Prawomił albo Niedawne przedawnienie - Petr Stančík - ebook + książka
NOWOŚĆ

Prawomił albo Niedawne przedawnienie ebook

Stančík Petr

4,8

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Przełożyła Elżbieta Zimna

Po Szwejku i piwoszach u Hrabala pochylonych nad stołem nadchodzi nowy czeski bohater – człowiek czynu. Prawomił albo Niedawne przedawnienie to kolejna wydana w Polsce książka popularnego czeskiego autora. Podobnie jak w kryminalnej powieści Bezrożec Petr Stančík proponuje nam znów historię pełną suspensów. W poprzedniej tłem akcji była współczesna Praga, w tej mamy panoramę całego XX wieku z jego historycznymi zawirowaniami.

Prawomił to czechosłowacki żołnierz, więzień polityczny, a przede wszystkim człowiek honoru. Bywa, że człowiek honoru zmuszony jest wziąć sprawiedliwość we własne ręce, zwłaszcza jeśli zawiódł go sąd. Prawomił pod koniec życia planuje więc zemstę. Nie wie jednak, że najbardziej zniszczy ona jego samego…

Powieść Petra Stančíka jest inspirowana prawdziwą historią bohatera wojennego, który – jak piszą czescy wydawcy – doświadczył więcej niewoli niż miłości. Prawomił… to dla Czechów przejmująca, poetycka kronika ubiegłego wieku przesiąknięta rozterkami wynikającymi z rozważań na temat zbrodni i kary, dobra i zła, a także pytaniami o sens życia.

Pierwowzorem głównej postaci był dla pisarza czeski bojownik antyfaszystowski i antykomunistyczny Pravomil Raichl, a pierwowzorem jego wroga – stalinowski prokurator Karel Vaš. Jak jednak zaznacza autor, rzeczywiste wydarzenia stanowiły jedynie luźną inspirację do napisania książki. Niektóre nazwiska bohaterów literackich brzmią tak samo jak nazwiska osób realnie żyjących, ale „ma to podobną naturę jak plama wilgoci na ścianie, gdy przypomina ludzką twarz”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (8 ocen)
6
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Wydanie pierwsze, Warszawa 2024

TYTUŁ ORYGINAŁU

Pravomil aneb Ohlušující promlčení

Copyright © by Petr Stančík, 2024

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Zimna, 2024

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2024

WSTĘP

Copyright © Mariusz Szczygieł

REDAKCJA

Ewa Żuk

KOREKTA I POPRAWNOŚC JĘZYKOWA

Małgorzata Włodarczyk

PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio

www.behance.net/OneOnes

SKŁAD I ŁAMANIE

Michał Wysocki

ILUSTRACJA NA OKŁADCE

Kateřina Sidonová

www.katerinasidonova.blogspot.cz

Tłumaczenie dofinansowano ze środków

Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej

ISBN: 978-83-66778-55-9 (EPUB); 978-83-66778-56-6 (MOBI)

Wydanie elektroniczne 2024

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

[email protected], [email protected]

www.dowody.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Rzeczywiste wydarzenia i losy konkretnych osób były jedynie luźną inspiracją dla autora tej książki. Jeżeli niektóre nazwiska postaci brzmią tak samo jak nazwiska osób realnie żyjących, przyczyna ma podobną naturę jak plama wilgoci na ścianie, gdy przypomina ludzką twarz.

Wszelako, jak prawię, pilnie słuchajcie,

albowiem jak słowa jeno pleciecie,

nigdy więcej mnie nie zrozumiecie.

Karel Hynek Mácha, Karkonoska pielgrzymka

Praga, poniedziałek, 25 lutego 2002 roku

Ciemność nie była absolutna.

Zakłócał ją sierp księżyca przebijający się przez chmury. Lampa latarni mrugająca na szczycie słupa z bulwiastą podstawą. Rozproszona poświata telewizora padająca z okna sąsiedniego domu. Fosforyzujące wskazówki zegarka pokryte cieniutką warstwą uranu z Jáchymova.

Na marginesie dodam, że był to niezniszczalny i niekiedy aż irytująco dokładny czasomierz, konkretnie B-Uhren z wyposażenia pilotów Luftwaffe, wyprodukowany w roku 1943 przez niemiecką firmę Lange Uhren GmbH. O tym, że był przeznaczony dla lotnictwa, świadczyły wyjątkowo duża tarcza i koronka tak pękata, żeby dało się go nakręcić nawet w rękawicach. I jeszcze to, że na górze zamiast dwunastki miał trójkąt pomiędzy dwiema kropkami. Podczas wojny ściągnął go z ręki agenta Abwehry, którego pod Braniskiem własnoręcznie przebił zdobytym wcześniej niemieckim bagnetem.

Bóg wie, z kogo wcześniej ściągnął go ten zabity.

Jednak żadne ze źródeł światła nie było na tyle silne, żeby zobaczyć w nim cokolwiek innego niż jego własne istnienie. Dlatego zapalił małą podłużną latarkę, przytrzymał ją zębami, a w jej świetle szybko i bez trudu otworzył wytrychem zamki. Najpierw od furtki, później od drzwi wejściowych.

Wreszcie był w środku. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Stał w przedpokoju. Czuł zapach spoconych nóg i pasty do butów.

Z kieszeni wyjął rewolwer Nagant i jeszcze raz sprawdził, czy działa bez zarzutu: zwolnił zapadkę i otoczył bębenkiem, upewniając się dotykiem, że w każdej z siedmiu komór tkwi nabój. W porządku.

W tej chwili gdzieś w głębi domu włączył się kocioł centralnego ogrzewania, a zaraz po tym rozległo się tykanie gazomierza.

Nagle zakręciło mu się w głowie, z trudem łapał powietrze, a jego serce zaczęło walić jak końskie kopyto o pusty ceber. Nogi od kolan w dół piekły, jakby je ktoś zanurzył w kwasie. Zatoczył się i oparł plecami o ścianę, po czym zsunął się po niej i ciężko opadł na szafkę z butami przykrytą ceratą.

„Nic się nie bój. Pan Bóg cię jeszcze nie chce, a diabeł się ciebie boi” – zamruczał do siebie pod nosem. „Odpoczniesz sobie chwilkę i zaraz będzie dobrze”.

Kilka minut później gazomierz się wyłączył, a wraz z nim uspokoiło się też serce. „Może to serce jest na gaz?” – przyszło mu na myśl i się uśmiechnął. Znów poczuł się jak za młodych lat. Wstał z szafki i otrzepał ubranie na plecach. Mimo że nie widział się z tyłu, wręcz namacalnie czuł, że jego galowy szaroniebieski mundur jest ubrudzony tynkiem.

W ciemności ostrożnie stąpał po przedpokoju, a kiedy tracił orientację, zapalał na ułamek sekundy latarkę, puszczając promień światła przez szparę między palcami. Skręcił. Po paru krokach poczuł na twarzy lekki powiew i usłyszał cichy szum. Nad starym żeliwnym kaloryferem umieszczony był skomplikowany mechanizm, cały, jeśli nie liczyć metalowych osi, wykonany z cienkiej sklejki, z której laubzegą wycięto maleńkie postacie, a następnie pomalowano je jaskrawymi kolorami. Kiedy kaloryfer grzał, unoszące się znad niego ciepłe powietrze wprawiało w ruch wiatraczek, który za pomocą dźwigni i trybików poruszał bajkowych bohaterów: królewicz klękał, całował Śpiącą Królewnę i podnosił się z klęczek, królewna wstawała ze szklanej trumny i kładła się do niej z powrotem, a głęboko pod nimi siedmiu krasnoludków nieprzerwanie kuło skałę, wydobywając z niej uranowe klejnoty. Wszyscy w kółko powtarzali swoje sekwencje ruchów, dopóki kaloryfer nie przestawał grzać.

Za bajkowym mechanizmem znajdowały się schody z podestem prowadzące na pierwsze piętro. Zmierzał właśnie tam. Stąpał ostrożnie i lekko, ale mimo to stopnie skrzypiały mu pod nogami. „No proszę” – pomyślał. „Wesz tak strasznie pożądał tej willi, a okazuje się, że później o nią nie dbał”.

Na piętrze otworzył kolejne drzwi i znalazł się w gabinecie. Było to pomieszczenie surowe i nieprzytulne. Książki na regałach zostały ustawione według formatów; nie było tam żadnych obrazów ani fotografii, niczego, co zdradzałoby gust, zamiłowania albo charakter właściciela. Tylko na ekskluzywnym mahoniowym biurku stał co najmniej półmetrowej wielkości metalowy model ciężkiego radzieckiego czołgu IS-2. „Na froncie mówiliśmy, że to skrót od idiot smiert’, ale to przecież inicjały Iosifa Stalina, jakżeby inaczej” – pokiwał głową na dawne wspomnienie. Czołg wyglądał świetnie i wcale nie było na nim znać całego cierpienia i poniżenia, bólu i potu. Takie luksusowe przedmioty wytwarzali w latach pięćdziesiątych więźniowie, a przeznaczone były dla wysokich funkcjonariuszy komunistycznych, którzy się nimi nawzajem obdarowywali z okazji urodzin albo awansów. Osadzeni dostawali za swoją pracę trochę więcej jedzenia albo paczkę papierosów. A czasami tylko tyle, że tego dnia nie byli torturowani ani bici.

Obrócił wieżę czołgu w lewo, a z lufy o średnicy stu dwudziestu dwóch milimetrów wysunął się papieros bez filtra marki Partyzant. Odruchowo wsunął go do ust. Obrócił wieżę w drugą stronę, a z karabinu maszynowego nad włazem dowódcy strzelił ogień. Przypalił sobie. Co prawda lekarz już dawno zabronił mu palić, ale teraz nie miało to już znaczenia. Papieros był okazem antykwarycznym: wyschnięty na wiór śmierdział mydłem, a bibułka boleśnie odrywała się od warg i znów przylepiała. Gryzący dym zmuszał go do kaszlu, więc rzucił niedopałek na podłogę i rozgniótł butem.

Przez ostatnie drzwi wszedł do sypialni. Ostrożnie poświecił na łóżko. Tym razem tam był. Starzec niespokojnie przewracający się pod pierzyną z boku na bok, niemogący w żadnej pozycji znaleźć spokoju. Mlaskający, rzężący i pojękujący przez sen. Na jego twarzy pojawiały się różne grymasy, które nie przypominały ani śmiechu, ani płaczu, ani radości, ani rozkoszy, ani bólu. Były po prostu wykrzywianiem się niepołączonym z żadnymi ludzkimi emocjami. Poduszka pod jego głową była mokra od potu, co sprawiało wrażenie, jakby miał bluźnierczą aureolę. Bełkotał coś niezrozumiale, czasami krzyczał, a później popadał w długi bezdech, aż wydawało się, że wreszcie jest martwy, ale jednak w końcu znów się uruchamiał, jak zdezelowany, choć jeszcze działający mechanizm.

Za oknem księżyc wyłonił się zza chmur. W szklance na nocnym stoliku coś zalśniło. Szklane oko cyklopa unoszące się w roztworze soli fizjologicznej.

Namacalny dowód, że to on.

Przejechał ręką po medalach na piersi. Wszystkie były na swoim miejscu. Jeszcze przeczesał włosy grzebykiem. Odruchowo przygładził kanty spodni. Teraz był już gotowy. Teraz mógł już wymierzyć sprawiedliwość.

Kciukiem odwiódł kurek rewolweru, bębenek, obracając się, szczęknął. Bynajmniej nie dla efektu, jak to bywa w amerykańskich filmach. Rosyjskie naganty produkowano w dwóch wersjach. Szybkostrzelne były dla oficerów, za to wersja dla podoficerów i niższych stopniem wojskowych wymagała napinania kurka przed każdym strzałem, żeby żołnierze nie marnowali naboi. Wycelował. W jednej linii znalazły się muszka, szczerbinka i ciało miotające się po łóżku.

– W imieniu prawa! Karol Wesz za ukartowane morderstwo generała dywizji Heliodora Píki i inne na wieki nieprzedawnialne zbrodnie zostaje skazany na karę śmierci przez zastrzelenie. Wyrok wykonam niezwłocznie – powiedział głośno i uroczyście w ciemności.

Jednak zanim zdążył nacisnąć spust, poczuł, jak paraliżujący ból promieniuje od ręki trzymającej rewolwer aż do piersi. W życiu zaznał już różnych rodzajów bólu, ale ten był zupełnie inny. Prawie niecielesny, oczyszczony z emocji, doskonale symetryczny, jak kryształ. Absolutny ból przemieniający się w absolutną rozkosz i przelewający z powrotem w ból, we wciąż krótszych interwałach, dopóki obie skrajności nie zlały się w jedno odczucie. Wtedy jego serce przestało bić, a on runął na podłogę jak marionetka, której jednym ruchem odcięto wszystkie nitki.

Zdążył jeszcze pomyśleć: „Boże, Boże, dlaczego nie pozwoliłeś mi go zabić?”.

I umarł.

Mężczyzna na łóżku dalej spał niespokojnym snem i nie miał najmniejszego pojęcia, że obok niego przeszła właśnie przez nikogo niezauważona Historia.

Obudziły mnie dwa uderzenia w sufit osadzone w sobie jak kamień w pierścieniu. Później zrozumiałam, że to pierwsze, dłuższe i jakby grzechoczące, wydało upadające ciało, a to drugie, krótsze i ostrzejsze, spowodował rewolwer.

Słyszałam to, ponieważ moje łóżko stało dokładnie pod sypialnią ojca, piętro niżej, w wąskiej komórce przeznaczonej dla służącej. Pokoik miał tylko jedno małe okienko, które wychodziło nie na zewnątrz, ale na korytarz, co powodowało, że do środka nigdy nie przedarł się choćby promyczek słońca. Tatko przydzielił mi ten pokój, kiedy miałam sześć lat. Okłamał mnie wtedy, że jest to domek, który dla mnie zbudowały wróżki. Pochwaliłam się nim dziewczynom w klasie, a one zdradziły mi okrutną prawdę: że to najgorsze miejsce w całym domu, dobre co najwyżej dla służby. Albo dla mnie.

Strasznie wtedy płakałam, ale w końcu jakoś się z tym pogodziłam, jak zawsze zresztą. Tatkowi nic nie powiedziałam. Bałam się, że znów się rozzłości i zbije mnie na kwaśne jabłko „ententą”.

Tak zwana ententa to był szeroki, wojskowy, skórzany pas utrzymywany we właściwym miejscu przez cieńszy pasek noszony na ukos przez ramię. Bardzo praktyczne rozwiązanie, zwłaszcza dla oficerów, których zaatakował brzuch. Ten pas nazywało się tak dlatego, że pierwsi nosili go żołnierze Francji, Wielkiej Brytanii i innych krajów ententy, porozumienia państw, które walczyły przeciwko Niemcom i Austro-Węgrom podczas pierwszej wojny światowej.

Tatko najwyraźniej czuł satysfakcję, kiedy po moim gołym tyłku tańczyły dwa paski jednocześnie. W każdym razie dziwnie wtedy oddychał. Ja za to sądziłam, że lanie „porozumieniem” oznacza, że na tę karę zgodziliśmy się oboje, ale ja przecież żadnej zgody nie wyrażałam. Poniżało mnie to o wiele bardziej niż sam ból.

Nauczyłam się zapijać zło gorącym, słonym mlekiem, które mi mama dawała na śniadanie. Tylko to mi wtedy pomagało. Lałam sobie ciurkiem w gardło prawie jeszcze wrzącą ciecz, a ona gdzieś głęboko na dnie rozpuszczała mój opór, wściekłość i upokorzenie.

Mama zawsze do mleka dosypywała soli, żeby się nie psuło. Co prawda nasza kuchnia pyszniła się niespotykanym luksusem – majestatyczną lodówką elektryczną pamiętającą jeszcze czasy przedwojenne, ale jej ścianki były grube jak państwowy sejf w banku narodowym, więc w środku nie zostawało zbyt wiele miejsca, przez co butelka mleka nigdy się tam nie zmieściła.

Na nocną koszulę zarzuciłam sweter i pobiegłam na górę. W sypialni tatka na podłodze leżał mężczyzna w galowym szaroniebieskim mundurze. Kiedy obracałam go na plecy, na jego piersi zadźwięczały medale. Sprawdziłam puls na szyi. Nie żył.

Zaskoczyło mnie, jak bardzo był wiekowy. Miał zupełnie siwe włosy, podobnie jak starannie przystrzyżony wąsik. A twarz bardzo męską, przy tym o delikatnych rysach antycznych posągów. Pomyślałam, że w innym wszechświecie mogłabym go kochać.

Wiedziałam, że muszę zadzwonić na policję, ale poczułam nagły impuls, żeby go najpierw przeszukać. Miał przy sobie tylko trzy rzeczy: w lewej kieszeni kurtki mundurowej płaski klucz z breloczkiem, w prawej kieszeni celuloidowy grzebyk z wyskrobanym napisem „Prawomił”, a w kieszonce na piersi granatowy paszport z godłem Stanów Zjednoczonych wystawiony na nazwisko Frank Wymiatac.

Słowo „Prawomił” mnie zastanowiło. Ciekawe, czy jest to imię, czy ksywka? I co znaczy? Że miłował prawo? A może prawą stronę? Był prawdomówny? Kto wie.

Paszport i grzebyk odłożyłam na miejsce, ale kluczyk schowałam sobie w swetrze i zawiązałam rękaw, żeby mi nie wypadł. Sama nie wiedziałam dlaczego. Nigdy wcześniej w życiu niczego nie ukradłam. To znaczy ukradłam, ale tylko raz, gdy byłam mała, lizaka z lady w sklepie. Tatko mi powtarzał, że złodzieje mają nieczyste sumienie, a ukradzione rzeczy przynoszą im potem cierpienia. Dlatego chciałam to sprawdzić. Myślałam, że lizak nie będzie mi smakował.

Ale o dziwo smakował. I to bardziej niż zwykle. Strasznie się wtedy zdziwiłam. Właściwie to do dziś się dziwię.

W końcu podniosłam się znad stygnącego ciała i poszłam obudzić tatka.

– Wstawaj. Wstawaj. Tu leży ktoś nieżywy.

Nic nie powiedział. Usiadł na brzegu łóżka, najpierw wcisnął sobie do oczodołu sztuczne oko, założył okulary, a dopiero potem wsunął nogi w kapcie. Wstał i podszedł do nieboszczyka. Obojętnie popatrzył na jego twarz, nogą odsunął od ciała rewolwer. Po czym podszedł do biurka, podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer.

– Z tej strony doktor prawa i kandydat nauk Karol Wesz. Ktoś włamał się do mojego domu. Leży tu na podłodze. Nie rusza się. Znalazła go córka. Mój adres... Tak, nie będę niczego dotykał. Czekam.

Parę minut później pod dom podjechał radiowóz. Lekarz sądowy naciągnął gumowe rękawiczki i oglądał martwego, mówiąc do dyktafonu:

– Mężczyzna rasy białej, wygląda na ponad osiemdziesiąt lat. Przyczyna zgonu: niewydolność serca spowodowana prawdopodobnie wzburzeniem emocjonalnym. Najwyraźniej śmierć na miejscu. Co jest w tym wieku normalne. Sekcja zwłok zbędna. Udział innych osób wykluczony.

Kiedy lekarz wyszedł, przyjechał karawan.

Młoda policjantka w czarnej skórzanej kurtce chciała wiedzieć, co się stało. Powiedziałam jej o wszystkim, tylko nie o przeszukaniu i kluczyku. W tym samym czasie jej kolega przepytywał tatka. Słyszałam, co mu odpowiada. Recytował jak automat, jakby czytał jakiś protokół.

– Koło godziny ósmej wieczorem wróciłem do domu z wiecu sławiącego pięćdziesiątą czwartą rocznicę lutowego zwycięstwa ludu pracującego miast i wsi nad burżuazją i reakcjonistami. Zjadłem kolację, przez chwilę oglądałem telewizję i koło godziny dziesiątej wieczorem położyłem się spać. Niczego nie widziałem ani nie słyszałem.

W końcu wynieśli Prawomiła do karawanu i wszyscy sobie poszli.

Potem ja i tatko poszliśmy znowu spać.

Praga, wtorek, 26 lutego 2002 roku

Następnego dnia rano obudziłam się w dobrym nastroju, przekonana, że martwy mężczyzna na dywanie był tylko złym snem. Szybko jednak całkiem oprzytomniałam i okazało się, że snem było to, że to był sen. A kiedy zakładałam sweter, natknęłam się na związany rękaw, a w nim znalazłam kluczyk ukradziony umarłemu i wtedy się rozpłakałam.

Umyłam twarz i usmażyłam tatkowi na śniadanie sadzone jajka. Ja o jedzeniu nie mogłam nawet myśleć.

Położyłam kluczyk na stole i starannie obejrzałam go w świetle lampy. Był prawdopodobnie od kłódki. Wyglądał zupełnie zwyczajnie – lekko zardzewiały, z jednej strony miał wrąbki, a na główce napis PATENT K. MUDROCH.

O wiele ciekawszy wydał mi się breloczek przymocowany do kluczyka mosiężnym kółeczkiem. Była to nieregularna, prawdopodobnie ręcznie wycięta kuleczka z jakiegoś lekkiego, a przy tym twardego materiału, pewnie z korka od wina. Ktoś pomalował ją w białe i czerwone paski i zatknął w nią chorągiewkę ozdobioną starannym napisem „Toszka-Śpioszka”.

Od razu przypomniałam sobie rymowankę z przedszkola:

Toszka-Śpioszka

dziś zasnąć nie może.

Powąchała fiołki

i kicha, niebożę.

Mlecz pobrudził rączki,

w kwiatkach bzyczą bączki,

w lipach kwilą ptaki,

ileż tam hałasu,

już się tym nie frasuj:

Toszko-Śpioszko,

idź spać w główce maku.

To jest zagadka – powiedziałam sobie. Zamyka się na kłódkę i nazywa Toszka-Śpioszka. Co to może być? Jedynie letni domek. Nie będzie to jednak jakiś wypasiony luksus, raczej skromna drewniana chałupka zbudowana z miłością i własnymi rękami w dawno minionej erze czeskiego trampingu. Ale dlaczego taki breloczek?

Napuściłam wody do umywalki i wrzuciłam tam kluczyk. Zanurzył się, tylko biało-czerwona kuleczka, pełniąca najwyraźniej funkcję boi, pływała po powierzchni.

To była ostatnia podpowiedź, a ja w końcu rozwiązałam zagadkę: domek na wodzie.

Największy port w Pradze, gdzie cumują mieszkalne barki, znajduje się na wyspie na Wełtawie, która nosi nazwę Císařská louka. Dlatego najpierw wyruszyłam tam. Trochę to miejsce znałam, bo kiedyś chodziłam z jednym studentem, który mieszkał na takiej barce. Kiedy tatko się o tym dowiedział, musiałam chłopaka puścić kantem, tak samo zresztą jak wszystkich innych przed nim i po nim. Dlatego nie mam męża ani dzieci i robię u tatka za służącą.

Na tę wyspę można od strony północnej przypłynąć promem z przystanku Výtoň na drugim brzegu rzeki albo od południa dojechać ze stałego lądu drogą, która skręca ze Strakonickiej zaraz za nieczynną gorzelnią na Zlíhovie. Dawniej można też było dostać się na wyspę zimą po lodzie, ale od czasu, kiedy zbudowano zaporę w Lipnie, która wypuszcza cieplejszą wodę z dna, Wełtawa przestała zamarzać. Ostatni raz widziano na niej porządny lód w lutym 1956 roku. Odtąd prowadzą tam już tylko dwie drogi.

Prom był pełen pokrzykujących turystów, więc podjechałam tramwajem do gorzelni i dalej poszłam już na piechotę.

Císařská louka lekko przyprószona śniegiem była prawie pusta, na ławkach przed zamkniętą na zimę letnią restauracją Cinda siedziała jedynie grupka bezdomnych, którzy pili tanie wino z kartonu i bawili się w gości w knajpie.

Minęłam pole golfowe i plac zabaw dla dzieci, przeszłam wzdłuż całą wyspę, aż dotarłam do przystani położonej w zatoczce na jej północnym końcu. Bramy portu pilnował staruszek ochroniarz w blaszanej budce, gdzie podgrzewał wodę w obtłuczonym czajniku postawionym na starej kozie. Kiedy mnie zobaczył, niechętnie wyszedł z ciepłego pomieszczenia na zimno.

– Gdzież to się młoda pani raczy wybierać? – zapytał bardziej z ciekawością niż wrogością. – Nigdy tu pani nie widziałem.

Zamachałam mu przed nosem kluczykiem z boją.

– Szukam Toszki-Śpioszki. Mam coś z niej przynieść panu Prawomiłowi.

– A dlaczego Prawek nie przyszedł sam? Wie o tym w ogóle?

– Nie wie. Nie żyje.

Powiedziałam mu prawdę nie z przekonania, ale dlatego, że nie umiem kłamać, a gdybym zaczęła wymyślać jakieś usprawiedliwienia, to zaraz bym się beznadziejnie poplątała, a on by się od razu zorientował.

Staruszek milczał chwilę i tylko kiwał głową, co sprawiało wrażenie, jakby wtórował do taktu muzyce, którą słyszał on jeden na całym świecie.

– Niech pani wejdzie na trochę się ogrzać.

Posłusznie poszłam za nim do budki. Nalał mi do kubka tuzemskiego rumu na dwa palce, dodał wrzątku z czajnika i podsunął pudełko, w którym zostało na dnie kilka kostek cukru.

– Niech sobie pani doda cukru według uważania. Ja nie słodzę grogu, bo mam cukrzycę. Na zdrowie.

Stuknęliśmy się kubkami. Pociągnęłam solidny łyk i fala alkoholowego ciepła rozlała się po całym moim ciele.

– A teraz niech pani opowiada, co się stało Prawkowi.

Opowiedziałam mu, co wydarzyło się w nocy, a on tylko w milczeniu kiwał głową.

– No i przyszłam tutaj, bo chciałabym czegoś się o nim dowiedzieć – dodałam na końcu opowieści. – Puści mnie pan tam?

– Nie powinienem, ale Prawkowi już nic nie ubędzie. Niech tam pani sobie z Panem Bogiem idzie i robi, co uważa.

– A która to łódka?

– Bez obaw. Toszki-Śpioszki nie da się przegapić.

Wyszłam na mróz i ruszyłam na chybił trafił po długim molo wyglądającym jak kiwająca się ulica lekko zalanego miasteczka.

Cumowały tam setki łodzi. Barki mieszkalne były tak upchane, że nie wcisnęłabym między nie nawet dłoni.

Niektóre wyglądały zupełnie zwyczajnie. Inne znów były przykładem radosnej twórczości i sarkastycznego rękodzieła swoich właścicieli. Najbardziej spodobała mi się barka, która była skrzyżowaniem od pasa w dół jachtu z uciętym masztem, a od pasa w górę starym drewnianym wagonikiem tramwaju pomalowanym tradycyjnie na czerwono, żółto i biało, na którym dało się jeszcze przeczytać odrapane złote litery: „Koleje elektryczne królewskiego miasta Praga”.

Po prostu każda barka była zupełnie inna niż pozostałe, a wszystkie razem łączyły się w ponadczasową ideę, której nie udało mi się uchwycić. Czasami przypominały mi komórki wymarłego gatunku, a po chwili znów znaki zaszyfrowanego komunikatu albo kostki mozaiki składające się na obraz zapomnianego boga.

I wtedy ją zobaczyłam.

Barka miała formę odwróconej miski, a pomalowana była na kolor jasnoczerwony z czarnymi kropeczkami. Wyglądała dokładnie jak gigantyczna biedronka siedmiokropka. A dla pewności, gdyby ktoś jeszcze się wahał, nad wejściem widniał napis wykaligrafowany równie starannie jak na chorągiewce przy małej boi: „Toszka-Śpioszka”.

Po kiwającym się trapie doszłam do wąskich drzwi i kluczykiem otworzyłam wiszącą na nich kłódkę.

W środku panował półmrok. Zaczęłam obmacywać ściany w poszukiwaniu kontaktu, ale niczego takiego nie było. Za to znalazłam wiszącą na gwoździu lampę naftową z okrągłym lusterkiem. Na szklanym kloszu leżało pudełko zapałek. Zapaliłam lampę i w pomieszczeniu roztańczyły się długie cienie.

Niczego tam nie było. To znaczy prawie niczego. Parę zdezelowanych przedmiotów wyrażających charakter swojego właściciela – spartańskie życie bez kobiety i bez drobnych przyjemności. W maleńkiej kuchence stała butla gazowa z pojedynczym palnikiem. Był tam tylko jeden garnek do gotowania wszystkiego, najwyraźniej nigdy niemyty, a co najwyżej wycierany chlebem. Aluminiowe sztućce, z dołeczkami od zębów. Otwieracz do piwa i konserw. Stara szklanka po musztardzie z czymś zaschniętym na dnie. Na wpół opróżnione butelki oleju, octu i tuzemskiego rumu. Opakowanie spaghetti, kompletnie połamanego i przeżartego przez mole. Na natłuszczonym sznurku wisiała odkrojona na skos resztka kiełbasy zwyczajnej: tak wysuszona, że efektu nie powstydziłaby się nawet egipska mumia. Przypomniałam sobie, że moja mama mawiała, że ten, kto kroi kiełbasę w ten sposób, chce dostać od życia więcej, niż mu Pan Bóg odmierzył.

W pokoju stał piecyk, z którego starannie wymieciono popiół. Rura od niego wychodziła na zewnątrz przez okrągłą dziurę wyciętą w szybie bulaju. Poza tym były tam: jedno krzesło, po wojskowemu zasłana prycza i niewielka szafa, a w niej na wieszaku starannie powieszone męskie cywilne spodnie, koszula i kurtka.

Na szafie leżała stara tekturowa walizka, a w niej znajdował się gruby notes. Przekartkowałam go i przytłoczyła mnie wielka ilość stron gęsto zapisanych drobnymi literami, zapełnionych rysunkami i napęczniałych od gazetowych wycinków.

Na koniec zostawiłam sobie stół z szufladą, która zacinała się przy wysuwaniu. Ślady siekiery na deskach koło niej świadczyły, że nie każdy miał tyle cierpliwości, co ja teraz. Kiedy wreszcie udało mi się przezwyciężyć opór szuflady, znalazłam w niej puste pudełka po wojskowych medalach i starą legitymację z angielskimi napisami, gdzie z wyblakłej fotografii patrzyła na mnie ponuro o wiele młodsza i bardziej owłosiona twarz pana Prawomiła. Poza tym był tam jeszcze rozdarty karton z rozmazanym napisem:

PEBOЛЬBEPНЫE

ПATPOНЫ

КАЛИБРА 7,62 ММ

14 шт.

W środku grzechotał ostatni nabój.

Naboje to dla mnie nie pierwszyzna. Tatko zawsze nosił przy sobie pistolet i kilka razy pokazywał mi, jak się nim posługiwać. Chociaż wiedział, że się go bałam. Ale ta kula wyglądała zupełnie inaczej. Długa mosiężna tulejka nie miała na końcu pocisku. Chociaż nie, gdy się przyjrzałam dokładniej, zobaczyłam, że tam był, zupełnie schowany w łusce. Dziwne.

To było wszystko.

Jednak kiedy już zasuwałam szufladę, wytoczył się z jej głębi malutki blaszany walec z mnóstwem dziurek na górze, a do tego miał z boku okrągłe wgłębienie przypominające krater jakiegoś miniaturowego wulkanu. Długo się głowiłam, co to takiego może być, aż przyszło mi do głowy, żeby dziwny przedmiot obrócić. Zamruczał. Przestraszyłam się i dopiero wtedy zrozumiałam: to jest stare „mruczatko” pochodzące z wnętrza wiekowego pluszowego misia.

Wychodząc, zauważyłam jeszcze, że pod tylną lewą nogą stołu leży coś czerwonego. Wyciągnęłam to, a stół od razu zaczął się kiwać. Był to nowiusieńki czeski paszport wystawiony na nazwisko Prawomił Raichl.

Schowałam do torebki dziennik i „mruczatko”, pozostałe rzeczy zostawiłam na swoich miejscach, zdmuchnęłam lampę naftową i przez chwilę poczekałam w ciemności, żeby się upewnić, że knot się znowu nie zapali. Zamknęłam drzwi na kłódkę i po trapie wróciłam na molo.

Kiedy byłam na barce, zdążył zapaść zmrok. Wróciłam do wyjścia z portu, ale w budce nie było strażnika. Zamknął bramę na łańcuch, jednak zostawił dla mnie szparę, wąską akurat na tyle, żebym mogła się przez nią prześlizgnąć.

Nie chciałam po nocy wracać na piechotę przez całą wyspę. Miałam szczęście: udało mi się złapać ostatni prom. Tym razem był dla odmiany kompletnie pusty, a ja byłam jedynym pasażerem. Wygrzebałam z portmonetki monetę pięćdziesięciokoronową i podałam przewoźnikowi. Miał wciśniętą głęboko na oczy kapitańską czapkę z daszkiem, którego cień przemieniał jego twarz w czarną maskę.

– Nie mam wydać – burknął.

– Nie trzeba, dziękuję.

Usiadł za sterem i włączył silnik. Śruba napędowa zaczęła mieszać ciemną wodę. W oddali przed nami przemknął pociąg, migając za kratownicą trzech łuków żelaznego mostu kolejowego. Na drugim brzegu mrugały światła samochodów przejeżdżających po Wybrzeżu Rašína, a nad nimi ze skały Wyszehradu wznosiły się ku niebu jak palce gotowe do przysięgi dwie wieże bazyliki Świętych Piotra i Pawła.

– Skąd się tu pani wzięła tak późno? – odezwał się nagle przewoźnik.

Wahałam się, co powiedzieć, bo właściwie sama nie znałam odpowiedzi.

– Szukałam czegoś. Prawdy o moim ojcu.

Kiedy to wypowiedziałam, zaskoczyło mnie, że zrozumiałam coś dopiero teraz.

Przewoźnik zapalił papierosa, a gdy się zaciągał, ognik rozświetlał mu w czarnej masce oczy.

– Jebać prawdę, pani szanowna – zauważył rozsądnie, a oczy mu zaświeciły i zgasły. – Prawda o ojcu może pani przynieść co najwyżej nieszczęście. Jak królowi Edypowi, jeżeli raczy pani znać tę historię. Gdyby się nie uparł, żeby się dowiedzieć, czyim naprawdę jest synem, to mógłby aż do śmierci używać życia, spokojnie panować w Tebach i płodzić dzieci. A zamiast tego tak długo szukał prawdy, aż ją znalazł, przygłup jeden. I co z tego miał? Gówno. Żona i matka się zabiła, synowie nie chcieli go znać, sam sobie wydłubał oczy. I niech mi pani teraz powie, czy warto było tej prawdy szukać.

– Ja jej nie chcę szukać, a zarazem muszę – zaczęłam się tłumaczyć, bo zachciało mi się od tego wszystkiego płakać. – Wiem, że będę cierpieć, kiedy dowiem się prawdy, ale za to teraz cierpię, że tej prawdy nie znam. Niech mi pan powie, co mam robić, skoro pan tak dobrze się na tym zna.

Przewoźnik jednak nie powiedział już ani słowa. Prom przybił do przystani na Výtoni, a ja przesiadłam się do nocnego tramwaju, w którym gniotły się stłoczone ciała bezdomnych i pijaków, i ruszyłam do domu.

Tatko w piżamie siedział w fotelu i drzemał przed włączonym telewizorem. Kiedyś też tak siadywałam i przysypiałam razem z nim, lecz efekt był taki, że programy z telewizora zaczęły mi wysyłać transmisje do snów i zamieniać je w festiwale koszmarów kompilacyjnych. Kiedyś na przykład mi się śniło, że pląsałam w czarodziejskim gaju, a leśne rusałki właśnie miały zamiar koronować mnie na swoją królową. I wtedy do snu przypełzły z filmu przyrodniczego larwy kornika drukarza i zaczęły pożerać drzewa. Po chwili wtargnął tam z jakiegoś kryminału groźny przestępca, ukradł królewską koronę, wszystkie rusałki najpierw zgwałcił, a później zamordował. Po czym z wieczornych wiadomości przyszedł prezydent Ronald Reagan i przeciwko czarodziejskiemu lasowi rozpętał trzecią wojnę światową.

Od czasu tego snu przestałam oglądać telewizję po zmroku.

Obudziłam tatka i odprowadziłam go do łóżka. Jak było moim obowiązkiem, napełniłam termofor wodą o temperaturze dokładnie czterdziestu stopni Celsjusza i umieściłam pod jego pierzyną. Następnie zeszłam piętro niżej i położyłam się do łóżka w moim pokoiku dla służby.

Zamknęłam oczy i od razu zapadłam się w ciemność niczym w czarną bezdenną toń.

Praga, środa, 27 lutego 2002 roku

Wygląda na to, że tatko nawet nie zauważył mojej wczorajszej nieobecności. Pewnie znów przesiedział cały dzień przy biurku w gabinecie i gapił się bezmyślnie przez okno, jak zwykł robić codziennie ostatnimi laty. Ta willa jest tak ogromna, że dwie osoby w ciągu dnia na ogół się tu mijają.

Często zastanawiałam się nad tym, dlaczego się tego domu nie pozbył. Przecież po śmierci mamy spokojnie by nam wystarczyła kawalerka w bloku. Ale jemu strasznie na tej rezydencji zależało.

W dzieciństwie wierzyłam mu, kiedy opowiadał, że willę odziedziczył po przodkach. Na dowód pokazywał mi miejsce na dywanie, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki. Z czasem jednak zrozumiałam, że chodziło nie o pierwsze kroki bobasa, który właśnie uczy się chodzić, ale o pierwsze kroki przyszłego bohatera walki o lepsze jutro. Tak. Właśnie tak patetycznych słów wtedy używał. Pokazywał mi też kreski robione ołówkiem na framudze mające być dowodem na to, że tu się wychowywał. Jednak któregoś razu znalazłam na strychu za belką stary ozdobny album wypełniony zdjęciami nieznanej mi rodziny mieszkającej w naszej willi. Jak go tatko zobaczył, strasznie się wściekł i wrzucił cały album do kotła centralnego ogrzewania, wprost w rozbuchane płomienie.

Wbrew temu, co twierdził, naprawdę urodził się w 1916 roku aż w Użhorodzie, na Rusi Zakarpackiej, która wówczas jeszcze należała do Królestwa Węgier i dopiero po pierwszej wojnie światowej weszła w skład Czechosłowacji. Jego ojciec był żydowskim adwokatem, a w domu mówiło się po węgiersku. W Pradze znalazł się dopiero w latach trzydziestych, kiedy przyjechał studiować prawo na Uniwersytecie Karola.

A kiedy w 1951 roku inni bojownicy o lepsze jutro zamknęli tatka w więzieniu i prawie posłali na stryczek, dokwaterowali nam do willi jeszcze trzy rodziny robotnicze, a wtedy z dwupoziomowego domu zostało nam zaledwie pół parteru. Musieliśmy się przeprowadzić do dawnej kuchni. Łazienkę przebudowali na dwie ciasne łazieneczki, a na ściany wyłożone różowym marmurem napaćkali betonowe tynki. Przeszklony ogród zimowy zastawiony kwitnącymi kwiatami przedzielili dyktą, a kwiaty rzucili na kompost. Od tej chwili była tam suszarnia.

Kiedy później tatka wypuścili na wolność, to od razu, jako pierwsze, załatwił wyprowadzkę tych dokwaterowanych rodzin. Myślę sobie teraz, że im wtedy musiał grozić więzieniem i śmiercią. To zawsze była jego specjalność. Ja wówczas byłam co prawda oseskiem, ale mama mi wszystko opowiedziała ze szczegółami.

„Zawsze chciał, żeby na dzwonku przy furtce było tylko jego nazwisko” – mówiła o postępowaniu tatka i nie miała nic złego na myśli, po prostu stwierdzała fakt, jak robią to ludzie opowiadający o jakiejś katastrofie, której nie można uniknąć, można ją jedynie przeczekać, jak na przykład grad rujnujący cały plon dorodnych dojrzałych czereśni.

Zamknęłam się na klucz w moim pokoiku. Położyłam na stole dziennik przyniesiony z barki i długo oglądałam go z zewnątrz. Był dziełem introligatora z dawnych czasów. Oprawiony w prawdziwy safian, mocno już przetarty, a nawet w jednym rogu osmagany płomieniem. Powklejane zdjęcia i wycinki z gazet rozdymały go, aż okładki zrobiły się półokrągłe, a wszystko solidnie się trzymało tylko dzięki związaniu porządnym rzemieniem.

Otworzyłam dziennik na pierwszej stronie i zaczęłam czytać.

Zlonice, poniedziałek, 31 stycznia 1921 roku

Dziś rano moja najukochańsza żona Boženka powiła naszego pierworodnego syna. Wybrałem dla niego starodawne i niezwykłe imię Prawomił, które będzie mu, w co głęboko wierzę, wraz z każdym jego wypowiedzeniem wpajać szacunek dla prawdy i miłość do Ojczyzny.

To mój pierwszy i zarazem ostatni wpis w tym dzienniku, który podaruję Ci, mój synu, kiedy staniesz na progu dorosłości, abyś jego białe strony zapisał swym życiem.

Ojczyzna twoja tam jest, gdzie tą samą mową,

co mówił dziadek, wnuk twój cię pozdrowi.

Piękną jak śpiew ptaków wśród sitowia,

twardszą niż skała nad potoku wodą.

Kochaj zawsze siebie, rodzinę twą i Ojczyznę,

zawsze jej broń i nie szczędź jej znoju.

Kto Ojczyznę stracił, innej nie dostanie

i nic lepszego mu nie pozostanie,

niż w obcej ziemi lec w grobu szarzyźnie

i w zapomnieniu spocząć miast w pokoju.

Własną ręką napisał Jan Raichl, kierownik budowy.

Zlonice, niedziela, 8 września 1935 roku

Co prawda mam dopiero czternaście lat, ale już jutro wyjeżdżam z domu. Będę się uczył w Państwowym Technikum Leśnym w Písku, dlatego tata już dzisiaj dał mi prezent na moje piętnaste urodziny. Jest to ten piękny dziennik. Od dziś będę w nim pilnie zapisywać wszystkie ważne wydarzenia z mojego życia.

Mówi się, że krajobraz miejsca, w którym się urodziliśmy, nosimy w sobie przez całe życie. Mój przypomina chyba najbardziej butelkę ze stłuczoną górną częścią: jak maleńkie owady pełzamy po jej dnie, a wszędzie dookoła sterczą wystrzępione ściany gór. Kiedy spojrzy się ze Zlonic, na północnym wschodzie wznosi się do nieba największa z nich pod względem swego znaczenia i wielkości święta góra Říp, na którą, jak prawią legendy, praojciec Czech przywiódł swój lud z dalekiej ziemi charwackiej, ale bynajmniej nie chodziło o dzisiejszą południowosłowiańską Chorwację, gdzie jeżdżą na wakacje czeskie nauczycielki i pozwalają się schrupać rekinom podczas kąpieli w Adriatyku, żeby gazety miały czym zapełniać szpalty w sezonie ogórkowym, lecz o Charwację – krainę rozciągającą się daleko za Tatrami, na równinach w dorzeczu Wisły. Choć już wiele razy byłem na szczycie Řípu, czy to podczas szkolnej wycieczki, czy na patriotycznej pielgrzymce z kolegami z Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, czy sam, za każdym razem ogarniało mnie tam uczucie nieopisanego respektu i miałem zawrót głowy na myśl o niedosiężnych krokach wieków historii czeskiego narodu, która stąpa po tych ścieżkach od niepamiętnych czasów praojca Czecha na drodze z przeszłości do przyszłości.

Jeżeli będziemy z wierzchołka Řípu patrzyli na zachód, a potem obrócimy się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, wypatrzymy na horyzoncie stożkowatą górę Vlhošť, na której, jak mówią legendy, od niepamiętnych czasów zbierają się w czasie pełni księżyca wilkołaki, żeby wyruszyć na równiny rozrywać bydło i rozszarpywać ludzi.

A jeszcze bardziej na północ wznosi się asymetryczna góra Jelečská o dwóch szczytach zwanych Velkým i Malým Sedlem.

A jeszcze dalej – wiecznie nawiedzana przez burze Milešovka, dzięki swej wysokości i zapierającemu dech widokowi niekwestionowana królowa Średniogórza Czeskiego, na której wierzchołku miał w pogańskich czasach mieszkać sam gromowładny bóg Perun.

A na zachód od niej – wzgórze Oblík przypominające denko myśliwskiego kapelusika fantazyjnie uformowane przez szykownego eleganta.

Na południowym wschodzie ścianka butelki jest wyłamana aż do dna przez dolinę rzeki Wełtawy, gdzie w oddali rozpościera się Praga, stolica mojej ukochanej Ojczyzny.

Tak w skrócie wygląda ten rodzinny region, usiany skałami ze skamieniałej lawy wygasłych wulkanów, który mnie przypomina wielką stłuczoną butelkę mojego dzieciństwa.

Praga, czwartek, 28 lutego 2002 roku

Ostatnie dwa słowa – mojego dzieciństwa – były dopisane tą samą ręką, ale bardziej wyrobionym charakterem pisma i ciemniejszym atramentem. Zauważyłam, że Prawomił swoje zapiski również w innych miejscach dziennika uzupełniał z perspektywy przyszłości. Przez chwilę analizowałam myśl, że takie uzupełnianie właściwie niweczy ideę dziennika, i zastanawiałam się nad tym, co mogło do tego skłaniać jego autora. Wieczne niezadowolenie ze swoich osiągnięć? Dążenie do doskonałości? Czy może zakończona dopiero wraz ze śmiercią polemika z samym sobą?

Zrobiłam sobie herbatę, zjadłam pół biszkopta i zabrałam się do dalszego czytania.

Písek, poniedziałek, 9 września 1935 roku

Dziś po raz pierwszy byłem na zajęciach w Państwowym Technikum Leśnym w Písku.

Żeby nie spóźnić się na poranną naukę, musiałem w domu w Zlonicach wstać w środku nocy. Najpierw wsiąść w zdezelowany podmiejski pociąg ze Zlonic do Kralup nad Wełtawą, przesiąść się na pośpieszny jadący wzdłuż meandrów Wełtawy na praski dworzec Masaryka, stamtąd przelecieć kłusem na dworzec Wilsona, żeby zdążyć na pośpieszny do Táboru. A z miasta Bożych bojowników znów podmiejskim pociągiem dojechać do Písku.

Podróż była nieco skomplikowana, ale na szczęście skończyła się dobrze – na pierwszą lekcję dotarłem o czasie przepełniony oczekiwaniem na przyszłe wydarzenia.

Nie miałem wątpliwości, że zawód leśnika jest moim powołaniem. Od dziecka kochałem las nade wszystko. U nas jest lasów mnóstwo. Nieopodal, w kierunku południowo-zachodnim, zaczyna się las Salomona i lasy Pozdeňski, Bílichowski i Pšanski, a za nimi już rozciągają się głębokie ostępy leśne wokół Křivoklatu, gdzie w zamierzchłych czasach mogli łowić dziką zwierzynę wyłącznie czescy królowie. Po przeciwnej zaś stronie pysznią się zadumane bukowe lasy i jodłowe gaje otaczające skamieniały teatr piaskowcowych skał Kokořínska...

Wcześnie zrozumiałem, że las to nie tylko rośliny, grzyby, zwierzęta i owady, ale że te wszystkie różnorodne formy życia tworzą razem jedną ogromną wszechistotę, czującą, a nawet myślącą, choć w zupełnie inny sposób niż my ludzie. Że drzewa są jej kośćmi, trawy włosami, mchy zarostem, że potoki i strugi płyną w niej jak krew, ptaki są jej bystrymi oczami, a zwierzęta szybkimi nogami. Że las do każdego, kto chce go rozumieć, mówi przez szum liści, śpiew ptaków i ostry zapach żywicy. Spędzałem w lesie każdą wolną chwilę i chłonąłem go wszystkimi zmysłami.

Często przysłuchiwałem się głębokiemu dudnieniu wydobywającemu się z mrowiska i próbowałem zrozumieć jego sens. Lubiłem też leżeć bez ruchu całymi godzinami na mchu, patrzeć w niebo przez szpary w koronach drzew i próbować zestroić się z jego spokojnym rytmem. Dla lasu bowiem ludzkie dni to mgnienia oka, które składają się w ciągłość podobnie jak klatki filmowe wyświetlane jedna po drugiej na płótnie ekranu. Ludzkie lata to dla lasu zaledwie dni. Drzewa nas nie widzą, bo jesteśmy dla nich zbyt rozmyci, poruszamy się za szybko.

Za to las zauważa ruch w tym, co ludziom wydaje się nieruchome. Widzi, jak rosną drzewa, a skały rozpadają się w proch. Kiedy w drzewo uderzy piorun albo siekiera drwala zrąbie pień, las tego wcale nie dostrzeże. Zobaczy tylko, że stare drzewo nagle zniknęło, a w jego miejscu od razu pojawiło się nowe.

Albo znów innym razem wspinałem się aż na same wierzchołki najwyższych drzew i wystawiałem głowę nad zieloną toń lasu jak rozbitek wysuwający usta nad taflę morskich odmętów.

Marzyłem o tym, żeby opiekować się lasem, chronić go, utrzymywać w dobrym zdrowiu i sile płodności. Wyobrażałem sobie, że kiedyś zostanę jego pasterzem, a zarazem przyjacielem.

Kiedy trochę podrosłem, znalazłem sobie inne zabawy, mimo to miłość do lasu nigdy mnie nie zdradziła i ostatecznie doprowadziła aż tu, do szkoły leśników.

Chyba najbardziej mnie zaskoczyło, ile w pierwszej klasie mamy przedmiotów zawodowych: geodezję, biologię zwierząt, biologię roślin, fizykę, chemię... Ale ja z pewnością pokonam wszystkie przeszkody i dosłużę się zielonego munduru leśnika.

Zlonice, niedziela, 15 września 1935 roku

Pierwszy raz przyjechałem z technikum leśnego na niedzielę do domu. Spotkała mnie tu jednak nieprzyjemna niespodzianka: tata i mama jednogłośnie oznajmili, że mam się pozbyć moich gołębi, bo nie ma kto się nimi zajmować, gdy w ciągu tygodnia jestem w szkole.

Gołębie to moja miłość.

W dzieciństwie robiłem wszystko to, co moi koledzy.

Grałem w nogę piłką uszytą ze starych szmat.

Obracałem bacikiem drewniany okrągły klocek, dopóki namalowane na nim czarno-białe obrazki nie przemieniły się dzięki ruchowi wirowemu w rozmazane kolorowe plamy.

Zbierałem znaczki odklejane z kopert nad parą, im egzotyczniejsze, tym lepiej.

Albo budowałem z drewnianych szpulek od nici malutkie czołgi – najpierw nożem wycinałem z obu ich stron na obwodzie ząbki, żeby się nie ślizgały, gumkę uzyskaną z odcięcia kawałka rowerowej dętki przybijałem z jednej strony szpulki pinezką, przeciągałem ją przez otwór i przewlekałem przez powstające w ten sposób uszko długi i prosty patyczek. Kręciłem nim dookoła, żeby naciągnąć gumę, a później wystarczyło tylko włożyć między szpulkę a patyczek płatek mydła, żeby zniwelować tarcie, i tam napluć. Szast-prast i można już było wypuszczać jednostkę pancerną na wojska nieprzyjaciela.

No i jeszcze my – zloniczacy – prowadziliśmy wieczne wojny z chłopakami z okolicznych wiosek, najczęściej walczyliśmy przeciwko szlapaniczakom, drzinowianom, stradoniczanom i tym z Břešťan. O dziwo – nie licząc kilku naruszonych zębów, tu i tam podbitego oka czy rozbitego kolana – nikt nigdy poważniej nie ucierpiał, mimo że okładaliśmy się kijami po głowach, strzelaliśmy do siebie z proc ostrymi kamieniami albo zagiętymi gwoździami, a nawet obrzucaliśmy się chemicznymi granatami ręcznymi. Produkowaliśmy je ze zgniłych jaj i zepsutego mleka, amunicję wlewaliśmy do przeciętego i wydłubanego ziemniaka, który okręcaliśmy gumką od majtek. W locie gumka się odwijała, granat się rozpryskiwał nad terenem wroga i powodował niespieralne, cuchnące plamy na ubraniu, za co trafiony dostawał później w domu solidne lanie. Dlatego niektórzy woleli stawać do walki na golasa, co, trzeba przyznać, znacząco obniżało ich bojowe morale. Myślę sobie teraz, że musiał nas wtedy chronić cały pułk aniołów stróżów.

Kiedy miałem około dziesięciu lat, zacząłem hodować gołębie pocztowe i ta nowa namiętność wkrótce zwyciężyła nad wszystkimi innymi. Wciąż na nowo cieszyło mnie obserwowanie, jak się te ptaki zmieniają, z jaką gorliwością przekazują swoim potomkom wprowadzone przez ludzi modyfikacje wyglądu i zdolności, w czym dorównać mogłyby im jedynie psy. I tak samo jak psy gołębie dzięki węchowi nieomylnie znajdą drogę do domu, nawet oddalonego o setki kilometrów.

Poza tym wydawało mi się, że bycie hodowcą gołębi jest równie dystyngowane i wykwintne jak bycie milionerem albo chociaż posiadaczem lasu. Dlatego sam zbudowałem gołębnik na dachu domu (przyznaję, że wykorzystując instrukcję z czasopisma „Młody Siewca”), wyprosiłem od sąsiada hodowcy kilka zapłodnionych jajek i „wysiedziałem” je sam, nosząc na gołym ciele pod pachą, aby dostarczyć im odpowiedniej ilości organicznego ciepła.

Na początku najważniejszy był dla mnie w gołębiach ich wygląd. Dlatego hodowałem pięknie umaszczoną rasę norymberskich skowronków, które miały główki w kolorze ochry i dropiatą pokrywę skrzydłową. Później lazurki – śnieżnobiałe, z ciemniejszymi skrzydłami pokrytymi łuskowatym rzucikiem przywodzącym na myśl starą porcelanę. Albo tak zwane morawskie strusie pyszniące się imponująco masywną piersią, jako żywo przypominającą gorseciki dziewcząt w morawskich strojach ludowych.

Najbardziej jednak oszalałem na punkcie gołębi lotnych. Co prawda na ziemi wyglądają bardzo niepozornie, za to w powietrzu dzieje się coś niewiarygodnego. Podczas lotu tworzą jedną figurę za drugą. Są jak zgrabne akrobatki wywijające salta na trapezach zawieszonych pod samą kopułą cyrkowego namiotu. Akrobatki w strasznie obcisłych trykotach wpijających się w ciało zupełnie tak samo jak w chłopięce marzenia... Ale nie o tym chciałem pisać.

Ten na pierwszy rzut oka bezsensowny, a zarazem fenomenalnie dynamiczny taniec wziął się ze zwyczajnego godowego lotu gołębi. Hodowcy pracowali nad tym przez całe ptasie generacje. Stopniowo wzmacniali talenty akrobatyczne wysokolotnych przez krzyżowanie ze sobą najbardziej utalentowanych do lotu osobników. Gołębie każdej rasy latają trochę inaczej. Niektóre robią tylko szybkie zwroty, kreśląc w powietrzu zygzaki, inne wzlatują do nieba po spirali, jakby wspinały się po schodach wewnątrz niewidzialnej wieży. Ja najbardziej uwielbiałem wywrotka rakownickiego, który ze swoją czerwoną główką i białymi piórami na ziemi wygląda na niepozornego gołąbka w czeskich barwach narodowych, ale gdy tylko wzleci, robi w powietrzu przewroty w tył, jeden za drugim, dopóki nie wyląduje na pewnym gruncie.

Teraz, kiedy w tygodniu nie ma mnie w domu, moje gołębie zaczęły rodzicom ciążyć. Narzekają, że przez to ciągłe dziobanie niszczą się dachówki i że całe podwórko jest zapaskudzone.

Problem polega na tym, że gdy ktoś przeprowadza się w inne miejsce, nie może zabrać ze sobą gołębi. Nie może ich też wypuścić na wolność. Gołębie zawsze wracają tam, gdzie wykluły się z jajka. Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak moje ukochane wywrotki rakownickie częściowo sprzedać, a częściowo rozdać. Najpiękniejszą parkę hodowlaną wybrał sobie nasz sąsiad Adalbert Serduschko. Jest to co prawda Niemiec, ale dobry. Mówi nieźle po czesku, a ponieważ nie posiada żadnych gruntów rolnych, pracuje jako mieszacz sadzy w fabryce pasty do butów należącej do naszego zlonickiego burmistrza Barebníka. Obiecał mi za dwa gołębie pięć koron, przypuszczam wszakże, że nie da mi nic, jest bowiem człowiekiem bezgranicznie chciwym. Ale ja się nie martwię, ponieważ tym gołębiom, których już nikt nie chciał nawet za darmo, musiałem własnoręcznie ukręcić delikatne pierzaste główki.

Zjedliśmy je na niedzielny obiad. Pieczone, z porzeczkową galaretką.

Zlonice, niedziela, 22 września 1935 roku

Nasza śliczna koteczka jest biało-czarno-ruda i nazywa się Mojrynka. Nie Murzynka, tylko Mojrynka. Dostała takie imię, ponieważ kłapie na muchy zębami jak Atropos – trzecia Mojra z greckich mitów, która przecinała nić ludzkiego życia – nożycami. Mojrynka ciągle się myje języczkiem i nadstawia przy tym grzbiet do głaskania. Może uważa ludzką dłoń za jakiś duży język?

Mama pokłóciła się z babcią Gudulą o wylizywanie talerzy u nas w domu. A to dlatego, że cała nasza rodzina (oprócz mamy) po jedzeniu talerze starannie wylizuje. Oczywiście robimy to bardzo dostojnie: siedzimy przy tym prosto i trzymamy talerze w obu rękach na wysokości twarzy, co oznacza, że gmerające języki są dla postronnych obserwatorów niewidoczne. Wylizywanie jest ogromnie korzystne, i to z dwóch powodów: nie marnuje się jedzenia i łatwiej umyć naczynia. Mama jednak uważa, że ten nasz rytuał jest nieestetyczny, i stara się zniechęcić do niego mnie i tatę w ten sposób, że podczas wylizywania stuka paznokciem w dna naszych talerzy. Kiedy nas tak dzisiaj pod koniec obiadu opukiwała, babcia Gudula już tego nie wytrzymała i powiedziała: „Boženko, jak jeszcze raz tak stukniesz, to ci w uszy powtykam parówki”.

Písek, czwartek, 3 października 1935 roku

„Národní politika” (niewykluczone, że inne dzienniki również, ale ja czytuję jedynie ten, bo jestem patriotą; chociaż mój ojciec, mimo że też jest patriotą, czyta jednak komunistyczne „Rudé právo”, pewnie dlatego, że jest komunistą, a nawet wręcz jednym z założycieli Komunistycznej Partii Czechosłowacji; czasami kłócimy się z tego powodu, ale zawsze się w końcu godzimy) ogłasza na stronie tytułowej: „Wojska włoskie przekroczyły granice Etiopii”. Nie mam pojęcia, dlaczego przywódca włoskich faszystów Mussolini to zrobił. Pewnie z powodu swojej zachłanności i żądzy władzy, jak to bywa w przypadku dyktatorów rozpoczynających wojny. W każdym razie uważam, że to niehonorowe, jeżeli rusza się do walki przeciwko tubylcom uzbrojonym w dzidy i strzelby skałkowe, wysyłając na nich nowoczesne czołgi, samoloty i karabiny maszynowe. Przypomina mi ten Mussolini chłopaka z naszej szkoły, Roberta z najstarszej klasy, który wyszukiwał najsłabszych pierwszaków i młócił ich z całej siły pięściami tylko dlatego, że takie samo lanie dostawał regularnie od ojczyma alkoholika. Robert już tego nie robi, ponieważ któregoś razu z chłopakami poczekaliśmy na niego w szatni, zarzuciliśmy mu koc na głowę i zbiliśmy go na kwaśne jabłko sztachetami. Myślę, że podobnie można by załatwić problem z Włochami.

[...]