Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Artyści niesforni. Bez definicji. Wolni tak bardzo, że dawali wolność innym.
Choć władza ludowa pragnęła kontrolować także środowiska twórcze, niektórzy ówcześni artyści i celebryci wymykali się systemowym ograniczeniom.
Miron Białoszewski pisał utwory, których prawie nikt nie rozumiał, ale i tak każdy chciał obejrzeć spektakl w jego Teatrze Osobnym. Performer Andrzej Partum chadzał własnymi ścieżkami i przerywał koncerty, by… wąchać sobie stopy. Członkowie Pomarańczowej Alternatywy, podając się za krasnoludki, organizowali pomysłowe happeningi ośmieszające absurdy codzienności i stosunki panujące nad Wisłą. Małgorzata Spychalska, córka marszałka Polski, uczestniczyła w szalonym życiu warszawskiej bohemy i mocno dała się we znaki pracownikom Ambasady Polskiej w Paryżu. A niezwykle tolerancyjny, kultowy Klub Utopia oferował zabawę na najwyższym poziomie i wprowadzał gości w nowe czasy.
Sławomir Koper, autor ponad 20 książek o PRL-u, po raz kolejny przypomina, że ta epoka wcale nie była szara
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 277
Wspaniałym kobietom, bez których ta książka nigdy by nie powstała: Małgorzacie Spychalskiej, Agnieszce Ostapiuk, Annie Kosowskiej-Czubaj i Magdalenie Solińskiej
Od autora
Każda książka ma swoją historię i nie inaczej było w przypadku Artystów niesfornych. Niemal jednocześnie pojawiło się bowiem kilka pomysłów, które skierowały moje zainteresowanie na właściwe tory.
Prawie trzy lata temu skontaktowała się ze mną Agnieszka Ostapiuk i zapytała, czy byłbym zainteresowany wspomnieniami Małgorzaty Spychalskiej. Oczywiście, że byłem, zwłaszcza że od dawna szukałem kontaktu z córką marszałka Polski, która obracała się w kręgach bohemy artystycznej PRL-u. Dzięki Agnieszce dość szybko trafiłem do pani Małgorzaty i odbyłem z nią kilka długich, interesujących rozmów.
W tym samym czasie moja agentka Anna Kosowska-Czubaj przypomniała mi, że obiecywałem się zająć osobą Andrzeja Partuma. Anna jest polonistką, tematem jej pracy magisterskiej był właśnie ten szalony performer. Posiada też nagrania rozmów z artystą (ponad 20 godzin!) i od lat zastanawiała się nad ich publikacją. Gdy udostępniła mi dokumentację dźwiękową, szybko zdałem sobie sprawę z wartości tych nagrań.
Kolejnym niespodziewanym zrządzeniem losu była rozmowa z moją wieloletnią znajomą, Magdaleną Solińską. Pewnego dnia wspomniała o Grzegorzu Okrencie i klubie Utopia, który założył. Wprawdzie nigdy nie miałem okazji być gościem tego lokalu, ale wiele o nim słyszałem. Zresztą już pierwsza rozmowa z Grzegorzem uświadomiła mi, że należy zrobić wszystko, by ten kultowy klub nie odszedł w zapomnienie. Dawny właściciel okazał się znakomitym rozmówcą, a reszty dopełniły wspomnienia Huberta Gostomskiego – niegdyś DJ-a w Utopii, a po latach kronikarza legendarnego lokalu.
W tej sytuacji postanowiłem, że jeden z rozdziałów poświęcę też Mironowi Białoszewskiemu. Zachowała się wprawdzie ogromna liczba wspomnień o poecie, ale brakowało dłuższego opracowania przedstawiającego go bez egzaltacji i zachwytów. Istnieje – oczywiście – znakomita książka Tadeusza Sobolewskiego Człowiek Miron, jednak autor przez długie lata przyjaźnił się z Białoszewskim, szczerze go podziwiał i pozostawał pod jego wpływem. Gdy czytałem liczne wspomnienia o Mironie, utwierdzałem się w przekonaniu, że praktycznie wszystkie teksty gloryfikują jego postać i mają na celu budowanie legendy. Ja natomiast chciałem przedstawić poetę w sposób zupełnie odmienny, a jednocześnie bliższy prawdzie historycznej, bo przecież Białoszewski był człowiekiem z krwi i kości, a w dodatku wyjątkowo dbał o swoje interesy. Bezwzględnie wykorzystywał też pomysły i osiągnięcia przyjaciół dla budowania własnej pozycji. Na pewno nie był poetą osobnym ani literackim abnegatem, jak chcieli go widzieć jego apologeci. Zabrakło szczerości nawet w opublikowanym pośmiertnie Tajnym dzienniku. Białoszewski bez oporów przedstawiał bowiem swoje życie prywatne, ale w kwestiach zawodowych był o wiele bardziej wstrzemięźliwy.
Od początku wiedziałem też, że do niniejszej pozycji idealnie pasuje temat, z którym zawsze chciałem się zmierzyć. Byłem bowiem świadkiem narodzin Pomarańczowej Alternatywy i szczerze kibicowałem zapaleńcom z Wrocławia. Było to coś zupełnie nowego i świeżego na gruncie polskim, a jednocześnie tak pełnego młodzieńczej fantazji, że szybko stałem się wielbicielem pomarańczowych krasnali. Tym bardziej że wszelkiego rodzaju oficjalne celebry tamtej epoki były potwornie nudne, a wystąpienia opozycji nabierały kombatanckiej rutyny.
Zagłębienie się w materiały o Pomarańczowej Alternatywie było dla mnie znakomitą przygodą, zwłaszcza że nie znałem wielu niuansów dotyczących tego ruchu. Po latach można podziwiać intrygujące pomysły Majora Fydrycha oraz jego współpracowników i nieco żałować, że ta fantastyczna grupa nie doczekała się właściwego opracowania książkowego. Mam nadzieję, że rozdział poświęcony szalonym wrocławskim happenerom ukazanym na tle ówczesnych wydarzeń historycznych wypełni tę lukę. Istnienie Pomarańczowej Alternatywy miało bowiem sens wyłącznie w schyłkowym okresie PRL-u, który był jedną z najdziwniejszych epok w naszej historii.
W ten sposób powstała książka będąca subiektywnym obrazem życia cyganerii artystycznej ostatnich dekad Polski Ludowej oraz lat po upadku komunizmu. Jest to pozycja odmienna niż wydawnictwa, jakie dotychczas oferowano Czytelnikom. Poruszam tu bowiem tematy niemal całkowicie nieznane lub – jak w przypadku Mirona Białoszewskiego – kompletnie ignorowane. Korzystałem z materiałów niepublikowanych lub konsekwentnie pomijanych w pracach innych badaczy. Należą do nich nie tylko rozmowy ze świadkami i bohaterami opisywanych wydarzeń, lecz także akta z archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Nawet w przypadku Mirona Białoszewskiego nie uwzględniano dokumentów związanych z rozpracowywaniem przez Służbę Bezpieczeństwa Teatru na Tarczyńskiej, które dostarczają wręcz rewelacyjnych informacji.
Niniejsza książka nie powstałaby, gdyby nie inspiracja czterech wspaniałych kobiet: Małgorzaty Spychalskiej, Agnieszki Ostapiuk, Anny Kosowskiej-Czubaj i Magdaleny Solińskiej. Bardzo Wam za to dziękuję i pozwalam sobie zadedykować Paniom tę pozycję.
Sławomir Koper
Rozdział 1
Zamiast wstępu, czyli szalone życie artystów PRL-u
Komuniści, przygotowując się u schyłku drugiej wojny światowej do objęcia władzy, zadbali o dobre rozpoznanie środowisk artystycznych. Doskonale wiedzieli, kto przebywa w kraju, a kto pozostał na emigracji, kto będzie ich sojusznikiem, a kogo można zastraszyć lub kupić. Nowi władcy kraju wytypowali listę twórców, których poparcie uznali za konieczne, i zrobili wiele, by uzyskać ich przychylność. Zależało im na popularnych nazwiskach, na ludziach rozpoznawalnych przez społeczeństwo i uznawanych za symbole Drugiej Rzeczypospolitej.
Powracającego ze Stanów Zjednoczonych Tuwima przyjęto z niemal królewskim splendorem, w Gdyni powitał go osobiście Jerzy Borejsza, a trasę do Warszawy odbył na pokładzie rządowego samolotu. W stolicy czekały już na Tuwima służbowa limuzyna, duże umeblowane mieszkanie, willa w Aninie oraz prasa gotowa drukować wszystko, co tylko jej przekaże. Odpowiednio również uhonorowano zmęczoną okupacją Zofię Nałkowską, gwarantując jej egzystencję na poziomie, do jakiego przywykła.
Natomiast Jarosław Iwaszkiewicz i Maria Dąbrowska błyskawicznie przekonali się, czym grozi niełaska nowych władz. Brak możliwości publikacji oznaczał brak dochodów, co stało się wystarczającym powodem do zawarcia kompromisu z komunistami. Tym bardziej że władze miały dużo do zaoferowania w zamian za posłuszeństwo – Iwaszkiewicz zachował nawet swoje Stawisko, chociaż majątek stanowił jawny anachronizm w zmienionej sytuacji społeczno-politycznej. Nazwisko pana Jarosława było jednak znane w Europie, a Stawisko leżało w pobliżu Warszawy. Często zatem było odwiedzane przez gości z zagranicy, którzy na własne oczy mogli się przekonać, jak bardzo szanuje się w Polsce pisarzy.
Marzeniem niemal każdego autora jest jak najszersza popularyzacja własnej twórczości, a to akurat władze Polski Ludowej potrafiły zagwarantować. Likwidacja analfabetyzmu spowodowała bowiem niespotykany wzrost czytelnictwa, nakłady powieści sięgały dziesiątków tysięcy egzemplarzy (przed wojną za sukces uważano sprzedaż kilku tysięcy). Prawdziwą nobilitacją było natomiast wprowadzenie książki na listę lektur szkolnych, co automatycznie zwielokrotniało i tak już wysokie nakłady. Oczywiście miało to przełożenie na zarobki pisarzy.
Wprawdzie komuniści stawiali literaturę na pierwszym miejscu, ale nie zapominali o innych dziedzinach sztuki. Szczególnie cenną zdobyczą okazał się rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Okrutnie doświadczony przez wojnę (spędził pięć lat w Auschwitz, w chwili osadzenia w obozie miał 65 lat) otrzymał katedrę rzeźby na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po dziesięciu latach przeniósł się do stolicy, gdzie jednak nie był do końca zadowolony z warunków, jakie mu zaoferowano (profesura na ASP, duże mieszkanie, ogromna pracownia oraz obietnica własnego muzeum). Narzekał na nowe budownictwo, zażądał mieszkania w starej kamienicy, a odwiedzających go partyjnych oficjeli traktował lekceważąco, czasami wręcz wyrzucając za drzwi. Uchodziło mu to jednak na sucho; był bowiem zbyt potrzebny.
Dunikowski mógł ignorować dostojników niższego szczebla, ale przyjął z rąk Bieruta Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski oraz Order Budowniczych Polski Ludowej. Odpłacił też komunistom za okazane splendory. W 1946 roku zaprojektował Pomnik Czynu Powstańczego. Prace na Górze Świętej Anny trwały aż siedem lat – wielokrotnie zmieniano założenia, roboty opóźniał również trudny charakter Dunikowskiego. Artysta nie potrafił dojść do porozumienia z ekipami wykonawczymi, żądał przysłania robotników z Włoch (!) i co pewien czas wymuszał dla siebie podwyżkę. Mimo to zaprojektował również Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej w Olsztynie oraz warszawski Pomnik Żołnierza 1 Armii Wojska Polskiego. Był bowiem realistą i wiedział, jak się odwdzięczyć władzom. Poza tym na państwowych inwestycjach doskonale zarabiał.
Nie znaleziono natomiast kompozytora, który byłby rzecznikiem nowego ustroju w sferze muzyki poważnej. Nieżyjący już Karol Szymanowski zapewne stałby się łatwą zdobyczą dla komunistów. Idealnie pasował do tej roli – inspirował się polskim folklorem (co władze wysoko ceniły) i jednocześnie potrafił wydać każde zarobione pieniądze. Nie sprawdził się Ludomir Różycki, z którym wiązano pewne nadzieje, natomiast najzdolniejsi kompozytorzy młodego pokolenia nie zamierzali podporządkować się wymogom nowej epoki. Grażyna Bacewicz nie napisała żadnego (!) utworu w stylu realizmu socjalistycznego, natomiast Witold Lutosławski ograniczył się do komponowania pod pseudonimem pieśni masowych. Lepiej układała się władzom współpraca z wyjątkowo doświadczonym podczas wojny pianistą Władysławem Szpilmanem, ale zdecydowanie większe sukcesy osiągał on jako kompozytor muzyki rozrywkowej.
Cenną zdobyczą okazał się natomiast Grzegorz Fitelberg. Słynny dyrygent nigdy nie interesował się polityką i nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak ustrój państwa. Jako szef orkiestry Filharmonii w Katowicach stał się źródłem kapitalnych anegdot, które świadczyły o tym, że muzyk żyje we własnym świecie. Podróżując bowiem kiedyś po Polsce samochodem (towarzyszyło mu dwóch pracowników Urzędu Bezpieczeństwa), natknął się na procesję z okazji Bożego Ciała. Wysiadł z pojazdu, ukląkł i przeżegnał się. A gdy zauważył brak podobnej reakcji u swoich współtowarzyszy, zapytał podejrzliwie: „A panowie co, żydzi?”.
Do legendy przeszło jego zachowanie dzień po śmierci Stalina. Rano, przed próbą orkiestry, stanął przed zespołem i powiedział:
„– Proszę wstać, dzisiaj w nocy umarł wielki radziecki… kompozytor Siergiej Prokofiew, mój przyjaciel. Proszę uczcić jego pamięć minutą milczenia.
Minuta minęła, wszyscy siadają, a on odwrócił się do koncertmistrza i zapytał:
– Panie Wochniak, podobno Stalin też umarł?”1.
Faktycznie, Stalin i Prokofiew zmarli tego samego dnia.
Za początek socrealizmu nad Wisłą uważane jest wystąpienie Bolesława Bieruta na Konferencji Warszawskiej PZPR-u w lipcu 1949 roku. W rzeczywistości doktryna obowiązywała już wcześniej, co stało się widoczne szczególnie w dziedzinie architektury. W zniszczonym wojną kraju twórcy mieli duże pole do popisu, w nowej konwencji powstawały całe miasta i dzielnice. Najbardziej znanymi przykładami są Nowa Huta i warszawski Plac Konstytucji. Nie należy zapominać również o nieco późniejszym Pałacu Kultury i Nauki.
W dziedzinie budownictwa mieszkaniowego założenia socrealizmu były całkiem rozsądne. Nowa, socjalistyczna treść miała zagwarantować użytkownikom higieniczne warunki bytowe. Lokale planowano wprawdzie niewielkie, ale wyposażone w bieżącą wodę i kanalizację. Tam, gdzie było to możliwe, mieszkańcy mieli do dyspozycji obszerne tereny zieleni miejskiej oraz szerokie ulice i place, na których lud pracujący miał publicznie wyrażać swoją aprobatę dla istniejącego porządku. Zapewne nie przypuszczano wówczas, że 30 lat później tego rodzaju założenia architektoniczne staną się przekleństwem dla oddziałów ZOMO rozpędzających demonstracje na terenie Nowej Huty…
Najbardziej jednak widoczną cechą architektury socrealistycznej była monumentalność gmachów użyteczności publicznej. Bezkrytycznie kopiowano sowieckie rozwiązania – wokół budynków zaroiło się więc od herosów awansu społecznego. Posągi o zwalistych kształtach miały twarze nieskażone wysiłkiem umysłowym i obowiązkowo prezentowały atrybuty wykonywanego zawodu. Najbardziej ambitni ściskali jednak w dłoniach opasłe tomy klasyków marksizmu-leninizmu sugerujące ich ambicje intelektualne. Zadziwiającą sprawą pozostaje to, że w produkcji tych okropieństw brało udział grono całkiem zdolnych rzeźbiarzy z Aliną Szapocznikow na czele.
Gwałtowne protesty zwolenników socrealizmu wywołała natomiast budowa Centralnego Domu Towarowego w Warszawie (obecny Smyk). Budynek zaprojektowany jeszcze w stylu późnego modernizmu został ukończony już w latach obowiązywania realizmu socjalistycznego. Mimo nacisków entuzjastów nowej doktryny nie zmieniono projektu, chociaż zastosowane rozwiązania potraktowano za zbędne dla klasy robotniczej. Obiekt posiadał bowiem podziemny parking (pierwszy w Warszawie), otwarty taras z kawiarnią oraz nowoczesne urządzenia przeciwsłoneczne. Nic dziwnego, że budynek uznano za kompletnie bezideowy.
W styczniu 1949 roku w Szczecinie odbył się Zjazd Literatów Polskich, który zapoczątkował socrealizm w literaturze. Dla posłusznych autorów przewidziano wiele przywilejów: domy pracy twórczej, przydziały mieszkań, opiekę medyczną w rządowych klinikach, emerytury, a nawet mandaty poselskie. W Sejmie dożywotnio zasiadali Zofia Nałkowska i Jarosław Iwaszkiewicz, posłami pierwszych kadencji byli: Jerzy Andrzejewski, Jan Dobraczyński, Jerzy Zawieyski czy Stefan Kisielewski.
Bohdan Czeszko, poseł w latach 1965-1980, nie miał najlepszego zdania o swoich kolegach pisarzach z czasów Sejmu V kadencji.
„Był jednym z trzech pisarzy, którzy zasiadali wtedy w sejmie – wspominał Janusz Głowacki. – Opowiadał, że obaj pozostali, czyli Władysław Machejek i Wilhelm Szewczyk, przynosili wódkę w butelkach po wodzie sodowej i pod koniec każdej sesji spadali ze stołków poselskich. Jednego dnia, nie mogąc dłużej na to patrzeć, oburzeni posłowie z Katowic złożyli interpelację do laski marszałkowskiej, że to jest skandal, że towarzyszom pisarzom się wódkę w bufecie sprzedaje, a im nie. Po interpelacji podobno przepisy złagodniały. Czeszko miał do obu pisarzy posłów stosunek niechętny: »To, że chujowo piszą i że są w dupę pijani, to mniejsza o to. Najgorsze, że pierdolą te potworne posłanki«”2.
Czeszko mógł sobie jednak na wiele pozwolić – był żołnierzem Armii Ludowej z piękną kartą zapisaną podczas Powstania Warszawskiego obdarzonym prawdziwym talentem. Nawet jego socrealistycznej powieści Pokolenie nie brakowało walorów literackich. Zresztą niebawem posłużyła Andrzejowi Wajdzie jako podstawa scenariusza debiutu fabularnego.
Dyktatowi socrealizmu poddali się również literaci o wielkich nazwiskach – Zofia Nałkowska popełniła Medaliony, a Maria Dąbrowska Na wsi wesele. Wszystkich przelicytowali jednak pisarze młodszego pokolenia. Jan Wilczek opublikował propagandową powieść Nr 16 produkuje, Aleksander Ścibor-Rylski Węgiel, natomiast Kazimierz Brandys cztery tomy cyklu Między wojnami. Brandys poszedł zresztą dalej – w jednej z kolejnych książek, Obywatele, czarnymi charakterami uczynił deprawatora młodzieży, księdza katechetę Leśniarza, oraz nauczyciela Działyńca (podstępnego wroga klasowego). Na szczęście groźny spisek zdemaskowali dzielni członkowie Związku Młodzieży Polskiej, a fabuła powieści zakończyła się procesem „pięciu bankrutów politycznych, pięciu zajadłych wrogów Polski Ludowej”.
Książki Brandysa rozchodziły się w bajecznych nakładach. Sam pisarz po latach przyznał, że stosowano wówczas niekonwencjonalne metody dystrybucji. W niektórych wiejskich sklepach każdy, kto chciał kupić wiadro, musiał obowiązkowo nabyć jedno z dzieł pisarza…
Akceptację władców Polski Ludowej usiłowali również uzyskać ludzie niezwiązani wcześniej z lewicowym światopoglądem. Magdalena Samozwaniec zasłużyła się komunistom, pisząc parodię polskiej arystokracji (Błękitna krew), dzięki czemu niebawem mogła wydać znakomitą Marię i Magdalenę. Natomiast Jerzy Andrzejewski, odcinając się od swojej katolickiej przeszłości (powieść Ład serca), napisał znakomity Popiół i diament. Powieść ta nie wzbudziła jednak zachwytu komunistów jako zbyt nieokreślona i niejednoznaczna w wymowie.
Większość twórców traktowała socrealizm jako zło konieczne, zdarzali się jednak tacy, którzy szczerze wierzyli w nową doktrynę. Należeli do nich członkowie Grupy 49: Tadeusz Baird, Kazimierz Serocki i Jan Krenz – kompozytorzy tworzący zgodnie z zasadami filozofii marksistowskiej. Chociaż przekaz ideologiczny najlepiej sprawdzał się w utworach wokalno-instrumentalnych, również dzieła pozbawione partii śpiewanych doskonale odnajdywały się w nowym porządku (Symfonia pokoju Andrzeja Panufnika).
Nad ideologiczną stroną polskiej muzyki czuwała osławiona Zofia Lissa, wiceprezeska Związku Kompozytorów Polskich. Prezentowała wyjątkowy serwilizm wobec władz, dzielnie tropiąc „imperialistyczną zgniliznę” i utrudniając życie swoim przeciwnikom. Stefan Kisielewski (jedna z jej ofiar) uważał, że „nie była to zła kobieta, tylko – jego zdaniem – głupia”. Gdy wreszcie ją pobito w czasie jakiegoś napadu, stwierdził, że „metod nie pochwala, ale wybór był dobry”.
W 1947 roku na ekrany kin wszedł pierwszy film utrzymany w konwencji socrealizmu – Jasne łany w reżyserii Eugeniusza Cękalskiego z udziałem Kazimierza Dejmka, Jana Kurnakowicza i Andrzeja Łapickiego. Wśród obrazów nakręconych w obowiązującej stylistyce zdarzały się – podobnie jak w przypadku literatury – również bardziej ambitne pozycje, na przykład Celuloza Kawalerowicza czy wspomniane już Pokolenie Wajdy. Ten ostatni obraz uważany jest za zapowiedź słynnej szkoły polskiej w kinematografii, która ostatecznie miała zerwać z zasadami sztuki socjalistycznej.
Realizując filmy typowo rozrywkowe, nie zapominano o metodach sprawdzonych w okresie międzywojennym. Nic tak bowiem nie podnosiło popularności filmu jak komediowa konwencja okraszona chwytliwymi piosenkami. W Przygodzie na Mariensztacie w rywalizację dwóch ekip murarskich (damskiej i męskiej) wpleciono wątek miłosny, uzupełniając go piosenkami autorstwa Tadeusza Sygietyńskiego. Stały się przebojami (szczególnie Jak przygoda, to tylko w Warszawie) pamiętanymi do dziś. Niegasnącą popularnością cieszą się również inne hity socrealizmu: Na prawo most, na lewo most, Warszawa, ja i ty (z filmu Skarb) czy Piosenka o Nowej Hucie.
W budowę socjalizmu włączyli się również poeci. Władysław Broniewski napisał Słowo o Stalinie, natomiast Leopold Lewin Poemat o Dzierżyńskim, Pieśń zjednoczonych partii i Kantatę o Bierucie. W tyle nie pozostawał Gałczyński, a niektórymi wierszami Tuwima zachwycano się nawet na emigracji (ze względu na ich formę).
Z poetami bywały z reguły problemy, a jako pierwszy zaczął je sprawiać Gałczyński. Pan Konstanty miał wyjątkowo niepokorny charakter, poglądy polityczne zmieniał często, a wierny pozostawał wyłącznie alkoholowi. Przed wojną bliżej mu było do prawicy, ale chyba niczego w życiu nie traktował poważnie. W Polsce Ludowej pisał wprawdzie w konwencji socrealistycznej, jednak jego twórczość szybko potępiono jako drobnomieszczańską. Adam Ważyk publicznie zażądał (podczas zjazdu literatów w 1950 roku), by „ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach”. Miało to oznaczać „oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu”.
„Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić – zauważył przytomnie Gałczyński – ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?”3.
Do nowej rzeczywistości niebawem zraził się również sam Ważyk. Jak przystało na poetę, wybrał literacką formę protestu, publikując w 1955 roku na łamach „Nowej Kultury” Poemat dla dorosłych. Atakował w nim socrealizm, fałsz propagandy oraz demoralizację obyczajową robotników. Utwór spotkał się z nieprawdopodobnym odzewem społecznym. Egzemplarze tygodnika sprzedawano na bazarach po 300 złotych (pismo kosztowało 1,20 zł), a poemat przepisywano w tysiącach egzemplarzy.
„To był wiersz – twierdził Jacek Kuroń – który rozdrapywał rany, mówił rzeczy, jakich wtedy nie chcieliśmy czy też nie mieliśmy odwagi nazwać. »Z niej się wytapia robotnicza klasa./ Dużo odpadków, a na razie kasza« – przecież klasa robotnicza to była dla nas świętość, a tu takie słowa. Albo: »Wszystko tu stare. Stare są hycle / od moralności socjalistycznej«. Wielu moich partyjnych przyjaciół było oburzonych. Ja uznałem jednak, że każde słowo Poematu to prawda, a skoro tak, to muszę ją głosić”4.
Wobec zaistniałej sytuacji osobiście interweniowała Wanda Wasilewska, utwór Ważyka stał się też tematem dziesiątków zebrań partyjnych. Ze stanowiskiem pożegnał się naczelny „Nowej Kultury”, zarząd kombinatu w Nowej Hucie został odwołany, wymuszono również dymisję miejscowej organizacji partyjnej. Na terenie Nowej Huty ruszyła budowa sklepów i barów mlecznych, powstał też Teatr Ludowy (dotychczas działało tam tylko jedno kino). Dzieje Polski Ludowej już nigdy nie zanotowały podobnej kariery utworu literackiego.
„Marzyciel Fourier uroczo zapowiadał,
że w morzu będzie pływać lemoniada.
A czyż nie płynie?
Piją wodę morską,
wołają –
lemoniada!
Wracają do domu cichaczem
rzygać,
rzygać!”5.
Inną metodę kontestacji wybrał natomiast Broniewski. Wprawdzie wyrobił sobie już zdanie na temat sowieckiego komunizmu (zadbało o to NKWD na Łubiance), ale początkowo wyrażał nadzieję, że polska wersja okaże się „socjalizmem z ludzką twarzą”. Rozczarowany uciekł w świat alkoholu, a na problemy ideologiczne dodatkowo nałożyła się nigdy niewyjaśniona śmierć ukochanej córki.
„Przyjechaliśmy na miejsce w południe – wspominał Janusz Atlas wizytę w Domu Pracy Twórczej w Oborach – było bardzo ciepło i świeciło słońce. Przed czworakami stało wielu dorosłych z ożywieniem o czymś rozmawiających. I wtedy ojciec podniósł mnie w górę i kazał patrzeć w wybrane okno na pierwszym piętrze. Pamiętam to okno jak dziś, otwarte na oścież, wypełnione czymś, co wydawało mi się… dużą pupą. »Tak jest – przyklasnął tatuś. – Zapamiętaj, synku, to jest pupa największego polskiego poety rewolucyjnego«”6.
Życie toczyło się jednak dalej, a znaczna część społeczeństwa nie wdawała się dyskusje ideologiczne. Polaków interesował przede wszystkim poziom codziennego życia, który trudno było uznać za zadowalający. Władze usiłowały ograniczyć narastające niezadowolenie, zapewniając odpowiednie formy wypoczynku wakacyjnego, bowiem – zgodnie z założeniami przodującego ustroju – klasa robotnicza powinna nie tylko wydajnie pracować, lecz także odpoczywać we właściwych warunkach. Miał to zapewnić powołany wkrótce po wojnie Fundusz Wczasów Pracowniczych, któremu podlegały ośrodki wypoczynkowe na terenie całego kraju. Z czasem znaczenie FWP-u spadło, jego rolę przejęły ośrodki branżowe, ale idea pozostała ta sama. Organizację zbiorowego wypoczynku ułatwiała powojenna zmiana granic – na obszarze PRL-u znalazły się bowiem tereny rekreacyjne Pomorza, Mazur i Dolnego Śląska z nieźle rozwiniętą bazą turystyczną.
Szeroki dostęp klasy robotniczej do wypoczynku oznaczał dostosowanie jego form do poziomu odbiorców – kurorty zabudowano więc podobnymi do siebie domami wczasowymi (ze zbiorowymi łazienkami) oraz domkami campingowymi bez kanalizacji. Turnusy przebiegały według niemal identycznego wzorca, a najważniejszy był tam osobnik odpowiedzialny za rozrywkę, powszechnie nazywany kaowcem (pracownik kulturalno-oświatowy). Z reguły reprezentował „typ przedwojennego birbanta i bawidamka” usiłującego „cywilizować robotniczo-chłopską klientelę FWP”. Nie było to zresztą łatwe zadanie.
„Złego słowa nie można powiedzieć pod adresem pań instruktorek i panów instruktorów – zauważał dziennikarz Zbigniew Adrjański – którzy dwoili się i troili, aby swoim podopiecznym wczasy jakoś umilić, organizując wieczorki zapoznawcze i wieczorki pożegnalne, koncerty estradowe, wieczorki autorskie”7.
Najczęściej nie były to jednak zbyt wyrafinowane rozrywki, zresztą uczestnicy zorganizowanych form wypoczynku nie oczekiwali zbyt ambitnego repertuaru. Ilustrację muzyczną urlopów z Funduszem stanowią znakomite piosenki: Jesteśmy na wczasach Wojciecha Młynarskiego czy Wakacje z blondynką Macieja Kossowskiego. W tyle nie pozostawali filmowcy – Jerzy Sztwiertnia nakręcił Wesołych świąt, ukazując w krzywym zwierciadle jakość turnusowych romansów. Natomiast klasą samą w sobie pozostaje do dzisiaj Rejs wyreżyserowany przez Marka Piwowskiego o alternatywnym rodzaju uspołecznionego wypoczynku (FWP organizował również rejsy po Wiśle).
Ludzie z ambicjami, a głównie studenci, nie korzystali jednak z propozycji Funduszu. W ich gronie niezwykle popularne stały się Bieszczady (Zielone wzgórza nad Soliną), Mazury i Pojezierze Suwalskie (Augustowskie noce). Artyści ze Studenckiego Teatru Satyryków upodobali sobie Krzyże nad Jeziorem Nidzkim, a prymitywizm tamtejszych warunków bytowych stanowił dla nich dodatkową atrakcję. Brak prądu i bieżącej wody rekompensowały kontakt z dziką przyrodą oraz niemal całkowita izolacja od zdobyczy cywilizacji. W pobliżu, w Leśniczówce Pranie, spędził zresztą ostatnie lata życia wyklęty w Warszawie Gałczyński.
Z kolei środowisko literatów i aktorów co roku odwiedzało Chałupy na Półwyspie Helskim. Bywali tam Dygatowie, Janowska, Zapasiewicz, Gołas, Kamas, Śląska. Kalina Jędrusik szokowała swoim seksapilem, natomiast Janusz Głowacki stanął nawet przed kolegium orzekającym w Pucku. Przyłapano go bowiem na grze w szachy w stroju adamowym.
„Była to starannie przygotowana akcja – wspominał. – Patrol wyczołgał się zza wydm i ruszył w nasza stronę, maskując się gałęziami jak Las Birnamski w Makbecie. A wtedy czasy były takie, że opalać się u nas mogli nago tylko i wyłącznie Niemcy z NRD”8.
Na posiedzenie kolegium zjechała cała brać artystyczna z Chałup, stawiła się również kronika filmowa z Markiem Piwowskim. Głowacki i drugi „przestępca”, Andrzej Markowski z tygodnika „Szpilki”, zostali skazani na najwyższe możliwe grzywny. Głowackiemu odebrano także nagrodę warszawskiego czasopisma „Kultura”, co było znacznie dotkliwszą karą.
W czasach PRL-u na znaczeniu straciło natomiast Zakopane. Nie aspirowało już do roli kulturalnej stolicy Polski, z jego pejzażu zniknęli artyści stanowiący o odmienności kurortu. Nie żyli już Szymanowski, Witkacy i Wojciech Kossak, na emigracji pozostali August Zamoyski i Kazimierz Wierzyński. Zdegradowane do roli tłumnie obleganego miejsca wypoczynku klasy robotniczej powoli traciło swoją wyjątkowość.
Urlop z reguły trwał znacznie krócej niż lato, zatem stolica również mogła się pochwalić miejscem, gdzie wypoczywali ludzie o znanych nazwiskach. Mowa o kompleksie basenów Legii, po remoncie oddanych do użytku w 1956 roku. Obiekt szybko uzyskał status kultowego.
„Basen Legii otwierano 1 maja, zaraz po pochodzie – wspominał Jerzy Gruza. – Uroczystość zaczynała się skokiem z wieży basenu »Grubego Kazia«, basenowego, który ważył sto pięćdziesiąt kilo, a może więcej. Woda występowała wtedy z brzegów i orkiestra siedząca na szczycie wieży zaczynała grać dixieland. Kazio był typem nierozerwalnie związanym z życiem basenu na Łazienkowskiej. Można go też było oglądać w wielu polskich filmach fabularnych tego okresu. Ze względu na olbrzymi brzuch i wagę był uosobieniem krwiopijcy, kapitalisty, imperialisty i wroga ludu. W rzeczywistości był przemiłym, sympatycznym i jowialnym facetem, oddanym porządkowi i sprawnemu funkcjonowaniu basenu od rana do nocy. Nie wiadomo było, jak i z czego żyje po sezonie”9.
Basen Legii przyciągał reprezentantów najrozmaitszych środowisk: literatów, pisarzy, prywaciarzy, studentów. Nie brakowało pań lekkich obyczajów i zwykłych prowincjuszy poszukujących wrażeń. Właśnie tutaj Wojciech Frykowski rzucał wyzwanie trenującym zawodnikom klubu, a Roman Polański wypatrzył Jolantę Umecką, którą obsadził w swoim filmie Nóż w wodzie.
Na Legii wypadało bywać, najlepiej w odpowiednim towarzystwie. Obowiązywała tam bowiem specyficzna hierarchia.
„W najtajniejszym zakątku trawy – opisywała Agnieszka Osiecka – w cieniu pod siatką (to znaczy – pod parkanem) rozłożyły się najważniejsze dziewczyny całego zgromadzenia: półboginki, piękności i samotnice. Były wśród nich te, które »chcą być same«, te, które »chcą przeczytać ciekawą książkę«, a także te, które wiedzą, że i tak będą poderwane, chociaż skryły się w cieniu. (…) Skład klasowy tych dziewczyn bywał (choć niekoniecznie) nieco wyższy od dziewczyn spod szatni. Trafiały się rzeźbiarki z dobrych rodzin, bez żadnego makijażu, otulone w starą sukmanę stangreta, malarki uszminkowane od rana na Kleopatrę (…) i studentki szkoły teatralnej, śliczne i zdrowe, prosto z malutkiego miasteczka”10.
Najważniejszą grupę stałych bywalców basenu tworzyli artyści i ludzie interesu. Następowało zupełne pomieszanie środowisk – zamożnym badylarzom czy producentom krawatów towarzyszyli literaci i filmowcy. Byli to ludzie dysponujący z reguły znaczną gotówką, co przekładało się na ich sukcesy towarzyskie. Czasami zresztą nie wiadomo było, jaką profesję uprawiają. Jak choćby legendarny bywalec basenu o pseudonimie „Wuj”.
„Krążyły o nim plotki – opowiadała Osiecka – od których włosy jeżyły się na głowie: że handluje narkotykami, że jest madonną siedmiu wywiadów (wuj! madonną!), że oszukuje w pokera, że jest zwyczajnym gangsterem i tak dalej, i tak dalej. Dla naszej jednak opowiastki jest ważne tylko to, że »Wuj« był człowiekiem przepotwornie majętnym. Poruszał się po Warszawie wściekle czerwonym Mercedesem i robił przy tym tyle hałasu, co Benio Krzyk przy przejeździe przez Odessę”11.
Inną charakterystyczną postacią Legii był aktor Adam (Duduś) Pawlikowski nazywany „epizodystą doskonałym”. Były żołnierz Armii Krajowej po Powstaniu Warszawskim trafił do Włoch, gdzie rozpoczął naukę na akademii medycznej. Przerwał ją, by wrócić do kraju, i przez pewien czas studiował muzykologię. Uznanie przyniosły mu niewielkie role w filmach szkoły polskiej, szczególnie u Andrzeja Wajdy. Do historii naszego kina przeszła scena z Popiołu i diamentu, gdy razem ze Zbyszkiem Cybulskim palili alkohol w kieliszkach jako znicze za poległych kolegów.
„Zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia – wspominał Jerzy Gruza – czym mógł zainteresować kobietę: teorie Powstania Warszawskiego i jego konieczność, reguła zakonu jezuitów, anegdota z baru w Kameralnej, podwójne znaczenie jakiejś litery w języku japońskim, którego się właśnie uczył. Siedział trochę z daleka od nas, bajerantów banalnych, i unosił się w rejonach, które zaskakiwały opalające się dziewczyny, że można je traktować tak poważnie”12.
Obaj bohaterowie Legii – Pawlikowski i „Wuj” – zakończyli życie tragicznie: popełnili samobójstwo, wyskakując przez okno. Pawlikowski od lat zmagał się z chorobą psychiczną, natomiast „Wuj” stracił cały majątek i nie chciał już dłużej żyć. Nie żyje też Agnieszka Osiecka oraz inni uczestnicy tamtejszego życia towarzyskiego: Jerzy Gruza i Tadeusz Pluciński. Ten drugi dzielnie kontynuował karierę uwodziciela zapoczątkowaną przy Łazienkowskiej i uczciwie zapracował na miano największego playboya w środowisku aktorskim…
Warszawskie restauracje epoki PRL-u to temat zasługujący na oddzielne opracowanie. O większości nie warto nawet wspominać, jednak kilkanaście z nich na zawsze zapisało się w dziejach polskiej kultury. Bywali tam bowiem najwybitniejsi artyści, a ich nazwiska stały się symbolem stołecznych lokali.
Jak powszechnie wiadomo, Polacy nie potrafią żyć bez chodzenia na kawę, a zwyczaj ten nie ma wiele wspólnego z piciem samego napoju. Zwykle stanowi pretekst do spotkania towarzyskiego, flirtu czy wymiany poglądów. Wkrótce po zajęciu miasta przez Sowietów wróciły dawne obyczaje. Były to czasy „parterowej Marszałkowskiej” (w zburzonej stolicy życie koncentrowało się na parterach uszkodzonych domów), a w ruinach powstawały sklepy, lokale usługowe oraz barki kawowe tłumnie odwiedzane przez zjeżdżających do Warszawy mieszkańców. Władza ludowa nie zamierzała jednak tolerować burżuazyjnego obyczaju i w ramach bitwy o handel upaństwowiła większość lokali. Socjalistyczne placówki oferowały usługi na znacznie niższym poziomie, nieskażone jednak „zachodnią dekadencją”.
Mimo to w pejzażu gastronomicznym Warszawy przetrwało kilka miejsc, których istnienie można uznać za kontynuację tradycji przedwojennej Małej Ziemiańskiej. Ich stali bywalcy kultywowali regularne spotkania oraz intelektualną wymiany poglądów. Najważniejszym tego rodzaju lokalem była kawiarnia działająca w podziemiach wydawnictwa Czytelnik przy ulicy Wiejskiej. Zgodnie z intencją założycieli miało to być miejsce, gdzie twórcy mogą swobodnie porozmawiać, wypić kawę i ewentualnie zjeść śniadanie. Chyba nikt nie podejrzewał, że w ten sposób powstanie legenda.
Stworzył ją mieszkający w pobliżu Tadeusz Konwicki. Początkowo pojawiał się tam w towarzystwie Leopolda Tyrmanda, z czasem zaczął okupować lokal codziennie. Do jego stolika przysiadali się tłumaczka Irena Szymańska i Antoni Słonimski, stałymi partnerami kawiarnianych debat byli też Stanisław Dygat, Jerzy Andrzejewski i Leszek Kołakowski. Niebawem grono bywalców poszerzyło się o ludzi filmu (Jerzy Kawalerowicz i Gustaw Holoubek). Stolik Konwickiego stał się ważnym punktem na artystycznej mapie stolicy. Dominowały dyskusje literackie i filmowe, jednak w pobliżu „na wszelki wypadek” przesiadywali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Konwicki zawsze podkreślał, że dla niego spotkania w Czytelniku „to impreza czysto rekreacyjna”. Opinia ta chyba zraziła bojowo nastawionego Słonimskiego, bowiem przeniósł się do maleńkiej kawiarni Państwowego Instytutu Wydawniczego na Foksal, gdzie znalazł środowisko bardziej zaangażowane politycznie.
Pan Antoni nazywał ją Cafe Snob – i miał dużo racji. W lokalu, który szybko zyskał miano elitarnego, znajdowało się zaledwie kilka (!) stolików. Niełatwo było w ogóle tam wejść, a dotarcie do stolika Słonimskiego graniczyło z prawdziwym cudem. To właśnie tutaj pan Antoni i Jan Józef Lipski napisali słynny List 34 (zbytnio się nie natrudzili, bowiem pismo liczyło zaledwie dwa zdania). Lokal odwiedzili także podczas swojej wizyty w Warszawie Jean-Paul Sartre i Simone de Beauvoir.
Reprezentanci młodszego pokolenia preferowali jednak lokale z wyszynkiem, gdzie przy wódce prowadzono „trudne Polaków rozmowy”. Przez kilka lat jedynym takim miejscem w Warszawie była unieśmiertelniona przez Hłaskę Restauracja Kameralna na Foksal. A właściwie lokal składający się z baru, restauracji i klubu nocnego. Szybko zyskała też wątpliwą sławę – wódka lała się tam strumieniami, a do bójek dochodziło codziennie.
Mimo że miejscową kuchnię uważano za doskonałą, większość gości pojawiała się w Kameralnej wyłącznie w celu konsumpcji alkoholu – zamawiali najczęściej „koniak i owoce południowe” (czyli pół litra i ogórki). W oparach tytoniowego dymu toczyły się niekończące rozmowy o życiu, polityce i literaturze. Stali bywalcy (wśród nich Hłasko) nawet przechowywali u szatniarzy marynarki i krawaty, bowiem bez tych elementów garderoby wstęp do Kameralnej był zakazany. Do lokalu trafiali również zagraniczni goście, oczywiście o postępowych poglądach.
Wraz z końcem epoki stalinizmu Kameralna zaczęła podupadać, klientów odbierały jej nowo powstające lokale. Na Krakowskim Przedmieściu specjalnym uznaniem sfer artystycznych cieszyła się restauracja Hotelu Bristol.
„Selekcja gości była [tam] bezwzględna – opisywał Janusz Głowacki – żule ani klasa robotnicza nie mieli wstępu, zresztą było dla nich za drogo. Tu kłębili się utracjusze, niedobitki przedwojennych sfer wyższych, aferzyści, artyści, grała orkiestra, był parkiet, tańczono, a Zbyszek Cybulski rozpaczał, że go Wajda przestał brać do filmów. Tu uwodził sławnych sportowców znakomity pisarz Jerzy Andrzejewski, tańczył przepijający pieniądze niewiadomego pochodzenia sławny rotmistrz Rzeszotarski, a za nim jak cień sunął Duduś Pawlikowski – eseista i aktor nazywany najpiękniejszym rekwizytem polskiego filmu. I oczywiście tajniacy, prywaciarze, badylarze, synowie kuśnierza Skórki, szewców Śliwki i Filantropa, pierwsza liga prostytutek, czyli Iza Drabina, Paszcza, Paskuda, Patelnia, Pstynka, Czar Starówki”13.
W takim miejscu nie mogło zabraknąć również tajniaków, którzy złorzeczyli na fatalną jakość aparatury podsłuchowej…
Największą jednak legendą życia towarzyskiego stolicy okazał się położony w Alejach Ujazdowskich lokal SPATiF-u (Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu). Tam naprawdę działy się czasami rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom.
„SPATiF był knajpą o tyle wyjątkową, że działającą na zasadzie klubu – wyjaśniał Janusz Atlas. – Pojawiający się tam ludzie nie byli przypadkowymi przechodniami z ulicy, najpiękniejszej zresztą w całym mieście. Do SPATiF-u nie przychodziło się też nigdy tylko w celach gastronomicznych, lecz po to, żeby być, zaistnieć, spotkać się, porozmawiać, ewentualnie upić, ale to już tylko i wyłącznie przy okazji”14.
Było to naturalne środowisko literatów, aktorów, reżyserów, dziennikarzy i sportowców. Właśnie tam kulomiot Władysław Komar „dolewał do kury w rosole ćwiartkę wódki i ten koktajl duszkiem wypijał”, a Piwowski, Maklakiewicz i Głowacki wymyślali dialogi do kultowego Rejsu. To w SPATiF-ie po 30 latach spotkali się Loda Halama i Słonimski, a pisarz Józef Prutkowski rozprowadzał po lokalu striptizerki z prowincji szukające w stolicy męża z mieszkaniem.
„W SPATiF-ie dyskutowało się Heideggera i aktualny kurs dolara – przyznawał Głowacki – szanse odzyskania niepodległości i napicia nierozcieńczonego jarzębiaku, zrobienia dobrego filmu i okradzenia Szweda przy barze”15.
Przez pewien okres w soboty grał w SPATiF-ie trzyosobowy zespół (pianino, banjo, marakasy) i zdarzało się, że goście tańczyli solo. Podobno czasami panowała tam atmosfera jak na Titanicu z elementami Balu u senatora i chocholich pląsów.
„Tańczyli wszyscy – kontynuował Głowacki – aktualny kierownik wydziału kultury KC Aleksander Syczewski i polujący na każdą możliwość wywołania bójki młodzi lirycy z pisma »Współczesność«. Andrzej Brycht, przed ucieczką na Zachód ulubieniec władzy, i autorzy ostro cenzurowani. Tańczył marcowy reżyser Bohdan Poręba i pobity w marcu Stefan Kisielewski. Wschodzące gwiazdy reżyserii Janusz Kondratiuk i Janusz Zaorski oraz wszystkie kelnerki. (…) A obok, wywracając się na stoliki, w zawiązanej na głowie chustce wywijał swoją »polkę-treblinkę« Janek Himilsbach”16.
Lokal zamykano późno w nocy, a taksówki bywały w tamtych czasach luksusem. Życie nie znosi jednak próżni i goście nie miewali problemów z powrotem do domu lub z przemieszczeniem się do innego lokalu. Epoka PRL-u obfitowała w niekonwencjonalne rozwiązania.
„Pod knajpą ustawiał się sznur polewaczek – dodawał Głowacki. – Kurs do otwartego dłużej Ścieku na Trębackiej kosztował sto złotych, a z polewaniem sto pięćdziesiąt. Kierowca zawsze lojalnie pytał: »Lać?«. I jeżeli człowiek chciał się poczuć albo zaimponować kobiecie, nie licząc się z kosztami, mówił: »Lać«”17.
Pasażerami polewaczek byli z reguły goście restauracyjni, zwykli Warszawiacy najczęściej radzili sobie inaczej. Wojciech Mann podczas festiwalu Jazz Jamboree opiekował się saksofonistą Ornette’em Colemanem i również bez problemu załatwił mu nocny transport do Klubu Stodoła. Ubrany w futro muzyk był przeszczęśliwy, nigdy bowiem nie przeżył podobnej przygody.
„Zrobiłem więc coś, co w nocnej Warszawie nie było niczym nadzwyczajnym – wspominał Mann po latach. – Rozpaczliwie zatrzymałem jadący do zajezdni pusty autobus komunikacji miejskiej. Kierowca zaciekawiony albo rozpaczą moich gestów, albo ciemnoskórym futrzakiem zatrzymał się potulnie obok nas. Za umówioną naprędce sumę zrzucił tablice i po kawaleryjsku dowiózł nas do Stodoły. Zachwyt wirtuoza saksofonu, który taczał się na zakrętach po pustym autobusie, wart był każdych pieniędzy”18.
Małgorzata Kobiela, Bogumił Kobiela i Jerzy Passendorfer w restauracji SPATiF-u, Warszawa, lata 60.Fot. Jerzy Michalski / RSW / Agencja Forum
Antoni Słonimski (pierwszy z lewej) i Jarosław Iwaszkiewicz (pierwszy z prawej) nie wszystkim pozwalali usiąść przy ich ulubionym stoliku w kawiarni Czytelnika, Warszawa 1959 rok.Fot. Andrzej Szypowski / East News
Agnieszka Osiecka podaje do chrztu Agnieszkę… Osiecką. Tak brzmi nazwisko panieńskie Agnieszki Ostapiuk, która zainspirowała autora do napisania tej książki.Ze zbiorów prywatnych Agnieszki Ostapiuk
Dyrygent Grzegorz Fitelberg po drugiej wojnie światowej okazał się dla polskich komunistów cenną zdobyczą propagandową.Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Xawery Dunikowski narzekał na nowe budownictwo, a odwiedzających go partyjnych oficjeli czasami wyrzucał za drzwi. Uchodziło mu to na sucho – był bowiem zbyt potrzebny władzy.Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Konstanty Ildefons Gałczyński w Polsce Ludowej pisał w konwencji socrealistycznej, jednak jego twórczość szybko potępiono jako drobnomieszczańską.Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Rozdział 2
Miron Białoszewski — prawda i legenda o poecie osobnym
Miron Białoszewski zajmuje specyficzną pozycję w dziejach polskiej literatury. Uważany był za poetyckiego outsidera, który nie miał w sobie nic z buntownika, czym odróżniał się od większości literatów tworzących w epoce PRL-u. Nie interesował się polityką, nie narzekał na panujący system ekonomiczny, a dyktaturę PZPR-u i zależność od Związku Radzieckiego traktował ze stoickim spokojem. Być może spowodowały to traumatyczne przeżycia Powstania Warszawskiego – obawiał się wybuchu kolejnej wojny i raczej szczerze wierzył, że Sowieci zapobiegną ewentualnemu konfliktowi. Zapewne z tego powodu niespecjalnie też interesowała się nim Służba Bezpieczeństwa, chociaż przez kilka lat był współtwórcą dwóch prywatnych scen teatralnych funkcjonujących w stołecznych mieszkaniach.
„Coś podniosłego i strasznego – notował po przypadkowym obejrzeniu telewizyjnej relacji z XXV Zjazdu KPZR. – (…) Nie możemy się przecież wyprzeć ani Związku Radzieckiego, ani Breżniewa, ani Lenina z Międzynarodówką. Możemy się na to boczyć, ale to jak w rodzinie. Dziwne. Przyznam, przykre. Jako forma. Tylko Międzynarodówka dobra”19.
Na co dzień nie czytał prasy, nie słuchał radia i nie oglądał telewizji. Był tak oderwany od rzeczywistości, że w noc wprowadzenia stanu wojennego nie zwrócił uwagi na ogromną liczbę pojazdów wojskowych i żołnierzy na ulicach. W efekcie był zaskoczony po zatrzymaniu przez patrol, ale gdy żołnierze usłyszeli, że jest poetą wracającym do domu od znajomych, przepuścili go bez problemów.
Wprawdzie Białoszewskiego zaliczano do pokolenia „Współczesności”, ale było to spowodowane wyłącznie faktem, że jego debiut książkowy przypadł na czas politycznej odwilży. Pan Miron nie udzielał się bowiem w oficjalnych grupach poetyckich, nie szukał aplauzu na przeglądach literackich i przylgnęła do niego opinia „poety osobnego”. Chodził własnymi ścieżkami, chociaż nigdy nie był literackim abnegatem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że musi dbać o renomę, gdyż to przekłada się na jego sytuację finansową.
Chociaż unikał kontaktów z większością współczesnych mu literatów (nie przeczytał żadnego wiersza Miłosza!), to jednak miał liczne grono znajomych, z którymi pozostawał w zażyłych kontaktach. Umiejętnie też budował własną legendę, a wizyta w jego mieszkaniu lub obecność na prywatnych spektaklach teatralnych nobilitowała i stanowiła dowód udziału w wyższej formie sztuki. Tym bardziej że można było wówczas spotkać luminarzy polskiej kultury.
Wbrew obiegowym opiniom Białoszewski dbał o popularność i nie protestował, gdy przypisywano mu osiągnięcia innych. Takie postępowanie wywoływało konflikty i doprowadziło do zerwania współpracy z kilkorgiem przyjaciół, chociaż początkowo był zwolennikiem pracy zespołowej. Dość bezceremonialnie korzystał z talentu i dorobku innych, a gdy przestawali mu być potrzebni, drastycznie ograniczał kontakty. Nie przyznawał się jednak do podobnych praktyk, co spowodowało, że do dzisiaj jest bardzo znanym artystą, a jego mentorzy zostali praktycznie zapomniani. Ewentualnie uważani – za jego epigonów.
Publiczną tajemnicą były natomiast jego preferencje erotyczne; nigdy zresztą nie ukrywał swojego homoseksualizmu. Przez większość epoki PRL-u nie stanowiło to problemu – pederastami byli bowiem autorzy, którzy od lat pięćdziesiątych decydowali o polskim życiu literackim. Ich utwory trafiały do podręczników szkolnych, chociaż głośno nie mówiono o ich orientacji seksualnej. Najwyraźniej Polska Ludowa nie była tak pruderyjna, jak mogłoby się to wydawać, a czasy akcji Hiacynt miały dopiero nadejść.
Miron Białoszewski zawsze czuł się obywatelem stolicy. Urodził się w czerwcu 1922 roku na stołecznej Woli i niemal cała jego biografia jest związana z Warszawą. Opuszczał rodzinne miasto bardzo rzadko, głównie ze względów osobistych lub zawodowych, gdyż nie czuł potrzeby podróżowania. W pierwszych latach po wojnie uniemożliwiała mu to zresztą sytuacja finansowa. Później wyjeżdżał sporadycznie.
„Mieszkam w Warszawie i z wyboru, i z konieczności – zwierzał się – gdzie indziej bym chyba nie chciał mieszkać, bo tu mam przyjaciół, tutaj nawyki. [Może jednak] gdzie indziej chciałbym pomieszkać, może w takim Wrocławiu. W Krakowie to już pomieszkiwałem, ale tam akurat mi przypadł tak straszny okres nędzy, że niedopałki musiałem zbierać na Plantach, więc tak mi się to kojarzy nie bardzo dobrze”20.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Za: S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 74. [wróć]
J. Głowacki, Z głowy, Warszawa 2004, s. 179. [wróć]
JerzyRobertNowak.com/artykuly/Nasz_Dziennik/2006/06.09.htm [wróć]
Za: Niniwa2.cba.pl/towarzysze_nieudanej_podrozy_06.htm [wróć]
A. Ważyk, Poemat dla dorosłych, Scribd.com/document/941302775/Adam-Wa%C5%BCyk-Poemat-Dla-Doros%C5%82ych-Tekst [wróć]
J. Atlas, Atlas towarzyski, Warszawa 1991, s. 139. [wróć]
Z. Adrjański, Pochody donikąd. Leksykon nostalgiczno-ironiczny z dziejów PRL, Warszawa 2009, s. 50. [wróć]
J. Głowacki, op. cit., s. 188. [wróć]
J. Gruza, Pasaże warszawskie, Warszawa 2004, s. 17. [wróć]
A. Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, Łódź 1985, s. 42. [wróć]
Ibidem. [wróć]
J. Gruza, op. cit., s. 13. [wróć]
J. Głowacki, op. cit., s. 121. [wróć]
J. Atlas, op. cit., s. 9. [wróć]
J. Głowacki op. cit., s. 121. [wróć]
Ibidem, s. 123. [wróć]
Ibidem, s. 125. [wróć]
W. Mann, RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Kraków 2010, s. 81. [wróć]
M. Białoszewski, Tajny dziennik, Kraków 2012, s. 120-121. [wróć]
Za: S. Burkot, Miron Białoszewski, Warszawa 1992, s. 33. [wróć]
