PRL Artyści niesforni - Sławomir Koper - ebook + książka

PRL Artyści niesforni ebook

Sławomir Koper

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Artyści niesforni. Bez definicji. Wolni tak bardzo, że dawali wolność innym.

Choć władza ludowa pragnęła kontrolować także środowiska twórcze, niektórzy ówcześni artyści i celebryci wymykali się systemowym ograniczeniom.

Miron Białoszewski pisał utwory, których prawie nikt nie rozumiał, ale i tak każdy chciał obejrzeć spektakl w jego Teatrze Osobnym. Performer Andrzej Partum chadzał własnymi ścieżkami i przerywał koncerty, by… wąchać sobie stopy. Członkowie Pomarańczowej Alternatywy, podając się za krasnoludki, organizowali pomysłowe happeningi ośmieszające absurdy codzienności i stosunki panujące nad Wisłą. Małgorzata Spychalska, córka marszałka Polski, uczestniczyła w szalonym życiu warszawskiej bohemy i mocno dała się we znaki pracownikom Ambasady Polskiej w Paryżu. A niezwykle tolerancyjny, kultowy Klub Utopia oferował zabawę na najwyższym poziomie i wprowadzał gości w nowe czasy.

Sławomir Koper, autor ponad 20 książek o PRL-u, po raz kolejny przypomina, że ta epoka wcale nie była szara

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 277

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Wspa­nia­łym kobie­tom, bez któ­rych ta książka ni­gdy by nie powstała: Mał­go­rza­cie Spy­chal­skiej, Agnieszce Osta­piuk, Annie Kosow­skiej-Czu­baj i Mag­da­le­nie Soliń­skiej

Od autora

Od autora

Każda książka ma swoją histo­rię i nie ina­czej było w przy­padku Arty­stów nie­sfor­nych. Nie­mal jed­no­cze­śnie poja­wiło się bowiem kilka pomy­słów, które skie­ro­wały moje zain­te­re­so­wa­nie na wła­ściwe tory.

Pra­wie trzy lata temu skon­tak­to­wała się ze mną Agnieszka Osta­piuk i zapy­tała, czy był­bym zain­te­re­so­wany wspo­mnie­niami Mał­go­rzaty Spy­chal­skiej. Oczy­wi­ście, że byłem, zwłasz­cza że od dawna szu­ka­łem kon­taktu z córką mar­szałka Pol­ski, która obra­cała się w krę­gach bohemy arty­stycz­nej PRL-u. Dzięki Agnieszce dość szybko tra­fi­łem do pani Mał­go­rzaty i odby­łem z nią kilka dłu­gich, inte­re­su­ją­cych roz­mów.

W tym samym cza­sie moja agentka Anna Kosow­ska-Czu­baj przy­po­mniała mi, że obie­cy­wa­łem się zająć osobą Andrzeja Par­tuma. Anna jest polo­nistką, tema­tem jej pracy magi­ster­skiej był wła­śnie ten sza­lony per­for­mer. Posiada też nagra­nia roz­mów z arty­stą (ponad 20 godzin!) i od lat zasta­na­wiała się nad ich publi­ka­cją. Gdy udo­stęp­niła mi doku­men­ta­cję dźwię­kową, szybko zda­łem sobie sprawę z war­to­ści tych nagrań.

Kolej­nym nie­spo­dzie­wa­nym zrzą­dze­niem losu była roz­mowa z moją wie­lo­let­nią zna­jomą, Mag­da­leną Soliń­ską. Pew­nego dnia wspo­mniała o Grze­go­rzu Okren­cie i klu­bie Uto­pia, który zało­żył. Wpraw­dzie ni­gdy nie mia­łem oka­zji być gościem tego lokalu, ale wiele o nim sły­sza­łem. Zresztą już pierw­sza roz­mowa z Grze­go­rzem uświa­do­miła mi, że należy zro­bić wszystko, by ten kul­towy klub nie odszedł w zapo­mnie­nie. Dawny wła­ści­ciel oka­zał się zna­ko­mi­tym roz­mówcą, a reszty dopeł­niły wspo­mnie­nia Huberta Gostom­skiego – nie­gdyś DJ-a w Uto­pii, a po latach kro­ni­ka­rza legen­dar­nego lokalu.

W tej sytu­acji posta­no­wi­łem, że jeden z roz­dzia­łów poświęcę też Miro­nowi Bia­ło­szew­skiemu. Zacho­wała się wpraw­dzie ogromna liczba wspo­mnień o poecie, ale bra­ko­wało dłuż­szego opra­co­wa­nia przed­sta­wia­ją­cego go bez egzal­ta­cji i zachwy­tów. Ist­nieje – oczy­wi­ście – zna­ko­mita książka Tade­usza Sobo­lew­skiego Czło­wiek Miron, jed­nak autor przez dłu­gie lata przy­jaź­nił się z Bia­ło­szew­skim, szcze­rze go podzi­wiał i pozo­sta­wał pod jego wpły­wem. Gdy czy­ta­łem liczne wspo­mnie­nia o Miro­nie, utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że prak­tycz­nie wszyst­kie tek­sty glo­ry­fi­kują jego postać i mają na celu budo­wa­nie legendy. Ja nato­miast chcia­łem przed­sta­wić poetę w spo­sób zupeł­nie odmienny, a jed­no­cze­śnie bliż­szy praw­dzie histo­rycz­nej, bo prze­cież Bia­ło­szew­ski był czło­wie­kiem z krwi i kości, a w dodatku wyjąt­kowo dbał o swoje inte­resy. Bez­względ­nie wyko­rzy­sty­wał też pomy­sły i osią­gnię­cia przy­ja­ciół dla budo­wa­nia wła­snej pozy­cji. Na pewno nie był poetą osob­nym ani lite­rac­kim abne­ga­tem, jak chcieli go widzieć jego apo­lo­geci. Zabra­kło szcze­ro­ści nawet w opu­bli­ko­wa­nym pośmiert­nie Taj­nym dzien­niku. Bia­ło­szew­ski bez opo­rów przed­sta­wiał bowiem swoje życie pry­watne, ale w kwe­stiach zawo­do­wych był o wiele bar­dziej wstrze­mięź­liwy.

Od początku wie­dzia­łem też, że do niniej­szej pozy­cji ide­al­nie pasuje temat, z któ­rym zawsze chcia­łem się zmie­rzyć. Byłem bowiem świad­kiem naro­dzin Poma­rań­czo­wej Alter­na­tywy i szcze­rze kibi­co­wa­łem zapa­leń­com z Wro­cła­wia. Było to coś zupeł­nie nowego i świe­żego na grun­cie pol­skim, a jed­no­cze­śnie tak peł­nego mło­dzień­czej fan­ta­zji, że szybko sta­łem się wiel­bi­cie­lem poma­rań­czo­wych kra­snali. Tym bar­dziej że wszel­kiego rodzaju ofi­cjalne cele­bry tam­tej epoki były potwor­nie nudne, a wystą­pie­nia opozy­cji nabie­rały kom­ba­tanc­kiej rutyny.

Zagłę­bie­nie się w mate­riały o Poma­rań­czo­wej Alter­na­ty­wie było dla mnie zna­ko­mitą przy­godą, zwłasz­cza że nie zna­łem wielu niu­an­sów doty­czą­cych tego ruchu. Po latach można podzi­wiać intry­gu­jące pomy­sły Majora Fydry­cha oraz jego współ­pra­cow­ni­ków i nieco żało­wać, że ta fan­ta­styczna grupa nie docze­kała się wła­ści­wego opra­co­wa­nia książ­ko­wego. Mam nadzieję, że roz­dział poświę­cony sza­lo­nym wro­cław­skim hap­pe­ne­rom uka­za­nym na tle ówcze­snych wyda­rzeń histo­rycz­nych wypełni tę lukę. Ist­nie­nie Poma­rań­czo­wej Alter­na­tywy miało bowiem sens wyłącz­nie w schył­ko­wym okre­sie PRL-u, który był jedną z naj­dziw­niej­szych epok w naszej histo­rii.

W ten spo­sób powstała książka będąca subiek­tyw­nym obra­zem życia cyga­ne­rii arty­stycz­nej ostat­nich dekad Pol­ski Ludo­wej oraz lat po upadku komu­ni­zmu. Jest to pozy­cja odmienna niż wydaw­nic­twa, jakie dotych­czas ofe­ro­wano Czy­tel­ni­kom. Poru­szam tu bowiem tematy nie­mal cał­ko­wi­cie nie­znane lub – jak w przy­padku Mirona Bia­ło­szew­skiego – kom­plet­nie igno­ro­wane. Korzy­sta­łem z mate­ria­łów nie­pu­bli­ko­wa­nych lub kon­se­kwent­nie pomi­ja­nych w pra­cach innych bada­czy. Należą do nich nie tylko roz­mowy ze świad­kami i boha­te­rami opi­sy­wa­nych wyda­rzeń, lecz także akta z archi­wum Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. Nawet w przy­padku Mirona Bia­ło­szew­skiego nie uwzględ­niano doku­men­tów zwią­za­nych z roz­pra­co­wy­wa­niem przez Służbę Bez­pie­czeń­stwa Teatru na Tar­czyń­skiej, które dostar­czają wręcz rewe­la­cyj­nych infor­ma­cji.

Niniej­sza książka nie powsta­łaby, gdyby nie inspi­ra­cja czte­rech wspa­nia­łych kobiet: Mał­go­rzaty Spy­chal­skiej, Agnieszki Osta­piuk, Anny Kosow­skiej-Czu­baj i Mag­da­leny Soliń­skiej. Bar­dzo Wam za to dzię­kuję i pozwa­lam sobie zade­dy­ko­wać Paniom tę pozy­cję.

Sła­wo­mir Koper

Rozdział 1. Zamiast wstępu, czyli szalone życie artystów PRL-u

Roz­dział 1

Zamiast wstępu, czyli sza­lone życie arty­stów PRL-u

Sztuka i polityka

Komu­ni­ści, przy­go­to­wu­jąc się u schyłku dru­giej wojny świa­to­wej do obję­cia wła­dzy, zadbali o dobre roz­po­zna­nie śro­do­wisk arty­stycz­nych. Dosko­nale wie­dzieli, kto prze­bywa w kraju, a kto pozo­stał na emi­gra­cji, kto będzie ich sojusz­ni­kiem, a kogo można zastra­szyć lub kupić. Nowi władcy kraju wyty­po­wali listę twór­ców, któ­rych popar­cie uznali za konieczne, i zro­bili wiele, by uzy­skać ich przy­chyl­ność. Zale­żało im na popu­lar­nych nazwi­skach, na ludziach roz­po­zna­wal­nych przez spo­łe­czeń­stwo i uzna­wa­nych za sym­bole Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej.

Powra­ca­ją­cego ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych Tuwima przy­jęto z nie­mal kró­lew­skim splen­do­rem, w Gdyni powi­tał go oso­bi­ście Jerzy Borej­sza, a trasę do War­szawy odbył na pokła­dzie rzą­do­wego samo­lotu. W sto­licy cze­kały już na Tuwima służ­bowa limu­zyna, duże ume­blo­wane miesz­ka­nie, willa w Ani­nie oraz prasa gotowa dru­ko­wać wszystko, co tylko jej prze­każe. Odpo­wied­nio rów­nież uho­no­ro­wano zmę­czoną oku­pa­cją Zofię Nał­kow­ską, gwa­ran­tu­jąc jej egzy­sten­cję na pozio­mie, do jakiego przy­wy­kła.

Nato­miast Jaro­sław Iwasz­kie­wicz i Maria Dąbrow­ska bły­ska­wicz­nie prze­ko­nali się, czym grozi nie­ła­ska nowych władz. Brak moż­li­wo­ści publi­ka­cji ozna­czał brak docho­dów, co stało się wystar­cza­ją­cym powo­dem do zawar­cia kom­pro­misu z komu­ni­stami. Tym bar­dziej że wła­dze miały dużo do zaofe­ro­wa­nia w zamian za posłu­szeń­stwo – Iwasz­kie­wicz zacho­wał nawet swoje Sta­wi­sko, cho­ciaż mają­tek sta­no­wił jawny ana­chro­nizm w zmie­nio­nej sytu­acji spo­łeczno-poli­tycz­nej. Nazwi­sko pana Jaro­sława było jed­nak znane w Euro­pie, a Sta­wi­sko leżało w pobliżu War­szawy. Czę­sto zatem było odwie­dzane przez gości z zagra­nicy, któ­rzy na wła­sne oczy mogli się prze­ko­nać, jak bar­dzo sza­nuje się w Pol­sce pisa­rzy.

Marze­niem nie­mal każ­dego autora jest jak naj­szer­sza popu­la­ry­za­cja wła­snej twór­czo­ści, a to aku­rat wła­dze Pol­ski Ludo­wej potra­fiły zagwa­ran­to­wać. Likwi­da­cja anal­fa­be­ty­zmu spo­wo­do­wała bowiem nie­spo­ty­kany wzrost czy­tel­nic­twa, nakłady powie­ści się­gały dzie­siąt­ków tysięcy egzem­pla­rzy (przed wojną za suk­ces uwa­żano sprze­daż kilku tysięcy). Praw­dziwą nobi­li­ta­cją było nato­miast wpro­wa­dze­nie książki na listę lek­tur szkol­nych, co auto­ma­tycz­nie zwie­lo­krot­niało i tak już wyso­kie nakłady. Oczy­wi­ście miało to prze­ło­że­nie na zarobki pisa­rzy.

Wpraw­dzie komu­ni­ści sta­wiali lite­ra­turę na pierw­szym miej­scu, ale nie zapo­mi­nali o innych dzie­dzi­nach sztuki. Szcze­gól­nie cenną zdo­by­czą oka­zał się rzeź­biarz Xawery Duni­kow­ski. Okrut­nie doświad­czony przez wojnę (spę­dził pięć lat w Auschwitz, w chwili osa­dze­nia w obo­zie miał 65 lat) otrzy­mał kate­drę rzeźby na kra­kow­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Po dzie­się­ciu latach prze­niósł się do sto­licy, gdzie jed­nak nie był do końca zado­wo­lony z warun­ków, jakie mu zaofe­ro­wano (pro­fe­sura na ASP, duże miesz­ka­nie, ogromna pra­cow­nia oraz obiet­nica wła­snego muzeum). Narze­kał na nowe budow­nic­two, zażą­dał miesz­ka­nia w sta­rej kamie­nicy, a odwie­dza­ją­cych go par­tyj­nych ofi­cjeli trak­to­wał lek­ce­wa­żąco, cza­sami wręcz wyrzu­ca­jąc za drzwi. Ucho­dziło mu to jed­nak na sucho; był bowiem zbyt potrzebny.

Duni­kow­ski mógł igno­ro­wać dostoj­ni­ków niż­szego szcze­bla, ale przy­jął z rąk Bie­ruta Krzyż Koman­dor­ski z Gwiazdą Orderu Odro­dze­nia Pol­ski oraz Order Budow­ni­czych Pol­ski Ludo­wej. Odpła­cił też komu­ni­stom za oka­zane splen­dory. W 1946 roku zapro­jek­to­wał Pomnik Czynu Powstań­czego. Prace na Górze Świę­tej Anny trwały aż sie­dem lat – wie­lo­krot­nie zmie­niano zało­że­nia, roboty opóź­niał rów­nież trudny cha­rak­ter Duni­kow­skiego. Arty­sta nie potra­fił dojść do poro­zu­mie­nia z eki­pami wyko­naw­czymi, żądał przy­sła­nia robot­ni­ków z Włoch (!) i co pewien czas wymu­szał dla sie­bie pod­wyżkę. Mimo to zapro­jek­to­wał rów­nież Pomnik Wdzięcz­no­ści Armii Czer­wo­nej w Olsz­ty­nie oraz war­szaw­ski Pomnik Żoł­nie­rza 1 Armii Woj­ska Pol­skiego. Był bowiem reali­stą i wie­dział, jak się odwdzię­czyć wła­dzom. Poza tym na pań­stwo­wych inwe­sty­cjach dosko­nale zara­biał.

Nie zna­le­ziono nato­miast kom­po­zy­tora, który byłby rzecz­ni­kiem nowego ustroju w sfe­rze muzyki poważ­nej. Nie­ży­jący już Karol Szy­ma­now­ski zapewne stałby się łatwą zdo­by­czą dla komu­ni­stów. Ide­al­nie paso­wał do tej roli – inspi­ro­wał się pol­skim folk­lo­rem (co wła­dze wysoko ceniły) i jed­no­cze­śnie potra­fił wydać każde zaro­bione pie­nią­dze. Nie spraw­dził się Ludo­mir Różycki, z któ­rym wią­zano pewne nadzieje, nato­miast naj­zdol­niejsi kom­po­zy­to­rzy mło­dego poko­le­nia nie zamie­rzali pod­po­rząd­ko­wać się wymo­gom nowej epoki. Gra­żyna Bace­wicz nie napi­sała żad­nego (!) utworu w stylu reali­zmu socja­li­stycz­nego, nato­miast Witold Luto­sław­ski ogra­ni­czył się do kom­po­no­wa­nia pod pseu­do­ni­mem pie­śni maso­wych. Lepiej ukła­dała się wła­dzom współ­praca z wyjąt­kowo doświad­czo­nym pod­czas wojny pia­ni­stą Wła­dy­sła­wem Szpil­ma­nem, ale zde­cy­do­wa­nie więk­sze suk­cesy osią­gał on jako kom­po­zy­tor muzyki roz­ryw­ko­wej.

Cenną zdo­by­czą oka­zał się nato­miast Grze­gorz Fitel­berg. Słynny dyry­gent ni­gdy nie inte­re­so­wał się poli­tyką i nie zwra­cał uwagi na takie dro­bia­zgi jak ustrój pań­stwa. Jako szef orkie­stry Fil­har­mo­nii w Kato­wi­cach stał się źró­dłem kapi­tal­nych aneg­dot, które świad­czyły o tym, że muzyk żyje we wła­snym świe­cie. Podró­żu­jąc bowiem kie­dyś po Pol­sce samo­cho­dem (towa­rzy­szyło mu dwóch pra­cow­ni­ków Urzędu Bez­pie­czeń­stwa), natknął się na pro­ce­sję z oka­zji Bożego Ciała. Wysiadł z pojazdu, ukląkł i prze­że­gnał się. A gdy zauwa­żył brak podob­nej reak­cji u swo­ich współ­to­wa­rzy­szy, zapy­tał podejrz­li­wie: „A pano­wie co, żydzi?”.

Do legendy prze­szło jego zacho­wa­nie dzień po śmierci Sta­lina. Rano, przed próbą orkie­stry, sta­nął przed zespo­łem i powie­dział:

„– Pro­szę wstać, dzi­siaj w nocy umarł wielki radziecki… kom­po­zy­tor Sier­giej Pro­ko­fiew, mój przy­ja­ciel. Pro­szę uczcić jego pamięć minutą mil­cze­nia.

Minuta minęła, wszy­scy sia­dają, a on odwró­cił się do kon­cert­mi­strza i zapy­tał:

– Panie Woch­niak, podobno Sta­lin też umarł?”1.

Fak­tycz­nie, Sta­lin i Pro­ko­fiew zmarli tego samego dnia.

Socrealizm

Za począ­tek socre­ali­zmu nad Wisłą uwa­żane jest wystą­pie­nie Bole­sława Bie­ruta na Kon­fe­ren­cji War­szaw­skiej PZPR-u w lipcu 1949 roku. W rze­czy­wi­sto­ści dok­tryna obo­wią­zy­wała już wcze­śniej, co stało się widoczne szcze­gól­nie w dzie­dzi­nie archi­tek­tury. W znisz­czo­nym wojną kraju twórcy mieli duże pole do popisu, w nowej kon­wen­cji powsta­wały całe mia­sta i dziel­nice. Naj­bar­dziej zna­nymi przy­kła­dami są Nowa Huta i war­szaw­ski Plac Kon­sty­tu­cji. Nie należy zapo­mi­nać rów­nież o nieco póź­niej­szym Pałacu Kul­tury i Nauki.

W dzie­dzi­nie budow­nic­twa miesz­ka­nio­wego zało­że­nia socre­ali­zmu były cał­kiem roz­sądne. Nowa, socja­li­styczna treść miała zagwa­ran­to­wać użyt­kow­ni­kom higie­niczne warunki bytowe. Lokale pla­no­wano wpraw­dzie nie­wiel­kie, ale wypo­sa­żone w bie­żącą wodę i kana­li­za­cję. Tam, gdzie było to moż­liwe, miesz­kańcy mieli do dys­po­zy­cji obszerne tereny zie­leni miej­skiej oraz sze­ro­kie ulice i place, na któ­rych lud pra­cu­jący miał publicz­nie wyra­żać swoją apro­batę dla ist­nie­ją­cego porządku. Zapewne nie przy­pusz­czano wów­czas, że 30 lat póź­niej tego rodzaju zało­że­nia archi­tek­to­niczne staną się prze­kleń­stwem dla oddzia­łów ZOMO roz­pę­dza­ją­cych demon­stra­cje na tere­nie Nowej Huty…

Naj­bar­dziej jed­nak widoczną cechą archi­tek­tury socre­ali­stycz­nej była monu­men­tal­ność gma­chów uży­tecz­no­ści publicz­nej. Bez­kry­tycz­nie kopio­wano sowiec­kie roz­wią­za­nia – wokół budyn­ków zaro­iło się więc od hero­sów awansu spo­łecz­nego. Posągi o zwa­li­stych kształ­tach miały twa­rze nie­ska­żone wysił­kiem umy­sło­wym i obo­wiąz­kowo pre­zen­to­wały atry­buty wyko­ny­wa­nego zawodu. Naj­bar­dziej ambitni ści­skali jed­nak w dło­niach opa­słe tomy kla­sy­ków mark­si­zmu-leni­ni­zmu suge­ru­jące ich ambi­cje inte­lek­tu­alne. Zadzi­wia­jącą sprawą pozo­staje to, że w pro­duk­cji tych okro­pieństw brało udział grono cał­kiem zdol­nych rzeź­bia­rzy z Aliną Sza­pocz­ni­kow na czele.

Gwał­towne pro­te­sty zwo­len­ni­ków socre­ali­zmu wywo­łała nato­miast budowa Cen­tral­nego Domu Towa­ro­wego w War­sza­wie (obecny Smyk). Budy­nek zapro­jek­to­wany jesz­cze w stylu póź­nego moder­ni­zmu został ukoń­czony już w latach obo­wią­zy­wa­nia reali­zmu socja­li­stycz­nego. Mimo naci­sków entu­zja­stów nowej dok­tryny nie zmie­niono pro­jektu, cho­ciaż zasto­so­wane roz­wią­za­nia potrak­to­wano za zbędne dla klasy robot­ni­czej. Obiekt posia­dał bowiem pod­ziemny par­king (pierw­szy w War­sza­wie), otwarty taras z kawiar­nią oraz nowo­cze­sne urzą­dze­nia prze­ciw­sło­neczne. Nic dziw­nego, że budy­nek uznano za kom­plet­nie bez­i­de­owy.

W stycz­niu 1949 roku w Szcze­ci­nie odbył się Zjazd Lite­ra­tów Pol­skich, który zapo­cząt­ko­wał socre­alizm w lite­ra­tu­rze. Dla posłusz­nych auto­rów prze­wi­dziano wiele przy­wi­le­jów: domy pracy twór­czej, przy­działy miesz­kań, opiekę medyczną w rzą­do­wych kli­ni­kach, eme­ry­tury, a nawet man­daty posel­skie. W Sej­mie doży­wot­nio zasia­dali Zofia Nał­kow­ska i Jaro­sław Iwasz­kie­wicz, posłami pierw­szych kaden­cji byli: Jerzy Andrze­jew­ski, Jan Dobra­czyń­ski, Jerzy Zawiey­ski czy Ste­fan Kisie­lew­ski.

Boh­dan Czeszko, poseł w latach 1965-1980, nie miał naj­lep­szego zda­nia o swo­ich kole­gach pisa­rzach z cza­sów Sejmu V kaden­cji.

„Był jed­nym z trzech pisa­rzy, któ­rzy zasia­dali wtedy w sej­mie – wspo­mi­nał Janusz Gło­wacki. – Opo­wia­dał, że obaj pozo­stali, czyli Wła­dy­sław Mache­jek i Wil­helm Szew­czyk, przy­no­sili wódkę w butel­kach po wodzie sodo­wej i pod koniec każ­dej sesji spa­dali ze stoł­ków posel­skich. Jed­nego dnia, nie mogąc dłu­żej na to patrzeć, obu­rzeni posło­wie z Kato­wic zło­żyli inter­pe­la­cję do laski mar­szał­kow­skiej, że to jest skan­dal, że towa­rzy­szom pisa­rzom się wódkę w bufe­cie sprze­daje, a im nie. Po inter­pe­la­cji podobno prze­pisy zła­god­niały. Czeszko miał do obu pisa­rzy posłów sto­su­nek nie­chętny: »To, że chu­jowo piszą i że są w dupę pijani, to mniej­sza o to. Naj­gor­sze, że pier­dolą te potworne posłanki«”2.

Czeszko mógł sobie jed­nak na wiele pozwo­lić – był żoł­nie­rzem Armii Ludo­wej z piękną kartą zapi­saną pod­czas Powsta­nia War­szaw­skiego obda­rzo­nym praw­dzi­wym talen­tem. Nawet jego socre­ali­stycz­nej powie­ści Poko­le­nie nie bra­ko­wało walo­rów lite­rac­kich. Zresztą nie­ba­wem posłu­żyła Andrze­jowi Waj­dzie jako pod­stawa sce­na­riu­sza debiutu fabu­lar­nego.

Dyk­ta­towi socre­ali­zmu pod­dali się rów­nież lite­raci o wiel­kich nazwi­skach – Zofia Nał­kow­ska popeł­niła Meda­liony, a Maria Dąbrow­ska Na wsi wesele. Wszyst­kich prze­li­cy­to­wali jed­nak pisa­rze młod­szego poko­le­nia. Jan Wil­czek opu­bli­ko­wał pro­pa­gan­dową powieść Nr 16 pro­du­kuje, Alek­san­der Ści­bor-Ryl­ski Węgiel, nato­miast Kazi­mierz Bran­dys cztery tomy cyklu Mię­dzy woj­nami. Bran­dys poszedł zresztą dalej – w jed­nej z kolej­nych ksią­żek, Oby­wa­tele, czar­nymi cha­rak­te­rami uczy­nił depra­wa­tora mło­dzieży, księ­dza kate­chetę Leśnia­rza, oraz nauczy­ciela Dzia­łyńca (pod­stęp­nego wroga kla­so­wego). Na szczę­ście groźny spi­sek zde­ma­sko­wali dzielni człon­ko­wie Związku Mło­dzieży Pol­skiej, a fabuła powie­ści zakoń­czyła się pro­ce­sem „pię­ciu ban­kru­tów poli­tycz­nych, pię­ciu zaja­dłych wro­gów Pol­ski Ludo­wej”.

Książki Bran­dysa roz­cho­dziły się w bajecz­nych nakła­dach. Sam pisarz po latach przy­znał, że sto­so­wano wów­czas nie­kon­wen­cjo­nalne metody dys­try­bu­cji. W nie­któ­rych wiej­skich skle­pach każdy, kto chciał kupić wia­dro, musiał obo­wiąz­kowo nabyć jedno z dzieł pisa­rza…

Akcep­ta­cję wład­ców Pol­ski Ludo­wej usi­ło­wali rów­nież uzy­skać ludzie nie­zwią­zani wcze­śniej z lewi­co­wym świa­to­po­glą­dem. Mag­da­lena Samo­zwa­niec zasłu­żyła się komu­ni­stom, pisząc paro­dię pol­skiej ary­sto­kra­cji (Błę­kitna krew), dzięki czemu nie­ba­wem mogła wydać zna­ko­mitą Marię i Mag­da­lenę. Nato­miast Jerzy Andrze­jew­ski, odci­na­jąc się od swo­jej kato­lic­kiej prze­szło­ści (powieść Ład serca), napi­sał zna­ko­mity Popiół i dia­ment. Powieść ta nie wzbu­dziła jed­nak zachwytu komu­ni­stów jako zbyt nie­okre­ślona i nie­jed­no­znaczna w wymo­wie.

Więk­szość twór­ców trak­to­wała socre­alizm jako zło konieczne, zda­rzali się jed­nak tacy, któ­rzy szcze­rze wie­rzyli w nową dok­trynę. Nale­żeli do nich człon­ko­wie Grupy 49: Tade­usz Baird, Kazi­mierz Serocki i Jan Krenz – kom­po­zy­to­rzy two­rzący zgod­nie z zasa­dami filo­zo­fii mark­si­stow­skiej. Cho­ciaż prze­kaz ide­olo­giczny naj­le­piej spraw­dzał się w utwo­rach wokalno-instru­men­tal­nych, rów­nież dzieła pozba­wione par­tii śpie­wa­nych dosko­nale odnaj­dy­wały się w nowym porządku (Sym­fo­nia pokoju Andrzeja Panuf­nika).

Nad ide­olo­giczną stroną pol­skiej muzyki czu­wała osła­wiona Zofia Lissa, wice­pre­ze­ska Związku Kom­po­zy­to­rów Pol­skich. Pre­zen­to­wała wyjąt­kowy ser­wi­lizm wobec władz, dziel­nie tro­piąc „impe­ria­li­styczną zgni­li­znę” i utrud­nia­jąc życie swoim prze­ciw­ni­kom. Ste­fan Kisie­lew­ski (jedna z jej ofiar) uwa­żał, że „nie była to zła kobieta, tylko – jego zda­niem – głu­pia”. Gdy wresz­cie ją pobito w cza­sie jakie­goś napadu, stwier­dził, że „metod nie pochwala, ale wybór był dobry”.

W 1947 roku na ekrany kin wszedł pierw­szy film utrzy­many w kon­wen­cji socre­ali­zmu – Jasne łany w reży­se­rii Euge­niu­sza Cękal­skiego z udzia­łem Kazi­mie­rza Dejmka, Jana Kur­na­ko­wi­cza i Andrzeja Łapic­kiego. Wśród obra­zów nakrę­co­nych w obo­wią­zu­ją­cej sty­li­styce zda­rzały się – podob­nie jak w przy­padku lite­ra­tury – rów­nież bar­dziej ambitne pozy­cje, na przy­kład Celu­loza Kawa­le­ro­wi­cza czy wspo­mniane już Poko­le­nie Wajdy. Ten ostatni obraz uwa­żany jest za zapo­wiedź słyn­nej szkoły pol­skiej w kine­ma­to­gra­fii, która osta­tecz­nie miała zerwać z zasa­dami sztuki socja­li­stycz­nej.

Reali­zu­jąc filmy typowo roz­ryw­kowe, nie zapo­mi­nano o meto­dach spraw­dzo­nych w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym. Nic tak bowiem nie pod­no­siło popu­lar­no­ści filmu jak kome­diowa kon­wen­cja okra­szona chwy­tli­wymi pio­sen­kami. W Przy­go­dzie na Mariensz­ta­cie w rywa­li­za­cję dwóch ekip murar­skich (dam­skiej i męskiej) wple­ciono wątek miło­sny, uzu­peł­nia­jąc go pio­sen­kami autor­stwa Tade­usza Sygie­tyń­skiego. Stały się prze­bo­jami (szcze­gól­nie Jak przy­goda, to tylko w War­sza­wie) pamię­ta­nymi do dziś. Nie­ga­snącą popu­lar­no­ścią cie­szą się rów­nież inne hity socre­ali­zmu: Na prawo most, na lewo most, War­szawa, ja i ty (z filmu Skarb) czy Pio­senka o Nowej Hucie.

Kłopoty z poetami

W budowę socja­li­zmu włą­czyli się rów­nież poeci. Wła­dy­sław Bro­niew­ski napi­sał Słowo o Sta­li­nie, nato­miast Leopold Lewin Poemat o Dzier­żyń­skim, Pieśń zjed­no­czo­nych par­tii i Kan­tatę o Bie­ru­cie. W tyle nie pozo­sta­wał Gał­czyń­ski, a nie­któ­rymi wier­szami Tuwima zachwy­cano się nawet na emi­gra­cji (ze względu na ich formę).

Z poetami bywały z reguły pro­blemy, a jako pierw­szy zaczął je spra­wiać Gał­czyń­ski. Pan Kon­stanty miał wyjąt­kowo nie­po­korny cha­rak­ter, poglądy poli­tyczne zmie­niał czę­sto, a wierny pozo­sta­wał wyłącz­nie alko­ho­lowi. Przed wojną bli­żej mu było do pra­wicy, ale chyba niczego w życiu nie trak­to­wał poważ­nie. W Pol­sce Ludo­wej pisał wpraw­dzie w kon­wen­cji socre­ali­stycz­nej, jed­nak jego twór­czość szybko potę­piono jako drob­no­miesz­czań­ską. Adam Ważyk publicz­nie zażą­dał (pod­czas zjazdu lite­ra­tów w 1950 roku), by „ukrę­cił łeb temu roz­wy­drzo­nemu kanar­kowi, który zagnieź­dził się w jego wier­szach”. Miało to ozna­czać „oczysz­cze­nie poezji ze smacz­ków i pięk­no­stek bur­żu­azyj­nej poetyki z cza­sów impe­ria­li­zmu”.

„Cóż, kanar­kowi łeb można ukrę­cić – zauwa­żył przy­tom­nie Gał­czyń­ski – ale wtedy wszy­scy zoba­czą klatkę. Co zro­bić z klatką, kole­dzy?”3.

Do nowej rze­czy­wi­sto­ści nie­ba­wem zra­ził się rów­nież sam Ważyk. Jak przy­stało na poetę, wybrał lite­racką formę pro­te­stu, publi­ku­jąc w 1955 roku na łamach „Nowej Kul­tury” Poemat dla doro­słych. Ata­ko­wał w nim socre­alizm, fałsz pro­pa­gandy oraz demo­ra­li­za­cję oby­cza­jową robot­ni­ków. Utwór spo­tkał się z nie­praw­do­po­dob­nym odze­wem spo­łecz­nym. Egzem­pla­rze tygo­dnika sprze­da­wano na baza­rach po 300 zło­tych (pismo kosz­to­wało 1,20 zł), a poemat prze­pi­sy­wano w tysią­cach egzem­pla­rzy.

„To był wiersz – twier­dził Jacek Kuroń – który roz­dra­py­wał rany, mówił rze­czy, jakich wtedy nie chcie­li­śmy czy też nie mie­li­śmy odwagi nazwać. »Z niej się wyta­pia robot­ni­cza klasa./ Dużo odpad­ków, a na razie kasza« – prze­cież klasa robot­ni­cza to była dla nas świę­tość, a tu takie słowa. Albo: »Wszystko tu stare. Stare są hycle / od moral­no­ści socja­li­stycz­nej«. Wielu moich par­tyj­nych przy­ja­ciół było obu­rzo­nych. Ja uzna­łem jed­nak, że każde słowo Poematu to prawda, a skoro tak, to muszę ją gło­sić”4.

Wobec zaist­nia­łej sytu­acji oso­bi­ście inter­we­nio­wała Wanda Wasi­lew­ska, utwór Ważyka stał się też tema­tem dzie­siąt­ków zebrań par­tyj­nych. Ze sta­no­wi­skiem poże­gnał się naczelny „Nowej Kul­tury”, zarząd kom­bi­natu w Nowej Hucie został odwo­łany, wymu­szono rów­nież dymi­sję miej­sco­wej orga­ni­za­cji par­tyj­nej. Na tere­nie Nowej Huty ruszyła budowa skle­pów i barów mlecz­nych, powstał też Teatr Ludowy (dotych­czas dzia­łało tam tylko jedno kino). Dzieje Pol­ski Ludo­wej już ni­gdy nie zano­to­wały podob­nej kariery utworu lite­rac­kiego.

„Marzy­ciel Fourier uro­czo zapo­wia­dał,

że w morzu będzie pły­wać lemo­niada.

A czyż nie pły­nie?

Piją wodę mor­ską,

wołają –

lemo­niada!

Wra­cają do domu cicha­czem

rzy­gać,

rzy­gać!”5.

Inną metodę kon­te­sta­cji wybrał nato­miast Bro­niew­ski. Wpraw­dzie wyro­bił sobie już zda­nie na temat sowiec­kiego komu­ni­zmu (zadbało o to NKWD na Łubiance), ale począt­kowo wyra­żał nadzieję, że pol­ska wer­sja okaże się „socja­li­zmem z ludzką twa­rzą”. Roz­cza­ro­wany uciekł w świat alko­holu, a na pro­blemy ide­olo­giczne dodat­kowo nało­żyła się ni­gdy nie­wy­ja­śniona śmierć uko­cha­nej córki.

„Przy­je­cha­li­śmy na miej­sce w połu­dnie – wspo­mi­nał Janusz Atlas wizytę w Domu Pracy Twór­czej w Obo­rach – było bar­dzo cie­pło i świe­ciło słońce. Przed czwo­ra­kami stało wielu doro­słych z oży­wie­niem o czymś roz­ma­wia­ją­cych. I wtedy ojciec pod­niósł mnie w górę i kazał patrzeć w wybrane okno na pierw­szym pię­trze. Pamię­tam to okno jak dziś, otwarte na oścież, wypeł­nione czymś, co wyda­wało mi się… dużą pupą. »Tak jest – przy­kla­snął tatuś. – Zapa­mię­taj, synku, to jest pupa naj­więk­szego pol­skiego poety rewo­lu­cyj­nego«”6.

Basen Legii

Życie toczyło się jed­nak dalej, a znaczna część spo­łe­czeń­stwa nie wda­wała się dys­ku­sje ide­olo­giczne. Pola­ków inte­re­so­wał przede wszyst­kim poziom codzien­nego życia, który trudno było uznać za zado­wa­la­jący. Wła­dze usi­ło­wały ogra­ni­czyć nara­sta­jące nie­za­do­wo­le­nie, zapew­nia­jąc odpo­wied­nie formy wypo­czynku waka­cyj­nego, bowiem – zgod­nie z zało­że­niami przo­du­ją­cego ustroju – klasa robot­ni­cza powinna nie tylko wydaj­nie pra­co­wać, lecz także odpo­czy­wać we wła­ści­wych warun­kach. Miał to zapew­nić powo­łany wkrótce po woj­nie Fun­dusz Wcza­sów Pra­cow­ni­czych, któ­remu pod­le­gały ośrodki wypo­czyn­kowe na tere­nie całego kraju. Z cza­sem zna­cze­nie FWP-u spa­dło, jego rolę prze­jęły ośrodki bran­żowe, ale idea pozo­stała ta sama. Orga­ni­za­cję zbio­ro­wego wypo­czynku uła­twiała powo­jenna zmiana gra­nic – na obsza­rze PRL-u zna­la­zły się bowiem tereny rekre­acyjne Pomo­rza, Mazur i Dol­nego Ślą­ska z nie­źle roz­wi­niętą bazą tury­styczną.

Sze­roki dostęp klasy robot­ni­czej do wypo­czynku ozna­czał dosto­so­wa­nie jego form do poziomu odbior­ców – kurorty zabu­do­wano więc podob­nymi do sie­bie domami wcza­so­wymi (ze zbio­ro­wymi łazien­kami) oraz dom­kami cam­pin­go­wymi bez kana­li­za­cji. Tur­nusy prze­bie­gały według nie­mal iden­tycz­nego wzorca, a naj­waż­niej­szy był tam osob­nik odpo­wie­dzialny za roz­rywkę, powszech­nie nazy­wany kaow­cem (pra­cow­nik kul­tu­ralno-oświa­towy). Z reguły repre­zen­to­wał „typ przed­wo­jen­nego bir­banta i bawi­damka” usi­łu­ją­cego „cywi­li­zo­wać robot­ni­czo-chłop­ską klien­telę FWP”. Nie było to zresztą łatwe zada­nie.

„Złego słowa nie można powie­dzieć pod adre­sem pań instruk­to­rek i panów instruk­to­rów – zauwa­żał dzien­ni­karz Zbi­gniew Adr­jań­ski – któ­rzy dwo­ili się i tro­ili, aby swoim pod­opiecz­nym wczasy jakoś umi­lić, orga­ni­zu­jąc wie­czorki zapo­znaw­cze i wie­czorki poże­gnalne, kon­certy estra­dowe, wie­czorki autor­skie”7.

Naj­czę­ściej nie były to jed­nak zbyt wyra­fi­no­wane roz­rywki, zresztą uczest­nicy zor­ga­ni­zo­wa­nych form wypo­czynku nie ocze­ki­wali zbyt ambit­nego reper­tu­aru. Ilu­stra­cję muzyczną urlo­pów z Fun­du­szem sta­no­wią zna­ko­mite pio­senki: Jeste­śmy na wcza­sach Woj­cie­cha Mły­nar­skiego czy Waka­cje z blon­dynką Macieja Kos­sow­skiego. W tyle nie pozo­sta­wali fil­mowcy – Jerzy Sztwiert­nia nakrę­cił Weso­łych świąt, uka­zu­jąc w krzy­wym zwier­cia­dle jakość tur­nu­so­wych roman­sów. Nato­miast klasą samą w sobie pozo­staje do dzi­siaj Rejs wyre­ży­se­ro­wany przez Marka Piwow­skiego o alter­na­tyw­nym rodzaju uspo­łecz­nio­nego wypo­czynku (FWP orga­ni­zo­wał rów­nież rejsy po Wiśle).

Ludzie z ambi­cjami, a głów­nie stu­denci, nie korzy­stali jed­nak z pro­po­zy­cji Fun­du­szu. W ich gro­nie nie­zwy­kle popu­larne stały się Biesz­czady (Zie­lone wzgó­rza nad Soliną), Mazury i Poje­zie­rze Suwal­skie (Augu­stow­skie noce). Arty­ści ze Stu­denc­kiego Teatru Saty­ry­ków upodo­bali sobie Krzyże nad Jezio­rem Nidz­kim, a pry­mi­ty­wizm tam­tej­szych warun­ków byto­wych sta­no­wił dla nich dodat­kową atrak­cję. Brak prądu i bie­żą­cej wody rekom­pen­so­wały kon­takt z dziką przy­rodą oraz nie­mal cał­ko­wita izo­la­cja od zdo­by­czy cywi­li­za­cji. W pobliżu, w Leśni­czówce Pra­nie, spę­dził zresztą ostat­nie lata życia wyklęty w War­sza­wie Gał­czyń­ski.

Z kolei śro­do­wi­sko lite­ra­tów i akto­rów co roku odwie­dzało Cha­łupy na Pół­wy­spie Hel­skim. Bywali tam Dyga­to­wie, Janow­ska, Zapa­sie­wicz, Gołas, Kamas, Ślą­ska. Kalina Jędru­sik szo­ko­wała swoim sek­sa­pi­lem, nato­miast Janusz Gło­wacki sta­nął nawet przed kole­gium orze­ka­ją­cym w Pucku. Przy­ła­pano go bowiem na grze w sza­chy w stroju ada­mo­wym.

„Była to sta­ran­nie przy­go­to­wana akcja – wspo­mi­nał. – Patrol wyczoł­gał się zza wydm i ruszył w nasza stronę, masku­jąc się gałę­ziami jak Las Bir­nam­ski w Mak­be­cie. A wtedy czasy były takie, że opa­lać się u nas mogli nago tylko i wyłącz­nie Niemcy z NRD”8.

Na posie­dze­nie kole­gium zje­chała cała brać arty­styczna z Cha­łup, sta­wiła się rów­nież kro­nika fil­mowa z Mar­kiem Piwow­skim. Gło­wacki i drugi „prze­stępca”, Andrzej Mar­kow­ski z tygo­dnika „Szpilki”, zostali ska­zani na naj­wyż­sze moż­liwe grzywny. Gło­wackiemu ode­brano także nagrodę war­szaw­skiego cza­so­pi­sma „Kul­tura”, co było znacz­nie dotkliw­szą karą.

W cza­sach PRL-u na zna­cze­niu stra­ciło nato­miast Zako­pane. Nie aspi­ro­wało już do roli kul­tu­ral­nej sto­licy Pol­ski, z jego pej­zażu znik­nęli arty­ści sta­no­wiący o odmien­no­ści kurortu. Nie żyli już Szy­ma­now­ski, Wit­kacy i Woj­ciech Kos­sak, na emi­gra­cji pozo­stali August Zamoy­ski i Kazi­mierz Wie­rzyń­ski. Zde­gra­do­wane do roli tłum­nie oble­ga­nego miej­sca wypo­czynku klasy robot­ni­czej powoli tra­ciło swoją wyjąt­ko­wość.

Urlop z reguły trwał znacz­nie kró­cej niż lato, zatem sto­lica rów­nież mogła się pochwa­lić miej­scem, gdzie wypo­czy­wali ludzie o zna­nych nazwi­skach. Mowa o kom­plek­sie base­nów Legii, po remon­cie odda­nych do użytku w 1956 roku. Obiekt szybko uzy­skał sta­tus kul­to­wego.

„Basen Legii otwie­rano 1 maja, zaraz po pocho­dzie – wspo­mi­nał Jerzy Gruza. – Uro­czy­stość zaczy­nała się sko­kiem z wieży basenu »Gru­bego Kazia«, base­no­wego, który ważył sto pięć­dzie­siąt kilo, a może wię­cej. Woda wystę­po­wała wtedy z brze­gów i orkie­stra sie­dząca na szczy­cie wieży zaczy­nała grać dixie­land. Kazio był typem nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­nym z życiem basenu na Łazien­kow­skiej. Można go też było oglą­dać w wielu pol­skich fil­mach fabu­lar­nych tego okresu. Ze względu na olbrzymi brzuch i wagę był uoso­bie­niem krwio­pijcy, kapi­ta­li­sty, impe­ria­li­sty i wroga ludu. W rze­czy­wi­sto­ści był prze­mi­łym, sym­pa­tycz­nym i jowial­nym face­tem, odda­nym porząd­kowi i spraw­nemu funk­cjo­no­wa­niu basenu od rana do nocy. Nie wia­domo było, jak i z czego żyje po sezo­nie”9.

Basen Legii przy­cią­gał repre­zen­tan­tów naj­roz­ma­it­szych śro­do­wisk: lite­ra­tów, pisa­rzy, pry­wa­cia­rzy, stu­den­tów. Nie bra­ko­wało pań lek­kich oby­cza­jów i zwy­kłych pro­win­cju­szy poszu­ku­ją­cych wra­żeń. Wła­śnie tutaj Woj­ciech Fry­kow­ski rzu­cał wyzwa­nie tre­nu­ją­cym zawod­ni­kom klubu, a Roman Polań­ski wypa­trzył Jolantę Umecką, którą obsa­dził w swoim fil­mie Nóż w wodzie.

Na Legii wypa­dało bywać, naj­le­piej w odpo­wied­nim towa­rzy­stwie. Obo­wią­zy­wała tam bowiem spe­cy­ficzna hie­rar­chia.

„W naj­taj­niej­szym zakątku trawy – opi­sy­wała Agnieszka Osiecka – w cie­niu pod siatką (to zna­czy – pod par­ka­nem) roz­ło­żyły się naj­waż­niej­sze dziew­czyny całego zgro­ma­dze­nia: pół­bo­ginki, pięk­no­ści i samot­nice. Były wśród nich te, które »chcą być same«, te, które »chcą prze­czy­tać cie­kawą książkę«, a także te, które wie­dzą, że i tak będą pode­rwane, cho­ciaż skryły się w cie­niu. (…) Skład kla­sowy tych dziew­czyn bywał (choć nie­ko­niecz­nie) nieco wyż­szy od dziew­czyn spod szatni. Tra­fiały się rzeź­biarki z dobrych rodzin, bez żad­nego maki­jażu, otu­lone w starą suk­manę stan­greta, malarki uszmin­ko­wane od rana na Kle­opa­trę (…) i stu­dentki szkoły teatral­nej, śliczne i zdrowe, pro­sto z malut­kiego mia­steczka”10.

Naj­waż­niej­szą grupę sta­łych bywal­ców basenu two­rzyli arty­ści i ludzie inte­resu. Nastę­po­wało zupełne pomie­sza­nie śro­do­wisk – zamoż­nym bady­la­rzom czy pro­du­cen­tom kra­wa­tów towa­rzy­szyli lite­raci i fil­mowcy. Byli to ludzie dys­po­nu­jący z reguły znaczną gotówką, co prze­kła­dało się na ich suk­cesy towa­rzy­skie. Cza­sami zresztą nie wia­domo było, jaką pro­fe­sję upra­wiają. Jak choćby legen­darny bywa­lec basenu o pseu­do­ni­mie „Wuj”.

„Krą­żyły o nim plotki – opo­wia­dała Osiecka – od któ­rych włosy jeżyły się na gło­wie: że han­dluje nar­ko­ty­kami, że jest madonną sied­miu wywia­dów (wuj! madonną!), że oszu­kuje w pokera, że jest zwy­czaj­nym gang­ste­rem i tak dalej, i tak dalej. Dla naszej jed­nak opo­wiastki jest ważne tylko to, że »Wuj« był czło­wie­kiem prze­po­twor­nie majęt­nym. Poru­szał się po War­sza­wie wście­kle czer­wo­nym Mer­ce­de­sem i robił przy tym tyle hałasu, co Benio Krzyk przy prze­jeź­dzie przez Ode­ssę”11.

Inną cha­rak­te­ry­styczną posta­cią Legii był aktor Adam (Duduś) Paw­li­kow­ski nazy­wany „epi­zo­dy­stą dosko­na­łym”. Były żoł­nierz Armii Kra­jo­wej po Powsta­niu War­szaw­skim tra­fił do Włoch, gdzie roz­po­czął naukę na aka­de­mii medycz­nej. Prze­rwał ją, by wró­cić do kraju, i przez pewien czas stu­dio­wał muzy­ko­lo­gię. Uzna­nie przy­nio­sły mu nie­wiel­kie role w fil­mach szkoły pol­skiej, szcze­gól­nie u Andrzeja Wajdy. Do histo­rii naszego kina prze­szła scena z Popiołu i dia­mentu, gdy razem ze Zbysz­kiem Cybul­skim palili alko­hol w kie­lisz­kach jako zni­cze za pole­głych kole­gów.

„Zawsze miał coś cie­ka­wego do powie­dze­nia – wspo­mi­nał Jerzy Gruza – czym mógł zain­te­re­so­wać kobietę: teo­rie Powsta­nia War­szaw­skiego i jego koniecz­ność, reguła zakonu jezu­itów, aneg­dota z baru w Kame­ral­nej, podwójne zna­cze­nie jakiejś litery w języku japoń­skim, któ­rego się wła­śnie uczył. Sie­dział tro­chę z daleka od nas, baje­ran­tów banal­nych, i uno­sił się w rejo­nach, które zaska­ki­wały opa­la­jące się dziew­czyny, że można je trak­to­wać tak poważ­nie”12.

Obaj boha­te­ro­wie Legii – Paw­li­kow­ski i „Wuj” – zakoń­czyli życie tra­gicz­nie: popeł­nili samo­bój­stwo, wyska­ku­jąc przez okno. Paw­li­kow­ski od lat zma­gał się z cho­robą psy­chiczną, nato­miast „Wuj” stra­cił cały mają­tek i nie chciał już dłu­żej żyć. Nie żyje też Agnieszka Osiecka oraz inni uczest­nicy tam­tej­szego życia towa­rzy­skiego: Jerzy Gruza i Tade­usz Plu­ciń­ski. Ten drugi dziel­nie kon­ty­nu­ował karierę uwo­dzi­ciela zapo­cząt­ko­waną przy Łazien­kow­skiej i uczci­wie zapra­co­wał na miano naj­więk­szego play­boya w śro­do­wi­sku aktor­skim…

Od Czytelnika do SPATiF-u

War­szaw­skie restau­ra­cje epoki PRL-u to temat zasłu­gu­jący na oddzielne opra­co­wa­nie. O więk­szo­ści nie warto nawet wspo­mi­nać, jed­nak kil­ka­na­ście z nich na zawsze zapi­sało się w dzie­jach pol­skiej kul­tury. Bywali tam bowiem naj­wy­bit­niejsi arty­ści, a ich nazwi­ska stały się sym­bo­lem sto­łecz­nych lokali.

Jak powszech­nie wia­domo, Polacy nie potra­fią żyć bez cho­dze­nia na kawę, a zwy­czaj ten nie ma wiele wspól­nego z piciem samego napoju. Zwy­kle sta­nowi pre­tekst do spo­tka­nia towa­rzy­skiego, flirtu czy wymiany poglą­dów. Wkrótce po zaję­ciu mia­sta przez Sowie­tów wró­ciły dawne oby­czaje. Były to czasy „par­te­ro­wej Mar­szał­kow­skiej” (w zbu­rzo­nej sto­licy życie kon­cen­tro­wało się na par­te­rach uszko­dzo­nych domów), a w ruinach powsta­wały sklepy, lokale usłu­gowe oraz barki kawowe tłum­nie odwie­dzane przez zjeż­dża­ją­cych do War­szawy miesz­kań­ców. Wła­dza ludowa nie zamie­rzała jed­nak tole­ro­wać bur­żu­azyj­nego oby­czaju i w ramach bitwy o han­del upań­stwo­wiła więk­szość lokali. Socja­li­styczne pla­cówki ofe­ro­wały usługi na znacz­nie niż­szym pozio­mie, nie­ska­żone jed­nak „zachod­nią deka­den­cją”.

Mimo to w pej­zażu gastro­no­micz­nym War­szawy prze­trwało kilka miejsc, któ­rych ist­nie­nie można uznać za kon­ty­nu­ację tra­dy­cji przed­wo­jen­nej Małej Zie­miań­skiej. Ich stali bywalcy kul­ty­wo­wali regu­larne spo­tka­nia oraz inte­lek­tu­alną wymiany poglą­dów. Naj­waż­niej­szym tego rodzaju loka­lem była kawiar­nia dzia­ła­jąca w pod­zie­miach wydaw­nic­twa Czy­tel­nik przy ulicy Wiej­skiej. Zgod­nie z inten­cją zało­ży­cieli miało to być miej­sce, gdzie twórcy mogą swo­bod­nie poroz­ma­wiać, wypić kawę i ewen­tu­al­nie zjeść śnia­da­nie. Chyba nikt nie podej­rze­wał, że w ten spo­sób powsta­nie legenda.

Stwo­rzył ją miesz­ka­jący w pobliżu Tade­usz Kon­wicki. Począt­kowo poja­wiał się tam w towa­rzy­stwie Leopolda Tyr­manda, z cza­sem zaczął oku­po­wać lokal codzien­nie. Do jego sto­lika przy­sia­dali się tłu­maczka Irena Szy­mań­ska i Antoni Sło­nim­ski, sta­łymi part­ne­rami kawiar­nia­nych debat byli też Sta­ni­sław Dygat, Jerzy Andrze­jew­ski i Leszek Koła­kow­ski. Nie­ba­wem grono bywal­ców posze­rzyło się o ludzi filmu (Jerzy Kawa­le­ro­wicz i Gustaw Holo­ubek). Sto­lik Kon­wickiego stał się waż­nym punk­tem na arty­stycz­nej mapie sto­licy. Domi­no­wały dys­ku­sje lite­rac­kie i fil­mowe, jed­nak w pobliżu „na wszelki wypa­dek” prze­sia­dy­wali funk­cjo­na­riu­sze Urzędu Bez­pie­czeń­stwa. Kon­wicki zawsze pod­kre­ślał, że dla niego spo­tka­nia w Czy­tel­niku „to impreza czy­sto rekre­acyjna”. Opi­nia ta chyba zra­ziła bojowo nasta­wio­nego Sło­nim­skiego, bowiem prze­niósł się do maleń­kiej kawiarni Pań­stwo­wego Insty­tutu Wydaw­ni­czego na Fok­sal, gdzie zna­lazł śro­do­wi­sko bar­dziej zaan­ga­żo­wane poli­tycz­nie.

Pan Antoni nazy­wał ją Cafe Snob – i miał dużo racji. W lokalu, który szybko zyskał miano eli­tar­nego, znaj­do­wało się zale­d­wie kilka (!) sto­li­ków. Nie­ła­two było w ogóle tam wejść, a dotar­cie do sto­lika Sło­nim­skiego gra­ni­czyło z praw­dzi­wym cudem. To wła­śnie tutaj pan Antoni i Jan Józef Lip­ski napi­sali słynny List 34 (zbyt­nio się nie natru­dzili, bowiem pismo liczyło zale­d­wie dwa zda­nia). Lokal odwie­dzili także pod­czas swo­jej wizyty w War­sza­wie Jean-Paul Sar­tre i Simone de Beau­voir.

Repre­zen­tanci młod­szego poko­le­nia pre­fe­ro­wali jed­nak lokale z wyszyn­kiem, gdzie przy wódce pro­wa­dzono „trudne Pola­ków roz­mowy”. Przez kilka lat jedy­nym takim miej­scem w War­sza­wie była unie­śmier­tel­niona przez Hła­skę Restau­ra­cja Kame­ralna na Fok­sal. A wła­ści­wie lokal skła­da­jący się z baru, restau­ra­cji i klubu noc­nego. Szybko zyskała też wąt­pliwą sławę – wódka lała się tam stru­mie­niami, a do bójek docho­dziło codzien­nie.

Mimo że miej­scową kuch­nię uwa­żano za dosko­nałą, więk­szość gości poja­wiała się w Kame­ral­nej wyłącz­nie w celu kon­sump­cji alko­holu – zama­wiali naj­czę­ściej „koniak i owoce połu­dniowe” (czyli pół litra i ogórki). W opa­rach tyto­nio­wego dymu toczyły się nie­koń­czące roz­mowy o życiu, poli­tyce i lite­ra­tu­rze. Stali bywalcy (wśród nich Hła­sko) nawet prze­cho­wy­wali u szat­nia­rzy mary­narki i kra­waty, bowiem bez tych ele­men­tów gar­de­roby wstęp do Kame­ral­nej był zaka­zany. Do lokalu tra­fiali rów­nież zagra­niczni goście, oczy­wi­ście o postę­po­wych poglą­dach.

Wraz z koń­cem epoki sta­li­ni­zmu Kame­ralna zaczęła pod­upa­dać, klien­tów odbie­rały jej nowo powsta­jące lokale. Na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu spe­cjal­nym uzna­niem sfer arty­stycz­nych cie­szyła się restau­ra­cja Hotelu Bri­stol.

„Selek­cja gości była [tam] bez­względna – opi­sy­wał Janusz Gło­wacki – żule ani klasa robot­ni­cza nie mieli wstępu, zresztą było dla nich za drogo. Tu kłę­bili się utra­cju­sze, nie­do­bitki przed­wo­jen­nych sfer wyż­szych, afe­rzy­ści, arty­ści, grała orkie­stra, był par­kiet, tań­czono, a Zby­szek Cybul­ski roz­pa­czał, że go Wajda prze­stał brać do fil­mów. Tu uwo­dził sław­nych spor­tow­ców zna­ko­mity pisarz Jerzy Andrze­jew­ski, tań­czył prze­pi­ja­jący pie­nią­dze nie­wia­do­mego pocho­dze­nia sławny rot­mistrz Rze­szo­tar­ski, a za nim jak cień sunął Duduś Paw­li­kow­ski – ese­ista i aktor nazy­wany naj­pięk­niej­szym rekwi­zy­tem pol­skiego filmu. I oczy­wi­ście taj­niacy, pry­wa­cia­rze, bady­la­rze, syno­wie kuśnie­rza Skórki, szew­ców Śliwki i Filan­tropa, pierw­sza liga pro­sty­tu­tek, czyli Iza Dra­bina, Pasz­cza, Paskuda, Patel­nia, Pstynka, Czar Sta­rówki”13.

W takim miej­scu nie mogło zabrak­nąć rów­nież taj­nia­ków, któ­rzy zło­rze­czyli na fatalną jakość apa­ra­tury pod­słu­cho­wej…

Naj­więk­szą jed­nak legendą życia towa­rzy­skiego sto­licy oka­zał się poło­żony w Ale­jach Ujaz­dow­skich lokal SPA­TiF-u (Sto­wa­rzy­sze­nie Pol­skich Arty­stów Teatru i Filmu). Tam naprawdę działy się cza­sami rze­czy, o któ­rych nie śniło się nawet filo­zo­fom.

„SPA­TiF był knajpą o tyle wyjąt­kową, że dzia­ła­jącą na zasa­dzie klubu – wyja­śniał Janusz Atlas. – Poja­wia­jący się tam ludzie nie byli przy­pad­ko­wymi prze­chod­niami z ulicy, naj­pięk­niej­szej zresztą w całym mie­ście. Do SPA­TiF-u nie przy­cho­dziło się też ni­gdy tylko w celach gastro­no­micz­nych, lecz po to, żeby być, zaist­nieć, spo­tkać się, poroz­ma­wiać, ewen­tu­al­nie upić, ale to już tylko i wyłącz­nie przy oka­zji”14.

Było to natu­ralne śro­do­wi­sko lite­ra­tów, akto­rów, reży­se­rów, dzien­ni­ka­rzy i spor­tow­ców. Wła­śnie tam kulo­miot Wła­dy­sław Komar „dole­wał do kury w rosole ćwiartkę wódki i ten kok­tajl dusz­kiem wypi­jał”, a Piwow­ski, Makla­kie­wicz i Gło­wacki wymy­ślali dia­logi do kul­to­wego Rejsu. To w SPA­TiF-ie po 30 latach spo­tkali się Loda Halama i Sło­nim­ski, a pisarz Józef Prut­kow­ski roz­pro­wa­dzał po lokalu strip­ti­zerki z pro­win­cji szu­ka­jące w sto­licy męża z miesz­ka­niem.

„W SPA­TiF-ie dys­ku­to­wało się Heideg­gera i aktu­alny kurs dolara – przy­zna­wał Gło­wacki – szanse odzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści i napi­cia nie­roz­cień­czo­nego jarzę­biaku, zro­bie­nia dobrego filmu i okra­dze­nia Szweda przy barze”15.

Przez pewien okres w soboty grał w SPA­TiF-ie trzy­oso­bowy zespół (pia­nino, banjo, mara­kasy) i zda­rzało się, że goście tań­czyli solo. Podobno cza­sami pano­wała tam atmos­fera jak na Tita­nicu z ele­men­tami Balu u sena­tora i cho­cho­lich plą­sów.

„Tań­czyli wszy­scy – kon­ty­nu­ował Gło­wacki – aktu­alny kie­row­nik wydziału kul­tury KC Alek­san­der Syczew­ski i polu­jący na każdą moż­li­wość wywo­ła­nia bójki mło­dzi lirycy z pisma »Współ­cze­sność«. Andrzej Brycht, przed ucieczką na Zachód ulu­bie­niec wła­dzy, i auto­rzy ostro cen­zu­ro­wani. Tań­czył mar­cowy reży­ser Boh­dan Poręba i pobity w marcu Ste­fan Kisie­lew­ski. Wscho­dzące gwiazdy reży­serii Janusz Kon­dra­tiuk i Janusz Zaor­ski oraz wszyst­kie kel­nerki. (…) A obok, wywra­ca­jąc się na sto­liki, w zawią­za­nej na gło­wie chu­stce wywi­jał swoją »polkę-tre­blinkę« Janek Himils­bach”16.

Lokal zamy­kano późno w nocy, a tak­sówki bywały w tam­tych cza­sach luk­su­sem. Życie nie znosi jed­nak próżni i goście nie mie­wali pro­ble­mów z powro­tem do domu lub z prze­miesz­cze­niem się do innego lokalu. Epoka PRL-u obfi­to­wała w nie­kon­wen­cjo­nalne roz­wią­za­nia.

„Pod knajpą usta­wiał się sznur pole­wa­czek – doda­wał Gło­wacki. – Kurs do otwar­tego dłu­żej Ścieku na Trę­bac­kiej kosz­to­wał sto zło­tych, a z pole­wa­niem sto pięć­dzie­siąt. Kie­rowca zawsze lojal­nie pytał: »Lać?«. I jeżeli czło­wiek chciał się poczuć albo zaim­po­no­wać kobie­cie, nie licząc się z kosz­tami, mówił: »Lać«”17.

Pasa­że­rami pole­wa­czek byli z reguły goście restau­ra­cyjni, zwy­kli War­sza­wiacy naj­czę­ściej radzili sobie ina­czej. Woj­ciech Mann pod­czas festi­walu Jazz Jam­bo­ree opie­ko­wał się sak­so­fo­ni­stą Ornette’em Cole­ma­nem i rów­nież bez pro­blemu zała­twił mu nocny trans­port do Klubu Sto­doła. Ubrany w futro muzyk był prze­szczę­śliwy, ni­gdy bowiem nie prze­żył podob­nej przy­gody.

„Zro­bi­łem więc coś, co w noc­nej War­sza­wie nie było niczym nad­zwy­czaj­nym – wspo­mi­nał Mann po latach. – Roz­pacz­li­wie zatrzy­ma­łem jadący do zajezdni pusty auto­bus komu­ni­ka­cji miej­skiej. Kie­rowca zacie­ka­wiony albo roz­pa­czą moich gestów, albo ciem­no­skó­rym futrza­kiem zatrzy­mał się potul­nie obok nas. Za umó­wioną naprędce sumę zrzu­cił tablice i po kawa­le­ryj­sku dowiózł nas do Sto­doły. Zachwyt wir­tu­oza sak­so­fonu, który taczał się na zakrę­tach po pustym auto­busie, wart był każ­dych pie­nię­dzy”18.

Mał­go­rzata Kobiela, Bogu­mił Kobiela i Jerzy Pas­sen­dor­fer w restau­ra­cji SPA­TiF-u, War­szawa, lata 60.Fot. Jerzy Michal­ski / RSW / Agen­cja Forum

Antoni Sło­nim­ski (pierw­szy z lewej) i Jaro­sław Iwasz­kie­wicz (pierw­szy z pra­wej) nie wszyst­kim pozwa­lali usiąść przy ich ulu­bio­nym sto­liku w kawiarni Czy­tel­nika, War­szawa 1959 rok.Fot. Andrzej Szy­pow­ski / East News

Agnieszka Osiecka podaje do chrztu Agnieszkę… Osiecką. Tak brzmi nazwi­sko panień­skie Agnieszki Osta­piuk, która zain­spi­ro­wała autora do napi­sa­nia tej książki.Ze zbio­rów pry­wat­nych Agnieszki Osta­piuk

Dyry­gent Grze­gorz Fitel­berg po dru­giej woj­nie świa­to­wej oka­zał się dla pol­skich komu­ni­stów cenną zdo­by­czą pro­pa­gan­dową.Fot. Naro­dowe Archi­wum Cyfrowe

Xawery Duni­kow­ski narze­kał na nowe budow­nic­two, a odwie­dza­ją­cych go par­tyj­nych ofi­cjeli cza­sami wyrzu­cał za drzwi. Ucho­dziło mu to na sucho – był bowiem zbyt potrzebny wła­dzy.Fot. Naro­dowe Archi­wum Cyfrowe

Kon­stanty Ilde­fons Gał­czyń­ski w Pol­sce Ludo­wej pisał w kon­wen­cji socre­ali­stycz­nej, jed­nak jego twór­czość szybko potę­piono jako drob­no­miesz­czań­ską.Fot. Naro­dowe Archi­wum Cyfrowe

Rozdział 2. Miron Białoszewski — prawda i legenda o poecie osobnym

Roz­dział 2

Miron Bia­ło­szew­ski — prawda i legenda o poecie osob­nym

Miron niejednoznaczny

Miron Bia­ło­szew­ski zaj­muje spe­cy­ficzną pozy­cję w dzie­jach pol­skiej lite­ra­tury. Uwa­żany był za poetyc­kiego out­si­dera, który nie miał w sobie nic z bun­tow­nika, czym odróż­niał się od więk­szo­ści lite­ra­tów two­rzą­cych w epoce PRL-u. Nie inte­re­so­wał się poli­tyką, nie narze­kał na panu­jący sys­tem eko­no­miczny, a dyk­ta­turę PZPR-u i zależ­ność od Związku Radziec­kiego trak­to­wał ze sto­ic­kim spo­ko­jem. Być może spo­wo­do­wały to trau­ma­tyczne prze­ży­cia Powsta­nia War­szaw­skiego – oba­wiał się wybu­chu kolej­nej wojny i raczej szcze­rze wie­rzył, że Sowieci zapo­bie­gną ewen­tu­al­nemu kon­flik­towi. Zapewne z tego powodu nie­spe­cjal­nie też inte­re­so­wała się nim Służba Bez­pie­czeń­stwa, cho­ciaż przez kilka lat był współ­twórcą dwóch pry­wat­nych scen teatral­nych funk­cjo­nu­ją­cych w sto­łecz­nych miesz­ka­niach.

„Coś pod­nio­słego i strasz­nego – noto­wał po przy­pad­ko­wym obej­rze­niu tele­wi­zyj­nej rela­cji z XXV Zjazdu KPZR. – (…) Nie możemy się prze­cież wyprzeć ani Związku Radziec­kiego, ani Breż­niewa, ani Lenina z Mię­dzy­na­ro­dówką. Możemy się na to boczyć, ale to jak w rodzi­nie. Dziwne. Przy­znam, przy­kre. Jako forma. Tylko Mię­dzy­na­ro­dówka dobra”19.

Na co dzień nie czy­tał prasy, nie słu­chał radia i nie oglą­dał tele­wi­zji. Był tak ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści, że w noc wpro­wa­dze­nia stanu wojen­nego nie zwró­cił uwagi na ogromną liczbę pojaz­dów woj­sko­wych i żoł­nie­rzy na uli­cach. W efek­cie był zasko­czony po zatrzy­ma­niu przez patrol, ale gdy żoł­nie­rze usły­szeli, że jest poetą wra­ca­ją­cym do domu od zna­jo­mych, prze­pu­ścili go bez pro­ble­mów.

Wpraw­dzie Bia­ło­szew­skiego zali­czano do poko­le­nia „Współ­cze­sno­ści”, ale było to spo­wo­do­wane wyłącz­nie fak­tem, że jego debiut książ­kowy przy­padł na czas poli­tycz­nej odwilży. Pan Miron nie udzie­lał się bowiem w ofi­cjal­nych gru­pach poetyc­kich, nie szu­kał aplauzu na prze­glą­dach lite­rac­kich i przy­lgnęła do niego opi­nia „poety osob­nego”. Cho­dził wła­snymi ścież­kami, cho­ciaż ni­gdy nie był lite­rac­kim abne­ga­tem. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że musi dbać o renomę, gdyż to prze­kłada się na jego sytu­ację finan­sową.

Cho­ciaż uni­kał kon­tak­tów z więk­szo­ścią współ­cze­snych mu lite­ra­tów (nie prze­czy­tał żad­nego wier­sza Miło­sza!), to jed­nak miał liczne grono zna­jo­mych, z któ­rymi pozo­sta­wał w zaży­łych kon­tak­tach. Umie­jęt­nie też budo­wał wła­sną legendę, a wizyta w jego miesz­ka­niu lub obec­ność na pry­wat­nych spek­ta­klach teatral­nych nobi­li­to­wała i sta­no­wiła dowód udziału w wyż­szej for­mie sztuki. Tym bar­dziej że można było wów­czas spo­tkać lumi­na­rzy pol­skiej kul­tury.

Wbrew obie­go­wym opi­niom Bia­ło­szew­ski dbał o popu­lar­ność i nie pro­te­sto­wał, gdy przy­pi­sy­wano mu osią­gnię­cia innych. Takie postę­po­wa­nie wywo­ły­wało kon­flikty i dopro­wa­dziło do zerwa­nia współ­pracy z kil­kor­giem przy­ja­ciół, cho­ciaż począt­kowo był zwo­len­ni­kiem pracy zespo­ło­wej. Dość bez­ce­re­mo­nial­nie korzy­stał z talentu i dorobku innych, a gdy prze­sta­wali mu być potrzebni, dra­stycz­nie ogra­ni­czał kon­takty. Nie przy­zna­wał się jed­nak do podob­nych prak­tyk, co spo­wo­do­wało, że do dzi­siaj jest bar­dzo zna­nym arty­stą, a jego men­to­rzy zostali prak­tycz­nie zapo­mniani. Ewen­tu­al­nie uwa­żani – za jego epi­go­nów.

Publiczną tajem­nicą były nato­miast jego pre­fe­ren­cje ero­tyczne; ni­gdy zresztą nie ukry­wał swo­jego homo­sek­su­ali­zmu. Przez więk­szość epoki PRL-u nie sta­no­wiło to pro­blemu – pede­ra­stami byli bowiem auto­rzy, któ­rzy od lat pięć­dzie­sią­tych decy­do­wali o pol­skim życiu lite­rac­kim. Ich utwory tra­fiały do pod­ręcz­ni­ków szkol­nych, cho­ciaż gło­śno nie mówiono o ich orien­ta­cji sek­su­al­nej. Naj­wy­raź­niej Pol­ska Ludowa nie była tak pru­de­ryjna, jak mogłoby się to wyda­wać, a czasy akcji Hia­cynt miały dopiero nadejść.

Prawdziwy Warszawiak

Miron Bia­ło­szew­ski zawsze czuł się oby­wa­te­lem sto­licy. Uro­dził się w czerwcu 1922 roku na sto­łecz­nej Woli i nie­mal cała jego bio­gra­fia jest zwią­zana z War­szawą. Opusz­czał rodzinne mia­sto bar­dzo rzadko, głów­nie ze wzglę­dów oso­bi­stych lub zawo­do­wych, gdyż nie czuł potrzeby podró­żo­wa­nia. W pierw­szych latach po woj­nie unie­moż­li­wiała mu to zresztą sytu­acja finan­sowa. Póź­niej wyjeż­dżał spo­ra­dycz­nie.

„Miesz­kam w War­sza­wie i z wyboru, i z koniecz­no­ści – zwie­rzał się – gdzie indziej bym chyba nie chciał miesz­kać, bo tu mam przy­ja­ciół, tutaj nawyki. [Może jed­nak] gdzie indziej chciał­bym pomiesz­kać, może w takim Wro­cła­wiu. W Kra­ko­wie to już pomiesz­ki­wa­łem, ale tam aku­rat mi przy­padł tak straszny okres nędzy, że nie­do­pałki musia­łem zbie­rać na Plan­tach, więc tak mi się to koja­rzy nie bar­dzo dobrze”20.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Za: S. Kisie­lew­ski, Abe­ca­dło Kisiela, War­szawa 1990, s. 74. [wróć]

J. Gło­wacki, Z głowy, War­szawa 2004, s. 179. [wróć]

Jerzy­Ro­bert­No­wak.com/arty­kuly/Nasz_Dziennik/2006/06.09.htm [wróć]

Za: Niniwa2.cba.pl/towarzysze_nieudanej_podrozy_06.htm [wróć]

A. Ważyk, Poemat dla doro­słych, Scribd.com/docu­ment/941302775/Adam-Wa%C5%BCyk-Poemat-Dla-Doros%C5%82ych-Tekst [wróć]

J. Atlas, Atlas towa­rzy­ski, War­szawa 1991, s. 139. [wróć]

Z. Adr­jań­ski, Pochody doni­kąd. Lek­sy­kon nostal­giczno-iro­niczny z dzie­jów PRL, War­szawa 2009, s. 50. [wróć]

J. Gło­wacki, op. cit., s. 188. [wróć]

J. Gruza, Pasaże war­szaw­skie, War­szawa 2004, s. 17. [wróć]

A. Osiecka, Szpetni czter­dzie­sto­letni, Łódź 1985, s. 42. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

J. Gruza, op. cit., s. 13. [wróć]

J. Gło­wacki, op. cit., s. 121. [wróć]

J. Atlas, op. cit., s. 9. [wróć]

J. Gło­wacki op. cit., s. 121. [wróć]

Ibi­dem, s. 123. [wróć]

Ibi­dem, s. 125. [wróć]

W. Mann, Rock­Mann, czyli jak nie zosta­łem sak­so­fo­ni­stą, Kra­ków 2010, s. 81. [wróć]

M. Bia­ło­szew­ski, Tajny dzien­nik, Kra­ków 2012, s. 120-121. [wróć]

Za: S. Bur­kot, Miron Bia­ło­szew­ski, War­szawa 1992, s. 33. [wróć]