Wydawca: Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 589 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przybliżenia. Narkotyki i upojenie - Ernst Jünger

Jedna z najważniejszych pozycji społeczno-filozoficznych, zajmująca się nie tylko problematyką stricte narkotykową, ale też historyczną, społeczną i polityczną uzależnień

Usłyszałem szum morza i rozpocząłem wędrówkę. Obrazy były mocne i bezpośrednie: pozbawione refleksji. Do tej pory lśniły jak światło w lustrze – teraz widziałem samo światło, i to bardzo blisko. Oddech był szybszy, energiczniejszy. Każde tchnienie jest rozkoszą; tu sobie to uświadomiłem. Czułem je jako łagodny dotyk przepony. Ten dotyk był rytmiczny, był ruchem wahadła, które głaskało, ocierało się, delikatnie gubiąc się następnie w bardzo dalekim odchyle. Wróciło i znów się otarło, nieco głębiej i pieszczotliwiej. Kontynuowałem wędrówkę po ziemi, słyszało się szelesty; to było rozkoszne, przyjemne. Wahadło kołysało się i powracało; jego rozmach się zwiększył. Teraz ja wzbijałem się wraz z nim; physis odgałęziła licznik. Wsiadłem do ciężarka wahadła jak do gondoli huśtawki w kształcie statku; miała formę sierpa księżyca. Kil był ostro wyszlifowany, z ledwością dotykał skóry. To powiew ją głaskał. Wrażliwość ulegała spotęgowaniu, gdy huśtawka jechała w górę – na samym szczycie dochodził zawrót głowy. Zmuszał do śmiechu, a później opadał ze świstem. Ruchu nie dało się już zatrzymać, a także kontrolować; osiągnął stopień, w którym grozi.

 

Ernst Jünger (1895–1998) – jeden z najważniejszych pisarzy niemieckich XX wieku, żołnierz I i II wojny światowej, odznaczony orderem Pour le Mérite, autor książek wojennych (W stalowych burzach, 1920; Sturm, 1923) nawiązujących do doświadczeń z frontu. W latach 20. został wydawcą czasopism rewolucji konserwatywnej („Der Vormarsch”, „Die Kommenden”), uważany był za przywódcę frondy wobec Republiki Weimarskiej. Od 1927 r. zajmował się zjawiskami globalnymi, zwłaszcza w traktatach Totalna mobilizacja (1928) orazRobotnik. Władztwo i forma bytu (1932). W 1933 r. wycofał się na pozycje „emigracji wewnętrznej”, o czym świadczy proza poetycka Awanturnicze serce. Figury i capriccia (1938). W 1939 r. opublikował Na marmurowych skałach, dzieło stanowiące antycypację zbrodni hitlerowskich. Wtedy też powrócił do religijności, co widać w dziennikach paryskich Promieniowania (1949) oraz w traktatach światopoglądowych, wśród których główne miejsce zajmują: Pokój(1944), Przez linię (1950) – esej podejmujący problematykę nihilizmu, Węzeł gordyjski (1953) – o mitycznym i historycznym wymiarze konfrontacji Wschodu z Zachodem, a przede wszystkim Przy murze czasu (1959) – traktat o końcu dziejów. W następnych latach publikował dzienniki intymne Przeminęła siedemdziesiątka. W 1977 roku napisał utopijną powieść Eumeswil, raport z przestrzeni poza czasem historycznym, tworzył też powieści „realistyczne”, opowieść szkolną o wrażliwym chłopcu Proca, paryski kryminał Niebezpieczne spotkanie.

Opinie o ebooku Przybliżenia. Narkotyki i upojenie - Ernst Jünger

Fragment ebooka Przybliżenia. Narkotyki i upojenie - Ernst Jünger

ERNST JÜNGER
PRZYBLIŻENIA
NARKOTYKI I UPOJENIE
FUNDACJA AUGUSTA HRABIEGO CIESZKOWSKIEGO
Przełożył i posłowiem opatrzył
WOJCIECH KUNICKI
WARSZAWA
BIBLIOTEKA KWARTALNIKA KRONOS
2013
Projekt okładki i stron tytułowych: KRZYSZTOF BIELECKI
Redakcja: KINGA MARULEWSKA
Korekta: PIOTR HERBICH
Skład: Studio Artix, Jacek Malik, info@artix.pl
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Ernst Jünger Annäherungen. Drogen und Rausch Parerga zu »Annäherungen« Copyright © 1970, 1974, 1978 Klett-Cotta – J.G. Cottaʼsche Buchhandlung Nachfolger GmbH, Stuttgart
Copyright © for this edition by Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego
Wydanie pierwsze, Warszawa 2013
ISBN 978-83-62609-22-2
Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego ul. Mianowskiego 15/65, 02-044 Warszawa e-mail:fundacja@kronos.org.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Wstęp

Czaszki i rafy

1

„Messer Ludovico, a cóż to za błazeństwa wyczyniacie?” Takie mniej więcej pytanie zadał kardynał Hipolit d’Este po lekturze Orlando furioso, dzieła, które stworzył jego protegowany, Ariosto.

Orlando szalony wcześnie należał, obok wierszy Byrona, do moich ulubionych lektur; poznałem go jako czternasto- lub piętnastolatek, i to z imponującego tomu in folio, którego ilustratorem był Doré. Autorem przekładu był Hermann Kurz. Mniej spodobało mi się w późniejszych latach tłumaczenie Griesa[1], które woziłem ze sobą w wydaniu Reclama. Czytałem je wiosną 1917 roku na Linii Siegfrieda[2]; obydwa tomiki wróciły ze mną do domu. Wydaje mi się, jakbym w trakcie wojny przeczytał więcej niż w innych czasach; pewnie z wieloma podzielam to doświadczenie.

Lektura Ariosta jest groźna; wiedział już o tym Cervantes. W ogóle wykształcenie literackie ustanawia kryteria, które nie mogą zostać wypełnione w rzeczywistości; nazbyt szeroko wytyczono tu pole gry.

Sceptyczne pytanie Hipolita d’Este to nie tylko pytanie kardynała, ale też pytanie kardynalne. Rozmyślałem o nim często, także przy pracy nad tym tekstem. Wciąż pytamy się, dlaczego czynimy lub uczyniliśmy to lub owo – i co usłyszymy w odpowiedzi. I pytamy o odpowiedzialność.

2

Nie należy się obawiać tego, że, jak dawniej mawiano, „świnie Epikura”[3] wtargną do ogrodów, gdzie rosną mak i konopie. Epikurejczyk nie ma skłonności do przesady – zakłócałaby przyjemność. Rozkoszuje się on czasem i rzeczami, stanowiąc raczej przeciwieństwo nałogowca, dla którego czas jest źródłem cierpienia. Nie jest on typem palacza odpalającego jednego papierosa od drugiego – raczej typem smakosza, który ucztę wieńczy cygarem z importu. Kontroluje przyjemność i potrafi ją okiełznać – nie tyle dla dyscypliny, ile dla samej przyjemności. Istnieli niegdyś starzy Chińczycy, którzy w podobny sposób pozwalali sobie na fajkę opium – być może dziś jeszcze istnieją. Chodzi o to, aby po wielodaniowej uczcie nie tylko wyjść na taras i do parku, ale by delikatnie poszerzyć granice czasu i przestrzeni, a tym samym możliwości. Jest to coś więcej niż jedzenie i picie, więcej nawet niż wino i dobre cygaro; prowadzi bowiem dalej. W tym względzie nie powinno być od pewnego wieku, na przykład emerytalnego, żadnych ograniczeń – dla kogoś bowiem, kto zbliża się do bezgranicznego, granice należy wytyczać szczodrze. Nie każdy może tu być budowniczym jak stary Faust, wszyscy jednak mogą swobodnie planować w obrębie niemierzalnego.

Dotyczy to zwłaszcza owego okresu, w którym przybliża się ultima rerum linea, nabierając wyrazistych kształtów. Istnieją starzy winogrodnicy żyjący przez miesiące i lata tylko o chlebie i winie. Konrad Weiss[4] o nich właśnie pamiętał.

Oczywistością jest, że winniśmy łagodzić ból cierpiącego, któremu zegar szybciej odmierza czas. To jednak za mało. Winniśmy do jego łoża raz jeszcze przybliżyć pełnię świata. W godzinie śmierci stosowne są nie narcotica, ale raczej dawki poszerzające i wyostrzające świadomość. Jeśli żywimy choćby cień nadziei, że nasza podróż się tu nie kończy, a są powody, by tak mniemać, to należy zachować czujność. Wynika z tego koniecznie przeczucie, że istnieją lepsze i gorsze rodzaje przejścia. Niezależnie od tego wielu ludzi przykłada duże znaczenie do indywidualnego umierania, nie chcąc być go pozbawionym. Dla kapitana jest sprawą honoru, by zejść z pokładu jako ostatni.

W końcu należy przemyśleć jedną jeszcze sprawę: można odebrać śmierci nie tylko ból, ale także jej euforię. Być może ostatnie, wybrzmiewające akordy zawierają ważne przesłania – odbierane i wysyłane sygnały. Maski pośmiertne ujawniają ich poblask.

Kogut Asklepiosa ma barwne upierzenie.

3

Duchową przygodę należy rozważać bez związku z rozkoszą, gdyż kusi ona właśnie świadomość wyższą i subtelniej rozwiniętą. W gruncie rzeczy wszelka rozkosz ma charakter duchowy; tam znajduje się niewyczerpane źródło, ogarniające jako żądza, której nic nie zaspokoi. „W rozkoszach usychając z pożądania”[5].

Każdej reklamie znana jest ta zależność. Gdy w zimie przychodzą katalogi firm ogrodniczych, ich zdjęcia wzbudzają żywszą przyjemność niż w lecie kwiaty kwitnące na rabatach. Także natura kunsztowniej i podstępniej wabi niż spełnia. Świadczą o tym wzór motylego skrzydła czy upierzenie rajskiego ptaka.

Nie można zaspokoić duchowego głodu; fizyczny ma wąskie granice. Gdy rzymski żarłok, jak Witeliusz[6], pochłaniał trzy ogromne posiłki dziennie, pozbywając się nadmiaru za pomocą środka wymiotnego, to cierpiał na prymitywnego rodzaju dysproporcję zachodzącą między ustami a okiem. Ta dysproporcja ma swoją skalę; także oko woła ducha na pomoc, gdy nie wystarcza mu widzialny świat.

Większych rozkoszy mógł w porównaniu z Witeliuszem czy jemu podobnymi doznawać św. Antoni – czyniła go do tego zdolnym nie silniejsza konstytucja fizyczna lub większe bogactwo, ale subtelniejsza duchowość. W Kuszeniu św. Antoniego Flauberta wyimaginowane stoły zapełniają się potrawami świeższymi i barwniejszymi od tych, jakie tworzą ogrodnicy, kucharze, a nawet malarze. Św. Antoni dostrzega w swojej pustynnej pieczarze nadmiar u jego źródła – tam gdzie krystalizuje się on bezpośrednio w zjawisko. Dlatego asceta jest bogatszy niż usychający z tęsknoty za rozkoszami Cezar, pan widzialnego świata[7].

4

Typ duchowego awanturnika próbowałem naszkicować w postaci Antonia Periego[8]:

„Antonio na pierwszy rzut oka nie odróżniał się od rzemieślników, których w Heliopolis widuje się wszędzie, gdy wykonują swoje zajęcia. A jednak pod tą powierzchnią skrywało się jeszcze coś innego – był on łowcą marzeń. Chwytał marzenia jak ci, których widuje się łowiących motyle do swoich siatek. Nie płynął w dni świąteczne i niedziele na wyspy i nie odwiedzał szynków na plaży Pagos. Zamykał się w swoim gabinecie, by odbywać wypady w regiony marzeń. Twierdził, że są tam wplecione w tapetę wszystkie krainy i nieznane wyspy. Narkotyki były dla niego kluczem otwierającym ukryte izby i pieczary tego świata.

Pił także wino, ale nigdy dla przyjemności. Powodowała nim w istocie mieszanina pragnienia przygody i poznania. Nie podróżował, by osiedlać się w nieznanych krainach, ale jako geograf. Wino było dla niego jednym z wielu kluczy, jedną z bram do labiryntu.

Być może jedynie metodyczność pozwalała mu uniknąć katastrof i deliriów. Często ocierały się o niego. Uważał, że każdy narkotyk zawiera formułę gwarantującą dostęp do pewnych zagadek świata. Wierzył ponadto, że można dociec hierarchii tych formuł. Najwyższe z nich musiały jak kamień filozoficzny ujawniać tajemnicę uniwersum.

Poszukiwał głównego klucza. Ale czyż najwyższe arcanum nie musi być z konieczności śmiertelne?”

To, że nieustanne poszukiwanie przygody, dali i obcości oznacza coś innego, objawia się dopiero podczas ostatniej podróży. Antonio wpada w sieć promieni, odnosi śmiertelne rany, jest ciężko poparzony. W tych męczarniach rezygnuje z morfiny. Powodem jego wypadów nie była rozkosz; także nie przygoda. Ciekawość na pewno, ale ciekawość, która się sublimowała, póki nie stanął przed właściwą furtą. Nie trzeba do niej żadnego klucza, sama się otwiera.

5

Każda rozkosz żyje dzięki duchowi. A każda przygoda dzięki bliskości śmierci, która ją otacza.

Przypominam sobie pewien obraz, który oglądałem, gdy dopiero co nauczyłem się czytać, zatytułowany Awanturnik: jakiś żeglarz, samotny konkwistador, stawiający stopę na plaży nieznanej wyspy. Przed nim wzbudzające lęk góry, jego statek w tle. Jest samotny.

Tak mniej więcej było. Awanturnik był wówczas jednym ze słynnych obrazów, które na wystawach można było zobaczyć oblegane przez tłumy podziwiających. Wzorcowe dzieło literackiej sztuki malarskiej, kulminującej w Wyspie umarłych Böcklina (1882).

Upodobanie do tego genre zniknęło; dziś pewnie na tym obrazie osiada kurz, jeśli w ogóle się zachował. Miał symboliczny charakter: statek, opuszczony przez człowieka, plaża, na której stawia on stopę, koloryt napawający lękiem i oczekiwaniem. Böcklin był głębszy, a już Munch inaczej rozwiązałby to zadanie. Dziś zrealizowano by je jeszcze inaczej. Posiadamy już kilka wielkich dzieł, w których nie ukazano bliskości śmierci, ale ona je przenika.

Z tego Awanturnika w pamięci bardziej utkwiły mi jedynie szczegóły: piasek był usiany kośćmi, czaszkami i szczątkami tych, którzy ponieśli klęskę podczas podobnej próby. Zrozumiałem to, dochodząc do zgodnego z zamiarem malarza wniosku: że wspinaczka jest wprawdzie ekscytująca, ale jednak groźna. To są kości poprzedników, ojców, a w końcu nasze własne. Plaża czasu jest nimi wypełniona. Gdy jego fale przyniosą nas na ten brzeg, gdy wylądujemy, wówczas przez te kości będziemy kroczyć. Przygoda jest koncentratem życia; szybciej oddychamy, przybliża się śmierć.

6

Czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami długo była obowiązującym symbolem nie tylko na grobach i cmentarzach, ale także w sztuce. Zwłaszcza w baroku stanowiła obok zegara piaskowego i kosy ulubiony motyw. Dziś używanie jej w podobnym sensie byłoby oznaką prymitywizmu; ma ona raczej rangę znaku drogowego. Malarz Awanturnika, który utrwalił ją na obrazie, uległ pokusie literackiej aluzji.

Stawiamy sobie pytanie: jak to możliwe, że taki przedmiot jak tutaj czaszka był niegdyś używany jako motyw sztuki wysokiej i jako taki jest dziś wciąż rozumiany, podczas gdy ten sam motyw, prezentowany przez nam współczesnych, już nas nie zadowala, a nawet zyskuje rysy pewnego komizmu?

Trzeba tu zauważyć, że każdy przedmiot może zyskać lub stracić moc symboliczną. Odgrywa on rolę muszki, przez którą oko kieruje się na cel. Jeśli jest dobrze ustawiona, to ukaże się w niej blask celu. I ten blask utrzymuje się jak w starych obrazach, „lśni jeszcze długo w retrospektywie”[9]. Przetrwało nie tylko piękno intencji; trwa także poblask nieprzemijającego. Afrodyta nie tylko zdoła przetrwać w ukochanej – w objęciach jest przez ukochaną reprezentowana, uczyniona bezimienną.

Czaszka dawnego mistrza dziś jeszcze napawa nas lękiem. Przez nią, przez jej oczodoły oglądano śmierć – to udzieliło się także atomom.

Natomiast czaszka Awanturnika jest czystym rekwizytem. Tam jest symbolem, tutaj ornamentem, tam mitem, tutaj alegorią. Tam przybliżeniem, tutaj oddaleniem.

Trzeba przy tym zauważyć, że współcześni nie osiągają mistrzostwa dawnych mistrzów, choćby w sensie artystycznym reprezentowali taki sam poziom. Szybko zanika zadowolenie, porozumienie oglądającego z dziełem, krócej sławnym niż sam artysta. Biedak, nie wiedząc o tym, był fałszerzem. Fałszywkę obdarza się zaufaniem, ale wcześniej lub później okaże się: brak tu prawdziwej wartości. Banknot jest bez pokrycia – tu papierowe roszczenie, tam rezerwy złota, tutaj zjawisko, tam rzeczywistość.

Fałszywki często są do złudzenia udane; tylko nieliczni znawcy natychmiast je przenikają wzrokiem. „Przenikać wzrokiem” znaczy: rozpoznawać, że za tym nic nie stoi.

7

Próba uzyskania efektu za pomocą czaszki stała się absurdem mniej więcej w okresie, w którym pojawiły się promienie Röntgena. Należałoby może szerzej rozwinąć to zdanie: jest to uwaga dotycząca nie optyki fizykalnej, ale przede wszystkim fundamentalnej – w kwestii nowego, niejako instynktownego i odpowiadającego jego genezie rodzaju widzenia, jakim posługuje się człowiek. Promienie pojawiają się jako empiryczna konsekwencja, uwarunkowana przemianami kształtu.

Ta fundamentalna przemiana, która zaczyna obowiązywać także w fizyce oraz jej instrumentarium, nie tylko dysponuje górnym pułapem, gdzie trudniej oddychać, ale też warstwami głębinowymi, gdzie materia się zagęszcza, dostarczając więcej informacji o sobie. Z obydwu korzysta fizyka.

Ważniejsze jest jednak, że tym samym zmienia się także stosunek do śmierci i że ta zmiana domaga się wyrazu nie tylko w wierze i myśleniu, ale też w sztuce. Jest to również jeden z powodów, dla których czaszka, obok wielu innych obrazów, nie stanowi „wiarygodnego” symbolu.

Są to kwestie perspektywy, nie substancji. „W sobie” moc czaszki jest niezłomna, ale nie stanowi już muszki naprowadzającej na cel. Ponadto trzeba zauważyć, że w ogóle uczestniczymy w zanikaniu symboli. Niewiele mocy tu się ostanie – być może jedynie matka.

Sztuka musi z tym się liczyć i czyni to – najpierw ex negativo, jednak z wyciągniętymi czułkami. Dewaluacja klasycznych symboli jest oznaką każdej odmiany stylu. W trakcie Wielkiego Przejścia nie chodzi już jednak o poszczególne symbole, ale w ogóle o świat symboli. Raz jeszcze przypomnijmy w tym miejscu, co w traktacie Przy murze czasu powiedziano o „bieleniu”[10]. Nie należy go ostatecznie rozumieć jako aktu nihilistycznego, ale jako retour offensif. Biel nie jest bezbarwna, ale stanowi ostoję barwnego świata.

8

Pamiętając o naszym przykładzie, wyobraźmy sobie jedną ze wspaniałych ścian wapiennych, jakie piętrzą się nad Lazurowym Wybrzeżem albo zielonymi łęgami Doliny Dunaju. Mogą to być zresztą kredowe skały na Rugii albo rafy koralowe na Oceanie Spokojnym.

Tam śmierć nie oślepia jako osobna czaszka, ale w niesamowitym spiętrzeniu. To wszystko było uformowanym rusztowaniem życia – ślimacze domki i skorupy muszli, pancerze okrzemków, korale, które nawarstwiały się tysiącleciami, zanim przeszły w wyższe stany skamienienia. Formy utkane w morzach pierwotnych, którym ciśnienie telluryczne jeszcze bardziej wyostrza kształty, a gdy stanie się odrobinę silniejsze, niszczy je. A później ponowny rozpad przez opadanie i kipiel aż do molekuł, które od nowa padają pastwą życia, zmartwychwstając w kształcie kręgów, spirali, symetrii.

Gra wokół lustra wapiennego, jedna z wielu zresztą. Las węglowy zanika, tworząc uwarstwione pokłady, a wypitą energię słońca wydycha w ogniach świata technicznego. Zmienia się to w trakcie eonów – jak w jednej chwili kryształy lodu wokół punktu zerowego, które, niezależnie od tego, czy topnieją, czy się gromadzą, podobne są do siebie jak lustrzane odbicia.

To wszystko drzemie w wapiennych ścianach i czeka, by sztuka tchnęła życie.

9

Zaznacza się nowy stosunek do śmierci. Jest to ważniejsze niż wszystkie ogromne dokonania w świecie technicznym. Wielkie Przejście.

Żyje nie tylko wapienna ściana, ale także pustynia. Wiedział to Mojżesz. Właśnie wężem stężałym w laskę dobył uderzeniami wodę ze skał. Także w naszych pustyniach pragniemy tej wody; pustynie wypełniają spragnieni. A pragnienie będzie tym silniejsze, im bardziej człowiek będzie syty.

Wkrótce państwo, ów „smok o tysiącu łusek”[11], będzie jedyną istotą, która zamieszkuje pustynię i wypełnia ją obrazami swojej fatamorgany. Najwyższy monopol to monopol marzeń; kapłani zawsze o tym wiedzieli.

10

Bogowie mają przywilej trwania w świecie obrazów i bardzo rzadko wychodzą z niego do świata zjawisk. Ich poblask opalizuje wówczas barwami.

My doświadczamy tego w znacznie mniejszym stopniu. Przeczuwamy pełnię świata obrazów w barwnym poblasku i rzadko wstępujemy do niego, jak w snach, ze sfery zjawisk.

Jako mieszkaniec stałego lądu, morze znałem najpierw z relacji, a fale jawiły mi się jako coś mizernej wielkości, nim ujrzałem je po raz pierwszy. Gdy jednak zaistniała groźba, że utonę, fala stawała się ogromna, jakby do tej pory, niezależnie od tego, czy niska, czy wysoka, była jedynie dekoracją w teatrze, w którym teraz dopiero zaczyna się spektakl. Tak ją malował Hokusai[12]. Tak trzeba oglądać wapienną ścianę.

Gdy „czarnuch”, o którym będzie jeszcze mowa, rozdziewiczył przyjaciółkę, a potem zapytał, jak było, odpowiedziała: „Wyobrażałam sobie, że będzie to piękniejsze”. Był niezadowolony, ale stanowi to zapewne regułę.

Także przestępstwo ma wyimaginowany powab. Napady na banki, jakie rozgrywają się w powieściach lub filmach, mogą przyciągać umysły mające wyczucie subtelności albo też zuchwałych zwrotów, podczas których cały program należy skoncentrować do kilku sekund. In praxi pojawia się to, co nieoczekiwane, a zatem w najwyższym stopniu wstrętne. Gdy Raskolnikow zabił już starą lichwiarkę, która jego zdaniem tyle była warta co wesz, pojawia się na korytarzu jej pobożna siostra, której musi zgotować taki sam los.

Do genialnych rysów tej powieści należy i to, że imaginacyjna część czynu nie jest elementem winy. W obliczu podwójnego morderstwa, które na dodatek popełniono w nikczemny sposób, „siekierą”, wyrok jest łagodny. Pozostaje to cierniem w oku u innych skazańców; sądzą, że „pan” otrzymał nazbyt łagodną karę.

11

Także przy upojeniu musi pojawić się rozczarowanie. Nadchodzi – nie jako układ zbrodni i kary, ale w ramach rozszerzonego rachunku, w który wpasowują się również zbrodnia i kara. Upojenie i przestępstwo sąsiadują ze sobą i niekiedy trudno je oddzielić, zwłaszcza na miedzach granicznych.

W upojeniu, obojętnie, czy działa ono wyciszająco, czy pobudzająco, antycypowany jest czas, inaczej się nim zarządza, wypożycza się go. Ale szybko należy go zwrócić; po przypływie następuje odpływ, po barwach bladość, świat szarzeje, staje się nudny.

Można to jeszcze przyporządkować do fizjologii i psychologii, choć i tu grożą katastrofy. A jednocześnie dojść może do prometejskiego rabunku światła i obrazu, do wtargnięcia w obszary bogów – także tam istnieje czas, choć kroki są większe i potężniejsze, i pozostawiają ogromne ślady. Także tam grożą niebezpieczeństwa; za owo „raz pożyć jak bogowie”[13] należy płacić.

12

Czas, jaki przeznaczyłem na ów temat, minął, a nawet został przekroczony. Tekst rozrósł się z eseju, który zadedykowałem Mircei Eliademu (Narkotyki i upojenie, „Antaios” 1968) na sześćdziesiąte urodziny. W drugiej części miałem zająć się poszczególnymi doświadczeniami, ale powiększyła się ona, podążając w najrozmaitszych kierunkach. Mógłbym ją konsekwentniej wtłoczyć w ramy systemu i wciąż to zamierzam uczynić ze względu na kilka powracających pojęć; dla czytelnika jest korzystniej, gdy może podążać za tekstem, który rozwija się jak pączkujące listki.

Temat ten można rozwijać, choć nie ma on końca – co sugeruje tytuł. Oznacza on każdy rozwój, w szczególności rozwój artystyczny, odnosi się też do życia w ogóle. Celem właściwej pracy było nie tyle napisanie książki, ile konstrukcja aparatu, pojazdu, którego nikt nie opuszcza taki, jaki był, wsiadając. Dotyczy to przede wszystkim autora – chodzi o medytacje ad usum proprium, dla własnego ukierunkowania. Czytelnik może w nich uczestniczyć wedle własnych chęci lub potrzeb.

Narkotyki i upojenie

Qu’elle soit ramassée pour «le bien» ou pour «le mal», la mandragore est crainte et respectée comme une plante miraculeuse... En elle sont renfermées des forces extraordinaires, qui peuvent multiplier la vie ou donner la mort. En une certaine mesure donc, la mandragore est «l’herbe de la vie et de la mort».

Mircea Eliade, Le culte de la mandragore en Roumanie (Zalmoxis 1938)[14]

13

Wpływ narkotyku jest ambiwalentny; warunkuje zarówno działanie, jak i kontemplację; zarówno wolę, jak i zdolność obserwacji. Te dwie moce, zdające się wykluczać, wywoływane są często za sprawą tego samego środka, co wie każdy, kto choćby raz obserwował biesiadujące towarzystwo.

Jednak jest wątpliwe, czy wino zaliczyć można do narkotyków w ściślejszym sensie. Być może oswojono jego pierwotną potęgę w ciągu tysiącleci spożywania. O sprawach potężniejszych, ale także bardziej niesamowitych dowiadujemy się z mitów, w których pojawia się Dionizos jako pan uczty ze swoim orszakiem satyrów, sylenów, menad i drapieżników.

Zwycięski pochód boga przebiegał odwrotnie do marszruty Aleksandra, z Indii przez Bliski Wschód do Europy, a jego zdobycze są trwalsze. Dionizos uchodzi, podobnie jak Adonis, za fundatora orgiastycznych świąt, których okresowość głęboko splata się ze światem historycznym i z którymi związany był intensywny kult phallosa. Nie stanowił on treści dionizjów, ale jedno z objawień, które potwierdzały misterium i jego wiążącą moc. Wobec nich, zdaniem jednego ze starożytnych autorów, „święta Afrodyty na Cyterze można było określić mianem pobożnych zabaw dziecięcych”.

Ta pierwotna siła wina zanikła; widzimy, jak złagodzona powraca podczas jesiennych i wiosennych świąt w krajach znanych z uprawy winorośli. Bardzo rzadko ze spotęgowania chęci życia, barw, melodii, groteskowych obrazów wyłania się jeszcze ślad dawnego świata misteriów z jego niesamowicie zaraźliwą potęgą. Pierwiastek archaiczny pojawia się na obliczach, w skokach i w tańcach. Wiąże się z nim przede wszystkim maska, symbolon „świata obróconego na opak”.

Porównując triumfy Dionizosa i Aleksandra, dotykamy także różnicy między mocą historyczną a elementarną. Sukces w historii, przykładowo zdobycie Babilonu, jest przelotny i związany z nazwami. Ta chwila w takiej formie już nie powróci; tworzy ogniwo w łańcuchu czasu historycznego. Dla przemian w obrębie świata elementarnego nie są ważne ani nazwy, ani daty, a jednak wciąż się one dokonują, nie tylko pod powierzchnią, ale także w obrębie czasu historycznego. Eksplodują jak magma spod zastygłej skorupy.

Aby pozostać przy winie: Aleksander musiał ustąpić z Indii, podczas gdy Dionizos dziś jeszcze włada tam jako bezimienny pan uczty. Wino odmieniło Europę silniej niż miecz. Wciąż jeszcze uchodzi za medium przemian kultowych.

Wymiana trucizn i upojeń, a także nałogów, gorączek i chorób, pozbawiona jest stałych dat, z jakimi zapadają w pamięć koronacje lub rozstrzygające bitwy. Pozostaje ona w mrokach, w splocie korzeni. Jesteśmy w stanie przeczuwać procesy, nie zdołamy jednak ani zmierzyć ich zakresu, ani wniknąć w ich głębię.

Lądowanie Corteza w 1519 roku w Meksyku było dla Europejczyków zdarzeniem z historycznego porządku świata, dla Azteków zaś z magicznego. Tam marzenie silniejsze jest jeszcze od czujnej świadomości, przeczucie wiąże silniej niż słowo. W takich kontaktach następuje wzajemna oscylacja, pojmowana to jako rabunek, to jako ofiarowanie, to znów jako wina i kara – na przykład w obrazie ofiary: tu Montezuma, tam Maksymilian, obaj cesarze Meksyku. Pod powierzchnią daje się i przyjmuje zalążki, obrazy, marzenia w wymianie, która niszczy jedne plemiona, inne zaś zapładnia, podczas gdy jej skutków nie można ani precyzyjnie opisać, ani datować.

14

Statystyka, także tam, gdzie jest precyzyjna, dobywa z danego problemu wyłącznie cyfry. Problem nie zostaje choćby dotknięty w swojej głębi; we właściwym sensie tego słowa pozostaje kwestią sporną. Dotyczy to zwłaszcza obszarów graniczących z psyche, a także wszelkich zachowań, również zwierzęcych, i w nie mniejszym stopniu naszego tematu: narkotyków i upojenia.

A zatem, by wspomnieć w tym kontekście o tytoniu jako jednym z wielkich darów Ameryki dla Europy, pozyskano dość dokładne cyfry, jeśli chodzi o wzajemną zależność nikotyny i szeregu chorób. Takie badania należą do obszaru ekonomii; chcąc je uznać, należy zaakceptować pojęcie „korzyści”, które decyduje o ich kształcie.

Korzyść jest w tym wypadku natury higienicznej. Tymczasem z paleniem wiązać się może zysk także w innym względzie – już samo słowo „używka”[15] to sugeruje. Można wyobrazić tu sobie błogość rozmowy, skracanie nudnych i zabijanie posępnych godzin, skojarzenia wywoływane w ten właśnie sposób – w ogóle chwile szczęścia. Płacić trzeba za każdą chwilę koncentracji, ale także odprężenia. Czy taka używka warta jest swojej ceny? Na tym zasadza się problem, do rozwiązania którego statystyka oferuje tylko dane. Ujawnia się on w palaczu przed każdym zapalonym papierosem.

Statystyka potwierdza jedynie fakt znany od dawna: że narkotyk jest groźny. Ktoś, kto zaczyna go zażywać, naraża się na ryzyko tym większe, im mniej je kalkuluje. W tym względzie jednak statystyka ma swoją wartość: porównuje stawkę i zysk.

15

Jeśli włączamy wino i tytoń do naszych rozważań, to tylko dlatego, że zalecany jest punkt wyjścia operujący znanymi wielkościami. Znajdują się one jednak na obrzeżach właściwego tematu. Dotyczyć ich on będzie w tym mniejszym stopniu, im ostrzej odgraniczać będziemy pojęcie narkotyku. Dla Baudelaire’a wino, obok haszyszu i opium, otwiera furtę do sztucznych rajów. Słusznie sprzeciwia się ten przyjaciel wina temu, by uznać je za narkotyk. Chętniej widziałby, by winem zajmowali się raczej winogrodnicy i właściciele piwnic niż chemicy i fabrykanci. Wciąż jeszcze – od zaszczepienia krzaczka po zmartwychwstanie grona z piwnicy – otacza się je pieczołowitością sztuki ogrodników i rzemieślników; wciąż jeszcze uchodzi ono za dar bogów o cudownej mocy, sprowadzającej przemiany. Krew ziemi i krew bogów jednocześnie.

Gdyby uznać wino za narkotyk, byłaby to konstatacja, jakich wiele – na przykład że zawiera ono alkohol. Bliżej tego świata znajduje się tytoń. Nikotyna daje przeczucie tego, co możliwe w sferze alkaloidów. W całopalnych ofiarach składanych każdego dnia na świecie objawia się lekkość, duchowe wyzwolenie wielkich snów o lataniu. W porównaniu z czarodziejską siłą opium nikotyna wywołuje jednak zaledwie słaby odpływ, łagodną euforię.

16

Niezadowalająca, podobnie jak w wielu innych wypadkach, jest etymologia słowa Droge[16]. Ma ono wątpliwą proweniencję. Podobnie jak w wypadku słowa „alkohol” próbuje się wywodzić je ze sfery hiszpańsko-arabskiej, a także ze średniowiecznej łaciny. Pochodzenie od holenderskiego drog, suchy, jest bardziej prawdopodobne. Narkotykami były wszelkie substancje przywożone z rozmaitych stron, które przez strychy z zielem i drogerie docierały do handlu, pożytkowane później przez lekarzy, kucharzy, handlarzy perfumami i specjałami. Od dawien dawna słowo to ma posmak tajemniczości, sprawy magicznej, a zwłaszcza pochodzenia z krain Orientu.

W naszym kontekście „narkotyk” jest substancją, która wywołuje upojenie. Jednak dojść tu musi jeszcze coś specyficznego, co te substancje odróżnia od innych, służących jako lekarstwo lub czysta używka. Tej specyfiki nie należy doszukiwać się w samych substancjach, ale w zamiarze, gdyż zarówno lekarstwa, jak i używki można stosować w tym węższym sensie jako narkotyki wprawiające w stan upojenia.

Szekspir mówi raz w Śnie nocy letniej o „prostackim” śnie, odróżniając go od silniejszego, magicznego oczarowania. Pierwszy niesie marzenia senne, drugie – wizje i proroctwa. Podobnie upojenie spowodowane narkotykiem przynosi szczególne skutki, trudne do opisania. Kto do niego dąży, ten żywi szczególne zamiary. A kto słowa „narkotyk” używa w tym sensie, zakłada akceptację słuchacza lub czytelnika, której nie można zdefiniować more geometrico. Wraz z nimi wkracza on w obszar graniczny.

17

Nalewki i koncentraty, wywary i eliksiry, proszki i tabletki, maści, pasty i żywice mogą być używane jako narkotyki w tym specyficznym sensie. Substancja może być stała, płynna, mieć formę dymu lub gazu; można ją jeść, pić, wcierać, wdychać, palić, wciągać nosem lub wstrzykiwać.

Aby wprawić się w stan upojenia, trzeba nie tylko określonej substancji, ale także odpowiedniej jej ilości lub stężenia. Dawka może być zbyt mała lub zbyt silna – w pierwszym wypadku pozostaje się trzeźwym, w drugim można stracić przytomność. Gdy ktoś nawyknie do narkotyku, z trudem utrzyma pośrednią drogę – z jednej strony coraz groźniejsza będzie depresja, z drugiej doza. Cena za rozkosz staje się coraz wyższa. Wówczas trzeba albo zawrócić, albo zginąć.

Gdy oddziaływanie narkotyku słabnie, można zwiększyć albo jego ilość, albo stężenie. Taka jest sytuacja palacza lub pijaka, który najpierw zwiększa zwykłą konsumpcję, przechodząc następnie do mocniejszych gatunków. Jest to oznaka, że nie wystarcza mu czyste spożycie. Trzecia możliwość polega na zmianie periodyzacji – przejściu od codziennych nawyków do rzadkiego, świątecznego ekscesu.

W tym trzecim wypadku potęguje się nie dawka, ale wrażliwość. Palacz, zdobywszy się na dyscyplinę smakowania tylko porannego papierosa, w tym sensie wyjdzie na swoje, że osiągnie intensywność przyjemności spożycia, która do tej pory była dlań niedostępna mimo znacznie większej konsumpcji. Zwiększa to jednak pokusę.

18

Wrażliwość może być nadzwyczaj duża; odpowiednio dawka może być mała czy nawet minimalna. Wiemy od czasów Hahnemanna[17], że oddziaływać mogą choćby najdelikatniejsze ślady substancji, co potwierdza nowoczesna chemia. Zawsze jednak recepcie towarzyszyć musi receptywna gotowość. Dlatego leki homeopatyczne nie każdemu pomagają; zakładają konieczność homeopatycznych zachowań. Ludziom subtelnym wystarcza sugestia. Jest to powszechne prawo, nie tylko w obszarze higieny, ale w ogóle odnoszące się do trybu życia. Z drugiej strony obowiązuje przysłowie: „Na twarde drzewo twardej trzeba siekiery”.

Dawka może być zatem minimalna. W pewnych warunkach mogą także upajać substancje uchodzące za neutralne, jak powietrze, którym się oddycha. Na tym opiera się Kaprys doktora Oxa Juliusza Verne’a. Doktor Ox pod pozorem chęci budowy gazowni dostarcza czystego tlenu, zmieniając na skutek upojenia mentalność mieszkańców małego miasteczka. Z powodu stężenia substancja, którą pobieramy z każdym oddechem, staje się „trująca”. Paracelsus: „Sola dosis facit venenum”[18].

Doktor Ox destylował powietrze. Pozwala to przypuszczać, że samo w sobie może ono wprawiać w stan upojenia wrażliwe natury. Niewielu jest ludzi, dla których nie urzeczywistniła się, choćby tylko przez chwilę, Goetheańska maksyma: „młodość to pijaństwo bez wina”[19]. Z pewnością trzeba tu niezakłóconej gotowości, która należy do oznak wieku młodzieńczego. Zawsze jednak współdziałać będą zewnętrzne czynniki, czy to „wyższe potencje” znanych lub nieznanych substancji, czy to wpływy atmosferyczne. W powieściach odnajdziemy frazesy typu: „powietrze było jak wino”. „Nie dająca się wyjaśnić pogoda ducha” tryska z prawie niematerialnych źródeł.

Ale „dobra godzina” może także sprzyjać nadejściu melancholii. Dysponuje ona często mocą ostrzegającą, napominającą, i jest bardzo pożyteczna ze względu na tę właściwość, zapowiadając nadciągające zagrożenia. Prócz spostrzeżeń, które równie trudno wyjaśnić, co zanegować, istnieją takie, których zaistnienie powoduje wysubtelniona wrażliwość. Aleksander von Humboldt opisuje wyczerpująco w swojej Podróży do okolic zwrotnikowych zjawiska poprzedzające wybuchy wulkanów i trzęsienia ziemi; należy do nich niepokój ludzi i zwierząt, dający się równie dobrze określić mianem przeczucia, co postrzegania.

19

Aż po dziś dzień próbuje się pozyskiwać substancje lub psychogeniczne siły w pewnym sensie z atmosfery. Przykładem Mesmer, który, wychodząc od magnetyzmu, mniemał, że rozpoznaje „fluid” wypływający z ludzkiego ciała i gromadzący się w określonych przedmiotach jak w akumulatorach. Mesmeryzm był w sztuce leczniczej zaledwie modą, wywarł jednak wpływ na literaturę. Fascynował przede wszystkim E.T.A. Hoffmanna. Sensacją była już dysertacja Mesmera. De planetarum influxu[20] – taki tytuł mogłyby nosić także rozważania Novalisa lub któryś z przyczynków w „Athenaeum”.

Mniej znany, a jednak istotniejszy od Mesmera, jest Carl-Ludwig von Reichenbach[21], który zdobył pewne znaczenie nie tylko jako filozof natury, ale także jako geolog, chemik i przemysłowiec. Reichenbach chciał widzieć w „Od” substancję, której siłę czy promieniowanie porównać można było z Mesmerowskim fluidem. Owo Od, choć wszechobecne w naturze, dostrzegane jest tylko przez subtelnie zorganizowane istoty, które Reichenbach określa mianem „wrażliwych” lub przy szczególnej subtelności „wysoce wrażliwych”.

Reichenbach, łączący zdolności do uprawiania filozofii natury z przyrodniczą ścisłością, dążył do eksperymentalnego wykazania Od, posługując się w tym celu ludźmi wrażliwymi mniej więcej w taki sposób, w jaki krótkowidz posługuje się swoimi okularami. Stworzył zatem procedury, które dziś określilibyśmy mianem testów, i to bez użycia aparatury, za to z niezwykle subtelnymi różnicowaniami. A zatem wrażliwym nie mógł być ktoś, kto nie odczuwał różnicy temperatur między czubkiem a podstawą kurzego jaja trzymanego dwoma palcami. Reichenbach zdobył się na odwagę wniknięcia w regiony, które, choć ani nie odległe, ani nie zamknięte, niedostępne są jednak dla prymitywnych zmysłów.

Fizycy jednak nie chcieli nawet słyszeć o Od, podobnie jak psychiatrzy i neurolodzy o ludziach wrażliwych. Martwiło to Reichenbacha jako przyrodnika; jako filozof był w stanie to zignorować. Przedstawił swoje pomysły w najmniej korzystnym czasie. W jeszcze większym stopniu dotyczy to Fechnera[22], który matematyczno-fizykalny obraz świata uznawał za „nocną stronę” uniwersum, wykorzystując z największym pożytkiem rozprawy Reichenbacha w swojej „psychofizyce”.

Myśli Fechnera o ożywieniu ciał niebieskich oraz roślin musiały wybrzmieć bez echa w epoce, w której z niesamowitym impetem torowały sobie drogę teorie mechanistyczne. W medycynie plenił się zmasowany pozytywizm, stwarzając podwaliny dla hybris chirurga, który chełpił się tym, że w trakcie swojej pracy nie zdołał nigdzie dostrzec duszy.

Takie przeciwieństwa w obrębie światopoglądu sprawiają wrażenie, jakby duch pracował w dwóch skrzydłach domu, między którymi brakuje drzwi. Można też wyobrazić sobie podwójne lustro, którego strony oddziela nieprzenikalna warstwa. Jak by nie było, zawsze nastają epoki zbliżające się do jedni poglądów. Nie może ona się zrealizować w sposób absolutny, gdyż zarówno matematyczno-fizykalny, jak i związany z filozofią natury obraz świata Reichenbacha i Fechnera są tylko aspektami „wnętrza natury”.

20

Dawka prowadząca do upojenia może być zatem minimalna przy wystarczającej gotowości. Także w tym względzie istnieją wrażliwi, szczególnie podatni. Normy, do ustalania których prawodawca czuje się zmuszony, przykładowo w prawie komunikacyjnym, stanowią jedynie prymitywną skalę. Będzie on coraz surowszy, ponieważ świat empiryczny codziennie przynosi nowe dowody na to, że kolizja upojenia i techniki to zderzenie wykluczających się sił. Nie dotyczy to jednak narkotyków w ogóle. Ilość substancji i zakres ich stosowania nieustannie się powiększają. Mnożą się prace, podczas których właściwe stosowanie narkotyków jest nie tylko wskazane, ale wręcz konieczne. Rozwija się z tego osobna nauka.

Gotowość prowadząca do upojenia może być tak silna, że wystarczy sam sposób zachowania, bez potrzeby stosowania środków. Jest to przede wszystkim obszar zastrzeżony dla ascezy, której ścisła łączność z ekstazą jest od dawna znana. Do wstrzemięźliwości, czuwania i postu dochodzi samotność, wciąż stanowiąca źródło siły także dla artystów i uczonych. Napływ obrazów w Tebaidzie: telewizje, niezależne od narkotyków, nie mówiąc o aparaturze.

Myśliciel, artysta, który jest w dobrej formie, zna takie fazy, gdy napływa nowe światło. Świat zaczyna przemawiać, odpowiadając duchowi z siłą tryskającego źródła. Rzeczy jakby się naładowały; uwydatnia się w nowy sposób ich piękno, ich sensowny ład. To bycie-w-formie niezależne jest od fizycznie dobrego samopoczucia, często stoi z nim w sprzeczności, niemal tak, jakby w stanie osłabienia obrazy łatwiej znajdowały sobie dostęp niż zazwyczaj. A przecież już Reichenbach ostrzegał, by wrażliwości nie mylić z chorobą – niełatwo tu jednak uniknąć omyłki. Ujawnia się to zwłaszcza w dysputach, gdzie z dzieła wysnuwa się wnioski o psyche artysty. To nie przypadek, że nasza epoka pełna jest takich kontrowersji. Prawdopodobnie nie tylko twórcze fazy w życiu jednostki, ale także zmianę stylu w obrębie kultur poprzedzają stany podwyższonej gotowości. Powodują one z konieczności babiloński chaos zarówno języka form, jak i języka w ogóle.

21

Jung-Stilling określa tę gotowość jako „zdolność przeczuć”[23] i ma tu na myśli podwyższoną wrażliwość, jaką można pozyskać dzięki trybowi życia. „W końcu jednak czysty, oddany Bogu człowiek za sprawą długotrwałych ćwiczeń oraz trwania w Bogu może wprawić się w zachwyt i stan magnetycznego snu”[24]. Wedle niego „dusza pracuje w stanie naturalnym za sprawą mózgu i nerwów, w stanie magnetycznym bez nich”[25]. Dopiero po śmierci człowiek zyskuje pełną siłę jasnowidzącego snu, oddzielił się bowiem całkowicie od ciała, a ta zdolność doskonalsza jest od wszelkiej, jaką mógłby osiągnąć za życia.

Zdolni do przeczuć u Jung-Stillinga odpowiadają ludziom szczególnie wrażliwym Reichenbacha; wedle dzisiejszego uzusu językowego można by ich uznać za nadzwyczaj rzadkie, ale wciąż pojawiające się mutanty. Zdolności przeczuwania można rozwijać, choć muszą być wrodzone. W taki sposób Jung-Stilling wyjaśnia przypadki, w których ostrzegające sny lub zjawy nie stają się udziałem zagrożonego, ale osoby trzeciej, która odgrywa dla niego rolę odbiorcy. Ta zdolność nie musi łączyć się z walorami etycznymi lub umysłowymi; może pojawiać się tak u ludzi ograniczonych, jak i u geniuszy. W postaci księcia Myszkina Dostojewski szkicuje typ o wysoko rozwiniętej zdolności przeczuć, który w swoim otoczeniu sprawia wrażenie idioty.

W starszych i nowszych biografiach napotkać można typ człowieka szczególnej wrażliwości, który przed pożarem, uderzeniem pioruna albo innym nieszczęściem, ogarnięty nieokiełznanym niepokojem lub nie mogąc zaczerpnąć oddechu, opuszcza pomieszczenie, gdzie przebywał wraz z innymi, którzy w nim beztrosko pozostali.

22

Podobne do upojenia stany ekscytacji albo stany medytacyjne mogą wystąpić także bez stosowania środków toksycznych. Wskazuje to na fakt, że narkotyk budzi siły znacznie potężniejsze niż te, jakie rodzą się w efekcie zwykłej intoksykacji. Jest on kluczem do królestw niedostępnych zwykłemu postrzeganiu, ale nie kluczem jedynym.

Dla naszych rozważań pojęcie upojenia raczej nie wystarcza, chyba że ulegnie takiemu rozszerzeniu, aby mogło zawierać w sobie najrozmaitsze, także przeciwstawne zjawiska. Punktem wyjścia było wszak twierdzenie, że narkotyk oddziaływa zarówno na wolę, jak i na zdolność oglądu. W obrębie tej ambiwalencji istnieje wielka skala, która w obydwu kierunkach prowadzi do utraty świadomości, a w końcu do śmierci. Można pożądać narkotyków jako środków ekstatycznych i stymulujących, jako somnifera, narcotica i phantastica, służących zarówno odurzeniu, jak i pobudzeniu. Skalę tę znał w pełni Hasan Sabbâh[26], Starzec z Gór. Wiódł Fedawitów, wtajemniczonych, których później zwano też asasynami, ze spokoju sztucznych rajów ku wybuchom wściekłego szału uderzającym we władców i namiestników. W przeplotach naszego technicznego świata nie odnajdziemy zjawisk temu równych, ale jednak coś pokrewnego. Do tendencji tego świata należy zarówno ucieczka w odurzenie, jak i potęgowanie motoryki za pomocą środków stymulujących.

Ustawodawca musi tę pełnię uprościć. I uznaje upojenie za „stan wywołany substancjami odurzającymi, a zwłaszcza ostre zatrucie alkoholem”. Do jego kompetencji należy ustalenie, w jakim momencie indywidualnie upojenie ma związek lub go nie ma z czynem lub zaniechaniem. Osąd, w jakim stanie świadomości zaczyna się czyn karalny, jest już choćby dlatego trudny, że istnieją substancje, które przynajmniej przez pewien czas sprzyjają sprawności technicznej. We wszystkich epokach zawodnicy znali takie środki, jednak płynna jest granica oddzielająca doping od dozwolonego pobudzenia.

Co roku w handlu pojawiają się nowe narkotyki, których niebezpieczeństwo często rozpoznaje się dopiero wtedy, gdy już poczyniły szkody. W wypadku innych szkodliwość jest minimalna, jednak nierzadko sumuje się ona w trakcie dziesięcioleci zażywania w straszliwy sposób. Dotyczy to substancji pobudzających, jak tytoń, ale także odurzających, jak lekkie środki nasenne. Zdarza się często, że narcotica i stimulantia zażywane są równolegle lub, precyzyjniej mówiąc, stosuje się je dla wzajemnej neutralizacji. Piła porusza się w tę i z powrotem. Można też wyobrazić sobie obciążenie wagi: każdy ciężarek równoważy się ciężarkiem przeciwstawnym. W ten sposób podtrzymuje się sztuczne ekwilibrium, póki pewnego dnia ramiona wagi nie pękną.

23

Ktoś stojący z boku, trzeźwy, dostrzega w spektrum upojenia przede wszystkim tę stronę, po której odbywa się ruch. Nie można tam zignorować odmienności: jawi się z daleka oczom i uszom. Słowa na określenie takiego stanu odnoszą się, przynajmniej w krajach winnych lub piwnych, albo do nadmiernego picia, albo do spotęgowanej aktywności. Często mają swoje korzenie w łacińskich bibo lubebrius bądź w staroniemieckim trinkan czy gockim drigkan.

Słowo „szumieć” [rauschen] związane jest natomiast z ożywionym ruchem, na przykład skrzydeł, odbieranym często akustycznie jako „poszum”. Ruch ten może być raptowny – anglosaskie rush dla „runąć” należy do tej sfery. Kojarzy się to następnie ze zwiększoną, wibrującą witalnością. Czas upojenia [Rauschzeit] jest czasem godowym. Dziki w tym okresie nazywa się „pijanymi” [rauschig]. Owady i ptaki zbierają się w stada; tuż po locie godowym termitom odpadają skrzydła.

Czas godowy jest czasem wspólnoty; ludzie i zwierzęta gromadzą się. Już choćby dlatego lepiej znana jest aktywna, związana z wolą strona upojenia. Człowiek w takim stanie bynajmniej nie stroni od towarzystwa; czuje, że ogarnia go odświętny wir i nie szuka samotności. Często rzuca się w oczy, ale cieszy się większą tolerancją ze względu na swój stan niż ludzie trzeźwi. Chętniej ogląda się uśmiechniętych niż zmartwionych; człowieka podpitego traktuje się dobrodusznie, często jak kogoś, kto przegania nudę i ożywia nastrój. Wchodzi posłaniec Dionizosa i otwiera wrota błazeńskiego świata. Działa to zaraźliwie nawet na trzeźwych.

Ta spotęgowana i nie dająca się zignorować aktywność nadała szczególny ton słowu „upojenie”. W sensie ogólnym widoczna strona rzeczy także w języku domaga się większej uwagi niż to, co ukryte. Przykładem jest tu słowo „dzień”. Wypowiadając je, obejmujemy jego znaczeniem również noc. Strona, na którą pada światło, włącza w siebie także cień. Zazwyczaj się nad tym nie zastanawiamy. W bardzo podobny sposób słowo „upojenie”, choć akcentuje widoczne spotęgowanie sił życiowych, obejmuje także ich stłumienie: stany letargiczne, stany bezruchu, podobne do snu i marzeń sennych.

Upojenie jawi się w najrozmaitszych, często przeciwstawnych formach; tak samo narkotyk powoduje różnorodne skutki. Mimo to uzupełniają się one, tworząc jeden kompleks o wielkiej rozpiętości. Hasan Sabbâh prowadził swoich asasynów za sprawą jednego i tego samego środka, haszyszu, zarówno do świata szczęśliwych marzeń, jak i do świata mordu.

24

Kto pragnie się oszołomić, zachowuje się inaczej niż ktoś, kto jak stadne istoty chce popaść w upojenie. Nie szuka towarzystwa, ale samotności. Jest bliżej nałogu, stąd próbuje taić swe postępki, którym brak świątecznej periodyczności. „Potajemny pijak” zalicza się do typu budzącego obawy.

Ten, kto głęboko i nałogowo się oszałamia, jest już choćby dlatego skazany na tajemniczość, że narkotyk pochodzi najczęściej z ciemnych źródeł. Jego spożywanie wiedzie ku strefie braku legalności. Dlatego jest to oznaką anarchii, gdy ludzie w ten sposób oszołomieni nie lękają się już sfery publicznej. Można było zatem po pierwszej wojnie światowej w kawiarniach ujrzeć ludzi znarkotyzowanych, którzy „wpatrywali się w przestrzeń”.

Oszołomiony nie tylko dlatego omija społeczność, że ma rozmaite powody do obaw. Jest ze swej natury skazany na samotność; ma receptywny, a nie ekspansywny charakter. Siedzi jak przed ogromnym lustrem magicznym, bez ruchu, zatopiony w sobie, wciąż rozkoszując się własną jaźnią, czy to w czystej euforii, czy też na kształt świata obrazów, wytwarzanych przez jego wnętrze i powracających do niego jak fala przyboju. Istnieją lampy, których fluoryzujące światło zdolne jest zamienić szarość kamienia w jeden z odcieni złota.

Baudelaire, nazywający haszysz „bronią do samobójstwa”, wśród innych skutków wymienia wyjątkowy chłód po zażyciu tego narkotyku, który zalicza do „klasy samotnych uciech”. Owo doznanie zimna, wytwarzane również przez inne phantastica, ma nie tylko fizyczny charakter. Jest to również oznaka samotności.

25

Narkissos był synem pewnego bóstwa rzecznego i nimfy, Liriope. Matka była równie zachwycona jego pięknem co przerażona chłodem. Zatroskana o jego los, spytała wieszcza Terezjasza o radę i usłyszała następującą przepowiednię: synowi przeznaczone jest długie życie, o ile sam siebie nie rozpozna. Zagadkowa sentencja spełniła się, gdy Narkissos, powracając z polowania, pochylił się spragniony nad źródłem i ujrzał swe lustrzane odbicie. Młodzieniec zakochał się w fantomie i spalał w nieukojonej tęsknocie za własnym obrazem, aż w końcu spotkała go śmierć. Bogowie przemienili go w kwiat o oszałamiającym zapachu, w narcyza, który dziś jeszcze nosi jego imię, a którego kwitnąca korona chętnie pochyla się nad cichymi wodami.

Przypuszczalnie z mitu o Narkissosie, podobnie jak z wielu innych, zachowały się jedynie rudymenta; wydaje się, że jego głównym tematem jest tęsknota. Uległa jej także nimfa Echo, daremnie tęskniąca za objęciami Narcyza, i zmarła ze zgryzoty, tak że nic z niej nie pozostało prócz głosu.

Narkissos rozpoznał, ale nie poznał samego siebie. „Poznaj samego siebie” – taki napis widniał nad świątynią Apollona w Delfach; Narkissos, jak wielu przed nim i po nim, nie sprostał temu najcięższemu ze wszystkich zadań; daremnie próbował odnaleźć własną jaźń w lustrzanym odbiciu. Słowo „poznawać” ma podwójne znaczenie: Narkissos waży się na przygodę w sferze erotycznej, podobnie jak Faust w sferze duchowej.

Trawiąca tęsknota jest także cechą charakterystyczną narkotyku i jego spożycia; żądza nigdy nie jest w stanie doścignąć spełnienia. Obrazy wabią jak fatamorgana, pragnienie pali coraz bardziej. Możemy sobie wyobrazić wędrówkę w grocie, która rozgałęzia się w labirynt coraz ciaśniejszych i trudniejszych korytarzy. Grozi w nich los Elisa Fröbomsa, bohatera Hoffmannowskich Kopalni w Falun. Nie wyszedł już na powierzchnię, jest stracony dla świata; coś podobnego przydarzyło się mnichowi z Heisterbach, który zabłądził w lesie, odnajdując drogę do swojego klasztoru dopiero po trzystu latach. Ten las jest czasem.

26

Materie, które wytwarzają narkotyczne oszołomienie, uznajemy za subtelniejsze i bardziej eteryczne od tych, które angażują wolę. Faust po wielkim pakcie w pracowni ląduje najpierw jako dziki biesiadnik w Piwnicy Auerbacha, a dopiero potem w kuchni czarownicy.

Mówimy o „narkotycznej woni”. Słowo to pochodzi z greckiego ναρκόω, „oszałamiam”. Na południu istnieją gatunki narcyzów, których woń uchodzi za groźną. Euforia i nieodczuwanie bólu są skutkiem wdychania lotnych substancji, na przykład gazu rozweselającego albo eteru, będącego na przełomie wieków modną używką, której Maupassant poświęcił esej. W klasycznej magii wciąż wspomina się o dymie, który nie tylko oszałamia, ale także jest subtelnym medium wizji występujących po oszołomieniu. Odnajdziemy takie sceny w Baśniach tysiąca i jednej nocy, ale też u takich autorów jak Cazotte, Hoffmann, Poe, Kubin i wielu innych.

Można przypuszczać, że pokrewna poglądowości strona upojenia jest także jakościowo bardziej znacząca. Jeśli zechcemy wyrobić sobie opinię w tej kwestii, musimy sięgnąć do wspólnego korzenia, skąd wyłaniają się tak różnorodne formy imaginacji. Ryzyko, na jakie się porywamy, obcując z narkotykiem, polega na ingerencji w podstawową moc bytu, mianowicie w czas. Odbywa się to oczywiście w rozmaity sposób: w zależności od tego, czy chcemy się oszołomić, czy stymulować, dochodzi do koncentracji lub rozciągania czasu. Wiąże się z tym znowu przemierzanie przestrzeni: z jednej strony dążenie do tego, by spotęgować ruch, z drugiej natomiast statyka świata magicznego.

Gdy czas porównamy – co czyniono z dawien dawna – do rzeki, to dla stymulującego się ulega ona przewężeniu, jej nurt staje się szybszy, jakby spływała w dolinę, tryskając wirami i kaskadami. Podobnie dzieje się z myślami, mimiką i gestem; upojony w ten sposób myśli i działa szybciej, impulsywniej niż człowiek trzeźwy, a także w sposób mniej obliczalny.

Natomiast pod wpływem środków odurzających czas spowalnia. Nurt jest wolniejszy; brzegi się cofają. Wraz z początkiem odurzenia świadomość dryfuje niczym w łodzi po jeziorze, którego brzegów już nie widzi. Czas staje się bezbrzeżny, staje się morzem.

W ten sposób przychodzą niekończące się sny opiumowe, opisywane przez de Quinceya. Uroił on sobie, by „na tysiąclecia być pochowanym w trzewiach wiecznych piramid”. W zbiorze esejów Suspiria de Profundis, który ukazał się ćwierć wieku po Wyznaniach, powraca pamięcią do tego niesamowitego rozciągnięcia czasu i powiada, że nie starczyłoby miary astronomicznej, by je opisać. „Tak, zabawne było określanie na pokolenia – a nawet na tysiąclecia przedziału czasu, którego doświadczało się w czasie snu”.

Poczucie oddalenia od ludzkiej świadomości czasu potwierdzają także inni, przykładowo Cocteau: „Tout ce qu’on fait dans la vie, même l’amour, on le fait dans le train express qui roule vers la mort. Fumer l’opium, c’est quitter le train en marche; c’est s’occuper d’autre chose que de la vie, de la mort”[27].

27

Czas biegnie szybciej na biegunie zwierzęcym, wolniej na roślinnym. Z tej sfery pada światło na zależność narkotyków i bólu. Większość ludzi zaznajamia się z narcoticis dzięki ich właściwościom anestezyjnym. Do nawyku prowadzi związane z nimi poczucie szczęśliwości, euforia. Fakt, że ludzie o skłonnościach depresyjnych łatwo padają ofiarą morfiny, wyjaśnić można tym, że odczuwają oni samo istnienie jako ból.

Licznenarcotica to jednocześnie phantastica. Sertürner, izolując w 1803 roku morfinę, oddzielił siłę opium łagodzącą ból od jego działań ejdetycznych. Pomógł tym samym licznym cierpiącym, pozbawiając jednocześnie sok makowy, jak go opiewa Novalis, barw.

Jeśli ktoś dąży do świata obrazów, nie pragnie za sprawą narcoticum ani unikać bólu, ani rozkoszować się euforią; poszukuje phantasticum. Nie powoduje nim lęk przed cierpieniem, ale ciekawość wyższego stopnia, być może nawet zuchwałość. Świat alkaloidów zawsze współgrał ze średniowiecznymi wyobrażeniami czarownic i magów: zaklęcia za pomocą napojów, maści i oparów, mandragory, bielunia dziędzierzawy, lulka.

28

Zaklęcia zaliczano w owych czasach do gardłowych przestępstw. Zjawy były bardziej wiarygodne niż dziś. Dla Fausta królestwo duchów, choć od dawna już zmienione w świat ducha, nie jest jeszcze „zamknięte”, dręczy go wszakże tylko troska, czy zaklęcie będzie skuteczne. Nie dręczą go już religijne ani moralne wątpliwości.

W podobny sposób człowiek o uzdolnieniach intelektualnych lub artystycznych skonfrontowany jest dziś z problemem, co może zagwarantować narkotyk. Nie może mu wszak ostatecznie chodzić o motoryczne spotęgowanie sił, o szczęście czy nawet o brak odczucia bólu. Nie chodzi mu także o wyostrzenie i wysubtelnienie poglądowości, ale – jak w gabinecie Fausta – o „przystępujące”.

Owo przystąpienie nie oznacza bynajmniej znajomości nowych faktów. Nie chodzi tu o ubogacenie świata empirycznego. Faust wychodzi ze studia, w którym taki Wagner pozostanie już – będąc szczęśliwym – przez całe swoje życie. „Sporo wiem, lecz wszystkiego chciałbym się dowiedzieć” – to nie ma końca, w tym sensie nawet odkrycie Ameryki należy do faktów i żaden statek kosmiczny nie pozwoli na ucieczkę od takiego świata.

Żadna akceleracja, choćby niosła aż do gwiazd, nie pozbawi ważności pierwotnej sentencji: „Nie uciekniesz przed sobą”[28]. Dotyczy to również zwiększania siły życiowej. Mnożenie, a nawet potęgowanie nie zmienia liczby podstawowej. Wobec wstępującego żywi się inne oczekiwania niż spotęgowanie o charakterze dynamicznym lub witalnym. We wszystkich epokach oczekiwano od niego pomnażania, uzupełniania, przynoszenia. Nie oznacza to mnożenia, ale dodawanie.

Podczas zaklinań, czy to za pomocą ascezy, czy innych środków, nie żywiono dawniej ani cienia wątpliwości, że oto przystępuje coś obcego. Tymczasem myślenie zdobyło taką władzę, że tego rodzaju przekonania reprezentują już tylko ariergardy. Jednak to, czy przystępujące przychodzi z zewnątrz, czy z wnętrza, czy pochodzi z uniwersum, czy z własnej głębi, ma tylko znaczenie zwierciadlane.

Decyduje nie punkt wyjścia sondy, ale ten, do którego ona dociera. Tam zjawisko przekonuje z taką mocą, że nie ma ani miejsca, ani też potrzeby, by rozważać kwestię jego prawdziwości, nie mówiąc już o jego pochodzeniu. Tam gdzie trzeba powodów, autorytetów albo nawet środków przemocy, aby zagwarantować jego realność, straciło już ono swoją moc; pobrzmiewa jeszcze jako cień lub echo. Należy jednak zawsze zachować gotowość.

Roślina jako autonomiczna moc

29

Gdy przenikają się wzajemnie soki pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, powstają nowe molekuły, tworzą się łańcuchy i pierścienie najrozmaitszego rodzaju. Od niedawna jesteśmy w stanie wejrzeć nieco w głąb tej subtelnej budowli – ale gdybyśmy byli pozbawieni takiej zdolności, zmieniłoby to w gruncie rzeczy albo nic, albo niewiele. Prawdopodobnie taki wgląd każe ignorować nam, co niewielu przypuszcza, a wielu przeczuwa, sprawy istotniejsze.

Fakt, że pewne z tych molekuł stanowią dla ciała pożywienie, inne zaś zachowują się wobec niego obojętnie, negowany jest w równie małym stopniu co zjawisko oddziaływania innych z kolei cząstek w sferze ducha. To spostrzeżenie jest podstawą do rozróżnienia, jakie czynią Indianie: że istnieje różnica między pożywieniem codziennym a pożywieniem boskim, podobnie jak w każdej wysokiej kulturze różnicuje się substancje naturalne i substancje ze sfery sakralnej.

Problem zatem, czy takie skutki jedynie są wywołane, czy też „przystępują”, wybiega poza kwestie zajmujące psychologów lub chemików. Gdy uznamy roślinę za moc autonomiczną, która przystępuje, aby zapuścić w nas korzenie i rozkwitnąć, oddalamy się o kilka stopni szerokości geograficznej od zdeformowanej perspektywy, która mniema, że duch jest monopolem człowieka i poza nim nie istnieje. Po globalnej niwelacji pojawić się musi nowy obraz świata; to jest zadanie, które postawi sobie następne stulecie. Do jego przygotowania powołane są teorie nihilistyczne i materialistyczne; stamtąd działa siła przekonywania, niepojęta dla ich przeciwników. Nie dostrzegamy oczywiście w obrazie burzy, która powala lasy i zrywa dachy domów, wsysania dalekiej bezwietrznej ciszy – to samo dotyczy czasu.

Poruszamy się tu na krawędzi sporów dotyczących Ostatniej Wieczerzy, które zaprzątają umysły od tysiąca lat, ulegając ostatnio zaostrzeniu. Chodzi o chleb i wino, o różnicę między obecnością a przybliżeniem. Jeśli coś dzieje się rzeczywiście, to znikają prymitywne i subtelne różnicowania. Nie przenikają także „do wnętrza natury”. Możemy wszak nadać każdemu „to jest”, a także „to oznacza”, wszelki możliwy zakres; w gruncie rzeczy spotykają się one w jednym punkcie. Także w wieczór swego ustanowienia wieczerza, wybiegając poza swoją realność, już coś „oznaczała”, choć w sposób wysoce przybliżony.

Dziś trapią nas inne troski, a przede wszystkim jedna: aby taką drogą nie wślizgnęli się znów bogowie.

30

Kokainę wydestylowano około roku 1860 w słynnym Instytucie Wöhlera w Getyndze, jednej z puszek Pandory naszego świata. To destylowanie i koncentrowanie aktywnych składników z substancji organicznych przenika całe XIX stulecie; rozpoczęło się ekstrakcją morfiny z soku makowego przez dwudziestoletniego Sertürnera, który tym samym wynalazł, lub precyzyjniej mówiąc – odnalazł pierwszy alkaloid.

Jak wszędzie podczas przybliżeń do świata tytanicznego, także tutaj potęgują się koncentracja i promieniowanie. Na tym świecie występują moce i substancje pozyskiwane wprawdzie w sposób naturalny, jednak zbyt silne, nazbyt gwałtowne dla naturalnej zdolności pojmowania; substancje, wobec których człowiek, jeśli nie chce się zniszczyć, skazany jest na rosnący dystans i coraz większą ostrożność. Te siły i substancje są widzialnymi modyfikacjami wstępowania do nowego świata duchów.

Fermentacja, destylacja, ekstrakcja, a w końcu uzyskiwanie promienistej materii z substancji organicznej. Wraz z nimi rozpoczyna się XX stulecie: 1903 – odkrycie radu i polonu; 1911 – Nagroda Nobla dla małżeństwa Curie za pozyskanie w wielkich ilościach radu w czystej postaci z blendy smolistej z Joachimsthal. Ów Joachimsthal[29] Amerykanie odstąpili w 1945 roku Rosjanom, którzy wydobywają tam rabunkowo ogromne ilości materiału rozszczepialnego.

Każde przejście stanowi jednocześnie cezurę, każdy zysk jest także stratą. Tam gdzie w głębi się tego nie pojmuje, ale chociaż odczuwa, ból jest szczególnie wielki – w szczególności tam, gdzie źródłem cierpień jest odwrót bogów pod naporem tytanów. Oceny różnią się jak dzień od nocy. Pierre Curie należy do pierwszych ofiar zmotoryzowanej komunikacji (†1906). Léon Bloy[30] wiwatował na wiadomość o „zmiażdżeniu niesławnego mózgu”.

31

Jak Goethe uznaje kolory za jedną z przygód światła, tak upojenie możemy potraktować jako zwycięski pochód rośliny przez psyche. Potężna rodzina psianek karmi nas nie tylko w sensie fizycznym; karmi także nasze marzenia. Do napisania jej monografii systematyka musiałaby się złączyć z wizjonerstwem Novalisa czy Fechnera. Nazwa psianek, Solanaceae, wywodzi się prawdopodobnie z terminu solamen, środek łagodzący.

Jak dziś roślina zwraca się ku nam nie tylko w sensie fizycznym, ale także duchowym, tak od bardzo dawna uaktywniała zwierzęta w sensie erotycznym. Chcąc to dostrzec, musimy uznać jej równorzędność, a nawet dojrzeć w niej silniejszego partnera. Do najosobliwszych zjawisk, do prawdziwych cudów naszej planety zalicza się tajemnica pszczół, będąca jednocześnie tajemnicą kwiatów. Miłosny duet tych dwóch istot tak niesamowicie oddalonych od siebie pod względem swych kształtów i swojego rozwoju musiał niegdyś ujawnić się jakby pod wpływem czarodziejskiej mocy za sprawą niezliczonych przyciągań i zwrotów. Kwiecie przybrało kształt organów płciowych, które w cudowny sposób dopasowały się do zupełnie obcych istot – much, ciem i motyli, a także nektarników oraz kolibrów. Dawniej zapylał je wiatr.

To było jedno ze spięć w drzewie genealogicznym i jego zabezpieczenie. Wielkie Przejście. W takich obrazach welon tęczy staje się przezroczysty. Kosmogoniczny eros przebija podziały świata ukształtowanych form. Nigdy nie przyszłoby nam do głowy, że coś takiego jest możliwe – gdybyśmy nie znajdowali idących w miliardy potwierdzeń podczas każdego spaceru po wiosennej łące, na każdym stoku porośniętym kwiatami. Mimo to dopiero w naszej epoce pewien człowiek odkrył tę tajemnicę. Znów był to rektor, Christian Konrad Sprengel w swojej Odkrytej tajemnicy natury (1793). Coś, co my nazywamy tajemnicą, to oczywiście tylko objawy; zbliżamy się do nich w brzmiącym jak czasza dzwonu, dźwięcznym poszumie pod kwitnącą lipą. Poznanie to zgodność.

32

Roślina, choć raczej nieruchoma, wciąga wszystko, co się rusza, w swój krąg. Novalis dostrzegł to w swoich hymnach. Bez rośliny nie istniałoby życie na świecie. Od niej zależne są wszelkie istoty, które pragną oddychać i się odżywiać. Można jedynie przeczuwać zakres jej władzy duchowej. Nieprzypadkowo przypowieści do niej się przede wszystkim odwołują.

To, co pobudzić można za sprawą herbaty, tytoniu, opium, a nawet zwyczajnej woni kwiatów – ta skala wewnętrznych nastrojów od nieokreślonych marzeń aż po odurzenie – jest czymś więcej niż tylko paletą stanów ducha. Przystąpić do tego musi coś innego, nowego.

Roślina, tworząc organy płciowe, aby spółkować z pszczołami, poślubia także człowieka – a ten kontakt otwiera mu w darze światy, do których bez niej by nie dotarł. Tu skrywa się też tajemnica wszelkich nałogów – kto pragnie je leczyć, ten musi dać duchowy ekwiwalent.

Upojenie: ojczyste strony i wędrówka

33

Często zauważano, że narkotyki dzielą między sobą obszary i odgraniczają określone terytoria władzy. Marzenia o lotofagach kwitną bujnie w Oriencie. Duch oddaje się uciechom, podczas gdy ciało spoczywa na łożu. Obrazy są nie tylko piękne i pogodne; mogą być także straszliwe i okrutne. Narkotyk odgrywa rolę Szeherezady, która nocą „umila godziny czuwania” sułtanowi.

Człowiek Zachodu preferuje oddziaływania stymulujące i aktywujące. Różnica staje się wyraźna tam, gdzie posługuje się on takimi samymi środkami. Z jednej strony człowiek w dżalabiji, który przed kawiarnią w Damaszku każe przynieść sobie fajkę wodną – z drugiej typ, który w przerwie między fazami procesu pracy na chybcika „jara” papierosa.

W takim krajobrazie zwiększać się musi konsumpcja substancji powodujących bezobrazowe potęgowanie sił życiowych, witalne ożywienie przy przyspieszonym pulsie. W dodatku, jak przy nałogowym paleniu, przerwy stają się rzadsze; narkotyk zostaje zdegradowany do roli środka napędowego. Dochodzi jeszcze olej do rozchwierutanych przekładni: równie bezbarwne środki nasenne i uspokajające. Nie ma tu już mowy o odświętnej stronie upojenia, o przybliżeniach do nowych światów i związanego z nimi ryzyka.

34

Z przenikaniem czystychphantastica do świata zachodniego wiąże się niewielkie ryzyko, jeśli tylko na skutek procedur chemicznych nie zostaną one pozbawione siły obrazowego oddziaływania. Przesłanką ich spożywania jest dyskretna przyjemność, jaką niesie świat obrazów, a tym samym upodobanie negujące styl naszych czasów. Dwa słynne przypadki objawiające tajemnicę maku to de Quincey i Baudelaire. W tej konstelacji nie można też zapominać o Novalisie. Romantycy są w najwyższym stopniu podatni na wszystko, co obce. Pewne wersy Droste[31] pozwalają przypuszczać, że mak zapuścił tu przynajmniej kilka witek. Mam na myśli zwłaszcza Bezsenną noc. De Quincey silniej rozkoszuje się władzą i jej przepychem, a także jej grozą – świadczy o tym słynny passus z Wyznań, poświęcony rzymskiemu konsulowi. Tak bogowie widzą świat.

Marzyciel wybiera samotność; nie chce być zaskakiwany. Rzeczywisty świat mu zagraża, a co najmniej przynosi przekleństwo śmieszności. Baudelaire jako augur ujął to w symbolu albatrosa. Już choćby ten wiersz sprawia, że opłacił mu się, a bardziej jeszcze nam, wypad na Daleki Wschód. Bogowie trwają tam raczej w postawie marzycieli niż bohaterów czy cierpiętników. Medytacja jest taką formą ducha, w której bardzo zbliżają się do siebie sen i myśl – a tam, gdzie w pełni się przenikają, mogą powstawać nowe światy.

35

Phantastica nie mogą u nas stanowić masowego zagrożenia jak środki pobudzające i uspokajające – a zatem jak tytoń i alkohol z jednej strony, a tabletki oraz morfina z drugiej.

Haszysz znajduje się na granicy, gdyż ma nie tylko działanie ejdetyczne, ale również motoryczne. Rzadko zdarza się kolektywne spożywanie opium; zakłada ono wspólnotę skłonności artystycznych i medytacyjnych lub awanturniczych. Wciąż słychać w tym kontekście o literatach z Hôtel Pimodan[32] i oficerach marynarki u Farrère’a[33], Mirbeau[34] czy Lotiego[35] – ale tylko dlatego, że trudno odnaleźć coś porównywalnego, a zatem ze względu na rzadkość tego zjawiska.

Nastrój takich seansów wyobrazić sobie można jako coś w rodzaju wytwornej i potęgującej się sympatii, powiązanej z nieokreślonymi odczuciami obecności, jakie pojawiają się u spirytystów. Obrazy oglądane są wewnętrznym okiem; są niepodzielne oraz odmienne od tych, jakie oferują nasze fabryki snów lub nawet dobre sceny. Baudelaire nie chodził do teatru jako widz, lecz z zamiarem wykorzystania sztuki jako motywu, wplatanego w świat marzeń i poddawanego prawidłom jego stylu. Sztuka w konfrontacji z upojeniem staje się collage’em, niższym stopniem przybliżenia. Można to sobie też wyobrazić jako odwrócony stosunek oazy i pustyni – oaza pozostaje szmaragdem, ale pustynny piasek staje się diamentem. Krajobraz zyskuje charakter właściwy kamieniom szlachetnym, jak tylko sięgnąć wzrokiem; zanika różnica między klejnotem a oprawą.

36

Phantastica stosowane są zatem na Zachodzie ezoterycznie. Mają swoją własną literaturę, którą prześledzić można od romantyzmu po fin de siècle. Wiedzącego otacza wiew mroku, czegoś znanego-nieznanego. Właściwie nie chodzi tu o nałóg, jakiemu się oddaje, ani o przestępstwo, do którego się posuwa. Chodzi tu raczej o uszczerbek na społeczeństwie, dokonany i piętnowany, którego najskrajniejszą formą jest samobójstwo. Gdy społeczeństwo nuży – wówczas odpływa się w lekkiej łodzi ze zgiełku portów. Wkrótce wiatr zadmie w żagle, nie trzeba już poszukiwać wysp; wyłaniają się z głębin wedle naszych życzeń. Ponadto samotność jako taka wzbudza odczucie podobne do upojenia – żeglarze, którzy samotnie przemierzają ocean, poszukują nie tyle drugiego brzegu, ile raczej niesłychanej i powszechnej jedności.

Takie skłonności są wrodzone podobnie jak te, które powodują inne jeszcze społeczne odchylenia, przykładowo o charakterze politycznym lub erotycznym. Dawniej stanowiło to oznakę outcasts, wyrzutków, których spotykało się przed bramami w młynach, zakładach garbarskich, podejrzanych gospodach. Tam popasały gromady wędrownych śpiewaków i grajków, Cyganów i Wenecjan, wyrabiaczy złota i poszukiwaczy skarbów. Tam hołdowano bieluniowi i lulkowi czarnemu, tam wygrzebywano korzeń alrauny rosnący pod szubienicami.

Dwaj nieznajomi spotykają się w pociągu lub na parkowej ławce; pada nazwisko autora lub tytuł książki, i wiedzą o sobie sporo. Najczęściej jednak spotykają się dziś, jak Bouvard i Pécuchet na wstępie swojej powieści, jako oświeceni filistrowie.

37

Stulecia tworzą prymitywny raster, nieodzwierciedlający precyzyjnie przemian stylu. Często dopiero w połowie zyskują swój typowy wyraz. Tak jest w naszym wypadku. Istnieją jednak zalążki, pogłosy jeszcze przed początkiem, choć nie formują one krajobrazu. Zdjęcie rentgenowskie, radio, przejście od pary do paliw płynnych, od impresjonizmu do kubizmu, wizje Nietzschego, skrzydła Lilienthala – wszystko to jawi się punktowo, jak gdyby zbierały się wirusy. Szczegóły przykrywane są i zagłuszane hałasem potężnych złomowań. Dwie wojny oznaczają przede wszystkim powszechne planowanie. Jednak ujawnia się w nich styl globalny, jakby płaszcz formy odskakiwał od surowego odlewu – początkowo insularnie, jak na przykład w systemie lotnisk. Tam zegary biegną już inaczej, obowiązuje nowy czas. Tak rozprzestrzenia się Brobdingnag w obszarze liliputów – z brutalnym roszczeniem tytanicznej mocy[36].

Nowy globalny styl włącza do swych obszarów także narkotyki i upojenie. Ogromny nurt pobudzających i uspokajających środków farmakologicznych wciąż płynie, a nawet się rozszerza i przyspiesza. Zaciera się granica między ich stosowaniem dla zdrowia i dla przyjemności; wreszcie środki te stają się niezbędne. W świecie pracy i jego napięciu dla wielu stają się pożywką nerwów. Wyobrażenie o masowej konsumpcji narkotyków można zyskać w fabrykach farmaceutycznych w obliczu centryfug, które w szybkim tempie produkują tabletki. Zlewa się to wszystko w wielobarwne rzeki, które rozwidlają się ponownie aż do najodleglejszych wiosek i gospodarstw domowych. Także tu ambiwalencję odczuwa się o tyle, o ile chemia zbliża się ustawicznie ku granicy, na której lekarstwo przestaje oddziaływać w sposób euforyczny. Tam dochodzi do wielkiej konsumpcji. Tabuizacja środkami prawnymi jest tego skutkiem.

Natomiast wraz z kulturą zanika cicha rozkosz na krawędziach ogrodów makowych i konopnych. Z jednej strony przyspieszenie jest zbyt silne, z drugiej w ramach tej utraty wystarczają – lub zdają się wystarczać – produkowane mechanicznie i reprodukowane obrazy, niczym kulisy przysłaniające i zawężające pole widzenia. Kolektywne sny wypierają indywidualne marzenia, wewnętrzny świat obrazów jest przysłonięty światem zewnętrznym.

Oczywiście wciąż pozostaje pragnienie, napinające poczucie pustki – przeczucie, że dni mijają bezowocnie.

38

Tym samym dotarliśmy do tego punktu długiego marszu, w którym budzą się nowe potrzeby, harmonizujące ze światem tytanów. Wyjaśnia to przejście do tych narkotyków, które określane są mianem „środków psychofarmakologicznych”. Nazwa ta nie satysfakcjonuje: prawdopodobnie zastąpi ją jakaś inna[37].

Raz jeszcze: substancje stymulujące stały się środkiem napędowym, indyjski żeńszeń pasteryzowano. Prawdziwe zagrożenie można przeczuwać w tym, że niosą one sen pozbawiony marzeń. Phantastica straciły wraz z kulturą epoki mieszczańskiej swą wewnętrzną przeciwwagę. Gdy zburzą dom, to ogród także zdziczeje. Wraz z liliami, nenufarami, jesiennymi zimowitami secesji więdnie także mak ze swymi marzeniami sennymi.

Nadchodzi teraz, także w połowie stulecia, coś nowego, coś właściwego tytanizmowi: grupa substancji, których siły i wzorce organizują się wokół meskaliny. Są pochodzenia organicznego, należą do secretis herbarum Alberta Wielkiego[38], choć szybko, zgodnie ze stylem epoki, pozyskano je i zaczęto reprodukować drogą syntetyczną. Także i tu poprzedzał je – podobnie jak skrzydła Lilienthala poprzedzały napęd silnikowy – szereg ruchów po omacku. W instytucie Beringera badano psychiczne skutki upojenia meskalinowego[39]. Skutkiem raportów (1927) była wprawdzie obszerna, ale jednak niezbyt głęboka monografia. Hanns Heinz Ewers[40], którego można by określić jako jednego z zainteresowanych bez kontekstu, nie pominął w trakcie swoich podróży upojenia meskaliną. A przy tym nie osiągnął on poziomu, na jakim znalazł się Maupassant za sprawą eteru – była to czysta symfonia barw.

39

Ziemi meksykańskiej zawdzięczamy szereg tytanicznych wariantów; grunt jest tam prapłodny. Indyk, kukurydza, słonecznik: kurczaka, kłos pszeniczny, stokrotkę jakby przeniesiono do Brobdingnag. Nocne cienie padają poprzez ogromne byliny i owoce. Jest to grunt dla piramid i cezarów, orłów i węży, czarowników i wieszczów, czarownic i trucicieli.

Meskalina i jej pochodne mają działanie brutalniejsze, bardziej władcze niż opiaty; prowadzą nie tylko w głąb świata obrazów oraz do jego pałaców, ale jeszcze niżej, do jego piwnic. Bardzo wczesne ostrzeżenia stają się ponownie wiarygodne. Środki stymulujące i odurzające manipulują czasem, który rozciągają albo przyspieszają. Tu otwiera się ziemia; ujawnia się moc tworząca czas w swej pierwotności.

Lekarzom bliska była myśl, by w ten sposób poprawiać samopoczucie chorych, a może nawet ich leczyć, jak za sprawą gorączki czy szoku. Człowiek o upodobaniach artystycznych lub poeta może mieć jeszcze inne powody, aby zstępować do studni, gdzie łączą się Styks i Lete; z niej wypływa też kastalskie źródło. Zapomnienie i zniszczenie poprzedzają inicjację. Można to także odczytać z rozwoju malarstwa. O jego meksykańskim komponencie będzie jeszcze mowa.

Drogi przewodzenia – obrzędy żałobne

40

Jeden z centralnych problemów naszego tematu: drożność dróg przewodzenia. W odniesieniu do inteligencji byłby to taki skok, jaki biolog określa mianem mutacji.

Szok, niespodziewany atak taki jak upojenie, może raptownie otworzyć nowe perspektywy, i to za jednym zamachem, zatem nie przez rozwój czy nauczanie. Możemy wyobrazić sobie także wstrząs obalający mur. Tego rodzaju zabieg jest jednak agresywny; z drugiej strony trzeba uwzględnić to, że mur być może przez całe życie ograniczać będzie perspektywę, póki w końcu śmierć, wielki niwelator różnic, nie spowoduje, że zniknie on wraz z domem.

Gdy pępowina zostanie przecięta lub przegryziona, a noworodek zaczerpnie pierwszy oddech, jest to Wielkie Przejście, związane z otwarciem dróg przewodzenia. Także wówczas, gdy umierający wydaje ostatnie tchnienie, musi on przystąpić, lepiej lub gorzej przygotowany, do Wielkiego Przejścia. Wciąż formułuje się przypuszczenia, że zyskuje tym samym kontakt z nowymi drogami przewodzenia. Jest to kwestia wiary, my tego nie wiemy.

Także skutkiem ostrego bólu, straty ukochanego człowieka, wielkiej miłości, sukcesu, ataku epilepsji może być przełom ujawniający nowe perspektywy i zdolności. Możemy widzieć to jako połączenie z rezerwuarem nieuformowanej inteligencji. Wybijamy wówczas monetę ze sztaby czystego złota. Można to zobrazować w rozmaity sposób: łuski spadają z oczu, język się rozwiązuje, objawia się duch, wyłania się z chmur lub wynurza z odmętów morskich. Oznacza to: „Słuchaj!” albo: „Spójrz i patrz!”, albo też: „Przyjdź!”.

Wszyscy to przeżywali w tym, co małe i ulotne. Może nastąpić też przyrost mocy poetyckiej. Wielki poemat się uda, gdy rozwiąże się język; być może pozostanie jedynym celnym trafieniem pośród wielu prób. Drzewo życia zakwitło tylko raz. Moc napływała z korzeni, przychodziła z marzeń – w nich każdy jest genialny.

41

Ekstaza i upojenie – trudno odróżnić obezwładniający zachwyt od wytworzonego – Dzieje Apostolskie 2,13 i dalej[41]. Piotr jest w ogóle przykładem człowieka prostego, który uległ transformacji, obezwładniony wbrew swej woli. Skała uświadamia sobie uraniczną moc. To, że jemu przyporządkowano klucz, odznacza się symboliczną precyzją.

Także Pawła ogarnął zachwyt, i to w formie ostrego ataku, który spowodował trzydniową ślepotę. Paweł był jednak znacznie bardziej wysublimowany niż Piotr, stąd nigdy nie zyskał takiej popularności jak władca klucza.

Przewodnicy po świecie snów i marzeń, magowie i mistowie od dawna znali ścisłe powiązanie upojenia i ekstazy. Dlatego narkotyk odgrywał zawsze istotną rolę podczas święceń, inicjacji oraz misteriów. Jest jednym spośród wielu kluczy – obok medytacji, postów, tańca, muzyki, kontemplacji dzieł sztuki, silnych wzruszeń. Dlatego nie należy przeceniać jego roli. Ponadto otwiera także mroczne bramy; przykładem jest Hasan Sabbâh ze swoimi asasynami.

Posiadanie narkotyków stanowić może fundament zniewolenia, demonicznych zależności, w których nie trzeba ani strażników, ani krat. Z konopi wije się liny i pozyskuje haszysz, który silniej jeszcze wiąże – dzięki niemu burscy farmerzy trzymali za uzdę swoich Hotentotów. Konopie są także składnikiem papierosów z marihuaną; dealerzy w Chicago rozdają je gratis uczniom, przywiązując ich – jak szczurołap z Hameln – do siebie. Te dzieci wyrastały na przebiegłych złodziei, a pewnego dnia, gdy już niczego nie można było ukraść, zastawiały własną odzież, aby zaspokoić głód narkotykowy. W domu opowiadały, że padły ofiarą rabunku.

Tu uprawniona jest nazwa „jad”, a ścisły nadzór zasadny. Mimo to zirytował mnie fakt, że w tym samym Chicago, gdy w księdze pamiątkowej dla Mircei Eliadego przygotowano do druku pierwszą część tej książki, nadano jej wybrany przez tłumacza tytuł Drugs and Intoxication. Stosowniejszy wydał mi się: Drugs and Ecstasy.

Zgoda, że nie miałem tu na myśli ekstazy, ale rozrywanie kurtyny utkanej przez zmysły. Towarzyszy mu lęk, ale także nagły ból, inicjujący upojenie. Ekstaza jest niczym innym niż wehikułem przybliżającym do świata samego w sobie nieruchomego, spoczywającego. Wystarczy, gdy raz użyjemy go jako promu. W każdym razie chodzić będzie o manewr, eksperyment, próbny lot. Nie każdy winien z niego korzystać. Nie chcę tu iść tak daleko jak Huxley. Raczej chciałbym zgodzić się z Gurdżijewem[42], jednym z naszych nowoczesnych magów, że winno się dokonywać wyboru – a i w tym wypadku ostrożność jest jak najbardziej na miejscu.

42

Gurdżijew, wokół którego skupił się w Paryżu ezoteryczny krąg, zapewne drążył korytarze od dawna już zasypane. Pochodził z Kaukazu. Tego rodzaju zjawiska można by zapewne uznać za relikty etniczne. Na wyspach i w dolinach górskich zachowały się pewne zdolności, jak wykładnia wyroczni lub zdolności wizjonerskie. Coś takiego napływa i wysycha wraz ze strumieniami krwi. Może ponownie wynurzyć się z głębin, tracąc z nimi związek – jak element etruski u Rzymian, a celtycki w naszej atlantyckiej współczesności.

Gurdżijew lubił mocne trunki, podobnie jak wielu jego kaukaskich rodaków. Wydaje się w ogóle, że ktoś wtajemniczony nie respektuje reguł tak ściśle, jak domaga się tego od swoich adeptów. Ów oświecony zmarł na skutek niestrawności po spożyciu potrawy z dzika. Asceza może być dobra, równie dobre także upojenie. Są to, jak powiedziano, wehikuły. Jednak nie każdy jest w stanie rozstrzygnąć, kiedy należy taki czy inny zastosować.

Narkotykom Gurdżijew nie przypisywał wielkiego znaczenia, w każdym razie mniejsze niż Huxley, uznający meskalinę za coś w rodzaju erzacu religii. Ów człowiek pochodzący z Kaukazu mniemał jednak, że adept winien choć raz przepłynąć kataraktę aż po ostateczne granice, aby ujrzeć możliwości poza kieratem życia codziennego. Potem może dziesięć lub dwadzieścia lat pracować nad sobą.

Ta sama zatem metodyka co u Starca z Gór, jednak o intencjach metafizycznych. Innymi zasadami kierował się opisany przez Kasjana opat jednego z syryjskich klasztorów; kazał on nowicjuszom zakopywać kawałek drewna i podlewać go każdego ranka. Miało to być ćwiczenie w cierpliwości i posłuszeństwie.

43

A zatem dwie metody pedagogiczne? Z pewnością, choć wszelka teoria zawierać musi coś więcej niż metodykę. Także szkoły są wehikułami i pozbawione są wartości, gdy cel pozostaje nieznany. Każda droga, którą można pokonać, winna stanowić odwzorowanie drogi życiowej.

Opat syryjski wiedział, że życie jest ciężkie, ale wierna cierpliwość przynosi niewyobrażalny plon. Jego drewno było odwzorowaniem drzewa życia albo palmy, która w końcu wyda owoce.

Gurdżijew porusza się w obrębie tego samego toposu, tego samego Tao. Pragnie jednak w magicznym obrazie ukazać drzewo palmowe z jego owocem – nie jako fatamorganę podczas wędrówki przez pustynię ani jako obietnicę zaświatów, lecz jako osiągalny cel. Nie iluzja zatem, lecz aluzja.

44

Ponadto fatamorgana nie wisi ot tak, po prostu, „w powietrzu”. U jej „podwalin” spoczywa to, co osiągalne – rzeczywiste palmy, rzeczywiste studnie, rzeczywista oaza. A wszystko piękniejsze niż w wyobrażeniu. Nie dlatego chybia się celu, że jakoby nie istnieje, ale dlatego, że nie starczają tu zmysły oraz postrzeganie, które im ufa. Błądzi się nie za sprawą niepodważalnej prawdy, ale niedoskonałego systemu, braków inteligencji oraz instynktu.

Złuda nie jest pozbawiona istotności, ale stanowi kalkulowaną wskazówkę. Rzeczywiste miejsce oazy można ustalić już choćby na podstawie obliczeń astronomicznych. Wędrowiec ginie na pustyni dlatego, że nie starcza mu albo wiedzy, albo pragnienia – dlatego że nie krzyczał jak jeleń, „do strumieni wód”[43].

45

Jak długo pustynia i oaza różnią się od siebie, nie może być mowy o nadmiarze. Jednak nawet najbardziej suche pustynie zostaną nawodnione za pomocą techniki. Ale to dla naszego tematu kwestia marginalna.

Syryjski opat wytyczył dalszy cel niż Gurdżijew, będący do niego w takim samym stosunku jak Szymon Mag do apostołów. Jednak obaj są na pustyni; krążą po przedsionkach śmierci. Przybliżenia o mniejszym lub większym znaczeniu.

Do tego adnotacja, która służyć ma jedynie ad usum delphini i tak się ją winno rozumieć, podobnie jak uwagę o nawodnieniu pustyń: znajomość przedsionka albo poczekalni nie jest bez znaczenia. Można tu znaleźć informację o odpowiednim wyjściu, a także o odjazdach i połączeniach. Może to być szczególnie cenne zwłaszcza w miejscach, gdzie zagrażają katastrofy.

Z tego powodu od dawna w trakcie ceremonii i świąt, podczas święceń, inicjacji i misteriów odbywają się symboliczne obchody śmierci i ponownych narodzin. Po zniszczonej świadomości następuje zmartwychwstanie; pył zamienia się w blask. Wierny uczestniczy w umieraniu i powrocie Adonisa; mist unosi się z mroku ku eleuzyńskiemu światłu.

46

Zniszczenie na wszystkich płaszczyznach – także moralne, w koniecznym następstwie załamań i przebudzeń, jak je opisali Hamann[44] i Kanne[45], stanowiące element pietystycznej spowiedzi. Zniszczenie i rekonwalescencja, poczucie zmartwychwstania także po ciężkich chorobach.

Panie, z daleka

Tron Twój ujrzałem...[46]

Beznadziejność w ogóle. Bez-nadziei oznacza osiąganie punktu, w którym nadzieja zanika. Dubitare fortiter.

W stosunku do ludzi nam współczesnych nie obejdzie się bez odniesień psychologicznych i fizjologicznych. Sny mogą lata do przodu zapowiadać śmierć, a typowe obrazy prawdopodobnie mogą ją bezpośrednio poprzedzać. Jaka jest kolejność przebiegu łańcucha toksycznego przed i po ostatnim tchnieniu oraz następstwo organicznego obumierania? Co oznaczają doniesienia, wedle których wołanie umierających, przede wszystkim ludzi, którzy się topią, dobiega jakby z wielkiej odległości do matek? Czy działa tu jakaś aura – przynajmniej u ludzi wysoce wrażliwych i przy pewnych stanach?

Są to problemy sięgające aż w sferę praktyki, na przykład sposobu pochówku. Ludzie zwykle o tym rozmyślają, i to wszyscy ludzie, choć najczęściej podprogowo. Tu właśnie obrzęd żałobny mógłby wzmocnić nie tylko wizję, ale także odwagę. A być może nawet połączyć nas z drogami przewodzenia.

Notuję to 26 maja 1969 roku, w poniedziałek Zielonych Świątek, gdy trzej astronauci statku Apollo 10 po okrążeniu Księżyca powracają na Ziemię. Ich lot przejdzie do historii astronautyki – przede wszystkim z powodu skomplikowanych manewrów promu, który podszedł na minimalną odległość do powierzchni Księżyca. Były to ćwiczenia przed lądowaniem, którego sukces jest w najwyższym stopniu prawdopodobny.

No dobrze, również obrzędy żałobne należy pojmować jako ćwiczenia wstępne, a być może jako przygotowanie do o wiele istotniejszych lądowań. Sternik jest jeszcze ściśle złączony z promem, ale kiedyś go opuści.

Światło nad murem

47

Gdy rzucimy choćby pobieżne spojrzenie na potężnie narastającą literaturę o upojeniu, nie zapominając przy tym o ambiwalencji „badań”, to odnajdziemy w niej mało wiedzy, bardzo dużo natomiast naukowych wiadomości. Zaliczamy do nich nie tylko rozczłonkowanie materii oraz jego skutki – a zatem wszystkie wnioski o charakterze chemicznym, farmakologicznym i fizjologicznym. Nie satysfakcjonuje tu także sama ciekawość z jej rozlicznymi niuansami, od szwabskiego Wunderfiz[47] po egzotykę Hôtel Pimodan.

Dotyczy