Proxima - Stephen Baxter - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

XXVII wiek. Przyszłość ludzkości w tej galaktyce wydaje się niemal nieograniczona…

Są w niej setki milionów czerwonych karłów, które posiadają planety nadające się do zamieszkania przez ludzi. Taki właśnie jest świat Proxima Centauri. Dla ludzkości może oznaczać nadzieję na przetrwanie, bo toczące nieustanne wojny między sobą przeludnione kolonie na Marsie i Merkurym z pewnością tego nie gwarantują.

Ale najpierw nowy świat musi zostać skolonizowany, a brakuje chętnych, by zostać osadnikiem. Wyprawa na surową planetę nie zapewni splendoru ani żadnych gratyfikacji, a oferuje tylko trud, samotność, pustkę… Yuri Jones wraz z tysiącem innych przymusowych kolonistów niebawem dowie się, jak to jest żyć w nieprzyjaznym pustynnym świecie, którego połowa skrywa się w wiecznej ciemności.

Proxima opowiada niesamowitą historię kolonizacji surowego nowego Edenu, a tajemnica, którą skrywa ten świat, na zawsze zmieni postrzeganie naszej roli we wszechświecie.

"Monumentalna powieść".

National Space Society

"Ta powieść po prostu zapiera dech w piersiach".

SFBook.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 579

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Stephen Baxter Proxima Tytuł oryginału Proxima ISBN Copyright © Stephen Baxter 2013 First published by Gollancz, LondonAll rights reserved Copyright © 2018 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań Redakcja Agnieszka Zienkowicz Ilustracja na okładce Michał Krawczyk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

I

Rozdział 1

2166

Wróciłem na Ziemię.

Ta myśl jako pierwsza przyszła do głowy Yuriemu, gdy ocknął się na łóżku. Twardym, ze sztywnym materacem i lekką pościelą, ale jednak łóżku, nie zaś czteropiętrowej koszarowej pryczy w marsjańskiej kopule.

Otworzył oczy. Jarzeniówki na ścianach wypełniały pomieszczenie jasnym światłem. Sufit bez zabrudzeń. Ludzie poruszający się w medycznych zielonych fartuchach, czepkach i maskach, cichy szmer kompetentnych głosów, buczenie i piski rozmaitych urządzeń. Inne łóżka, inni pacjenci. Klasyczna szpitalna sceneria. Przyglądał się temu kątem oka; nie obrócił jeszcze głowy, która wydawała się nieznoś­nie ciężka.

Ostatnim jego wspomnieniem była igła wbita w jego szyję przez tego dupka, strażnika pokoju, Tollemache’a. Nie miał pojęcia, jak długo leżał nieprzytomny – może parę miesięcy, skoro przerzucili go na Ziemię – ale poprzednia rekonwalescencja po kilkudziesięciu latach w krio nauczyła go jednego: nie opłaca się brykać zaraz po przebudzeniu.

Z całą pewnością wiedział, że jest na Ziemi. Czuł to w kościach. Urodził się tam w roku 2067, niemalże przed stu laty, by potem, uśpiony w kapsule kriogenicznej, przegapić heroiczną ekspansję rodzaju ludzkiego w Układzie Słonecznym. Obudził się w kolonii na Marsie, o czym informowano go etapami. I teraz, po następnym przymusowym śnie, znów zmiana. Zaryzykował i uniósł dłoń. Już przy tej czynności zabolały go mięśnie ręki. Poczuł, jak napinają się rurki i po chwili dłoń opadła ciężko, przyjemnie uderzając o materac. Cudowna ziemska grawitacja, a nie marsjańskie ni to unoszenie się, ni to spadanie. To mogła być tylko Ziemia – dom.

Nurtowały go tysiące pytań. Przykładowo, co to za miejsce na Ziemi? Czemu go odesłano, zamiast poczekać, aż zgnije na Marsie? I gdzie trafił tym razem, do jakiego rodzaju więzienia? Ale nie przejmował się zanadto brakiem odpowiedzi. Odkąd przebudził się na Marsie, nie powiedziano mu prawie nic na żaden temat, tym bardziej że nie chciało mu się zadawać pytań. Najgorszy loch na Ziemi – i nieważne, co się tu zmieniło od chwili, kiedy zamknięto go w kapsule kriogenicznej – byłby lepszy od wyszukanych marsjańskich luksusów. Ponieważ na Ziemi człowiek mógł po prostu otworzyć drzwi i odetchnąć powietrzem, nawet tą przegrzaną, zanieczyszczoną mieszaniną, i ruszyć przed siebie, iść dalej i dalej…

Zamknął oczy.

– Pora wstawać, słonko.

Zawisła nad nim twarz czarnoskórej kobiety w zielonej bluzie z nazwiskiem, którego nie potrafił odczytać. Włosy wetknęła pod czepek z miękkiego materiału. Nie nosiła maski i uśmiechała się do niego. Sprawiała wrażenie zmęczonej.

Próbował mówić. W ustach mu zaschło, a język boleśnie przylgnął do podniebienia. Yuri tylko stęknął.

– Masz, napij się wody. – Podawała mu butelkę ze smoczkiem, jakby karmiła niemowlaka. Ciepła woda miała stęchły smak. Kobieta z trudem trzymała butelkę, jakby sama była osłabiona. – Pamiętasz swoje nazwisko? – Przesunęła wzrok na koniec łóżka. – Yuri Eden. Tylko tyle mogę ci powiedzieć. Żadnych bliskich krewnych w naszej bazie danych. Zgadza się?

Ostrożnie wzruszył ramionami, niepewnie, wciąż leżąc na wznak.

Objęła go spojrzeniem, potem zajrzała mu w oczy i sprawdziła coś na monitorze przy łóżku.

– Jestem doktor Poinar – przedstawiła się. – Pracuję w ISF i należę do załogi w stopniu oficera, ale możesz zwracać się do mnie jak do lekarza. Trochę to trwało, nim się wybudziłeś ze śpiączki farmakologicznej, w którą wprowadzili cię strażnicy pokoju. Mimo to w ten sposób łatwiej nam było zadbać o ciebie w czasie startu. Właściwie to ponad połowa pasażerów przespała podróż. Zobaczę, czy uda się podnieść cię do pozycji siedzącej, dobrze? – Nacisnęła jakiś przycisk.

Z jękiem siłowników wezgłowie zaczęło się unosić, zginając jego ciało w pasie. Czuł się słaby, a głowa wydawała się banią, w której wszystko się przelewa. Sala wokół niego poszarzała. Poczuł mrowienie w prawej ręce; wpompowywano w niego jakiś płyn.

Doktor Poinar przyglądała mu się uważnie.

– W porządku? Dobrze, streszczę się w kilku słowach. Właściwą procedurę aklimatyzacji zostawiamy na później, wszyscy przechodzą to krok po kroku. Najpierw odzyskasz siły, a przy okazji będzie czas na trochę szkolnych podstaw i dostęp do informacji. Praca fizyczna w następnej kolejności, w tym wypełnianie codziennych obowiązków. – Zerknęła do notatek. – Więcej w tym temacie, gdy dostaniesz karny przydział, a sądząc po twoich dokonaniach, wydaje się to bardzo prawdopodobne. W każdym razie priorytetem będzie przystosowanie cię do nowego otoczenia. Organizm musi ponownie nauczyć się żyć w warunkach pełnej grawitacji. Receptory, które zapewniają prawidłową postawę, ułożenie ciała i ruch, są jeszcze rozstrojone. Ucho wewnętrzne zastanawia się, co tu, u licha, jest grane. Nie działa dobrze gospodarka wodna i jeszcze przez pewien czas będziesz odczuwał skutki niskiego ciśnienia krwi. Proszę, wypij to.

Podała mu drugą butelkę, którą tym razem wziął do ręki. Zakrztusił się, gdy spróbował słonego płynu.

– Przyjmiesz serię zastrzyków na uzupełnienie niedoborów wapnia w kościach i tego typu rzeczy. Fizjoterapeuta pomoże ci odbudować mięśnie i zwiększyć masę kostną. Nie próbuj się od tego wymigać. Aha, układ odpornościowy też dostanie za swoje. Wszystkie wirusy przywleczone przez innych do modułu fruwają wkoło jak obłąkane. Przed tobą parę tygodni zabawy z nimi. W odpowiednim czasie wdrożymy kolejne procedury medyczne, wstępne przygotowanie na Proximę, profilaktyczne zabiegi chirurgiczne. – Uśmiechnęła się szeroko z ledwie dostrzegalnym okrucieństwem w oczach. – Jak tam zęby? Ale z tym poczekamy jeszcze przynajmniej rok.

Proxima?

Gdzieś niezbyt daleko rozpłakało się dziecko.

– Jakieś pytania? – zapytała doktor Poinar. – O, bez wątpienia jest ich cała masa. Po prostu weź to na zdrowy rozsądek. Na razie siedź, dopóki nie miną zawroty głowy. I już się nie kładź. Przyjdę później i zobaczymy, czy przełkniesz trochę stałego pokarmu. Uwaga na cewnik, pielęgniarka usunie go we właściwym czasie. Głowa do góry, Eden. – Opuściła jego pole widzenia.

Gdzieś na lewo od niego wciąż płakało dziecko.

Z największą ostrożnością obrócił głowę w tamtą stronę. Powróciła szarość, a wraz z nią dzwonienie w uszach, więc poczekał, aż to minie. Ujrzał sąsiednie łóżka, ściśnięte w pomieszczeniu o szerokości najwyżej siedmiu, ośmiu metrów – o wiele mniejszym, niżby się spodziewał. Niektóre łóżka były zasłonięte parawanami. W ciasnych przejściach między nimi sprawnie poruszali się lekarze i serworoboty. Z sufitu dyndały końcówki rozmaitych urządzeń medycznych, w tym czegoś, co wyglądało na zdalnie sterowany zestaw chirurgiczny z wieloma ramionami manipulatorów, skalpelami i dyszami laserów.

Na sąsiednim łóżku, po jego lewej stronie, leżała młoda kobieta, w zasadzie jeszcze dziewczyna, blada i jasnowłosa, o bardzo kruchej sylwetce. Wyjątkowo śliczna. Trzymała w ramionach dziecko zawinięte w kocyk. W miarę jak je kołysała, płacz z wolna ustawał. Dostrzegła spojrzenie Yuriego. Obrócił głowę w drugą stronę, aż świat ponownie zawirował przed jego oczami. W Edenie wyrobił w sobie nawyk unikania kontaktu wzrokowego, nienaruszania małych stref prywatności innych osób.

– W porządku – powiedziała z miękkim akcentem, być może wschodnioeuropejskim.

Ponownie na nią spojrzał.

– Nie chciałem się gapić. – Jego głos brzmiał chropawo.

– Mały Cole płakał, to musiało wszystkim przeszkadzać. – Uśmiechnęła się. – Przepraszam, jeśli cię obudził.

Zmieszał się, lecz zaraz zrozumiał, że żartowała. Próbował się uśmiechnąć, ale nie miał pojęcia, jaki grymas pojawia się na jego zdrętwiałej twarzy.

– Nazywam się Anna Vigil.

– Ja Yuri.

– Yuri Eden. Słyszałam, co mówi lekarka. – Mały Cole wiercił się i cicho gruchał. – Nic mu nie dolega, to ja muszę tu leżeć. Dopadło mnie przeziębienie, a jestem jeszcze słaba. Karmię dziecko. Oczywiście, w ogóle nas tu nie powinno być. Byłam w zaawansowanej ciąży, kiedy przeprowadzili łapankę. Zrobił się zamęt. Nie ma tu innych dzieci oprócz Cole’a.

– Cole, co? Ładne imię.

Przez chwilę ważyła jego słowa, jakby jego odpowiedź była nieco dziwaczna.

– Dałam mu imię po Dexterze Cole’u, oczywiście. Pierwszym facecie, który poleciał na Proximę.

Oczywiście… Po kim? I gdzie ten ktoś poleciał? Yuri wycofał się z tej zagadkowej pogawędki, żeby pobyć sam na sam ze swoimi myślami.

– Hej, stary.

Obrócił głowę w prawo.

Na łóżku po tej stronie leżał około trzydziestoletni mężczyzna o azjatyckiej urodzie. Głowę miał obwiązaną bandażami, a lewy policzek siny i napuchnięty tak, że ledwo był w stanie otworzyć oko. Mimo to się uśmiechał.

– W porządku? – zapytał.

Yuri sztywno wzruszył ramionami.

– Słuchaj no. Gliny dają ci tylko towar na sen. I nie oszczędzają na nim. Sam dostałem ze dwie dawki, kiedy próbowałem kulturalnie wyjaśnić, że jako obcokrajowiec powinienem być wyłączony z łapanki na „Ad Astrę”. Trzeba czasu, żeby wytrząsnąć to z siebie. Nie przejmuj się, mgła opadnie. – Akcent wskazywał na Amerykanina, chyba z Zachodniego Wybrzeża, lecz słuch Yuriego miał w tym względzie sto lat opóźnienia.

– Dzięki – odparł Yuri. – Jednak coś mi się wydaje, że nie dlatego tu jesteś. Że cię nie uśpili.

– Ty chyba jesteś lekarzem. Nie, tym razem wsadził mnie tu Byczek. Choć poprzednim razem było to dwóch strażników pokoju. Tak usilnie mnie przekonywali, że złamali mi żebro.

– Byczek?

– Gustave Klein, tak się nazywa. Domyślam się, że go nie znasz. Uważa się za króla modułu. Nie wchodź mu w drogę. A więc Yuri Eden, co? Nie spotkałem cię nigdy na Marsie. Nazywam się Liu Tao. – Przeliterował nazwisko.

– Amerykanin?

– Ja? Nie. Ale nauczyłem się angielskiego w szkole dla ekspatriantów z USNA w Nowym Pekinie. Dlatego mam trochę staroświecki akcent, każdy to od razu zauważa. Jestem Chińczykiem. I tak się składa, że oficerem w ludowej flocie kosmicznej. Yuri Eden? Tak się naprawdę nazywasz? Mieszkałeś w Edenie, co?

– No.

– I jak wrażenia?

Yuri próbował opisać to miejsce, choć brakowało mu w rozmowie wspólnych punktów odniesienia. Eden był największą placówką ONZ-etu na Marsie i jedną z najstarszych. Mieszkało się tam w cylindrycznych budynkach przypominających półokrągłe baraki z blachy falistej, pozostałościach po pierwszych statkach, które tam wylądowały, przewróconych na bok, przysypanych piachem i zaadaptowanych na schronienie dla ludzi. Były również kopuły z prefabrykatów i nieliczne domy z bloków czerwonego marsjańskiego piaskowca. Yuri czuł się tam trochę jak w więzieniu albo obozie pracy. A wszystko to było jak pryszcz, maleńki przyczółek. Chodziły słuchy, że tego typu kolonie to pigmeje w porównaniu z gigantycznymi metropoliami, które Chińczycy budowali na innych obszarach planety, takimi jak ich stolica Obelisk w Terra Cimmeria.

Liu Tao słuchał tego z kamienną twarzą.

– No więc jak tu trafiłeś? – zapytał go w końcu Yuri.

– Pech i tyle. Pilotowałem wahadłowiec z Czerwonej Dwójki, to jedna z naszych stacji orbitalnych. Lecieliśmy do składów zaopatrzeniowych i fabryk w Czworoboku Faetona, kiedy przydarzyła nam się awaria pomocniczej jednostki zasilającej. Musieliśmy się katapultować na znacznej wysokości, ja i mój kumpel, a na Marsie to nie przelewki. On wylądował bezpiecznie, tak przypuszczam, bo nikt mi tego nigdy nie powiedział. Natomiast w moim przypadku pękła pokrywa osłony termicznej. Mam szczęście, że żyję. Ale spadłem niedaleko Edenu i pierwsi dopadli mnie twoi strażnicy pokoju… Zatrzymali mnie za pogwałcenie najróżniejszych traktatów. Ciągnęli mnie po przesłuchaniach. – Zawiesił głos dla podkreślenia wagi tego, co mówi. – Chcieli, żebym zdradził sekrety Trójkąta. Słyszałeś o nim? To nowa sieć połączeń handlowych, którą rozwijamy między Ziemią, Marsem i planetoidami. Ale ja tylko siedzę za sterami mars­jańskiego wahadłowca, nic więcej. Przysięgam ci na jaja Mao, że nie szpiegujemy was, chłopaki, w Edenie. – Parsknął śmiechem. – Trzymali mnie tam i trzymali, aż zacząłem się bać, że nigdy mnie nie wypuszczą. No wiesz, mogli powiedzieć moim zwierzchnikom, że znaleźli moje ciało czy coś w tym stylu. W końcu co mieli ze mną zrobić? Zabić mnie? W sumie nic dziwnego, że włączyli mnie do naboru i zamknęli w tym module. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Ale tutaj wszyscy jesteśmy więźniami…

– Nikt tu nie jest więziony – odezwała się doktor Poinar, nadchodząc żwawym krokiem z tacką kolorowych pigułek. – Gwarantuje to kontrakt, więc chyba nie ma o czym dyskutować, prawda? A teraz połknij je, Yuri, potrzebujesz snu.

Trochę skołowany i zmęczony jak dziecko Anny, ale też szczęśliwy z tego prostego powodu, że wrócił do domu – nawet jeśli utknął w jakimś „module” – Yuri posłusznie przyjął tabletkę i zapadł w twardy sen bez snów.

Rozdział 2

Po całym dniu ostrożnego wyginania się, rozciągania, spacerowania i samodzielnego korzystania z toalety Yuri dowiedział się od doktor Poinar, że jego czas dobiegł końca.

– Musisz zwolnić łóżko. Przykro mi, kolego. Przydzielimy ci pryczę. Wszystkie twoje osobiste rzeczy…

Wzruszył ramionami.

– A teraz jesteś spóźniony na zajęcia.

– Jakie zajęcia?

– Zapoznawcze – wtrącił Liu Tao. – Astronauta będzie nam pokazywał jakieś fajne obrazki. – Roześmiał się i zaraz skrzywił, gdy za szeroko otworzył swoje posiniaczone usta.

– Jesteście w tej samej grupie, Liu. Może wskażesz drogę swojemu nowemu przyjacielowi, co? – Rzuciła im na łóżka stosy podstawowej odzieży w jaskrawopomarańczowym kolorze i odeszła.

Yuriemu wydawało się, że to na sali szpitalnej panuje tłok i hałas. Gdy jednak, idąc za Liu, wyszedł na zewnątrz i ogarnął spojrzeniem całą przestrzeń jakby ogromnej metalowej wieży, natychmiast zrozumiał, że sala była oazą spokoju i harmonii. Popatrzył w górę. Wieża nie była aż tak bardzo wysoka; miała ze czterdzieści, może czterdzieści pięć metrów, była zwieńczona dużym metalowym stożkiem i podzielona na piętra podestami z krat podłogowych. Dostrzegł drabiny i spiralę schodów przy ścianie, a także drążki strażackie przechodzące przez otwory w kratach równolegle do osi wieży. Ściany były obstawione szafkami i skrzyniami narzędziowymi, lecz nie brakowało też lekkich, składanych krzeseł i stolików, jak również miejsc odgrodzonych, gdzie za zasłonami widać było piętrowe prycze i inne składane sprzęty. Dostrzegł ludzi, którzy najwyraźniej próbowali tam spać. Nie miał pojęcia, jak im się udawała ta sztuka. Wszystko wskazywało na to, że sen będzie tu luksusem – nie inaczej niż na Marsie.

W tej puszce kłębiło się mrowie ludzi, zwykle ubranych w pomarańczowe dresy jak Liu i Yuri, chociaż trafiał się błękit strażników pokoju czy bardziej egzotyczne czerń i srebro. I sami dorośli; żadnych dzieci ani niemowlaków. Ich głosy odbijały się echem od metalowych powierzchni, tworząc zgiełkliwą wrzawę. Ponad to wszystko przebijał się szum pomp, wiatraków, urządzeń wentylacyjnych i wody spływającej w rurach. Jak w Edenie. Miał wrażenie, że znowu znalazł się w szczelnie zamkniętej jednostce.

Liu, który także poruszał się z ostrożnością – widocznie oberwało się nie tylko jego twarzy – zaprowadził Yuriego do krętych schodów z barierką, przymocowanych do zakrzywionej ściany, i ruszył przed nim w górę.

Przynajmniej, tak samo jak na Marsie, Yuri łatwo odnalazł się w nowej rzeczywistości. Już po pierwszym przebudzeniu się odkrył, że technika dwudziestego drugiego wieku nie jest trudna do ogarnięcia. Interfejsy użytkownika wytworzyły wspólny standard, zanim go zamrożono. Ustabilizował się, mniej więcej, nawet język, chociaż z akcentem było różnie. Językiem angielskim posługiwano się teraz na kilku światach i musiał pozostać zrozumiały dla wszystkich. Poza tym ogrom spuścizny kulturowej zapobiegał większym zmianom językowym. Maszyny i słownictwo roku 2166 nie sprawiały mu kłopotu. To właśnie ludzi trudniej było rozszyfrować. A teraz wspinał się w potoku twarzy i żadna nie była mu znajoma.

Rozglądał się za oknem. Wciąż nie wiedział, co to za miejsce na Ziemi. I dlaczego przebywają w zamknięciu. Może przewieźli go do jakiegoś przytułku klimatycznego na średnich szerokościach geograficznych? Podobno odkąd opuścił planetę, w całej strefie równikowej podskoczyła temperatura, ziemia zamieniła się w pustynię i ludzie wynieśli się stamtąd. Mógł być wszędzie. Jednakże stała grawitacja podnosiła go na duchu, mimo że wdrapywał się po schodach z ciałem zwiotczałym po pobycie na Marsie. Zastanawiał się, kiedy rozpocznie się fizjoterapia.

Dotarli do miejsca ogrodzonego przesuwnymi panelami, wypełnionego rzędami składanych krzeseł jak w sali wykładowej. Przed audytorium złożonym z kilkunastu słuchaczy stał facet w czarno-srebrnym uniformie, zajęty omawianiem kolejnych obrazów przedstawiających obszary gwiezdne i satelity kosmiczne.

Yuriego i Liu zaraz przy wejściu zatrzymała kobieta w identycznym mundurze. Trzymała w ręku tablet. POR. MARDINA JONES, ISF – przeczytał Yuri na identyfikatorze. Miała około trzydziestu lat, bardzo ciemną karnację i czarne włosy poskręcane w drobne loczki.

– Spóźniliście się – powiedziała.

– Przepraszamy. Wyszliśmy właśnie ze szpitala. – Liu podał ich imiona.

Zażądała identyfikatorów. Liu wygrzebał swój z kieszeni i podał go kobiecie. Przeskanowała go tabletem i zwróciła się do Yuriego:

– A ty co?

Tylko wzruszył ramionami.

– Mówiłem, że dopiero co nas wypuścili.

– Świeżo po wybudzeniu, tak? – Jones pokiwała głową i zanotowała coś na tablecie. – Normalne. Pamiętaj, żeby to później załatwić. – Mówiła z wyraźnym australijskim akcentem. – Siadajcie. Jesteście już spóźnieni.

Znalezienie wolnego miejsca w zaciemnionym, ciasnym pomieszczeniu nie było wcale takie proste. Trzech facetów zajmowało rząd, w którym pozostało kilka pustych krzeseł. Kiedy Yuri skręcił, żeby tam właśnie usiąść, Liu szturchnął go w plecy.

– Idź dalej – szepnął.

Yuri prędko wpadał w złość, odkąd po raz pierwszy przebudził się na Marsie.

– Niby czemu?

– Ten w środku to Gustave Klein. Najpierw trochę przypakuj, nim weźmiesz go na celownik.

Yuri wiedział jednak, że na to już za późno. Klein był białym mężczyzną pod pięćdziesiątkę, masywnie zbudowanym, z tendencją do nadwagi i starannie wygoloną głową. Pięści położył na kolanach niczym dwa kafary. Yuri nawiązał z nim kontakt wzrokowy. Praktycznie nie zwrócił uwagi na dwóch pozostałych, którzy z nim siedzieli, typowych zabijaków. Klein zmierzył Liu nieprzychylnym spojrzeniem, przyglądając się jego obrażeniom, a następnie z lekceważeniem odwrócił wzrok.

Poszli dalej, ostrożnie stawiając kroki w półmroku.

– Co w nim takiego nadzwyczajnego?

– Był najlepszym w kolonii inżynierem, który obsługiwał piec Sebatiera – odparł cicho Liu. – To taki element systemów recyklingowych, wiesz chyba. Ustawił się tak, że nikt nie mógł zbliżyć się do tych urządzeń. Skubaniec był tam królem wody. Nic dziwnego, że go wysiudali. Coś mi się widzi, że tutaj też próbuje się ustawić.

– Król wody? – Yuri uśmiechnął się szeroko. – Dopóki nie spadnie deszcz, co?

Liu popatrzył na niego z dziwną miną.

Ktoś syknął.

– Yuri! Hej, Yuri! Tu jestem! – Pewien chudzielec niezgrabnie poderwał się w ich stronę i zabrał swoje rzeczy z dwóch krzeseł. Osoby, którym zasłonił widok, burczały pod nosem.

Po raz pierwszy od obudzenia się w puszce Yuri usłyszał znajomy głos.

– Lemmy? – Usiadł obok mężczyzny, a zaraz za nim Liu.

– W końcu jawa, co? – zapytał cichym, wyćwiczonym szeptem Lemmy. – Ten pajac Tollemache pięknie cię naszprycował. Ale dostał, na co zasłużył.

Yuri pogrzebał w pamięci. Lemmy Pink, dziewiętnaście lat, jedyny człowiek na Marsie, którego mógłby od biedy nazwać przyjacielem. Nawet jeśli Lemmy szukał tylko ochrony.

Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał z Marsa, było to, jak z Lemmym prysnęli z kopuły. Musiał stamtąd uciec. Każdy atom jego ciała pragnął wydostać się na otwartą przestrzeń. Niezależnie od tego, że była to zimna pustynia smagana promieniowaniem ultrafioletowym. Miał za sobą szkolenie z posługiwania się skafandrem i obsługi śluzy powietrznej, rutynowe ćwiczenia z zakresu bezpieczeństwa, lecz ani razu nie wyszedł na zewnątrz. Rzadko miał okazję choćby wyjrzeć przez okno. Ukradli więc łazik i wypuścili się w góry – w stronę miejsca, które na mapie nosiło nazwę Chaos. Gdy łazik się przewrócił, odnaleźli ich strażnicy pokoju. Pamiętał Tollemache’a. To ty jesteś ten lodowy dzieciak, co? Wrzód na dupie, odkąd cię rozmrozili. To nic, nie będziesz mi już uprzykrzał życia. Nie ściągając rękawicy, zacisnął palce na strzykawce i wbił mu igłę w szyję. Czerwonobrązowy marsjański krajobraz skurczył się i zniknął…

A potem Yuri obudził się w puszce.

– Co to znaczy, że dostał to, na co zasłużył?

– Jest tu z nami, w module. Ha! Od dawna mu się zbierało i wreszcie ma za swoje! Ukarali go raczej za to, że gwizdnęliśmy mu łazik sprzed nosa, niż za to, jak się z tobą obszedł.

Yuri żartobliwie klepnął go w ramię.

– Fajnie, że i ciebie zabrali do domu.

Lemmy odsunął się od niego.

– Nie dotykaj mnie. Nałykałem się pieprzonych bakcyli, których pełno w tej trumnie. Że też zawsze muszą się wszystkie na mnie rzucić…

– A co z Krafftem? – Był to szczur, ulubieniec Lemmy’ego w kopule.

Spochmurniał.

– Zabrali go. W sumie czego się można było spodziewać…

– Przykro mi.

Przeszkadzali typowi w stroju astronauty w prowadzeniu wykładu. Mardina Jones zjawiła się nagle i skarciła ich szeptem:

– Jeżeli zaraz się nie zamkniecie, patafiany, i nie zaczniecie słuchać majora McGregora, każę was ukarać.

Zamknęli się, ale kiedy odeszła, Lemmy przypatrywał się Yuriemu w półmroku pełnym cieni.

– Co ty właściwie powiedziałeś?

– O szczurze?

– Nie. Coś, że zabrali nas do domu.

– Stary, sam już nie wiem. Nie wiem nawet, czy to sen, czy jawa.

Lemmy nadal nie spuszczał z niego wzroku.

Zdezorientowany, skołowany i rozproszony hałasem tłumów przewalających się pół metra za przepierzeniem, Yuri skierował spojrzenie na mównicę i astronautę w połyskliwym, czarnym jak noc kombinezonie. Na Marsie nikt nie lubił astronautów, bo dzięki rotacji stanowisk mogli liczyć na powrót do domu. Yuri próbował skupić uwagę na jego słowach.

– Na pierwszych zdjęciach nowego świata każdy piksel był dla astronomów kopalnią informacji. Analiza widmowa ujawniła obecność w atmosferze wolnego tlenu, metanu i podtlenku azotu.

Dwudziestoparoletni major McGregor, mężczyzna wysoki i postawny, miał sylwetkę szczupłą, lecz wysportowaną, a w poświacie wyświetlanych obrazów jego policzki różowił zdrowy rumieniec. Jego jasne włosy, starannie uczesane i wypomadowane, doświadczyły więcej pielęgnacji niż większość ludzi w tym miejscu. Mówił z gładkim akcentem mieszkańca Angleterre.

– Tlen, pomyślcie tylko! Nagle, na wyciągnięcie ręki, mieliśmy świat nadający się do zamieszkania. Wszyscy doświadczyliście życia w koloniach na Marsie lub Księżycu, światach jałowych i niegościnnych, a jednak najlepszych, jakie można znaleźć w Układzie Słonecznym. Aż wreszcie… to! Obserwacje różnic w jasności na powierzchni i analiza widma dały nam pojęcie o rozkładzie lądów i oceanów. Analizując szczegóły, obserwujemy zmienne warunki pogodowe. Mało tego, obecność tlenu każe przypuszczać, że istnieje tam życie. Mam na myśli życie występujące w naturze, bo coś wypuszcza ten tlen do powietrza. – Pokazał zawiłe linie na wykresach. – Wyraźny ślad w czerwonym zakresie widma wskazuje na obecność czegoś na podobieństwo naszego chlorofilu, pigmentu wchłaniającego światło. I cała ta dedukcja na podstawie jednego punktu światła…

Yuri nie wiedział, czego dotyczy ta gadka. Jednak dla niego było to bez różnicy, biorąc pod uwagę, jak długo po obudzeniu się na Marsie żył w nieświadomości, co się wkoło wyrabia.

Wiedział za to, że obserwuje go jaskiniowiec Klein. Zaczął się zastanawiać, jak zareagować, gdy w uszach brzęczały mu słowa astronauty.

Tymczasem Lemmy wciąż wlepiał w niego wzrok, jakby się bił z myślami.

– Nikt ci nie powiedział. Boże…

– Czego nie powiedział?

Gustave Klein chyba instynktownie szukał awantury. Pochylił się do przodu.

– Co jest? – zapytał.

Lemmy zignorował go.

– Mówiłeś, że zabrali nas do domu. Już wiem, co jest grane. Ty myślisz, że to dom, prawda? Myślisz, że to…

– Ziemia? – wtrącił Liu, wpatrując się w Yuriego ze zdumieniem.

Klein wstał.

– Że co mu się ubrdało? Trzeba być kretynem, żeby…

Zajęcia zostały przerwane. Słuchacze obracali się na krzesłach, ciekawi powodów zamieszania. Major McGregor w końcu się przymknął; gniewnie marszczył brwi, mając za plecami swoje spektrogramy.

Mardina Jones znów zbliżała się szybkim krokiem, stukając palcem w epolet na ramieniu.

– Strażnik pokoju na Poziom 3, sala wykładowa… Co tu się dzieje? Czyżbyś narozrabiał, Eden?

Yuri wstał, rozłożył ręce, ale nie odpowiedział. Dawno zrozumiał, że tłumaczenia nic nie dają, nie wpływają na to, jak jest traktowany. Czuł się osaczony przez astronautów i słuchaczy, którzy szczerzyli zęby, zadowoleni, że ktoś ma problemy. Nawet Lemmy gapił się na niego.

A Gustave Klein wcielił się w rolę okrutnego władcy marionetek.

– On nie wie! Masz rację, knypku! – powiedział do Lemmy’ego. Miał silny hiszpański akcent mimo niemiecko brzmiącego nazwiska. – Nie ma, cholera, zielonego pojęcia! Śmiechu warte…

W tym momencie do środka wparował strażnik Tolle­mache w pełnym umundurowaniu, z dwoma młodszymi oficerami po bokach. Wszyscy mieli w rękach pałki policyjne – ale nie pistolety, co Yuri natychmiast zauważył.

– Znowu ty, lodowy dzieciaku! – rzekł Tollemache. – Że też się nie domyśliłem. Ledwie się zwlókł ze szpitalnego łóżka, a już robi problemy. – Wymownie zgiął pałkę.

Yuri sprężył się w sobie, gotów zaatakować.

Pomiędzy nimi stanęła Mardina Jones.

– Niech pan przestanie! To rozkaz, strażniku.

– Pani mnie nie przewyższa stopniem.

– A właśnie że tak! – odparła chłodno. – I zna pan regulamin. W razie czego proszę pogadać z kapitanem. Wezwałam tu pana, żeby zaprowadził pan porządek, a nie znów rozbił komuś głowę. Co do ciebie, Yuri, to nie wiem, kim tam jesteś, ale masz dryg do robienia sobie wrogów.

Tollemache obrzucił go nienawistnym spojrzeniem, ale się wycofał.

– To przez ciebie jestem w tym sraczu, ciulu jeden.

Yuri uśmiechnął się szeroko.

– Miło słyszeć, strażniku.

Tollemache jeszcze przez chwilę przewiercał go wzrokiem. Z tyłu Gustave Klein chłonął każdy szczegół awantury.

Mardina Jones zwróciła się teraz do Lemmy’ego:

– Hej, ty. On myśli, że to dom? O co tu chodzi?

– Niech pani pomyśli. Strażnik pokoju pozbawił go przytomności, gdy był jeszcze na Marsie! Niczego nie widział, naboru ani załadunku, nie był na żadnych odprawach. Jeśli tak je można nazwać. W dodatku to nie jego czasy. Musicie to wiedzieć. Nie zna sytuacji, żeby to wszystko zrozumieć.

Mardina spojrzała na tablet ze zmarszczonym czołem. Może naprawdę nie wiedziała? – pomyślał Yuri.

– Wydawało nam się, że wszystkiego się domyśli. Że sam to sobie wykombinuje. Tak sądzę. Ale…

– Ale nie wykombinował. – Major McGregor podszedł do małej grupki i z mieszaniną ciekawości i rozbawienia przyjrzał się Yuriemu. – Opowiadali mi o tobie. Wiedziałem, że mamy na pokładzie jednego z was, zamarzlaków. Przedstawiciela pokolenia bohaterów. I proszę, stoisz tu przede mną, zupełnie zdezorientowany. Zabawne. – I dodał jakby pod wpływem impulsu: – Pozwól za mną, Eden. Możesz zabrać swoją małą przytulankę, nie ma sprawy. Panią porucznik też zapraszam. I pana, strażniku. Jeśli umie pan nad sobą zapanować. Na wypadek kolejnej rozróby.

– Dokąd pan go zabiera? – zapytała Mardina.

McGregor skierował palec w górę, uśmiechnięty.

– A jak pani myśli? To będzie fascynujący eksperyment. Proszę z nami.

Rozdział 3

McGregor wyprowadził swój orszak z sali wykładowej i skierował się do spiralnych schodów, pnących się wokół ścian wieży. Zerknął przez ramię na Yuriego, który trzymał się tuż za nim.

– Mamy dwa identyczne moduły habitacyjne, spięte bokami, na wypadek awarii, rozumiesz… Co do wystroju wnętrza, wszystko jest sprawą gustu. Co się tyczy rozmiarów, to wzorowaliśmy się na pierwszym stopniu starej rakiety księżycowej Saturn V, pewnie ze względów nostalgicznych. Oczywiście, wszystko, co robimy, ma wartość nie tylko praktyczną, ale i symboliczną.

Wieżę wieńczyła kopuła w kształcie stożka. Przeszli tamtędy do pomieszczenia będącego najwyraźniej mostkiem kapitańskim, wyposażonego w ustawiony na środku fotel dowódcy, chwilowo pusty, i rzędy rozjarzonych ekranów. Nad wszystkim górowała jeszcze jedna kopuła, tym razem smoliście czarna. Wszędzie naokoło przed terminalami komputerowymi siedzieli pracownicy w kombinezonach astronautów. Kilku odwróciło się w stronę McGregora i jego ekipy z wyraźną dezaprobatą, niezadowolonych z pojawienia się gości w tym sanktuarium nawigacji.

McGregor przyglądał się Yuriemu z wesołą miną.

– Zgadnij, gdzie jesteśmy.

Yuri lekceważąco wzruszył ramionami, choć czuł ucisk w żołądku powodowany rosnącym niepokojem.

– Lex, wyluzuj…

– Nie no, spokojnie. Wykrztusisz coś wreszcie? Słucham.

– Szczyt wieży?

McGregor zastanowił się.

– No tak. To prawda, w pewnym sensie… Przynajmniej obrazowo mówiąc, jeśli weźmie się pod uwagę wektor grawitacji indukowanej przez ciąg. Ale jest coś więcej. – Zaklaskał w dłonie. – Zgasić światło! – Gdy lampy ścienne pociemniały i zgasły, dodał: – Popatrz w górę. Tylko chwilę poczekaj, aż wzrok się przyzwyczai.

Yuri usłuchał. Z wolna zamigotały gwiazdy nad kopułą i pokazały się roziskrzone konstelacje – jak w nocy nad marsjańską pustynią. Dokładnie na środku błyszczał jeden wyróżniający się gwiazdozbiór.

– Co widzisz?

– Gwiazdy, i co z tego? Bardzo ładna noc.

– Ładna noc, tak? W takim razie gdzie jesteśmy, jak sądzisz?

Wzruszył ramionami.

– Gdzieś, gdzie jest czyste niebo. Arizona? – W niewyraźnych wspomnieniach zobaczył miejsce położone wysoko nad poziomem morza, gdzie ulokowano ogromne teleskopy. – Chile?

– Chile… Rozumiesz, że to symulacja, obraz przesyłany na żywo z kamer zamontowanych na platformie w ISM?

– ISM?

– Tak, ISM. Ośrodek międzygwiazdowy. – McGregor ponownie zaklaskał. – Wirtualny panoramiczny widok nieba.

Ściany i podłoga w pomieszczeniu zaiskrzyły się i znikły. Yuri miał wrażenie, że razem z McGregorem, Lemmym, Mardiną Jones, Tollemache’em, Liu Tao i garstką astronautów stoi na szklanej tafli. Wszędzie wokół siebie, jak też w górze i pod spodem, ujrzał gwiazdy, przy czym wprost pod nogami jedna płonęła szczególnie żywym blaskiem.

McGregor uśmiechnął się w poświacie gwiazd i ekranów komputerowych.

– A teraz co widzisz? Gdzie jest Ziemia? Gdzie planeta, na której podobno stoisz? Gdzie Ziemia, Yuri Edenie?

Czuł, że kręci mu się w głowie, a kosmos przygniata go ze wszystkich stron, zupełnie jakby mdlał na skutek zaburzeń gospodarki wodnej.

McGregor wskazał na dół.

– Tam. W tym kręgu światła. Tam właśnie jest Słońce. Wystartowaliśmy z orbity Marsa i od tygodnia jesteśmy w podróży. Obecnie znajdujemy się… – zerknął na jeden z wyświetlaczy – w odległości dwustu trzydziestu jednostek astronomicznych od Słońca. To znaczy dwieście trzydzieści razy dalej niż Słońce od Ziemi. I mniej więcej osiem razy dalej niż Neptun. Dzień świetlny, jeśli dobrze liczę. Jesteś daleko, daleko od domu, przyjacielu.

– Statek – wykrztusił nieswoim głosem. – To jakiś rodzaj statku.

– I to nie jakaś stara krypa. To „Ad Astra”, a my lecimy… tam – dokończył, wskazując gwiazdozbiór w najwyższym punkcie nieba.

– Znajdujesz się na statku kosmicznym – oznajmiła chłodnym, wyważonym tonem Mardina Jones, patrząc Yuriemu prosto w oczy. – W drodze do Proximy Centauri.

– Proxima Centauri – powtórzył z rezygnacją Yuri. Sama nazwa nic mu nie mówiła.

– Yuri Edenie, to statek ONZ-etowskiej Międzynarodowej Floty Kosmicznej „Ad Astra”. Dwustu kolonistów w dwóch bliźniaczych modułach. Napęd ziarnowy nadaje nam stałe przyspieszenie równe przyspieszeniu ziemskiemu. Podobnie wyglądał moduł mieszkalny, w którym poleciałeś na Marsa. Ale oczywiście nie pamiętasz tego. Od Proximy dzielą nas cztery lata świetlne z hakiem. Biorąc poprawkę na dylatację czasu, podróż subiektywnie powinna potrwać trzy lata i siedem miesięcy, z czego miesiąc mamy już za sobą.

McGregor zerkał na Yuriego, ciekaw jego reakcji.

– I o czym teraz myślisz, człowieku z przeszłości?

Strażnik Tollemache był bardziej bezpośredni:

– Ha! Pewnie myśli, jakim jest głąbem! Myślałeś, że jesteś na Ziemi, co? Ty zasrana…

Yuri nie był w stanie dosięgnąć pięścią gwiazdy, lecz strażnika – bez trudu. Zdzielił go raz a porządnie, zanim Mardina Jones, tym razem ona, pozbawiła go przytomności.

Zapowiadały się długie trzy lata i siedem miesięcy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki