...je ZJEŚĆ!
Nieznośne wyobrażenia przepływają przed oczyma Niny. Kiedyś widziała, jak jej matka smaży na patelni żabie udka. Przypominało to nogi diabląt w piekielnej smole... Dziewczynce wydało się, że jej rodzice to ludożercy, i pobiegła do łazienki z uczuciem nudności.
— Nie wolno nam, Kruczku, tego tak zostawić! Ab-so-lut-nie musimy je uwolnić!
Pies przytakuje energicznym poszczekiwaniem.
W chwilę później jedno za drugim zbiegają schodami prowadzącymi na parter i wpadają jak bomba do kuchni.
— Ale się wam spieszy! — dziwi się babcia wałkująca ciasto. Babcia jest najbardziej czarującą w świecie starszą panią. Obłoczek białych włosów, błyszczące spoza okularów oczy, usta
świeżutkie jak u panienki, okolone drobniutkimi promykami radosnych zmarszczek... oto, ależ tak, supermodel babci!
— Powiedz, babciu, czy znasz takiego łysego drągala, co łowi żaby?
— Paweł Spodełba? Tak, to jeden z naszych sąsiadów.
— Gdzie on mieszka?
— Taki odosobniony domek pod lasem. A bo co?
— Nic... Czy mogę iść narwać czereśni w sadzie?
— Oczywiście, moja pszczółko... Słuchaj, weź koszyk z kredensu. Właśnie myślę o upieczeniu wieczorem czereśniowego placka.
Domek, w którym mieszka babcia, ma jedną niedogodność: wystarczy tylko wyjść poza ogrodzenie, a zaraz całe miasteczko o tym wie. Zaczynając od ojca Mateusza, nieustannie siedzącego na progu swojego mieszkania i czujnie wodzącego okiem po zabudowaniach.
— Dzień dobry, mała — mówi do Niny, spostrzegłszy ją. — Dokąd to spieszysz z takim wielkim koszykiem?
— Rwać czereśnie — odpowiada Nina, nawet się nie zatrzymując. Nie musiałby wtrącać nosa do cudzego prosa ten wścibski brzydal, co na okrągło szpieguje tutaj wszystkich!
Tak, to właśnie jest problemem prowincji. Krowy, łąki, ptaki, złego słowa o nich nie można powiedzieć. Ale ludzie...
W Paryżu można robić, co się chce, nikogo to nie obchodzi. Wolno sobie ufarbować włosy na niebiesko, chodzić na rękach lub wyprowadzić na spacer swojego chomika na smyczy, jeżeli mamy taką zachciankę, i nie odnosi się wrażenia, żeby ktokolwiek zwracał na to uwagę.
Tymczasem tutaj! Wiadomość o najmniejszym wydarzeniu rozchodzi się po miasteczku lotem błyskawicy i każdy je interpretuje na swój sposób. Kiedy Nina na przykład raz się przebrała za ducha z Antyli, Boże, jaka się podniosła wrzawa! Stugębna plotka mówiła, że babcia chciała na śmierć zamorzyć swoją wnuczkę głodem. Kiedy tylko starsza pani pojawiała się w miasteczku, rozchodziły się szepty na jej temat i szły za nią w ślad złe spojrzenia. I nawet później, kiedy już
Nina starła z twarzy „makijaż” — mąkę z policzków i sadzę spod oczu — plotki nie ucichły. I chociaż dziewczynka obnosiła różowiutką buzię i była w dobrym humorze, okrzyknięto ją „dzieckiem-męczennikiem” regionu.
Ta ludzka gadanina pobudzała babcię do śmiechu. Starsza pani zawsze tu miała złą opinię. To normalne, jest w tym miasteczku najpiękniejszą i najweselszą istotą. Od młodości wszyscy jej tu zazdroszczą!
Wszedłszy na główną ulicę, Nina puszcza się biegiem. Po drodze nie pozwala Kruczkowi pobawić się z pudlem panny Melanii, emerytowanej nauczycielki, gestem ręki pozdrawia cukiernika i rzeźnika, i w samą porę cofa się przed rowerem listonosza. Następnie okrąża kościół i wbiega do sadu.
Zaraz za nim znajduje się lasek. Wystarczy wejść na ścieżkę z lewej strony i przejść łąkę wzdłuż podchodzących w górę krzewów dzikiej róży, by znaleźć się przed domkiem Pawła Spodełby.
Nina po raz pierwszy wypuszcza się na myszkowanie w tej okolicy.
Oj-oj-oj, miejsce nie jest zbyt sympatyczne! Ogrodzenie z drutu kolczastego okala zaniedbany ogród, najeżony ostami i pokrzywami. W środku wznosi się rudera, która może się lada chwila zawalić.
— Brrr... — wzdraga się przejęta dreszczem dziewczynka
Chałupa rzeczywiście do złudzenia przypomina złośliwego stwora. Jej okna zdają się świdrować spojrzeniem natręta
— Kuurczę, jakie to tutaj wszystko groźne! — szepcze Nina do Kruczka.
No cóż, diabelnie to pokrzyżowało jej plany. Czy odważy się przeniknąć do tej koszmarnej jaskini? Dobrą chwilę się waha, zanim zawróci z drogi. Ale wspomnienie żab jest zbyt silne. Wziąwszy się w garść, Nina przezwycięża strach i przeciska się pod drucianym ogrodzeniem.
Nagle zatrzymuje ją szyderczy śmiech rozlegający się w niebiosach. I jej pies także zaczyna wściekle ujadać. Śmiech powtarza się, rozlega się coraz bardziej, napełnia cały firmament.
Oho-ho, to nie są kruki, które obsiadły koronę uschniętego drzewa.
— Hau! Hau! Hau! — zdziera sobie płuca Kruczek, unosząc nochal.
— Sza, milcz, kretynie! — szepcze do niego Nina. — Usłyszy cię żabojad!
Za późno: drzwi się otwierają i na progu pojawia się wysoka sylwetka. Przerażona Nina pada plackiem w trawę.
Widziany z bliska Paweł Spodełba przypomina szkielet. Jest bardzo wysoki, bardzo chudy, ma ogoloną czaszkę, głębokie oczodoły, z rozchylonych ust, pozbawionych warg, wyzierają pieńki zepsutych zębów... Tego rodzaju ludzi nie chciałoby się spotkać wieczorem na cmentarzu!
Podejrzliwym okiem rozejrzał się po ogrodzie i spostrzegł Kruczka (któremu nie zaświtało we łbie, że należy się schować).
— Co ty tutaj robisz, hę?! — wykrzykuje Paweł Spodełba klaszcząc w dłonie. — Albo zaraz, łobuzie, weźmiesz nogi za pas, albo pójdę po swoją strzelbę!
Kruczek nie jest przyzwyczajony, żeby odzywano się do niego takim tonem. Wzmożona agresywność żabojada tak go wystraszyła, że czmycha i w trzech susach zapada w zarośla leśne, poza zasięg nieprzyjaciela.
