Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przebudzenie - Poradnik stawania się sobą - Jolanta Kudera
A co, jeśli najpiękniejszy rozdział Twojego życia wciąż czeka na napisanie?
To książka dla tych kobiet, które czują, że wciąż jest w nich coś do odkrycia.
Dla kobiet, które szukają głębszego sensu, pragną lepiej zrozumieć siebie i marzą o życiu, w którym będzie więcej spokoju, autentyczności i miejsca na własne pragnienia.
Przez lata byłaś dla innych. Troszczyłaś się, wspierałaś, podejmowałaś decyzje i robiłaś to, co trzeba. Byłaś silna, nawet wtedy, gdy brakowało Ci sił. A może gdzieś pomiędzy codziennymi obowiązkami i troską o bliskich zapomniałaś zapytać samą siebie: a czego ja potrzebuję?
„Przebudzenie. Poradnik stawania się sobą” Jolanty Kudery to osobista, poruszająca opowieść o kryzysie, wewnętrznej przemianie i odnajdywaniu siebie na nowo. Autorka dzieli się własnymi doświadczeniami i refleksjami, pokazując, że nawet trudne momenty mogą otworzyć drzwi do głębszego poznania siebie i odnalezienia nowego sensu.
To nie jest książka z gotowymi receptami. To zaproszenie do zatrzymania się, wsłuchania w siebie i spojrzenia na własną historię z większą wyrozumiałością. Bez pośpiechu, bez oceniania, bez konieczności bycia zawsze silną.
Bo na każdym etapie życia możesz dać sobie prawo do nowych marzeń, nowych odkryć i życia bliższego własnemu sercu.
I być może właśnie teraz jest dobry moment, by zrobić pierwszy krok.
Produkcja: SoundStories.pl
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 183
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł książki:Przebudzenie. Poradnik stawania się sobą.
Autor: Jolanta Kudera
Wydawnictwo: Jolanta Kudera
Rok wydania: 2025
ISBN: 978-83-978619-1-6
Projekt okładki: Magdalena Kunicka
Ilustracje: fotografie autorstwa Magdaleny Kunickiej opracowane graficznie przez autorkę
Edycja z alternatywną okładką.
Prawa autorskie:
Copyright © 2025 Jolanta Kudera. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, powielanie lub
wykorzystywanie w całości lub w części bez zgody właściciela praw autorskich jest
zabronione.
www.jolantakudera.pl
Naucz się komunikować z ciszą w sobie i wiedz, że wszystko w życiu ma cel.
Nie ma błędów, nie ma zbiegów okoliczności, wszystkie wydarzenia są
błogosławieństwem, z którego możemy brać nauki.
Elisabeth Kübler-Ross
Czasem przeczytanie jakiejś książki stanowi o losie człowieka.
Ralph Waldo Emerson
Wstęp
Tę książkę pisałam przez sześć lat. Powiedzieć, że pisałam ją, to trochę za dużo powiedziane. Czasem siadałam do niej, kiedy coś w moim życiu wydawało się znaczące, i opisywałam swoje przeżycia oraz wnioski, które z nich płynęły. Wyglądało na to, że ona nigdy nie ujrzy światła dziennego. Aż pewnego dnia przyszła do mnie niezwykle realistyczna wizja — zobaczyłam, że za tydzień umrę. To było tak prawdziwe, że nie miałam wątpliwości. Na tym etapie mojego życia nie bałam się już śmierci, więc zaczęłam myśleć, jak wykorzystać pozostały mi czas. Najpierw pojawiła się myśl o pożegnaniu z rodziną. Drugą, zupełnie zaskakującą, było pragnienie, by dokończyć książkę. Wiedziałam, że mam zbyt mało czasu, ale uznałam, że napiszę tyle, ile zdążę. Wtedy zaczęłam pisać regularnie. W tamtym czasie zobaczyłam reklamę przedstawienia teatralnego — Przesyłka z zaświatów. To mnie zaintrygowało. Nie poszłam na spektakl, ale czułam, że ta fraza coś dla mnie znaczy. Pisałam dalej. Minął tydzień — i nie umarłam. Zamiast tego książka zaczęła nabierać kształtu. Po kilku miesiącach, gdy była już prawie gotowa, poszłam na spektakl. Jego przesłanie było proste i mocne: żyj teraz, nie odkładaj niczego na później, bo to później może nie nadejść.
Te słowa poruszyły we mnie coś głęboko ukrytego — jakby przypomniały, po co w ogóle zaczęłam pisać. Zrozumiałam, że ta książka nie jest tylko zapisem doświadczeń, lecz częścią mojego własnego procesu przemiany. To opowieść o transformacji — literatura faktu spleciona z duchową podróżą. Moje doświadczenia i refleksje łączą się tu z wiedzą, która pomaga zrozumieć proces rozwoju. Jung nazwałby go indywiduacją — dążeniem do Pełni. To trudna droga, wymagająca odkrywania w sobie przeciwieństw i korzystania z funkcji psychicznych, które dotąd były zaniedbane. Ego boi się nieznanego, dlatego reaguje lękiem.
Moment zwrotny, o którym w niej mówię, dotyczy okresu umownie nazywanego drugą połową życia. To nie jest pojęcie matematyczne, gdzie połowy są równe. Możemy go doświadczyć około czterdziestego roku życia lub później. To proces indywidualny — i nie każdy przez niego przechodzi. Jednak jeżeli mamy go przeżyć, nic nie jest w stanie tego zatrzymać.
Ta książka jest dla kobiet, które czują się zagubione, inne, nierozumiane. Dla tych, które stoją w obliczu zmian, kryzysów czy przełomów. Dla tych, które świadomie wybierają rozwój i szukają Pełni. Nie daję tu gotowych recept — dzielę się swoją drogą, z nadzieją, że ktoś odnajdzie w niej odbicie własnych doświadczeń. Proces przemiany nigdy nie jest łatwy.
Trzeba zaakceptować nową siebie i pokazać ją światu. To wymaga odwagi, ale warto. Zmiany są dobre. Opór rodzi ból i zatrzymuje życie. Zgoda otwiera drogę.
Choć piszę przede wszystkim do kobiet, wiem, że wielu mężczyzn również odnajdzie tu coś dla siebie — bo droga przemiany i pragnienie sensu są uniwersalne.
Jeśli jesteście gotowe/gotowi zagłębić się w świat nieznany, mitologiczny, duchowy, w świat Bogów i herosów, puścić wodze fantazji — ta książka jest dla was. Tu kraina Ducha miesza się ze światem codziennym, wiedza z mitem. W tej książce „mówię różnymi językami”: potocznym, naukowym, akademickim, baśni i mitu. Chcę, by każda czytelniczka mogła spojrzeć na siebie z różnych perspektyw, oswoić umysł z nowym widzeniem siebie i zasiać w nim ziarno zmiany.
Na tym etapie szczególnie bliska stała mi się myśl Sokratesa: Wiem, że nic nie wiem. Wciąż bardzo mało wiemy o sobie i o zasadach, według których działa Wszechświat. Kiedy wydaje nam się inaczej, łatwo wydajemy sądy, które wcale nie muszą być prawdziwe. Podobnie mówi profesor Andrzej Dragan: Uważam, że jesteśmy za głupi, by stwierdzić, że coś jest na pewno niemożliwe.1 Te słowa są dla mnie potwierdzeniem, że warto zachować otwartość i ciekawość. Wierzę, że żyjemy w czasach, które można nazwać nowym Renesansem — Erą Wodnika. To czas, który zachęca do poszerzania horyzontów i patrzenia na człowieka jako całość — ciało, umysł i Duszę. Mnie w tej drodze szczególnie zainspirowała medycyna chińska, urzekła swoim szerokim spojrzeniem na człowieka.
Czytając tę książkę, zatrzymujcie się przy tym, co was poruszy. To właśnie będą wasze drogowskazy. Zauważcie je, ale nie zatrzymujcie się przy nich zbyt długo. Życie jest po to, by się nim cieszyć. Moim marzeniem jest, aby ta książka pomogła Wam odnaleźć w sobie takie miejsce, z którego można powiedzieć: Tak było. Taka jestem. I z tą świadomością ruszyć dalej — bogatsze i silniejsze.
1 https://wiadomosci.wp.pl/andrzej-dragan-wiara-przeszkadza-ludziom-w-odkrywaniu-prawdy-o-wszechswiecie- 6908983752284800a
O mnie
Jestem zwyczajną kobietą. Urodziłam się w zwyczajnej rodzinie.
Mój Tata w czasach mojego dzieciństwa pracował w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Utrzymywał rodzinę i stopniowo wspinał się po szczeblach kariery — od zastępcy kierownika gospodarstwa po dyrektora. W domu opiekowały się mną Mama i Babcia. Miałam starszą siostrę, która zmarła w wieku pięciu miesięcy, trzy lata przed moimi narodzinami. To wydarzenie odcisnęło piętno na mojej historii, choć zrozumiałam jego znaczenie dopiero w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat. Gdy miałam dwa lata, urodziła się moja młodsza siostra. Moje dzieciństwo — przypadające na erę Gierka — było szczęśliwe, ciepłe i bezpieczne.
W czasach studiów byłam świadkiem wielkich przemian społecznych i politycznych. Studiowałam technologię żywności, kiedy Polska przechodziła z komunizmu do kapitalizmu. To zaważyło na moich dalszych losach, bo pojawiła się możliwość pracy „na swoim” — bardzo szybko z niej skorzystałam. Przez dwadzieścia osiem lat byłam kobietą biznesu, twardo stąpającą po ziemi.
Na płaszczyźnie osobistej punktem zwrotnym okazało się rozstanie z mężem po wielu wspólnych latach. Właśnie wtedy rozpoczął się proces mojej przemiany, który opisuję w tej książce. To spojrzenie z lotu ptaka na własne życie, próba zrozumienia mechanizmów, które dotyczą wielu kobiet — choć nie zawsze są przez nie uświadamiane. Po rozwodzie zmieniłam pracę, miejsce zamieszkania, całe swoje życie. To był ogromny wstrząs, który wybił mnie z utartych schematów. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy — psychologia była dla mnie mglistym wspomnieniem jednego semestru na studiach. Pamiętam jednak, że myśl Karen Horney, psychoanalityczki, zaintrygowała mnie na tyle, że zapisała się w pamięci. Wspominam o tym, bo jej idee wróciły do mnie wiele lat później i wywarły duży wpływ na moją drogę. Czasem zastanawiam się, gdzie byłabym dziś, gdybym już wtedy poszła w stronę psychologii.
Do pięćdziesiątego piątego roku życia praca pochłaniała niemal całą moją energię. Kiedy pojawiła się zmiana, wiedziałam, że nie chcę już być kobietą biznesu — goniącą dzień za dniem jak chomik w kołowrotku. Postanowiłam zmienić swoje hobby w zawód i zostałam terapeutką medycyny chińskiej. To otworzyło przede mną nową drogę. Zaczęłam zauważać, że moi klienci potrzebują także wsparcia psychologicznego, a ich dolegliwości często były natury psychosomatycznej. Holistyczne spojrzenie medycyny chińskiej na człowieka pomogło mi otworzyć się na inne obszary wiedzy. Psychologia była kluczowa — uczyłam się jej na studiach podyplomowych i w Stowarzyszeniu Analityków Jungowskich, zgłębiałam psychologię chińską.
Szybko odkryłam, że ja również potrzebuję pomocy psychologicznej. Będąc kobietą biznesu — ekstrawertyczką — nauczyłam się nie czuć własnych emocji. Właściwie ta umiejętność ukształtowała się dużo wcześniej — już w dzieciństwie — i okazała się bardzo przydatna w biznesie. Byłam pragmatyczna, sprawcza, ale wewnętrznie odcięta od samej siebie. Droga do poznania tego, co naprawdę mi w Duszy gra, była długa i wymagająca. Musiałam poszerzyć swoje horyzonty — od fizyki kwantowej, przez biologię komórki, po epigenetykę — aby zmienić perspektywę postrzegania siebie i świata. Później skierowałam się w stronę duchowości. To, co kiedyś wydawało mi się mrzonką czy herezją, z czasem stało się naturalne — mój paradygmat się zmienił.
Doświadczenie zawodowe z „pierwszej połowy życia” oraz wiedza z psychologii i rozwoju osobistego, zdobyta później, pozwoliły mi odnaleźć siebie w sobie. Dziś jestem mentorką kobiet dojrzałych i towarzyszę im w przechodzeniu przez zmiany, które niesie „druga połowa życia”. Wiem, że to niełatwa droga, ale jestem pewna, że warto nią iść świadomie. To podróż, która nigdy się nie kończy. Ta książka jest świadectwem tej drogi. To próba spojrzenia na życie kobiety z innej perspektywy. Mam nadzieję, że te karty zachęcą czytelniczki do zaglądania w głąb siebie, do odkrywania własnej prawdy, wolnej od tego, kim nauczono nas być. To opowieść o tajemnicach ludzkiego umysłu i o tym, że trudne wydarzenia pojawiają się w naszym życiu po coś. Możemy potraktować je jako szansę na rozwój. Przypadków nie ma.
Rozdział pierwszy. Dusza schodzi na ziemię
Mit — to coś, co nigdy się nie zdarzyło, ale jest zawsze.
– Salustios
Każda Dusza przychodzi na ziemię z darem i tajemnicą. Zanim narodzi się w ciele, staje w kręgu Mojr — trzech sióstr Losu, które tkają nić przeznaczenia. Ten proces opisał Platon w micie o Erze w swoim dziele Państwo. Przy Lachesis Dusza wybiera swoją drogę. Tam otrzymuje Dajmona — duchowego przewodnika, Anioła Stróża, który pamięta wszystko i czuwa, by jej wybór mógł się wypełnić. Kloto, obracając oś wszechświata, zatwierdza tę decyzję, a Atropos czyni ją nieodwracalną. Od tej chwili Los zostaje utkany, a Dusza zostaje powierzona Konieczności. Potem wkracza do Doliny Lete — Zapomnienia. Zanurza się w ciszę i traci pamięć o tym, skąd przyszła i po co tu jest. Dlatego, rodząc się niczego nie pamiętamy. Ale Dusza nie zapomina nigdy. W jej wnętrzu zapisany jest plan, mapa doświadczeń i spotkań, których pragnie. Naszym zadaniem w życiu jest odkrywanie tego planu krok po kroku, dzień po dniu, aż przypomnimy sobie, kim naprawdę jesteśmy. A Dajmon, cichy towarzysz, idzie z nami od początku do końca. Jest strażnikiem naszej pamięci i przewodnikiem ku temu, czego Dusza zapragnęła doświadczyć.
Pierwszy oddech, pierwszy krzyk —i przychodzę na świat, niczego nie pamiętając z tego, co moja Dusza pragnie przeżyć.
Moja kosmologia ewoluowała w procesie osobistego rozwoju. Zostałam wychowana w rodzinie katolickiej, a na moją religijność miało wpływ doświadczenie numinosum2 z dzieciństwa. Nie wiem, ile wtedy miałam lat — chyba mniej niż trzy, bo świadomy umysł tego nie zapisał. To zdarzenie przypomniałam sobie dopiero w procesie holodynamiki3, gdy badałam swoje religijne blokady. Wówczas zobaczyłam, jak ze ściany wydobywa się złote światło, które stopniowo ogarniało mnie i przenikało całe moje ciało. Czułam w nim niewyobrażalną miłość i cudowne poczucie szczęścia. Myślę, że to wspomnienie zapisane
2 Numinosum opiera się wszelkiemu tłumaczeniu, lecz wydaje się przenosić przesłanie, które choć tajemnicze i enigmatyczne, jest też głęboko poruszające. …Lecz doświadczenie numinosum jest czymś więcej niż doświadczeniem potężnej i nieodpartej siły. Jest konfrontacją z tą siłą, potęgą, konfrontacją z której płynie jeszcze-nie-odkryte, przyciągające i nieuchronne znaczenie. Krytyczny słownik analizy Jungowskiej
3 Holodynamka – to metoda pracy z nieświadomością, stworzona przez amerykańskiego psychoterapeutę Vernona Wolfa. Pozwala rozwiązywać problemy psychologiczne, usuwać blokady, fobie, bóle nieznanego pochodzenia.
w nieświadomości było źródłem mojej dziecięcej religijności. Jako dziewczynka zaadaptowałam małą spiżarkę obok pokoju dziecinnego na kapliczkę. Wieszałam tam obrazki, modliłam się i bawiłam. Angażowałam się w życie parafii — byłam solistką w scholi.
W moim dzieciństwie ogromną rolę odgrywały książki. Pochłaniałam bajki, baśnie i klechdy od chwili, gdy tylko poznałam litery. Czytałam bardzo dużo i bardzo szybko, ale wyłącznie po cichu. Głośne czytanie sprawiało mi trudność. W pierwszych klasach szkoły podstawowej ćwiczyłam z mamą nie tylko zadaną czytankę, lecz także kolejną z elementarza, aby nikt nie odkrył, że mam problem z czytaniem na głos. To była moja wielka tajemnica. Wyszła na jaw przypadkiem podczas zbiórki harcerskiej, kiedy zostałam poproszona o przeczytanie wiersza Bronisława Broniewskiego w ramach przygotowań do apelu. Nigdy wcześniej nie widziałam tego tekstu. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. W klasie zapanowała konsternacja. Ostatecznie wiersz przeczytał ktoś inny. Dopiero w dorosłości, badając swoje wewnętrzne blokady, zrozumiałam wagę tamtego wydarzenia. Wtedy czułam się, jakbym została przyłapana na oszustwie, a ogromny wstyd całkowicie mną zawładnął. To doświadczenie mocno ukształtowało moje życie. W szkole byłam wzorową uczennicą. W życiu dorosłym zawsze musiałam być doskonale przygotowana do wykonania zadania. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że to, co psychologia nazywa syndromem oszusta, tak głęboko mnie dotyka. Ta szkolna sytuacja była zapewne sposobem, w jaki mój Dajmon próbował zwrócić moją uwagę na cel Duszy, lecz ja wtedy tego nie dostrzegłam. Długo w swoim życiu nie miałam czasu na zastanawianie się nad sobą. Żyłam bardzo intensywnie. Po drugim roku studiów urodziłam córkę. Wróciłam z nią na dzienne studia po urlopie dziekańskim. Technologia żywności była wymagającym kierunkiem, a ja musiałam to godzić z opieką nad rocznym dzieckiem chodzącym do żłobka. Nie nudziłam się. Gdy ukończyłam studia, podjęłam pracę w laboratorium oczyszczalni ścieków. To zajęcie było monotonne, ale dawało mi możliwość pogodzenia roli mamy i pracownika. Jednak mój niespokojny Duch szybko zatęsknił za czymś bardziej ekscytującym. Były to czasy transformacji, więc zapragnęłam zostać przedsiębiorcą. Poszłam do PSS Społem zapytać, czy nie mają do wynajęcia sklepu mięsnego — taki miałam pomysł na biznes. Sklepu nie mieli, ale zaproponowali mi restaurację z dancingiem, która po pożarze nie mogła się odrodzić i potrzebowała ajenta. Jako technolog żywności formalnie pasowałam do prowadzenia gastronomii, choć w praktyce miałam zerowe doświadczenie. Nigdy nie byłam na dancingu, nigdy też nie zarządzałam biznesowo ludźmi. Zdecydowałam się przyjąć tę propozycję. Dziś powiedziałabym, że był to skok na głęboką wodę w biznesie.
Miałam 27 lat i od tamtego czasu — już zawsze wspólnie z mężem — prowadziliśmy różne firmy. Moje przedsięwzięcia zawsze pojawiały się jakby przypadkiem, choć teraz wiem, że w życiu nie ma przypadków. Wszystko, co spotyka nas po drodze, staje się częścią podróży i ma znaczenie formacyjne.
Około czterdziestki miałam okres kompulsywnego czytania Harry’ego Pottera. Gdy tylko pojawiał się nowy tom albo film, musiałam go przeczytać lub obejrzeć. I to natychmiast, czytając w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że to dziwne, a jednak magia tej historii działała na mnie niezwykle silnie. Szczególnie fascynowały mnie świstokliki — magiczne przedmioty, które umożliwiały teleportację. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, już mnie to nie dziwi. Psychologia Junga, która jest mi bardzo bliska, to również nauka o podróżach psyche — w inne wymiary rzeczywistości.
Podobnie było z Władcą Pierścieni — choć w inny sposób. Książka liczy ponad tysiąc stron. Czytałam ją z dziwnym nastawieniem — właściwie mi się nie podobała, a jednak miałam silną potrzebę dowiedzenia się, co będzie dalej. Denerwowało mnie to wewnętrzne „nie chcę, a muszę”. Moje rozczarowanie było ogromne, gdy poszłam na film — i okazało się, że to tylko pierwsza część, którą już znałam. Choć mogłam przeskoczyć do zakończenia, nie o to mi chodziło. Częściowe zrozumienie przyszło dopiero, gdy w wieku 56 lat rozpoczęłam studia podyplomowe z psychologii kompetencji interpersonalnych. Już na pierwszych zajęciach zrozumiałam, że to świadome spotkanie z psychologią odmieni mój sposób patrzenia na świat. Mieliśmy się przedstawić — nie samodzielnie, lecz poprzez drugą osobę. Moja rozmówczyni, coach, powiedziała wtedy: Życie jest drogą. Nie cel jest ważny, lecz droga. Dla mnie, kobiety biznesu, która zawsze stawiała na cel, brzmiało to jak herezja. Dopiero z czasem uświadomiłam sobie, że Władca Pierścieni to powieść drogi — metafora życia, w którym liczy się to, czego bohater doświadcza w podróży, bo właśnie to ma transformujący wymiar. Moje horyzonty zaczęły się poszerzać, choć lepsze zrozumienie przyszło dopiero, gdy krok po kroku zaczęłam naprawdę poznawać siebie. Przełomowym momentem było dla mnie przeczytanie Kodu Duszy Jamesa Hillmana. Autor pokazał na przykładach życiorysów znanych osób, że Dusza przychodzi z określonym planem, a nasze warunki życia nie są przypadkowe — służą realizacji tego celu. Jako osoba sceptyczna długo nie umiałam tego przyjąć, więc mój Dajmon miał ze mną sporo pracy. To, czego nie mogłam zaakceptować świadomym umysłem, zawsze wracało do mnie w inny sposób.
Pierwszy to relacje pacjentów Michaela Newtona opisane w książce Wędrówka dusz. Ludzie poddani głębokiej hipnozie cofali się do przeżyć ze świata duchowego i opowiadali
o nim: o analizie poprzednich wcieleń, przygotowaniach do nowych doświadczeń i o obecności duchowych przewodników. Ich opisy były zadziwiająco podobne do platońskiej wizji świata dusz. Drugim doświadczeniem było spotkanie z kobietą, która potrafiła rozmawiać ze swoimi przewodnikami duchowymi. Ja zadawałam pytanie, a ona przekazywała odpowiedź od swoich Mistrzów. Mogłoby się wydawać, że to wymysł, lecz mówiła o rzeczach, których nie mogła o mnie wiedzieć. Ta rozmowa uświadomiła mi istnienie mojej dużej blokady i otworzyła na pracę nad nią. O tym opowiem później.
Jeśli zastanowić się nad kolejami Losu, ułomnościami i dziwnymi splotami okoliczności, można dostrzec w nich sygnały od Duszy. Ona cierpliwie podsuwa nam wydarzenia, by naprowadzić na właściwą drogę. Czasem są to zdumiewające przypadki — a im bardziej niezwykłe, tym uważniej powinniśmy się im przyjrzeć.
Opowiem historię o sukience, która przyszła do mnie w zupełnie nieoczekiwany sposób. Zaczęło się od natrętnej, upartej myśli: kup sukienkę. Odganiałam ją — wcale nie potrzebowałam nowej. A jednak ten wewnętrzny głos stawał się coraz głośniejszy, coraz bardziej natarczywy, aż w końcu poddałam się i postanowiłam sprawdzić, dokąd chce mnie zaprowadzić. Poszłam do galerii i weszłam do sklepu, do którego zwykle nawet nie zaglądam — był „nie mój”. Może właśnie dlatego tam weszłam, na przekór temu, co wydawało mi się rozsądne. Wybrałam kilka sukienek godnych przymierzenia, ale w drodze do przymierzalni dostrzegłam w kącie wieszak z przecenami. Coś mnie do niego pociągnęło. Spojrzałam na sukienki i nagle jedna z nich przyciągnęła moje oko — długa, luźna, cała w lamparcie cętki.
Czyli wszystko to, czego nigdy bym nie wybrała. Nie lubiłam takich wzorów. Nie nosiłam takich krojów. To po prostu nie był mój styl. A jednak wzięłam ją ze sobą. Przymierzyłam wszystkie pozostałe sukienki i żadna nie była „tą”. Jedne źle leżały, inne były absurdalnie drogie.
Została już tylko ta w cętki. Włożyłam ją… i zamarłam. Podobałam się sobie. Dobrze się w niej czułam. Jakbym nagle stała się kimś, kogo jeszcze nie znałam — a jednocześnie sobą. Byłam w lekkim szoku, ale kupiłam ją bez wahania. Przez długi czas zastanawiałam się, o co właściwie chodziło. I w końcu zrozumiałam: to była sukienka mojej Duszy — tej części mnie, którą dopiero odkrywam, tej, która mówi szeptem, a czasem krzyczy, kiedy ją ignoruję.
Od tamtej chwili słucham tego głosu coraz uważniej. Prowadzi mnie powoli, ale pewnie. W stronę siebie. W stronę przemiany.
Rozdział drugi. Zdrowie jako lustro życia
Patrząc z perspektywy czasu, kolejnym kamieniem milowym na mojej drodze rozwoju była choroba. O ile czytanie książek o Harrym Potterze czy Władcy Pierścieni było łagodnym szturchnięciem mojej Duszy, to choroba, która mnie dotknęła, była znacznie poważniejsza. Zaczęłam mieć problemy z przewodem pokarmowym. Ostatecznie jadłam jedynie jogurt naturalny i wafle ryżowe. Brzuch bolał i tyłam od patrzenia na jedzenie. Najgorsze było jednak to, że nie miałam siły, by normalnie funkcjonować. Już o 14:00 traciłam energię, a w pracy byłam do 16:00. Po powrocie musiałam się położyć i przespać, żeby jakoś przetrwać do wieczora. Byłam u wielu specjalistów, zrobiłam wszystkie możliwe badania, które niczego nie wyjaśniały. Dostawałam kolejne antybiotyki, ale nie czułam się lepiej. Moja internistka stwierdziła, że został już tylko psychiatra. Nie czułam jednak potrzeby takiego spotkania. Ostatecznie zdecydowałam się na wizytę u osteopaty, który kiedyś pomógł mi pozbyć się migren. Zalecił zmianę diety — przestałam jeść pszenicę. Choć początkowo nie wydawało mi się to wartościowe, w desperacji zastosowałam jego poradę. Już po krótkim czasie bóle głowy ustały i nie powróciły. Tym razem odesłał mnie do lekarki z jego przychodni — była to doktor pierwszego kontaktu, terapeutka medycyny chińskiej i homeopatka. Już po wstępnym wywiadzie postawiła diagnozę: kandydoza, czyli grzybica ogólnoustrojowa.
W tym czasie trafiła w moje ręce książka dr. Andrzeja Janusa Candida. Nie daj się zjeść grzybom. Wszystkie objawy się zgadzały. Zrozumiałam, że sama doprowadziłam do choroby. Główne przyczyny to: nadmiar cukru, potrawy mączne, nadużywanie antybiotyków bez równoczesnego stosowania probiotyków oraz permanentny stres w pracy. Dieta była kluczowym elementem leczenia. Istotna była także praca nad odpornością i mikroflorą jelitową. Zmieniłam sposób odżywiania, schudłam dwanaście kilogramów w trzy miesiące i odzyskałam energię do życia. Zaczęłam podziwiać dietetykę chińską, bardzo różną od tej, której uczono mnie na uczelni. Postanowiłam się jej nauczyć i tak trafiłam do Krakowa, do Instytutu Medycyny Chińskiej i Profilaktyki Zdrowia. Holistyczne podejście do człowieka przemawiało do mnie — wszystko było ze sobą powiązane: ciało, umysł i Dusza. Wsiąkłam w ten system, zaczęłam uczyć się akupunktury, potem ziołolecznictwa. To, co było moim hobby, wkrótce stało się moją pracą. Kandydoza otworzyła mnie na inne postrzeganie człowieka i świata.
Z czasem zrozumiałam, że kandydoza ma również wymiar psychologiczny
— symbolizuje zgodę na wykorzystywanie. Nieświadomość poprzez ciało sygnalizuje brak granic i zgodę na pasożytnictwo. Drożdżaki Candida, naturalny element mikroflory, w sprzyjających warunkach przekształcają się w pasożyty.
Dr Andrzeja Janus pisze:
Grzyby Candida są bezwarunkowymi pasożytami, bowiem do życia niezbędna jest im tkanka organizmu żywiciela, która jest ich środowiskiem, pożywieniem, a także miejscem, gdzie wydalają produkty przemiany materii, czyli własne odchody. A to oznacza, że są niebezpiecznymi patogenami, które wykorzystują każde osłabienie systemu odpornościowego żywiciela, by rozrosnąć się w jego tkankach, uszkadzając je. W obrębie uszkodzonej tkanki grzyb wytwarza ognisko grzybicze, któremu zazwyczaj towarzyszy miejscowy stan zapalny.4
Toksyny produkowane przez grzyba trafiają do krwiobiegu i rozprzestrzeniają się po organizmie, powodując niespecyficzne objawy — od dolegliwości trawiennych po zaburzenia psychiczne. Dlatego trudno ustalić jednoznaczną przyczynę złego samopoczucia.
Z czasem zrozumiałam, że w chorobie kryło się głębsze przesłanie. Nie chodziło wyłącznie o objawy fizyczne, lecz o symboliczne odzwierciedlenie mojej wewnętrznej sytuacji. Kandydoza stała się dla mnie metaforą relacji narcystycznej — ukrytego pasożytnictwa emocjonalnego.
4 dr. Andrzeja Janusa Candida. Nie daj się zjeść grzybom.
Drożdżaki Candida są naturalnym elementem naszej mikroflory jelitowej i pełnią w niej ważną rolę — są nam potrzebne. W równowadze z innymi drobnoustrojami tworzą homeostazę, która wspiera zdrowie całego organizmu. Podobnie relacja z narcyzem na początku sprawia wrażenie idealnej — pełnej zachwytu, troski i zaangażowania. Wydaje się, że spotkaliśmy kogoś, kto nas rozumie i wspiera. Naszą drugą połówkę.
Kiedy jednak układ odpornościowy słabnie, drożdżaki zaczynają się nadmiernie rozmnażać, przenikają przez śluzówkę i kolonizują organizm. Narcyz działa w podobny sposób. Gdy upewni się, że ma nad nami kontrolę, rozpoczyna proces dewaluacji, manipulacji i podporządkowania. Granice między „ja” a „ty” zaczynają się zacierać — aż w końcu trudno odróżnić, co jest nasze, a co należy już do niego.
