Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 795

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Przerwa - Marian Keyes

„Wszystko, czego dotyka ta kobieta, przemienia się w wyborną komedię.” Cosmopolitan Kiedy Hugh oznajmia, że wyjeżdża na pół roku do Azji Południowo-Wschodniej, Amy nie wie, co ma o tym myśleć. W końcu mąż twierdzi, że wcale jej nie zostawia, potrzebuje tylko przerwy – od małżeństwa, dzieci, a przede wszystkim od wspólnego życia. Czy to wszystko jej wina? Hugh mówi, że nie, ale Amy jest pewna, że to ona popełniła jakiś fatalny błąd. Tak czy inaczej, Przerwa to jeszcze nie to samo, co zerwanie. A przynajmniej póki co. Minęło wiele lat, odkąd Amy była zdana tylko na siebie, a teraz musi utrzymać swoje trzy nastoletnie córki w ryzach do powrotu męża. W ciągu sześciu miesięcy może się jednak wiele wydarzyć. Czy kiedy Hugh wróci – o ile wróci – będzie tym samym człowiekiem, za którego wyszła? I czy Amy będzie tą samą kobietą? Bo jeśli Hugh robi sobie przerwę od ich małżeństwa, to ona też może... I zamierza z tego skorzystać. „Cudowne i serdeczne poczucie humoru Marian Keyes zawsze bawi mnie już od pierwszych stron powieści”. Liane Moriarty „Szalenie zabawna, romantyczna i prawie niemożliwa do odłożenia... Keyes świetnie pisze o miłości, żalu, zazdrości i przyjaźni”. Daily Mail „Jedna z najznakomitszych powieściopisarek z humorem i zrozumieniem prezentująca życie kobiet. Keyes jest w tym coraz lepsza”. Alice O’Keeffee

Opinie o ebooku Przerwa - Marian Keyes

Fragment ebooka Przerwa - Marian Keyes

Tytuł oryginału:

The Break

Copyright © 2017 by MARIAN KEYES

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz/novo publishing

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz, Izabela Sieranc

ISBN: 978-83-8110-741-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Louise Moore, z miłością i wdzięcznością

Przed

1PIĄTEK, 9 WRZEŚNIA

– Ja i Hugh – mówię – robimy sobie przerwę.

– Taki wyjazd z degustacją wykwintnego jedzenia? – Maura mruży oczy. – Czy wypad w stylu Rihanny? No? – Nie odpuszcza. – Chodzi o wycieczkę z frykasami?

– Nie, to…

– Czyli to jednak wypad w stylu Rihanny? No chyba jaja sobie robisz, bo przecież Rihanna ma… ile? Dwadzieścia dwa lata, a ty…

– Nie mam dwudziestu dwóch. – Muszę ją uciszyć, zanim na głos wypowie mój wiek. Zupełnie nie wiem, jak doszło do tego, że mam czterdzieści cztery lata. Najwyraźniej nie byłam czujna i teraz, kiedy ocknęłam się po czasie, usiłuję zamaskować wszelkie rzeczy, które mogą wskazywać mój wiek. Tu nie chodzi tylko o lęk przed śmiercią albo, co gorsza, lęk przed pojawieniem się drugiego podbródka. Rzecz w tym, że pracuję w branży public relations, dynamicznym, młodzieńczym sektorze, który nie ceni tych „niezbyt młodych” w swoich szeregach. Mam rachunki do zapłacenia, podchodzę do tego praktycznie.

Tak więc unikam wyjawiania swojego wieku, niemal zawsze, w nadziei, że jeśli nie powie się tego głośno, nikt się o tym nie dowie i pozostanę bez określonego wieku aż do końca świata. (Żałuję tylko, że nie przyjęłam takiej postawy, kiedy miałam dwadzieścia siedem lat, ale wtedy tak naprawdę o niczym nie miałam pojęcia).

– Jestem twoją siostrą – mówi Maura. – Starszą od ciebie o siedem lat, więc jeśli mam pięćdziesiąt jeden…

– Jasne – odpowiadam bardzo, bardzo szybko, zagłuszając ją, żeby tylko się zamknęła. – Jasne, jasne. – Maura nigdy nie przejmowała się tym, że się starzeje. Odkąd pamiętam, była już stara, raczej jak bliźniaczka papieża niż jego najstarsze dziecko.

– A więc to „przerwa”, podczas której Hugh wybywa… gdzie?

– Do Azji Południowo-Wschodniej.

– Poważnie? A potem… co?

– Wróci.

– A jeśli nie wróci?

Podzielenie się wieściami z Maurą było najgorszym pomysłem z możliwych, ale ona ma talent do wyciągania prawdy z ludzi. (Nazywamy ją Podtapiaczką). Zawsze wyniucha jakąś historię. Już od pięciu dni podejrzewała, że coś się u mnie dzieje – byłam przekonana, że nic mi nie grozi, jeśli będę unikać jej telefonów, lecz najwyraźniej żyłam złudzeniami, bo to było tylko kwestią czasu, zanim ona pokazała się u mnie w pracy i odmówiła wyjścia, dopóki nie dowie się wszystkiego.

– Słuchaj, nic jeszcze nie jest przesądzone – próbuję. – Może nie pojedzie. – Bo może rzeczywiście tak będzie.

– Nie możesz mu na to pozwolić – oznajmia. – Powiedz mu po prostu, że nie może, i niech to zakończy całą sprawę.

Gdyby to było takie proste. Nie czytała listu Hugh, więc nie wie, jakie on cierpi katusze. Pozwolenie mu na to, by wyjechał, jest moją jedyną szansą na uratowanie małżeństwa. Prawdopodobnie.

– Czy to ma związek ze śmiercią jego ojca?

Potakuję. Ojciec Hugh zmarł jedenaście miesięcy temu i Hugh po tym zamknął się w sobie.

– Myślałam, że gdy minie trochę czasu, wszystko wróci do normy.

– Ale tak nie jest. Jest wręcz przeciwnie. – Nakręca się coraz bardziej. – Pieprzona rodzina! Kiedy te melodramaty się skończą? To przypomina tę dziecięcą grę, w której uderza się młotkiem w figurki wyskakujące co chwilę w innych miejscach. – Napady gniewu Maury są mi znajome i już nie przerażają mnie tak jak dawniej. – Jak tylko jedno się ogarnie, to inne rozwala mu życie. Dlaczego każde z was to chodząca katastrofa, jedna większa od drugiej? – Ma na myśli mnie i moje rodzeństwo. Prawdę powiedziawszy, nie jest z nami tak źle. Cóż, klęski nie zdarzają się u nas częściej niż w pozostałych rodzinach, co znaczy, że dość często coś się rypie, ale tak samo jest u innych, więc w sumie jesteśmy względnie normalni. – To pewnie moja wina – oznajmia. – Byłam kiepskim wzorem?

– Tak.

W rzeczywistości jest najmniej kiepskim wzorem, jaki kiedykolwiek chodził po świecie, ale i tak mnie zdenerwowała. W końcu, biorąc wszystko pod uwagę, należy mi się współczucie.

– Jesteś okrutna! – oburza się. – Spróbuj być małą dziewczynką – ma na myśli siebie – której mama przez wiele miesięcy leży w szpitalu na gruźlicę, kiedy nawet nie było głośno o tej chorobie i wydawało się, że ona już nie istnieje. Małą dziewczynką, która ma czworo młodszego, wiecznie ryczącego rodzeństwa i wielki, zimny dom, który totalnie się sypie, oraz ojca, który nie radzi sobie z tym wszystkim. Owszem, mam nad wyraz rozwinięte poczucie odpowiedzialności, ale…

Znam tę przemowę i mogłabym ją odtworzyć słowo w słowo, uciszenie Maury na tym etapie jest jednak niemożliwe. (Moje rodzeństwo i ja uwielbiamy żartować, że jej mąż, BD – Biedny Drań – wykształcił u siebie spontaniczny mutyzm tuż po ich ślubie i że nikt nie słyszał, by powiedział cokolwiek przez ostatnich dwadzieścia jeden lat. Upieramy się, że ostatnie słowo, jakie padło z jego ust – pobrzmiewające sporymi wątpliwościami – to było „Przyrzekam…?”).

– O co chodzi? – pytam zaskoczona jej antypatią. – Nie zrobiłam niczego złego.

– Na razie – odpowiada. – Na razie!

– Co masz na myśli?

Wygląda na zaskoczoną.

– Jeśli twój mąż „robi sobie przerwę” od waszego małżeństwa – pokazuje palcami cudzysłów – to czy i ty nie masz – kolejny cudzysłów – „przerwy”?

Mija dłuższa chwila, zanim jej słowa do mnie docierają. I wtedy ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu coś się we mnie porusza, jakiś promyk nadziei, i sprawia, że po tych okropnych ostatnich pięciu dniach odczuwam słodką ulgę. W jakimś zakamarku mojej duszy zapala się maleńka iskierka.

– Skoro tak mówisz – odpowiadam powoli – w takim razie chyba i ja mam przerwę.

2

Maura osiągnęła to, po co przyszła, i teraz zbiera swoje rzeczy: solidną brązową aktówkę i kurtkę przeciwdeszczową.

– Mauro, proszę cię. Nie możesz tego powiedzieć reszcie – domagam się.

– Ale oni są twoją rodziną. – Jakim cudem udało jej się powiedzieć to tak, że zabrzmiało jak przekleństwo? – A Hugh od dawna już nie przychodził na piątkowe kolacje. Domyślają się, że coś jest nie tak.

– Mówię poważnie. Dziewczynki o niczym nie wiedzą i to nie może dotrzeć do nich przez głuchy telefon. – Przerywam. Wolno jeszcze w dzisiejszych czasach mówić „głuchy telefon”? Lepiej nie ryzykować. – Nie mogą dowiedzieć się o tym przez przypadek. – Może to nie takie barwne określenie, ale musi wystarczyć.

– Nie powiedziałaś nawet Derry? – W głosie Maury pobrzmiewa zaskoczenie.

Derry to nasza siostra. Jest tylko piętnaście miesięcy starsza ode mnie, jesteśmy sobie bardzo bliskie.

– Słuchaj, może w ogóle do tego nie dojdzie. Może Hugh nie wyjedzie.

Po raz pierwszy na jej twarzy pojawia się współczucie.

– Tkwisz w stanie zaprzeczenia.

– W czymś na pewno tkwię – przyznaję. – Chyba w szoku. – Ale są też wstyd, strach, ból, wina i owszem, zaprzeczenie… wszystko to razem tworzy straszną plątaninę.

– Nadal możesz zająć się dzisiejszą kolacją?

– Tak. – Piątkowa kolacja w domu rodziców to tradycja, którą kultywujemy już od co najmniej dziesięciu lat. Mama nie jest w stanie obsłużyć całej gromady, która pojawia się tam co tydzień: moje rodzeństwo, ich dzieci, ich partnerzy, byli i obecni (o tak, jesteśmy bardzo nowocześni), więc na zmianę zajmujemy się cateringiem tego spotkania. – Jak myślisz, ile osób pojawi się dzisiaj? – pytam.

O’Connellowie są tak szaloną gromadą, że nigdy nie udaje się ustalić dokładnej liczby gości dla celów cateringowych. W każdy piątek esemesy śmigają tam i z powrotem, ludzie potwierdzają obecność, odwołują ją, kolejne osoby są dodawane, potem odejmowane, i tylko jedno jest pewne: ostateczna liczba nie będzie tą, której się spodziewałeś. Ale niezależnie od tego najlepiej być przygotowanym na cały tłum. Nie daj Boże miałoby braknąć jedzenia podczas twojego dyżuru: oni nigdy już nie pozwolą ci o tym zapomnieć.

– Ja – mówi Maura, zaczynając odliczać na palcach. – Ty. Hugh oczywiście nie.

Wzdrygam się.

Delikatne pukanie do drzwi przerywa naszą rozmowę. Pojawia się w nich głowa Thamy.

– Zaraz tu będzie – oznajmia.

– Musisz już iść – mówię Maurze. – Mam spotkanie.

– W piątek po południu? – W głosie Maury pobrzmiewa podejrzliwość. – Kto robi spotkania w piątkowe popołudnie? Ktoś ma kłopoty, prawda?

– Proszę, idź już.

Hatch, maleńka agencja – tylko trzech członków, w tym ja – zajmuje się wszelkimi działaniami PR, między innymi zarządzaniem wizerunkiem. Rehabilitujemy wizerunki polityków, ludzi sportu, aktorów – różnych osób publicznych, które zaznały upokorzenia. Dawniej chodziło zwykle o skandale na tle seksualnym, ale obecnie liczba sposobów okrycia się hańbą stale rośnie. Oskarżenia o rasizm, co jest grubą sprawą, mogą – całkiem słusznie zresztą – przyczynić się do tego, że stracisz pracę. Seksizm, ageizm i dyskryminacja ze względu na tuszę są ryzykowne, tak jak i tyranizowanie innych, kradzież małych przedmiotów, jak na przykład pióro Putina, czy parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych, gdy nie jest się osobą niepełnosprawną.

Rzecz jasna metody publicznego potępienia również się zmieniły: za starych, dobrych czasów ci, którzy coś przeskrobali, żyli w strachu przed pierwszą stroną niedzielnego brukowca. Ale ponieważ w dzisiejszym świecie wszystko można uchwycić telefonem, ludzie boją się, że wieści o ich występku rozejdą się szybko.

– Będzie coś za friko? – pyta Maura, kiedy wraz z Thamy przeganiamy ją przez główne biuro i kierujemy ku wyjściu.

– Daj jej majtki dla osób z problemem nietrzymania moczu – instruuję Thamy.

ZawszeSucha jest jednym z naszych największych klientów i choć brzmi to ponuro, produkty dla osób z problemem nietrzymania moczu to obszar rozwojowy.

– Hej! – mówi Maura. – Nie mam problemu z nietrzymaniem moczu. Nie ma czekolady? Och, Alastair.

Alastair wrócił właśnie z Londynu, wygląda więc szczególnie imponująco w tym swoim garniturze z wyższej półki i śnieżnobiałej koszuli. Obejmuje Maurę srebrzystymi oczami, a potem powoli wyzwala Ten Uśmiech. Jest żałosny.

– Cześć, Mauro – mówi niskim, poufałym głosem.

– Cześć – odpowiada piskliwie i oblewa się rumieńcem.

– Czekolada? – pyta Alastair. – Chwileczkę…

Hatch reprezentuje wytwórcę czekolady, co jest prawdziwą męką, ponieważ przysyłają próbki do biura i czasami to jest po prostu zbyt męczące, żeby się opierać.

Alastair wyjmuje z szafki pudełko czekoladek, a potem jeszcze kilka peelingów do ciała zrobionych z torfu (wiem to). W ramach małego przejawu buntu dokładam do tego zestawu paczkę majtek dla osób nietrzymających moczu.

Thamy prowadzi moją siostrę do schodów, żeby nie wpadła na Panią ZawszeSuchą, która przyjedzie windą. Thamy jest prawdziwym wybawieniem – ta urocza osóbka pochodzi z Brazylii i zajmuje się u nas recepcją, fakturami i przyjmowaniem towaru. Potrafi przekonać nawet najbardziej opornych dłużników, żeby wyskoczyli z kasy, nigdy nie burzy się o robienie kawy i – w przeciwieństwie do wszystkich swoich poprzedniczek – nie jest przygłupia. Wręcz przeciwnie. (Obawiam się używania słowa „przygłup” – zdarzało się już, że na kogoś spadła na Twitterze fala hejtu za mniejsze przewinienia. Przywracanie dobrej sławy ludziom, którzy się skompromitowali, sprawia, że stajesz się wyczulony na takie kwestie).

Alastair i ja kierujemy się do niewielkiej salki konferencyjnej, czyli pomieszczenia, w którym dosłownie chwilę temu Maura wydusiła ze mnie moją smutną tajemnicę. (Siedziba firmy Hatch jest maleńka, bo tylko na tyle nas stać. Weźcie pod uwagę to, że dwa dni w tygodniu pracuję w Londynie, gdzie nie możemy sobie pozwolić na jakąkolwiek przestrzeń biurową).

Nie mam czasu, żeby wyszczotkować włosy, więc pytam Alastaira:

– Dobrze wyglądam?

Kiedy ludzie się dowiadują, że pracuję w firmie public relations, z trudem przychodzi im ukrywanie zdumienia. Kobiety z PR-u zwykle są wysokie, chude, mają blond włosy i zachowują dystans; noszą obcisłe białe garsonki, które opinają ich pozbawione cellulitu tyłki; na ich twarzach widnieją chłodne uśmiechy, a otaczająca je aura jest wręcz lodowata. Przy moim nikczemnym wzroście i z tendencją do zaokrąglania się, której muszę ostro pilnować, zdecydowanie nie wyglądam jak ktoś z ich grona. Jednocześnie tak się składa, że jestem dobra w tym, co robię.

– Rozczochranie może być urocze – stwierdza Alastair. – Sprawia, że stajesz się sympatyczna. Ale… – Zaczyna poprawiać mój kołnierzyk. – …dzisiaj chyba pozwoliłaś sobie na zbyt wielki nieład.

Odsuwam jego dłoń. Zdecydowanie za łatwo przychodzi mu dotykanie kobiet. Niemniej jednak moja sukienka jest pomięta – moje wewnętrzne rozbicie nie może zacząć przejawiać się w wyglądzie zewnętrznym. W głowie robię szybki przegląd możliwych sposobów na poprawę swojego image’u. Prasowanie ubrań do pracy: to byłby dobry, porządny start.

Dźgnięta dziką nadzieją, zaczynam się zastanawiać, czy nie zrobić czegoś magicznego z włosami. Może podetnę je o kilkanaście centymetrów? Ale to byłoby równoznaczne z samookaleczaniem się – moje włosy są dla mnie niemal doskonałe. Może wymagają nieco więcej troski i – według artykułów w kolorowych czasopismach – są odrobinę za długie jak dla kobiety po czterdziestce, lecz to najbardziej olśniewająca rzecz, jaką posiadam.

A co z kolorem? Czy w końcu nadeszła pora, by odejść od ciemnego brązu na rzecz bardziej stosownych dla wieku jaśniejszych odcieni?

Mój fryzjer wygłosił mi znany już wykład na temat tego, jak to z wiekiem kobietom blednie skóra. „Jeśli nadal będziesz farbować włosy na taki ciemny kolor – tłumaczył – będziesz wyglądać, jakby cię zabalsamowano”. „Wiem, co ci wszyscy mędrcy uważają – mówię mu – naprawdę wiem, Lovatt. Ale w tym przypadku mędrcy się mylą. Jestem wyjątkiem. Albo dziwaczką, jeśli wolisz taką wersję”. Nie wolał. Zacisnął usta w wyrazie buntu i zrobił mi na głowie straszny tapir.

– Masz jakieś fajne plany na weekend? – pyta Alastair.

Myślę o planowanej przez Hugh ucieczce. O tym, że trzeba powiedzieć dziewczynkom. I o tym, że to oznacza koniec życia, jakie znałam do tej pory. Wzruszam ramionami.

– Nie bardzo. A ty?

– Kurs. – Wygląda na nieco zmieszanego.

– Kolejny z twoich wypadów w stylu „Poznaj tajemnicę szczęścia w czterdzieści osiem godzin”? Alastair – mówię bezradnie – szukasz czegoś, co nie istnieje.

Wygląda na to, że mój partner w interesach jeden weekend w miesiącu poświęca na „Uzdrawianie ran z dzieciństwa”, „Pustkę w erze nadmiaru” albo coś w tym rodzaju, ale jak dotąd żaden z tych zabiegów nie zadziałał.

– Oto tajemnica szczęścia – mówię. – Pij tak dużo, jak tylko ujdzie ci na sucho. Szalej na zakupach. I jeśli wszystko inne zawiedzie, spędź trzy dni w łóżku, objadając się pączkami. Jak według ciebie reszta z nas sobie radzi?

Zanim Alastair ma szansę się obronić, przychodzi Tim, czyli trzeci partner w firmie Hatch.

Cała nasza trójka – Tim, Alastair i ja – pracowała razem w wielkiej irlandzkiej agencji PR, ale jakieś pięć lat temu nas zwolniono. W ramach swoich nieustannych poszukiwań Alastair udał się do aśramy w Indiach, skąd go wywalono, bo nie przestawał bzykać się z wielbicielkami jogi. Spędziłam kilka lat we freelancerskiej dziczy, a Tim wrócił na studia i zrobił dyplom księgowego. To powinno wam nakreślić trzy różne osobowości, jakie Alastair, Tim i ja wnosimy do firmy.

Założyliśmy naszą małą agencję jakieś dwa i pół roku temu i chybotliwym krokiem przechodzimy z jednego miesiąca w następny, zastanawiając się, czy za kolejne trzydzieści dni będziemy jeszcze funkcjonować. Takie życie jest stresujące. Tak bardzo, że nabawiłam się wrzodów żołądka, a zantac łykam jak tic taki. Moja lekarka (ta sama od dwunastu lat) zaleciła mi wyeliminowanie z życia całego stresu – przytaknęłam jej posłusznie, ale w myślach rzuciłam sarkastycznie: „Serio?”. Potem powiedziała mi, że powinnam pozbyć się kilku kilogramów, i zachciało mi się płakać: ta nadwaga była efektem ubocznym tego, że przestałam palić. I to właśnie sprawiło, że zaczęłam rozważać robienie tych wszystkich złych rzeczy i wczesne zejście z tego świata, lecz wtedy przynajmniej cieszyłabym się życiem.

Oto pojawia się Pani ZawszeSucha, korpulentna i budząca strach, w sukience szytej na miarę, a my zrywamy się na równe nogi i witamy ją ciepło. Maura źle to zrozumiała, kiedy stwierdziła, że popołudniowe spotkanie w piątek wskazuje na kryzys: wtedy właśnie Pani ZawszeSucha życzy sobie otrzymywać miesięczne sprawozdanie z postępów naszej pracy. Mieszka w jakiejś wiosce dalekiej od idylli i jest jej na rękę przyjazd na weekend do Dublina na zakupy.

– Ty. – Wskazuje na mnie.

Cholera. Co ja takiego zrobiłam? Albo czego nie zrobiłam?

– Podobno jesteś matką Neeve Aldin – mówi. – Neeve Aldin z Weź się ogarnij!

– Och? Tak!

– Oglądam jej vlog makijażowy z moją czternastoletnią córką. Megazabawny, obie nieźle się przy tym śmiejemy.

– Cóż… świetnie.

– Wszystko fajnie, ale chyba pójdę z torbami przez kupowanie tych produktów, które ona reklamuje. Może byś ją poprosiła, żeby promowała nieco tańsze marki?

– Spróbuję! – Nie ma najmniejszej szansy na to, żeby Neeve mnie posłuchała.

– Jakim cudem ma inne nazwisko niż ty?

– Jest córką z mojego pierwszego małżeństwa. Nosi nazwisko swojego ojca.

– No i tajemnica się wyjaśniła. Zaczynajmy.

Ruszamy z raportem i Pani ZawszeSucha z zadowoleniem przyjmuje niektóre nasze postępy – wspomniano o nas w serialu Coronation Street.

– Postanowiłam, że potrzebujemy ambasadora – oznajmia. Jej słowa trafiają w ciszę pełną osłupienia. – Potrzeba nam publicznej twarzy marki.

Wiemy, kim jest ambasador, ale nie mamy pojęcia, jak jej przekazać, że raczej nie ma się co łudzić.

– To interesujące… – próbuję grać na zwłokę.

– Nie zagaduj mnie tu – odparowuje.

Alastair będzie musiał to załagodzić – ona go uwielbia.

– Pani Mullen – mówi łagodnie. – Nie będzie łatwo znaleźć osobę skłonną przyznać publicznie, że cierpi na nietrzymanie moczu.

– Potrzebujemy tylko jednej osoby – odpowiada. – Wtedy wszyscy zaczną o nas mówić.

I tu ma rację. Jeszcze nie tak dawno chorowanie na raka utrzymywało się w tajemnicy, nikt też nie przyznawał się do tego, że cierpi na alzheimera.

– Wszyscy cierpią na nietrzymanie moczu! – oznajmia Pani ZawszeSucha. Spogląda na Alastaira i ton jej głosu łagodnieje. – Cóż, może nie pan. Pan jest doskonały.

– Mam więcej mankamentów, niż mogłaby pani sobie wyobrazić. – Alastairowi wydaje się, że jest teraz czarujący, ale ja się z nim zgadzam.

Pani ZawszeSucha przygląda się Timowi.

– Pan też chyba raczej nie ma problemów z moczem.

– Jestem na to za młody – mówi Tim.

– I zbyt sztywniacki.

Wszyscy parskamy niespodziewanym śmiechem. Pani ZawszeSucha jest naszą najważniejszą klientką, lecz trudno jej nie lubić.

Teraz spogląda na mnie.

– Nie mogę powiedzieć, bym borykała się z tym problemem – mówię przepraszającym tonem – choć mój pęcherz z pewnością nie jest już tak sprawny jak dawniej.

– Może jeszcze nie wszyscy cierpią na nietrzymanie moczu – przyznaje Pani ZawszeSucha. – Lecz wkrótce będą. Ponieważ wszyscy żyjemy zbyt długo.

O tym właśnie usiłował przekonać mnie Hugh, kiedy podzielił się ze mną tą straszną nowiną. Maleńki promyk nadziei, który wznieciła wizyta Maury, zostaje gwałtownie zgaszony i znów ogarniają mnie smutek i przerażenie.

3

Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że Hugh cierpi – jego ojciec zmarł, czego właściwie można się było spodziewać, a jego mama nie żyła już od ośmiu lat, więc teraz oficjalnie został sierotą.

Na razie nikt z mojej rodziny nie zmarł, ale dzięki doktorowi Philowi1 wiem, że każdy człowiek inaczej przechodzi żałobę, i jedyne, co mogę zrobić dla Hugh, to po prostu być przy nim. Mimo że przekonywałam go, by się wypłakał, on nie uronił ani jednej łzy. I choć udzieliłam milczącego pozwolenia na nadmierne picie przez jakiś czas, on trwał przy swoich kilku butelkach piwa rzemieślniczego. Zaproponowałam nawet, że wybiorę się z nim na snowboard, chociaż nieco obawiałam się widoku samej siebie w kombinezonie narciarskim.

Starałam się, by jego życie było jak najbardziej pozbawione stresu – co przeważnie polegało na rozładowywaniu napięć między nim a Neeve – i często pytałam: „Chciałbyś porozmawiać?”.

Rozmowa była jednak ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

Bzykania też nie za dużo, jeśli już o tym mowa. Może akurat tego nie poruszamy, ale trzeba to powiedzieć. Po śmierci ojca Hugh niewiele czasu spędzał w łóżku. Przesiadywał do późna, urządzał sobie maratony filmów kryminalnych i zawsze wstawał przede mną.

Aż pewnego czwartku w marcu, jakieś cztery czy pięć miesięcy po pogrzebie, obudziłam się nagle koło szóstej rano. Hugh nie było w łóżku, a jego miejsce wydawało się zimne. Mimo że samochód mojego męża nadal stał przed domem, jego samego nigdzie nie było. Niezwykle zaniepokojona zadzwoniłam do niego i kiedy nie odebrał, moja wyobraźnia powędrowała w najmroczniejsze miejsca. Tak wiele się słyszy o samobójstwach popełnianych przez mężczyzn i dzieje się to – pozornie – bez ostrzeżenia.

Cierpienie nie było w stylu Hugh. Z zasady był bardzo opanowany i paradoksalnie to właśnie ta jego stateczność przekonała mnie, że znalazł się w niebezpieczeństwie – przejawiał zbytni stoicyzm, tłumił w sobie emocje.

Ogarnięta paniką narzuciłam na siebie jakieś ubrania i zrobiłam rundkę po Dundrum, szukając męża o świcie.

Marley Park wydawał się oczywistym wyborem – wszystkie te drzewa – ale nikogo tam nie było, więc jeździłam po ulicach w naszej okolicy przez jakąś godzinę, bardzo długą godzinę, aż zadzwonił mój telefon. To był on. Tak bardzo się nakręciłam, że ledwo byłam w stanie uwierzyć, że to jego głos.

– Gdzie jesteś? – spytał.

– A gdzie ty jesteś?

– W domu.

– Zostań tam.

Twierdził, że poszedł się przejść. Uwierzyłam mu, lecz było to wysoce niepokojące. Bieganie – nawet takie w środku nocy – jest całkiem normalne, prawda? Spacer natomiast wydawał się nieco dziwny.

– Martwiłam się o ciebie. Pomyślałam, że mogłeś…

– Nie. Nigdy bym tego nie zrobił.

– Ale ja nie mam pojęcia, co się z tobą dzieje.

– Tak – westchnął. – Ja też nie wiem, co się ze mną dzieje.

– Kochanie, chyba pora, żebyś zasięgnął porady na temat antydepresantów.

– W porządku – odpowiedział po dłuższej chwili.

I wtedy serio ogarnęła mnie panika. Hugh zrobiłby wszystko, żeby uniknąć pójścia do lekarza – jeśliby odpadła mu noga, stwierdziłby pewnie, że to zbędny kawałek ciała, nawet gdyby przyszło mu skakać na drugiej, żeby się nie przewrócić.

A jednak wybrał się na wizytę i przepisano mu seroxat. (Wiedziałam, że to antydepresant dla początkujących – w moim życiu, czyli kobiety pochodzącej z klasy średniej, przewijało się wiele osób biorących takie leki lub znających kogoś, kto je zażywa).

Mimo że zaczął brać te tabletki, nadal regularnie znikał w środku nocy, a kiedy powiedziałam o tym mojej siostrze Derry, ona odparła: „Chyba nie odwiedza w tym czasie jakiejś kobiety?”.

To jasne, że ta myśl przyszła mi do głowy, instynkt podpowiadał mi jednak, że cokolwiek kotłowało się w Hugh, nie chodziło w tym o ponadprogramowe bzykanko.

Przekonałam go więc do kolejnej rozmowy i zasugerowałam, że powinien udać się do terapeuty, który specjalizuje się w pomaganiu osobom przechodzącym żałobę.

– A co to miałoby dać? – spytał z martwym wzrokiem.

Nie znałam odpowiedzi na to pytanie. Nie miałam zielonego pojęcia o szczegółach sesji terapeutycznych. Ale…

– Wielu ludziom pogrążonym w żałobie takie sesje pomagają.

– Ile to kosztuje?

– Mogę się dowiedzieć.

– Ile razy musiałbym tam pójść?

– Pewnie są różne opcje.

– Myślisz, że to mi pomoże?

– Cóż, ludziom pomaga. Dlaczego w twoim przypadku miałoby być inaczej?

– W porządku. – Westchnął ciężko. – Może powinienem to zrobić. – Po czym dodał: – Nie mogę tak dalej funkcjonować.

To mnie przeraziło.

– Co masz na myśli, kochanie?

– Po prostu… nie mogę tak dalej żyć.

– To znaczy jak?

– Wszystko wydaje się bezsensowne.

– Powiedz mi, proszę.

Pokręcił głową.

– Tu nie ma nic do mówienia. Po prostu wszystko wydaje się pozbawione sensu.

Wiedziałam, że nie ma co przekonywać go, że nie wszystko jest bez sensu. Ale przyglądanie się jego cierpieniu i niemożność dotarcia do niego były okrutnie frustrujące. My, którzy byliśmy przecież tak blisko ze sobą związani, teraz oddaliliśmy się od siebie o całe lata świetlne.

Alastair był moim źródłem wszelkich porad związanych z rozwojem emocjonalnym. Dał mi nazwisko terapeutki, która specjalizowała się w pomocy osobom przechodzącym żałobę. „Jest droga” – ostrzegł mnie. Ale to mnie nie obchodziło. Każde pieniądze były tego warte, jeśli miało to wyrwać Hugh z jego bolesnej apatii.

– Jak było? – spytałam po pierwszej sesji.

– Nie wiem – odpowiedział z twarzą pozbawioną wyrazu.

– Pójdziesz tam znowu?

– Tak. W przyszłym tygodniu. Terapeutka mówi, że mam przeznaczyć na to dziesięć tygodni.

– W porządku. Dobrze. Wspaniale, Hugh. Świetna robota.

Gapił się na mnie, jakby nie wiedział, kim jestem.

Tak więc przez kilka czwartków z rzędu Hugh chodził do terapeutki. Starałam się nie wypytywać go o to, ale zawsze rzucałam lekko:

– Jak było?

Zwykle wzruszał ramionami i wydawał jakieś wymijające dźwięki, ale pod koniec terapii powiedział płaskim głosem:

– To chyba nie działa.

To mnie przybiło, lecz zmusiłam się do pogodnego tonu.

– Daj temu trochę czasu – powiedziałam.

Pozytywnie nastrajała mnie nadzieja, że kiedy przeżyjemy już pierwszą rocznicę śmierci ojca Hugh, może będzie mu lepiej.

Wtedy wydarzyła się najbardziej przerażająca rzecz: zmarł przyjaciel Hugh, człowiek, którego mój mąż znał, odkąd skończył pięć lat. Okoliczności śmierci były wyjątkowo okropne: Gavina użądliła osa i doznał szoku anafilaktycznego. Nikt nie miał pojęcia, że był uczulony na jad os – cała ta sytuacja spadła na nas niczym grom z jasnego nieba.

Było mi żal żony Gavina, jego dzieci, rodziców oraz rodzeństwa, ale – za co było mi wstyd – bardziej martwiłam się o Hugh. Wiedziałam, że to mocno go dotknie. Wszelka poprawa, jaką być może osiągnął przez te wszystkie miesiące od śmierci ojca, teraz z pewnością ulegnie zniweczeniu.

Nie myliłam się. Hugh od razu porzucił sesje terapeutyczne i wychodził z pokoju, kiedy tylko poruszałam ten temat. Zaczął ulatniać się z pracy i godzinami oglądał filmy na Netflixie. Przestał spotykać się z przyjaciółmi, wycofał się z wszelkich imprez rodzinnych i prawie w ogóle się nie odzywał.

W lipcu pojechaliśmy wraz z dziewczynkami na wakacje na Sardynię – żywiłam rozpaczliwą nadzieję, że promienie słoneczne wpłyną na męża uzdrawiająco. Ale on siedział tylko w milczeniu i wpatrywał się w morze, podczas gdy reszta z nas z obawą stąpała wokół niego na paluszkach.

Kiedy wróciliśmy do domu, ku mojej niemałej rozpaczy dotarło do mnie, że jedyne, co mogę zrobić, to przeczekać wszystko, a zapowiadało się, że to może potrwać.

Jednakże jakieś trzy tygodnie temu zaproszono nas na drinka – to były czyjeś urodziny – i Hugh niespodziewanie zgodził się pójść. Serce podskoczyło mi z nadzieją, a ciągły ucisk, który czułam w brzuchu, nieco zelżał.

Ale jak tylko tam dotarliśmy, dopadła nas moja największa (nie)przyjaciółka, Genevieve Payne.

– Hugh! Kogo my tu widzimy… – Zaczęła głaskać jego ramię. – Jakież ten facet ma oczy! – zachwycała się. – Takie niebieskie! Takie seksowne! Wiesz, Amy, gdyby Hugh był moim mężem, nie wypuszczałabym go w ogóle z łóżka.

Zawsze tak dokazywała w jego towarzystwie. Z moich ust wyszło: „Ha, ha, ha”, ale moje oczy mówiły „Mogę rąbnąć cię siekierą w głowę?”.

Dawniej Hugh przyjmował jej zainteresowanie z milczącym spokojem – nie zbywał jej, ale też jej nie zwodził. Był po prostu uprzejmy. Wiedział, jak bardzo zastraszała mnie jej zmysłowa pewność siebie.

Tym razem jednak obrócił się i uśmiechnął do niej – nie widziałam, by się uśmiechał w ciągu tego ostatniego roku. Genevieve zarumieniła się, właściwie to wyglądała na zawstydzoną, a mnie w środku przepełniły chłód i lęk.

Kiedy jechaliśmy do domu, powiedziałam:

– Możesz mieć romans z kimkolwiek chcesz na całym świecie, poza Genevieve Payne.

Zawsze gdy to mówiłam – a robiłam tak za każdym razem, kiedy ją widziałam – Hugh odpowiadał: „Kochanie, nigdy nie będę miał z nikim romansu”. Ale tym razem rzucił jedynie:

– W porządku. – Żadnego „kochanie”. I tylko „w porządku”.

Otwarłam usta, lecz potem pomyślałam: Nie, odpuść sobie.

Przeskakujemy do poprzedniej soboty wieczorem, kiedy byliśmy sami w domu. Hugh siedział w kuchni i od kilku godzin stukał zawzięcie na swoim iPadzie. Rzuciłam okiem ponad jego ramieniem i zobaczyłam, że coś tam podlicza. Nie uznałam tego za nic szczególnego, lecz gdy znów po jakimś czasie pojawiłam się w kuchni, on nadal się tym zajmował.

– Co robisz?

Zawahał się i sposób, w jaki to zrobił, sprawił, że zakłuło mnie z niepokoju w trzewiach.

– Sprawdzam nasze finanse – odpowiedział.

Przyglądałam mu się w ciszy przez dłuższą chwilę. To było bez sensu. Dopiero co przed dwoma miesiącami nasze kiepskie finanse doznały znaczącej poprawy, kiedy w końcu udało się sprzedać dom jego ojca. Dochód z tej transakcji został podzielony między Hugh oraz jego trzech braci. Po tym jak odliczyliśmy kwoty potrzebne na czesne za szkoły Sofie i Kiary, aparat na zęby dla Kiary, naprawiliśmy felerny system alarmowy w domu, ogarnęliśmy przeciekający sufit w pokoju Neeve, polecieliśmy na wakacje na Sardynię i spłaciliśmy karty kredytowe, pozostała kwota może starczyłaby nam na zakup połowy samochodu. (Takiego średniej klasy, nie mam na myśli niczego bajeranckiego).

Jako że nigdy wcześniej nie zaznaliśmy równowagi finansowej, ta niespotykana sytuacja, gdy nie musimy się martwić, czy naszej karty nie odrzuci przy każdej transakcji, napawała radością. Posiadanie prawdziwej gotówki, którą można dysponować, sprawiło, że niemal zwariowałam ze szczęścia. Zaczęłam używać słowa „oszczędności”, mimo że dotąd było to dla mnie niezwykle irytujące hasło.

Miałam wielkie plany związane z tymi oszczędnościami i przygotowałam długą listę życzeń: wymiana naszego nieprzewidywalnego bojlera, zakup tak bardzo już potrzebnej nowej kanapy, spłacenie choć niewielkiej części kredytu czy nawet – to było ukryte, desperackie pragnienie – wysłanie Hugh i mnie na jakieś skromne wakacje, tylko we dwójkę, w nadziei na to, że jakoś ponownie zbliżymy się do siebie.

Nic nie wyjaśniało długich obliczeń, które Hugh robił przez cały wieczór, i mogłabym zażądać wyjaśnień, ale coś – strach? – podpowiedziało mi, żebym odpuściła.

Następnego wieczoru, gdy dziewczynki poszły już spać, oznajmił:

– Musimy porozmawiać.

Tego zdania nikt z nas nigdy nie chce usłyszeć. Zważywszy jednak na to, że w ciągu całego minionego roku Hugh skierował do mnie zaledwie kilka słów, byłam zaintrygowana.

Podał mi kieliszek z winem.

– Możemy usiąść przy stole kuchennym?

Rozmowa, przed którą muszę być zmiękczona alkoholem? Rozmowa, podczas której mamy siedzieć twarzą w twarz?

Zrobiłam solidny łyk wina, poszłam do kuchni, usiadłam przy stole i znów golnęłam sobie wina.

– Dajesz.

Hugh tkwił naprzeciw mnie ze spuszczonym wzrokiem, jakby tajemnice tego świata były zapisane na drewnianym blacie.

– Kocham cię. – Rzucił mi spojrzenie, a jego oczy przepełniała szczerość. Po czym wrócił do studiowania powierzchni naszego stołu. – Chcę pozostać twoim mężem.

Dobre słowa, tak, ładne, właściwe słowa. Lecz nawet największy idiota zauważy, że wielkie „ale” wisi nad nami niczym betonowy blok.

– Ale? – podpowiedziałam.

Jego dłoń zacisnęła się na butelce piwa i minęła dłuższa chwila, zanim się odezwał.

– Potrzebuję przerwy.

Niedobrze. Bardzo, bardzo niedobrze.

– Możesz na mnie spojrzeć? – Jeśli będę widzieć jego twarz, może uda mi się to zatrzymać.

– Przykro mi. – Usiadł prosto i widok jego twarzy, tak bardzo teraz wyraźny, był dla mnie w pewnym sensie zaskoczeniem, bo gdy jesteś z kimś od dłuższego czasu, rzadko kiedy zaprzątasz sobie głowę przyglądaniem się mu dokładnie. Wydaje się wyczerpany, pomyślałam. – Nie wyrażam się jasno. – Jego głos brzmiał żałośnie. – Spisałem to w liście. Mogę ci go pokazać? – Przesunął iPada po stole.

Mój Aniele,

kocham Cię. Zawsze będę Cię kochał. Chcę, żebyśmy byli razem.

Ale pragnę czegoś innego. Potrzebuję czegoś więcej.

Sądzę, że to z powodu taty, a potem Gavina. Jestem w stanie myśleć tylko o daremności życia; dostajemy jedną szansę, nie trwa ona zbyt długo, a potem umieramy. Mam wrażenie, że nie zrobiłem ze swoim życiem tego, co powinienem. Że nie zrobiłem wystarczająco dużo dla siebie. Kocham Neeve, Sofie i Kiarę całym swoim sercem, ale czuję, że poświęciłem zbyt wiele, stawiając nasze córki ponad sobą. Potrzebuję czasu, kiedy to siebie postawię na pierwszym miejscu.

Gdy to piszę, brzmi to bardzo egoistycznie, i mam świadomość, że są tacy, którzy wiodą straszne życie, od którego nie mogą uciec. Ty też z pewnością czujesz, że Twój czas ciągle zajmują inni ludzie, a sama jesteś ostatnia na liście osób, którym możesz poświęcić uwagę. Lecz ja mam wrażenie, jakby grzebano mnie żywcem, i prędzej czy później wybuchnę, jeśli czegoś nie zmienię. To mnie niszczy i nie mogę już funkcjonować tak dalej.

Wiem, że to Cię zaboli, i nienawidzę się za to, ale nie mogę powstrzymać swoich myśli. Chcę zostać ze względu na Ciebie, lecz muszę wyjechać dla siebie samego. Jestem rozdarty, utknąłem w pułapce.

Owszem, przeżywam kryzys wieku średniego, ale nie potrzeba mi sportowego samochodu. Chcę tylko odrobiny wolności. Naprawdę uważam, że na dłuższą metę będzie to dla nas najlepsze rozwiązanie.

Chcę, żebyśmy zestarzeli się razem. Chcę być z Tobą aż do końca.

Tu nie chodzi tylko o seks. Wiem, że będziesz się zamartwiać, ale to nie seks jest przyczyną.

I to nie jest tchórzowski sposób na powiedzenie, że pragnę naszego rozstania. Kocham Cię, kocham nasze wspólne życie, zawsze będę Cię kochał i obiecuję, że wrócę za pół roku.

Hugh

Jezu Chryste. Jezu Chryste.

Dobrze, że siedzę, bo zakręciło mi się w głowie. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja patrzyłam na niego, jakby był kimś obcym.

– Amy?

– Ja… Boże, nie wiem, co mam zrobić…

– To poważna sprawa, wiem – odpowiedział. – Przykro mi, Amy. Ogromnie mi przykro. Nie mogę ścierpieć, że ci to robię. Nie chcę się tak czuć. Próbowałem to zatrzymać, ale to ciągle do mnie wraca.

Przyjrzałam się tym słowom ponownie i okazały się jeszcze bardziej druzgocące za drugim razem: rozdarty… w pułapce… jakby grzebano mnie żywcem… pół roku… wolność…

Obnażenie się ze swoim wewnętrznym konfliktem musiało być dla Hugh przerażające – był w okropnym stanie. To, że chciał sześciu miesięcy wolności, nie było kaprysem, lecz wnioskiem, do którego doszedł po bolesnym namyśle.

Nie może wyjechać – to nie ulegało wątpliwości – ale potrzebowałam informacji, żebym mogła sobie z tym poradzić.

– Gdzie zamierzasz to zrealizować? – zapytałam zdławionym głosem.

– Azja Południowo-Wschodnia. Tajlandia, Wietnam, tamte rejony. Chcę podróżować z plecakiem. Chcę nauczyć się nurkować z aparatem tlenowym.

Stopień szczegółowości tych informacji wywołał u mnie ponowne zawroty głowy. Przez cały ten czas, kiedy snuł się tu jak milczący duch i kiedy ja troskliwie pytałam, czy chce porozmawiać, on knuł plan swojej ucieczki.

Podróżowanie z plecakiem? Ma czterdzieści sześć lat, a nie dziewiętnaście.

Mimo wszystko. Wielu ludzi w średnim wieku rezygnowało ze swojego uporządkowanego życia, by ponownie przeżyć okres nastoletniości. Głowa siwieje, dupa szaleje, czy coś w tym stylu. Nie żeby Hugh w ogóle siwiał: jego broda i bujna czupryna były ciemnobrązowe, zero siwych włosów. Był wysoki i wysportowany i kiedy nie targały nim żadne udręki, wyglądał bardzo młodo. Mógłby cieszyć się ogromnym powodzeniem na imprezach na plaży w blasku księżyca.

– A co z twoją pracą?

– Rozmawiałem już na ten temat z Carlem. – Carl to jego brat. Są współwłaścicielami studia nagrań, gdzie Hugh pracuje jako dźwiękowiec. – Mówi, że moje obowiązki mogą przejąć freelancerzy.

– Powiedziałeś o tym Carlowi? – Zanim oznajmił to mnie. Wzięłam kolejny haust wina. – Więc nie będziesz zarabiać żadnych pieniędzy przez pół roku?

A co z kredytem, ubezpieczeniami, codziennymi wydatkami dziewczynek i wszelkimi niewielkimi opłatami, które w sumie wynoszą całkiem sporo?

Teraz wyglądał na naprawdę zawstydzonego.

– Przykro mi, kochanie, ale pieniądze, które zostały ze sprzedaży domu taty, pokryją te koszty.

Bardziej już chyba nie mógł mnie zszokować. Czyli koniec z oszczędnościami.

– Kiedy zamierzasz wyjechać? – Zostało mi kilka tygodni albo miesięcy, żeby nakłonić go do zmiany zdania?

– Za jakiś tydzień lub dziesięć dni.

Jezu Chryste.

– Chyba nie powiesz, że… kupiłeś już bilet?

– Sprawdzałem loty.

– Boże, Hugh…

– Przepraszam. – Ku mojemu zaskoczeniu jego twarz wykrzywił grymas i Hugh zaczął płakać. Były to pierwsze łzy, które widziałam u niego od śmierci jego ojca.

– Najdroższy… – Przysunęłam się i wzięłam go w ramiona.

– Kiedy zobaczyłem tatę leżącego w tej drewnianej skrzynce… – mówił, drżąc w moich objęciach – …wszystkie te rzeczy, które pragnął zrobić i nie będzie mu to już dane, uderzyło mnie…

Musiałam zaczekać, aż wypłacze swój ból, zanim zadam następne pytanie. W końcu otarł oczy rękawem bluzy.

– Przepraszam – wymamrotał.

– Hugh? – Z niepokoju aż zabrakło mi tchu. – Kiedy napisałeś, że nie chodzi tylko o seks… Miałeś na myśli to, że w pewien sposób chodzi jednak o seks, prawda?

Nadal miałam nadzieję, że źle to zrozumiałam, chociaż czułam w kościach, że tak nie było.

Wymieniliśmy spojrzenia i odniosłam wrażenie, że cały nasz związek mignął między nami: obietnice, zaufanie, splątane emocje, niepodważalna jedność – a teraz miał nastąpić jakiś okropny rozpad, na skutek którego mój mąż miałby ruszyć własną drogą.

Pokręcił głową.

– To nie o to chodzi.

– Ale też tego nie wykluczasz?

Przyglądał się swoim dłoniom przez dłuższą chwilę.

– Amy, kocham cię. Wrócę do ciebie. Ale jeśli to się wydarzy… wtedy tak.

Kuuurwa…

Chwycił swoje piwo tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.

– Przez te sześć miesięcy to będzie tak, jak… – przerwał, a po chwili wypalił – …jakbyśmy nie byli małżeństwem.

Ogarnęło mnie przerażenie. Ponieważ już kiedyś coś takiego mnie spotkało – zostawił mnie mąż – i była to najgorsza rzecz, jaką przeżyłam… Było to tak straszne, że chcąc uchronić się przed powtórką, przez pół dekady unikałam poważniejszych relacji z jakimkolwiek mężczyzną. I kiedy po pięciu latach od momentu, gdy Richie zwiał, coś cudnego zaiskrzyło między mną i Hugh, byłam śmiertelnie przestraszona.

Minęło kilka miesięcy, zanim zdołałam przekonać samą siebie, żeby dać mu szansę, i to tylko dlatego, że spędziłam ten okres surowego wyparcia na obserwowaniu Hugh i sprawdzaniu w taki sposób, w jaki kupujący konia sprawdza potencjalny nabytek, podnosząc kopyta wierzchowca i zaglądając mu w zęby.

Rzeczą, której szukałam, była wizja trwałości. Nie potrzebowałam uwodziciela. Nie pragnęłam mężczyzny, który zmienia zdanie. I nie chciałam takiego, który mógłby mnie zostawić. Bo to nie mogło się znów wydarzyć.

A mimo to tak właśnie się dzieje – powtórka z rozrywki.

Chyba czytał w moich myślach.

– To tylko sześć miesięcy, Amy – powiedział. – To nie jest na zawsze.

– Tak, ale…

– Wrócę. Na pewno wrócę.

Nie może być tego pewny. Nie da się wcisnąć pasty do zębów z powrotem do tubki.

Ale mógł zrobić to w sposób, w jaki zwykle załatwiają to mężczyźni: podstępnie, nieuczciwie, kombinując z dwoma telefonami komórkowymi. Mógł pocisnąć kłamstwo, że wyjeżdża na jakąś nużącą konferencję, podczas gdy tak naprawdę leciałby do San Sebastián na weekendową balangę z bzykankiem.

Przynajmniej był szczery. Czy to poprawiało sytuację? Nie jestem tego pewna.

Sięgnęłam po kieliszek i dopiłam wino.

– Nalejesz mi wódki? – zapytałam.

– Jasne. – Podskoczył ze swojego miejsca, wina i ulga dodały mu wigoru.

To boli za bardzo. Muszę się upić.

Ocknęłam się o ponurej porze jeszcze przed świtem. Byłam w łóżku i nie pamiętałam, jak się tam dostałam. Wydarzyło się coś katastroficznego – uczucia dotarły do mnie, zanim dopadły mnie fakty. Wtedy sobie przypomniałam: Hugh chciał wyjechać na sześć miesięcy świadomego spuszczenia ze smyczy.

Pół roku. To bardzo długo. Ludzie mogą się zmienić przez sześć miesięcy – zwłaszcza jeśli spotykają sporo nowych osób. Nagła wizja Hugh pieprzącego jakąś dziewczynę o prężnym ciele z ładnymi tatuażami i falistymi włosami sprawiła, że miałam wrażenie, jakbym obudziła się w koszmarze.

Czy w tym chodziło po prostu o seks? Twierdził, że nie, ale nagle ogarnęło mnie przekonanie, że to była moja wina – powinnam bardziej się w tej kwestii starać. Ogólnie rzecz biorąc, jak już uprawiam seks, to nawet mi się to podoba, ale wstydliwa prawda jest taka, że przez ostatnich kilka lat nie miałabym nic przeciwko, gdybym już nigdy więcej nie musiała tego robić.

Bałam się, że stanę się banalna, choć już od dawna taka byłam. Co jakieś cztery tygodnie dawałam z siebie wszystko i usiłowałam oszukać samą siebie, że Hugh nie zauważa mojego braku entuzjazmu.

Jednakże ostatnim razem, gdy do tego doszło – a było to całe wieki temu – Hugh powiedział: „Odbębniłaś swój obowiązek na kolejny miesiąc”. Zaśmiał się z wymuszeniem, sekundę za późno. (Nie zdołałam znaleźć na to odpowiednich słów, kiedy on zwiał w pasywno-agresywny sposób).

Może gdybyśmy wtedy odbyli porządną i szczerą rozmowę, udałoby nam się zapobiec bieżącej sytuacji, ale najwyraźniej oboje wiedzieliśmy, że stawka jest zbyt wysoka.

Spanikowana szturchnęłam jego śpiące ciało.

– Obudź się, Hugh, proszę. Moglibyśmy częściej uprawiać seks. – W głowie robiłam szybki przegląd pomysłów na to, w jaki sposób przekonać go, by został: mogłabym przebierać się w niegrzeczne fatałaszki, może filmować nasze bzykanko… Nagle osłupiałam, kiedy dotarło do mnie, że nie robiłam sobie nagich fotek – podejrzewam, że spodobałyby mu się, bo kiedykolwiek wynikała jakaś afera z roznegliżowanymi zdjęciami celebrytów, atmosfera między nami się rozgrzewała.

Nie można rzecz jasna powiedzieć, że nie ostrzegano mnie przez ryzykiem stagnacji w wieloletnim związku – eksperci piszą o tym od zawsze. Niedawno przeczytałam tekst autorstwa jakiegoś amerykańskiego terapeuty dla par, który twierdzi, że dla podtrzymania iskry w związku – cytuję – „osoby te mają być nawzajem swoimi dziwkami”. Napisał całą książkę na ten temat i nawet przez krótką chwilę rozważałam jej zakup, ale potem pomyślałam: Nie. Nie będę niczyją dziwką.

Teraz żałuję, że nie kupiłam tego cholernego poradnika.

Jednakże, wraz z tymi myślami, donośny głos gdzieś we mnie upierał się, że żadna kobieta nie powinna robić czegoś, na co nie ma ochoty, tylko po to, by zatrzymać przy sobie mężczyznę. Lecz może gdybym spróbowała tych rzeczy, spodobałyby mi się…

– Obudź się! – Potrząsnęłam nim, a potem poszukałam pstryczka i światło zalało pokój.

Och, dlaczego nie byłam bardziej śmiała? Na miłość boską, przecież strzelenie fotki swojej cipce nie było chyba takie trudne.

Nieśmiałość powstrzymała mnie przed zrobieniem tego. I zalęgło się teraz we mnie coś jeszcze: niewygodne podejrzenie, że nasze potrzeby seksualne różniły się od siebie. W niezliczonych kwestiach Hugh i ja byliśmy zbieżni – czasami odnosiłam wrażenie, jakbyśmy mieli ten sam mózg, a poczucie posiadania prawie bliźniaka było ogromną pociechą. Poza kwestią seksu. Gdzieś głęboko we mnie tkwiło podejrzenie, że Hugh pragnął innych rzeczy niż ja. To nigdy nie zostało zwerbalizowane – bałam się, że jeśli do tego dojdzie, on stanie się dla mnie kimś obcym.

Lecz zamiast tego nastąpiło to… i było o wiele gorsze.

– Nie śpisz? – zapytałam.

– Nieee… – Zamrugał i spróbował usiąść.

– Czy to prawda? Czy to dzieje się naprawdę?

– Przepraszam. – Próbował mnie dotknąć.

Odepchnęłam go.

– Moglibyśmy częściej uprawiać seks. – Mój głos zabrzmiał piskliwie i desperacko.

– Kochanie – powiedział delikatnie. – Tu nie chodzi o seks.

Poczułam przypływ nadziei i zmusiłam się, by spytać:

– Ale nie wykluczasz seksu z innymi?

Skinął głową.

Ogarnęła mnie rozpacz, a po niej szybko obrzydzenie do samej siebie: byłam za stara, zbyt krągła i kiepska w łóżku.

– To przez to, że jestem grubasem? – zapytałam.

Roześmiał się – prawdziwy śmiech, którego już dawno u niego nie słyszałam.

– Nie. I wcale taka nie jesteś.

– Jestem – odparłam. – Troszkę. To przez to, że rzuciłam palenie.

– Tu nie chodzi o ciebie, tylko o mnie. Sam nie mogę uwierzyć, że to mówię.

– Jeśli nie chodzi o seks, to czego tak właściwie pragniesz? Może jednak będę w stanie ci to dać.

Zamknął oczy i po chwili otworzył je ponownie.

– Chyba nadziei. W każdym razie czegoś w tym stylu. Może ekscytacji. Możliwości.

Dobra. Przełknęłam ślinę. Nadzieja. Ekscytacja. Możliwości. Wszystko to znałam.

– Nowości? – podsunęłam. – Świeżości? Szansy na bycie kimś innym, na bycie lepszą wersją samego siebie?

Wyglądał na nieco zaskoczonego.

– Tak. Właśnie tego.

Cóż, nowości i świeżości raczej mu nie zapewnię.

– A co z dziewczynkami? – rzuciłam.

– Mogę powiedzieć im o tym jutro.

Już było jutro.

– Nie. – Poinformowanie o tym dziewczynek sprawiłoby, że to stanie się faktem. Tak długo, jak wiemy o tym tylko on i ja (no i Carl), istniała jeszcze szansa na to, że Hugh zmieni zdanie. – Kiara ma dopiero szesnaście lat. Kto się nią zajmie, kiedy mnie nie ma? Nocuję w Londynie co wtorek.

– Sama może się sobą zająć – odparł Hugh. – Jest bardziej stabilna emocjonalnie niż ty czy ja. Albo Neeve może przejąć tu dowodzenie.

Spróbowałam ponownie.

– Szesnaście lat to trudny okres i ojciec dziewczyny nie powinien znikać w tym czasie na pół roku.

– Kiara ma starą duszę i jest najbardziej zrównoważonym dzieciakiem, jakiego można spotkać.

– Rzecz w tym, że… – Zamierzałam wyjaśnić, że zniknięcie Hugh może to wszystko zmienić, ale wtedy zrozumiałam, że to bez różnicy: Hugh zrobi, co postanowił, niezależnie od tego, co powiem. Zalała mnie fala cierpienia. – Nie rób tego, proszę. – Chwyciłam jego dłoń.

– Przykro mi, Amy. Muszę.

– A co, jeśli ci zabronię?

Odwrócił wzrok ode mnie, a jego milczenie powiedziało mi wszystko: i tak wyjedzie.

4

Ruszam w drogę do domu mamy i taty w Shankill – kiedy dorastałam, okolica ta była tak właściwie na wsi, ale teraz południowe przedmieścia Dublina rozlały się i ją pochłonęły, i przez to w piątkowy wieczór panuje tam duży ruch. Mimo że jest wczesny wrzesień, pogoda jest słoneczna, więc ludzie pewnie jadą w stronę wybrzeża, żeby skorzystać z ostatnich promieni lata.

Kiedy powoli posuwam się do przodu, dzwoni mój telefon. To Dominik, opiekun taty zatrudniony na pół etatu. Bardzo długo Maura nawet nie chciała słyszeć o jakiejkolwiek opiece dla taty. Ale mama ma na głowie liczne wizyty w szpitalu w związku z własnymi schorzeniami i gdy tata zostawał sam, mógł zalać łazienkę albo rozdać biżuterię żony obcym ludziom, którzy zapukaliby do drzwi. Pewnego razu po powrocie z miasta mama natknęła się na trzech mężczyzn – zachęcanych głośno przez tatę: „No dalej, chłopaki, teraz już ją macie” – którzy wyszarpywali jej pralkę z domu i targali ją do vana.

Ciągnięcie ze sobą ojca na wizyty w szpitalu nie miało też sensu, bo często zdarzało się, że tata zagadywał pielęgniarkę słowami: „Wyglądasz jak młoda Rosemary West. Ile ciał pochowałaś w swojej piwnicy?”.

Tak więc pięć miesięcy temu mama wykazała się – o dziwo – pewnym rozsądkiem i zgłosiła się do instytucji Camellia Care.

– Cześć, Dominiku. – Ciekawe, dlaczego dzwoni. Może tata znów rzucił swoją kolacją w ścianę. Lecz to raczej nie byłoby nic nowego.

– Amy, twoja mama się spóźnia, a ja muszę iść do następnej pracy. – Dominik jest niezwykle rozchwytywany. W świecie opiekunów ludzi z demencją jest niczym Kate Moss.

Rzecz w tym, że tata – co stanowi wręcz jego sposób na życie – to trudny pacjent i często oskarża swoich opiekunów o to, że są seryjnymi zabójcami. Mimo że ci ludzie przywykli do przedziwnych obelg ze strony pacjentów z demencją, tata potrafi szybko ich wykończyć. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy przewinęło się u nas sporo osób. Dominik, który ponad dwadzieścia lat spędził w czeskiej armii, jest jedynym wystarczająco silnym opiekunem, który potrafi sobie poradzić z tatą, i dlatego nie możemy mu podpaść.

– Jestem pewna, że będzie w domu za kilka minut. Na mamie można polegać.

– Spóźnia się już dwie godziny.

– Dwie godziny?! Dzwoniłeś na jej komórkę?

– Oczywiście, że tak, ale zostawiła ją na komodzie w kuchni.

– Gdzie ona poszła? – Mama nie wychodzi nigdzie, no chyba że na wizytę w szpitalu. – O której wyszła? – Nachodzą mnie straszne wizje, w których leży na chodniku, wokół gromadzą się zatroskani ludzie i usiłują ustalić jej tożsamość, a ona, nie do końca przytomna, nie potrafi udzielić im odpowiedzi.

– W południe.

– Co?! Ale to było sześć godzin temu!

– Znam się na zegarku, Amy. A twój ojciec mówi, że jestem gorszy niż Rozpruwacz z Yorkshire. Od sześciu godzin muszę go wysłuchiwać.

– Dominiku, do którego szpitala poszła? Gdzie…

– Nie ma dzisiaj żadnej wizyty w szpitalu. Poszła na jakiś elegancki lunch…

– Co?! Na jaki lunch?

– …w jakimś luksusowym hotelu. Powiedziała, że idzie w tango.

– Nie, ona nigdy by tak nie powiedziała!

– Twierdzisz, że kłamię? „Dominiku, zamierzam dobrze się bawić i idę w tango”. Tych właśnie słów użyła.

To jest bardzo mało prawdopodobne, ale muszę dowiedzieć się więcej, zanim wyciągnę jakieś wnioski.

– Będę za dziesięć minut. – To raczej będzie dwadzieścia pięć minut. Jestem nałogowym kłamcą, jeśli chodzi o mój przewidywany czas przybycia; po prostu nigdy nie starcza mi na nic czasu.

– Muszę już wyjść – oznajmia Dominik.

– Dobra, zaraz tam do ciebie kogoś wyślę.

Do kogo mam zadzwonić? Przy niewielkim prawdopodobieństwie, że Dominik niczego nie pokręcił, nie chcę wpakować mamy w kłopoty, więc nie mogę angażować w to Maury. Zamiast tego dzwonię do Derry.

– Dasz radę dotrzeć do mamy i taty w ciągu najbliższych dziesięciu minut? – pytam. – Mama gdzieś zniknęła, a Dominik musi już iść.

– I dlatego dzwonisz do ich niezamężnej córki? – pyta siostra. – Biedna stara panna Derry. Nie ma mężczyzny, nie ma żadnego życia, nadaje się tylko do opieki nad rodzicami w podeszłym wieku. Cóż, czasy się zmieniły i…

– Zrobisz to czy mam dzwonić do Joego?

– Jutro lecę do Kapsztadu. Całe szczęście, że nie wyjechałam dzisiaj, co? Poratuję teraz Dominika, ale żebyś przypadkiem nie zaczęła myśleć, że to sedno mojego życia. – Rozłączyła się.

Pół godziny późnej skręcam z głównej drogi do zimnego, podniszczonego wiktoriańskiego domu, w którym dorastałam. Dawniej otaczało go sporo przestrzeni, ale kiedy dom kupił mój tata, tereny te były już sprzedane i postawiono na nich osiedle domów komunalnych, tak więc nasza siedziba przypominała wielki granitowy nagrobek wystający z morza bliźniaków z trzema sypialniami.

Całe dzieciństwo fantazjowałam o życiu w skromnym szeregowcu pokrytym tynkiem kamyczkowym, z kuchenką elektryczną zamiast pieca typu Aga, który wywoływał nieopisane podejrzenia u naszych sąsiadów.

Drzewa po obu stronach podjazdu mają tak wiele gałęzi, że niektóre z nich uderzają w dach mojego samochodu – może Hugh mógłby je przyciąć w weekend. Jednak nie. Hugh ma teraz inne priorytety. Nagle dociera do mnie, że jeśli on wyjedzie, wszystkie sprawy związane z funkcjonowaniem domu spadną na moją głowę: wymiana żarówek, cotygodniowe zakupy jedzenia oraz – owszem, to być może jest banał – kosze na śmieci. Już sam widok koszów na śmieci przyprawia mnie o drgawki.

Wizje ponadprogramowego bzykanka, jakie ma w planach Hugh, były dla mnie tak przykre, że nawet nie uświadomiłam sobie, jak jego nieobecność odbije się na moim codziennym życiu i że tak właściwie to najbardziej martwią mnie te kubły.

Można zrekrutować jakąś złotą rączkę? Neeve i Kiara nie mają chłopaków. Jackson, ukochany Sofie, jest prawdziwym słodziakiem, ale to wątły chłopaczek, który wygląda zbyt słabowicie, by był w stanie zaciągnąć kubły do bramy.

Parkuję tuż za samochodem Derry, żeby zostawić miejsce dla kogoś, kto może jeszcze dzisiaj przyjechać. Kiedy wyciągam stos pudeł z pizzami, siostra otwiera drzwi.

– Wróciła już? – Spoglądam ponad ramieniem Derry w nadziei, że w mrocznym przedpokoju dostrzegę drobną, skruszoną postać mamy.

– Nie.

Wchodzę do domu i zerkam na siostrę ponad piętrzącymi się pudłami z jedzeniem.

– Martwię się. Powinnam się martwić? Słuchaj, Dominik się nie wkurzył? – Przeraża mnie myśl, że mógłby odejść od nas, bo wtedy to ja zostałabym zwerbowana do pilnowania taty, a i tak mam już za dużo na głowie.

– Zrzędliwy palant z niego. – Derry zamyka za mną drzwi.

– Powinniśmy zadzwonić na policję w sprawie mamy?

– Serio, nie mogę być osobą, do której się dzwoni, kiedy tylko coś niedobrego dzieje się u mamy i taty – oznajmia siostra. – To niedorzeczne, jak traktowane są singielki… jakbyśmy nie miały żadnych zobowiązań.

– Derry! – Zawsze tak gada i zwykle jest to zabawne. Dzisiaj – nie bardzo. Wkrótce będę musiała powiedzieć jej o Hugh. To dziwne, że jeszcze tego nie zrobiłam.

– Nasze społeczeństwo wykazuje wszechobecny brak szacunku wobec nas.

To być może jest i prawdą w odniesieniu do innych kobiet, ale nie sprawdza się w przypadku Derry.

– Dominik zadzwonił najpierw do mnie, a jestem mężatką. – No co, jestem. Formalnie rzecz biorąc.

– Ja też mogłabym wyjść za mąż – odpowiada.

Pewnie by mogła. Ma cięty dowcip, jest charyzmatyczna i odnosi sukcesy. Potrafi się nieźle odstrzelić. W swojej naturalnej wersji wygląda jak reszta nas, O’Connellów, z tą naszą bladą skórą, jasnymi oczami i skłonnością do wtrącania się do wszystkiego. (Urzula twierdzi, że jesteśmy najbardziej celtycko wyglądającą rodziną, jaką kiedykolwiek spotkała). Ale dzięki liftingowi wampirzemu, laserowej korekcie rysów twarzy, zabiegom na całe ciało, i co tam jeszcze wyprawia ze sobą, Derry – dziesięć centymetrów wyższa ode mnie i jakieś pięć kilo lżejsza – podrasowała swoje naturalne atuty i wygląda teraz fantastycznie. (Tak, jestem zazdrosna: moje finanse nie pozwoliły nigdy choćby na jedno dźgnięcie botoksem).

– Mogłabyś wyjść za mąż – powtarzam za nią. – Tylko że rzucasz facetów, bo przekręcają przysłowia albo źle wymawiają słowo „ketchup”.

– Mam więc znosić jakiegoś jełopa, który działa mi na nerwy, tylko po to, by nie traktowano mnie jak obywatela drugiej kategorii?

– Tak – odpowiadam i obie wybuchamy śmiechem.

– GDZIE JEST WASZA MATKA? – wrzeszczy tata z salonu. – Daj mi moją laskę. Idę jej poszukać.

– Weź to. – Wciskam Derry stos pudeł z pizzami, biorę laskę taty z wieszaka w przedpokoju, pędzę przez kuchnię do spiżarni i wpycham laskę do zamrażarki. Nigdzie nie pójdzie. Jeden zaginiony rodzic wystarczy. Z dwójką sobie nie poradzę.

Wtykam głowę do salonu i wołam:

– Niedługo wróci, tato! Nie martw się.

– Znam cię! – Złość znika z jego twarzy. – Jesteś moją siostrą?

– Nie, tato. Jestem Amy, twoja córka.

– Idź w cholerę! Nie mam dzieci!

Na zewnątrz rozlega się trzaśnięcie drzwi samochodu.

– To Joe! – woła Derry, zanim nawet zdążę pomyśleć, że być może to mama.

Nasz starszy brat Joe, jego żona Siena oraz ich trzej synowie, Finn (osiem lat), Pip (sześć lat) i Kit (cztery lata), ładują się do przedpokoju. Chłopcy natychmiast pędzą przez dom i wpadają do pokoju taty. W tle tata wrzeszczy: „ODŁÓŻ TO, DO CHOLERY, GÓWNIARZU!”, a ja opisuję Joemu i Sienie najnowszy domowy kryzys.

– Powiedziała, że idzie w tango? – Joe nie może w to uwierzyć.

– Tak przekazał Dominik – wyjaśnia Derry.

– PORAZI WAS TEN CHOLERNY PRĄD I BĘDZIE WAM SIĘ TO SŁUSZNIE NALEŻAŁO!

Joe nalega, by rzucić okiem na telefon mamy, który rzeczywiście leży na komodzie w kuchni, jak poinformował mnie Dominik.

– Co powinniśmy teraz zrobić? – pytam.

– Co według ciebie powinniśmy zrobić? – odbija piłeczkę Joe.

To należy powiedzieć: Joe jest beznadziejny. Uroczy, oblatany, ale bezużyteczny.

– Słuchajcie, wyłożę kolację – oznajmia Siena. – Co mam zrobić?

Jeśli mam być szczera, Siena też się raczej do niczego nie nadaje. Tworzą Bezużyteczną Rodzinę. Radzą sobie w życiu tylko dzięki swojemu wyglądowi.

– Wyciągnij je po prostu z pudełek i wsadź do pieca tyle, ile zmieścisz – instruuję ją.

– PRZESTAŃ ZMIENIAĆ KANAŁY! PRZESTAŃ ZMIENIAĆ KANAŁY!

Otwierają się drzwi wejściowe i serce podskakuje mi w piersi. Ale równie szybko, jak nadzieja rozbłysła, tak i gaśnie: to nie jest mama. To Neeve, moja najstarsza córka, światło mego życia i utrapienie mego serca.

– Co jest? – Staje w przedpokoju i ściąga kurtkę.

Jest drobna – metr pięćdziesiąt z maleńkim hakiem – i bardzo krągła: piersiasta, o zgrabnej talii i małym zaokrąglonym tyłeczku. To jest dokładnie ten typ figury, jaką miałam w wieku dwudziestu dwóch lat, ale wtedy wydawało mi się, że jestem gruba. Nie byłam – cóż, niech żyje spóźniony refleks.

Może za kolejne dwadzieścia dwa lata przypomnę sobie swoje obecne kształty i uznam, że byłam całkiem seksowna. Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale wiem, że takie rzeczy się zdarzają. I nie chodzi tylko o rozmiar mojego tyłka. Osiem miesięcy temu uważałam, że moje życie to nic szczególnego, ale teraz oddałabym wszystko, co mam, żeby wrócić do tamtych chwil i rozkoszować się każdą sekundą. Jak to słyszymy w pewnej piosence: „Nie doceniamy tego, co mamy, dopóki tego nie stracimy”.

– Gdzie babcia? – Neeve zbiera swoje złotorude włosy w gruby, wysoko upięty kucyk i mruży błyszczące oczy, rozglądając się po przedpokoju. Być może i ma po mnie figurę, ale cała jej reszta to czysty Richie Aldin. – Mam dla niej rzeczy. – Wskazuje torbę wypchaną po brzegi nowymi produktami do makijażu.

Przeżywam katusze, kiedy obserwuję pakunki z kosmetykami przysyłane do nas, bo nadawcy mają nadzieję, że zostaną one pokazane na kanale Neeve, czyli Weź się ogarnij! na YouTubie. Jeśli zawartość ją zadowala, zatrzymuje produkty, a jeśli nie, przekazuje je biednym. Ja rzadko na coś się załapuję.

– Babcia zaginęła – wyjaśniam. – Dominik mówi, że poszła w tango.

– W tango? – Neeve zwykle zwraca się do mnie z pogardą, ale tym razem naprawdę przechodzi samą siebie. – Babcia? Czy on jest psychiczny?

– Kochanie, nie mów „psychiczny”.

– Dlaczego nie?

– Bo osoby upośledzone umysłowo mogą się obrazić i…

– Przyszła Kiara! Przyszła Kiara! Przyszła Kiara!

Finn, Pip i Kit wpadają do przedpokoju, żeby przywitać się z moją drugą córką, która właśnie weszła do domu. Ma na sobie mundurek szkolny. Koszula wyłazi jej zza spódnicy, obgryzione paznokcie są pomalowane żółtym fluoroscencyjnym pisakiem, a ona sama zgina się niemal wpół pod ciężarem książek w plecaku.

– Chłopaki! – Zrzuca z siebie plecak, otwiera szeroko ramiona, a chłopcy zaczynają wspinać się na nią, jakby była drabinkami. Jest niczym milutki yin dla złośliwego yang Neeve, co dowodzi tego, że to natura, a nie wychowanie ma większe znaczenie.

Moje dwie córki mają różnych ojców i zupełnie odmienne osobowości. Neeve jest przebiegła (a przynajmniej jest taka wobec mnie i Hugh: zauważam, że potrafi być milsza dla reszty świata), Kiara zaś to słodziak.

– PRZYNIEŚ MI MOJĄ LASKĘ! WYCHODZĘ, ŻEBY POSZUKAĆ ŻONY!

– Derry? – Podążam za chmarą ludzi do salonu. – Powinniśmy zadzwonić na policję.

– Dobr… Chwila! Ktoś przyjechał! To Declyn!

Młodszy o pięć lat ode mnie Declyn jest „dzieckiem” w rodzinie O’Connellów. Wszyscy – Derry, Neeve, Kiara, Joe, Siena, Finn, Pip oraz Kit – przemykają obok fotela dziadka i pędzą do starego, rozklekotanego okna wykuszowego.

– MA DZIECKO?

– Wysiada – ktoś mówi. – Jest tylko on. Oooo!

Szesnaście miesięcy temu Declynowi i jego mężowi, Haydenowi, urodziła się córka (za pośrednictwem surogatki, rzecz jasna) i wszyscy szalejemy na jej punkcie. Ale to znaczy, że Declyn bez małej Maisey kompletnie się nie liczy.

– MA DZIECKO? CZY KTOŚ, DO CHOLERY, W KOŃCU MI ODPOWIE?

– Nie tato, nie ma – wyjaśniam.

– EE TAM, I TAK MAM TO W DUPIE.

– Tato, wszyscy jesteśmy tuż obok ciebie. Nie musisz krzyczeć.

– WCALE NIE KRZYCZĘ.

– Chwila! – woła Derry. – Wyciąga coś z tylnego siedzenia!

– To może być męska torba – podsuwa Finn.

Wstrzymujemy oddech i obserwujemy Declyna, który w czymś tam grzebie – rozlega się głośny wiwat, kiedy wyłania się w końcu z małą Maisey w foteliku samochodowym.

Wszyscy są zachwyceni – poza Kitem. Po cichu mówi do mnie:

– Nienawidzę Maisey.

– Co? Dlaczego?

– To ja byłem dotąd najmłodszy. To ja byłem ulubieńcem.

Potakuję.

– Życie to nie bajka, mały.

– Byłem słodki.

– Nadal jesteś.

Rzuca mi bardzo dorosłe spojrzenie.

– Przestań – mówi.

Gromadzimy się pod drzwiami wejściowymi i jak tylko Declyn stawia stopę w przedpokoju, fotelik z Maisey zostaje przetransportowany do salonu, gdzie mała zostaje położona na podłodze i zasypana całusami przez kuzynostwo.

Declyn przygląda się temu z pobłażliwym uśmiechem, a potem skupia się na mnie.

– Świetna sukienka, Amy. Vintage?

– Owszem. – Albo, inaczej rzecz ujmując, kupiona w lumpeksie. Niektóre z moich ubrań to porządne, drogie i dizajnerskie fatałaszki z lat siedemdziesiątych. Ale reszta mojej szafy „vintage” to rzeczy po zmarłych niedawno starszych paniach, szmaty sprzedawano niemal za darmo w Caritasie. (Można w sumie powiedzieć, że mam osobistą konsultantkę do spraw zakupów – uroczą wolontariuszkę Bronagh Kingston, która dzwoni do mnie, gdy pojawi się coś dobrego). I naprawdę nie ma w tym niczego makabrycznego – jeżeli ubrania są ładne i zostaną poddane dwukrotnemu czyszczeniu, czy to nie budujące, że nadal sprawiają komuś przyjemność? (Jeśli moje słowa brzmią tu nieco defensywnie, to dlatego, że muszę bronić swoich wyborów przed Neeve, która niemal każdego poranka serwuje mi hasło: „Ubrania umarlaków – suuuper!”).

Nie żeby moje ciuchy vintage mogły być noszone na co dzień – gdy mam jakieś ważne spotkanie, zwłaszcza z potencjalnym klientem, muszę wyglądać profesjonalnie i zakładam garsonkę, która nie jest najlepszym rozwiązaniem dla osoby o tak haniebnym wzroście jak ja. Ale kiedy klient zaczyna mi ufać, co ma chyba miejsce z Panią ZawszeSuchą, mogę zaszaleć ze stylowymi strojami.

(Timowi one też nie odpowiadają. Tim robi wszystko zgodnie z zasadami. Wolałby, żebym harowała w zwykłej granatowej garsonce).

– Skrzyżowanie edwardiańskiej guwernantki z motocyklistką. – Declyn podziwia mój strój przez chwilę, a potem nagle zauważa nieobecność mamy. – Gdzie ona jest?

– Nikt tego nie wie – wyjaśniam. – Poszła na lunch.

– Lunch?

– To było sześć i pół godziny temu.

– Chyba wróciła – oznajmia Derry.

Śpieszymy do okna. Pod dom podjechała taksówka. Przez gęstwinę gałęzi dostrzegamy otwierające się tylne drzwi i drobną kobietę – mama – która w różowej skórzanej kurtce gramoli się z pojazdu. Zanim ląduje na ścieżce, zdążyła się wyprostować i powiedzieć coś taksówkarzowi, co sprawiło, że zgięła się wpół, roześmiała i oparła o bok auta.

– Nic jej nie jest? – pyta Joe.

– Będzie rzygać? – Te słowa padają z ust troskliwej Kiary.

Wtedy Derry mówi coś, co staje się jasne dla nas wszystkich, gdy przyglądamy się, jak mama idzie wężykiem do drzwi, z twarzą równie różową co jej kurtka.

– Jest… wstawiona?

– I co ona ma na sobie?

– To moja kurtka – rzuca Neeve.

Powinnam się była tego spodziewać. Wszystko należy do Neeve.

Tłoczymy się przy drzwiach wejściowych. Mama wpada do przedpokoju, a my zaniepokojeni zasypujemy ją pytaniami.

– Gdzie byłaś? Tak bardzo się o ciebie martwiliśmy.

– Wyszłam! – oznajmia mama. – Na lunch! Spiłam się i wygrałam nagrodę! – Macha pudełkiem ze słodkościami. – Rachatłukum! Miętowe!

– Ale, mamo, powinnaś była wrócić do domu wcześniej.

– Dobrze się bawiłam. Cały czas znoszę waszego ojca, wysłuchuję, jak bredzi, że pozwie do sądu listonosza za to, że ten obciął włosy, i jak dopytuje, gdzie nasz pies, podczas gdy my żadnego nie mamy, i…

– Babciu! – odzywa się Neeve. – To moja kurtka! Nie mogłam jej znaleźć, kiedy wychodziłam stąd w zeszłym tygodniu.

– Wiem! – przyznaje mama z uśmiechem. – Schowałam ją, żeby ją sobie pożyczyć.

– Ale dlaczego po prostu o nią nie poprosiłaś?

– Bobyś mi odmówiła. Chciałam tej kurtki. – Oczy mamy są błyszczące i przekrwione. – Zatrzymam ją sobie. – Nie przestaje uśmiechać się w niezwykle przekorny sposób do Neeve.

Świetnie, myślę. Po prostu świetnie. Teraz i mama zwariowała.

Mąż mnie zostawia, a oboje moi rodzice są psychicznie chorzy.