Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
lub
0 zł
29,98 zł
14,99 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Po sukcesie książki PRL od kuchni Sławomir Koper i Mariusz Mucha postanowili przybliżyć czytelnikom największe katastrofy epoki PRL-u. Chodzi o wydarzenia nagłe i tragiczne, o których opowiadano jak Polska długa i szeroka. W latach 1945–1989 w naszym kraju miało miejsce około stu katastrof, w których zginęło ponad dwa tysiące osób. W oparciu o bogaty materiał źródłowy autorzy opowiadają historie najbardziej poruszających tragedii, między innymi katastrof samolotów Kościuszko i Kopernik, wybuchu warszawskiej Rotundy czy pożaru szczecińskiej Kaskady. Odkrywają i ujawniają nowe fakty, rozprawiając się przy okazji z zafałszowaniami i przemilczeniami, które funkcjonowały przez lata. Przywołują też historie niezwykłe, jak graniczące z cudem uratowanie górnika w kopalni Mikulczyce-Rokitnica, a także fakty osobliwe, jak chociażby perypetie cór Koryntu podczas epidemii ospy we Wrocławiu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 279
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 7 godz. 50 min
Lektor: Michał Zarzycki
Copyright © by Sławomir Koper, 2026 Copyright © by Mariusz Mucha, 2026 Copyright © by TIME SA, 2026
Redaktor prowadzący: Michał Zarzycki, mzarzycki@grupazpr.pl Korekta: Katarzyna Pikosz Projekt okładki i stron tytułowych: Karolina Żelazińska-Sobiech
Zdjęcie okładkowe: Pożar kombinatu gastronomicznego Kaskada w Szczecinie, 27 kwietnia 1981, Konrad Stanisław Salamon / Zakład Fotograficzny Minifot Zdjęcie autorów na wewnętrznych stronach okładki pochodzą ze zbiorów prywatnych Sławomira Kopra i Mariusza Muchy
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
ISBN: 978-83-8343-845-0 Wydanie pierwsze Warszawa 2026
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tym, którzy stracili bliskich w katastrofach
W każdej epoce i w każdej formacji społecznej zdarzają się katastrofy, które pociągają za sobą liczne ofiary. To kataklizmy różnego rodzaju, od powodzi, poprzez epidemie, aż do wypadków komunikacyjnych. Ich przyczynami bywają siły natury, niedopełnienie obowiązków przez osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo lub zwykła ludzka nierozwaga. Od lat przyciągają uwagę dziennikarzy i opinii publicznej, a działania prowadzące do wyjaśnienia przyczyn i przebiegu wszelkiego rodzaju tragedii zawsze były śledzone z najwyższą uwagą. Podobnie jak postępowania sądowe, gdzie przed wymiarem sprawiedliwości stawały osoby odpowiedzialne za śmierć innych.
W epoce PRL-u władze niechętnie przyznawały się do różnego rodzaju katastrof czy kataklizmów i miało to miejsce właściwie tylko wówczas, gdy tematu po prostu nie dało się przemilczeć. Dlatego do społeczeństwa przedostawały się wyłącznie informacje o tych wypadkach, których ukrywanie mogłoby się stać dowodem na istnienie cenzury. Wprawdzie o tym, że istniała, wiedzieli wszyscy, ale był to temat oficjalnie nieobecny w przestrzeni publicznej, gdyż w obowiązującej konstytucji zapisano prawo do wolności słowa i poglądów.
Blokada informacyjna wynikała z dwóch powodów. Pierwszym z nich było propagandowe założenie, że ustrój sprawiedliwości społecznej zapewnia szczęście swoim obywatelom, a wszelkiego rodzaju katastrofy mogą się zdarzać wyłącznie u zachodnich imperialistów. W narracji komunistów miały one stanowić efekt bezpardonowej pogoni za zyskiem, objawiającej się lekceważeniem podstawowych norm bezpieczeństwa, czego ofiarami padali przeciętni obywatele. Drugim natomiast powodem były obawy rządzących, że publiczne wyjaśnianie przyczyn katastrof spowoduje ujawnienie ogromnej liczby zaniedbań oraz ignorowania nie tylko obowiązujących przepisów, ale także zasad zwykłej logiki i zdrowego rozsądku. W rzeczywistości bowiem to właśnie w socjalizmie pogoń za oszczędnościami oraz ludzka ignorancja osiągnęły absurdalny poziom. I niestety przynosiło to czasami tragiczne skutki.
W niniejszej książce staraliśmy się przedstawić zróżnicowany przegląd katastrof, jakie dotknęły przed laty społeczeństwo naszego kraju. Wśród nich były wydarzenia bardzo głośne i do dzisiaj pamiętane, ale również wypadki o charakterze lokalnym i obecnie już praktycznie zapomniane. Dobierając tematy, chcieliśmy ukazać przebieg wypadków na tle wydarzeń tamtych lat, co spowodowało, że przedstawiliśmy zarówno najgłośniejsze katastrofy lotnicze, jak i pożary, eksplozje, wypadki komunikacyjne czy też tragedie górnicze. Nie zapomnieliśmy o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu, która nabrała szczególnego wyrazu w ostatnich latach, gdy świat dotknęła pandemia covidu. Wróciliśmy również do zapomnianego dramatu, jaki rozegrał się w Kazimierzu Dolnym, gdy podczas wycieczki szkolnej doszło do zbiorowego utonięcia dzieci w Wiśle.
Książka ma układ chronologiczny, a katastrofy opisywane są w porządku ich występowania w czasie – od roku 1955 (pożar kina objazdowego w Wielopolu Skrzyńskim) do 1987 (katastrofa samolotu PLL LOT w Lesie Kabackim). Zdajemy sobie sprawę, że nie będzie to lektura łatwa, ponieważ zdecydowanie nie pozwala na to tematyka. Staraliśmy się jednak ukazać opisywane wydarzenia w sposób rzeczowy i przystępny. Próbowaliśmy też nie ulegać emocjom, choć niekiedy było to trudne, a przede wszystkim nie epatować tanią sensacją, wychodząc z założenia, że wystarczy obiektywnie przedstawić fakty, by Czytelnicy uzyskali wyrazisty obraz dramatów sprzed lat i wyrobili sobie własne zdanie na ich temat.
Sławomir Koper, Mariusz Mucha
Rozdział 1
Pożar kina objazdowego w Wielopolu Skrzyńskim
W połowie lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku władze zlikwidowały większość „sanacyjnych naleciałości” z przestrzeni publicznej. Przemysł, handel i usługi zostały upaństwowione, a socrealizm w każdym aspekcie życia tworzył nowy, właściwy model obywatela. Partyjnym decydentom spędzała jednak sen z powiek sytuacja na polskiej wsi, która była daleka od ich oczekiwań. Nie powiodła się kolektywizacja, a tradycyjnie katoliccy chłopi z niechęcią traktowali socjalistyczne nowinki. Uznano zatem, że właściwym narzędziem indoktrynacji będzie zapewnienie im rozrywek zgodnych z preferowanym modelem człowieka socjalistycznego, tym bardziej że rolnicy lubili spędzać gromadnie wolny czas. Pomysł z wędrownymi trupami teatralnymi, prezentującymi spektakle w domach ludowych, szkołach i świetlicach, okazał się jednak chybiony, gdyż chłopi uważali, że miastowi artyści z prawdziwą kulturą nie mają zbyt wiele wspólnego. Dochodziło nawet do bijatyk z aktorami, którzy odnosili się do mieszkańców wsi z nieukrywaną wyższością i pogardą.
Znacznie lepiej sprawdził się pomysł, żeby odwiedzać wieś z filmem, oczywiście właściwym ideologicznie i dostosowanym do gustów miejscowych widzów. W efekcie „kinofikacja” polskiej wsi następowała w szybkim tempie.
„Film jest najważniejszą ze sztuk” – twierdził Włodzimierz Iljicz Lenin, a rządzący w Polsce komuniści dodawali, że także „szerzy kulturę na wsi”. W związku z tym zorganizowano sieć ponad dwustu kin objazdowych, działających przez cały rok. Składały się z mobilnych zestawów, przewożonych z miejsca na miejsce ciężarówkami. W ich skład wchodziły: projektor, metalowe walizki z taśmami (wymóg BHP ze względu na ich łatwopalność) oraz generator prądu, gdyż większość polskich wsi nie była jeszcze zelektryfikowana.
Z reguły odbywały się dwa seanse dziennie, na których wyświetlano lekkie komedie lub melodramaty, a projekcję poprzedzały propagandowe krótkometrażówki i odcinki Polskiej Kroniki Filmowej. Te ostatnie bywały mało aktualne i dlatego w maju 1955 roku wyświetlano kronikę z początku roku, z ujęciami z balu karnawałowego na Kremlu.
Jedenastego maja załoga kina objazdowego numer pięć pojawiła się w Wielopolu Skrzyńskim na Podkarpaciu. Ciężarówką FSC Lublin-51 przyjechali: kierownik kina Józef Kozak, kinomechanik Władysław Kozak, kierowca i mechanik Władysław Wojtanowski oraz pomocnik mechanika Władysław Siembab. Miał to być kolejny dzień pracy dla obsady mobilnego kina, gdyż „stałą praktyką było wysyłanie kin objazdowych w nieprzerwane, kilkunastodniowe trasy po całych powiatach i województwach”1.
Wielopole Skrzyńskie, położone czterdzieści kilometrów na południe od Rzeszowa i niecałe trzydzieści kilometrów od Dębicy, było dawnym miasteczkiem zdegradowanym do rangi wsi (prawa miejskie utraciło w 1933 roku). Starsi mieszkańcy pamiętali jeszcze czasy, gdy „działało tam ponad sześćdziesiąt sklepów, mleczarnia, tartak, młyn, sześć masarni, trzy szynki i gospoda”2.
Przybycie filmowców oznaczało święto dla całej wsi, gdyż odrywało mieszkańców od codziennej rutyny. Ekipa pojawiła się zresztą z właściwym sobie hałasem i „na okolicznych wzgórzach dobiegały z megafonów dźwięki piosenki Marii Koterbskiej Parasolki3. Seans miał się odbyć w centrum miejscowości, w drewnianym baraku pełniącym funkcję szkoły (nie zdołano jeszcze odbudować budynków dawnej placówki edukacyjnej, zniszczonych podczas działań wojennych).
Załoga kina ruchomego numer pięć przywiozła ze sobą plakaty, którymi oklejono okolicę. Kierownik Józef Kozak, choć to należało do jego obowiązków, zlecił akcję dzieciom, które tłumnie pojawiły się w pobliżu samochodu. Zapowiadano film w reżyserii Jana Rybkowskiego i Jana Fethkego Sprawy do załatwienia, który wszedł na ekrany kin niespełna dwa lata wcześniej. Łączył w sobie przedwojenny urok lekkiej komedii z socrealistycznym przesłaniem na temat walki z bumelantami i cwaniakami, a jego główną atrakcją była osoba Adolfa Dymszy. Przedwojenny gwiazdor wystąpił aż w ośmiu rolach epizodycznych i wcielił się nawet w postać bikiniarza, co z racji jego wieku (miał wówczas pięćdziesiąt trzy lata) stwarzało wyjątkowo komiczne wrażenie. Kolorowy plakat z ośmioma fotosami Dymszy wywołał zrozumiałe poruszenie wśród okolicznych mieszkańców, którzy tłumnie wybierali się na seans. Drugi afisz miał natomiast charakter informacyjny:
„Kino ruchome numer 5 w Wielopolu. [W środę] dnia 11 maja 1955 roku w lokalu świetlicy będzie wyświetlany film czarno-biały produkcji polskiej oraz dodatek filmowy Polska Kronika Filmowa. Początek seansu pierwszego o 20.00, drugiego: brak. Film dozwolony od lat 7, cena biletu 40 zł. Sprzedaż biletów w kasie przy wejściu od 19.30. Uwaga: Dzieci do lat sześciu na widownię wpuszczane nie będą”4.
Ostatniego obostrzenia nikt w praktyce nie przestrzegał i na widownię wchodzili widzowie z dziećmi na rękach, przez co najmłodsza uczestniczka feralnego seansu miała niecałe pięć lat.
Pracownicy kina lekceważyli zresztą znacznie ważniejsze sprawy niż wiek widzów, co miało przynieść tragiczne konsekwencje. Stanowisko operatora, zazwyczaj ustawiane w głębi sali, po przeciwnej stronie wejścia, tym razem zlokalizowano inaczej. Stolik z projektorem Carl Zeiss Jena TK 35 stanął przy wejściu na salę, dwa metry od ławki, gdzie sprzedawano bilety. Powodem zmian było wygodnictwo personelu, raczącego się piwem od chwili przyjazdu. Skrzynia z zestawem – w skład którego wchodziły: głowica projektora, głośnik, wzmacniacz lampowy oraz ciężki transformator – ważyła ponad pięćdziesiąt kilogramów i nikomu nie chciało się jej nosić przez salę. Taśmy z filmami również nie należały do najlżejszych, bo ważyły łącznie osiemnaście kilogramów. Położono je zatem na stole, co stanowiło poważne naruszenie zasad pracy z taśmą filmową, wykonaną z wyjątkowo łatwopalnego materiału. Powinna być przechowywana w metalowych pudłach, daleko od projektora i potencjalnych źródeł ognia. Na domiar złego barak nie posiadał wyposażenia przeciwpożarowego, a w sali „były zawieszone liczne ozdoby z papieru”. Co gorsza, „drewno, z którego wykonano budynek, było wysuszone, ponieważ od dłuższego czasu nie padały deszcze”5.
Okna znajdujące się na dłuższych bokach prostokątnego budynku zostały na prośbę kierownika kina zabite deskami od zewnątrz, miało to utrudnić wejście na salę bez biletu. Z tego samego powodu drzwi z drugiej strony sali zostały zamknięte na klucz.
Przygotowanie sali kinowej trwało do godziny piętnastej. Potem personel kina ruchomego numer pięć udał się na suto zakrapiany posiłek do miejscowej gospody, co było normalnym obyczajem, gdyż „mistrzowie objazdowego kina byli wtedy wręcz gwiazdorami w odwiedzanych miejscowościach, więc nikt nie skąpił im niczego”6.
Zgodnie z informacją umieszczoną na plakacie, około dziewiętnastej trzydzieści kierownik Józef Kozak rozpoczął sprzedaż biletów. Początkowo było niewielu chętnych, ale sytuacja uległa zmianie, gdy w pobliskim kościele zakończyło się nabożeństwo majowe. Wśród zainteresowanych obejrzeniem seansu nie brakowało również mieszkańców sąsiednich wsi: Brzezin i Nawsia. Sprzedano łącznie sto siedemdziesiąt pięć biletów, ale na sali było więcej osób, gdyż od dzieci siedzących na kolanach dorosłych nie pobierano opłat, przez co prawdziwa liczba obecnych na seansie jest trudna do ustalenia. Kiedy około dwudziestej zamykały się drzwi na salę, w zatłoczonym, dusznym i zadymionym miejscu przebywało około dwustu osób.
Ekipa objazdowego kina nie miała ze sobą gaśnicy, a specjalny koc gaśniczy pozostał w kabinie Lublina. Auto stało daleko od baraku, żeby „pracujący na nim agregat prądotwórczy nie przeszkadzał w seansie”7. Projekcję przerywano co dziesięć minut, by „operator mógł zmienić szpulę, a każda taka przerwa była okazją do rozmów”. Przy projektorze zebrała się spora grupa mężczyzn, palących papierosy i żartujących z podchmielonym operatorem. Niedopałki rzucano pod nogi8.
„Operator zdjął szpulę z częścią filmu – zeznawał jeden ze świadków – cały czas trzymając w ustach zapalonego papierosa. Podczas zwijania końcówki taśmy dotknął ją papierosem. Coś syknęło i nagle cała taśma stanęła w płomieniach”9.
Kinomechanik Władysław Kozak próbował zgasić płomień, dusząc go ręką. Nadaremnie, gdyż kopia filmu była przygotowana na gorszej, jeszcze bardziej łatwopalnej kliszy, powstałej na bazie nitrogliceryny. Ogień niemal natychmiast przeniósł się na pozostałe taśmy, leżące w kartonowym pudle, które wbrew przepisom nie były przewijane po wykorzystaniu i „nie zostały odniesione w metalowych osłonach do samochodu”10.
Nie udało się zdusić ognia na kliszach. Od płonącego kartonowego pudła zajęła się drewniana podłoga, a roztopiony celuloid rozlewał się po niej, powodując zadymienie i wzniecając płomienie.
„Obecny na sali Józef Cebula – zeznawał jeden z ocalałych – strażak ochotnik, zdążył krzyknąć: »Pożar! Uciekać!«. Złapał ławkę, wybił nią okno i ludzie rzucili się do ucieczki. Większość odruchowo ruszyła w stronę ekranu, bo to tam były drzwi. Inny strażak, Jan Siuśko, chwycił na ręce swoją córkę i ruszył w stronę okna. Ale już po kilku krokach załamała się pod nim podłoga. Nie zdołał uwolnić nogi uwięzionej między deskami. Dym nie dał szans ani jemu, ani dziecku. Szukając drogi ucieczki, kilkadziesiąt osób stłoczyło się w wąskim korytarzu prowadzącym na zewnątrz. Nie można się było z niego wydostać. Na szczęście nie wytrzymała drewniana konstrukcja baraku. Napór tłumu był tak wielki, że ściana pękła, a ludzie wysypali się na ulicę”11.
Obsługa uciekła z płonącego baraku i podobno z obawy przed samosądem schroniła się na komisariacie milicji. Nie brakuje jednak informacji, że filmowcy dostali się do swojej ciężarówki i ruszyli w kierunku Dębicy, ale wkrótce zostali zatrzymani. Większą odwagą wykazywali się mieszkańcy Wielopola, a wśród nich Józef Para, który poszedł na film z dwiema córkami. Jedną z nich zabrała do domu żona, gdyż czteroletnia Romualda zasnęła ojcu na rękach, natomiast ośmioletnia Aleksandra została w baraku i kiedy rozpętało się piekło, próbowała uciekać na własną rękę. Józef Para wydostał się z płomieni, ale nie mogąc odnaleźć córki, powrócił do środka. Nie tylko zresztą po nią.
„Świadkowie widzieli – opowiadała Romualda Bokota, z domu Para – jak ratował dzieci i dorosłych. Gdy ostatni raz wskoczył do budynku, dach się zawalił, i to był koniec. Moja siostra też się spaliła. Tacie nie udało się jej odnaleźć w ciemnej sali. Mama rozpaczała, nie była w stanie podjąć żadnej pracy. Podupadła na zdrowiu. To było straszne przeżycie. Dzieciństwo miałam bardzo smutne. Rodzice mieli plany”12.
Przez kilkadziesiąt lat pani Romualda nie poszła na żaden seans filmowy. W dzieciństwie miała zakaz, gdyż bała się o nią matka, natomiast już jako dorosła kobieta sama zadecydowała o omijaniu kin z daleka. Wspomnienia jednak powracały.
„Tata i siostra byli tak spaleni, że nie dało się ich ubrać do trumny. Ubrania były położone na wierzchu, moja siostra miała sukienkę do sypania kwiatków, a tata garnitur. Dla mnie, małego dziecka, to była tragedia. Te okropne przeżycia cały czas wracają, nie tylko w rocznicę pożaru. Pamiętam, jak przywieziono do domu zwęglone ciała. Ułożono je na stole. Głowa ojca była zupełnie spalona, wyciekała z niej krew, aż mama podstawiała miednicę. Ciało siostry było całe czarne ze spalenizny”13.
Nie tylko Józef Para ratował innych. Księgowy miejscowego GS-u, Kazimierz Gąsior, wyniósł na rękach szesnastoletniego chłopca leżącego w baraku. Potem razem z Parą ponownie wbiegł w ogień, ale walący się dach zabił ich obu14.
Józef Para został uhonorowany pośmiertnie Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski, odznaczony został także Gąsior i jeden z członków miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej w Wielopolu Skrzyńskim – Jan Siuśko.
Dach spłonął błyskawicznie. Tego roku był naprawiany i pokryty świeżą papą, a na strychu zalegała gruba warstwa trocin, pełniąca funkcję izolacyjną. Zawalenie się konstrukcji było w opinii świadków przełomową chwilą pożaru. Jeden z ocalałych, Stanisław Rałowski, wspominał, że „nie było żadnej drogi ewakuacji, kiedy wybuchła panika, wyjście się zaraz zablokowało. Po upadku dachu nie było żadnej szansy ratunku dla ofiar”15.
Rałowski w odróżnieniu od innych poszkodowanych w pożarze przemógł strach i ponownie zaczął chodzić do kina. Co więcej, ukończył kurs obsługi projektora i ostatecznie został kierownikiem Kina Wielopolanka w Wielopolu.
Część uratowanych zawdzięczała życie członkom miejscowej ochotniczej straży pożarnej, którym udało się opuścić budynek. Pobiegli do remizy po sprzęt, podciągnęli motopompę, wyłamali drzwi i zaczęli gasić płomienie. Nie na wiele się to zdało, ale udało im się rozwalić jedną ze ścian i uwolnić kilkanaście osób. Uratowali też życie tych, którzy stali przy oknach. Strażacy wyrwali byle jak zabite deski, co umożliwiło ewakuację kilku osób.
Jednym z ocalonych był dziewięcioletni Piotr Zabiegły. W kinie znalazł się dość przypadkowo, natomiast z pożaru został wyciągnięty przez jedno z dwóch okien, które nie zostały zabite deskami w ramach przygotowań do seansu.
„W sali kinowej – opowiadał po latach – (…) poszedłem pod sam ekran, bo wydawało mi się, że będę lepiej widział akcję. Po wybuchu pożaru na widowni od razu wybuchła panika, każdy szukał ratunku na własną rękę. Na szczęście dwa okna za sceną nie zostały zabite i wraz z innymi rzuciłem się do tych okien. Wewnątrz sali pełno już było gęstego, gryzącego dymu. Zawisłem na oknie, głowę miałem na zewnątrz, a nogi w środku. Nie mogłem nic więcej zrobić, bo zostałem przygnieciony przez innych. W końcu ktoś wyciągnął mnie na zewnątrz. Do dziś nie wiem, kto mi pomógł. Choć miałem dotkliwie opaloną nogę i plecy, z nerwów i emocji nie czułem bólu. Najważniejsze, że przeżyłem”16.
W pożarze zginęły jednak obie jego siostry, a rodzice rozpoznali ciała córek po skrawkach nadpalonych ubrań.
Problemy z identyfikacją były niestety częste. Jedną z ofiar, sześćdziesięciojednoletnią kobietę, rozpoznano po kawałku skarpety, której nie strawił ogień. Jak zauważył jej wnuk, bliscy „wzięli babcię, a właściwie kawałek spalonego mięsa, do kobiałki i zanieśli do domu”.
Roman Lipa, strażak ochotnik, a w późniejszych latach ludowy artysta plastyk, malował obrazy ilustrujące tragedię. Spisał także wspomnienia i jest to lektura, którą trudno zapomnieć, a szczególnie fragmenty dotyczące kulminacyjnej fazy pożaru.
„Dach baraku nad salą widowiskową już się zapadał. Chwyciliśmy kilkoma mocnymi osękami za górną krawędź i szarpaniem oderwaliśmy od całości jeden element ściany, przewracając go na ziemię. Oczom naszym ukazał się przerażający widok. Na całej długości tego pomieszczenia i na wysokości około jednego–dwóch metrów leżał, zwrócony do oderwanej ściany z oknem, stos płonących ciał. Ciała objęte syczącym płomieniem paliły się mocnym ogniem (…). Na nas uderzył żar, że nie było możliwości zbliżyć się na cztery metry. Krzyczymy: woda, woda! Natychmiast wszystkie trzy prądy wody zostały skierowane w to miejsce i przytłumiły ogień do tego stanu, że można było podejść do opalonych na brązowo ludzkich ciał. Były to ciała dzieci i dorastającej młodzieży. Strażacy całą noc pełnili wartę przy pogorzelisku, żeby psy nie szarpały ciał, a od świtu wyciągali z popiołu ludzkie szczątki”17.
Ksiądz proboszcz Julian Śmietana po nabożeństwie majowym powrócił na plebanię i zasiadł do kolacji. O pożarze dowiedział się w trakcie posiłku i pobiegł w kierunku płonącego baraku, ale na miejscu zrozumiał, że jest po wszystkim.
„Widząc beznadziejność udzielania ofiarom ognia jakiejkolwiek innej pomocy – wspominał – udzieliłem im ogólnego rozgrzeszenia i pobiegłem na plebanię po wodę Świętej Agaty. Skropiłem nią plebanię, kościół i domy bliżej ognia stojące, i wówczas przekonałem się o mocy skuteczności tej wody. W jednej chwili wiejący wiatr zmienił kierunek na diametralnie inny, z południowo-wschodniego na północno-zachodni. Snopy iskier nie leciały już na miasteczko, ale na wolne pola. W ten sposób przynajmniej domy Wielopola zostały uratowane”18.
Zginęło pięćdziesiąt osiem osób, a dwadzieścia odniosło poważne obrażenia, część poszkodowanych została inwalidami. Wśród ofiar byli pięcioletni Jaś Kołczak i troje dzieci w wieku siedmiu lat. Wiele ofiar chodziło do szkoły, która właśnie spłonęła. W dwunastu rodzinach były po dwie ofiary, a w trzech trzy…19.
Już następnego dnia, w czwartek dwunastego maja, w Rzeszowie wylądował samolot z wiceministrem spraw wewnętrznych Zygfrydem Sznekiem oraz zastępcą prokuratora generalnego Kazimierzem Kosztirką. Prace rozpoczęła specjalna komisja, mająca na celu wyjaśnienie powodów tragedii, i jeszcze „tego samego dnia prokurator poszedł do miejscowego proboszcza, aby zapytać, czy potrzebna jest pomoc przy organizacji pogrzebu”. Ksiądz przyznał, że brakuje trumien, gdyż nigdy tylu nie potrzebowano jednocześnie”20.
Władzom wyjątkowo zależało na wyciszeniu katastrofy, gdyż w społeczeństwie socjalistycznym podobne dramaty nie mogły mieć miejsca. Dlatego w prasie ukazało się jedynie kilka krótkich notek dotyczących tragedii, bez informacji o terminie pochówków. Z tego też powodu pogrzeby ofiar odbyły się w niezwykłym pośpiechu, bo już w piątek i sobotę. Uroczystości prowadziło pięciu księży i pierwszego dnia pochowano niemal czterdzieści osób.
„Gdy czoło pochodu było już na cmentarzu – zapisał w kronice parafialnej ksiądz Julian Śmietana – dalsze trumny wynoszono jeszcze z kościoła. Gdy wszystkie trumny znalazły się już na cmentarzu, ten zapełnił się niemal ludźmi, a powietrze rozdzierał już nie tylko płacz i szloch, ale po prostu ryk bólu i rozpaczy…”21.
Nad wszystkim czuwali funkcjonariusze milicji i urzędu bezpieczeństwa. Byli po cywilnemu i zarówno w kościele, jak i podczas przemarszu konduktu nie pozwalali wykonywać zdjęć. Jedyny posiadacz aparatu fotograficznego, Roman Lipa, został otoczony przez trzech mężczyzn, którzy przekonali go, by robił zdjęcia wyłącznie pojedynczych trumien, stojących jeszcze w domach. Zabroniono udziału w pogrzebie mieszkańcom sąsiednich wiosek, jeśli nie byli spokrewnieni z ofiarami. Przestrzegania zakazu pilnowali milicjanci rozstawieni na drogach, ale „mimo to ludzie z sąsiednich wiosek polami dotarli do kościoła, który był szczelnie wypełniony przez wiernych”22.
Zanim przed sądem w Warszawie odbył się proces winnych tragedii, miało miejsce wydarzenie, które po raz kolejny wstrząsnęło społecznością Wielopola. W sobotę po pierwszych pogrzebach, a cztery dni od tragedii, we wsi pojawili się robotnicy przysłani w celu uprzątnięcia pogorzeliska. Zbierali popiół łopatami i wówczas okazało się, że znajdowały się w nim „resztki zwęglonych kończyn”, a nawet fragment spalonej głowy23. Szczątków nie wywieziono jednak na cmentarz, tylko na plac targowy, gdzie zaczęto nimi równać dziury w drodze (!). Zauważył to jeden z mieszkańców i robotnicy musieli dosłownie uciekać przed linczem. Dopiero wtedy fragmenty ciał ofiar tragedii zostały wywiezione na cmentarz, a następnie z szacunkiem pochowane w zbiorowym grobie, oznaczonym odpowiednią inskrypcją. Pomimo napisu na grobie przedstawiającego prośbę zmarłych o modlitwy w ich intencji niebawem pojawiły się plotki, że w „tamtym miejscu zaczęło straszyć, aż konie stawały dęba”24.
Śledztwo trwało kilka miesięcy, a sam proces cztery tygodnie. Kierownik kina Józef Kozak i kinomechanik Władysław Kozak zostali skazani na piętnaście lat więzienia, co było maksymalnym wyrokiem za naruszenie zasad bezpieczeństwa i bezpośrednie spowodowanie katastrofy. Sąd argumentował, że oskarżeni, będąc w delegacji służbowej i podczas pełnienia swoich obowiązków, znajdowali się w stanie upojenia alkoholowego, co w znacznym stopniu wpłynęło na przebieg feralnego wieczoru. Kierowca i mechanik Władysław Wojtanowski za niedopełnienie obowiązków BHP usłyszał wyrok pięciu lat więzienia, a jego pomocnik Władysław Siembab został skazany na dwa lata. Orzeczono kary więzienia w zawieszeniu wobec dyrektora Okręgowego Zarządu Kin w Rzeszowie, dyrektora Centralnego Zarządu Kin w Warszawie oraz inspektorów nadzoru. Zobowiązano władze CZK do wycofania taśm z filmami sporządzonych na bazie nitrogliceryny, a także do zaostrzenia przepisów przeciwpożarowych i bezwzględnego ich przestrzegania”25.
Przez lata Wielopolanie nie mogli należycie uhonorować ofiar, gdyż władze samorządowe konsekwentnie odmawiały zgody na wybudowanie pomnika. W zamian zaproponowano powstanie w miejscu tragedii nowego centrum kultury. Miejscowa społeczność ostro się temu jednak sprzeciwiała, ale monument ostatecznie wzniesiono dopiero na początku lat osiemdziesiątych26. W miejscu, gdzie znajdował się barak, stanął krzyż, pojawiła się też tablica z listą ofiar.
Jedna z ostatnich kwestii filmu Sprawa do załatwienia, podczas projekcji którego doszło do tragedii, brzmiała: „Na tym zakończyliśmy naszą transmisję. Publiczność spokojnie opuszcza halę”. Niestety, w Wielopolu Skrzyńskim nic takiego nie miało miejsca.
Kondracki/CAF/PAP
RJT/CC BY-SA 3.0
Zygmunt Put/CC BY-SA 4.0
Rozdział 2
Zdradziecka królowa polskich rzek
Dwudziestego trzeciego czerwca 1961 roku w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą miał miejsce jeden z największych dramatów w dziejach miasta. Podczas kąpieli utonęło trzynaścioro dzieci, a ofiarami byli uczniowie Szkoły Podstawowej nr 17 z Lublina, którzy wraz ze swoimi nauczycielkami przyjechali do Kazimierza na wycieczkę. Miała to być nagroda za dobrą naukę i wzorowe zachowanie – nikt nie mógł podejrzewać, że wyjazd zakończy się straszliwą tragedią. A chociaż sprawa miała swój epilog w sądzie i zapadły wyroki skazujące, tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, kto wówczas zawinił. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że zarówno ofiary, jak i ich opiekunka miały po prostu potwornego pecha. W miejscu tragedii przez lata kąpały się w Wiśle setki, jeśli nie tysiące osób i nikomu nie stała się krzywda. Aż do feralnego dnia.
Na początku lat sześćdziesiątych wycieczki szkolne nie należały do zbyt częstych wydarzeń w życiu uczniów, zatem każda z nich stanowiła ogromną atrakcję. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się wyprawy poza miejsce zamieszkania, chociaż zdarzało się, że ich koszt przekraczał możliwości finansowe niektórych rodzin. Dzieci na wyjazdy kwalifikowano bardzo starannie, uznając, że wycieczka stanowi nagrodę, a ponadto organizatorzy i opiekunowie nie chcieli stwarzać sobie dodatkowych problemów, zabierając zbyt niesfornych uczniów. W razie jakiegokolwiek wypadku odpowiedzialność bowiem spadłaby na nich.
Kazimierz Dolny od lat uchodził za wyjątkowe miejsce. Wprawdzie nie były to jeszcze lata największej popularności miasteczka, ale od zawsze doceniano jego malownicze położenie i architekturę. Nie bez powodu często odwiedzali je filmowcy, a przy okazji kręcenia Ósmego dnia tygodnia (1958) Marek Hłasko w miejscowych plenerach romansował ze swoją późniejszą żoną Sonją Ziemann. Należy dodać, że tym samym kompletnie zaniedbywał Agnieszkę Osiecką, z którą się wówczas spotykał.
Nie były to jeszcze czasy zmotoryzowanej Polski i z tego powodu Kazimierz był dostępny wyłącznie dla nielicznych. W tamtych latach było to senne, urokliwe miasteczko, a jedną z letnich atrakcji była możliwość kąpieli w Wiśle. Królowa polskich rzek była wówczas jeszcze względnie czysta i nawet na terenie Warszawy funkcjonowały oficjalne kąpieliska. Nie uchodziła też za specjalnie niebezpieczną rzekę, w odróżnieniu od Pilicy, której zła sława szeroko się rozchodziła.
Zapomniano już o ponurej tragedii, jaka miała miejsce w Kazimierzu w drugiej dekadzie dwudziestego stulecia. W Dzień Zaduszny 1916 roku doszło do zatonięcia prymitywnego promu, który zapewniał komunikację pomiędzy brzegami rzeki, a w wypadku straciło życie ponad sto dwadzieścia osób.
Jedną z bolączek Kazimierza, nierozwiązaną zresztą do dzisiaj, był brak mostu przez Wisłę, zapewniającego komunikację mieszkańców z Janowcem, położonym na drugim brzegu. W zamian kursował prom, zbity z dwóch drewnianych tratew, i feralnego dnia, już po zmroku, na jego pokład weszło około stu pięćdziesięciu osób. Pasażerami byli głównie kazimierscy Żydzi, pracujący na rzecz wojska niemieckiego, stacjonującego po drugiej stronie Wisły. W gronie pasażerów była jeszcze grupa kobiet i nastolatków, powracających z Janowca do domu. Nic nie zapowiadało tragedii, prom dobijał już do brzegu, gdy stojący na pomoście właściciel łodzi motorowej polecił flisakom odpłynąć dalej, by tratwy nie zawadziły o jego jednostkę.
„Sternik wykonał widocznie źle manewr – relacjonowano na łamach »Ziemi Lubelskiej« – gdyż tratwy poczęły się kręcić. Pasażerowie sądzili, że prom osiadł na mieliźnie i poczęli cisnąć się na jednej z tratw do przodu. Woda zaczęła zalewać tratwę. Powstała panika i także na drugiej tratwie poczęto cisnąć się do przodu. Połączenie zerwało się i obie tratwy poszły na dno. Głównym powodem, że tyle osób zginęło, mimo tak wielkiej bliskości brzegu, był mrok oraz okoliczność, że nieszczęśliwi nie umieli pływać. (…) Władze poszukują właściciela promu, który zbiegł”27.
Uratowano zaledwie dwadzieścia siedem osób, a że ofiarami była miejscowa biedota, nic nie wiadomo na temat miejsca ich pochówku.
Eskapada do Kazimierza miała być dla uczniów Szkoły Podstawowej nr 17 w Lublinie efektownym zwieńczeniem roku szkolnego 1960/1961. Ostatnie miesiące były zresztą wyjątkowe w dziejach placówki, bowiem oddano do użytku nowy gmach szkolny. Była to tak zwana tysiąclatka, wybudowana zgodnie z hasłem Władysława Gomułki, zapowiadającym powstanie tysiąca szkół na tysiąclecie państwa polskiego. Faktycznie, w całym kraju budowano je od końca lat pięćdziesiątych, w większości według jednego, stosunkowo prostego projektu (ostatecznie powstało blisko półtora tysiąca budynków). Nowe placówki edukacyjne miały podnieść kondycję polskiego szkolnictwa, a cała inwestycja miała odwrócić uwagę od faktu, że jubileusz był nierozerwalnie związany z datą chrztu Polski w 966 roku.
Lubelska szkoła rzeczywiście robiła duże wrażenie, tym bardziej że powstała w dość specyficznej dzielnicy. Było to pogranicze miasta zamieszkiwane przez rodziny kolejarzy oraz pracowników pobliskiej cukrowni. Dotychczasowa zabudowa ograniczała się do niskich budynków murowanych oraz drewnianych domów, rozbudowywanych w miarę potrzeb, a zlokalizowanych na niewielkich działkach. W tej okolicy nowoczesny gmach szkolny sprawiał wrażenie przybysza z zupełnie innej rzeczywistości i faktycznie zdawał się potwierdzać sukcesy edukacyjne Polski Ludowej. Nikomu też nie przeszkadzał brak centralnego ogrzewania i piece kaflowe, co w tamtych latach było standardem. Wyposażenie klas również było właściwe dla epoki i uczniowie mieli do dyspozycji proste ławki z otworami na kałamarze28 (o długopisach nikt jeszcze nie słyszał). W placówce pobierało edukację ponad osiemset dzieci, zgrupowanych w dwudziestu trzech klasach.
Przygotowania do wycieczki do Kazimierza rozpoczęto jeszcze w marcu i wówczas ustalono, że wezmą w niej udział piątoklasiści, ale wyłącznie wyróżniający się w nauce i w zachowaniu. Z trzech klas zakwalifikowano ponad pięćdziesiąt osób, jednak dwójka uczniów z powodów finansowych ostatecznie nie wzięła udziału w eskapadzie. Wśród tej dwójki znalazł się Henryk Kowalski, który przyznał w rozmowie z jednym z autorów (M.M.), że miał szczęście, pozostając w domu. W tamtych bowiem latach tak rozpierała go energia, „że na pewno żywy by nie wrócił z wycieczki”. Pan Kowalski, znany w Lublinie jako Żelazny Henio, wciąż (2026) bierze udział w maratonach, prowadzi grupę biegową – dziesięć kilometrów w terenie nazywa pieszczotliwie delikatnym wybieganiem – i jest założycielem Lubelskiego Klubu Morsów.
Ostatecznie do Kazimierza pojechało pięćdziesięcioro czworo dzieci, chociaż wiele opracowań podaje liczbę dwadzieściorga ośmiorga uczniów, gdyż tyle wyraziło ochotę na kąpiel w Wiśle. Ksiądz Stanisław Chomicz, który jako młody wikariusz przygotowywał większość z nich do pierwszej komunii świętej, na łąkach nad Bystrzycą w przeddzień wyjazdu grał z chłopcami z klas piątych w piłkę. Podopieczni namawiali go na wyjazd, ale duchowny odmówił. Miał już zaplanowany urlop w domu, w Parczewie, ale zapamiętał, jak „na koniec spytał ich, że ciekawe, kto będzie milej wspominać ten dzień”29.
Plan wycieczki został zatwierdzony przez dyrektor szkoły Lucynę Werewską i obejmował wspinaczkę na Górę Trzech Krzyży, wizytę w pobliskiej baszcie zamkowej, zwiedzanie spichlerza i kąpiel w Wiśle. Przy upałach, jakie wówczas panowały na Lubelszczyźnie było to całkowicie zrozumiałe.
Kierowniczką wycieczki została Jadwiga Haciuk – nauczycielka wychowania fizycznego, sportsmenka (w latach pięćdziesiątych odnosiła sukcesy w biegach narciarskich), uważana za „belfra z powołania”. Była osobą wyjątkowo oddaną pracy, a przy okazji bardzo ambitną.
Miała dwadzieścia dziewięć lat, nieprzeciętną urodę, kruczoczarne włosy, spinane najczęściej w kucyk, i nie rozstawała się z gwizdkiem, będącym atrybutem nauczyciela WF-u. Wyjazd na szkolną wycieczkę w charakterze kierowniczki miał dla niej specyficzne znaczenie, gdyż stanowił formę docenienia jej zaangażowania zawodowego. Wybór Haciuk zresztą zaskoczył nieco koleżanki z pracy.
„Zbliżało się lato – wspominała starsza od niej stażem nauczycielka Amelia Sawa – (…) i przed końcem roku szkolnego dzieci wybierały się na wycieczkę do Nałęczowa, Kazimierza i Puław. Ja zawsze byłam tak jakby na etacie do wyjazdów, pani dyrektor chętnie mnie wysyłała z grupą, żebym pojechała, bo wiedziała, że doniańczę i będzie dobrze. Natomiast tym razem pani dyrektor powiedziała: »Pani Amelio, pani zawsze jeździ, zmienimy tym razem na kogoś«. I pojechała pani od historii, która odchodzić miała już na emeryturę, i taka druga pani. Pierwszy raz nie pojechałam ja”30.
Jadwigę Haciuk opisała jako kobietę w średnim wieku, dzielną, wysportowaną, ale… zbyt śmiałą. Zauważyła jednak, że wuefistka „była bardzo konkretna i wszystko szło jej dobrze. A tu trzeba było człowieka i hamulców, że nie tędy, nie iść tu”31. Wspólnie z kierowniczką wycieczki do autobusu wsiadły Kazimiera Żarnowska i Anna Świć. Pierwsza z nich była tą wspomnianą już nauczycielką tuż przed emeryturą, a druga – bardzo młodym i niedoświadczonym pedagogiem.
Grupa podróżowała autokarem, który opuścił Lublin wcześnie rano i skierował się w stronę Nałęczowa, by finalnie wjechać do Kazimierza od strony spichlerza i klasztoru. Wprawdzie dystans, około czterdziestu pięciu kilometrów, nie był duży, ale stan nawierzchni nie ułatwiał jazdy i podróż trwała prawie dwie godziny.
Dwudziestego trzeciego czerwca 1961 roku w szkołach w PRL-u odbywały się uroczyste akademie z okazji końca roku szkolnego, natomiast Kazimierz Dolny przygotowywał się na wyjątkowe dni.
„Nasza perełka turystyczna – informowała prasa – (…) przeżywać będzie wielkie święto. Otwarcie sezonu wypoczynkowego zaplanowano bardzo efektownie. Na wzgórzach, po jednej i po drugiej stronie Wisły zapłoną wieczorem olbrzymie ogniska: plaża, przystań, łodzie i statki będą iluminowane. Przewiduje się przejażdżki łodziami, puszczanie wianków, a całość zakończy zabawa taneczna”32.
Tymczasem wycieczka szkolna z Lublina dotarła do miasteczka. Autokar wjechał na Rynek i po kolei realizowano wszystkie zaplanowane punkty programu. Przed godziną czternastą pojazd zaparkował w pobliżu rzeki, a grupa ruszyła wzdłuż Wisły, dzisiejszą ulicą Krakowską, w stronę kamieniołomów. Minięto schronisko PTTK i po trzystu metrach dzieci z opiekunkami zeszły na brzeg. W tamtych czasach to miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie, budowa wałów miała się dopiero rozpocząć, a o wygodnym ciągu pieszym nikt jeszcze nie myślał. Miejsca do kąpieli nie wybrano przypadkowo, bowiem tydzień wcześniej kąpały się tam dzieci z innych lubelskich szkół i wyrażały duże zadowolenie33. Minęło jednak dziewięć dni, a w takim czasie warunki na nieuregulowanej rzece mogą ulec drastycznym zmianom. W 2024 roku jeden z autorów (M.M.) odwiedził miejsce tragedii w towarzystwie siedemdziesięcioletniego mężczyzny, który ten odcinek rzeki znał doskonale. Bogdan Marchlewski wychował się nad wodą i przez dłuższy czas pracował jako operator promu z Kazimierza do Janowca. Jego zdaniem ten fragment królowej polskich rzek należy do najbardziej niebezpiecznych na całej jej długości, a głębokość i przebieg nurtu zmieniają się właściwie z dnia na dzień. Tam, gdzie jednego dnia była płycizna, następnego może być dół o głębokości dwóch metrów. Obecnie WOPR w Kazimierzu Dolnym zwraca uwagę na: „ogromne niebezpieczeństwo dla osób brodzących w płytkiej wodzie, które polega na osuwaniu się fałd piachu w głąb struktur rzeki z uniemożliwieniem swobodnego poruszania się, dochodzi wtedy do efektu »zapadania się«. Z pozoru bezpieczne, płytkie miejsce bywa podmywane od podłoża i staje się bardzo niestabilne”34. Aktualnie kąpiel w Wiśle na wysokości miasta jest zabroniona.
„Uczniowie przez kwadrans – relacjonowano na łamach »Kuriera Lubelskiego« – bawili się w kucanego berka, po czym ruszyli ze swoją przewodniczką w dół rzeki. W pewnym momencie jedna z dziewczynek zaczęła się topić. Jadwiga Haciuk rzuciła się jej na ratunek. Jednocześnie jednak zaczęło się topić drugie dziecko. Reszta, wystraszona, rzuciła się do ucieczki w miejsce, gdzie woda była bardzo głęboka. Silny prąd unosił dzieci coraz dalej. Zaczęły one wzywać pomocy”35.
Wszystko wskazywało, że dzieci po zabawie w berka w płytkiej wodzie planowały już wyjście na brzeg. Przytoczona relacja jest tym cenniejsza, że jej autor, Ryszard Nowicki, jako jedyny przedstawiciel mediów w miarę szybko dotarł na miejsce tragedii. Na gorąco wspominał o łodzi motorowej, która miała przepływać niedaleko, a jej sternik nie widział bądź nie chciał widzieć rozgrywającego się dramatu. Dziennikarz był też świadkiem zachowania Haciuk, która próbowała popełnić samobójstwo, rzucając się do wody. Tylko zdecydowana reakcja milicjanta uratowała jej życie. Dwie pozostałe nauczycielki, które w chwili tragedii pozostały na brzegu z dziećmi niebiorącymi udziału w kąpieli, „przez kilka kolejnych godzin po wypadku znajdowały się w takim stanie wyczerpania nerwowego, że nie można było przeprowadzić z nimi żadnych rozmów”36.
Względnie szybko z Lublina dotarł także Andrzej Frączkowski, sekretarz Rady Wojewódzkiej Ludowych Zespołów Sportowych. Przyjechał z kolegą motocyklem i na bieżąco obserwował akcję ratowniczą. Po latach wspominał, że „rozstawiano dużą sieć rybacką, żeby ciała dalej nie odpłynęły Wisłą”. Słyszał, jak Haciuk mówiła, że „jak się tych dwoje dzieci zaczęło topić, to rzuciła się im na ratunek, a pozostałe dzieci chciały jej pomóc i same zaczęły się topić”37.
Relacje tych, którzy przeżyli, są wstrząsające. Z topieli zdołało uciec kilkunastu uczniów, którzy przez lata zmagali się z traumą wydarzeń tamtego dnia.
„Część chciała pływać – relacjonował jeden z nich sześćdziesiąt lat później – a niektórzy zostali na trawie. Do wody wchodziliśmy wężykiem, jeden za drugim. Byłem na początku, tuż przy Jadwidze H[aciuk]. Zanurzyliśmy się do kolan. Bawiliśmy, biegaliśmy. Dotarliśmy do niedużej piaszczystej wysepki, około stu dwudziestu metrów od brzegu. Ktoś wetknął w nią gałęzie drzew. Później, po tragedii, powiedziano nam, że to ostrzeżenie, by dalej nie iść. W pewnym momencie, to były ułamki sekund, piach zaczął osuwać nam się spod nóg. Wciągnął mnie wir i zalała woda. Zdążyłem wcześniej nabrać powietrza. Gdy wypłynąłem, zobaczyłem Basię, piękną dziewczynę. Machała rękami, krzyczała. Uderzyła mnie w ramię. Na moment zdrętwiałem i przypomniałem sobie słowa mamy. Przed wyjazdem powiedziała: »Uciekaj jak najdalej od topielca. Nie daj się złapać, bo pójdziesz z nim na dno«. To zdanie uratowało mi życie. Odpływałem, patrząc, jak tonie koleżanka. Za mną mogli być inni, ale nie myślałem o tym. Tak bardzo chciałem dotrzeć na ląd”38.
Chłopak wyszedł na płytką wodę i stanął w grupie tych, którym udało się wydostać z pułapki. Wszyscy „krzyczeli niemiłosiernie”, przez moment na taflą wody widać było czyjąś rękę, która po chwili zniknęła, wokół pływały nadmuchane koła należące do dziewcząt.
„Na »fosie« usypanej chyba dla wędkarzy – kontynuował ocalały – stały wuefistka i Krysia. Gazety pisały, że Haciuk ją uratowała. Nie widziałem tego, więc trudno mi ocenić. Do nich płynął – przeraźliwie wrzeszcząc – Henio. Wszystko działo się bardzo dynamicznie. Zacząłem biec do brzegu. Reszta za mną. W pewnym momencie wpadłem do kolejnego zagłębienia, ale szybko z niego wypłynąłem. (…) Nie wiem, kto zebrał ubrania i inne rzeczy, ale wszystko mieliśmy w środku [autokaru]. Wokół pojazdu krążyło wielu ludzi. Oglądali nas, szeptali. Staliśmy tam kilka godzin. Kolejni rodzice odbierali swoje pociechy. Moja mama, gdy zobaczyła, że żyję, odetchnęła. Ojciec jednej z ofiar klęczał nad Wisłą, powtarzając: »Boże, zabrałeś jej duszę, oddaj mi ciało«”39.
Dzieci, które pozostały na brzegu, doskonale zdawały sobie sprawę z grozy sytuacji. Ich relacje są jednoznaczne, wiedziały, że ich koleżanki i koledzy walczą o życie. I przegrywają.
„Ja z koleżanką rozłożyłyśmy sobie koc przy brzegu – opowiadała Marianna z klasy piątej B. – Nagle usłyszałam krzyk. W wodzie było widać tylko podniesione w górę ręce. Jeden pisk był na brzegu, a drugi pisk był w rzece. Przestraszone dzieci rzuciły się wprost w głębinę. Tylko część dotarła do brzegu. Dziecko, które zaczęło się topić pierwsze, nauczycielka zdołała wyciągnąć z wody”40.
Jadwiga Haciuk uratowała jeszcze jednego chłopca, który dłużej niż inni utrzymywał się na wodzie.
W tym czasie w miasteczku zawyły syreny i na rzece pojawiły się łodzie motorowe. W ciągu kilkunastu minut na brzegu zgromadziły się tłumy gapiów. Interweniowali milicjanci, starając się usunąć z najbliższej okolicy osoby postronne.
„Jak przyszliśmy z ojcem – wspominał dziesięcioletni wówczas mieszkaniec Kazimierza, Krzysztof Doraczyński – na brzegu usłyszeliśmy wielki wrzask. Z początku nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Ktoś krzyknął do nas, że dzieci się topią. Wtedy, trzeba pamiętać, nie było ratowników, łodzi, motorówek, statków. Topielców nie miał kto ratować. One nagle z płycizny dostały się w głęboki ukos na dnie. Był straszny upał. Dzieciaki wyciągali z wody na piaszczystą łachę i przenosili do Kościoła Świętej Anny. Układali na posadzce, bo tam było najzimniej”41.
Chłopiec zapamiętał na całe życie widok splecionych ze sobą ciał dwóch dziewczynek, które utonęły, trzymając się za ręce i tuląc się do siebie. Opowiadano potem, że spoczęły w jednej trumnie, ale w rzeczywistości pochowano je w jednej mogile.
Na Rynku znajdowali się już rodzice nieszczęsnych wycieczkowiczów, ściągnięci z Lublina. Część z nich płakała ze szczęścia, bo ich pociechom nic się nie stało, a inni z rozpaczy, gdy rozpoznawali ciała potomków.
Ocalone dzieci zgrupowano w autokarze. Nikt specjalnie nie wiedział, jak z nimi postępować. Milicja zakazała opuszczania pojazdu, więc siedziały w nim przez kilka godzin, zdane wyłącznie na siebie. To nie były czasy, kiedy organizowano pomoc psychologiczną, nikt też nie pomyślał, żeby dać im coś do jedzenia. Radziły sobie we własnym zakresie, częstując się nawzajem tym, co zostało z prowiantu.
Panowało ogromne zamieszanie, nad którym nikt nie potrafił zapanować. Wydawano sprzeczne polecenia, funkcjonariusze służb kłócili się ze sobą. Nie dopuszczano rodziców do dzieci siedzących w autokarze, a do pojazdu dobijały się kolejne osoby, wołając po imieniu swoich bliskich. Często nikt nie odpowiadał…
„Widziałem mężczyznę siedzącego obok małej dziewczynki – wspominał, przebywający wtedy w miasteczku, pisarz Kazimierz Brandys – była jedną z dwojga, drugie utonęło. Na rynku stał autobus, który przywiózł wycieczkę, otaczały go grupki ludzi o zaczerwienionych oczach. Co parę minut zajeżdżała Warszawa z lubelskim numerem: rodzice. Dowiadywali się zaraz, na Rynku. Uratowane dzieci czekały w autobusie. Nauczycielkę zatrzymano na komisariacie milicji. Rodziców, których dzieci nie było, zawożono nad rzekę, na miejsce wypadku. Ciągle szukano zatopionych ciał. Wieczorem wyszedłem na szosę i wyprzedził mnie najpierw autobus z garstką wystraszonych dzieci, po które nikt nie przyjechał, potem parę samochodów. Mignęły mi jakieś twarze, czyjaś głowa odrzucona w tył, na oparciu, chłopczyk z nosem przyciśniętym do szyby. Kiedy wróciłem, na Rynku było już prawie pusto. Dolatywał ryk motorówki. Gruntowano dno rzeki. Rodzice, którzy czekali na wyłowienie ciał, tę noc spędzili na brzegu…”42.
Informacje o tragedii dotarły do Lublina około godziny szesnastej, wzbudzając zrozumiałe przerażenie. W szkole numer siedemnaście tego dnia przebywała jeszcze Amelia Sawa, kończąc wypisywanie świadectw ukończenia piątej klasy dla tych, którzy pojechali na wycieczkę.
„Nagle słyszę okropny krzyk w szkole – opowiadała po latach. – Wszyscy nagle zaczęli krzyczeć okropnie, ci, którzy zostali. Okazało się, że otrzymały telefon z Kazimierza, że toną dzieci. Boże, co chwila informacje, że ten utonął, tamto dziecko utonęło. Bardzośmy się zdenerwowały, że mało szoku człowiek nie dostał”43.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
K. Kossowski, Pożar kina w Wielopolu, podcast Czarna seria, Polskie Radio 24, audycja z dnia 6.05.2023, https://polskieradio24.pl/artykul/3182054,pozarkina-w-wielopolu-skrzynskim, data dostępu (dotyczy tego i kolejnych przypisów odwołujących się do źródeł internetowych): 28.09.2026. [wróć]
Pamięciownik w Wielopolu Skrzyńskim, https://cas.org.pl/pamieciownik-w-wielopolu-skrzynskim/. [wróć]
J. Klich, 11.05.1955. Tragiczny pożar kina w Wielopolu Skrzyńskim, https://www.podkarpackahistoria.pl/artykul/510,11-05-1955-tragiczny-pozar-kina-w-wielopolu-skrzynskim. [wróć]
K. Kossowski, op. cit.[wróć]
P. Tomczyk, 70 lat temu w Wielopolu Skrzyńskim zginęło w pożarze 58 widzów kina objazdowego, https://dzieje.pl/wiadomosci/70-lat-temu-w-wielopolu-skrzynskim-zginelo-w-pozarze-58-widzow-kina-objazdowego. [wróć]
J. Klich, op. cit.[wróć]
K. Kossowski, op. cit.[wróć]
P. Semczuk, 1955. Ostatni film, https://www.newsweek.pl/historia/1955-ostatni-film/jgf6kyn. [wróć]
K. Kossowski, op. cit.[wróć]
P. Samolewicz, Płonęli żywcem. Mija 70 lat od tragedii w Wielopolu Skrzyńskim, w której zginęło 58 osób, w tym 38 dzieci, https://nowiny24.pl/ploneli-zywcem-mija-70-lat-od-tragedii-w-wielopolu-skrzynskim-w-ktorej-zginelo-58-osob-w-tym-38-dzieci-wideo/ar/c1p2-27566081. [wróć]
P. Semczuk, op. cit.[wróć]
P. Samolewicz, op. cit.[wróć]
Okropne wspomnienia pożaru kina w Wielopolu wracają nie tylko w rocznice, https://reportergazeta.pl/artykul/okropne-wspomnienia-pozaru-kina-w-wielopolu-wracaja-nie-tylko-w-rocznice-n1226125. [wróć]
J. Semczuk, op. cit.[wróć]
Okropne wspomnienia…, op. cit. [wróć]
S. Siwak, Dramat w Wielopolu. Spłonęli żywcem w kinie. Ciągle o nich pamiętamy, https://nowiny24.pl/dramat-w-wielopolu-sploneli-zywcem-w-kinie-ciagle-o-nich-pamietamy/ar/5767433. [wróć]
P. Samolewicz, op. cit. [wróć]
Ibidem.[wróć]
Wielopole Skrzyńskie – 67. rocznica tragicznego pożaru kina – zginęło 58 osób, https://twojpowiat.eu/wielopole-skrz-67-rocznica-tragicznego-pozaru-kina-zginelo-58-osob/. [wróć]
J. Semczuk, op. cit.[wróć]
P. Tomczyk, op. cit.[wróć]
J. Klich, op. cit.[wróć]
D. Burliński, Szczątkami spalonych ludzi chciano załatać dziury w drodze. Pożar w Wielopolu Skrzyńskim na Rzeszowszczyźnie, https://www.fakt.pl/wydarzenia/wielopole-skrzynskie-najstraszniejszy-pozaru-w-powojennej-historii-polski/hhjecx3. [wróć]
P. Samolewicz, op. cit.[wróć]
J. Klich, op. cit.[wróć]
P. Samolewicz, op. cit.[wróć]
Echa katastrofy w Wiśle, „Ziemia Lubelska”, 9.11.1916. [wróć]
A. Góra, Wolałabym swoją śmierć, niż przeżyć śmierć tych dzieci. Tragedia w Kazimierzu, https://blog.teatrnn.pl/historia-mowiona/wolalabym-swoja-smierc-niz-przezyc-smierc-tych-dzieci-tragedia-w-kazimierzu/. [wróć]
K. Załuski, Trzynaścioro dzieci utonęło w Wiśle w 1961 roku, https://www.dziennikwschodni.pl/artykul/200836,trzynascioro-dzieci-utonelo-w-wisle-w-1961-r. [wróć]
Praca w szkole i tragedia tonących dzieci – Amelia Sawa – fragment relacji świadka historii z 15 lutego 2016, https://teatrnn.pl/historiamowiona/fragmenty/praca-w-szkole-i-tragedia-tonacych-dzieci/. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Kazimierz zaprasza na otwarcie sezonu, „Kurier Lubelski”, 24.06.1961. [wróć]
R. Wiśniewski, Po wypadku w Kazimierzu, „Sztandar Ludu”, 26.06.1961. [wróć]
Przypominamy o całkowitym zakazie kąpieli w Wiśle, https://wopr.kazimierz-dolny.pl/przypominamy-o-calkowitym-zakazie-kapieli-w-wisle-2/. [wróć]
R. Nowicki, Dlaczego doszło do tragedii w Kazimierzu?, „Kurier Lubelski”, 25–26.06.1961. [wróć]
Ibidem. [wróć]
K. Załuski, op. cit.[wróć]
P. Nowak, Ta tragedia nadal budzi emocje. Trzynaścioro dzieci utonęło w Wiśle. „Jeden pisk był na brzegu, a drugi pisk był w rzece”, https://kurierlubelski.pl/ta-tragedia-nadal-budzi-emocje-trzynascioro-dzieci-utonelo-w-wisle-jeden-pisk-byl-na-brzegu-a-drugi-pisk-byl-w-rzece/ar/c1-15046460. [wróć]
A. Cieślik, 60 lat temu utonęło 13 dzieci. On wyrwał się śmierci, https://tygodnik.interia.pl/tygodnik/news-60-lat-temu-utonelo-13-dzieci-on-wyrwal-sie-smierci,nId,5319605. [wróć]
K. Adamaszek, J. Brzuszkiewicz, Rocznica tragedii: Na koniec roku szkolnego utopiło się 13 uczniów, https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,20321308,rocznica-tragedii-na-koniec-roku-szkolnego-utopilo-sie-13-uczniow.html. [wróć]
Ibidem. [wróć]
K. Brandys, Listy do pani Z., Wydawnictwo Aneks, Londyn 1993, s. 141. [wróć]
Praca w szkole i tragedia…, op. cit.[wróć]
