PRL. Największe katastrofy - Sławomir Koper, Mariusz Mucha - ebook + audiobook + książka

PRL. Największe katastrofy ebook i audiobook

Sławomir Koper, Mariusz Mucha

0,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Po sukcesie książki PRL od kuchni Sławomir Koper i Mariusz Mucha postanowili przybliżyć czytelnikom największe katastrofy epoki PRL-u. Chodzi o wydarzenia nagłe i tragiczne, o których opowiadano jak Polska długa i szeroka. W latach 1945–1989 w naszym kraju miało miejsce około stu katastrof, w których zginęło ponad dwa tysiące osób. W oparciu o bogaty materiał źródłowy autorzy opowiadają historie najbardziej poruszających tragedii, między innymi katastrof samolotów Kościuszko i Kopernik, wybuchu warszawskiej Rotundy czy pożaru szczecińskiej Kaskady. Odkrywają i ujawniają nowe fakty, rozprawiając się przy okazji z zafałszowaniami i przemilczeniami, które funkcjonowały przez lata. Przywołują też historie niezwykłe, jak graniczące z cudem uratowanie górnika w kopalni Mikulczyce-Rokitnica, a także fakty osobliwe, jak chociażby perypetie cór Koryntu podczas epidemii ospy we Wrocławiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 279

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 50 min

Lektor: Michał Zarzycki

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Sła­wo­mir Koper, 2026 Copy­ri­ght © by Mariusz Mucha, 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA, 2026

Redak­tor pro­wa­dzący: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Korekta: Kata­rzyna Pikosz Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Karo­lina Żela­ziń­ska-Sobiech

Zdję­cie okład­kowe: Pożar kom­bi­natu gastro­no­micz­nego Kaskada w Szcze­ci­nie, 27 kwiet­nia 1981, Kon­rad Sta­ni­sław Sala­mon / Zakład Foto­gra­ficzny Mini­fot Zdję­cie auto­rów na wewnętrz­nych stro­nach okładki pocho­dzą ze zbio­rów pry­wat­nych Sła­wo­mira Kopra i Mariu­sza Muchy

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

ISBN: 978-83-8343-845-0 Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tym, któ­rzy stra­cili bli­skich w kata­stro­fach

Od autorów

W każ­dej epoce i w każ­dej for­ma­cji spo­łecz­nej zda­rzają się kata­strofy, które pocią­gają za sobą liczne ofiary. To kata­kli­zmy róż­nego rodzaju, od powo­dzi, poprzez epi­de­mie, aż do wypad­ków komu­ni­ka­cyj­nych. Ich przy­czy­nami bywają siły natury, nie­do­peł­nie­nie obo­wiąz­ków przez osoby odpo­wie­dzialne za bez­pie­czeń­stwo lub zwy­kła ludzka nie­roz­waga. Od lat przy­cią­gają uwagę dzien­ni­ka­rzy i opi­nii publicz­nej, a dzia­ła­nia pro­wa­dzące do wyja­śnie­nia przy­czyn i prze­biegu wszel­kiego rodzaju tra­ge­dii zawsze były śle­dzone z naj­wyż­szą uwagą. Podob­nie jak postę­po­wa­nia sądowe, gdzie przed wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści sta­wały osoby odpo­wie­dzialne za śmierć innych.

W epoce PRL-u wła­dze nie­chęt­nie przy­zna­wały się do róż­nego rodzaju kata­strof czy kata­kli­zmów i miało to miej­sce wła­ści­wie tylko wów­czas, gdy tematu po pro­stu nie dało się prze­mil­czeć. Dla­tego do spo­łe­czeń­stwa prze­do­sta­wały się wyłącz­nie infor­ma­cje o tych wypad­kach, któ­rych ukry­wa­nie mogłoby się stać dowo­dem na ist­nie­nie cen­zury. Wpraw­dzie o tym, że ist­niała, wie­dzieli wszy­scy, ale był to temat ofi­cjal­nie nie­obecny w prze­strzeni publicz­nej, gdyż w obo­wią­zu­ją­cej kon­sty­tu­cji zapi­sano prawo do wol­no­ści słowa i poglą­dów.

Blo­kada infor­ma­cyjna wyni­kała z dwóch powo­dów. Pierw­szym z nich było pro­pa­gan­dowe zało­że­nie, że ustrój spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej zapew­nia szczę­ście swoim oby­wa­te­lom, a wszel­kiego rodzaju kata­strofy mogą się zda­rzać wyłącz­nie u zachod­nich impe­ria­li­stów. W nar­ra­cji komu­ni­stów miały one sta­no­wić efekt bez­par­do­no­wej pogoni za zyskiem, obja­wia­ją­cej się lek­ce­wa­że­niem pod­sta­wo­wych norm bez­pie­czeń­stwa, czego ofia­rami padali prze­ciętni oby­wa­tele. Dru­gim nato­miast powo­dem były obawy rzą­dzą­cych, że publiczne wyja­śnia­nie przy­czyn kata­strof spo­wo­duje ujaw­nie­nie ogrom­nej liczby zanie­dbań oraz igno­ro­wa­nia nie tylko obo­wią­zu­ją­cych prze­pi­sów, ale także zasad zwy­kłej logiki i zdro­wego roz­sądku. W rze­czy­wi­sto­ści bowiem to wła­śnie w socja­li­zmie pogoń za oszczęd­no­ściami oraz ludzka igno­ran­cja osią­gnęły absur­dalny poziom. I nie­stety przy­no­siło to cza­sami tra­giczne skutki.

W niniej­szej książce sta­ra­li­śmy się przed­sta­wić zróż­ni­co­wany prze­gląd kata­strof, jakie dotknęły przed laty spo­łe­czeń­stwo naszego kraju. Wśród nich były wyda­rze­nia bar­dzo gło­śne i do dzi­siaj pamię­tane, ale rów­nież wypadki o cha­rak­te­rze lokal­nym i obec­nie już prak­tycz­nie zapo­mniane. Dobie­ra­jąc tematy, chcie­li­śmy uka­zać prze­bieg wypad­ków na tle wyda­rzeń tam­tych lat, co spo­wo­do­wało, że przed­sta­wi­li­śmy zarówno naj­gło­śniej­sze kata­strofy lot­ni­cze, jak i pożary, eks­plo­zje, wypadki komu­ni­ka­cyjne czy też tra­ge­die gór­ni­cze. Nie zapo­mnie­li­śmy o epi­de­mii czar­nej ospy we Wro­cła­wiu, która nabrała szcze­gól­nego wyrazu w ostat­nich latach, gdy świat dotknęła pan­de­mia covidu. Wró­ci­li­śmy rów­nież do zapo­mnianego dra­matu, jaki roze­grał się w Kazi­mie­rzu Dol­nym, gdy pod­czas wycieczki szkol­nej doszło do zbio­ro­wego uto­nię­cia dzieci w Wiśle.

Książka ma układ chro­no­lo­giczny, a kata­strofy opi­sy­wane są w porządku ich wystę­po­wa­nia w cza­sie – od roku 1955 (pożar kina objaz­do­wego w Wie­lo­polu Skrzyń­skim) do 1987 (kata­strofa samo­lotu PLL LOT w Lesie Kabac­kim). Zda­jemy sobie sprawę, że nie będzie to lek­tura łatwa, ponie­waż zde­cy­do­wa­nie nie pozwala na to tema­tyka. Sta­ra­li­śmy się jed­nak uka­zać opi­sy­wane wyda­rze­nia w spo­sób rze­czowy i przy­stępny. Pró­bo­wa­li­śmy też nie ule­gać emo­cjom, choć nie­kiedy było to trudne, a przede wszyst­kim nie epa­to­wać tanią sen­sa­cją, wycho­dząc z zało­że­nia, że wystar­czy obiek­tyw­nie przed­sta­wić fakty, by Czy­tel­nicy uzy­skali wyra­zi­sty obraz dra­ma­tów sprzed lat i wyro­bili sobie wła­sne zda­nie na ich temat.

Sła­wo­mir Koper, Mariusz Mucha

Rozdział 1. Pożar kina objazdowego w Wielopolu Skrzyńskim

Roz­dział 1

Pożar kina objaz­do­wego w Wie­lo­polu Skrzyń­skim

W poło­wie lat pięć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku wła­dze zli­kwi­do­wały więk­szość „sana­cyj­nych nale­cia­ło­ści” z prze­strzeni publicz­nej. Prze­mysł, han­del i usługi zostały upań­stwo­wione, a socre­alizm w każ­dym aspek­cie życia two­rzył nowy, wła­ściwy model oby­wa­tela. Par­tyj­nym decy­den­tom spę­dzała jed­nak sen z powiek sytu­acja na pol­skiej wsi, która była daleka od ich ocze­ki­wań. Nie powio­dła się kolek­ty­wi­za­cja, a tra­dy­cyj­nie kato­liccy chłopi z nie­chę­cią trak­to­wali socja­li­styczne nowinki. Uznano zatem, że wła­ściwym narzę­dziem indok­try­na­cji będzie zapew­nie­nie im roz­ry­wek zgod­nych z pre­fe­ro­wa­nym mode­lem czło­wieka socja­li­stycznego, tym bar­dziej że rol­nicy lubili spę­dzać gro­mad­nie wolny czas. Pomysł z wędrow­nymi tru­pami teatral­nymi, pre­zen­tu­ją­cymi spek­ta­kle w domach ludo­wych, szko­łach i świe­tli­cach, oka­zał się jed­nak chy­biony, gdyż chłopi uwa­żali, że mia­stowi arty­ści z praw­dziwą kul­turą nie mają zbyt wiele wspól­nego. Docho­dziło nawet do bija­tyk z akto­rami, któ­rzy odno­sili się do miesz­kań­ców wsi z nie­ukry­waną wyż­szo­ścią i pogardą.

Znacz­nie lepiej spraw­dził się pomysł, żeby odwie­dzać wieś z fil­mem, oczy­wi­ście wła­ści­wym ide­olo­gicz­nie i dosto­so­wa­nym do gustów miej­sco­wych widzów. W efek­cie „kino­fi­ka­cja” pol­skiej wsi nastę­po­wała w szyb­kim tem­pie.

Kino ruchome numer pięć

„Film jest naj­waż­niej­szą ze sztuk” – twier­dził Wło­dzi­mierz Iljicz Lenin, a rzą­dzący w Pol­sce komu­ni­ści doda­wali, że także „sze­rzy kul­turę na wsi”. W związku z tym zor­ga­ni­zo­wano sieć ponad dwu­stu kin objaz­do­wych, dzia­ła­ją­cych przez cały rok. Skła­dały się z mobil­nych zesta­wów, prze­wo­żo­nych z miej­sca na miej­sce cię­ża­rów­kami. W ich skład wcho­dziły: pro­jek­tor, meta­lowe walizki z taśmami (wymóg BHP ze względu na ich łatwo­pal­ność) oraz gene­ra­tor prądu, gdyż więk­szość pol­skich wsi nie była jesz­cze zelek­try­fi­ko­wana.

Z reguły odby­wały się dwa seanse dzien­nie, na któ­rych wyświe­tlano lek­kie kome­die lub melo­dra­maty, a pro­jek­cję poprze­dzały pro­pa­gan­dowe krót­ko­me­tra­żówki i odcinki Pol­skiej Kro­niki Fil­mo­wej. Te ostat­nie bywały mało aktu­alne i dla­tego w maju 1955 roku wyświe­tlano kro­nikę z początku roku, z uję­ciami z balu kar­na­wa­ło­wego na Kremlu.

Jede­na­stego maja załoga kina objaz­do­wego numer pięć poja­wiła się w Wie­lo­polu Skrzyń­skim na Pod­kar­pa­ciu. Cię­ża­rówką FSC Lublin-51 przy­je­chali: kie­row­nik kina Józef Kozak, kino­me­cha­nik Wła­dy­sław Kozak, kie­rowca i mecha­nik Wła­dy­sław Woj­ta­now­ski oraz pomoc­nik mecha­nika Wła­dy­sław Siem­bab. Miał to być kolejny dzień pracy dla obsady mobil­nego kina, gdyż „stałą prak­tyką było wysy­ła­nie kin objaz­do­wych w nie­prze­rwane, kil­ku­na­sto­dniowe trasy po całych powia­tach i woje­wódz­twach”1.

Wie­lo­pole Skrzyń­skie, poło­żone czter­dzie­ści kilo­me­trów na połu­dnie od Rze­szowa i nie­całe trzy­dzie­ści kilo­me­trów od Dębicy, było daw­nym mia­stecz­kiem zde­gra­do­wa­nym do rangi wsi (prawa miej­skie utra­ciło w 1933 roku). Starsi miesz­kańcy pamię­tali jesz­cze czasy, gdy „dzia­łało tam ponad sześć­dzie­siąt skle­pów, mle­czar­nia, tar­tak, młyn, sześć masarni, trzy szynki i gospoda”2.

Przy­by­cie fil­mow­ców ozna­czało święto dla całej wsi, gdyż odry­wało miesz­kań­ców od codzien­nej rutyny. Ekipa poja­wiła się zresztą z wła­ści­wym sobie hała­sem i „na oko­licz­nych wzgó­rzach dobie­gały z mega­fo­nów dźwięki pio­senki Marii Koterb­skiej Para­solki3. Seans miał się odbyć w cen­trum miej­sco­wo­ści, w drew­nia­nym baraku peł­nią­cym funk­cję szkoły (nie zdo­łano jesz­cze odbu­do­wać budyn­ków daw­nej pla­cówki edu­ka­cyj­nej, znisz­czo­nych pod­czas dzia­łań wojen­nych).

Załoga kina rucho­mego numer pięć przy­wio­zła ze sobą pla­katy, któ­rymi okle­jono oko­licę. Kie­row­nik Józef Kozak, choć to nale­żało do jego obo­wiąz­ków, zle­cił akcję dzie­ciom, które tłum­nie poja­wiły się w pobliżu samo­chodu. Zapo­wia­dano film w reży­se­rii Jana Ryb­kow­skiego i Jana Feth­kego Sprawy do zała­twie­nia, który wszedł na ekrany kin nie­spełna dwa lata wcze­śniej. Łączył w sobie przed­wo­jenny urok lek­kiej kome­dii z socre­ali­stycz­nym prze­sła­niem na temat walki z bume­lan­tami i cwa­nia­kami, a jego główną atrak­cją była osoba Adolfa Dym­szy. Przed­wo­jenny gwiaz­dor wystą­pił aż w ośmiu rolach epi­zo­dycz­nych i wcie­lił się nawet w postać biki­nia­rza, co z racji jego wieku (miał wów­czas pięć­dzie­siąt trzy lata) stwa­rzało wyjąt­kowo komiczne wra­że­nie. Kolo­rowy pla­kat z ośmioma foto­sami Dym­szy wywo­łał zro­zu­miałe poru­sze­nie wśród oko­licz­nych miesz­kań­ców, któ­rzy tłum­nie wybie­rali się na seans. Drugi afisz miał nato­miast cha­rak­ter infor­ma­cyjny:

„Kino ruchome numer 5 w Wie­lo­polu. [W środę] dnia 11 maja 1955 roku w lokalu świe­tlicy będzie wyświe­tlany film czarno-biały pro­duk­cji pol­skiej oraz doda­tek fil­mowy Pol­ska Kro­nika Fil­mowa. Począ­tek seansu pierw­szego o 20.00, dru­giego: brak. Film dozwo­lony od lat 7, cena biletu 40 zł. Sprze­daż bile­tów w kasie przy wej­ściu od 19.30. Uwaga: Dzieci do lat sze­ściu na widow­nię wpusz­czane nie będą”4.

Ostat­niego obostrze­nia nikt w prak­tyce nie prze­strze­gał i na widow­nię wcho­dzili widzo­wie z dziećmi na rękach, przez co naj­młod­sza uczest­niczka feral­nego seansu miała nie­całe pięć lat.

Pra­cow­nicy kina lek­ce­wa­żyli zresztą znacz­nie waż­niej­sze sprawy niż wiek widzów, co miało przy­nieść tra­giczne kon­se­kwen­cje. Sta­no­wi­sko ope­ra­tora, zazwy­czaj usta­wiane w głębi sali, po prze­ciw­nej stro­nie wej­ścia, tym razem zlo­ka­li­zo­wano ina­czej. Sto­lik z pro­jek­to­rem Carl Zeiss Jena TK 35 sta­nął przy wej­ściu na salę, dwa metry od ławki, gdzie sprze­da­wano bilety. Powo­dem zmian było wygod­nic­two per­so­nelu, raczą­cego się piwem od chwili przy­jazdu. Skrzy­nia z zesta­wem – w skład któ­rego wcho­dziły: gło­wica pro­jek­tora, gło­śnik, wzmac­niacz lam­powy oraz ciężki trans­for­ma­tor – ważyła ponad pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów i nikomu nie chciało się jej nosić przez salę. Taśmy z fil­mami rów­nież nie nale­żały do naj­lżej­szych, bo ważyły łącz­nie osiem­na­ście kilo­gra­mów. Poło­żono je zatem na stole, co sta­no­wiło poważne naru­sze­nie zasad pracy z taśmą fil­mową, wyko­naną z wyjąt­kowo łatwo­pal­nego mate­riału. Powinna być prze­cho­wy­wana w meta­lo­wych pudłach, daleko od pro­jek­tora i poten­cjal­nych źró­deł ognia. Na domiar złego barak nie posia­dał wypo­sa­że­nia prze­ciw­po­ża­ro­wego, a w sali „były zawie­szone liczne ozdoby z papieru”. Co gor­sza, „drewno, z któ­rego wyko­nano budy­nek, było wysu­szone, ponie­waż od dłuż­szego czasu nie padały desz­cze”5.

Okna znaj­du­jące się na dłuż­szych bokach pro­sto­kąt­nego budynku zostały na prośbę kie­row­nika kina zabite deskami od zewnątrz, miało to utrud­nić wej­ście na salę bez biletu. Z tego samego powodu drzwi z dru­giej strony sali zostały zamknięte na klucz.

Przy­go­to­wa­nie sali kino­wej trwało do godziny pięt­na­stej. Potem per­so­nel kina rucho­mego numer pięć udał się na suto zakra­piany posi­łek do miej­sco­wej gospody, co było nor­mal­nym oby­cza­jem, gdyż „mistrzo­wie objaz­do­wego kina byli wtedy wręcz gwiaz­do­rami w odwie­dza­nych miej­sco­wo­ściach, więc nikt nie ską­pił im niczego”6.

Tragiczny pożar

Zgod­nie z infor­ma­cją umiesz­czoną na pla­ka­cie, około dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści kie­row­nik Józef Kozak roz­po­czął sprze­daż bile­tów. Począt­kowo było nie­wielu chęt­nych, ale sytu­acja ule­gła zmia­nie, gdy w pobli­skim kościele zakoń­czyło się nabo­żeń­stwo majowe. Wśród zain­te­re­so­wa­nych obej­rze­niem seansu nie bra­ko­wało rów­nież miesz­kań­ców sąsied­nich wsi: Brze­zin i Nawsia. Sprze­dano łącz­nie sto sie­dem­dzie­siąt pięć bile­tów, ale na sali było wię­cej osób, gdyż od dzieci sie­dzą­cych na kola­nach doro­słych nie pobie­rano opłat, przez co praw­dziwa liczba obec­nych na sean­sie jest trudna do usta­le­nia. Kiedy około dwu­dzie­stej zamy­kały się drzwi na salę, w zatło­czo­nym, dusz­nym i zady­mio­nym miej­scu prze­by­wało około dwu­stu osób.

Ekipa objaz­do­wego kina nie miała ze sobą gaśnicy, a spe­cjalny koc gaśni­czy pozo­stał w kabi­nie Lublina. Auto stało daleko od baraku, żeby „pra­cu­jący na nim agre­gat prą­do­twór­czy nie prze­szka­dzał w sean­sie”7. Pro­jek­cję prze­ry­wano co dzie­sięć minut, by „ope­ra­tor mógł zmie­nić szpulę, a każda taka prze­rwa była oka­zją do roz­mów”. Przy pro­jek­to­rze zebrała się spora grupa męż­czyzn, palą­cych papie­rosy i żar­tu­ją­cych z pod­chmie­lo­nym ope­ra­torem. Nie­do­pałki rzu­cano pod nogi8.

„Ope­ra­tor zdjął szpulę z czę­ścią filmu – zezna­wał jeden ze świad­ków – cały czas trzy­ma­jąc w ustach zapa­lo­nego papie­rosa. Pod­czas zwi­ja­nia koń­cówki taśmy dotknął ją papie­ro­sem. Coś syk­nęło i nagle cała taśma sta­nęła w pło­mie­niach”9.

Kino­me­cha­nik Wła­dy­sław Kozak pró­bo­wał zga­sić pło­mień, dusząc go ręką. Nada­rem­nie, gdyż kopia filmu była przy­go­to­wana na gor­szej, jesz­cze bar­dziej łatwo­pal­nej kli­szy, powsta­łej na bazie nitro­gli­ce­ryny. Ogień nie­mal natych­miast prze­niósł się na pozo­stałe taśmy, leżące w kar­to­no­wym pudle, które wbrew prze­pi­som nie były prze­wi­jane po wyko­rzy­sta­niu i „nie zostały odnie­sione w meta­lo­wych osło­nach do samo­chodu”10.

Nie udało się zdu­sić ognia na kli­szach. Od pło­ną­cego kar­to­no­wego pudła zajęła się drew­niana pod­łoga, a roz­to­piony celu­loid roz­le­wał się po niej, powo­du­jąc zady­mie­nie i wznie­ca­jąc pło­mie­nie.

„Obecny na sali Józef Cebula – zezna­wał jeden z oca­la­łych – stra­żak ochot­nik, zdą­żył krzyk­nąć: »Pożar! Ucie­kać!«. Zła­pał ławkę, wybił nią okno i ludzie rzu­cili się do ucieczki. Więk­szość odru­chowo ruszyła w stronę ekranu, bo to tam były drzwi. Inny stra­żak, Jan Siuśko, chwy­cił na ręce swoją córkę i ruszył w stronę okna. Ale już po kilku kro­kach zała­mała się pod nim pod­łoga. Nie zdo­łał uwol­nić nogi uwię­zio­nej mię­dzy deskami. Dym nie dał szans ani jemu, ani dziecku. Szu­ka­jąc drogi ucieczki, kil­ka­dzie­siąt osób stło­czyło się w wąskim kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym na zewnątrz. Nie można się było z niego wydo­stać. Na szczę­ście nie wytrzy­mała drew­niana kon­struk­cja baraku. Napór tłumu był tak wielki, że ściana pękła, a ludzie wysy­pali się na ulicę”11.

Obsługa ucie­kła z pło­ną­cego baraku i podobno z obawy przed samo­są­dem schro­niła się na komi­sa­ria­cie mili­cji. Nie bra­kuje jed­nak infor­ma­cji, że fil­mowcy dostali się do swo­jej cię­ża­rówki i ruszyli w kie­runku Dębicy, ale wkrótce zostali zatrzy­mani. Więk­szą odwagą wyka­zy­wali się miesz­kańcy Wie­lo­pola, a wśród nich Józef Para, który poszedł na film z dwiema cór­kami. Jedną z nich zabrała do domu żona, gdyż czte­ro­let­nia Romu­alda zasnęła ojcu na rękach, nato­miast ośmio­let­nia Alek­san­dra została w baraku i kiedy roz­pę­tało się pie­kło, pró­bo­wała ucie­kać na wła­sną rękę. Józef Para wydo­stał się z pło­mieni, ale nie mogąc odna­leźć córki, powró­cił do środka. Nie tylko zresztą po nią.

„Świad­ko­wie widzieli – opo­wia­dała Romu­alda Bokota, z domu Para – jak rato­wał dzieci i doro­słych. Gdy ostatni raz wsko­czył do budynku, dach się zawa­lił, i to był koniec. Moja sio­stra też się spa­liła. Tacie nie udało się jej odna­leźć w ciem­nej sali. Mama roz­pa­czała, nie była w sta­nie pod­jąć żad­nej pracy. Pod­upa­dła na zdro­wiu. To było straszne prze­ży­cie. Dzie­ciń­stwo mia­łam bar­dzo smutne. Rodzice mieli plany”12.

Przez kil­ka­dzie­siąt lat pani Romu­alda nie poszła na żaden seans fil­mowy. W dzie­ciń­stwie miała zakaz, gdyż bała się o nią matka, nato­miast już jako doro­sła kobieta sama zade­cy­do­wała o omi­ja­niu kin z daleka. Wspo­mnie­nia jed­nak powra­cały.

„Tata i sio­stra byli tak spa­leni, że nie dało się ich ubrać do trumny. Ubra­nia były poło­żone na wierz­chu, moja sio­stra miała sukienkę do sypa­nia kwiat­ków, a tata gar­ni­tur. Dla mnie, małego dziecka, to była tra­ge­dia. Te okropne prze­ży­cia cały czas wra­cają, nie tylko w rocz­nicę pożaru. Pamię­tam, jak przy­wie­ziono do domu zwę­glone ciała. Uło­żono je na stole. Głowa ojca była zupeł­nie spa­lona, wycie­kała z niej krew, aż mama pod­sta­wiała mied­nicę. Ciało sio­stry było całe czarne ze spa­lenizny”13.

Nie tylko Józef Para rato­wał innych. Księ­gowy miej­sco­wego GS-u, Kazi­mierz Gąsior, wyniósł na rękach szes­na­sto­let­niego chłopca leżą­cego w baraku. Potem razem z Parą ponow­nie wbiegł w ogień, ale walący się dach zabił ich obu14.

Józef Para został uho­no­ro­wany pośmiert­nie Krzy­żem Orderu Odro­dze­nia Pol­ski, odzna­czony został także Gąsior i jeden z człon­ków miej­sco­wej Ochot­ni­czej Straży Pożar­nej w Wie­lo­polu Skrzyń­skim – Jan Siuśko.

Dach spło­nął bły­ska­wicz­nie. Tego roku był napra­wiany i pokryty świeżą papą, a na stry­chu zale­gała gruba war­stwa tro­cin, peł­niąca funk­cję izo­la­cyjną. Zawa­le­nie się kon­struk­cji było w opi­nii świad­ków prze­ło­mową chwilą pożaru. Jeden z oca­la­łych, Sta­ni­sław Rałow­ski, wspo­mi­nał, że „nie było żad­nej drogi ewa­ku­acji, kiedy wybu­chła panika, wyj­ście się zaraz zablo­ko­wało. Po upadku dachu nie było żad­nej szansy ratunku dla ofiar”15.

Rałow­ski w odróż­nie­niu od innych poszko­do­wa­nych w poża­rze prze­mógł strach i ponow­nie zaczął cho­dzić do kina. Co wię­cej, ukoń­czył kurs obsługi pro­jek­tora i osta­tecz­nie został kie­row­ni­kiem Kina Wie­lo­po­lanka w Wie­lo­polu.

Część ura­to­wa­nych zawdzię­czała życie człon­kom miej­sco­wej ochot­ni­czej straży pożar­nej, któ­rym udało się opu­ścić budy­nek. Pobie­gli do remizy po sprzęt, pod­cią­gnęli moto­pompę, wyła­mali drzwi i zaczęli gasić pło­mie­nie. Nie na wiele się to zdało, ale udało im się roz­wa­lić jedną ze ścian i uwol­nić kil­ka­na­ście osób. Ura­to­wali też życie tych, któ­rzy stali przy oknach. Stra­żacy wyrwali byle jak zabite deski, co umoż­li­wiło ewa­ku­ację kilku osób.

Jed­nym z oca­lo­nych był dzie­wię­cio­letni Piotr Zabie­gły. W kinie zna­lazł się dość przy­pad­kowo, nato­miast z pożaru został wycią­gnięty przez jedno z dwóch okien, które nie zostały zabite deskami w ramach przy­go­to­wań do seansu.

„W sali kino­wej – opo­wia­dał po latach – (…) posze­dłem pod sam ekran, bo wyda­wało mi się, że będę lepiej widział akcję. Po wybu­chu pożaru na widowni od razu wybu­chła panika, każdy szu­kał ratunku na wła­sną rękę. Na szczę­ście dwa okna za sceną nie zostały zabite i wraz z innymi rzu­ci­łem się do tych okien. Wewnątrz sali pełno już było gęstego, gry­zą­cego dymu. Zawi­słem na oknie, głowę mia­łem na zewnątrz, a nogi w środku. Nie mogłem nic wię­cej zro­bić, bo zosta­łem przy­gnie­ciony przez innych. W końcu ktoś wycią­gnął mnie na zewnątrz. Do dziś nie wiem, kto mi pomógł. Choć mia­łem dotkli­wie opa­loną nogę i plecy, z ner­wów i emo­cji nie czu­łem bólu. Naj­waż­niej­sze, że prze­ży­łem”16.

W poża­rze zgi­nęły jed­nak obie jego sio­stry, a rodzice roz­po­znali ciała córek po skraw­kach nad­pa­lo­nych ubrań.

Pro­blemy z iden­ty­fi­ka­cją były nie­stety czę­ste. Jedną z ofiar, sześć­dzie­się­cio­jed­no­let­nią kobietę, roz­po­znano po kawałku skar­pety, któ­rej nie stra­wił ogień. Jak zauwa­żył jej wnuk, bli­scy „wzięli bab­cię, a wła­ści­wie kawa­łek spa­lo­nego mięsa, do kobiałki i zanie­śli do domu”.

Roman Lipa, stra­żak ochot­nik, a w póź­niej­szych latach ludowy arty­sta pla­styk, malo­wał obrazy ilu­stru­jące tra­ge­dię. Spi­sał także wspo­mnie­nia i jest to lek­tura, którą trudno zapo­mnieć, a szcze­gól­nie frag­menty doty­czące kul­mi­na­cyj­nej fazy pożaru.

„Dach baraku nad salą wido­wi­skową już się zapa­dał. Chwy­ci­li­śmy kil­koma moc­nymi osę­kami za górną kra­wędź i szar­pa­niem ode­rwa­li­śmy od cało­ści jeden ele­ment ściany, prze­wra­ca­jąc go na zie­mię. Oczom naszym uka­zał się prze­ra­ża­jący widok. Na całej dłu­go­ści tego pomiesz­cze­nia i na wyso­ko­ści około jed­nego–dwóch metrów leżał, zwró­cony do ode­rwa­nej ściany z oknem, stos pło­ną­cych ciał. Ciała objęte syczą­cym pło­mie­niem paliły się moc­nym ogniem (…). Na nas ude­rzył żar, że nie było moż­li­wo­ści zbli­żyć się na cztery metry. Krzy­czymy: woda, woda! Natych­miast wszyst­kie trzy prądy wody zostały skie­ro­wane w to miej­sce i przy­tłu­miły ogień do tego stanu, że można było podejść do opa­lo­nych na brą­zowo ludz­kich ciał. Były to ciała dzieci i dora­sta­ją­cej mło­dzieży. Stra­żacy całą noc peł­nili wartę przy pogo­rze­li­sku, żeby psy nie szar­pały ciał, a od świtu wycią­gali z popiołu ludz­kie szczątki”17.

Ksiądz pro­boszcz Julian Śmie­tana po nabo­żeń­stwie majo­wym powró­cił na ple­ba­nię i zasiadł do kola­cji. O poża­rze dowie­dział się w trak­cie posiłku i pobiegł w kie­runku pło­ną­cego baraku, ale na miej­scu zro­zu­miał, że jest po wszyst­kim.

„Widząc bez­na­dziej­ność udzie­la­nia ofia­rom ognia jakiej­kol­wiek innej pomocy – wspo­mi­nał – udzie­li­łem im ogól­nego roz­grze­sze­nia i pobie­głem na ple­ba­nię po wodę Świę­tej Agaty. Skro­pi­łem nią ple­ba­nię, kościół i domy bli­żej ognia sto­jące, i wów­czas prze­ko­na­łem się o mocy sku­tecz­no­ści tej wody. W jed­nej chwili wie­jący wiatr zmie­nił kie­ru­nek na dia­me­tral­nie inny, z połu­dniowo-wschod­niego na pół­nocno-zachodni. Snopy iskier nie leciały już na mia­steczko, ale na wolne pola. W ten spo­sób przy­naj­mniej domy Wie­lo­pola zostały ura­to­wane”18.

Zgi­nęło pięć­dzie­siąt osiem osób, a dwa­dzie­ścia odnio­sło poważne obra­że­nia, część poszko­do­wa­nych została inwa­li­dami. Wśród ofiar byli pię­cio­letni Jaś Koł­czak i troje dzieci w wieku sied­miu lat. Wiele ofiar cho­dziło do szkoły, która wła­śnie spło­nęła. W dwu­na­stu rodzi­nach były po dwie ofiary, a w trzech trzy…19.

Pogrzeb i proces

Już następ­nego dnia, w czwar­tek dwu­na­stego maja, w Rze­szo­wie wylą­do­wał samo­lot z wice­mi­ni­strem spraw wewnętrz­nych Zyg­fry­dem Szne­kiem oraz zastępcą pro­ku­ra­tora gene­ral­nego Kazi­mie­rzem Kosz­tirką. Prace roz­po­częła spe­cjalna komi­sja, mająca na celu wyja­śnie­nie powo­dów tra­ge­dii, i jesz­cze „tego samego dnia pro­ku­ra­tor poszedł do miej­sco­wego pro­bosz­cza, aby zapy­tać, czy potrzebna jest pomoc przy orga­ni­za­cji pogrzebu”. Ksiądz przy­znał, że bra­kuje tru­mien, gdyż ni­gdy tylu nie potrze­bo­wano jed­no­cze­śnie”20.

Wła­dzom wyjąt­kowo zale­żało na wyci­sze­niu kata­strofy, gdyż w spo­łe­czeń­stwie socja­li­stycz­nym podobne dra­maty nie mogły mieć miej­sca. Dla­tego w pra­sie uka­zało się jedy­nie kilka krót­kich notek doty­czą­cych tra­ge­dii, bez infor­ma­cji o ter­mi­nie pochów­ków. Z tego też powodu pogrzeby ofiar odbyły się w nie­zwy­kłym pośpie­chu, bo już w pią­tek i sobotę. Uro­czy­sto­ści pro­wa­dziło pię­ciu księży i pierw­szego dnia pocho­wano nie­mal czter­dzie­ści osób.

„Gdy czoło pochodu było już na cmen­ta­rzu – zapi­sał w kro­nice para­fial­nej ksiądz Julian Śmie­tana – dal­sze trumny wyno­szono jesz­cze z kościoła. Gdy wszyst­kie trumny zna­la­zły się już na cmen­ta­rzu, ten zapeł­nił się nie­mal ludźmi, a powie­trze roz­dzie­rał już nie tylko płacz i szloch, ale po pro­stu ryk bólu i roz­pa­czy…”21.

Nad wszyst­kim czu­wali funk­cjo­na­riu­sze mili­cji i urzędu bez­pie­czeń­stwa. Byli po cywil­nemu i zarówno w kościele, jak i pod­czas prze­mar­szu kon­duktu nie pozwa­lali wyko­ny­wać zdjęć. Jedyny posia­dacz apa­ratu foto­gra­ficz­nego, Roman Lipa, został oto­czony przez trzech męż­czyzn, któ­rzy prze­ko­nali go, by robił zdję­cia wyłącz­nie poje­dyn­czych tru­mien, sto­ją­cych jesz­cze w domach. Zabro­niono udziału w pogrze­bie miesz­kań­com sąsied­nich wio­sek, jeśli nie byli spo­krew­nieni z ofia­rami. Prze­strze­ga­nia zakazu pil­no­wali mili­cjanci roz­sta­wieni na dro­gach, ale „mimo to ludzie z sąsied­nich wio­sek polami dotarli do kościoła, który był szczel­nie wypeł­niony przez wier­nych”22.

Zanim przed sądem w War­sza­wie odbył się pro­ces win­nych tra­ge­dii, miało miej­sce wyda­rze­nie, które po raz kolejny wstrzą­snęło spo­łecz­no­ścią Wie­lo­pola. W sobotę po pierw­szych pogrze­bach, a cztery dni od tra­ge­dii, we wsi poja­wili się robot­nicy przy­słani w celu uprząt­nię­cia pogo­rze­li­ska. Zbie­rali popiół łopa­tami i wów­czas oka­zało się, że znaj­do­wały się w nim „resztki zwę­glo­nych koń­czyn”, a nawet frag­ment spa­lo­nej głowy23. Szcząt­ków nie wywie­ziono jed­nak na cmen­tarz, tylko na plac tar­gowy, gdzie zaczęto nimi rów­nać dziury w dro­dze (!). Zauwa­żył to jeden z miesz­kań­ców i robot­nicy musieli dosłow­nie ucie­kać przed lin­czem. Dopiero wtedy frag­menty ciał ofiar tra­ge­dii zostały wywie­zione na cmen­tarz, a następ­nie z sza­cun­kiem pocho­wane w zbio­ro­wym gro­bie, ozna­czo­nym odpo­wied­nią inskryp­cją. Pomimo napisu na gro­bie przed­sta­wia­ją­cego prośbę zmar­łych o modli­twy w ich inten­cji nie­ba­wem poja­wiły się plotki, że w „tam­tym miej­scu zaczęło stra­szyć, aż konie sta­wały dęba”24.

Śledz­two trwało kilka mie­sięcy, a sam pro­ces cztery tygo­dnie. Kie­row­nik kina Józef Kozak i kino­me­cha­nik Wła­dy­sław Kozak zostali ska­zani na pięt­na­ście lat wię­zie­nia, co było mak­sy­mal­nym wyro­kiem za naru­sze­nie zasad bez­pie­czeń­stwa i bez­po­śred­nie spo­wo­do­wa­nie kata­strofy. Sąd argu­men­to­wał, że oskar­żeni, będąc w dele­ga­cji służ­bo­wej i pod­czas peł­nie­nia swo­ich obo­wiąz­ków, znaj­do­wali się w sta­nie upo­je­nia alko­ho­lo­wego, co w znacz­nym stop­niu wpły­nęło na prze­bieg feral­nego wie­czoru. Kie­rowca i mecha­nik Wła­dy­sław Woj­ta­now­ski za nie­do­peł­nie­nie obo­wiąz­ków BHP usły­szał wyrok pię­ciu lat wię­zie­nia, a jego pomoc­nik Wła­dy­sław Siem­bab został ska­zany na dwa lata. Orze­czono kary wię­zie­nia w zawie­sze­niu wobec dyrek­tora Okrę­go­wego Zarządu Kin w Rze­szo­wie, dyrek­tora Cen­tral­nego Zarządu Kin w War­sza­wie oraz inspek­to­rów nad­zoru. Zobo­wią­zano wła­dze CZK do wyco­fa­nia taśm z fil­mami spo­rzą­dzo­nych na bazie nitro­gli­ce­ryny, a także do zaostrze­nia prze­pi­sów prze­ciw­po­ża­ro­wych i bez­względ­nego ich prze­strze­ga­nia”25.

Przez lata Wie­lo­po­la­nie nie mogli nale­ży­cie uho­no­ro­wać ofiar, gdyż wła­dze samo­rzą­dowe kon­se­kwent­nie odma­wiały zgody na wybu­do­wa­nie pomnika. W zamian zapro­po­no­wano powsta­nie w miej­scu tra­ge­dii nowego cen­trum kul­tury. Miej­scowa spo­łecz­ność ostro się temu jed­nak sprze­ci­wiała, ale monu­ment osta­tecz­nie wznie­siono dopiero na początku lat osiem­dzie­sią­tych26. W miej­scu, gdzie znaj­do­wał się barak, sta­nął krzyż, poja­wiła się też tablica z listą ofiar.

Jedna z ostat­nich kwe­stii filmu Sprawa do zała­twie­nia, pod­czas pro­jek­cji któ­rego doszło do tra­ge­dii, brzmiała: „Na tym zakoń­czy­li­śmy naszą trans­mi­sję. Publicz­ność spo­koj­nie opusz­cza halę”. Nie­stety, w Wie­lo­polu Skrzyń­skim nic takiego nie miało miej­sca.

Kino objaz­dowe wyru­sza w trasę w celu sze­rze­nia kul­tury „we wsiach i mia­stecz­kach”

Kon­dracki/CAF/PAP

FSC Lublin-51, któ­rym w maju 1955 roku przy­je­chała do Wie­lo­pola Skrzyń­skiego ekipa kina objaz­do­wego numer pięć

RJT/CC BY-SA 3.0

W miej­scu, w któ­rym doszło do tra­gicz­nego pożaru, posta­wiono krzyż oraz tablicę z imienną listą pięć­dzie­się­ciu ośmiu ofiar

Zyg­munt Put/CC BY-SA 4.0

Rozdział 2. Zdradziecka królowa polskich rzek

Roz­dział 2

Zdra­dziecka kró­lowa pol­skich rzek

Dwu­dzie­stego trze­ciego czerwca 1961 roku w Kazi­mie­rzu Dol­nym nad Wisłą miał miej­sce jeden z naj­więk­szych dra­ma­tów w dzie­jach mia­sta. Pod­czas kąpieli uto­nęło trzy­na­ścioro dzieci, a ofia­rami byli ucznio­wie Szkoły Pod­sta­wo­wej nr 17 z Lublina, któ­rzy wraz ze swo­imi nauczy­ciel­kami przy­je­chali do Kazi­mie­rza na wycieczkę. Miała to być nagroda za dobrą naukę i wzo­rowe zacho­wa­nie – nikt nie mógł podej­rze­wać, że wyjazd zakoń­czy się strasz­liwą tra­ge­dią. A cho­ciaż sprawa miała swój epi­log w sądzie i zapa­dły wyroki ska­zu­jące, tak naprawdę do dzi­siaj nie wia­domo, kto wów­czas zawi­nił. Trudno bowiem oprzeć się wra­że­niu, że zarówno ofiary, jak i ich opie­kunka miały po pro­stu potwor­nego pecha. W miej­scu tra­ge­dii przez lata kąpały się w Wiśle setki, jeśli nie tysiące osób i nikomu nie stała się krzywda. Aż do feral­nego dnia.

Kazimierz Dolny

Na początku lat sześć­dzie­sią­tych wycieczki szkolne nie nale­żały do zbyt czę­stych wyda­rzeń w życiu uczniów, zatem każda z nich sta­no­wiła ogromną atrak­cję. Szcze­gól­nym zain­te­re­so­wa­niem cie­szyły się wyprawy poza miej­sce zamiesz­ka­nia, cho­ciaż zda­rzało się, że ich koszt prze­kra­czał moż­li­wo­ści finan­sowe nie­któ­rych rodzin. Dzieci na wyjazdy kwa­li­fi­ko­wano bar­dzo sta­ran­nie, uzna­jąc, że wycieczka sta­nowi nagrodę, a ponadto orga­ni­za­to­rzy i opie­ku­no­wie nie chcieli stwa­rzać sobie dodat­ko­wych pro­ble­mów, zabie­ra­jąc zbyt nie­sfor­nych uczniów. W razie jakie­go­kol­wiek wypadku odpo­wie­dzial­ność bowiem spa­dłaby na nich.

Kazi­mierz Dolny od lat ucho­dził za wyjąt­kowe miej­sce. Wpraw­dzie nie były to jesz­cze lata naj­więk­szej popu­lar­no­ści mia­steczka, ale od zawsze doce­niano jego malow­ni­cze poło­że­nie i archi­tek­turę. Nie bez powodu czę­sto odwie­dzali je fil­mowcy, a przy oka­zji krę­ce­nia Ósmego dnia tygo­dnia (1958) Marek Hła­sko w miej­sco­wych ple­ne­rach roman­so­wał ze swoją póź­niej­szą żoną Sonją Zie­mann. Należy dodać, że tym samym kom­plet­nie zanie­dby­wał Agnieszkę Osiecką, z którą się wów­czas spo­ty­kał.

Nie były to jesz­cze czasy zmo­to­ry­zo­wa­nej Pol­ski i z tego powodu Kazi­mierz był dostępny wyłącz­nie dla nie­licz­nych. W tam­tych latach było to senne, uro­kliwe mia­steczko, a jedną z let­nich atrak­cji była moż­li­wość kąpieli w Wiśle. Kró­lowa pol­skich rzek była wów­czas jesz­cze względ­nie czy­sta i nawet na tere­nie War­szawy funk­cjo­no­wały ofi­cjalne kąpie­li­ska. Nie ucho­dziła też za spe­cjal­nie nie­bez­pieczną rzekę, w odróż­nie­niu od Pilicy, któ­rej zła sława sze­roko się roz­cho­dziła.

Zapo­mniano już o ponu­rej tra­ge­dii, jaka miała miej­sce w Kazi­mie­rzu w dru­giej deka­dzie dwu­dzie­stego stu­le­cia. W Dzień Zaduszny 1916 roku doszło do zato­nię­cia pry­mi­tyw­nego promu, który zapew­niał komu­ni­ka­cję pomię­dzy brze­gami rzeki, a w wypadku stra­ciło życie ponad sto dwa­dzie­ścia osób.

Jedną z bolą­czek Kazi­mie­rza, nie­roz­wią­zaną zresztą do dzi­siaj, był brak mostu przez Wisłę, zapew­nia­ją­cego komu­ni­ka­cję miesz­kań­ców z Janow­cem, poło­żo­nym na dru­gim brzegu. W zamian kur­so­wał prom, zbity z dwóch drew­nia­nych tra­tew, i feral­nego dnia, już po zmroku, na jego pokład weszło około stu pięć­dzie­się­ciu osób. Pasa­że­rami byli głów­nie kazi­mier­scy Żydzi, pra­cu­jący na rzecz woj­ska nie­miec­kiego, sta­cjo­nu­ją­cego po dru­giej stro­nie Wisły. W gro­nie pasa­że­rów była jesz­cze grupa kobiet i nasto­lat­ków, powra­ca­ją­cych z Janowca do domu. Nic nie zapo­wia­dało tra­ge­dii, prom dobi­jał już do brzegu, gdy sto­jący na pomo­ście wła­ści­ciel łodzi moto­ro­wej pole­cił fli­sa­kom odpły­nąć dalej, by tra­twy nie zawa­dziły o jego jed­nostkę.

„Ster­nik wyko­nał widocz­nie źle manewr – rela­cjo­no­wano na łamach »Ziemi Lubel­skiej« – gdyż tra­twy poczęły się krę­cić. Pasa­że­ro­wie sądzili, że prom osiadł na mie­liź­nie i poczęli cisnąć się na jed­nej z tratw do przodu. Woda zaczęła zale­wać tra­twę. Powstała panika i także na dru­giej tra­twie poczęto cisnąć się do przodu. Połą­cze­nie zerwało się i obie tra­twy poszły na dno. Głów­nym powo­dem, że tyle osób zgi­nęło, mimo tak wiel­kiej bli­sko­ści brzegu, był mrok oraz oko­licz­ność, że nie­szczę­śliwi nie umieli pły­wać. (…) Wła­dze poszu­kują wła­ści­ciela promu, który zbiegł”27.

Ura­to­wano zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem osób, a że ofia­rami była miej­scowa bie­dota, nic nie wia­domo na temat miej­sca ich pochówku.

Wycieczka marzeń

Eska­pada do Kazi­mie­rza miała być dla uczniów Szkoły Pod­sta­wo­wej nr 17 w Lubli­nie efek­tow­nym zwień­cze­niem roku szkol­nego 1960/1961. Ostat­nie mie­siące były zresztą wyjąt­kowe w dzie­jach pla­cówki, bowiem oddano do użytku nowy gmach szkolny. Była to tak zwana tysiąc­latka, wybu­do­wana zgod­nie z hasłem Wła­dy­sława Gomułki, zapo­wia­da­ją­cym powsta­nie tysiąca szkół na tysiąc­le­cie pań­stwa pol­skiego. Fak­tycz­nie, w całym kraju budo­wano je od końca lat pięć­dzie­sią­tych, w więk­szo­ści według jed­nego, sto­sun­kowo pro­stego pro­jektu (osta­tecz­nie powstało bli­sko pół­tora tysiąca budyn­ków). Nowe pla­cówki edu­ka­cyjne miały pod­nieść kon­dy­cję pol­skiego szkol­nic­twa, a cała inwe­sty­cja miała odwró­cić uwagę od faktu, że jubi­le­usz był nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany z datą chrztu Pol­ski w 966 roku.

Lubel­ska szkoła rze­czy­wi­ście robiła duże wra­że­nie, tym bar­dziej że powstała w dość spe­cy­ficz­nej dziel­nicy. Było to pogra­ni­cze mia­sta zamiesz­ki­wane przez rodziny kole­ja­rzy oraz pra­cow­ni­ków pobli­skiej cukrowni. Dotych­cza­sowa zabu­dowa ogra­ni­czała się do niskich budyn­ków muro­wa­nych oraz drew­nia­nych domów, roz­bu­do­wy­wa­nych w miarę potrzeb, a zlo­ka­li­zo­wa­nych na nie­wiel­kich dział­kach. W tej oko­licy nowo­cze­sny gmach szkolny spra­wiał wra­że­nie przy­by­sza z zupeł­nie innej rze­czy­wi­sto­ści i fak­tycz­nie zda­wał się potwier­dzać suk­cesy edu­ka­cyjne Pol­ski Ludo­wej. Nikomu też nie prze­szka­dzał brak cen­tral­nego ogrze­wa­nia i piece kaflowe, co w tam­tych latach było stan­dar­dem. Wypo­sa­że­nie klas rów­nież było wła­ściwe dla epoki i ucznio­wie mieli do dys­po­zy­cji pro­ste ławki z otwo­rami na kała­ma­rze28 (o dłu­go­pi­sach nikt jesz­cze nie sły­szał). W pla­cówce pobie­rało edu­ka­cję ponad osiem­set dzieci, zgru­po­wa­nych w dwu­dzie­stu trzech kla­sach.

Przy­go­to­wa­nia do wycieczki do Kazi­mie­rza roz­po­częto jesz­cze w marcu i wów­czas usta­lono, że wezmą w niej udział pią­to­kla­si­ści, ale wyłącz­nie wyróż­nia­jący się w nauce i w zacho­wa­niu. Z trzech klas zakwa­li­fi­ko­wano ponad pięć­dzie­siąt osób, jed­nak dwójka uczniów z powo­dów finan­so­wych osta­tecz­nie nie wzięła udziału w eska­pa­dzie. Wśród tej dwójki zna­lazł się Hen­ryk Kowal­ski, który przy­znał w roz­mo­wie z jed­nym z auto­rów (M.M.), że miał szczę­ście, pozo­sta­jąc w domu. W tam­tych bowiem latach tak roz­pie­rała go ener­gia, „że na pewno żywy by nie wró­cił z wycieczki”. Pan Kowal­ski, znany w Lubli­nie jako Żela­zny Henio, wciąż (2026) bie­rze udział w mara­to­nach, pro­wa­dzi grupę bie­gową – dzie­sięć kilo­me­trów w tere­nie nazywa piesz­czo­tli­wie deli­kat­nym wybie­ga­niem – i jest zało­ży­cie­lem Lubel­skiego Klubu Mor­sów.

Osta­tecz­nie do Kazi­mie­rza poje­chało pięć­dzie­się­cioro czworo dzieci, cho­ciaż wiele opra­co­wań podaje liczbę dwa­dzie­ściorga ośmiorga uczniów, gdyż tyle wyra­ziło ochotę na kąpiel w Wiśle. Ksiądz Sta­ni­sław Cho­micz, który jako młody wika­riusz przy­go­to­wy­wał więk­szość z nich do pierw­szej komu­nii świę­tej, na łąkach nad Bystrzycą w przed­dzień wyjazdu grał z chłop­cami z klas pią­tych w piłkę. Pod­opieczni nama­wiali go na wyjazd, ale duchowny odmó­wił. Miał już zapla­no­wany urlop w domu, w Par­cze­wie, ale zapa­mię­tał, jak „na koniec spy­tał ich, że cie­kawe, kto będzie milej wspo­mi­nać ten dzień”29.

Plan wycieczki został zatwier­dzony przez dyrek­tor szkoły Lucynę Werew­ską i obej­mo­wał wspi­naczkę na Górę Trzech Krzyży, wizytę w pobli­skiej basz­cie zam­ko­wej, zwie­dza­nie spi­chle­rza i kąpiel w Wiśle. Przy upa­łach, jakie wów­czas pano­wały na Lubelsz­czyź­nie było to cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe.

Kie­row­niczką wycieczki została Jadwiga Haciuk – nauczy­cielka wycho­wa­nia fizycz­nego, spor­t­smenka (w latach pięć­dzie­sią­tych odno­siła suk­cesy w bie­gach nar­ciar­skich), uwa­żana za „bel­fra z powo­ła­nia”. Była osobą wyjąt­kowo oddaną pracy, a przy oka­zji bar­dzo ambitną.

Miała dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, nie­prze­ciętną urodę, kru­czo­czarne włosy, spi­nane naj­czę­ściej w kucyk, i nie roz­sta­wała się z gwizd­kiem, będą­cym atry­bu­tem nauczy­ciela WF-u. Wyjazd na szkolną wycieczkę w cha­rak­te­rze kie­row­niczki miał dla niej spe­cy­ficzne zna­cze­nie, gdyż sta­no­wił formę doce­nie­nia jej zaan­ga­żo­wa­nia zawo­do­wego. Wybór Haciuk zresztą zasko­czył nieco kole­żanki z pracy.

„Zbli­żało się lato – wspo­mi­nała star­sza od niej sta­żem nauczy­cielka Ame­lia Sawa – (…) i przed koń­cem roku szkol­nego dzieci wybie­rały się na wycieczkę do Nałę­czowa, Kazi­mie­rza i Puław. Ja zawsze byłam tak jakby na eta­cie do wyjaz­dów, pani dyrek­tor chęt­nie mnie wysy­łała z grupą, żebym poje­chała, bo wie­działa, że doniań­czę i będzie dobrze. Nato­miast tym razem pani dyrek­tor powie­działa: »Pani Ame­lio, pani zawsze jeź­dzi, zmie­nimy tym razem na kogoś«. I poje­chała pani od histo­rii, która odcho­dzić miała już na eme­ry­turę, i taka druga pani. Pierw­szy raz nie poje­chałam ja”30.

Jadwigę Haciuk opi­sała jako kobietę w śred­nim wieku, dzielną, wyspor­to­waną, ale… zbyt śmiałą. Zauwa­żyła jed­nak, że wuefistka „była bar­dzo kon­kretna i wszystko szło jej dobrze. A tu trzeba było czło­wieka i hamul­ców, że nie tędy, nie iść tu”31. Wspól­nie z kie­row­niczką wycieczki do auto­busu wsia­dły Kazi­miera Żar­now­ska i Anna Świć. Pierw­sza z nich była tą wspo­mnianą już nauczy­cielką tuż przed eme­ry­turą, a druga – bar­dzo mło­dym i nie­do­świad­czo­nym peda­go­giem.

Grupa podró­żo­wała auto­ka­rem, który opu­ścił Lublin wcze­śnie rano i skie­ro­wał się w stronę Nałę­czowa, by final­nie wje­chać do Kazi­mie­rza od strony spi­chle­rza i klasz­toru. Wpraw­dzie dystans, około czter­dzie­stu pię­ciu kilo­me­trów, nie był duży, ale stan nawierzchni nie uła­twiał jazdy i podróż trwała pra­wie dwie godziny.

W Kazimierzu

Dwu­dzie­stego trze­ciego czerwca 1961 roku w szko­łach w PRL-u odby­wały się uro­czy­ste aka­de­mie z oka­zji końca roku szkol­nego, nato­miast Kazi­mierz Dolny przy­go­to­wy­wał się na wyjąt­kowe dni.

„Nasza perełka tury­styczna – infor­mo­wała prasa – (…) prze­ży­wać będzie wiel­kie święto. Otwar­cie sezonu wypo­czyn­ko­wego zapla­no­wano bar­dzo efek­tow­nie. Na wzgó­rzach, po jed­nej i po dru­giej stro­nie Wisły zapłoną wie­czo­rem olbrzy­mie ogni­ska: plaża, przy­stań, łodzie i statki będą ilu­mi­no­wane. Prze­wi­duje się prze­jażdżki łodziami, pusz­cza­nie wian­ków, a całość zakoń­czy zabawa taneczna”32.

Tym­cza­sem wycieczka szkolna z Lublina dotarła do mia­steczka. Auto­kar wje­chał na Rynek i po kolei reali­zo­wano wszyst­kie zapla­no­wane punkty pro­gramu. Przed godziną czter­na­stą pojazd zapar­ko­wał w pobliżu rzeki, a grupa ruszyła wzdłuż Wisły, dzi­siej­szą ulicą Kra­kow­ską, w stronę kamie­nio­ło­mów. Minięto schro­ni­sko PTTK i po trzy­stu metrach dzieci z opie­kun­kami zeszły na brzeg. W tam­tych cza­sach to miej­sce wyglą­dało zupeł­nie ina­czej niż obec­nie, budowa wałów miała się dopiero roz­po­cząć, a o wygod­nym ciągu pie­szym nikt jesz­cze nie myślał. Miej­sca do kąpieli nie wybrano przy­pad­kowo, bowiem tydzień wcze­śniej kąpały się tam dzieci z innych lubel­skich szkół i wyra­żały duże zado­wo­le­nie33. Minęło jed­nak dzie­więć dni, a w takim cza­sie warunki na nie­ure­gu­lo­wa­nej rzece mogą ulec dra­stycz­nym zmia­nom. W 2024 roku jeden z auto­rów (M.M.) odwie­dził miej­sce tra­ge­dii w towa­rzy­stwie sie­dem­dzie­się­cio­let­niego męż­czy­zny, który ten odci­nek rzeki znał dosko­nale. Bog­dan Mar­chlew­ski wycho­wał się nad wodą i przez dłuż­szy czas pra­co­wał jako ope­ra­tor promu z Kazi­mie­rza do Janowca. Jego zda­niem ten frag­ment kró­lo­wej pol­skich rzek należy do naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych na całej jej dłu­go­ści, a głę­bo­kość i prze­bieg nurtu zmie­niają się wła­ści­wie z dnia na dzień. Tam, gdzie jed­nego dnia była pły­ci­zna, następ­nego może być dół o głę­bo­ko­ści dwóch metrów. Obec­nie WOPR w Kazi­mie­rzu Dol­nym zwraca uwagę na: „ogromne nie­bez­pie­czeń­stwo dla osób bro­dzą­cych w płyt­kiej wodzie, które polega na osu­wa­niu się fałd pia­chu w głąb struk­tur rzeki z unie­moż­li­wie­niem swo­bod­nego poru­sza­nia się, docho­dzi wtedy do efektu »zapa­da­nia się«. Z pozoru bez­pieczne, płyt­kie miej­sce bywa pod­my­wane od pod­łoża i staje się bar­dzo nie­sta­bilne”34. Aktu­al­nie kąpiel w Wiśle na wyso­ko­ści mia­sta jest zabro­niona.

Zdradliwy nurt rzeki

„Ucznio­wie przez kwa­drans – rela­cjo­no­wano na łamach »Kuriera Lubel­skiego« – bawili się w kuca­nego berka, po czym ruszyli ze swoją prze­wod­niczką w dół rzeki. W pew­nym momen­cie jedna z dziew­czy­nek zaczęła się topić. Jadwiga Haciuk rzu­ciła się jej na ratu­nek. Jed­no­cze­śnie jed­nak zaczęło się topić dru­gie dziecko. Reszta, wystra­szona, rzu­ciła się do ucieczki w miej­sce, gdzie woda była bar­dzo głę­boka. Silny prąd uno­sił dzieci coraz dalej. Zaczęły one wzy­wać pomocy”35.

Wszystko wska­zy­wało, że dzieci po zaba­wie w berka w płyt­kiej wodzie pla­no­wały już wyj­ście na brzeg. Przy­to­czona rela­cja jest tym cen­niej­sza, że jej autor, Ryszard Nowicki, jako jedyny przed­sta­wi­ciel mediów w miarę szybko dotarł na miej­sce tra­ge­dii. Na gorąco wspo­mi­nał o łodzi moto­ro­wej, która miała prze­pły­wać nie­da­leko, a jej ster­nik nie widział bądź nie chciał widzieć roz­gry­wa­ją­cego się dra­matu. Dzien­ni­karz był też świad­kiem zacho­wa­nia Haciuk, która pró­bo­wała popeł­nić samo­bój­stwo, rzu­ca­jąc się do wody. Tylko zde­cy­do­wana reak­cja mili­cjanta ura­to­wała jej życie. Dwie pozo­stałe nauczy­cielki, które w chwili tra­ge­dii pozo­stały na brzegu z dziećmi nie­bio­rą­cymi udziału w kąpieli, „przez kilka kolej­nych godzin po wypadku znaj­do­wały się w takim sta­nie wyczer­pa­nia ner­wo­wego, że nie można było prze­pro­wa­dzić z nimi żad­nych roz­mów”36.

Względ­nie szybko z Lublina dotarł także Andrzej Frącz­kow­ski, sekre­tarz Rady Woje­wódz­kiej Ludo­wych Zespo­łów Spor­to­wych. Przy­je­chał z kolegą moto­cy­klem i na bie­żąco obser­wo­wał akcję ratow­ni­czą. Po latach wspo­mi­nał, że „roz­sta­wiano dużą sieć rybacką, żeby ciała dalej nie odpły­nęły Wisłą”. Sły­szał, jak Haciuk mówiła, że „jak się tych dwoje dzieci zaczęło topić, to rzu­ciła się im na ratu­nek, a pozo­stałe dzieci chciały jej pomóc i same zaczęły się topić”37.

Rela­cje tych, któ­rzy prze­żyli, są wstrzą­sa­jące. Z topieli zdo­łało uciec kil­ku­na­stu uczniów, któ­rzy przez lata zma­gali się z traumą wyda­rzeń tam­tego dnia.

„Część chciała pły­wać – rela­cjo­no­wał jeden z nich sześć­dzie­siąt lat póź­niej – a nie­któ­rzy zostali na tra­wie. Do wody wcho­dzi­li­śmy węży­kiem, jeden za dru­gim. Byłem na początku, tuż przy Jadwi­dze H[aciuk]. Zanu­rzy­li­śmy się do kolan. Bawi­li­śmy, bie­ga­li­śmy. Dotar­li­śmy do nie­du­żej piasz­czy­stej wysepki, około stu dwu­dzie­stu metrów od brzegu. Ktoś wetknął w nią gałę­zie drzew. Póź­niej, po tra­ge­dii, powie­dziano nam, że to ostrze­że­nie, by dalej nie iść. W pew­nym momen­cie, to były ułamki sekund, piach zaczął osu­wać nam się spod nóg. Wcią­gnął mnie wir i zalała woda. Zdą­ży­łem wcze­śniej nabrać powie­trza. Gdy wypły­ną­łem, zoba­czy­łem Basię, piękną dziew­czynę. Machała rękami, krzy­czała. Ude­rzyła mnie w ramię. Na moment zdrę­twia­łem i przy­po­mnia­łem sobie słowa mamy. Przed wyjaz­dem powie­działa: »Ucie­kaj jak naj­da­lej od topielca. Nie daj się zła­pać, bo pój­dziesz z nim na dno«. To zda­nie ura­to­wało mi życie. Odpły­wa­łem, patrząc, jak tonie kole­żanka. Za mną mogli być inni, ale nie myśla­łem o tym. Tak bar­dzo chcia­łem dotrzeć na ląd”38.

Chło­pak wyszedł na płytką wodę i sta­nął w gru­pie tych, któ­rym udało się wydo­stać z pułapki. Wszy­scy „krzy­czeli nie­mi­ło­sier­nie”, przez moment na taflą wody widać było czy­jąś rękę, która po chwili znik­nęła, wokół pły­wały nadmu­chane koła nale­żące do dziew­cząt.

„Na »fosie« usy­pa­nej chyba dla węd­ka­rzy – kon­ty­nu­ował oca­lały – stały wuefistka i Kry­sia. Gazety pisały, że Haciuk ją ura­to­wała. Nie widzia­łem tego, więc trudno mi oce­nić. Do nich pły­nął – prze­raź­li­wie wrzesz­cząc – Henio. Wszystko działo się bar­dzo dyna­micz­nie. Zaczą­łem biec do brzegu. Reszta za mną. W pew­nym momen­cie wpa­dłem do kolej­nego zagłę­bie­nia, ale szybko z niego wypły­nąłem. (…) Nie wiem, kto zebrał ubra­nia i inne rze­czy, ale wszystko mie­li­śmy w środku [auto­karu]. Wokół pojazdu krą­żyło wielu ludzi. Oglą­dali nas, szep­tali. Sta­li­śmy tam kilka godzin. Kolejni rodzice odbie­rali swoje pocie­chy. Moja mama, gdy zoba­czyła, że żyję, ode­tchnęła. Ojciec jed­nej z ofiar klę­czał nad Wisłą, powta­rza­jąc: »Boże, zabra­łeś jej duszę, oddaj mi ciało«”39.

Dzieci, które pozo­stały na brzegu, dosko­nale zda­wały sobie sprawę z grozy sytu­acji. Ich rela­cje są jed­no­znaczne, wie­działy, że ich kole­żanki i kole­dzy wal­czą o życie. I prze­gry­wają.

„Ja z kole­żanką roz­ło­ży­ły­śmy sobie koc przy brzegu – opo­wia­dała Marianna z klasy pią­tej B. – Nagle usły­sza­łam krzyk. W wodzie było widać tylko pod­nie­sione w górę ręce. Jeden pisk był na brzegu, a drugi pisk był w rzece. Prze­stra­szone dzieci rzu­ciły się wprost w głę­binę. Tylko część dotarła do brzegu. Dziecko, które zaczęło się topić pierw­sze, nauczy­cielka zdo­łała wycią­gnąć z wody”40.

Jadwiga Haciuk ura­to­wała jesz­cze jed­nego chłopca, który dłu­żej niż inni utrzy­my­wał się na wodzie.

W tym cza­sie w mia­steczku zawyły syreny i na rzece poja­wiły się łodzie moto­rowe. W ciągu kil­ku­na­stu minut na brzegu zgro­ma­dziły się tłumy gapiów. Inter­we­nio­wali mili­cjanci, sta­ra­jąc się usu­nąć z naj­bliż­szej oko­licy osoby postronne.

„Jak przy­szli­śmy z ojcem – wspo­mi­nał dzie­się­cio­letni wów­czas miesz­ka­niec Kazi­mie­rza, Krzysz­tof Dora­czyń­ski – na brzegu usły­sze­li­śmy wielki wrzask. Z początku nie wie­dzie­li­śmy, o co cho­dzi. Ktoś krzyk­nął do nas, że dzieci się topią. Wtedy, trzeba pamię­tać, nie było ratow­ni­ków, łodzi, moto­ró­wek, stat­ków. Topiel­ców nie miał kto rato­wać. One nagle z pły­ci­zny dostały się w głę­boki ukos na dnie. Był straszny upał. Dzie­ciaki wycią­gali z wody na piasz­czy­stą łachę i prze­no­sili do Kościoła Świę­tej Anny. Ukła­dali na posadzce, bo tam było naj­zim­niej”41.

Chło­piec zapa­mię­tał na całe życie widok sple­cio­nych ze sobą ciał dwóch dziew­czy­nek, które uto­nęły, trzy­ma­jąc się za ręce i tuląc się do sie­bie. Opo­wia­dano potem, że spo­częły w jed­nej trum­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści pocho­wano je w jed­nej mogile.

Na Rynku znaj­do­wali się już rodzice nie­szczę­snych wyciecz­ko­wi­czów, ścią­gnięci z Lublina. Część z nich pła­kała ze szczę­ścia, bo ich pocie­chom nic się nie stało, a inni z roz­pa­czy, gdy roz­po­zna­wali ciała potom­ków.

Oca­lone dzieci zgru­po­wano w auto­ka­rze. Nikt spe­cjal­nie nie wie­dział, jak z nimi postę­po­wać. Mili­cja zaka­zała opusz­cza­nia pojazdu, więc sie­działy w nim przez kilka godzin, zdane wyłącz­nie na sie­bie. To nie były czasy, kiedy orga­ni­zo­wano pomoc psy­cho­lo­giczną, nikt też nie pomy­ślał, żeby dać im coś do jedze­nia. Radziły sobie we wła­snym zakre­sie, czę­stu­jąc się nawza­jem tym, co zostało z pro­wiantu.

Pano­wało ogromne zamie­sza­nie, nad któ­rym nikt nie potra­fił zapa­no­wać. Wyda­wano sprzeczne pole­ce­nia, funk­cjo­na­riu­sze służb kłó­cili się ze sobą. Nie dopusz­czano rodzi­ców do dzieci sie­dzą­cych w auto­ka­rze, a do pojazdu dobi­jały się kolejne osoby, woła­jąc po imie­niu swo­ich bli­skich. Czę­sto nikt nie odpo­wia­dał…

„Widzia­łem męż­czy­znę sie­dzą­cego obok małej dziew­czynki – wspo­mi­nał, prze­by­wa­jący wtedy w mia­steczku, pisarz Kazi­mierz Bran­dys – była jedną z dwojga, dru­gie uto­nęło. Na rynku stał auto­bus, który przy­wiózł wycieczkę, ota­czały go grupki ludzi o zaczer­wie­nio­nych oczach. Co parę minut zajeż­dżała War­szawa z lubel­skim nume­rem: rodzice. Dowia­dy­wali się zaraz, na Rynku. Ura­to­wane dzieci cze­kały w auto­busie. Nauczy­cielkę zatrzy­mano na komi­sa­ria­cie mili­cji. Rodzi­ców, któ­rych dzieci nie było, zawo­żono nad rzekę, na miej­sce wypadku. Cią­gle szu­kano zato­pio­nych ciał. Wie­czo­rem wysze­dłem na szosę i wyprze­dził mnie naj­pierw auto­bus z garstką wystra­szo­nych dzieci, po które nikt nie przy­je­chał, potem parę samo­cho­dów. Mignęły mi jakieś twa­rze, czy­jaś głowa odrzu­cona w tył, na opar­ciu, chłop­czyk z nosem przy­ci­śnię­tym do szyby. Kiedy wró­ci­łem, na Rynku było już pra­wie pusto. Dola­ty­wał ryk moto­rówki. Grun­to­wano dno rzeki. Rodzice, któ­rzy cze­kali na wyło­wie­nie ciał, tę noc spę­dzili na brzegu…”42.

Infor­ma­cje o tra­ge­dii dotarły do Lublina około godziny szes­na­stej, wzbu­dza­jąc zro­zu­miałe prze­ra­że­nie. W szkole numer sie­dem­na­ście tego dnia prze­by­wała jesz­cze Ame­lia Sawa, koń­cząc wypi­sy­wa­nie świa­dectw ukoń­cze­nia pią­tej klasy dla tych, któ­rzy poje­chali na wycieczkę.

„Nagle sły­szę okropny krzyk w szkole – opo­wia­dała po latach. – Wszy­scy nagle zaczęli krzy­czeć okrop­nie, ci, któ­rzy zostali. Oka­zało się, że otrzy­mały tele­fon z Kazi­mie­rza, że toną dzieci. Boże, co chwila infor­ma­cje, że ten uto­nął, tamto dziecko uto­nęło. Bar­dzo­śmy się zde­ner­wo­wały, że mało szoku czło­wiek nie dostał”43.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

K. Kos­sow­ski, Pożar kina w Wie­lo­polu, pod­cast Czarna seria, Pol­skie Radio 24, audy­cja z dnia 6.05.2023, https://polskieradio24.pl/arty­kul/3182054,pozar­kina-w-wie­lo­polu-skrzyn­skim, data dostępu (doty­czy tego i kolej­nych przy­pi­sów odwo­łu­ją­cych się do źró­deł inter­ne­to­wych): 28.09.2026. [wróć]

Pamię­ciow­nik w Wie­lo­polu Skrzyń­skim, https://cas.org.pl/pamie­ciow­nik-w-wie­lo­polu-skrzyn­skim/. [wróć]

J. Klich, 11.05.1955. Tra­giczny pożar kina w Wie­lo­polu Skrzyń­skim, https://www.pod­kar­pac­ka­hi­sto­ria.pl/arty­kul/510,11-05-1955-tra­giczny-pozar-kina-w-wie­lo­polu-skrzyn­skim. [wróć]

K. Kos­sow­ski, op. cit.[wróć]

P. Tom­czyk, 70 lat temu w Wie­lo­polu Skrzyń­skim zgi­nęło w poża­rze 58 widzów kina objaz­do­wego, https://dzieje.pl/wia­do­mo­sci/70-lat-temu-w-wie­lo­polu-skrzyn­skim-zgi­nelo-w-poza­rze-58-widzow-kina-objaz­do­wego. [wróć]

J. Klich, op. cit.[wróć]

K. Kos­sow­ski, op. cit.[wróć]

P. Sem­czuk, 1955. Ostatni film, https://www.new­sweek.pl/histo­ria/1955-ostatni-film/jgf6kyn. [wróć]

K. Kos­sow­ski, op. cit.[wróć]

P. Samo­le­wicz, Pło­nęli żyw­cem. Mija 70 lat od tra­ge­dii w Wie­lo­polu Skrzyń­skim, w któ­rej zgi­nęło 58 osób, w tym 38 dzieci, https://nowiny24.pl/plo­neli-zyw­cem-mija-70-lat-od-tra­ge­dii-w-wie­lo­polu-skrzyn­skim-w-kto­rej-zgi­nelo-58-osob-w-tym-38-dzieci-wideo/ar/c1p2-27566081. [wróć]

P. Sem­czuk, op. cit.[wróć]

P. Samo­le­wicz, op. cit.[wróć]

Okropne wspo­mnie­nia pożaru kina w Wie­lo­polu wra­cają nie tylko w rocz­nice, https://repor­ter­ga­zeta.pl/arty­kul/okropne-wspo­mnie­nia-pozaru-kina-w-wie­lo­polu-wra­caja-nie-tylko-w-rocz­nice-n1226125. [wróć]

J. Sem­czuk, op. cit.[wróć]

Okropne wspo­mnie­nia…, op. cit. [wróć]

S. Siwak, Dra­mat w Wie­lo­polu. Spło­nęli żyw­cem w kinie. Cią­gle o nich pamię­tamy, https://nowiny24.pl/dra­mat-w-wie­lo­polu-splo­neli-zyw­cem-w-kinie-cia­gle-o-nich-pamie­tamy/ar/5767433. [wróć]

P. Samo­le­wicz, op. cit. [wróć]

Ibi­dem.[wróć]

Wie­lo­pole Skrzyń­skie – 67. rocz­nica tra­gicz­nego pożaru kina – zgi­nęło 58 osób, https://twoj­po­wiat.eu/wie­lo­pole-skrz-67-rocz­nica-tra­gicz­nego-pozaru-kina-zgi­nelo-58-osob/. [wróć]

J. Sem­czuk, op. cit.[wróć]

P. Tom­czyk, op. cit.[wróć]

J. Klich, op. cit.[wróć]

D. Bur­liń­ski, Szcząt­kami spa­lo­nych ludzi chciano zała­tać dziury w dro­dze. Pożar w Wie­lo­polu Skrzyń­skim na Rze­szowsz­czyź­nie, https://www.fakt.pl/wyda­rze­nia/wie­lo­pole-skrzyn­skie-naj­strasz­niej­szy-pozaru-w-powo­jen­nej-histo­rii-pol­ski/hhjecx3. [wróć]

P. Samo­le­wicz, op. cit.[wróć]

J. Klich, op. cit.[wróć]

P. Samo­le­wicz, op. cit.[wróć]

Echa kata­strofy w Wiśle, „Zie­mia Lubel­ska”, 9.11.1916. [wróć]

A. Góra, Wola­ła­bym swoją śmierć, niż prze­żyć śmierć tych dzieci. Tra­ge­dia w Kazi­mie­rzu, https://blog.teatrnn.pl/histo­ria-mowiona/wola­la­bym-swoja-smierc-niz-prze­zyc-smierc-tych-dzieci-tra­ge­dia-w-kazi­mie­rzu/. [wróć]

K. Zału­ski, Trzy­na­ścioro dzieci uto­nęło w Wiśle w 1961 roku, https://www.dzien­ni­kw­schodni.pl/arty­kul/200836,trzy­na­scioro-dzieci-uto­nelo-w-wisle-w-1961-r. [wróć]

Praca w szkole i tra­ge­dia toną­cych dzieci – Ame­lia Sawa – frag­ment rela­cji świadka histo­rii z 15 lutego 2016, https://teatrnn.pl/histo­ria­mo­wiona/frag­menty/praca-w-szkole-i-tra­ge­dia-tona­cych-dzieci/. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Kazi­mierz zapra­sza na otwar­cie sezonu, „Kurier Lubel­ski”, 24.06.1961. [wróć]

R. Wiśniew­ski, Po wypadku w Kazi­mie­rzu, „Sztan­dar Ludu”, 26.06.1961. [wróć]

Przy­po­mi­namy o cał­ko­wi­tym zaka­zie kąpieli w Wiśle, https://wopr.kazi­mierz-dolny.pl/przy­po­mi­namy-o-cal­ko­wi­tym-zaka­zie-kapieli-w-wisle-2/. [wróć]

R. Nowicki, Dla­czego doszło do tra­ge­dii w Kazi­mie­rzu?, „Kurier Lubel­ski”, 25–26.06.1961. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

K. Zału­ski, op. cit.[wróć]

P. Nowak, Ta tra­ge­dia na­dal budzi emo­cje. Trzy­na­ścioro dzieci uto­nęło w Wiśle. „Jeden pisk był na brzegu, a drugi pisk był w rzece”, https://kurier­lu­bel­ski.pl/ta-tra­ge­dia-na­dal-budzi-emo­cje-trzy­na­scioro-dzieci-uto­nelo-w-wisle-jeden-pisk-byl-na-brzegu-a-drugi-pisk-byl-w-rzece/ar/c1-15046460. [wróć]

A. Cie­ślik, 60 lat temu uto­nęło 13 dzieci. On wyrwał się śmierci, https://tygo­dnik.inte­ria.pl/tygo­dnik/news-60-lat-temu-uto­nelo-13-dzieci-on-wyrwal-sie-smierci,nId,5319605. [wróć]

K. Ada­ma­szek, J. Brzusz­kie­wicz, Rocz­nica tra­ge­dii: Na koniec roku szkol­nego uto­piło się 13 uczniów, https://lublin.wybor­cza.pl/lublin/7,48724,20321308,rocz­nica-tra­ge­dii-na-koniec-roku-szkol­nego-uto­pilo-sie-13-uczniow.html. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

K. Bran­dys, Listy do pani Z., Wydaw­nic­two Aneks, Lon­dyn 1993, s. 141. [wróć]

Praca w szkole i tra­ge­dia…, op. cit.[wróć]