Prochy Angeli - McCourt Frank - ebook

Prochy Angeli ebook

McCourt Frank

0,0
46,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Literacki fenomen. Książka, która przez lata nie schodziła z list bestsellerów na całym świecie. Laureatka Nagrody Pulitzera, a także m.in. National Book Critics Circle Award, Los Angeles Times Book Prize i Abby Award.

„Gdy spoglądam wstecz na swoje dzieciństwo, zastanawiam się, jak w ogóle udało mi się przeżyć”. Tymi słowami Frank McCourt rozpoczyna jedną z najbardziej poruszających i najczęściej nagradzanych autobiografii w historii. To nie jest zwykła opowieść o biedzie – to hymn na cześć ludzkiego ducha, przetrwania i miłości, która tli się nawet w najmroczniejszych zakątkach irlandzkiego Limerick. Po powrocie swojej rodziny ze Stanów do ojczystej Irlandii urodzony na Brooklynie mały Frank dorasta w cieniu wielkiego kryzysu, borykając się z nędzą, deszczową aurą Irlandii i wiecznym głodem. Jego ojciec, Malachy, to człowiek o złotym sercu, który jednak każdy zarobiony grosz zostawia w pubie, przepijając szansę rodziny na lepsze jutro. Angela, matka Franka, to cicha bohaterka pełnej znoju codzienności, która z godnością znosi kolejne upokorzenia, byle tylko zapewnić dzieciom choćby skórkę chleba. Wszyscy razem, obcy we własnej ojczyźnie, muszą stawić czoło biedzie, widmu głodu, nietolerancji i obojętności. „Prochy Angeli” to napisana z rozbrajającą szczerością kronika dzieciństwa spędzonego w zawilgoconych alejkach, gdzie humor miesza się z rozpaczą, a dziecięca naiwność pozwala widzieć magię tam, gdzie dorośli dostrzegają tylko brud. Na podstawie wspomnień McCourta powstał głośny film Alana Parkera z Emily Watson i Robertem Carlyle’em w rolach głównych.

„Klasyka współczesnej autobiografii. Oszałamiająca”. - Michiko Kakutani, „The New York Times” „Wspaniałe wspomnienia – równie zabawne, co pełne wyrozumiałości”. - „People” „Pomnik niespożytej siły ludzkiego ducha… Olśniewający przykład pamiętnikarskiego kunsztu”. - „Miami Herald” „Zdarza się, że czytelnik ma to szczęście i napotyka książkę, która zostaje w nim na zawsze; taką, o której chce się opowiedzieć całemu światu… Życie Franka McCourta i jego przejmująca opowieść objawiają nam wszystko, co powinniśmy wiedzieć o byciu człowiekiem”.- „Detroit Free Press”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:

ANGELA’S ASHES

Copyright © Frank McCourt 1996

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Hanna Pawlikowska-Gannon 1999

Redakcja: Barbara Kaczorowska, Barbara Waglewska

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8439-152-5

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

e-mail: [email protected]

wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Niezapomniana kronika dzieciństwa, w której humor nierozerwalnie miesza się z rozpaczą.

Współczesny klasyk literatury wspomnieniowej, na podstawie którego powstał głośny film Alana Parkera. Gdy Frank spogląda wstecz, zastanawia się przede wszystkim nad jednym: jak w ogóle udało mu się przeżyć? Jego historia zaczyna się na Brooklynie, ale to w deszczowej, pogrążonej w kryzysie Irlandii chłopiec musi przedwcześnie dorosnąć.

W świecie wiecznego głodu i nędzy staje się świadkiem heroicznej walki swojej matki, Angeli, która z godnością znosi kolejne upokorzenia, by zapewnić dzieciom choćby skórkę chleba. Zwłaszcza że jego ojciec każdy zarobiony grosz zostawia w pubie, przepijając szansę rodziny na lepsze jutro.

Wszyscy razem, czując się obco we własnej ojczyźnie, muszą stawić czoło nie tylko biedzie, ale i ludzkiej obojętności. A małemu Frankowi jedynie dziecięca niewinność pozwala dostrzec magię tam, gdzie dorośli widzą tylko brud i beznadzieję.

FRANK McCOURT

(1930-2009)

Amerykański pisarz pochodzenia irlandzkiego i pedagog. Urodził się na Brooklynie, ale gdy miał cztery lata, jego rodzice wrócili do rodzinnego Limerick w Irlandii. Dzieciństwo McCourta, naznaczone skrajną nędzą, alkoholizmem ojca i śmiercią rodzeństwa, stało się fundamentem jego późniejszej twórczości. Jako dziewiętnastolatek wyemigrował z powrotem do USA, gdzie po służbie wojskowej i ukończeniu studiów przez blisko trzy dekady pracował jako nauczyciel w nowojorskich szkołach śred nich. Międzynarodową sławę zyskał dopiero w wieku 66 lat, gdy wydał autobiograficzne Prochy Angeli. Na podstawie tych wspomnień powstał głośny film Alana Parkera z Emily Watson i Robertem Carlyle’em w roach głównych. McCourt był także autorem kolejnych tomów wspomnień: I rzeczywiście oraz Nauczyciel.

Arthur Golden

WYZNANIA GEJSZY

Alex Haley

KORZENIE

Joseph Heller

PARAGRAF 22

OSTATNI ROZDZIAŁ, CZYLI PARAGRAF 22 BIS

Khaled Hosseini

CHŁOPIEC Z LATAWCEM

Kazuo Ishiguro

KLARA I SŁOŃCE

Thomas Keneally

LISTA SCHINDLERA

Ken Kesey

LOT NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

Jerzy Kosiński

MALOWANY PTAK

Yann Martel

ŻYCIE PI

Daphne du Maurier

REBEKA

Frank McCourt

PROCHY ANGELI

Carson McCullers

SERCE TO SAMOTNY MYŚLIWY

Michael Ondaatje

ANGIELSKI PACJENT

Mario Puzo

OJCIEC CHRZESTNY

SYCYLIJCZYK

Colson Whitehead

KOLEJ PODZIEMNA

Książkę tę dedykuję moim braciom:

Malachy’emu, Michaelowi, Alphonsusowi.

Uczę się od Was, podziwiam Was i kocham.

I

Moi rodzice powinni byli zostać w Nowym Jorku, gdzie się poznali i pobrali i gdzie przyszedłem na świat. Wrócili jednak do Irlandii, kiedy ja miałem cztery lata, mój brat Malachy trzy, bliźnięta – Oliver i Eugene – zaledwie rok, a siostra Margaret już nie żyła.

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, zastanawia mnie, jak udało mi się przeżyć. Było to, naturalnie, żałosne dzieciństwo, bo nad szczęśliwym dzieciństwem w ogóle nie warto się zastanawiać. Gorsze od normalnego żałosnego dzieciństwa jest żałosne irlandzkie dzieciństwo, a jeszcze gorsze – żałosne irlandzkie dzieciństwo katolickie.

Ludzie zawsze chełpią się i biadolą z powodu nieszczęść wczesnych lat swojej egzystencji, ale nic nie może dorównać irlandzkiej wersji tego fenomenu, na który składają się: bieda, niezaradny, złotousty ojciec alkoholik; nabożna, przegrana matka jęcząca przy kominku; napuszeni księża; surowi nauczyciele i Anglicy wraz ze wszystkimi okropnościami, jakie nam wyrządzali przez osiem długich stuleci.

A przede wszystkim nieustająca wilgoć.

Nad Oceanem Atlantyckim zbierają się wielkie ściany deszczu, by przesuwać się powoli w górę rzeki Shannon i osiąść na stałe w Limerick. Deszcz spada na miasto od Nowego Roku aż po sylwestra. Powoduje kakofonię suchego kaszlu, bronchitowych rzężeń, astmatycznych gwizdów, gruźliczych pochrząkiwań. Zmienia nosy w fontanny, a płuca w przesiąknięte bakteriami gąbki. To z kolei prowokuje obfitość kuracji: na katar cebula ugotowana w mleku zasypanym pieprzem, na zatkane drogi oddechowe papka z rozgotowanej mąki i pokrzyw, zawinięta w szmatę i gorąca przyłożona na piersi.

Od października do kwietnia mury miasta Limerick błyszczą od wilgoci. Ubrania nigdy nie schną, w tweedowych i wełnianych paltach bytują żywe organizmy, czasami toczy się w nich jakaś tajemnicza wegetacja. W pubach unosi się opar wilgotnych ciał i przyodziewku, wdychany wraz z dymem papierosów i fajek, z zastarzałym odorem rozlanego porteru i whisky, z wonią szczyn dochodzącą z wychodka na zewnątrz, gdzie niejedna tygodniówka obraca się w rzygowiny.

Deszcz zapędzał nas do kościoła – było to nasze schronienie, nasza siła, nasze jedyne suche miejsce. Tłoczyliśmy się w wielkich, wilgotnych skupiskach na mszach, błogosławieństwach, nowennach, usypiani monotonnym głosem kapłana, a para unosząca się z ubrań mieszała się ze słodką wonią kadzideł, kwiatów i świec.

Limerick zyskał reputację miasta szczególnej pobożności, my jednak wiedzieliśmy, że krył się za tym wyłącznie deszcz.

*

Mój ojciec, Malachy McCourt, urodził się na farmie w Toome w hrabstwie Antrim. Podobnie jak wcześniej jego ojciec wzrastał jak dzikus, narażając się Anglikom, Irlandczykom, a może jednym i drugim. Walczył w starej IRA, a jakiś desperacki czyn zmusił go do ucieczki, bo wyznaczono cenę za jego głowę.

W dzieciństwie przyglądałem się ojcu, jego rzednącym włosom, rozchwianym zębom i zastanawiałem się, jak to możliwe, by ktokolwiek chciał płacić pieniądze za taką głowę. Kiedy miałem trzynaście lat, matka ojca zwierzyła mi tajemnicę: „Twój nieszczęsny ojciec jako niemowlak upadł na głowę. To był wypadek, ale od tej pory ojciec był już inny, bo trzeba pamiętać, że ludzie, którym zdarzyło się to w dzieciństwie, mogą być trochę dziwni”.

Właśnie z powodu ceny za tę głowę, na którą ojca upuszczono, musiano go po kryjomu wywieźć z Irlandii na statku handlowym odpływającym z Galway. W Nowym Jorku panowała całkowita prohibicja, więc miał wrażenie, że umarł i w piekle pokutuje za grzechy. Ale odkrył niekoncesjonowane bary i uradowało się jego serce.

Po alkoholowych eskapadach w Ameryce i Anglii zaczął trochę podupadać na zdrowiu i zatęsknił za spokojem. Powrócił do Belfastu, który osaczył go ze wszystkich stron. Przeklinając wszystkie domy, gawędził jednak z kobietami z Andersontown. Kusiły go przysmakami, ale je odpędzał i spokojnie popijał herbatę. Już nie palił, nie tykał też alkoholu, zatem jaki to miało sens? Był już czas odejść, umarł więc w szpitalu Royal Victoria.

Moja matka, z domu Angela Sheehan, wyrosła w slumsach Limerick u boku swojej matki, dwójki braci, Thomasa i Patricka, i siostry Agnes. Nigdy nie widziała swego ojca, bo uciekł do Australii kilka tygodni przed jej urodzeniem.

Cały wieczór pił porter w pubach Limerick, a potem zataczał się na uliczce, wyśpiewując ukochaną pieśń:

Skąd w zupie pani Murphy szmata?

Niech winny przyzna się, do kata!

Znamy te sztuczki Irlandczyka,

Więc chętnie spiorę tego byka,

Co szmatę w zupę wrzucił jej!

Jest w doskonałej formie i chętnie pobawi się z maleńkim, rocznym Patrickiem. Co za chłopak! Kocha swego tatę. Śmieje się, kiedy tata podrzuca go do góry. „Hopla, hopsa, mały Paddy, hop i hop, aż do góry, gdzie tak ciemno, całkiem czarno!”. „Jezus, nie złapiesz dzieciaka!”. Biedny Paddy ląduje na głowie, wydaje cichy bulgot, jęk i milknie. Babcia z trudem podnosi się z łóżka, ociężała, bo ma dziecko w brzuchu, moją matkę. Ledwie starcza jej siły, by podnieść Patricka z podłogi. Wydaje przeciągły jęk nad dzieckiem i krzyczy do dziadka:

– Wynoś się stąd! Wynoś się. Jeśli zostaniesz jeszcze minutę, wezmę siekierę, ty szalony pijaku. Na Boga, przez ciebie jeszcze zawisnę na szubienicy. Wynocha!

Dziadek broni się jak mężczyzna:

– Mam prawo przebywać we własnym domu.

Rzuciła się na niego, a on stracił rezon na widok wirującego derwisza z potłuczonym dzieckiem na ręku i zdrowym w brzuchu. Niepewnym krokiem wyszedł z domu, zatoczył się na ulicy, a zatrzymał się dopiero w Melbourne w Australii.

Mały Pat, mój wuj, już nigdy nie był taki jak przedtem. Wyrósł z głową wyraźnie rozmiękczoną, a jego lewa noga zawsze poruszała się w przeciwnym kierunku niż reszta ciała. Nigdy nie nauczył się czytać ani pisać, ale Bóg zesłał na niego inne błogosławieństwo. Kiedy jako ośmiolatek zaczął sprzedawać gazety, potrafił lepiej liczyć pieniądze niż sam minister skarbu. Nikt nie wiedział, dlaczego nazywano go Ab Sheehan, Opat, ale kochano go w całym Limerick.

Kłopoty mojej matki zaczęły się dokładnie z chwilą przyjścia na świat. Oto moja babka w łóżku szarpana bólami porodowymi modli się do świętego Gerarda Majelli, patrona kobiet przy nadziei. Siostra O’Halloran, akuszerka, świątecznie przystrojona. Jest wieczór sylwestrowy i pani O’Halloran niecierpliwie wyczekuje narodzin dziecka, bo spieszy się na przyjęcia i uroczystości.

– Przyj, kobieto, przyj! – mówi do babci. – Jezus Maria, Józefie święty, jak się nie pospieszysz, dzieciak urodzi się w Nowym Roku. I na co mi się wtedy przyda moja nowa suknia? Mniejsza o świętego Gerarda Majellę. Co może w takiej chwili pomóc mężczyzna, nawet święty? Święty Gerard Majella to ci dopiero coś!

Babcia zanosi teraz modły do świętej Anny, patronki trudnych połogów. Ale dziecko nie chce się urodzić. Siostra O’Halloran proponuje, by babcia pomodliła się do świętego Judy, patrona spraw beznadziejnych.

„Święty Judo, patronie beznadziejnych spraw, pomóż mi, bo moje położenie jest beznadziejne”. Babcia stęka i prze; dokładnie o północy pokazuje się główka dziecka, główka mojej matki. W mieście Limerick rozlegają się gwizdy, klaksony, syreny, orkiestry dęte, głosy ludzi nawołujących i śpiewających „Szczęśliwego Nowego Roku”. Pora już zapomnieć o starym znajomym, wszystkie dzwony biją na Anioł Pański, siostra O’Halloran płacze nad zmarnowaną suknią, dziecko dalej w brzuchu, a ona czeka odświętnie ubrana. Dzieciaku, może wreszcie wyjdziesz, co? Babcia mocno prze i dziecko zjawia się na świecie: urocza dziewczynka z ciemnymi kręconymi włoskami i smutnymi niebieskimi oczami.

– Wielki Boże – wzdycha siostra O’Halloran – to ci dopiero niezdecydowane dziecko, z głową w nowym roku, a tyłkiem w starym, a może to głowę miało w starym, a tyłek w nowym. Musi pani napisać do papieża, żeby zdecydował, kiedy się urodziło, a suknia jak raz przyda mi się na przyszły rok.

Dziewczynce dano imię Angela na pamiątkę dzwonów na Anioł Pański, które odezwały się o północy, w Nowy Rok, w chwili jej narodzenia, a także dlatego, że sama była jak aniołek.

Kochaj jak za dziecinnych lat.

Gdy słaba, stara już i siwa,

Bo miłość matki wspomnisz rad,

Gdy ona w ziemi już spoczywa.

W szkole Świętego Wincentego à Paulo Angela nauczyła się czytać, pisać i rachować. Kiedy miała dziewięć lat, jej edukacja dobiegła końca. Próbowała potem sprzątania i jeszcze gorszych robót; otwierała nawet drzwi jako pokojówka w białym czepeczku, ale nie potrafiła się nauczyć koniecznego dygu, więc jej matka oznajmiła:

– Nie masz do tego głowy. Jesteś do niczego. Lepiej jedź do Ameryki, gdzie jest dość miejsca dla wszelkiej nieudaczności. Dam ci na bilet.

Zdążyła do Ameryki akurat na pierwsze Święto Dziękczynienia w okresie wielkiego kryzysu. Poznała Malachy’ego na przyjęciu wydanym przez Dana MacAdoreya i jego żonę przy Classon Street w Brooklynie. Spodobała się Malachy’emu, a on spodobał się jej. Miał minę zbitego psa z powodu trzech miesięcy, które właśnie spędził w więzieniu za porwanie ciężarówki. Obaj z przyjacielem, Johnem McErlaine’em, uwierzyli w plotkę zasłyszaną w nielegalnym barze, że ciężarówka wyładowana jest po brzegi puszkami wieprzowiny i fasoli. Żaden nie umiał prowadzić, więc policja szybko zwinęła samochód wyprawiający dziwne harce na Myrtle Avenue. Po przeszukaniu pojazdu policjanci nie mogli się nadziwić, po co porywaczom ciężarówka wyładowana pudłami guzików.

Skoro Angelę pociągała mina zbitego psa, a Malachy po trzech miesiącach więzienia cierpiał na samotność, musiało dojść do silnej „drżączki kolanowej”.

A mianem tym można określić czynność wykonywaną przy samej ścianie, kiedy mężczyzna i kobieta stają na palcach, napięci do tego stopnia, że z ekscytacji drżą im kolana.

To drżenie kolan doprowadziło Angelę do błogosławionego stanu i oczywiście nie obeszło się bez gadania. Angela miała kuzynki, siostry MacNamara – Delię i Philomenę; mężem pierwszej był Jimmy Fortune z hrabstwa Mayo, a drugiej Tommy Flynn z samego Brooklynu.

Delia i Philomena były kobietami dużymi, o obfitym biuście, odznaczały się ponadto pewną dozą gwałtowności. Kiedy kroczyły po chodnikach Brooklynu, pośledniejsze istoty schodziły z drogi, bo respekt się należał. Siostry wiedziały, co jest dobre, a co złe, wiedziały też, że każdą wątpliwość rozwiąże Jedyny, Święty, Rzymski, Katolicki, Apostolski Kościół. Wiedziały, że niezamężna Angela nie ma prawa znajdować się w takim stanie i wobec tego należy podjąć określone kroki.

I kroki takie podjęto. W asyście Jimmy’ego i Tommy’ego siostry pomaszerowały do nielegalnego baru przy Atlantic Avenue, gdzie Malachy na pewno bywał w piątki, dni wypłaty, jeśli akurat miał pracę. Barman Joey Cacciamani próbował nie wpuścić sióstr, ale Philomena natychmiast poinformowała go, że jeśli nie chce postradać nosa ani drzwi do baru, to lepiej niech otworzy, tym bardziej że przychodzą w godnej sprawie.

– Dobra, dobra, co za przekleństwo z tymi Irlandczykami! – wymamrotał Joey.

Malachy w odległym kącie baru wyraźnie pobladł, uśmiechnął się niepewnie do biuściastych kobiet i zaproponował im kieliszeczek. Oparły się uśmiechowi i odrzuciły propozycję.

– Nie wiemy, z jakiego plemienia północnej Irlandii się wywodzisz – oświadczyła Delia.

– Zachodzi podejrzenie, że w twojej rodzinie mogą być prezbiterianie, co by tłumaczyło, dlaczego tak postąpiłeś z naszą kuzynką – powiedziała Philomena.

– Dajcie spokój, to nie jego wina, jeśli ma prezbiterian w rodzinie – łagodził sytuację Jimmy.

– Ty się lepiej zamknij! – poradziła Delia.

– To, co zrobiłeś tej nieszczęsnej dziewczynie, to hańba dla całej irlandzkiej rasy. Powinieneś się wstydzić! – nie wytrzymał Tommy.

– Wstydzę się – przyznał Malachy.

– Nikt cię nie prosił, żebyś się odzywał. Już dosyć szkód narobiłeś swoją gadaniną, więc nie otwieraj japy! – rozkazała Philomena.

– A kiedy masz zamkniętą japę, to ci powiem, że przyszliśmy tutaj, żebyś naprawił krzywdę wyrządzoną naszej nieszczęsnej kuzynce Angeli Sheehan – dodała Delia.

– No tak – stęknął Malachy. – Trzeba naprawić, to się naprawi. Chętnie postawię wam po kieliszeczku i sobie porozmawiamy.

– Wsadź sobie w tyłek kieliszeczek – zdenerwował się Tommy.

– Ledwie nasza kuzynka zeszła ze statku, a już ją dopadłeś. U nas, w Limerick, obowiązuje moralność, wiesz chociaż, co to takiego? Nie jesteśmy jak szarańcza z Antrim, gdzie pełno prezbiterian – powiedziała Philomena.

– On nie wygląda na prezbiterianina – oświadczył Jimmy.

– Ty się zamknij! – zarządziła Delia.

– Rzuca się też w oczy, że masz bardzo dziwne maniery – zauważyła Philomena.

– Naprawdę? – uśmiechnął się Malachy.

– Oczywiście – potwierdziła Delia. – Chyba te właśnie dziwne maniery najpierw nas uderzyły, czujemy się przez to nieswojo.

– Chodzi o ten nieszczery, prezbiteriański uśmieszek – wyjaśniła Philomena.

– Och, to dlatego, że mam kłopoty z zębami – powiedział Malachy.

– Bez względu na zęby czy dziwne maniery ożenisz się z tą dziewczyną – oznajmił Tommy. – Poprowadzisz ją do ołtarza.

– Ale ja nie zamierzałem się żenić. Nie mam pracy i nie będę mógł utrzymać… – tłumaczył Malachy.

– Ożenisz się jednak – oświadczyła Delia.

– Pójdziesz do ołtarza – powtórzył Jimmy.

– Ty się zamknij! – zakończyła Delia.

*

Malachy patrzył, jak wychodzili.

– Jestem w beznadziejnym szambie – powiedział do Joeya Cacciamaniego.

– No chyba – przyznał Joey. – Jakby one coś chciały ode mnie, wskoczyłbym do rzeki.

Malachy rozważał swoją sytuację. Zostało mu w kieszeni jeszcze kilka dolarów z ostatniej wypłaty, miał także wuja w San Francisco czy gdzieś w Kalifornii. Czyż nie lepiej znaleźć się w Kalifornii, z dala od piersiastych sióstr MacNamara i ich srogich mężów? To nie ulega wątpliwości, więc należy jeszcze wypić kropelkę irlandzkiej, żeby uczcić rozsądną decyzję i wyjazd. Joey napełnił kieliszek, alkohol niemal rozszarpał wnętrzności Malachy’ego. Ładna irlandzka! To jakaś prohibicyjna mieszanka prosto z szatańskiego tygla. Joey wzruszył ramionami. On przecież tylko nalewa. Ale jednak lepsze to niż nic, więc Malachy postanowił wypić jeszcze jeden i postawił Joeyowi. Zapytał przy okazji dwóch sympatycznych Włochów, czego się napiją. Nie ma sprawy, co za pytanie, naturalnie, że ma czym zapłacić.

Obudził się na ławce stacji kolejowej Long Island, policjant stukał go pałką w nogę. Pieniędzy na ucieczkę już nie miał, a siostry MacNamara w Brooklynie gotowe były pożreć go żywcem.

*

W zimny marcowy dzień świętego Józefa, cztery miesiące po „kolanowej drżączce”, Malachy poślubił Angelę, a w sierpniu urodziło się dziecko. W listopadzie Malachy się upił i uznał, że pora zgłosić narodziny syna. Chciał nadać chłopcu swoje imię, Malachy, ale pijacki bełkot w połączeniu z północnoirlandzkim akcentem tak skołował urzędnika, że na świadectwie napisał imię Męski.

Dopiero w końcu grudnia ochrzczono chłopca w kościele Świętego Pawła, nadając mu imię Francis na pamiątkę dziadka ze strony ojca i uroczego świętego z Asyżu. Angela chciała, żeby dać mu na drugie imię Munchin, bo tak nazywał się patron Limerick, ale Malachy powiedział, że po jego trupie. Nie ma mowy, żeby syn miał imię z Limerick. Dość trudno przejść przez życie z jednym imieniem. Wpychanie drugiego imienia to straszny amerykański zwyczaj, a zresztą po co drugie imię komuś, kto otrzymał na chrzcie imię świętego z Asyżu?

Chrzest się opóźnił, ponieważ John McErlaine, który miał być chrzestnym, upił się w nielegalnym barze i zapomniał o swoich obowiązkach. Philomena zarządziła, że jej mąż Tommy zostanie chrzestnym.

– Dusza dziecka znajduje się w niebezpieczeństwie – oznajmiła.

Tommy zwiesił głowę i wymamrotał:

– Dobrze, będę chrzestnym, ale nie odpowiadam za to, jeśli wyrośnie taki jak jego ojciec; będzie miał dziwne maniery i narobi nam tylko kłopotów. Niech wtedy idzie do Johna McErlaine’a i do nielegalnego baru.

– Masz rację, Tom, jesteś porządnym człowiekiem, twoja noga nigdy nie postała w barze – potwierdził ksiądz.

W tym momencie Malachy, który dopiero co wyszedł z baru, poczuł się dotknięty i postanowił pogadać sobie z klechą, jakby jedno świętokradztwo nie wystarczyło.

– Zdejmij tę koloratkę, a zobaczymy, kto tu jest mężczyzną!

Musiały go powstrzymać piersiaste siostry i surowość ich mężów. Młoda matka, Angela, ze zdenerwowania zapomniała o tym, że trzyma dziecko, i wpuściła je do chrzcielnicy, nastąpiło więc pełne zanurzenie, jak u protestantów. Ministrant towarzyszący księdzu wyłowił niemowlę i podał Angeli, która ze szlochem przycisnęła do piersi ociekającego wodą chłopczyka. Ksiądz roześmiał się i stwierdził, że czegoś podobnego jeszcze nie widział: dziecko stało się kompletnym baptystą i kapłan już mu niepotrzebny. To znowu rozwścieczyło Malachy’ego, chciał się rzucić na księdza, że wyzywa dzieciaka od jakichś protestantów.

– Człowieku, uspokój się, jesteś w Domu Bożym! – strofował ksiądz.

A kiedy Malachy odparł: „Mam w dupie taki dom” – został wyrzucony na Court Street, bo nie można mówić „dupa” w Domu Bożym.

Po chrzcie Philomena powiedziała, że przygotowała u siebie herbatę, szynkę i ciastka.

– Herbatę? – spytał z niedowierzaniem Malachy.

– Owszem, a ty pewnie wolałbyś whisky?

Malachy stwierdził, że herbata bardzo mu odpowiada, ale najpierw musi rozprawić się z Johnem McErlaine’em, który nie miał na tyle przyzwoitości, by wywiązać się z obowiązku ojca chrzestnego.

– Szukasz pretekstu, żeby pójść do baru – powiedziała Angela.

– Bóg mi świadkiem, że alkohol to ostatnia rzecz, o jakiej mógłbym pomyśleć.

– Dzień chrztu twojego syna, a ty musisz iść do baru – rozpłakała się Angela. Delia oświadczyła, że Malachy jest obrzydliwym osobnikiem, ale w końcu czego można oczekiwać po Irlandczyku z Północy.

Malachy przyjrzał się każdemu po kolei, przestąpił z nogi na nogę, naciągnął czapkę głęboko na oczy, włożył ręce do kieszeni, westchnął tak, jak mają w zwyczaju mieszkańcy odległych zakątków hrabstwa Antrim, odwrócił się i odszedł pospiesznie Court Street do nielegalnego baru na Atlantic Avenue, miał bowiem pewność, że wszyscy klienci postawią mu kieliszeczek, by uczcić chrzest syna.

W domu Philomeny siostry wraz z mężami jadły i piły, podczas gdy zapłakana Angela siedziała w kącie i karmiła dziecko. Philomena z ustami wypchanymi chlebem i szynką mamrotała:

– Widzisz, do czego prowadzi głupota. Ledwo zeszłaś ze statku, zakochałaś się w tym idiocie. Nie trzeba było wychodzić za mąż, tylko oddać dziecko do adopcji i dzisiaj byłabyś wolną kobietą.

Angela rozpłakała się jeszcze bardziej, więc Delia podjęła atak.

– Przestań, sama jesteś sobie winna, że masz kłopoty z tym pijakiem z Północy, ten człowiek nawet nie wygląda na katolika przez te dziwne maniery. Można powiedzieć, że… że Malachy jednak ma w sobie coś z protestanta. A ty się zamknij, Jimmy!

– Na twoim miejscu – powiedziała Philomena – postarałabym się, żeby nie było już więcej dzieci. On nie ma roboty, to fakt, ale przy takim piciu nigdy nie będzie miał. No więc… Angelo, nie powinnaś mieć więcej dzieci. Słuchasz mnie?

– Słucham, Philomeno.

*

Rok później urodziło się następne dziecko. Angela dała mu imię Malachy, po ojcu, a na drugie Gerard, po bracie ojca.

Siostry MacNamara stwierdziły, że Angela niczym się nie różni od samicy królika i że nie chcą mieć z nią do czynienia, dopóki się nie opamięta.

Mężowie przyznali im rację.

*

Jestem na placu zabaw przy Classon Avenue w Brooklynie z moim bratem Malachym. On ma dwa lata, ja trzy. Siedzimy na huśtawce.

Do góry, na dół, do góry, na dół.

Malachy wznosi się do góry.

Ja schodzę z huśtawki.

Malachy spada. Huśtawka uderza o ziemię. On wrzeszczy. Trzyma rękę na ustach, widać krew.

O Boże! Krew to niedobrze. Mama mnie zabije.

O, już jest, usiłuje biec przez plac zabaw. Ale przeszkadza jej wielki brzuch.

– Co zrobiłeś? Co zrobiłeś temu dziecku? – powtarza.

Nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem, co zrobiłem.

Mama ciągnie mnie za ucho.

– Idź do domu. Do łóżka!

Do łóżka? W biały dzień?

Pcha mnie w stronę furtki.

– Idź!

Bierze Malachy’ego na ręce i niezdarnie odchodzi.

*

Przed naszym budynkiem stoi przyjaciel ojca, pan MacAdorey. Stoi na skraju chodnika obok żony Minnie i patrzy na psa leżącego w rynsztoku. Koło głowy psa jest pełno krwi. W takim kolorze jak krew z ust Malachy’ego.

Malachy ma krew psa, a pies ma jego krew.

Pociągam pana MacAdoreya za rękę. Mówię mu, że Malachy ma taką krew jak pies.

– Rzeczywiście, Francis. Mają ją też koty. I Eskimosi. Wszyscy mają taką samą krew.

– Przestań, Dan – mówi Minnie. – Nie plącz dzieciakowi w głowie. – I tłumaczy mi, że biednego psiaka potrącił samochód i że pies, zanim zdechł, doczołgał się do rynsztoka ze środka jezdni. Nieszczęsne stworzenie chciało dojść do domu.

*

– Francis, lepiej idź do domu – mówi pan MacAdorey. – Nie wiem, co zrobiłeś swojemu małemu braciszkowi, ale mama zabrała go do szpitala. Lepiej idź do domu.

– Panie MacAdorey, czy Malachy umrze, tak jak pies?

– Nie umrze, po prostu ugryzł się w język – wyjaśnia Minnie.

– A dlaczego pies umarł?

– Bo przyszła jego pora.

*

W mieszkaniu nie ma nikogo, więc krążę z jednej izby do drugiej, z sypialni do kuchni. Ojciec jest poza domem, bo szuka pracy, a mama poszła z Malachym do szpitala. Chciałbym coś zjeść, ale w chłodziarce są tylko liście kapusty umoczone w podtopionym lodzie. Ojciec powiedział, żebym nie jadł niczego, co pływa w wodzie, bo może być zgniłe. Usypiam na łóżku rodziców, a kiedy budzi mnie szarpanie mamy, jest już prawie ciemno.

– Twój braciszek trochę pośpi. O mało sobie nie odgryzł języka. Ma pełno szwów. Idź do drugiej izby.

W kuchni siedzi ojciec i pije herbatę bez mleka z dużego białego kubka. Bierze mnie na kolana.

– Tato, czy opowiesz mi o Ku-Ku?

– Cuchulain. Powtórz za mną: Ku-uu-lin. Opowiem ci, jak poprawnie wymówisz. Ku-uu-lin.

Wymawiam poprawnie i opowiada mi o Cuchulainie, który w dzieciństwie miał na imię Setanta. Dorastał w Irlandii, w hrabstwie Antrim, gdzie tata mieszkał jako chłopiec. Setanta miał kij i piłkę. Pewnego dnia odbił piłkę tak, że wpadła do pyska wielkiego psa, który należał do Culaina, i pies się zadławił. Culain był wściekły i mówił: „Nie mam już wielkiego psa, kto będzie teraz pilnował mojego domu, żony i dziesięciorga małych dzieci, nie mówiąc już o licznych świniach, kurach i owcach?”.

„Przykro mi – powiedział Setanta. – Będę teraz pilnował twojego domu z kijem i piłką i zmienię imię na Cuchulain, Pies Culaina”. Pilnował domu i okolicy, i został wielkim bohaterem, Psem Ulsteru. Tata powiedział, że większym niż Herkules czy Achilles, którymi stale przechwalają się Grecy; mógłby w uczciwej walce bez trudu poradzić sobie z królem Arturem i jego rycerzami, tyle że z Anglikami nie ma mowy o uczciwej walce.

Ta historia należy do mnie. Tata nie może jej opowiadać Malachy’emu ani innym dzieciom z naszego domu.

Tata skończył opowieść i pozwolił mi się napić swojej herbaty. Jest gorzka, ale czuję się bardzo szczęśliwy na jego kolanach.

*

Przez wiele dni Malachy ma spuchnięty język i nie może wydać głosu, a co dopiero mówić! Ale nawet gdyby mógł i tak nikt nie zwracałby na to uwagi, bo mamy dwójkę nowych dzieci, które anioł przyniósł w środku nocy. Sąsiedzi mówią: „Ale śliczni chłopcy, popatrzcie tylko na te wielkie oczy”.

Malachy stoi na środku pokoju, wznosi wzrok, pokazuje język i stęka: uuu, uu. Kiedy sąsiedzi mówią do niego: „Nie widzisz, że patrzymy na twoich braciszków?” – zaczyna płakać, aż w końcu tata klepie go po głowie.

– Schowaj język, synku, idź na dwór pobawić się z Frankiem. No już.

Na placu zabaw opowiadam Malachy’emu o psie, który umarł na ulicy, bo ktoś wepchnął mu do pyska piłkę. Malachy kręci głową. Nie piłka. Samochód zabił psa. Płacze, bo język go boli i nie bardzo może mówić, a to straszne, kiedy nie można mówić. Nie pozwala mi popychać huśtawki. Mamrocze:

– Zabiłeś mnie na huśtawce.

Pozwala, żeby popychał go Freddie Leibowitz; jest szczęśliwy i wybucha śmiechem, kiedy huśtawka wychyla się w stronę nieba. Freddie jest duży, ma siedem lat, ja też proszę, żeby mnie pohuśtał. Ale on odmawia:

– Nie, chciałeś zabić brata.

Sam próbuję rozbujać huśtawkę, ale udaje mi się jedynie poruszać ją w przód i w tył, więc jestem zły, bo Freddie i Malachy wyśmiewają się ze mnie, że nie potrafię się huśtać. Teraz są wielkimi przyjaciółmi – siedmioletni Freddie i dwuletni Malachy. Śmieją się codziennie, a od tego śmiechu język Malachy’ego goi się coraz szybciej.

Kiedy Malachy się śmieje, widać, jakie ma drobne, białe i ładne zęby i jak mu błyszczą oczy. Ma niebieskie oczy jak mama, złote włosy i różowe policzki. Moje oczy są piwne jak taty, włosy czarne, a w lustrze policzki wydają się białe. Naszej sąsiadce, pani Leibowitz, mama mówi, że Malachy jest najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, a Frankie ma takie dziwne maniery jak jego ojciec. Zastanawiam się, co to są te dziwne maniery, ale nie mogę spytać, ponieważ nie powinienem podsłuchiwać.

*

Chciałbym huśtać się aż do nieba, aż w chmury. Mógłbym tak lecieć dokoła świata i wtedy nie słyszałbym w środku nocy krzyków moich braci, Olivera i Eugene’a. Mama wyjaśnia, że oni są stale głodni. Ona też płacze w środku nocy. Narzeka, że jest umęczona opieką, karmieniem i przewijaniem, że czterej chłopcy to dla niej trochę za dużo. Chciałaby mieć malutką dziewczynkę tylko dla siebie. Wszystko by dała za małą dziewczynkę.

Jestem z Malachym na placu zabaw. Mam cztery lata, on trzy. Pozwala mi bujać się na huśtawce, bo sam nie potrafi, a Freddie Leibowitz siedzi w szkole. Musimy bawić się tutaj, bo bliźniaki śpią, a mama mówi, że jest wykończona. „Idźcie się bawić, pozwólcie mi trochę odpocząć!”. Tata znowu szuka pracy, czasami przynosi do domu zapach whisky i śpiewa pieśni o cierpiącej Irlandii. Mama się złości: Irlandia może ją pocałować w dupę. Tata zauważa, że to akurat odpowiednie wyrażenia w obecności dzieci, a mama krzyczy, że mniejsza o język, ważne jest jedzenie na stole, a nie cierpienia Irlandii. Przeklina dzień, w którym zakończyła się prohibicja, bo tata chodzi teraz po barach i za szklaneczkę whisky czy piwa proponuje zamiatanie podłogi i noszenie beczek. Czasami przynosi do domu resztki bezpłatnego śniadania, żytni chleb, plasterki wołowiny, pikle. Stawia jedzenie na stole, a sam pije herbatę. Twierdzi, że jedzenie to szok dla organizmu, i zastanawia się, skąd u nas taki apetyt. Mama odpowiada:

– Mają taki apetyt, bo przeważnie umierają z głodu.

*

Kiedy tata ma pracę, mama jest wesoła i śpiewa.

Że ja całować ciebie chcę,

To każdy wie,

Lecz jak zrozumieć można, że

Ty, właśnie ty, kochasz mnie.

Kiedy tata przynosi do domu pierwszą tygodniówkę, mama jest zachwycona, że może spłacić tego miłego Włocha w sklepie spożywczym i znowu chodzić z podniesioną głową, bo nie ma nic gorszego niż mieć długi i zależeć od kogoś. Sprząta kuchnię, myje kubki i talerze, zmiata ze stołu resztki i okruchy, czyści wnętrze chłodziarki i u innego Włocha zamawia nowy blok lodu. Kupuje papier, który możemy zabierać do toalety na korytarzu, bo, jak mówi, to jest lepsze niż czernienie sobie tyłków nagłówkami „Daily News”. Gotuje wodę na kuchni i spędza dzień przy wielkiej blaszanej balii, piorąc koszule i skarpetki, pieluszki bliźniaków, dwa nasze prześcieradła i trzy ręczniki. Wszystko wiesza na sznurach za blokiem i możemy patrzyć, jak bielizna tańczy w słońcu na wietrze. Mama twierdzi, że nieprzyjemnie jest, gdy sąsiedzi wiedzą, co się ma do prania, ale przecież nic nie dorówna miękkości rzeczy wysuszonych na słońcu.

Kiedy tata przynosi do domu pierwszą tygodniówkę w piątek wieczorem, wiemy, że koniec tygodnia będzie wspaniały. W sobotę mama nagotuje wody na kuchni i wymyje nas w wielkiej blaszanej balii, a tata będzie nas wycierał. Malachy obróci się i wypnie tyłek. Tata uda, że jest tym oburzony, i wszyscy będziemy się śmiać. Mama zrobi gorące kakao, pozwoli nam dłużej siedzieć w kuchni i słuchać historii wymyślanych przez ojca. Wystarczy tylko, że wymienimy nazwisko pana MacAdoreya albo pana Leibowitza, którzy mieszkają w tym samym korytarzu, a tata zacznie opowiadać, jak płyną łodzią po brazylijskiej rzece, ścigani przez Indian o zielonych nosach i brązowych ramionach. W takie wieczory możemy zasypiać ze świadomością, że na śniadanie będą jajka, smażone pomidory i chleb, herbata z cukrem i z mlekiem, a później wielki obiad: tłuczone kartofle, groszek z szynką i deser zrobiony przez mamę – warstwy owoców w cudownym, ciepłym budyniu na cieście nasączonym sherry.

Kiedy tata przynosi do domu pierwszą tygodniówkę i jest ładna pogoda, mama zabiera nas na plac zabaw. Siada na ławce i rozmawia z Minnie MacAdorey. Mama opowiada o różnych typach z Limerick, a Minnie – o różnych typach z Belfastu, i obie się śmieją, bo w Irlandii naprawdę są zabawni ludzie, i na północy, i na południu. A potem uczą się nawzajem różnych piosenek i wtedy obaj z Malachym zostawiamy huśtawki, siadamy z nimi na ławce i śpiewamy:

Na wieczornym biwaku młodziutcy żołnierze,

Śmiejąc się, panny swoje wspominali.

Jeden z nich patrzył jedynie z oddali,

A smutkiem miał oczy zamglone.

Przyłącz się do nas, koledzy wołali,

Pewno niebawem zobaczysz swą żonę.

Ned głową pokręcił, nie ukrywał dumy:

Dwie mam miłości, obie aż do trumny;

Pierwsza to matka, za nią modły wznoszę,

A druga dziewczyna – ją o rękę proszę.

Śpiewamy z Malachym piosenkę, a mama i Minnie śmieją się aż do łez, bo Malachy najpierw składa głęboki ukłon, a potem wyciąga do mamy obydwie ręce. Dan MacAdorey zatrzymuje się koło nas w drodze z pracy i mówi, że Rudy Vallee powinien się martwić, bo szykuje mu się konkurencja.

Kiedy wracamy do domu, mama robi herbatę i chleb z marmoladą albo tłuczone kartofle z masłem i z solą. Tata pije herbatę i nic nie je. Mama się dziwi:

– Wielki Boże, jak możesz nic nie jeść i pracować cały dzień?

Tata odpowiada:

– Herbata wystarczy.

Mama na to, że zrujnuje sobie zdrowie, a on znowu powtarza, że jedzenie to szok dla organizmu. Pije herbatę, opowiada nam różne historie, pokazuje litery i słowa w „Daily News” albo pali papierosa, patrzy w ścianę i oblizuje wargi.

Ojciec pracuje trzeci tydzień i nie przynosi do domu pieniędzy. Czekamy na niego w piątkowy wieczór, mama daje nam chleb i herbatę. Robi się ciemno i na Classon Avenue zapalają się światła. Inni mężczyźni, którzy mają pracę, wrócili do domów, jedzą jajka na kolację, bo w piątek nie można jeść mięsa. Z góry, z dołu i z głębi korytarza słychać rozmowy rodzin, a w radiu Bing Crosby śpiewa „Bracie, możesz mi dać dychę”.

Malachy i ja bawimy się z bliźniakami. Wiemy, że mama nie zaśpiewa „Że ja całować ciebie chcę”. Siedzi przy kuchennym stole i głośno się zastanawia: „Co ja mam robić?”.

Już późno; ojciec wtacza się po schodach, śpiewając o Roddym McCorleyu. Staje w drzwiach.

– Gdzie moje oddziały? – woła. – Gdzie moich czterech wojowników?

– Zostaw chłopców w spokoju – prosi mama. – Poszli spać głodni, bo ty musiałeś napełnić brzuch whisky.

Ojciec podchodzi do drzwi sypialni.

– Wstawać, chłopcy! Dam miedziaka każdemu, kto gotów jest umrzeć za Irlandię.

W kanadyjskich lasów głębię

Przylecieli z wyspy jasnej.

Podziwiają nową ziemię,

Śniąc o tamtej, drogiej, własnej.

– Wstawać, chłopcy. Francis, Malachy, Oliver, Eugene! Oddział Czerwonych Rycerzy, Fenianie, IRA, wstawać!

Mama cała drżąca siedzi przy kuchennym stole, wilgotne włosy zwisają bezładnie, twarz ma mokrą od łez.

– Nie możesz zostawić ich w spokoju? Jezus Maria, Józefie święty, nie wystarczy, że przychodzisz do domu bez grosza, musisz jeszcze robić głupków z własnych dzieci? Wracajcie do łóżka! – poleca.

– Chcę, żeby wstali – powtarza ojciec. – Chcę, żeby byli gotowi na dzień, kiedy Irlandia będzie wolna, od morza do morza.

– Nie denerwuj mnie, bo twoja matka będzie miała powody do płaczu.

Ojciec naciąga na twarz czapkę i zawodzi:

– Moja nieszczęsna matka. Nieszczęsna Irlandia. Co my zrobimy?

– Jesteś skończonym idiotą – mówi mama i znowu każe nam wracać do łóżka.

W piątkowy poranek czwartego tygodnia pracy ojca mama pyta go, czy wróci wieczorem do domu z wypłatą, czy znowu wszystko przepije. Ojciec patrzy na nas i kręci głową, jakby chciał powiedzieć: „Nie powinnaś tak mówić przy dzieciach”.

Mama nie daje za wygraną:

– Pytam, czy wrócisz do domu i będziemy mogli zjeść kolację, czy przyjdziesz dopiero o północy bez pieniędzy, za to z Kevinem Barrym i resztą smutnych pieśni na ustach.

Ojciec nakłada czapkę, wpycha ręce do kieszeni spodni, wzdycha i patrząc w sufit, oświadcza:

– Powiedziałem ci już, że przyjdę do domu.

Później w ciągu dnia mama nas ubiera. Wsadza bliźniaki do wózka i ruszamy długimi ulicami Brooklynu. Czasami, kiedy Malachy jest zmęczony dreptaniem obok niej, mama pozwala mu przysiąść na wózku. Mówi, że ja jestem za duży na wózek; mógłbym odpowiedzieć, że bolą mnie nogi, bo staram się za nią nadążyć, ale mama nie śpiewa i wiem, że to nie jest odpowiednia pora, by opowiadać o moich cierpieniach.

Dochodzimy do dużej bramy, przy której w baraku z oknami stoi mężczyzna. Mama z nim rozmawia. Chce się dowiedzieć, czy może wejść do środka, gdzie ludzie biorą wypłaty, może dostanie część pieniędzy taty, dzięki czemu nie zostaną wydane w barach. Mężczyzna kręci głową.

– Przykro mi, proszę pani, ale gdybyśmy do tego dopuścili, tłoczyłaby się tu połowa żon z Brooklynu. Wielu ma problemy z alkoholem, ale nic na to nie możemy poradzić, dopóki przychodzą do pracy trzeźwi.

Czekamy po drugiej stronie ulicy. Mama pozwala mi usiąść na chodniku i oprzeć się plecami o mur. Daje bliźniakom butelki ze słodzoną wodą; Malachy i ja musimy czekać, aż dostanie od taty pieniądze, wtedy pójdziemy do Włocha po herbatę, chleb i jajka.

Kiedy o wpół do szóstej rozlega się gwizdek, przez bramę wylewa się tłum mężczyzn w czapkach i kombinezonach, twarze i ręce mają czarne od pracy. Mama poleca, żebyśmy pilnie wypatrywali taty, ponieważ sama ma tak słaby wzrok, że ledwie widzi drugą stronę ulicy. Wychodzi jeszcze kilkunastu mężczyzn, potem kilku, aż wreszcie nie widać nikogo. Mama płacze. Dlaczego wam się nie udało?

Wraca do mężczyzny w baraku.

– Jest pan pewien, że nie został w środku żaden pracownik?

– Tak, proszę pani. Wszyscy wyszli. Nie rozumiem, jak mógł się przemknąć.

Wracamy przez długie brooklyńskie ulice. Bliźniaki ściskają butelki i płaczą, bo chcą jeszcze wody z cukrem. Malachy mówi, że jest głodny, a mama prosi, żeby chwilę wytrzymał, dostaniemy od taty pieniądze i zjemy dobrą kolację. Pójdziemy do Włocha, kupimy jajka, zrobimy grzanki i posmarujemy je marmoladą. Na pewno. I wszystkim będzie przyjemnie i ciepło.

Na Atlantic Avenue jest ciemno, oświetlone są tylko wszystkie bary wokół stacji kolejowej Long Island; dobiega z nich gwar. Chodzimy od baru do baru w poszukiwaniu taty. Mama zostawia nas z wózkiem na zewnątrz, a sama wchodzi do środka albo wysyła mnie. Jest tam tłum rozkrzyczanych mężczyzn, unosi się zatęchły odór, który przypomina mi tatę, kiedy wraca do domu i pachnie whisky.

Mężczyzna za barem pyta:

– Synku, czego chcesz? Wiesz, że nie powinieneś tu wchodzić?

– Szukam ojca. Czy jest tu mój ojciec?

– Synku, skąd miałbym to wiedzieć? Kto jest twoim ojcem?

– Nazywa się Malachy i śpiewa Kevina Barry’ego.

– Malarkey?

– Nie, Malachy.

– Malachy? I śpiewa Kevina Barry’ego? Chłopaki, znacie Malachy’ego, co śpiewa Kevina Barry’ego?! – woła do mężczyzn w barze.

Mężczyźni kręcą głowami przecząco. Jeden mówi, że znał Michaela, który śpiewał Kevina Barry’ego, ale umarł z przepicia; w nałóg wpędziły go rany z wojny.

– Jezus, Pete, nie pytałem o historię świata! – denerwuje się barman. – Słuchaj, mały. Tutaj nie pozwalamy śpiewać. Z tego są tylko kłopoty. Zwłaszcza z Irlandczykami. Wystarczy im pozwolić na śpiewy, a za chwilę idą w ruch pięści. Zresztą nigdy nie słyszałem imienia Malachy. Nie ma tu żadnego Malachy’ego.

Mężczyzna o imieniu Pete wyciąga kieliszek w moją stronę.

– Chodź, mały, łyknij sobie!

Barman protestuje:

– Co ty, Pete, chcesz upić dzieciaka? Zrobisz to jeszcze raz, a osobiście skręcę ci kark.

Mama próbuje we wszystkich barach wokół stacji, dopiero wtedy rezygnuje. Opiera się o ścianę i płacze.

– Chryste, musimy jeszcze dojść na Classon Avenue, a mam czwórkę dzieci umierających z głodu.

Wysyła mnie z powrotem do baru, w którym Pete proponował mi łyk alkoholu, żebym poprosił barmana o wodę dla bliźniaków, może z odrobiną cukru. Mężczyźni w barze śmieją się, że barman ma napełniać butelki dla niemowlaków, ale barman jest wielki i krzyczy, żeby się zamknęli. Mówi mi, że niemowlęta powinny pić mleko, nie wodę, a kiedy wyjaśniam, że mama nie ma na to pieniędzy, wylewa z butelek wodę i napełnia je mlekiem.

– Powiedz mamie, że to im potrzebne na zęby i na kości. Po wodzie z cukrem mogą najwyżej dostać krzywicy. Powiedz to mamie.

Mama cieszy się z mleka. Twierdzi, że doskonale wie o zębach i kościach, i o krzywicy, ale żebracy nie mogą grymasić.

Kiedy dochodzimy do Classon Avenue, mama zmierza prosto do Włocha, do sklepu spożywczego. Mówi mu, że mąż się spóźnia, że pewnie pracuje po godzinach, czy mogłaby wziąć kilka rzeczy na kredyt, a jutro na pewno odda pieniądze.

– Pani zawsze wcześniej czy później spłaca długi, może pani brać, co pani chce – godzi się Włoch.

– Och, nie chcę tak wiele.

– Co pani chce, wiem, że jest pani uczciwą kobietą z gromadką miłych dzieciaków.

Jemy jajka, grzanki, marmoladę, ale tak nas zmęczył marsz długimi ulicami Brooklynu, że z trudem poruszamy szczękami. Bliźnięta usypiają po jedzeniu, więc mama kładzie je na łóżku i zmienia pieluszki. Wysyła mnie na koniec korytarza, żebym wypłukał brudne pieluszki w toalecie; powiesi się je i wysuszy, będą gotowe do użycia następnego dnia. Malachy pomaga mamie umyć tyłki bliźniaków, chociaż sam prawie zasypia.

Wślizguję się do łóżka do Malachy’ego i bliźniaków. Patrzę na mamę, która siedzi przy kuchennym stole, pali papierosa, pije herbatę i płacze. Chciałbym wstać i powiedzieć jej, że już niedługo będę mężczyzną, dostanę pracę w tym miejscu z wielką bramą, będę wracał do domu w każdy piątek z pieniędzmi na jajka, grzanki i marmoladę, a ona znów będzie mogła śpiewać „Że ja całować ciebie chcę”.

W następnym tygodniu tata traci pracę. W piątek po przyjściu do domu ciska wypłatę na stół i zwraca się do mamy:

– Jesteś zadowolona? Wystajesz pod bramą, narzekasz, oskarżasz, to mnie wyrzucają. Czekali tylko na pretekst, którego im dostarczyłaś.

Bierze kilka dolarów z wypłaty i wychodzi. Wraca późno z wrzaskiem i śpiewem. Bliźnięta płaczą, mama je ucisza i sama potem bardzo długo płacze.

*

Spędzamy wiele godzin na placu zabaw, kiedy bliźniaki śpią, kiedy mama jest zmęczona albo kiedy tata po powrocie pachnie whisky i śpiewa na cały głos o Kevinie Barrym, powieszonym w poniedziałek rano, czy o Roddym McCorleyu.

Po ulicy wąskiej w górę

Idzie młodzian roześmiany

Z szyją oplecioną sznurem

I strzechą włosów rozwianych.

Suche są niebieskie oczy

Bo Roddy McCorley jak należy dumny

Na spotkanie śmierci kroczy

Dzisiaj na moście w Toome.

Kiedy śpiewa, chodzi dokoła stołu. Mama płacze, a bliźniaki wyją razem z nią.

– Frankie, Malachy, wyjdźcie na dwór. Nie powinniście oglądać ojca w takim stanie. Idźcie na plac zabaw! – nakazuje.

Nie mamy nic przeciwko temu. Możemy bawić się liśćmi, które gromadzą się na ziemi, możemy się huśtać, dopóki na Classon Avenue nie zawita zima, huśtawki nie zamarzną i nie da się ich poruszyć.

– Niech Bóg się zlituje nad tymi nieszczęsnymi chłopcami – mówi wtedy Minnie MacAdorey. – Nie mają nawet jednej rękawiczki!

To mnie rozśmiesza, ponieważ wiem, że wspólnie z Malachym mamy cztery ręce, więc jedna rękawiczka wyglądałaby głupio. Malachy nie wie, z czego się śmieję; dopóki nie skończy czterech lat, właściwie nic nie będzie wiedział.

Minnie zabiera nas do siebie, częstuje herbatą i płatkami owsianymi z marmoladą. Pan MacAdorey siedzi na fotelu z niemowlęciem Maisie. Trzyma jej butelkę i śpiewa:

Klaskaj w rączki, klaskaj,

Aż tata wróci do domu,

Przyniesie Maisie pączka

I nie da go nikomu.

Klaskaj w rączki, klaskaj,

Aż powróci tata,

Przyniesie pieniążki

Dla swojego skrzata.

Malachy próbuje śpiewać tę piosenkę, ale każę mu przestać, bo to piosenka Maisie. Zaczyna płakać, więc Minnie go pociesza:

– Cicho, nie płacz. Możesz śpiewać. To piosenka dla wszystkich dzieci.

Pan MacAdorey uśmiecha się do Malachy’ego, a ja się zastanawiam, co to za świat, w którym każdy może śpiewać piosenkę należącą do kogoś innego.

– Nie marszcz brwi, Frankie – zwraca się do mnie Minnie. – Twoja buzia robi się bardzo ponura, a Bóg świadkiem, że i tak jest wystarczająco posępna. Będziesz miał kiedyś siostrzyczkę i wtedy zaśpiewasz jej tę piosenkę. Na pewno będziesz miał siostrzyczkę.

*

Minnie ma rację, życzenie mamy się spełnia. Wkrótce pojawia się nowe dziecko, dziewczynka, której dają imię Margaret. Kochamy ją wszyscy, ma czarne kręcone włosy i niebieskie oczy jak mama, macha małymi rączkami i ćwierka jak ptaszki na drzewach wzdłuż Classon Avenue. Minnie twierdzi, że w niebie panowało święto, kiedy stworzono to dziecko. Pani Leibowitz zauważa, że nigdy nie widuje się takich oczu, takiego uśmiechu, takiego szczęścia. Na jej widok mam ochotę tańczyć – powiada.

Kiedy tata po szukaniu pracy przychodzi do domu, bierze Margaret na ręce i śpiewa:

W cienistym kącie księżycowej nocy

Wytropiłem krasnoludka.

Czerwoną miał czapkę, zielony żupanek,

A u boku wina dzbanek.

Klip, klap, klip, stukał jego młotek

W krasnoludkowy malusieńki botek.

Z tak bliska go zobaczyłem,

Że aż dobrą wróżkę tym rozweseliłem.

Chodzi z Margaret wokół kuchni i cały czas do niej przemawia. Mówi, jaka jest urocza z tymi kręconymi czarnymi włosami i niebieskimi oczami matki. Obiecuje, że zabierze ją do Irlandii i będą spacerować po dolinach hrabstwa Antrim i kąpać się w jeziorze Neagh. Wkrótce znajdzie pracę, na pewno znajdzie, a wtedy ona będzie miała sukienki z jedwabiu i buciki ze srebrnymi klamerkami.

Im dłużej tata śpiewa, tym rzadziej Margaret płacze, a z czasem zaczyna się nawet śmiać.

– Popatrzcie tylko na niego, jak próbuje tańczyć z dzieckiem na ręku. Na tych swoich dwóch lewych nogach. – Mama się śmieje i wszyscy jej wtórujemy.

Kiedy bliźniaki były małe, też płakały, a wtedy mama i tata mówili: sza i pst, karmili je, i bliźniaki z powrotem zasypiały. Ale gdy płacze Margaret, w powietrzu unosi się dziwne uczucie smutku; tata w ciągu sekundy wyskakuje z łóżka, tuli ją, wykonuje powolny taniec wokół stołu, podśpiewuje i wydaje takie dźwięki jak mama. Kiedy zbliża się do okna, przez które wpada światło ulicznej latarni, na jego policzkach widać łzy, co jest niezwykłe, bo tata nigdy nad nikim nie płacze, chyba że się napije i śpiewa pieśni o Kevinie Barrym i Roddym McCorleyu. A teraz płacze nad Margaret i wcale nie czuć od niego alkoholu.

– On jest nieprzytomny z powodu tego dziecka – zwierza się mama Minnie MacAdorey. – Odkąd się urodziła, nie wziął do ust ani kropelki. Już dawno powinnam mieć małą dziewczynkę.

– Prawda, że dziewczynki są cudowne? – pyta Minnie. – Chłopcy też są wspaniali, ale trzeba koniecznie mieć dziewczynkę, tylko dla siebie.

– Dla siebie? – śmieje się mama. – Przecież gdybym jej nie karmiła, nie mogłabym się do niej nawet zbliżyć, on chce ją nosić i przytulać dzień i noc.

Minnie dodaje, że to jednak cudownie, kiedy ojciec jest tak oczarowany swoją córeczką. Która zresztą oczarowała wszystkich.

Wszystkich.

*

Bliźnięta potrafią już stać i chodzić, i co chwila coś im się przydarza. Mają rany na tyłkach, bo ciągle są mokre i obsrane. Kładą sobie do buzi różne brudy, kawałki papieru, pióra, sznurowadła, a potem rzygają. Mama narzeka, że doprowadzają ją do szaleństwa. Ubiera obu, wsadza do wózka, a Malachy i ja zabieramy ich na plac zabaw. Skończyły się zimna i drzewa na całej Classon Avenue mają zielone liście.

Biegamy z wózkiem po placu zabaw, bliźnięta śmieją się i wołają: gu, gu, a kiedy robią się głodne, zaczynają płakać. W wózku są dwie butelki napełnione wodą z cukrem; to na chwilę uspokaja bliźniaki, ale potem znowu dokucza im głód i beczą tak strasznie, że sam nie wiem, co robić, bo są tacy mali i chciałbym dać im dużo jedzenia, żeby mogli się śmiać i gaworzyć po dziecinnemu. Lubią papki, które mama przyrządza w garnku, chleb rozgniata w mleku i dodaje wodę z cukrem. Nazywa to przysmakiem chlebowym.

Gdybym teraz zawiózł bliźniaki do domu, mama wrzeszczałaby na mnie, że nie daję jej odpocząć i budzę Margaret. Musimy czekać na placu zabaw, dopóki mama nie wychyli się przez okno i nas nie zawoła. Robię różne śmieszne miny, żeby bliźniaki przestały płakać. Kładę sobie na głowie kawałek papieru, który spada, a bliźniaki zanoszą się od śmiechu. Kieruję wózek w stronę huśtawki, gdzie Malachy bawi się z Freddiem Leibowitzem. Malachy próbuje opowiedzieć Freddiemu, w jaki sposób Setanta stał się Cuchulainem. Mówię, żeby przestał, bo to moja historia. On nie słucha. Szturcham go, a on ryczy i grozi, że poskarży mamie. Freddie mnie popycha, robi mi się ciemno przed oczami, rzucam się na niego z pięściami i kolanami, aż zaczyna wrzeszczeć, żebym przestał, ale ja nie przestaję, bo nie mogę, bo nie wiem jak, bo gdybym przestał, Malachy dalej zabierałby mi moje historie. Freddie odtrąca mnie i ucieka z krzykiem:

– Frankie chciał mnie zabić, Frankie chciał mnie zabić!

Nie wiem, co robić, bo jeszcze nigdy nie próbowałem nikogo zabić, a teraz Malachy wykrzykuje z huśtawki:

– Frankie, nie zabijaj mnie!

Ma tak bezbronną minę, że pomagam mu zejść. Obejmuje mnie. „Nie będę już opowiadał twojej historii. Nie powiem Freddiemu o Ku-Ku”. Mam ochotę się roześmiać, ale nie mogę, bo bliźniaki w wózku płaczą, a na placu zabaw jest ciemno, więc co za sens robić śmieszne miny i pozwalać na to, by różne rzeczy spadały z głowy, skoro bliźniaki i tak tego nie zobaczą.

Po drugiej stronie ulicy jest włoski sklep, widzę tam banany, jabłka, pomarańcze. Wiem, że bliźniaki mogą jeść banany. Malachy uwielbia banany, ja też lubię. Jednak potrzebne są pieniądze. Włosi nie słyną z rozdawania bananów, zwłaszcza rodzinie McCourtów, która winna im jest jeszcze za artykuły spożywcze.

Mama stale powtarza, że nigdy, przenigdy nie wolno mi opuszczać placu zabaw, chyba że wracam do domu. Ale co mam zrobić z bliźniakami, które wrzeszczą w wózku z głodu? Mówię Malachy’emu, że za chwilę wrócę. Upewniam się, że nikt mnie nie widzi, porywam wiązkę bananów sprzed sklepu Włocha, pędzę po Myrtle Avenue w kierunku przeciwnym do placu zabaw, aż do następnej przecznicy, tamtędy wracam i wchodzę przez dziurę w płocie na końcu ulicy. Pchamy wózek w ciemny kąt i dopiero tam obieramy banany dla bliźniaków. Wiązka składa się z pięciu bananów, więc ucztujemy w ciemnym kącie. Bliźniaki siorbią, mamlą i paprzą bananami buzie, włosy i ubranie. Zdaję sobie sprawę, że spowoduje to wiele pytań. Mama będzie chciała wiedzieć, dlaczego bliźniaki upaprane są bananami, skąd je wzięły. Nie mogę jej powiedzieć o narożnym sklepiku Włocha. Będę musiał skłamać, że dostaliśmy je od jakiegoś mężczyzny.

Tak właśnie powiem. Od jakiegoś mężczyzny.

I wtedy dzieje się coś dziwnego. Przy furtce placu zabaw staje jakiś mężczyzna. Woła mnie. O Boże, to Włoch.

– Hej, synku, chodź no tutaj. Mówię do ciebie. Chodź tu!

Idę.

– To ty masz małych bratów, tak?

– Tak, proszę pana.

– Masz tu torbę owoców. Nie daję ci ich, ja je wyrzucam. Rozumiesz? Więc weź torbę. Są tam jabłka, pomarańcze i banany. Lubisz banany, prawda? Chyba lubisz. Cha, cha, cha, wiem, że lubisz. No to weź torbę. Masz bardzo miłą mamę. A tata? No, sam wiesz, że ma problemy, jak każdy Irlandczyk. Daj tym bliźniakom banana. Przynajmniej się zamkną, bo słychać ich aż po drugiej stronie ulicy.

– Dziękuję panu.

– Rany, jaki grzeczny dzieciak! Gdzieżeś się tego nauczył? Od ojca? To ci dopiero!

*

Tata czyta przy stole gazetę. Mówi, że prezydent Roosevelt to dobry człowiek i wkrótce wszyscy w Ameryce będą mieli pracę. Mama siedzi przy drugim końcu stołu i karmi Margaret z butelki. Ma zaciętą minę, która mnie przeraża.

– Skąd wziąłeś te owoce?

– Od jednego pana.

– Jakiego pana?

– Od Włocha.

– Czy ukradłeś te owoce?

– Dał ten pan. Frankie dostał torbę od pana – mówi Malachy.

– A co zrobiłeś Freddiemu Leibowitzowi? Była tu jego mama. Taka miła kobieta. Nie wiem, jak bym sobie poradziła bez niej i Minnie MacAdorey. A ty musiałeś zaatakować biednego Freddiego.

Malachy podskakuje. Do góry i na dół.

– To nieprawda! Nieprawda! On wcale nie chciał zabić Freddiego. Mnie też nie chciał zabić!

– Pst, Malachy, pst. Chodź tutaj! – przywołuje go tata i bierze na kolana.

– Idź i przeproś Freddiego! – poleca mama.

– Czy chcesz go przeprosić? – pyta w tym momencie tata.

– Nie.

Rodzice patrzą na siebie.

– Freddie to dobry chłopiec – mówi tata. – Huśtał twojego brata, prawda?

– Chciał ukraść moją historię o Cuchulainie.

– Daj spokój, Freddiemu wcale na niej nie zależy. Ma swoje własne historie. Setki historii. On jest Żydem.

– Co to znaczy: Żydem?

Tata się śmieje.

– Żydzi to… Żydzi to ludzie, którzy mają własne historie. Nie potrzebują Cuchulaina. Mają Mojżesza. I Samsona.

– A kto to Samson?

– Jeśli pójdziesz porozmawiać z Freddiem, to później opowiem ci o Samsonie. Powiesz mu, że ci bardzo przykro i że już nigdy tego nie zrobisz. Możesz go nawet zapytać o Samsona. Wszystko ci wolno, jeśli tylko porozmawiasz z Freddiem. Zgoda?

Margaret, którą mama trzyma na rękach, krzyczy; tata zrywa się na równe nogi i Malachy spada z jego kolan.

– Nic jej nie jest?

– Oczywiście, że nic jej nie jest – odpowiada mama. – Po prostu je. Zrobiłeś się kłębkiem nerwów.

Rozmawiają teraz o Margaret, o mnie zapomnieli. Ale nie zależy mi. Idę zapytać Freddiego o Samsona, przekonam się, czy Samson jest równie dobry jak Cuchulain, przekonam się, czy Freddie ma własną historię, czy też ciągle zamierza ukraść mi Cuchulaina. Malachy chce iść ze mną, skoro tata stoi i nie ma jak usiąść mu na kolanach.

– O, Frankie, wejdź – mówi pani Leibowitz. – I mały Malachy. Powiedz mi, Frankie, co zrobiłeś Freddiemu? Chciałeś go zabić? Freddie jest dobrym chłopcem. Czyta swoje książeczki. Razem z tatą słucha radia. Huźda twojego brata na huźdawce. A ty chciałeś go zabić. Oj, Frankie, Frankie. Biedna twoja matka z tym chorym niemowlęciem.

– Margaret nie jest chora, pani Leibowitz.

– Jest chora. To jest chore niemowlęcie. Ja wiem o chorych niemowlęciach. Pracuję w szpital. Nie mów mi, Frankie. Chodź, wejdź. Freddie, jest Frankie. Wychodź, Frankie już cie nie zabije. Ciebie i małego Malachy. Ładne żydowskie imię. Kawałek ciasta, co? Dlaczego ciebie dali żydowskie imię, co? Szklanke mleka, ciasto kawałek, co? Takie chude chłopcy, Irlandczycy nie jedzą.

Siedzimy z Freddiem przy stole, pijemy mleko, jemy ciasto. Pan Leibowitz siedzi w fotelu, czyta gazetę i słucha radia. Czasami mówi coś do pani Leibowitz, ale nic nie rozumiem, bo z jego ust wydobywają się dziwne dźwięki. Ale Freddie rozumie. Wstaje i zanosi panu Leibowitzowi kawałek ciasta. Pan Leibowitz uśmiecha się i głaszcze Freddiego po głowie, Freddie też się uśmiecha i wydaje te dziwne dźwięki.

Pani Leibowitz kręci głową nad Malachym i nade mną.

– Oj, jakie chude – mówi.

Tak często powtarza: oj, że Malachy wybucha śmiechem i mówi: oj; cała rodzina Leibowitzów mu wtóruje, a pan Leibowitz wypowiada słowa, które możemy zrozumieć: „kiedy śmieją się irlandzkie ojczka”. Pani Leibowitz tak się zaśmiewa, aż trzyma się za brzuch, Malachy znowu mówi: oj, bo wie, że tym wszystkich rozbawia. Ja też mówię: oj, ale nikt się nie śmieje. Teraz wiem, że „oj” należy do Malachy’ego, tak jak Cuchulain należy do mnie, więc zostawiam bratu to jego „oj”.

– Pani Leibowitz, mój tata mówi, że Freddie ma ulubioną historię.

– Sam, Sam, oj – podpowiada Malachy i wszystkich znów pobudza do wesołości, tylko nie mnie, bo zapomniałem, jak to słowo idzie dalej. Sam… Freddie mamrocze z ustami pełnymi ciasta: Samson, a pani Leibowitz zwraca mu uwagę:

– Nie mów z pełną busią.

I to mnie rozśmiesza, bo przecież ona jest dorosła i mówi „busia” zamiast „buzia”. Malachy śmieje się dlatego, że ja się śmieję, a państwo Leibowitzowie patrzą na siebie i też się uśmiechają.

– Nie Samson – mówi Freddie. – Najbardziej lubię historię o Dawidzie i olbrzymie Goliacie. Dawid zastrzelił go z procy, walnął go kamieniem w głowę. Mózgi mu wyleciały na ziemię.

– Mózg – poprawia pan Leibowitz.

– Tak, papo.

Papo. Tak Freddie nazywa swego ojca, a ja mówię do swojego „tato”.

*

Budzi mnie szept mamy.

– Co się dzieje z tym dzieckiem?

Jest jeszcze wcześnie i w pokoju właściwie nie ma ranka, ale widać, że przy oknie stoi tata i trzyma na rękach Margaret. Kołysze ją i wzdycha.

– Czy ona… czy ona jest chora? – pyta mama.

– Jest bardzo spokojna i troszkę jakby zmarznięta.

Mama wyskakuje z łóżka i bierze dziecko.

– Idź po lekarza. Na miłość boską, idź!

Tata wciąga spodnie na koszulę, bez kurtki, buty bez skarpetek w taki zimny dzień.

Czekamy w pokoju, bliźnięta śpią w końcu łóżka. Malachy wierci się obok mnie.

– Frankie, chcę się napić wody.

Mama kołysze się na łóżku z niemowlęciem w ramionach.

– Och, Margaret, mój skarbie. Otwórz swoje śliczne niebieskie ślepki, moja najdroższa.

Napełniam wodą kubek, dla Malachy’ego i dla mnie, a mama zawodzi:

– Woda dla ciebie i dla twojego brata. Rzeczywiście! Woda, tak? A nic dla siostrzyczki, co? Dla nieszczęsnej siostrzyczki. Nawet nie zapytałeś, czy też by się nie napiła. Nic podobnego! Pijecie sobie wodę razem z bratem, jakby nigdy nic. Dla was to zupełnie normalny dzień, co? A bliźniaki śpią sobie, jakby nic ich nie obchodziło, kiedy ja trzymam w objęciach ich biedną chorą siostrę. Chorą na moich rękach. O słodki Jezu!

Dlaczego ona mówi w ten sposób? W niczym nie przypomina mamy. Gdzie jest tata?

Wracam do łóżka i zaczynam płakać.

– Dlaczego płaczesz? Dlaczego płaczesz? – pyta Malachy. Powtarza to tak długo, aż mama znowu mnie atakuje:

– Trzymam na rękach waszą chorą siostrę, a wy jęczycie i stękacie jakby nigdy nic. Jak podejdę do łóżka, to dam wam prawdziwy powód do jęków.

Wraca tata z lekarzem. Tata pachnie whisky. Doktor bada niemowlę, szturcha je, unosi powieki, maca szyję, ramiona, nogi. Prostuje się i kręci głową. Ona nie żyje. Mama wyciąga ręce po dziecko, tuli je, odwraca się do ściany. Doktor chce się dowiedzieć, czy coś się wydarzyło. Czy ktoś upuścił dziecko? Czy chłopcy bawili się z nią zbyt brutalnie? Cokolwiek.

Ojciec przecząco kręci głową. Doktor mówi, że musi zabrać Margaret, żeby ją zbadać, i tata podpisuje jakiś papier. Mama błaga o jeszcze kilka minut, ale doktor twierdzi, że nie ma czasu. Kiedy tata wyciąga ręce po Margaret, mama gwałtownie przysuwa się do ściany. Wygląda jak oszalała, czarne kręcone włosy są wilgotne i lepią się do czoła, twarz ma spoconą, oczy szeroko otwarte, na policzkach błyszczą łzy, cały czas kręci głową i jęczy: och, nie, nie, dopóki tata nie zabierze jej niemowlęcia. Doktor dokładnie zawija Margaret w koc, a mama krzyczy:

– O Jezu, zadusi ją pan! Matko Boska, Józefie święty, na pomoc!

Doktor wychodzi, mama odwraca się do ściany, nie porusza się, nie wydaje żadnego dźwięku. Budzą się bliźnięta, płaczą z głodu. Tata stoi na środku pokoju, wpatrzony w sufit. Ma twarz zupełnie białą, tłucze pięściami we własne uda. Podchodzi do łóżka i kładzie rękę na mojej głowie. Ręka mu drży.

– Francis, wychodzę po papierosy.

Mama przez cały dzień leży w łóżku, niemal się nie rusza. Napełniamy z Malachym butelki bliźniaków wodą z cukrem. W kuchni znajdujemy pół bochenka czerstwego chleba i dwie zimne kiełbaski. Nie możemy się napić herbaty, bo mleko w chłodziarce skwaśniało i lód znowu się roztopił, a przecież każdy wie, że nie można pić herbaty bez mleka, chyba że z kubka taty, kiedy opowiada o Cuchulainie.

Bliźniaki znowu są głodne, ale wiem, że nie mogę dzień i noc dawać im wody z cukrem. Gotuję w garnku skwaśniałe mleko, wgniatam do niego trochę czerstwego chleba, nakładam do kubeczka i próbuję karmić bliźniaki. Krzywią się i z płaczem biegną do łóżka mamy. Mama nie odwraca głowy od ściany, więc becząc, wracają do mnie. Nie zjedzą chlebowego przysmaku, dopóki nie zabiję cukrem smaku skwaśniałego mleka. Teraz jedzą, śmieją się i rozmazują papkę po twarzach. Malachy też chce jej trochę, a jeśli on może, to mogę i ja. Wszyscy siedzimy na podłodze, jedząc chleb, żując zimną kiełbaskę i popijając wodą, którą mama trzyma zawsze w chłodziarce w butelce od mleka.

Po jedzeniu musimy iść do toalety na końcu korytarza, ale nie możemy się tam dostać, bo w środku jest pani Leibowitz i coś sobie podśpiewuje. Mówi do nas:

– Poczkajcie, dzieciaki, poczkajcie. Jeszcze sekundę!

Malachy klaszcze w ręce, zaczyna tańczyć i śpiewa „poczkajcie dzieciaki”. Pani Leibowitz otwiera drzwi ubikacji.

– Patrzcie tylko! Jaki mały aktor. No, dzieciaki, jak się czuje mama?

– Leży w łóżku. Doktor zabrał Margaret, a ojciec poszedł po papierosy.

– Oj, Frankie. Mówiłam, to chore dziecko.

Malachy zaciska nogi.

– Muszę się wysiusiać.

– To siusiaj! I ty także, a potem pójdziemy do waszej mamy.

Po wysiusianiu idziemy razem z panią Leibowitz do mamy.

– Och, pani McCourt. Aj waj, złotko. Popatrz tylko. Popatrz na te bliźniaki. Gołe. Pani McCourt, co to jest matka, co? Niemowlęcie chore, tak? Niech do mnie mówi. Biedna kobieta. Niech pani się obróci. Mówi do mnie. Oj, co za bałagan! Pani McCourt, niech do mnie mówi.

Pomaga mamie usiąść i oprzeć się o ścianę. Mama wydaje się mniejsza. Pani Leibowitz mówi, że przyniesie trochę zupy, a mnie każe umyć mamie twarz. Moczę ręcznik w zimnej wodzie i dotykam nim czoła mamy. Mama przyciska moją rękę do policzka.

– O Jezu, Frankie. O Jezu!

Jestem wystraszony, bo nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Mówi „Frankie” tylko dlatego, że trzyma moją dłoń, ale myśli o Margaret, nie o mnie.

– Frankie, twoja śliczna mała siostrzyczka nie żyje. Nie żyje! A gdzie jest twój ojciec? – Zwalnia uchwyt. – Pytam, gdzie jest twój ojciec. Pije. W domu nie ma ani pensa. Nie może znaleźć pracy, ale znajduje pieniądze na picie, pieniądze na picie, pieniądze na picie… – Odchyla się do tyłu, wali głową w ścianę i krzyczy: – Gdzie ona jest? Gdzie ona jest? Gdzie jest moja dziewczynka? Jezus Maria, Józefie święty, pomóżcie mi dziś w nocy, bo zwariuję, po prostu zwariuję!

Wpada pani Leibowitz.

– Proszę pani, co się dzieje? Gdzie jest dziewczynka?

Mama znowu krzyczy.

– Nie żyje, pani Leibowitz. Ona nie żyje! – Z opuszczoną głową kołysze się w przód i w tył. – W środku nocy, pani Leibowitz. W wózku. Powinnam była czuwać nad nią. Przeżyła na tym świecie siedem tygodni i umarła w środku nocy, zupełnie sama. Całkiem sama w wózku!

Pani Leibowitz bierze mamę w ramiona.

– Cicho, cicho. Dzieci często tak odchodzą. To się zdarza. Bóg je zabiera…

– W wózku, pani Leibowitz. Tuż koło mojego łóżka. Mogłam ją wziąć na ręce i nie musiałaby umierać, prawda? Bóg nie chce maleńkich dzieci. Po co Bogu maleńkie dzieci?

– Nie wiem, moja pani. Nie wiem o Bogu. Niech pani zje zupy. Dobra zupa. Doda siły. Chłopcy, weźcie miseczki, dam wam zupy.

– Pani Leibowitz, co to miseczki?

– Och, Frankie, nie znasz miseczki? Do zupy, złotko. Nie masz miseczki? To weź kubki, ja mieszam zupę z grochu i z soczewicy. Bez szynki. Irlandczycy lubią szynkę. Frankie, nie ma szynki. Pani zje, pani zje zupę.

Karmi mamę łyżką, wyciera płyn cieknący po brodzie. Siedzimy z Malachym na podłodze i pijemy z kubków. Dajemy też bliźniakom. Zupa jest wspaniała, ciepła i smaczna. Mama nigdy czegoś takiego nie robi; zastanawiam się, czy istnieje jakakolwiek możliwość, żeby pani Leibowitz została moją mamą. Freddie mógłby być mną, miałby moją mamę i ojca, jego braćmi zostaliby Malachy i bliźnięta. Nie miałby już Margaret, bo ona jest jak tamten pies na ulicy, którego zabrano. Nie wiem, dlaczego została zabrana. Mama mówi, że umarła w wózku, a to musi być tak samo jak potrącenie przez samochód, bo też zabierają.

Z powodu zupy żałuję, że już nie ma Margaret; mógłbym ją karmić łyżką, tak jak pani Leibowitz karmi mamę, a ona gaworzyłaby i śmiała się jak na kolanach taty. Już więcej by nie płakała, mama nie leżałaby dzień i noc w łóżku, a tata opowiadałby mi o Cuchulainie. I już nie chciałbym, żeby pani Leibowitz była moją mamą. Pani Leibowitz jest miła, ale wolałbym, żeby tata opowiadał mi o Cuchulainie, żeby Margaret ćwierkała i żeby mama się śmiała, kiedy tata tańczy na dwóch lewych nogach.

*

Minnie MacAdorey przychodzi pomagać.

– Matko Boska, pani Leibowitz, te bliźnięta cuchną na kilometr.

– Minnie, nie znam się na Matce Boskiej, ale te bliźnięta na pewno potrzebują mykwy. I czystych pieluszek. Frankie, gdzie są czyste pieluszki?

Nie mam pojęcia.

– One dostają szmaty zamiast pieluszek – wyjaśnia Minnie. – Wezmę pieluszki Maisie. Frankie, zdejmij te szmaty i wyrzuć!

Malachy zdejmuje szmatę Olivera, a ja zmagam się z Eugene’em. Agrafka się zacięła, a kiedy Eugene podskakuje, odpina się i wbija w biodro; dzieciak wrzeszczy i woła mamę. Ale Minnie jest już z powrotem z ręcznikiem, mydłem i ciepłą wodą. Pomagam jej zmyć zaskorupiałe gówno, a ona pozwala mi posypać talkiem skórę bliźniaków, na której zrobiły się rany. Minnie chwali ich, że są grzecznymi chłopcami, i obiecuje niespodziankę. Idzie do siebie i przynosi dla nas wszystkich cały garnek tłuczonych kartofli. W kartoflach jest dużo soli i masła, zastanawiam się więc, czy jest możliwe, żeby Minnie została moją mamą, bo wtedy zawsze bym tak jadał. Gdybym mógł mieć jednocześnie i panią Leibowitz, i Minnie jako matki, nigdy by mi nie zabrakło zupy ani tłuczonych kartofli.

Minnie i pani Leibowitz siedzą przy stole. Pani Leibowitz mówi, że coś trzeba zrobić. Te dzieci nie mają żadnej opieki, gdzie jest ich ojciec? Słyszę, jak Minnie szepcze, że poszedł się napić. Pani Leibowitz wyrzeka, że to straszne, straszne, jak ci Irlandczycy piją. Minnie na to, że jej Dan nie pije. Nawet nie tyka alkoholu. Powiedział, że kiedy dziecko umarło, ten nieszczęsny Malachy McCourt szalał po całej Flatbush Avenue i Atlantic Avenue, wyrzucono go ze wszystkich barów wokół stacji Long Island, gliny na pewno by go zamknęły, gdyby nie chodziło o śmierć tej cudownej małej dziewczynki.

– Ma tutaj czterech wspaniałych chłopców – mówi Minnie – ale to dla niego żadna pociecha. Ta mała dziewczynka budziła w nim coś dziwnego. Wie pani, że po jej urodzeniu nawet przestał pić, a to już prawdziwy cud.

Pani Leibowitz chciałaby wiedzieć, gdzie są kuzynki mamy, te duże kobiety ze spokojnymi mężami. Minnie ich poszuka i powie im, że dzieci są zaniedbane, dziczeją bez opieki, mają poranione pupy i w ogóle…

*

Dwa dni później wraca tata z wyprawy po papierosy. Jest środek nocy, ale wyciąga z łóżka mnie i Malachy’ego. Czuć od niego alkohol. Ustawia nas na baczność w kuchni. Jesteśmy żołnierzami. Każe nam obiecać, że umrzemy za Irlandię.

– Na pewno umrzemy, tato.

Razem śpiewamy Kevina Barry’ego.

W więzieniu Mountjoy w poniedziałek rano

Na szubienicy wysokości

Kevin Barry życie oddał młode

Za sprawę wolności.

Miał ledwie osiemnaście wiosen,

Nikt jednak nie śmie przeczyć, że

Tamtego ranka ze swym losem

Tak jak bohater zmierzył się.

Rozlega się pukanie do drzwi. Pan MacAdorey.

– Malachy, na miłość boską, jest trzecia rano. Tym śpiewaniem obudziłeś cały dom.

– Dan, uczę chłopców, że mają umrzeć za Irlandię.

– Możesz ich tego uczyć w dzień.

– To bardzo pilne, Dan, bardzo pilne.

– Wiem o tym, Malachy, ale to tylko dzieci. Małe dzieci. A teraz połóż się do łóżka, jak przystało na porządnego chłopa.

– Do łóżka? A co ja bym robił w łóżku? Stale widzę tam jej twarzyczkę, czarne kręcone włoski i cudowne niebieskie oczy. O Jezus, Dan, co ja zrobię? Czy to głód ją zabił?

– Oczywiście, że nie. Przecież twoja żona ją karmiła. Bóg ją zabrał. Miał swoje powody.

– Dan, zaśpiewamy jeszcze jedną pieśń, zanim się położymy.

– Dobrej nocy, Malachy.

– Dalej, chłopcy, śpiewamy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej