Precedens - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Precedens ebook i audiobook

Remigiusz Mróz

4,6

3360 osób interesuje się tą książką

Opis

Do Joanny Chyłki z nietypową sprawą zgłasza się jedna z najpopularniejszych polskich aktorek. Twierdzi, że za moment popełni przestępstwo, i chce, by to właśnie prawniczka z Żelaznego & McVaya ją broniła. Zanim Chyłka ma okazję zastanowić się, jak zapobiec tragedii, jest już za późno. Kobieta brutalnie morduje swoją ofiarę, a wszystko to transmituje w mediach społecznościowych.

Śledczy dysponują niepodważalnymi dowodami w postaci nagrania oraz śladów DNA – i nie mają wątpliwości co do winy aktorki. Ta jednak nie przyznaje się do zarzucanego czynu, zapewniając Chyłkę i Kordiana, że w istocie popełniła przestępstwo doskonałe. I że nie zostanie za nie skazana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 465

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 2 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Aleksandra Deskur

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: © Nejron Photo / Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66553-82-8

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Violi i Doroty,

które dokonały przekształcenia Chyłki

z formy książkowej w serialową

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nemo se ipsum accusare tenetur.

Nikt nie może być zmuszany do oskarżania samego siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

Masa upadłości

 

 

 

1

 

ul. Argentyńska, Saska Kępa

 

 

 

Mrok nocy był głęboki, ale Chyłka nie potrafiła się w nim zanurzyć. Snuła się po mieszkaniu, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca i uważając, by nie obudzić śpiącego w sypialni Kordiana. To przysiadała w kuchni, przegryzając nerkowce, to szła do pokoju, by cicho posłuchać rockowych ballad. W końcu zaległa na kanapie z laptopem tylko po to, by po chwili przenieść się na fotel z niedokończoną książką. Czuła się jak zwierzę w klatce.

Jedynym plusem chemioterapii było to, że w jej trakcie Joanna sypiała bez problemu. Właściwie wystarczyło, żeby zrobiła kilka kroków, a od razu padała. Nawet podniesienie ręki wiązało się ze wzmożonym wysiłkiem.

Teraz, dwa miesiące po zakończeniu chemii, wciąż nie mogła przywyknąć do tego, ile miała sił. Ani do tego, że zaczynają jej odrastać włosy.

Chyłka odłożyła zbiór opowiadań Ferdinanda von Schiracha, będący jednym wielkim studium przestępców, i na moment zamknęła oczy. Niechętnie to przyznawała, ale przez ostatnie miesiące brakowało jej bezpośredniej styczności z tym, co wypełniało jej prawniczy krwiobieg.

Chciała wrócić do pokojów przesłuchań w aresztach śledczych, gdzie zgłębiała najmroczniejsze zaułki ludzkiej psychiki. Do sal sądowych, w których czekały ją sprawdziany nie tylko zawodowego kunsztu, ale też człowieczeństwa. I na dwudzieste pierwsze piętro Skylight, gdzie czuła się jak w domu.

Niebawem wróci. Miała jeszcze miesiąc urlopu, by dojść do siebie po ustawicznym wymiotowaniu, słanianiu się na nogach, traceniu włosów i odczuwaniu bólu właściwie przy każdej najmniejszej czynności. Potem zadba o to, by cały prawniczy świat sobie o niej przypomniał.

– Co robisz? – rozległ się głos z głębi pokoju.

Joanna otworzyła oczy i spojrzała na zaspanego Zordona, stojącego w progu sypialni.

– Zastanawiam się.

– Nad czym?

– Nad tym, czy plecy bolą mnie bez powodu, czy od dźwigania tego związku – odparła Chyłka, poprawiając się na fotelu.

Kordian potarł oczy, podszedł do niej i przysiadł na podłokietniku.

– Pomasować?

– Zwoje mózgowe sobie pomasuj, Zordon. Może się aktywują.

Pochylił się i pocałował ją w czoło, po czym przez moment jej się przyglądał. Znała doskonale ten badawczy wzrok. Oryński starał się ustalić, czy może zrobić cokolwiek, żeby poczuła się lepiej.

– Potrzebujesz czegoś? – spytał.

– Możliwości wprowadzenia się w stan wysokodurczokowy. Ale podobno jeszcze nie mogę.

Kilka miesięcy bez picia. I zasadniczo tyle samo bez palenia. Niedawno próbowała szluga, ale po pierwszym sztachu zrobiło jej się tak słabo, że chciała umrzeć. Planowała wkrótce odbić sobie tę abstynencję ze zdwojoną mocą.

– Kwestia czasu – odparł Oryński.

– Ehe.

– A nie? Wszystko ma swój koniec, szczególnie twoja wstrzemięźliwość.

– Wszystko oprócz banana, bo on ma dwa – odparła pod nosem i podniosła się z fotela. – Zresztą nie chce mi się wysłuchiwać tych twoich sentencjonalnych bzdur.

– Mówię tylko, że…

– Przestań mnie nękać, do cholery – ucięła. – I nie wiem, wybierz się na wegetariański odpowiednik jazdy na koniu czy coś.

– Hę?

– Na rower, Zordon.

Uśmiechnął się lekko i ruszył za nią do kuchni. Chyłka usiadła przy stole, a on zabrał się do parzenia zielonej herbaty ryżowej. Z jakiegoś względu w okresie abstynencji Joanna upodobała sobie właśnie genmaichę, choć nigdy wcześniej jej nie piła.

– Dochodzi północ – zauważył. – Niezbyt dobra pora na przejażdżkę.

– No i? Jaki to ma związek z tym, żebyś dał mi spokój?

– Żeby ci go dać, musiałbym najpierw go odebrać.

– Odbierasz nieustannie.

Podał jej herbatę, nastawił na elektronicznym zegarku trzy minuty i usiadł naprzeciwko niej.

– A mimo to humor ewidentnie ci dopisuje.

– Smutne ptaki też śpiewają, Zordon – zauważyła, mrużąc oczy. – Choć właściwie równie dobrze mogą krzyczeć z powodu lęku wysokości. Tak naprawdę nigdy się nie dowiemy.

Kordian wiedział, co mówił. Wracała do siebie. W ostatnim czasie miewała huśtawki nastrojów tak nieznośne, że sama nie potrafiła ze sobą wytrzymać. Brakowało jej chęci do życia i nie mogła odnaleźć w sobie pokładów energii, której zawsze miała w nadmiarze. Mimo to Zordon nigdy się nie skarżył, nawet nie wyglądał na poirytowanego – trwał przy niej i robił wszystko, by pomóc jej przez to przejść.

Kiedy jego zegarek cicho zapikał, Oryński wyjął zaparzacz z herbatą i podsunął jej kubek. W tym samym momencie z głośnika telefonu leżącego na stole dobiegły charakterystyczne riffy z Afraid to Shoot Strangers.

– Kto to? – spytał Kordian.

Chyłka zerknęła na nieznany jej numer.

– Najpewniej moja matka, ojciec albo inna kreatura ich pokroju, bo nikt normalny nie tarabani o tej porze.

– To może powinnaś…

– Wyrzucić telefon przez okno? Dobry pomysł.

– Ewentualnie odebrać.

Joanna prychnęła cicho.

– Nie zawraca mi się dupy przed dwunastą – oznajmiła.

– To się tyczy tylko południa.

– Teraz mam rozregulowany wewnętrzny zegar, Zordon. Powinni o tym wiedzieć. A jeszcze lepiej o tym, że skoro nie odbieram, kiedy dzwonią ze swoich numerów, to mam ich w dupie.

Komórka przestała grać, ale po chwili kuchnię na powrót wypełniły dźwięki jednego z najczęściej rozbrzmiewających w tym domu kawałków Iron Maiden.

– Może to jednak nie oni?

– A kto? Przypadkowy nastolatek, który chce mi powiedzieć, że on pożyje dostatecznie długo, żeby świętować sylwestra w dwa tysiące setnym roku, a ja nie?

Kordian podrapał się po głowie i skrzywił, jakby dopiero teraz się zreflektował, że faktycznie są już na świecie osoby, które tego doczekają.

– Twojej matki nawet nie ma w Polsce – zauważył. – A twój ojciec prędzej poszedłby na Łazienkowską w koszulce Polonii, niż dzwonił do ciebie w środku nocy.

Joanna zerknęła na telefon. Właściwie było w tym trochę prawdy.

Odebrała, nie podnosząc komórki ze stołu, a potem włączyła głośnik i nachyliła się nad ekranem. Nie odezwała się jednak słowem.

– Halo? – rozległ się delikatny kobiecy głos.

Chyłka rzuciła Oryńskiemu krótkie spojrzenie.

– To nie moja matka.

– I chyba też nie twój ojciec.

– Słucham? – spytała kobieta. – Przepraszam, dodzwoniłam się do mecenas Chyłki?

– Nie – odparła Joanna.

– Tak – sprostował Kordian. – Musi pani tylko uzbroić się w cierpliwość, jakby miała pani do czynienia z rozkapryszoną, rozpuszczoną, grymaśną i rozpieszczoną…

– Zordon.

– Tak, trucizno?

– Zakleszcz otwór gębowy – odparła Chyłka, a potem przysunęła telefon bliżej siebie.

Wydawało jej się, że kojarzy głos rozmówczyni, ale za nic w świecie nie potrafiła przypasować go do konkretnej osoby. Może jakaś stara znajoma? Albo któraś z klientek kancelarii, której Żelazny lub McVay dali jej prywatny numer?

– No tak… – odezwała się kobieta. – Słyszałam, że państwo są dość… ciekawi.

– Mhm – mruknęła Joanna. – Szczególnie ciekawi tego, kto i po jaką cholerę dzwoni do mnie po nocach.

– Alina Karaś – przedstawiła się rozmówczyni.

Chyłka zmarszczyła czoło. Znów dzwoniło w którymś kościele, ale nie wiedziała w którym. Spojrzała na Zordona i przekonała się, że on najwyraźniej od razu załapał, o kogo chodzi.

– Ta Alina Karaś? – spytał.

– Znam tylko jedną – odparła rozmówczyni. – Ale pani Joanna pewnie nie kojarzy.

– Jedyny karaś, którego kojarzę, to słodkowodna ryba z rodziny karpiowatych – rzuciła Chyłka. – I nie mów do mnie „pani Joanna”, bo czuję się, jakbym była przewodniczącą związku zawodowego starych landryn w lupanarze.

Kobieta na moment zamilkła.

– Może w takim razie „moja obrończyni”?

Głos Aliny był zdecydowany i twardy, ale doskonale współgrał z pewnym damskim powabem. Brzmiała jak osoba, która zawsze stawia na swoim, ale osiąga to tak, by druga strona sądziła, że dobrowolnie się na to godzi. Joanna doskonale znała takich ludzi – zazwyczaj zostawali albo zabójcami, albo posłami.

– Może najpierw powiesz mi, z kim mam do czynienia? – odparła.

Oryński podsunął jej swoją komórkę z wyświetlonym artykułem na Wikipedii.

– Jestem aktorką – wyjaśniła Karaś.

Joanna przesunęła wzrokiem po filmografii kobiety. Nie okazała się zbyt obszerna, ale sam artykuł był dość rozbudowany. Najwięcej miejsca zajmowały w nim informacje o pobocznej działalności – udziałach w programach rozrywkowych, kontrowersyjnych fotkach, bitych rekordach popularności i rozlicznych romansach. Jakiś wikipedysta z większym stażem powinien porządnie to przejrzeć, o ile oczywiście potrafiłby się skupić na czymś poza zdjęciem, które znajdowało się po prawej stronie.

Widniała na nim około trzydziestoletnia, zabójczo piękna kobieta w obcisłej czarnej sukience. Prezentowała swoje wdzięki na ściance i sprawiała wrażenie, jakby kręcił się wokół niej cały świat.

– Grałam w kilku dość znanych, dochodowych produkcjach i miałam główną rolę w serii o prawniczce. Pod przysięgą – dodała aktorka z pewną goryczą w głosie. – Naprawdę mnie nie kojarzysz?

– Gardzę polskimi serialami.

– Szkoda – odparła Alina. – Niektóre są naprawdę dobre. Szczególnie te oparte na książkach.

Chyłka oddała Kordianowi jego telefon.

– Dobra – rzuciła. – Czyli dzwonisz, żeby przekonać mnie do wykupienia sobie jakiegoś pakietu?

– Nie. Dzwonię, żeby ustanowić cię moją obrończynią.

– Jestem teraz na przymusowym chemioterapiourlopie.

– Wiem. Śledzę, co się z tobą dzieje.

Oryński popatrzył na Joannę z wyraźnym niepokojem. Mimo że głos kobiety był przyjazny, zbyt wiele razy słyszeli podobne deklaracje, by przejść obok nich obojętnie.

– Zdaję też sobie sprawę z tego, że zakończyłaś terapię dwa miesiące temu i jesteś teraz w remisji – ciągnęła Alina. – Oraz z tego, że zamierzałaś wrócić do praktykowania prawa nieco później.

– Dalej zamierzam.

– Zmienisz zdanie za jakieś pięć minut.

– Wątpię.

– To wejdź na mój fanpage na Facebooku.

– Liczysz, że porażona liczbą lajków uznam, że nie mogę przepuścić takiej okazji?

Karaś zaśmiała się cicho. Brzmiało to zupełnie szczerze, ale jeśli wierzyć artykułowi na Wikipedii, była całkiem niezłą aktorką. Zanim przebiła się do panteonu największych gwiazd, dostała garść nagród na niszowych festiwalach i występowała na deskach renomowanych teatrów. Najwyraźniej otoczka skandalistki, której później się dorobiła, nie wykluczała solidnego zaplecza.

– Liczę na to, że zmienisz zdanie z innego powodu – powiedziała po chwili.

– Jakiego?

Rozmówczyni nabrała głęboko tchu.

– Zaraz popełnię zbrodnię.

– Że co?

– Konkretnie tę z artykułu sto czterdziestego ósmego, paragrafu drugiego Kodeksu karnego. Chyba dobrze ci znanego.

Któryś z typów kwalifikowanych zabójstwa. Oczywiście, że Chyłka była z nimi doskonale zaznajomiona.

– Co ty pierdolisz? – rzuciła.

Kordian podniósł się z krzesła.

– Zabiję człowieka. Będę tłukła go dopóty, dopóki nie ustaną jego funkcje życiowe – odparła ze spokojem Alina. – I wszystko to będę transmitowała na żywo przez Facebooka.

Oryński nachylił się nad stołem.

– To jakiś chory żart? – zapytał.

– W pewnym sensie.

– Czyli?

– Żart z wymiaru sprawiedliwości, bo zaprojektowałam zabójstwo doskonałe.

– To chyba mamy inne pojęcie doskonałości – odparła Chyłka.

Karaś znów zrobiła głęboki wdech, jakby delektowała się wyjątkowo przyjemnym zapachem.

– Nie, mamy takie samo – powiedziała. – Znalazłam kruczek prawny. Nikt nie pociągnie mnie do odpowiedzialności.

– Jaki niby kruczek?

– Dowiesz się w swoim czasie. Teraz powinnaś wiedzieć tylko, że sąd nawet nie wyda wyroku, będzie zmuszony po prostu mnie wypuścić do domu. A ty będziesz osobą, która o to zadba.

– Słuchaj…

Zanim Joanna zdążyła dokończyć, aktorka się rozłączyła. Cisza w kuchni trwała jedynie przez moment.

– Dawaj laptopa, Zordon.

Oryński czym prędzej poszedł po komputer. Włączył go po drodze z sypialni i kiedy kładł go na stole przed Joanną, już wyświetlał odpowiedni profil. Alina Karaś rzeczywiście miała niemało obserwatorów – śledziło ją półtora miliona osób. I wszyscy mieli za moment zobaczyć live’a, który już był przypięty na samej górze strony.

– Co ona odwala? – odezwała się Chyłka.

– Nie myślisz chyba, że…

– Że zaszlachtuje kogoś na żywo? Nie. To jakiś happening albo nowy trend, który umyka mi tak samo jak urok rapujących dzieciaków z dobrych domów.

Przez moment milczeli, patrząc na czarny ekran i informację, że transmisja niebawem się rozpocznie.

– A może się czegoś naćpała? – podsunął Oryński. – I naprawdę ma zamiar kogoś zabić?

– A może ty się naćpałeś?

– Mówię poważnie.

– Ja też.

Nie miała zamiaru teraz poruszać tego tematu, ale była niemal pewna, że wbrew temu, co obiecywał, nie zmniejszył dawki przyjmowanych benzodiazepin.

– Tak czy owak, powinniśmy powiadomić policję – dodał.

– Raczej oddział psychiatrii na Bielanach.

Kordian pokręcił głową, a Chyłka zmrużyła oczy, patrząc na monitor.

– Artykuł trzysta czwarty, paragraf pierwszy Kodeksu postępowania karnego – powiedział. – Społeczny obowiązek zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa…

– Ściganego z urzędu – dokończyła Joanna. – Nie musisz cytować mi kapeku, Zordon.

– Czasem to na ciebie działa.

– Działa na mnie tylko Kodeks karny.

– To jeszcze lepiej – odparł, kładąc rękę na oparciu krzesła. Oboje wpatrywali się przed siebie, jakby czekali na premierowe wyświetlenie teledysku do długo wyczekiwanego singla ulubionego zespołu. – Bo tam też jest artykuł mówiący o bezwzględnym obowiązku zawiadamiania organów ścigania w przypadku zabójstwa.

Chyłka doskonale go pamiętała. Nie sądziła jednak, by miał zastosowanie w tym wypadku. Alina Karaś albo miała nierówno pod kopułą, albo wymyśliła teatralną inscenizację, dzięki której zamierzała narobić nieco szumu. Z krótkiego opisu na Wikipedii jasno wynikało, że wzbudzanie kontrowersji sprawia jej niemałą przyjemność.

– Dzwonię – powiedział Kordian. – Najwyżej się zbłaźnimy.

– Czyli dla ciebie nic nowego, ale dla mnie…

Urwała, kiedy czarny ekran został zastąpiony przekazem z kamery. Ustawiono ją przed dużym, niskim łóżkiem, na którym leżał mężczyzna w czarnych bokserkach i z przepaską na oczach w takim samym kolorze.

Jego ręce i nogi były przywiązane do drewnianych elementów łóżka, a on sam wyglądał na dość rozbawionego. I jeszcze bardziej pobudzonego.

– Widzisz? – rzuciła Chyłka, obracając się do Kordiana. – To jakaś chora gierka. Dziewczę zapoznało się z Blanką Lipińską i chce wprowadzić nieco urozmaicenia do szarej łóżkowej egzystencji.

– I potrzebuje do tego noża myśliwskiego?

Joanna natychmiast spojrzała na monitor. Aktorka pochylała się nad kamerą, ubrana cała na biało. Puściła oko wprost do obiektywu, a potem przyłożyła ostrze do gardła mężczyzny rozciągniętego na pościeli. Powiedziała coś, ale z głośników nie dobiegł żaden dźwięk.

– Daj głośniej.

Oryński sięgnął do trackpada i pokręcił głową.

– Nie ma fonii.

Alina szepnęła coś do ucha mężczyzny, a potem przyłożyła nóż do jego brzucha. Przesunęła po nim szybkim, zdecydowanym ruchem. Z rany natychmiast popłynęła krew, zalewając pościel i białe rękawiczki aktorki, a ofiara zaczęła się szarpać, jakby przypalano ją rozżarzonym węglem.

– O kurwa… – jęknęła Chyłka.

Karaś zaśmiała się, po czym znów przyłożyła ostrze do ciała mężczyzny. Przesunęła nim po szyi bez choćby chwilowego zawahania.

Dwoje prawników w całkowitym stuporze obserwowało wszystko, co robiła Alina. Pocięła szyję, twarz, klatkę piersiową, ręce i nogi mężczyzny, a potem, cała zakrwawiona, uniosła nóż nad jego kroczem. Opuściła sztych z impetem i kilkakrotnie poprawiła.

Ofiara musiała wyć wniebogłosy i należało dziękować losowi, że film nagrywał się bez dźwięku.

Karaś dźgała mężczyznę aż do momentu, kiedy ten przestał się ruszać. Potem przyjrzała się swojemu dziełu, otarła krew z twarzy i usiadła na krześle przy łóżku. Podniosła telefon z szafki nocnej i przez chwilę wystukiwała na nim wiadomość.

W mieszkaniu przy Argentyńskiej rozległ się dźwięk przychodzącego esemesa. Chyłka powoli sięgnęła po komórkę, nie do końca uświadamiając sobie, co robi.

„To jak?” – pisała Alina. „Teraz będziesz mnie bronić?”

 

 

2

 

Skylight, ul. Złota

 

 

 

Kordian był przekonany, że powrót Chyłki spotęguje tradycyjny zgiełk na dwudziestym pierwszym piętrze Skylight, ale ledwo pojawiła się w kancelarii, wszelki ruch zamarł. Ubrała się stosownie do okoliczności – na T-shirt z Iron Maiden narzuciła skórzaną kurtkę – ale nie tylko dlatego wyróżniała się na tle innych.

Szli do gabinetu Żelaznego, mijając pracowników, którzy w milczeniu kiwali im głowami.

– Powiedz mi, Zordon…

– Tak?

– Wyrosły mi na łbie dwa wielkie, dorodne cycki?

Oryński cicho odchrząknął.

– Niestety nie.

– To dlaczego wszyscy gapią się na niego i udają, że tego nie robią?

Mówiła na tyle głośno, by usłyszeli ją mijani prawnicy. Zareagowali od razu, starając się patrzeć jej w oczy i ignorować fakt, że była łysa. Połowa zapewne skupiała się tylko na tym – pozostali zastanawiali się, czy pogłoski o oświadczynach są prawdziwe. I czy Chyłka je przyjęła.

Dwoje prawników dotarło do gabinetu Żelaznego w milczeniu, a potem Joanna wparowała do środka bez pytania.

Imienny partner powitał ich wymownym westchnięciem, nie podnosząc się zza biurka.

– Czołem, Żeleźniak – rzuciła Chyłka.

Artur uniósł brwi.

– Stęskniłeś się?

– Tak bardzo, jak ofiary huraganów tęsknią za silnym wiatrem.

Joanna się uśmiechnęła, a potem ona i Kordian zajęli miejsca przed biurkiem.

– Spodziewałam się niezłych prezentów na dzień dobry – odezwała się. – Ale w najśmielszych marzeniach nie zakładałam, że powitasz mnie jako kataklizm w swoim życiu.

Żelazny bezradnie pokręcił głową.

– Miało cię tu nie być.

– Ale jestem.

– Bo?

Joanna lekko wzruszyła ramionami.

– Chyłka jest jedna, bramki są dwie – oznajmiła.

Przez moment w gabinecie imiennego partnera panowała cisza.

– I to ma niby znaczyć… co?

– Gówno – odparła od razu Joanna i sięgnęła po spinki leżące na biurku. – Innymi słowy: nie staraj się zgłębić materii, której z uwagi na ograniczenia natury intelektualnej nie będziesz w stanie pojąć.

Oryński musiał w duchu przyznać, że brakowało mu jej w pracy. Przez ostatnie pół roku przychodził tu jedynie z musu i miał wrażenie, że połowa kancelarii robiła to samo. Bez Chyłki wszystko było puste, zwyczajne i szare. Z nią każdy moment nabierał kolorytu.

Artur zdawał się jednak tego nie doceniać.

– Zamierzasz już teraz wrócić? – burknął.

– Jak widać.

– Po co?

– Znudziło mi się terroryzowanie Zordona w domu. Potrzebuję nowych ofiar, a kurierzy już wiedzą, z kim mają do czynienia, więc zostawiają paczki ochroniarzowi.

Joanna podrzuciła spinki.

– Teraz jasne?

– Nie. Masz jeszcze miesiąc…

– Chcemy zająć się obroną Aliny Karaś – odezwał się w końcu Oryński, uznając, że im dłużej pozwoli na zwyczajową wymianę prztyczków z Żelaznym, tym później zabiorą się do prawdziwej roboty.

Artur potrzebował chwili, by to przetrawić.

– Potrzebujesz helpunku? – spytała Chyłka, podając mu spinki. – Trzymaj. Może to pomoże ci się skoncentrować.

Odłożył je na biurko.

– Naprawdę chcecie bronić kobiety, która wczoraj…

– Właściwie to było dzisiaj – sprostował Kordian.

– …zaszlachtowała jakiegoś mężczyznę na oczach Bóg jeden wie ilu tysięcy ludzi?

– Tak. Dziwi cię to?

– Chyba faktycznie nie powinno.

– Ano nie – przyznała Joanna, poklepując wizerunek Eddiego widniejący na jej T-shircie. – Patron spraw beznadziejnych wymaga ode mnie podejmowania się obrony takich ludzi.

Żelazny odsunął krzesło w kierunku okna, jakby dla komfortu potrzebował zwiększyć odległość między nimi. Odchylił się i przez moment trwał ze wzrokiem utkwionym w suficie. Rozważał potencjalne profity i straty wiążące się z przyjęciem takiej sprawy.

– Alina Karaś sama do nas zadzwoniła – odezwał się Oryński. – Chce, żebyśmy jej bronili.

Artur opuścił wzrok.

– To z nami kontaktowała się na wizji – dodała Joanna z dumą w głosie.

– Nie oglądałem tego paskudztwa.

– Słusznie. Na twoim miejscu też miałabym dosyć ohydnych widoków po porannym zerknięciu w lustro.

Kordian szturchnął lekko Chyłkę, a ona przywołała na twarz poprawny uśmiech.

– Nie widział pan nagrania po fakcie? – spytał.

– Nie. Podobno zostało już usunięte, a zresztą w zupełności wystarczy mi opis.

Oryński był absolutnie przekonany, że liczba kopii w internecie przekracza zdrowy rozsądek. Wystarczyłby jeden telefon do Kormaka, a nagranie natychmiast pojawiłoby się w skrzynce odbiorczej Żelaznego. Może jednak miał rację, nie chcąc go obejrzeć. Dobitnie uświadamiało, jak okrutny potrafi być człowiek.

Alina cięła swoją ofiarę niemal bez żadnych emocji, jakby wykonywała zwyczajną robotę. Nie działała w afekcie, nie była owładnięta szałem. Zamierzała z zimną krwią zadawać cierpienie.

– Dlaczego chcecie wziąć tę sprawę? – zapytał Artur.

– Bo nasza polska Margot Robbie twierdzi, że popełniła przestępstwo doskonałe i uniknie kary – odparła Chyłka.

Żelazny cicho się zaśmiał.

– Rozmawialiśmy rano z policją – oznajmił Kordian. – Po zabójstwie czekała spokojnie w domu na mundurowych. Kiedy się zjawili, po prostu skrzyżowała ręce za plecami i się poddała.

– Czyli wariatka.

– Wygląda na to, że wprost przeciwnie. Zachowywała spokój, podpisała wszystkie papiery, a potem pojechała do aresztu.

– Przyznała się?

– Nie. Twierdzi, że nie musi się przyznawać, bo prawo nie może nikogo zmusić do oskarżania samego siebie.

– I ma rację – włączyła się Joanna.

– To nic nie zmienia – odparł Żelazny. – Jest pierdolone nagranie, na którym szlachtuje człowieka.

Chyłka wzruszyła ramionami.

– To twoja odpowiedź?

– Dziewczę upiera się, że znalazło kruczek prawny, dzięki któremu odejdzie wolne.

– Jaki?

– Nie chce powiedzieć.

Artur machinalnie podniósł spinki i zaczął się nimi bawić.

– Pojebało ją? – spytał.

– Chyba tak.

– To rzeczywiście brzmi jak odpowiedni klient dla ciebie.

– Fakt – odparła Chyłka. – Mam doświadczenie w obcowaniu z tego typu ludźmi.

Skrzyżowała ręce na piersi, a potem spojrzała na Kordiana i Żelaznego. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

– Pytanie, w jakim celu chcesz to nadal robić – zauważył Artur.

– Bo też tu pracujecie i nie sposób was usunąć. Bóg wie, że próbowałam.

– Mam na myśli tę kobietę – syknął imienny partner. – Wbrew temu, co twierdzi, to z góry przegrana sprawa.

– Ale chodliwa.

– Nie przeczę. Tylko że ty niespecjalnie lubisz przegrywać.

Joanna przyznała mu rację zdawkowym skinieniem głowy.

– Zakładasz, że naprawdę znalazła jakiś kruczek w kk, którego nie znamy ani ty, ani ja?

– Ani ja – wtrącił Oryński.

– O to akurat nietrudno, chłopcze.

Kordian puścił tę uwagę mimo uszu. Żelazny zebrał w tej rozmowie wystarczająco dużo ciosów od Chyłki i najpewniej jego cierpliwość była już na wyczerpaniu.

– Po co ci to? – dodał Artur, patrząc na Joannę. – Znalazłabyś sobie lepszy, łatwiejszy case.

– Podoba mi się ten.

– Ponieważ?

– Ponieważ nikt o zdrowych zmysłach nie może sądzić, że to wygram.

– Bo nie wygrasz.

– Może i nie, ale ugram dolne widełki, może nawet ograniczoną poczytalność – odparła z pewnością w głosie. – Zresztą zobaczymy. Zapewniam cię, że coś wyczaruję.

Żelazny obrócił spinki w dłoni i pokręcił głową.

– Twoja roztropność jest na poziomie mojej siostrzenicy.

– Masz siostrzenicę, Artur?

– Niedawno mi się urodziła – odparł imienny partner i jego twarz lekko się rozpromieniła. Zawahał się, po czym sięgnął po leżącą na biurku komórkę. – Chcesz zobaczyć zdjęcie?

– A co, zaginęła?

– Nie.

– To po jaką cholerę miałabym to robić?

Artur z niezadowoleniem odłożył telefon. Znów zamilkli i Kordian odnosił wrażenie, że tym razem nikt nie przerwie ciszy.

– Czyli postanowione – rzuciła w końcu Joanna. – Od dzisiaj wracam tutaj na pełnej kurwie.

– Może jednak byś trochę zwolniła, co?

– Nie da rady – odparła i wskazała Oryńskiego. – Zordon i ja jesteśmy rápidos y furiosos.

– Co jesteście?

– Szybcy i wściekli.

Żelazny westchnął i spojrzał w kierunku drzwi. Zanim zdążył zasugerować, by w takim razie szybko i wściekle stąd wyszli, dwójka prawników jak na sygnał podniosła się z krzeseł.

Opuściwszy gabinet Artura, Oryński uznał, że poszło im lepiej, niż sądził. Chyłka zasadniczo nie musiała konsultować podejmowania się spraw, ale na tak ciężki kaliber dobrze było mieć zgodę imiennego partnera.

Ani chybi wszystkie media będą dziś zajmować się makabrycznym widowiskiem aktorki, której twarz była już na okładce niemal każdego magazynu plotkarskiego i lifestyle’owego. Wystarczyło, by Alina Karaś pokazała się w jednej z najlepszych warszawskich knajp, a na drugi dzień media analizowały każdy jej ruch i spojrzenie rzucone towarzyszącym jej facetom.

To, co będzie działo się po czymś takim, przejdzie ludzkie pojęcie. A kancelaria prawna, która znajdzie się w centrum zdarzeń, będzie na ustach wszystkich. Żelazny musiał to wszystko zważyć – i najwyraźniej dodatkowe publicity, pozytywne lub negatywne, mu nie przeszkadzało.

– W moim gabinecie wszystko po staremu? – zapytała Chyłka, gdy wraz z Oryńskim do niego zmierzali.

– Tak.

– Osobiście dopilnowałeś, żeby Waltosie były odkurzone i stały na swoich miejscach?

– Mhm – potwierdził pod nosem Kordian. – Wszystko zgodnie z twoimi precyzyjnymi, kategorycznymi i obraźliwymi wytycznymi, które przed rozpoczęciem terapii przekazałaś mnie i wszystkim innym pracownikom tej kancelarii jakiś gazylion razy.

– Zobaczymy.

Kiedy weszli do pokoju, przekonała się, że na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku. Mimo to podjęła czynności kontrolne i dopiero kiedy skończyła, zasiadła za biurkiem i wyjęła telefon.

– Dzwonisz do klientki? – spytał Kordian, przysiadając na skraju biurka.

– Do Padera.

– Po co?

– Bo za tą podłą kreaturą też się stęskniłam.

Oryński uśmiechnął się i pokręcił głową. Właściwie mógł nawet w to uwierzyć, bo Joannie najwyraźniej brakowało wszystkiego, co wiązało się z jej prawniczym żywotem.

– Poza tym chcę się dowiedzieć, kto poprowadzi sprawę Karaś. Zamówię już nagrobek w zakładzie pogrzebowym.

– Dobry ruch.

Tradycyjnie włączyła głośnik, po czym położyła telefon na kroczu Kordiana.

– I będę z nim gadać, jakbym konwersowała z twoim…

– Proszę cię, Chyłka.

– No dobra – odparła, przesuwając telefon na jego udo. – Innym razem.

– Halo? – rozległ się głos Olgierda Paderborna.

Joanna lekko nachyliła się do mikrofonu.

– Hola, diga, aló, bueno, Quebonafide,Padre – powitała prokuratora. – Co tam słychać w małym świecie?

Oryńskiemu przeszło przez myśl, że od początku tak zamierzała sformułować to pytanie – i dlatego wcześniej wybrała takie, a nie inne miejsce, by umieścić tam komórkę.

– Spokój – odparł Olgierd. – Od jakiegoś półrocza nikt nie krzyczy na salach sądowych, nie zastrasza świadków, nie instruuje ich co do treści zeznań, nie obraża członków składu orzekającego ani nie łamie przepisów postępowania karnego.

– Czyli nudy?

– Można tak powiedzieć.

– To mam dla ciebie dobrą wiadomość.

– Rezygnujesz z praktykowania w kancelarii i idziesz na in-house’a do jakiejś firmy? Bardzo dobra decyzja.

– Może innym razem – odparła Chyłka.

– W takim razie kariera akademicka?

– Też nie. Choć wizja masakrowania studentów właściwie do mnie przemawia.

– Nie wątpię.

– Na razie jednak zaspokoję się gnębieniem i poniewieraniem prokuratorów. A konkretnie tego, który prowadzi sprawę Aliny Karaś.

Na linii zaległa cisza, jakby nagle stracili zasięg. Joanna i Oryński wymienili się niepewnymi spojrzeniami.

– Aż tak się zestrachałeś? – odezwała się Chyłka.

– Bynajmniej.

– To o co chodzi?

– O to, że to ja poprowadzę tę sprawę.

Kordian zaklął w duchu, ale nie uszło jego uwagi, że reakcja Joanny była dokładnie odwrotna. Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, chyba nie mógł być szerszy, a błysk w oczach wyraźniejszy.

– Ale mam passę – rzuciła entuzjastycznie. – Powinnam postawić coś w totka.

Olgierd zamilkł, najpewniej zastanawiając się nad tym, co to dla niego oznacza. Był świadomy tego, że Joanna wprawdzie bierze beznadziejne sprawy, ale tylko kiedy ma pewność, że coś konkretnego ugra. W tym wypadku wydawało się to absolutnie niemożliwe.

– Ta kobieta nagrała zarżnięcie ofiary, Chyłka.

– Tak? Nie widziałam.

– Daj spokój…

– Zresztą przy dzisiejszej technologii takie rzeczy da się bez trudu spreparować.

– Ale trupa leżącego na łóżku już nie bardzo.

– Może nikogo nie zabiła. Może ktoś umieścił trupa w jej łóżku po tym, jak administracja Facebooka przerwała transmisję.

Słychać było ciche westchnienie Paderborna.

– Tak zamierzasz jej bronić w sądzie? – spytał.

– Nie. Ale przecież nie powiem ci teraz, w jaki konkretnie sposób przemielę cię na tatar z prokuratora.

– Powodzenia.

– Przesłuchaliście ją już?

– Nie.

– Świetnie. W takim razie nie róbcie tego bez obecności jej adwokata, bo podzielam zdanie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który orzekł, że nieobecność obrońcy w trakcie pierwszego przesłuchania przez policję jest naruszeniem zasad rzetelnego procesu sądowego.

– Słuchaj…

– Borg versus Malta. Wyrok z dwunastego stycznia dwa tysiące szesnastego roku, skarga numer 37537/13.

– Wiem, o jaki wyrok chodzi. A ty wiesz, że w polskim prawie nie ma takiego obowiązku.

– W takim razie spotkamy się w Strasburgu – odparła. – To podobno miasto tysiąca kościołów, więc będziesz miał gdzie się pomodlić o…

Urwała, kiedy rozległo się stanowczo zbyt głośne pukanie do drzwi. Ktokolwiek sobie na nie pozwolił, najwyraźniej uznał, że życie mu niemiłe.

Do środka wszedł Żelazny i spiorunował dwójkę prawników wzrokiem. Ewidentnie nie zjawił się po to, by pokazywać im zdjęcie siostrzenicy.

– Oddzwonię – rzuciła do telefonu Joanna.

– A ja nie odbiorę, bo…

Nie dała mu dokończyć i rozłączyła się, wbijając wzrok w Artura. Oryński przez moment obawiał się, że zruga szefa za wparowanie do jej gabinetu bez pytania. Zamiast tego jednak milczała, a on podszedł do biurka.

– Nie bierz tej sprawy – odezwał się.

– Hę?

Oparł dłonie na blacie, a potem lekko się pochylił. W jego głosie zabrakło władczej, kategorycznej nuty, która zazwyczaj była nader wyczuwalna. Zamiast tego Kordian odnotował prośbę.

– Popytałem trochę – rzucił Żelazny.

– Gdzie?

– Gdzie się dało. Wysoko – odparł, wyraźnie niespokojny. – I wierz mi, że nie przychodziłbym tu i nie mówił ci, żebyś to zostawiła, gdybym miał nadzieję, że moi rozmówcy przesadzają.

– Czyli kto konkretnie?

– Wiesz dobrze, że tego akurat nie mogę ci powiedzieć.

– W takim razie powiedz drzwiom, żeby się otworzyły i wypuściły cię na korytarz.

Nachylił się jeszcze bardziej i tym razem nawet w jego wzroku widać było bezsilne wołanie.

– Przypominasz sobie, żebym kiedykolwiek cię o coś prosił? – spytał.

– Nie.

– Teraz to robię, Chyłka. Proszę cię, nie bierz tej sprawy.

Oryński nie sądził, że kiedykolwiek usłyszał już coś takiego z ust imiennego partnera. Mina Joanny kazała sądzić, że ona również nie.

 

 

3

 

Komenda Stołeczna Policji, ul. Nowolipie

 

 

 

Po opuszczeniu iks piątki pod komendą Chyłka od razu machinalnie sięgnęła do torebki po paczkę fajek i zaklęła siarczyście.

– Co jest? – rzucił Kordian.

– Muszę zajarać.

– Dobry pomysł. Pielęgniarka od chemii się ucieszy, że wrócisz na terapię.

– Zewrzyj narząd gębowy, Zordon.

– Dlaczego? – odparł, zamykając drzwi auta. – Ta kobieta chyba cię polubiła. Wprawdzie w taki sposób, w jaki ofiara lubi swojego oprawcę po wystąpieniu syndromu sztokholmskiego, ale to zawsze coś…

Joanna machnęła ręką z irytacją i ruszyła w stronę okazałego budynku, w którym mieściła się Komenda Stołeczna Policji. Historia Pałacu Mostowskich sięgała osiemnastego wieku i z zewnątrz przywodził on na myśl muzeum lub miejsce kulturalnych uniesień wyjątkowo wyrafinowanych entuzjastów sztuki. W środku było nieco inaczej. Na tyle, że to właśnie w tych wnętrzach kręcono Pitbulla.

Chyłka i Oryński przeszli przez kontrolę bezpieczeństwa, a potem usiedli w korytarzu przypominającym szpitalny, czekając na widzenie z Aliną Karaś. Oboje mogli myśleć tylko o jednym, mimo to żadne z nich nie poruszało tematu.

W końcu zrobił to Kordian.

– Pierwszy raz widziałem Starego w niezbyt żelaznym wydaniu.

– Ja też – przyznała Joanna.

– I tak po prostu to zignorujemy?

– Ba. W końcu jesteśmy arcymistrzami w olewaniu Żelaznego.

– Kiedy jest sobą – przyznał Oryński, nie reagując na funkcjonariusza, który przechodził obok i przyglądał się łysej kobiecie z uwagą, jakby uciekła z celi.

– Daj spokój – powiedziała. – Po prostu wymyślił sobie, że odstawi jakąś hucpę.

– Po co?

– Bo jest ciemnym żłobem.

Chyłka wbiła wzrok w widok za oknem, starając się zignorować skojarzenia, które nasuwały jej tutejsze wnętrza. Miała serdecznie dosyć wszystkiego, co przypominało szpitale.

– Wyglądał na realnie przejętego – uparł się Oryński.

– Tym bardziej nie należy mu wierzyć. Czym miałby się martwić? Naszym dobrem? Nie żartuj.

Kordian westchnął.

– No nie wiem – odparł. – Gdzieś pod całą niechęcią do ciebie chowa pewną sympatię.

Joanna obróciła się do niego i spojrzała mu głęboko w oczy.

– Nie oczerniaj mnie – poradziła.

– Ale tak jest.

– I co w związku z tym?

– To, że najwyraźniej dokopał się do czegoś, co może nam zaszkodzić.

– Więc powinien dać nam konkrety, a nie ochłapy informacji.

Nie miała zamiaru dłużej o tym dyskutować. Żelazny nie chciał powiedzieć, ani z kim rozmawiał, ani na jaki konkretnie temat. Przypuszczała, że musiał wyciągnąć rękę do jednego z podejrzanych typów, z którymi utrzymywał niejasne kontakty, inaczej po prostu zdradziłby, o kogo i o co chodzi.

– To może być grząski grunt – odezwał się po chwili Kordian.

– Przestaniesz?

– Po prostu nie chcę, żebyśmy się znowu w coś władowali.

Chyłka raz jeszcze się do niego obróciła.

– Wiesz, co zaraz się właduje w twój łeb? – spytała.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo zjawił się najwyraźniej ten funkcjonariusz, na którego mieli czekać. Stanął przed nimi, popatrzył przelotnie na Kordiana, po czym na dłużej zawiesił wzrok na Chyłce. Dwójka prawników się podniosła, a Joanna przesunęła dłonią po głowie.

– Neonazistki nigdy nie widziałeś? – rzuciła.

– Ja tylko…

– Tylko co? Jeżeli to ty masz nas zaprowadzić do jednego z tych waszych przyjaznych pokojów przesłuchań, to w drogę. Jak nie, to schmetterlingstąd i wołaj kogoś, kto ma to zrobić.

Młodszy sierżant niepewnie skinął głową.

– To jak? Idziemy czy budujesz sobie spierdolot i od razu z niego korzystasz?

– Słucham? – spytał chłopak. – Nie, ja…

– Więc w drogę. Byle nie do pokoju dwieście pięćdziesiąt osiem.

Funkcjonariusz się zawahał.

– To ten, w którym okładacie świadków gumowymi pałkami po piętach, żeby wymusić interesujące was zeznania.

Młody chyba nie pamiętał sprawy z dwa tysiące trzynastego roku, pewnie przyuczał się wtedy jeszcze do pełnienia służby. Chyłka jednak o takich wybrykach nie zapominała – i miała świadomość, że w przypadku celebrytki funkcjonariusze też nie będą przebierać w środkach. Do przemocy fizycznej z pewnością nie dojdzie, ale będą chcieli przy tej sprawie wysłać jasny sygnał społeczeństwu, że nikt nie jest ponad prawem. Ani chybi będą uderzać w jej psychikę.

Sierżant zaprowadził ich do jednego z pokojów, a potem inny z funkcjonariuszy przyprowadził Alinę. Wyglądała, jakby przyszła prosto z wybiegu, nie z trzyosobowej celi, w której znajdowały się tylko twarde prycze i stolik.

Usiadła naprzeciwko prawników i się uśmiechnęła. Policjant zostawił ich samych, a potem zamknął za sobą drzwi.

– Miło, że się zgodziłaś – odezwała się Karaś. – Naprawdę mi na tobie zależało.

Kordian cicho kaszlnął.

– Na tobie też – dodała sympatycznym głosem. – Ale to rozumie się samo przez się, bo przychodzicie w pakiecie.

– Polemizowałbym.

Alina zbyła obiekcje wytrenowanym, pełnym gracji ruchem ręki. Chyłka przyglądała się jej, starając się złowić te wszystkie dobrze jej znane oznaki tego, że ma do czynienia z kimś o osobowości psychopatycznej.

Na pierwszy rzut oka Karaś wydawała się normalna, jak oni wszyscy. W jej zachowaniu były jednak nadmierna pewność siebie, głębokie przekonanie o własnej wartości i dość dobrze skrywana arogancja.

Nie należało się dziwić. Taka uroda, kształty i powab raczej nie skłaniały do skromności. W dodatku jej skóra zdawała się mieć naturalną opaleniznę.

Patrzyła na Joannę, ale ta postanowiła się nie odzywać. Zamierzała sprawdzić, jaką reakcję w klientce to wyzwoli.

– Nie zapytasz, dlaczego chcę, żebyś to akurat ty mnie broniła?

Chyłka nonszalancko pokręciła głową.

– Uważam, że jesteś najlepsza – ciągnęła Alina. – Głównie dlatego, że zrobisz wszystko, żeby wygrać. Dasz się wywalić z roboty, jesteś gotowa podpaść wszystkim służbom specjalnym i władujesz się na zbocza jednej z najbardziej zabójczych gór na świecie, byleby postawić na swoim.

Joanna zaśmiała się w duchu. Znała kobiety, które nie potrzebowały żadnej tego typu motywacji, by nie tylko wejść na zbocza, ale wdrapać się nawet na Mount Everest – jak choćby swojego czasu Martyna Wojciechowska. Wówczas dziennikarka telewizyjna, która bez żadnych dodatkowych powodów po prostu postawiła sobie taki cel. I go zrealizowała.

Inną sprawą było, że większość niebezpiecznych rzeczy, których podejmowała się Chyłka, wynikała z konieczności ratowania ludzi, na których jej zależało. Ale o tym nie miała zamiaru wspominać.

– To będzie najgłośniejsza sprawa w historii polskiego prawa karnego – dodała Alina. – Więc chcę, żeby prowadziła ją najlepsza prawniczka.

– I ja – odezwał się Oryński.

Karaś znów przyjaźnie się uśmiechnęła, ale tym razem było w tym też coś zalotnego.

– I ty, Zordon – przyznała.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało, Chyłka jednak wciąż taksowała rozmówczynię wzrokiem.

– Wiecie już, na jaki kruczek prawny wpadłam? – spytała Alina. – Z pewnością zastanawialiście się nad tym od momentu, kiedy tylko o tym wspomniałam. Ale szczerze mówiąc, wątpię, żebyście do tego doszli.

– Bo tylko ty jesteś tak biegła w niuansach prawa karnego? – odezwał się Kordian.

Karaś niewinnie wzruszyła ramionami.

– Do większości najważniejszych odkryć dochodziło zupełnym przypadkiem – odparła. – Uran odkrył jakiś naukowiec, który chciał po prostu zobaczyć gwiazdy niedostrzegalne gołym okiem. Ser odkryto w starożytności, bo zostawiono mleko w bukłaku z żołądka owiec trochę za długo. I najważniejsze, viagrę wynaleziono tylko dlatego, że miała być lekiem na nadciśnienie. Grupa testerów zgłosiła jednak naukowcom pewne działanie uboczne, dzięki czemu w dzisiejszych czasach początkujące aktorki są w stanie załatwić to i owo u podstarzałych producentów filmowych.

Chyłka położyła ręce na stole i spojrzała na Alinę spode łba.

– Mówię tylko, że takie rzeczy się zdarzają. A ja wpadłam na to, jak przechytrzyć system.

– I? – spytał Oryński. – Jak twoim zdaniem to zrobić?

– Zobaczycie.

– To za mało.

– Na razie musi wystarczyć.

Mówiła do Kordiana, ale wciąż patrzyła na Chyłkę, jakby prowokowała ją do próby sił. Wyzwanie nie dotyczyło jednak fizycznej, ale psychicznej konfrontacji. Zdawała się oczekiwać, że Joanna sama wpadnie na to, o jaki kruczek prawny chodzi.

– Daleko ci do Anthony’ego Hopkinsa – odezwała się w końcu Chyłka. – A polskiemu prawu do tego, co widziałaś w Słabym punkcie.

Alina się rozpromieniła.

– Oglądałaś? – zapytała.

– Kilkanaście lat temu. Jak każdy inny prawnik.

Postać grana przez Hopkinsa zaprojektowała zbrodnię perfekcyjną pod względem proceduralnym, wykorzystując między innymi amerykańskie odmiany zasad ne bis in idemi owoców z zatrutego drzewa.

– To, co w Stanach jest możliwe na gruncie common law, u nas by nie przeszło – odezwała się Chyłka. – Szczególnie po dodaniu artykułu sto sześćdziesiąt osiem a Kodeksu postępowania karnego.

– Czyli?

Oryński nabrał tchu.

– Możliwość użycia w postępowaniu karnym dowodów uzyskanych z naruszeniem przepisów postępowania lub za pomocą czynu zabronionego wypełniającego znamiona przestępstwa – wyrecytował. – Na tym Hopkins grzmotnąłby się u nas już w pierwszym akcie filmu.

– W takim razie dobrze, że na tym nie oparłam mojej linii obrony. Zresztą, jak widzicie, nawet nie znam tego przepisu.

Chyłka uznała, że mimo pozorów przywodzących na myśl normalnego człowieka ta kobieta jest zwyczajną wariatką.

– Nie znasz też innych – zauważyła. – To, że grałaś prawniczkę w jakiejś telenoweli…

– Właściwie to nie była telenowela.

– Więc w sitcomie.

– To też nie.

Chyłka bezradnie rozłożyła ręce.

– Jeden pies – orzekła. – Mogłaś występować nawet w następnym sezonie American Crime Story, ale o prawie wiesz dokładnie tyle, ile ja o pindrzeniu się do kamery.

– Na konferencjach prasowych zawsze wyglądasz całkiem nieźle – zauważyła Alina, a potem odchrząknęła i się rozejrzała. – Macie może papierosa?

– Nie – odparł od razu Oryński.

Chyłka westchnęła.

– Zordon twierdzi, że szkodzą – rzuciła. – Ja stoję na stanowisku, że wpływają korzystnie na środowisko.

– Znowu zaczynasz? – mruknął Kordian.

Karaś przysunęła się do stołu.

– Korzystnie? – spytała.

– Tak. Usuwają jego największy problem…

– Ludzi – dokończył za nią Oryński.

Alina uśmiechnęła się i skinęła głową. Jeśli przejmowała się tym, w jakim miejscu i w jakiej sytuacji się znalazła, to ukrywała to wprost perfekcyjnie. Może nie bez powodu dostała parę TeleKamer i raz nawet Orła za kobiecą rolę pierwszoplanową.

– To samo można by powiedzieć o gorzale – zauważyła.

– Nie bluźnij.

– Ale tak jest. Alkohol zabija całkiem sporo ludzi.

Joanna prychnęła pobłażliwie.

– Zapominasz o tym, ilu się dzięki niemu rodzi – odparowała.

Karaś wyglądała na wyraźnie rozbawioną i trudno było uwierzyć, że w nocy z zimną krwią zarżnęła człowieka na swoim łóżku. Może miała rozdwojenie jaźni? Ale jeśli chciała się bronić w ten sposób, wiele nie ugra. I sprawa nie okaże się dla Joanny zbyt ciekawa, bo już miała z kimś takim do czynienia.

– Dobra, słuchaj – rzuciła.

Alina natychmiast spoważniała, jak małe dziecko, które uświadomiło sobie, że pora żartów się skończyła.

– Nie mam czasu na pierdoły – dodała Chyłka. – I chcę wiedzieć kilka rzeczy.

– Pytaj.

– Jaki kruczek prawny wydaje ci się, że znalazłaś?

Karaś uniosła wzrok, demonstrując bezsilność.

– Przecież już jasno dałam wam do zrozumienia, że albo dojdziecie do tego sami, albo dowiecie się, gdy przyjdzie pora.

– Pora właśnie, kurwa, nadeszła.

Alina wydęła usta i pokręciła głową.

– Nie – odparła. – W tej chwili nie musicie tego wiedzieć, żeby mnie bronić. Jak będzie potrzeba, wszystko wam powiem.

Joanna i Oryński wymienili się krótkimi spojrzeniami.

– Następne pytanie poproszę.

– Kim był ten facet? – odezwał się Kordian, najwyraźniej uznając, że nie ma sensu drążyć skały nie do ruszenia.

Chyłka miała podobne odczucia. Ta kobieta odgrywała rolę nieco bezbronnej, może nawet nieporadnej osoby, ale w rzeczywistości wszystko kontrolowała. Nie tylko przebieg rozmowy, ale też każdy mięsień, ruch i grymas.

– Znajomy z pracy – odpowiedziała. – Znany producent, właściciel wytwórni Wave Image, która zajmuje się głównie fabułami.

– Czym?

– Filmami kinowymi.

Joanna przesunęła ręką po ledwo odrastających włosach.

– Jak ci podpadł? – zapytała.

– Denerwował mnie.

– Czym?

– Tym i owym. Właściwie padło na niego tylko dlatego, że był łatwą ofiarą.

– Znaczy?

– Od lat na mnie leciał i nietrudno było go przekonać, że dam mu się zerżnąć, jak tylko pozwoli się związać na łóżku.

– Więc startował do ciebie wcześniej? – włączył się Kordian.

– Nie. Nigdy nawet nie próbował, bo wiedział, że to nie ta liga.

To tyle, jeśli chodziło o ewentualne wykorzystywanie seksualne jako motyw. Szkoda. Byłoby łatwo obrobić to w sądzie i zbliżyć się do dolnych widełek kary, a Paderborn musiałby się napocić, żeby nie wyjść na seksistę lub nawet mizoginistę.

– Dlaczego go zabiłaś? – odezwała się Joanna.

– Już mówiłam.

– Bo nadarzyła się okazja?

– Zgadza się – przyznała Karaś i nabrała tchu. – Nie powinno cię to dziwić. Zabójcy często wybierają takie ofiary, które najłatwiej im dorwać. Kajetan P. zamordował kobietę, która miała udzielać mu korepetycji, prawda? A wszyscy ci, którzy mordowali prostytutki? Przecież nie robili tego, bo czuli moralny sprzeciw wobec profesji. Po prostu łatwo było zaprowadzić je w ustronne miejsca.

W tym względzie trudno było z Aliną polemizować.

– Dlaczego na wizji? – rzuciła Chyłka.

– Chciałam rozgłosu.

– Po co?

– Bo to w najlepszym wypadku proces wszech czasów. W najgorszym stulecia.

Słysząc to, Joanna utwierdziła się w przekonaniu, że niczego konkretnego z tej kobiety nie wyciągną. Nie teraz i nie w tych okolicznościach. Była zbyt pewna siebie, miała zbyt duże poczucie kontroli.

– Liczysz na orzeczenie o niepoczytalności? – odezwał się Oryński.

– W żadnym wypadku. Poddam się wszelkim testom i dam się przebadać wszystkim psychologom i psychiatrom, których wskaże prokuratura.

– W takim razie stan ograniczonej poczytalności? I złagodzenie kary?

– Nie będzie czego łagodzić, bo nikt nie orzeknie wobec mnie żadnej kary.

Chyłka klepnęła Oryńskiego w plecy, a potem się podniosła. On zrobił to samo.

– Szkoda czasu, Zordon. Tej kukurynie wydaje się, że dalej gra w serialu, i nie pojęła jeszcze, że to prawdziwe życie.

Sądziła, że Karaś będzie starała się ich zatrzymać, ale ta tylko wstała i kiwnęła im głową.

Joanna załomotała do drzwi.

– Pytacie o to, dlaczego zabiłam i czemu na wizji… – odezwała się cicho Alina. – Ale nie dziwi was, skąd ten brutalizm?

– Nie. Dziwi mnie jedzenie sałaty – odparła Chyłka, kiedy drzwi się otworzyły.

Prawnicy opuścili pokój przesłuchań, a potem szybko wyszli z Pałacu Mostowskich. Kiedy zatrzymali się za drzwiami, oboje wciągnęli głęboko powietrze do płuc. Żadne nie musiało się odzywać, by mówić, czego im brakuje.

– Psychopatka? – spytał Kordian.

– Tak, mój drogi?

Oryński spojrzał na Joannę z niedowierzaniem.

– Nie mówię ci czułych słówek – powiedział.

– A…

– Mam na myśli Karaś.

– Psychopatka jak się patrzy – oceniła Chyłka. – I to taka najgorszego rodzaju, która wchodząc do niemal pustego kina na seans, wybierze miejsce tuż obok ciebie.

Kordian zgodził się skinieniem głowy.

– Czyli idziemy w choćby ograniczoną poczytalność?

– Pogadamy z biegłymi, zobaczymy, co da się ugrać. Ale szanse niewielkie, bo wyraźnie wiedziała, co robi, była metodyczna, nie zawładnął nią żaden szał ani demon, który…

Joanna urwała, rozglądając się nerwowo. Obróciła się, omiotła wzrokiem okolicę, a potem wstrzymała oddech.

– Co jest? – spytał Oryński.

– Gdzie jest iks piątka?

– Co?

– Gdzie jest nasze, kurwa, auto?

Kordian natychmiast zaczął spoglądać na wszystkie strony.

– Spokojnie, przecież nikt nie buchnął samochodu spod komendy stołecznej…

– To gdzie jest?

Joanna zacisnęła usta, odnosząc wrażenie, jakby każdy mięsień jej ciała się napinał. Niemożliwe, absolutnie niemożliwe, żeby ktoś ukradł auto w środku dnia na tak ruchliwym placu. W dodatku była przekonana, że je zamknęła.

Niemal podskoczyła, kiedy rozległ się dzwonek telefonu. Natychmiast odebrała, tylko przelotnie odnotowując, że to Żelazny.

Kordian wciąż się rozglądał, jakby nagle znalazł się w zupełnie obcym miejscu.

– Co ty odpierdalasz? – rzucił Artur.

– Nie mam teraz czasu.

– Nasłałaś PIP na kancelarię?

– Co?

Żelazny syknął pod nosem przekleństwo.

– Wjebała nam się tu na kontrolę Państwowa Inspekcja Pracy, przeglądają wszystkie papiery, sprawdzają umowy i gadają z praktykantami – warknął. – A o powód tego cyrku każą pytać Joannę Chyłkę.

Oryński chodził w jedną i drugą stronę po chodniku, drapiąc się po głowie.

– Kompletnie ci odbiło? – dodał Artur.

Chyłka rozłączyła się, uznając, że nie czas teraz przekonywać szefa, iż nie miała z tym nic wspólnego.

Zaraz potem dostała kolejny telefon. Tym razem dzwonił pracownik Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego, by poinformować, że w jej mieszkaniu stwierdzono samowolę zagrażającą konstrukcji budynku oraz niewłaściwie zamontowaną instalację elektryczną.

– Inspektor nadzoru budowlanego wydał decyzję o tymczasowym zamknięciu lokalu, gdyż stwarza on niebezpieczeństwo zarówno dla samej nieruchomości, jak i innych lokatorów – wyrecytował rozmówca. – Proszę zgłosić się do placówki celem podpisania protokołu, który…

Chyłka tym razem także się rozłączyła. Bezsilnie opuściła ręce, wodząc wzrokiem za oddalającym się Kordianem.

– Zordon!

Zatrzymał się jak rażony piorunem, a potem zawrócił.

– Nie ma – powiedział. – Iks piątka wyparowała.

– Nie tylko ona.

– A co jeszcze?

– Najwyraźniej zdrowy rozsądek całego świata – odparła z irytacją. – Bo nagle otaczająca nas rzeczywistość ma w głowie cyrk, a w dupie karuzelę.

 

 

4

 

Jaskinia McCarthyńska, Skylight

 

 

 

Motyw muzyczny otwierający każdy odcinek serialu Star Trek: Następne pokolenie, wypełniający niewielką klitkę na dwudziestym pierwszym piętrze biurowca, mógł oznaczać dwie rzeczy. Jeden: sny Kormaka dorobiły się soundtracku. Dwa: ktoś próbował się z nim skontaktować.

Chudzielec zwlókł się z szezlonga, nie pamiętając nawet, kiedy się na niego przeniósł. Nad ranem musiał zacząć przysypiać przy komputerze i na autopilocie trafić na leżankę.

Podniósł komórkę z biurka i zobaczył, że dzwoni Chyłka.

– Tak? – spytał, siadając przed komputerem.

– Co robisz?

– W tej chwili nic. Ale przed momentem śniło mi się, że sześcian Borg pojawił się w systemie Wolf 359, a mój statek został wezwany przez Gwiezdną Flotę, żeby…

– Mamy problem – ucięła Joanna.

– No raczej – przyznał Kormak. – Ostatnie starcia zakończyły się zmianą linii czasu albo zniszczeniem prawie czterdziestu okrętów.

– Nie żartuję, chudopachołku. Zaiwanili mi iks piątkę.

Chudzielec natychmiast się wyprostował.

– Co, jak? – spytał. – I kto?

– Straż miejska. Odholowali auto, bo rzekomo nie miało tablic rejestracyjnych.

– To po co je ściągałaś?

Kormak podrapał się po karku, słysząc, jak Joanna cicho klnie, zapewne do stojącego obok Zordona. Szybko potrząsnął głową, uznając, że powinien kontynuować tę rozmowę nieco bardziej rozbudzony.

– Co mam zrobić? – zapytał.

– W sprawie iks piątki nic. Już uberujemy z Zordonem na miejsce – odparła przez zęby. – Ewentualnie możesz powiadomić jakieś prosektorium, że będą zwłoki do zabrania w komendzie straży miejskiej na Młynowie.

– A oprócz tego?

Joanna głośno nabrała tchu, a Kormak szczerze współczuł funkcjonariuszowi, który wystawi jej mandat i spróbuje wyegzekwować koszty odholowania i postoju pojazdu.

– Sprawdź, kto zlecił tę kontrolę PIP – powiedziała.

– Jaką kontrolę?

Odpowiedziało mu chwilowe milczenie.

– Gdzie ty jesteś, piżmaku? – rzuciła w końcu Chyłka.

– A gdzie mam być? W Jaskini.

– I nie wiesz, że całe piętro jest w tej chwili w stanie wojny?

– Mam dźwiękoszczelne drzwi, a poza tym…

– No? – ponagliła go Joanna. – Przedstaw swoje ekskulpanty.

Kormak nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Okoliczności wyłączające winę, niedojadku.

– Cóż, no… kimałem – odburknął. – I jest u nas kontrola z PIP?

– Nie każ mi się powtarzać.

Nie były to dobre wieści dla nikogo, kto stosował mniejszy lub większy wyzysk studentów lub świeżo upieczonych absolwentów studiów wyższych. Kontrolerzy przejrzą każdą umowę, ocenią warunki pracy, sprawdzą bonusy i profity, pracownicze plany kapitałowe i tak dalej. Prawdopodobnie zainteresują się też stanowiskiem specjalisty do spraw pozyskiwania informacji.

– Nikogo u mnie nie było – zauważył cicho Kormak. – Jesteś pewna, że…

– Że spadły na nas plagi egipskie? Tak.

– Niedobrze.

– Co ty powiesz? – odbąknęła Joanna.

– Ale jest w tym wszystkim pewien pozytyw.

– Że Artur jest zestrachany jak licealista przed lekturą Reymonta?

– Nie. Że w końcu wszyscy przestaną gadać o tym, czy się zaręczyliście, czy nie. Podobno robi się o to już jakieś zakłady idące w poważne kwoty i przypuszczam, że niedługo zgłoszą sprawę do STS-u, bo najwyższa pora, żeby zajął się tym jakiś bukmacher.

Chyłka milczała, najwyraźniej nie mając zamiaru podejmować tematu. Kormak zaś doskonale wiedział, kiedy spasować, by oszczędzić swoje zdrowie psychiczne.

– Sprawdź mi jeszcze jedną rzecz, suchotniku.

– Jaką?

– Kto zamknął mi mieszkanie.

– Hm?

Joanna westchnęła, a potem przeklęła pod nosem, wyrażając się niezbyt przychylnie o dynamice jazdy kierowcy ubera.

– Urzędowo zamknięte lokum. Argentyńska. Saska Kępa – rzuciła. – La casa de Chyłka.

– De Chyłka und Zordon – rozległ się głos w tle.

Kormak odsunął się od biurka, odchylił się na krześle i wbił wzrok w sufit.

– Ktoś zaplombował ci mieszkanie? – spytał. – Dlaczego?

– Bo najwyraźniej stwarzam zagrożenie dla konstrukcji budynku.

– Znowu za głośno słuchałaś Ironsów?

– Nie – odparła z wyraźnym niezadowoleniem. – Poza tym ostatnim razem to była moja naturalna reakcja obronna na to, że sąsiedzi puszczali jakieś disco.

– No tak…

– Zresztą nie przestali. Przysięgam, że kiedyś zrobię im za to największe świństwo, jakie można wyciąć sąsiadom.

– Znaczy jakie?

– Kupię psa i nazwę go tak samo, jak ma na imię ich dziecko. I będę go wyprowadzać, ilekroć zobaczę ich na zewnątrz.

Kormak prychnął cicho, mimowolnie rysując w głowie scenariusze sąsiedzkich interakcji, do których by to doprowadziło.

– Bardziej przejebane będzie miał tylko ten, kto nasłał na mnie inspekcję, nadzór budowlany i gawrony.

– Gawrony?

– Straż miejską, Kormaczysko – wyjaśniła Joanna. – I bierz się do roboty.

Chudzielec na powrót przysunął się do biurka i poprawił lenonki.

– Idzie to w ogóle ustalić? – spytał. – Takie zgłoszenia do PIP nie są przypadkiem anonimowe?

– Nie. Te niezawierające danych pozostawia się bez rozpatrzenia.

– Ale to wciąż chyba nie jest publicznie dostępna informacja…

– Gdyby było inaczej, nie traciłabym czasu na memłanie z tobą – odparła Chyłka. – Rozłączam się. Działaj.

Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zrobiła to, co zapowiadała. Kormak machinalnie sięgnął do zamykanej na klucz szuflady biurka, by rozbudzić się niewielką ilością gandalfa białego.

Zamarł z wyciągniętą ręką, uświadamiając sobie, że to w tej chwili ostatnia rzecz, jaką powinien zrobić. Jaskinia McCarthyńska mieściła się na końcu długiego korytarza, ale kontrolerzy zajdą tu prędzej czy później.

Kormak szybko sprawdził, jakie uprawnienia im przysługują. Były stanowczo zbyt szerokie. Mogli przeprowadzić oględziny samej pracy, jak i obiektów, pomieszczeń czy stanowisk, przesłuchiwać pracowników, sprawdzać księgi, akta osobowe i papierologię.

Niedobrze. Należało jak najszybciej pozbyć się tych ludzi.

Chudzielec planował zacząć od tego, a potem zająć się ustaleniem, kto konkretnie wytoczył przeciwko Chyłce urzędowe działa. Zanim jednak zdążył zabrać się do którejkolwiek z tych rzeczy, rozległo się pukanie do drzwi.

Artur Żelazny nie czekał na pozwolenie, od razu wszedł do środka. Sprawiał wrażenie, jakby właśnie uciekł przed plutonem egzekucyjnym i nie był pewien, czy zaraz z powrotem przed nim nie stanie.

– Idą tutaj – oznajmił.

– Inspektorzy?

Żelazny spiorunował go wzrokiem.

– Spodziewasz się kogoś innego? – ofuknął Kormaka.

– Właściwie to śniło mi się, że…

– Cokolwiek to było, zaraz na jawie będzie gorzej – uciął Artur i rozejrzał się po jaskini. – Gdzie masz puder?

– Słucham?

– Gdzie trzymasz amfetaminę, chłopcze?

– Ale ja…

– Nie pierdol – rzucił Żelazny, zbliżając się do biurka. – Dawaj to.

Kormak nie bardzo wiedział, jak zareagować.

– Już – ponaglił go imienny partner. – Albo zaraz będziesz musiał tłumaczyć się przed inspektorami, dlaczego ćpasz w miejscu pracy.

Chudzielec poczuł, że robi mu się gorąco.

– Potem będziesz spowiadał się przed policją za posiadanie. A ostatecznie trafisz do galerii handlowej i będziesz w niewielkim boksie sprzedawał używane iPhone’y.

Ta ostatnia wizja wydawała się Kormakowi zdecydowanie najgorsza.

– No już, raz-dwa.

– Ale ja tylko…

– Przechowywałeś dla kolegi, oczywiście. Po prostu mi to daj.

Chudzielec nie był pewien, czy dobrze robi, ale otworzył szafkę. Spał dość długo, inspektorzy rzeczywiście mogli być już niedaleko. Wpadka z narkotykami sprawiłaby, że faktycznie mógłby pożegnać się z Żelaznym & McVayem. Czułby się gorzej, niż gdyby stracił dom w pożarze.

Bez słowa podał szefowi woreczek z białym proszkiem.

– To wszystko?

– Wszystko.

– Wciągałeś coś dzisiaj?

– Jeszcze nie.

Artur bezradnie pokręcił głową, schował woreczek do wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym poprawił spinki przy mankietach.

– Dlaczego pan to robi? – spytał Kormak.

– Bo chcę ci pomóc.

Jasne, uznał w duchu chudzielec.

– I?

– I potrzebuję też twojej pomocy.

Musiał być to pierwszy raz, kiedy Stary go o cokolwiek prosił. A co więcej, w jego głosie nie dało się wychwycić nuty sztuczności czy arogancji, a te normalnie wybrzmiewały dość wyraźnie.

– Jakiej pomocy?

Żelazny przysiadł na skraju biurka i popatrzył z góry na Kormaka.

– W przekonaniu Chyłki, że musi zostawić tę sprawę – oznajmił. – Bo nic nie dzieje się w próżni, rozumiesz? Jest akcja, musi być reakcja.

– Nie rozumiem.

– To wszystko, co się dzieje, jest reakcją na podjęcie się tej obrony.

– Czyją reakcją? – spytał Kormak, starając się przesądzić, czy szef naprawdę jest przejęty, czy tylko doskonale udaje.

Znał go dość długo, potrafił ocenić realne znaczenie jego zachowania. Tym razem Artur sprawiał wrażenie dokumentnie zaniepokojonego.

– Nie wiem, kto konkretnie za tym stoi – powiedział. – Ale wiem, że najgorsze dopiero nadejdzie. Przepierdolone będzie miała nie tylko Chyłka, ale też my wszyscy.

 

 

5

 

ul. Grochowska, Praga-Południe

 

 

 

Kiedy Oryński wychodził z ubera pod urzędem dzielnicy, miał wrażenie, że administracyjna gehenna dopiero się zaczyna. W straży miejskiej dopełnili stosownych formalności wprawdzie dość szybko, ale by odebrać samochód, musieli wyrobić nowe tablice.

– Prościej było po drodze zgarnąć daihatsu – mruknął, kiedy Joanna wyszła z auta.

– Nie będę popylać po mieście rydwanem ognia w biały dzień, Zordon.

– Przecież to tylko tymczasowe.

– Tak? A gdybyśmy zderzyli się z rowerem albo człowiekiem na hulajnodze?

– To co?

– Byłoby po nas. Żółty klekot by tego nie przetrwał.

Kordian powiódł wzrokiem po czerwonych tabliczkach zawieszonych na ścianie obok wejścia.

– Urząd stanu cywilnego – zauważył. – Kiedyś tu przyjdziemy.

Chyłka machnęła ręką, jakby odganiała wyjątkowo natarczywego insekta, a potem weszła do środka. Potrzebowała tylko krótkiej chwili, by zorientować się w terenie. Potem szybkim krokiem ruszyła w kierunku jednego z okienek przeznaczonych do rejestracji pojazdów. Padło na numer dziewiąty.

Joanna usiadła na krześle, a Oryński stanął za nią. Młoda urzędniczka oderwała wzrok od monitora i spojrzała na nich pytająco.

– Mają państwo numerek?

– Nie – odparła Chyłka. – Ale zaraz mogę mieć.

– W takim razie…

– Do twojego przełożonego – dodała. – I chętnie przekażę mu, że nie dopełniłaś obowiązków służbowych, działając na szkodę interesu publicznego i w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej.

Kordian zakrył twarz dłonią. Dziewczyna otworzyła usta, ale się nie odezwała.

– Dorzucę jeszcze zarzut o poświadczeniu nieprawdy co do okoliczności mającej znaczenie prawne. Także w celu osiągnięcia korzyści.

– Ale co pani…

– Ktoś zaiwanił mi tablice rejestracyjne. I wisi nade mną widmo jeżdżenia żółtym daihatsu YRV. Jestem gotowa na wszystko.

Urzędniczka wyraźnie nie wiedziała, czy jest wkręcana, czy nie.

– Potrzebuję nowych blach. Ile to trwa?

– Ale…

– Ile trwa wyrobienie duplikatu dwóch tablic? Mów albo wyjadę ci z artykułem dwieście osiemdziesiątym ósmym Kodeksu karnego.

Dziewczyna w poszukiwaniu ratunku spojrzała na stojącego za Joanną Oryńskiego.

– Urzędnik, który przez niedbalstwo w urzędowaniu pozbawia człowieka wolności, podlega karze aresztu do lat trzech – wyrecytował. – I mojej… partnerce chodzi o to, że bez samochodu będzie zniewolona.

– Państwo zwariowali?

– Najlepiej będzie, jeśli da jej pani to, o co tak uroczo prosi – powiedział Kordian. – Inaczej czeka nas wielogodzinna przepychanka i z całą pewnością weźmie w niej udział kierownik urzędu.

Dziewczyna potrzebowała jeszcze kilku mniej lub bardziej przekonujących zachęt, ale jako że nikt inny nie czekał na załatwienie sprawy, w końcu przymknęła oko na niepobrany numerek.

– Siedem dni – powiedziała. – Tyle trzeba czekać.

– Za długo.

– Nic nie zrobię.

– Ale ja tak – odparła Chyłka, a potem powiodła wzrokiem po artykułach biurowych dziewczyny. – Potrzebuję tylko dwóch kawałków tektury, jakiegoś markera i twojej pieczątki.

– Chyba pani kpi.

– Tylko z Zordona. I wyłącznie w określonych okolicznościach.

– Nie może pani jeździć z… – Dziewczyna urwała i z niedowierzaniem pokręciła głową. – Mogę wydać pani tymczasowe tablice.

– Te z czerwonymi napisami?

– Tak.

– Nie chcę. Nie pasują mi do koloru auta.

Kordian chrząknął cicho i położył rękę na ramieniu Chyłki. Nachylił się do niej, by szepnąć jej na ucho, by trochę spasowała, ale ta szybko go odgoniła.

– Daj mi lepiej nowe – postanowiła. – Wydajecie je tu od ręki, tak?

– Oczywiście.

– W takim razie wybieramy, Zordon. Będzie coś romantycznego w tym pieprzonym dramacie.

Nie mieli wielkiego wyboru i po chwili opuścili urząd z nowymi blachami zaczynającymi się od liter „WF”. Oryński rozejrzał się, a potem wskazał na znajdujący się przy ulicy punkt Veturilo.

– Może wskoczymy na rowery? – podrzucił pomysł.

– A może wskoczę na ciebie, a ty mnie przetransportujesz?

– Czyli zamawiam ubera – odparł szybko Kordian i wyciągnął telefon. – Dmitrij jeżdżący skodą fabią może być za trzy minuty.

– Nie ma kogoś o polskim imieniu, poruszającego się niemieckim samochodem?

– Cóż, właściwie to…

Kątem oka Oryński dostrzegł, że tuż obok zatrzymuje się stary, srebrny daewoo matiz, a siedzący za kierownicą mężczyzna opuszcza szybę. Miał na sobie znoszoną koszulę w kratę i wyraźnie podjechał właśnie po nich.

Chyłka szturchnęła Kordiana.

– Uber Black? – spytała. – Nie wierzyłam, że kiedykolwiek szarpniesz się na usługę premium.

– Ale ja w ogóle…

Joanna otworzyła drzwi i zajrzała do środka.

– …nie zdążyłem zamówić – dokończył Oryński.

Popatrzyła na niego niepewnie, a potem spiorunowała wzrokiem kierowcę.

– Coś ty za jeden? – rzuciła.

Mężczyzna nawet nie drgnął.

– Wsiadajcie.

– Co?

– Podwiozę was na parking, gdzie stoi wasze auto. Po drodze pogadamy.