Pozwól się kochać - Abbi Glines - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Dwa lata temu Riley uciekła z miasta. Oskarżając Rhetta o gwałt, została uznana za kłamczuchę i nie miała innego wyboru niż wyjazd. Teraz wraca razem z córką, żeby pomóc w opiece nad chorą babcią. Jednak miasto wciąż nie zapomniało o swojej nienawiści, a ona pamięta, jak ją potraktowali, kiedy najbardziej ich potrzebowała.

Pewnego dnia przystojny Brady podwozi do domu Riley i jej córkę Bryony, które w czasie burzy utknęły na poboczu drogi. Nie robi tego ze względu na dziewczynę, lecz z powodu jej córeczki. Po tej krótkiej przejażdżce chłopak zaczyna kwestionować wszystko, co do tej pory uważał za prawdę.

Czy Brady mógłby uwierzyć Riley i zaryzykować utratę wszystkiego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: After the game

Au­tor: Abbi Gli­nes

Tłu­ma­cze­nie: Re­gi­na Mo­ścic­ka

Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Elż­bie­ta Re­zler

Skład: Iza­be­la Kruź­lak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Look Stu­dio (Shut­ter­stock)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Jon­kisz

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

SI­MON PUL­SE

An im­print of Si­mon & Schu­s­ter Chil­dren’s Pu­bli­shing Di­vi­sion 1230 Ave­nue of the Ame­ri­cas, New York, New York 10020 First Si­mon Pul­se hard­co­ver edi­tion Au­gust 2017.

Co­py­ri­ght © 2017 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

Fa­bu­ła tej książ­ki jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły w spo­sób istot­ny prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy przez ni­ko­go, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2019

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-463-0

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Wszyst­kim na­sto­lat­kom, któ­rym zda­rzy­ło się po­peł­nić ży­cio­wy błąd i któ­re nie mia­ły obok sie­bie ni­ko­go życz­li­we­go. Ży­czę wam, że­by­ście zna­la­zły w so­bie siłę prze­trwa­nia. Trud­ne chwi­le prze­mi­ną, a wy sta­nie­cie się sil­ny­mi ko­bie­ta­mi. Trzy­maj­cie się!

ROZ­DZIAŁ 1

Kcem jeś

Riley

Do­bie­ga­ją­cy z kuch­ni ło­mot wy­rwał mnie ze snu i przy­wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. Po­czu­łam swąd, jak­by coś się pa­li­ło. W łóż­ku obok mnie nie było Bry­ony, a prze­cież pierw­sze, co wi­dzia­łam, gdy bu­dzi­łam się rano, to jej blond locz­ki i wiel­kie, błę­kit­ne oczy.

Sko­czy­łam na rów­ne nogi, wy­pa­dłam przez otwar­te drzwi sy­pial­ni i po­pę­dzi­łam do kuch­ni. Na tym krót­kim od­cin­ku prze­bie­gła mi przez gło­wę co naj­mniej set­ka naj­czar­niej­szych my­śli. Nic dziw­ne­go, Bry­ony ni­g­dy nie wsta­wa­ła przede mną. Pra­wie już do­pa­dłam drzwi do kuch­ni, gdy usły­sza­łam ko­lej­ny ło­skot.

Obok zle­wu sta­ła bab­cia ze spa­ni­ko­wa­ną miną. Na te­ra­ko­to­wej pod­ło­dze le­żał gar­nek, z któ­re­go wy­sy­pa­ły się su­ro­we płat­ki owsia­ne, zaś do­ko­ła roz­le­wa­ła się ka­łu­ża mle­ka. Z to­ste­ra za ple­ca­mi bab­ci uno­si­ła się smuż­ka dymu. Do­pa­dłam go jed­nym sko­kiem i wy­rwa­łam wtycz­kę z kon­tak­tu, żeby nie za­pa­lił się na do­bre.

– Mama! – do­biegł mnie z tyłu cien­ki gło­sik Bry­ony.

Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie, żeby upew­nić się, że dziec­ku nic nie jest, i o mało nie po­śli­zgnę­łam się na roz­la­nym mle­ku.

Có­recz­ka wpa­try­wa­ła się we mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Jej nie­sfor­ne locz­ki ster­cza­ły na wszyst­kie stro­ny do­oko­ła wy­krzy­wio­nej gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia buzi.

– Kcem jeś – oznaj­mi­ła.

Po­chy­li­łam się, pod­nio­słam ją, żeby nie wdep­nę­ła w ka­łu­żę na pod­ło­dze, i moc­no przy­tu­li­łam. Wy­star­czy­ło, że wzię­łam ją w ra­mio­na, a od razu od­zy­ska­łam spo­kój.

– Wi­dzę, że bab­cia chcia­ła ci zro­bić coś do je­dze­nia – stwier­dzi­łam, od­wra­ca­jąc gło­wę w stro­nę star­szej ko­bie­ty. Sta­ła bez ru­chu, wpa­trzo­na w roz­la­ne u jej stóp mle­ko.

– Ja… nie wiem – ode­zwa­ła się za­gu­bio­nym gło­sem, jak­by nie była pew­na, o czym mówi ani skąd się tu wzię­ła. To nor­mal­ne w jej sta­nie. Mie­wa­ła lep­sze i gor­sze dni. Dzi­siej­szy, jak wi­dać, za­li­czał się do tych dru­gich.

– Za­raz po­sa­dzę Bry­ony na krze­seł­ku i dam jej płat­ki, a po­tem po­sprzą­tam. Co ci zro­bić na śnia­da­nie, bab­ciu?

Od­wró­ci­ła gło­wę w moją stro­nę, a wte­dy do­strze­głam w jej wzro­ku kon­ster­na­cję. Na wi­dok jej za­gu­bio­nej miny za­wsze ogar­niał mnie smu­tek. Bab­cia nie była już tą samą oso­bą, któ­ra pie­kła ze mną cia­stecz­ka i śpie­wa­ła mi pio­sen­ki, gra­jąc na garn­kach jak na per­ku­sji. Zu­peł­nie jak­by za­błą­dzi­ła gdzieś we wła­snej gło­wie.

– Nie wiem – po­wtó­rzy­ła zda­nie, któ­re ostat­nio bar­dzo czę­sto pa­da­ło z jej ust. Po­sa­dzi­łam Bry­ony w dzie­cię­cym krze­seł­ku, a po­tem uję­łam bab­cię za rękę i od­cią­gnę­łam od ka­łu­ży na pod­ło­dze.

Za­zwy­czaj wsta­wa­łam przed nią, ale dziś za­spa­łam. Dziw­ne, bo mama co rano bu­dzi­ła mnie przed wyj­ściem do pra­cy. Może pró­bo­wa­ła albo po pro­stu za­po­mnia­ła.

– Kcem jeś – po­wtó­rzy­ła Bry­ony. W ten spo­sób oznaj­mia­ła, że jest głod­na. Kie­dy obu­dzi­ła się dziś wcze­śniej i za­sta­ła w kuch­ni bab­cię, na pew­no też jej to za­ko­mu­ni­ko­wa­ła. Wte­dy przez krót­ką chwi­lę bab­cia mia­ła prze­błysk świa­do­mo­ści, że musi ją na­kar­mić. Ale za­raz o tym za­po­mnia­ła, więc upu­ści­ła gar­nek z owsian­ką. Na pod­ło­dze le­ża­ły też okru­chy ta­le­rzy­ka po­kry­te czymś, co wy­glą­da­ło na mus jabł­ko­wy. Ca­ło­ści do­peł­niał zwę­glo­ny tost.

– Do­brze – po­wie­dzia­łam, po czym się­gnę­łam po pu­deł­ko z płat­ka­mi i na­sy­pa­łam tro­chę na tac­kę. – Zjedz na ra­zie to, a mama w tym cza­sie po­sprzą­ta.

Bry­ony wzię­ła w pal­ce owsia­ne kó­łecz­ko i wło­ży­ła je do ust.

– Roz­bi­łam ta­lerz – przy­zna­ła za­tro­ska­nym gło­sem bab­cia.

– Nic się nie sta­ło. To się zda­rza. Za­raz po­sprzą­tam, a po­tem przy­go­tu­ję two­ją ulu­bio­ną owsian­kę z brą­zo­wym cu­krem i pla­ster­ka­mi jabł­ka. Może być? – spy­ta­łam, po­sy­ła­jąc jej uspo­ka­ja­ją­cy uśmiech.

Bab­cia zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Lu­bię ją?

Zu­peł­nie jak­bym mia­ła do czy­nie­nia z jesz­cze jed­nym dziec­kiem. Do­pie­ro nie­daw­no wró­ci­łam ra­zem z ro­dzi­ca­mi do Law­ton, do Ala­ba­my, i było mi bar­dzo cięż­ko. Ser­ce pęka, gdy trze­ba dzień w dzień przy­glą­dać się, jak uko­cha­na oso­ba po­grą­ża się we wła­snym świe­cie. Al­zhe­imer to strasz­na cho­ro­ba.

– Baba jeś – po­in­for­mo­wa­ła mnie Bry­ony.

Od­wró­ci­łam się do có­recz­ki i po­sła­łam jej uśmiech.

– Tak. Pora na śnia­da­nie.

– San­dra bę­dzie się gnie­wać za ten ta­le­rzyk. Tak je lubi. Mu­szę po­je­chać do mia­sta i od­ku­pić go u Mil­le­ra. Przy­naj­mniej tyle mogę zro­bić.

Ktoś z ze­wnątrz nie do­strzegł­by w jej sło­wach nic nie­nor­mal­ne­go. Wręcz prze­ciw­nie, brzmia­ły cał­kiem lo­gicz­nie. Co z tego, sko­ro nie mia­ły ani odro­bi­ny sen­su. Wspo­mnia­na przez bab­cię San­dra to jej sio­stra, któ­ra zmar­ła na raka, gdy mia­łam trzy lata. A sklep Mil­le­ra nie dzia­łał od 1985 roku. O tym ostat­nim fak­cie do­wie­dzia­łam się tyl­ko dla­te­go, że krót­ko po na­szym po­wro­cie bab­cia wy­sła­ła mnie tam po ja­kieś za­ku­py. By­łam już pra­wie za drzwia­mi, gdy mama za­trzy­ma­ła mnie i wy­ja­śni­ła, że bab­cia żyje w prze­szło­ści. Wła­ści­ciel, Roy Mil­ler, zmarł na za­wał, a jego ro­dzi­na zli­kwi­do­wa­ła sklep i wy­pro­wa­dzi­ła się z Law­ton.

Ale za­miast po raz ko­lej­ny przy­po­mi­nać o tym bab­ci, wo­la­łam pu­ścić jej uwa­gę mimo uszu, bo tak było ła­twiej. Gdy­bym oznaj­mi­ła, że San­dra nie żyje, a sklep Mil­le­ra za­mknię­to daw­no temu, bab­cia wpa­dła­by w hi­ste­rię. Nic dziw­ne­go, sko­ro to był je­dy­ny świat, któ­ry pa­mię­ta­ła. Dla­te­go nie ode­zwa­łam się ani sło­wem, tyl­ko za­bra­łam się za sprzą­ta­nie. Po­tem po­sta­wi­łam gar­nek z mle­kiem i płat­ka­mi na ku­chen­ce i wy­szłam tyl­ny­mi drzwia­mi na ze­wnątrz, żeby wy­rzu­cić spa­lo­ny tost.

– Nie wiesz, gdzie po­sta­wi­łam mus jabł­ko­wy dla Lyli? Po­win­na zjeść rano cho­ciaż tro­chę. Wczo­raj zro­bi­łam świe­ży, z ja­błek od Mil­le­ra.

Lyla to imię mo­jej mat­ki. Ko­lej­na oso­ba, któ­ra my­li­ła się bab­ci. Czę­sto bra­ła Bry­ony za moją mamę, gdy ta była dziec­kiem. Jesz­cze jed­na ozna­ka ży­cia w prze­szło­ści.

– Za­raz jej dam ten mus. A ty so­bie usiądź, po­dam ci sok. Po­patrz so­bie na pta­ki. Je­dzą ziar­no, któ­re­go im wczo­raj na­sy­pa­ły­śmy. – W ten spo­sób uda­ło mi się zmie­nić te­mat i skie­ro­wać uwa­gę bab­ci na pta­ki wi­docz­ne za du­żym oknem wy­ku­szo­wym.

Mama pra­co­wa­ła dziś w szpi­ta­lu tyl­ko do po­łu­dnia, a to ozna­cza­ło, że będę mo­gła po obie­dzie za­brać Bry­ony na spa­cer do par­ku. Te­raz jed­nak mu­sia­łam na­kar­mić małą i bab­cię, a po­tem za­jąć się do­mem. Dzię­ki temu zo­sta­nie nam póź­niej wię­cej cza­su na za­ba­wę. Było sło­necz­nie, ale upal­ne dni mie­li­śmy już za sobą. Chłod­ne je­sien­ne po­wie­trze za­chę­ca­ło do spa­ce­rów, a poza tym Bry­ony uwiel­bia­ła zbie­rać róż­no­barw­ne li­ście opa­dłe z drzew. Na­zy­wa­ła je swo­im „źbio­lem”.

ROZ­DZIAŁ 2

Nie daj się złamać, stary

Brady

Już dru­gi ty­dzień nie by­łem z Ivy, ale ona nie od­pusz­cza­ła. Dra­mat trwał na­dal. Są­dzi­łem, że roz­sta­nie oboj­gu nam – a zwłasz­cza mnie – wyj­dzie na do­bre. Mimo to nie było mi ła­two, gdy wi­dzia­łem, jak Ivy po­pła­ku­je po ką­tach na szkol­nym ko­ry­ta­rzu i wy­sy­ła mi rzew­ne SMS-y, że nie może beze mnie żyć. Zra­ni­łem ją i trud­no mi było się z tym po­go­dzić. Nie­ste­ty nie mia­łem in­ne­go wyj­ścia. Mo­głem albo raz na za­wsze z nią ze­rwać, albo na­dal po­zwa­lać jej się łu­dzić, że coś nas łą­czy.

Praw­da była taka, że gdy­bym na­praw­dę ko­chał Ivy, nie ma­rzył­bym o in­nej dziew­czy­nie. I choć nie uda­ło mi się jej zdo­być, pra­gną­łem jej i przez to nie trak­to­wa­łem Ivy tak, jak na to za­słu­gi­wa­ła. Je­dy­nym ho­no­ro­wym wyj­ściem z tej sy­tu­acji było ze­rwa­nie. Kie­dy jed­nak wi­dzia­łem, jak cięż­ko Ivy je zno­si, za­czy­na­łem mieć wąt­pli­wo­ści, czy słusz­nie po­stą­pi­łem.

– Bądź twar­dy, sta­ry. Masz kom­pleks przy­zwo­ite­go fa­ce­ta, ale nie daj się zła­mać – stwier­dził West Ash­by, gdy spo­tkał mnie na szkol­nym ko­ry­ta­rzu.

Był jed­nym z mo­ich naj­lep­szych kum­pli. A kto wie, czy nie je­dy­nym, bio­rąc pod uwa­gę fakt, że na krót­ki czas za­bu­ja­łem się w dziew­czy­nie dru­gie­go naj­lep­sze­go ko­le­gi. Choć nie po­tra­fi­łem stwier­dzić tego na pew­no.

– Ona chy­ba kiep­sko so­bie ra­dzi z na­szym roz­sta­niem – za­uwa­ży­łem.

Sta­ra­łem się uni­kać wzro­kiem Ivy sto­ją­cej w oto­cze­niu przy­ja­ció­łek. Czu­łem na so­bie ich spoj­rze­nia prze­szy­wa­ją­ce mnie jak szty­le­ty. Było mi szcze­gól­nie trud­no, bo nie na­le­ża­łem do chło­pa­ków do­pro­wa­dza­ją­cych dziew­czy­ny do wście­kło­ści. Taka sy­tu­acja mo­gła się zda­rzyć We­sto­wi czy Gun­ne­ro­wi, ale nie mnie. Ja by­łem tym po­rząd­nym.

– Naj­wyż­szy czas. I tak już wy­star­cza­ją­co się po­świę­ca­łeś, bo chcia­łeś być w po­rząd­ku. Cza­sa­mi trze­ba po­wie­dzieć: „Pie­przę, mam dość” i iść w swo­ją stro­nę.

– Nie­po­trzeb­na mi taka sła­wa jak two­ja – od­par­łem, zer­ka­jąc na kum­pla z uko­sa.

West za­śmiał się, jak­bym po­wie­dział coś za­baw­ne­go.

– Te­raz sły­nę już tyl­ko z tego, że je­stem za­ko­cha­ny na śmierć i ży­cie. Dzię­ki temu wszyst­kie moje wcześ­niej­sze winy zo­sta­ły wy­ma­za­ne.

Miał ra­cję. Moja ku­zyn­ka, Mag­gie, kom­plet­nie go od­mie­ni­ła. Nie wy­ko­rzy­sty­wał już i nie po­rzu­cał dziew­czyn, jak zda­rza­ło mu się daw­niej. Wi­dząc go ra­zem z Mag­gie, pra­gną­łem dla sie­bie tego sa­me­go. Mieć dziew­czy­nę, z któ­rą miał­bym ocho­tę cały czas prze­by­wać i na wi­dok któ­rej na mo­jej twa­rzy od­ru­cho­wo po­ja­wiał­by się uśmiech. Dziew­czy­nę taką jak Wil­la. Ale ona cho­dzi­ła już z Gun­ne­rem i nie mia­łem u niej żad­nych szans. Nie za­mie­rza­łem o nią wal­czyć, bo było im do­brze ra­zem. Do tej pory ni­g­dy nie wi­dzia­łem Gun­ne­ra na­praw­dę szczę­śli­we­go. To była za­słu­ga Wil­li.

– Ivy to nie jest ta je­dy­na, cza­isz? Za­słu­gu­je na przy­zwo­ite­go fa­ce­ta, ale ja nim nie będę. Pro­blem w tym, że ona nie chce się z tym po­go­dzić.

– Ivy to ty­po­wy bluszcz – stwier­dził West i po­kle­pał mnie po ple­cach. – To ja spa­dam. Bądź twar­dy, kie­dyś w koń­cu da so­bie spo­kój.

Mia­łem po­czu­cie, że to ja w du­żej czę­ści za­wi­ni­łem, że wszy­scy trak­tu­ją dziś Ivy jak de­spe­rat­kę. Po­zwo­li­łem jej tak dłu­go krę­cić się wo­kół sie­bie, że rze­czy­wi­ście się w nią zmie­ni­ła. Gdy­bym był z nią szcze­ry już kil­ka mie­się­cy temu, nie do­szło­by do tej sy­tu­acji. A tak tyl­ko po­gor­szy­łem spra­wę, po­zwa­la­jąc jej cały czas wie­rzyć, że je­ste­śmy parą.

Usły­sza­łem za ple­ca­mi śmiech Gun­ne­ra. Gdy się od­wró­ci­łem, zo­ba­czy­łem, jak obej­mu­je ra­mie­niem Wil­lę i uśmie­cha się do niej, jak­by nikt poza nią dla nie­go nie ist­niał. Po­wi­nie­nem cie­szyć się ich szczę­ściem, ale ja­koś nie po­tra­fi­łem. Za­zdro­ści­łem mu i chcia­łem być na jego miej­scu. Jesz­cze nie­daw­no łu­dzi­łem się, że Wil­la to ta wła­ści­wa dziew­czy­na, ale nic z tego nie wy­szło. Cóż, moja wina. Nie da­łem jej ja­sno do zro­zu­mie­nia, że je­stem nią za­in­te­re­so­wa­ny, i na­dal cho­dzi­łem z Ivy. Czyż­bym na se­rio się spo­dzie­wał, że Wil­la bę­dzie cier­pli­wie cze­kać, aż któ­rąś z nich wy­bio­rę? Naj­wy­raź­niej tak. Za­cho­wa­łem się jak kre­tyn i mam za swo­je.

Wil­la od­wró­ci­ła gło­wę i na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Po­sła­ła mi przy­ja­zny uśmiech, bez cie­nia flir­tu. Zu­peł­nie inny od tych, ja­ki­mi ob­da­rza­ła mnie więk­szość dziew­czyn. Zwy­czaj­ny, któ­rym dziew­czy­na daje chło­pa­ko­wi do zro­zu­mie­nia, że trak­tu­je go wy­łącz­nie jak przy­ja­cie­la.

Uśmiech­ną­łem się do niej w od­po­wie­dzi i ski­ną­łem gło­wą Gun­ne­ro­wi. Po­tem szyb­ko wpa­dłem do kla­sy, żeby szczę­ście za­ko­cha­nej pary nie kłu­ło mnie w oczy. Wcze­śniej ni­g­dy nie by­łem za­zdro­śni­kiem, ale wi­dok tej dwój­ki dzień w dzień dzia­łał mi na ner­wy. Głów­nie z tego po­wo­du na­resz­cie osta­tecz­nie roz­sta­łem się z Ivy. W za­sa­dzie po­wi­nie­nem im po­dzię­ko­wać, że po­mo­gli mi pod­jąć mę­ską de­cy­zję.

Asa Grif­fith i Nash Lee sie­dzie­li już w ław­ce, wpa­trze­ni roz­ba­wio­nym wzro­kiem w ekran lap­to­pa Na­sha. Pod­sze­dłem do nich i usia­dłem za Asą.

– Cześć, Bra­dy! – po­zdro­wi­ła mnie kom­plet­nie nie­zna­jo­ma blon­dyn­ka i po­ma­cha­ła mi de­li­kat­nie pal­ca­mi.

– Bierz mnie – do­dał kpią­cym to­nem Asa i od­wró­cił się, żeby na nią spoj­rzeć. – Ale cia­ło, sta­ry. Prze­te­stuj ją i opo­wiedz, jak było.

Od razu moż­na się było do­my­ślić, że dziew­czy­na ma czym od­dy­chać, bo to pierw­sza rzecz, na jaką Asa zwra­cał uwa­gę. Ode­rwa­łem od niej wzrok i spoj­rza­łem na ko­le­gę. Nie ona pierw­sza na­gle za­czę­ła mnie za­ga­dy­wać. Zno­si­łem po­dob­ne za­czep­ki już od ty­go­dnia. Ale to zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie na nowy zwią­zek, nie mógł­bym zro­bić cze­goś ta­kie­go Ivy. Wciąż jesz­cze cho­dzi­ła po szko­le z za­czer­wie­nio­ny­mi i pod­puch­nię­ty­mi od pła­czu ocza­mi.

– Li­czy się coś wię­cej niż tyl­ko cia­ło – mruk­ną­łem pod no­sem.

Asa uniósł brwi, jak­bym po­wie­dział coś, co go za­sko­czy­ło.

– Se­rio? – Wy­raź­nie so­bie ze mnie żar­to­wał, ale i tak za­brzmia­ło to dość pa­skud­nie. – W ta­kim ra­zie pew­nie cię nie za­in­te­re­su­je, co Nash do­stał dziś na swo­ją skrzyn­kę – oznaj­mił, uśmie­cha­jąc się po­ro­zu­mie­waw­czo do Na­sha.

Wo­la­łem nie py­tać.

– Ej, ja o nic nie pro­si­łem. Sama mi to przy­sła­ła – rzu­cił Nash obron­nym to­nem, jak­by chciał się uspra­wie­dli­wić.

– Ale i tak się na nią po­ga­pisz – stwier­dził z iro­nią Asa.

Nash uśmiech­nął się, uka­zu­jąc doł­ki w po­licz­kach, a po­tem wzru­szył ra­mio­na­mi, za­mknął lap­top i we­pchnął go do ple­ca­ka.

– No ja­sne. Prze­cież je­stem fa­ce­tem, a ona jest naga.

Nie spy­ta­łem, o kim mó­wią. Ła­two się było do­my­ślić, ja­kie zdję­cia oglą­da­ją, ale wo­la­łem nie ko­ja­rzyć z nimi kon­kret­nej twa­rzy.

– Wi­dzie­li­ście na mie­ście Ri­ley? Zo­ba­czy­łem ją wczo­raj z ja­kimś dzie­cia­kiem w wóz­ku. Ta­kim ra­czej ma­łym. Wy­cho­dzi­ła z par­ku. – Asa zmarsz­czył brwi, jak­by nie­zbyt mu się to spodo­ba­ło i uznał, że musi się z nami po­dzie­lić tą no­wi­ną. Każ­dy z nas wo­lał­by nie oglą­dać Ri­ley na oczy. Jej po­wrót do mia­sta ozna­czał kło­po­ty. Fa­tal­na spra­wa. Aku­rat te­raz, gdy Gun­ner wresz­cie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go z ży­cia.

– Mhm. Ja też ją wi­dzia­łem kil­ka ty­go­dni temu. Pew­nie jej ro­dzi­com uro­dzi­ło się dziec­ko. Ri­ley chy­ba ma do­mo­we na­ucza­nie. Mama mó­wi­ła, że jej bab­ka cho­ru­je na al­zhe­ime­ra, więc spro­wa­dzi­li się z po­wro­tem, żeby się nią za­jąć. – Tam­te­go dnia po po­wro­cie do domu za­czą­łem gło­śno da­wać wy­raz iry­ta­cji, że Ri­ley mia­ła czel­ność wró­cić do mia­sta, ale mama szyb­ko przy­wo­ła­ła mnie do po­rząd­ku.

– To kiep­sko dla Law­to­nów. I tak ostat­nio tkwią po uszy w gów­nie. A tu jesz­cze jak na złość wra­ca Ri­ley – stwier­dził Asa.

– Ja­koś nie bar­dzo mi ich żal. Pro­ble­my na­dzia­nej ro­dzin­ki to nic przy al­zhe­ime­rze – stwier­dził Nash.

Choć by­łem po stro­nie Gun­ne­ra, trud­no było od­mó­wić Na­sho­wi ra­cji. Ro­dzi­na Gun­ne­ra mia­ła włas­ne kło­po­ty, po­dob­nie jak ro­dzi­ce Ri­ley. To nie ich wina, że ich cór­ka oka­za­ła się kłam­czu­chą. Mo­głem jej nie zno­sić, a jed­no­cze­śnie współ­czuć jej ro­dzi­nie. Pew­nie nie jest im ła­two, ale nowe dziec­ko to chy­ba do­bra no­wi­na. Po­ja­wi­ło się w samą porę, by osło­dzić im cięż­kie chwi­le, ja­kie spro­wa­dzi­ła na nich ob­łud­na có­recz­ka.

ROZ­DZIAŁ 3

Moja młodsza siostra?

Riley

Deszcz? Jak to moż­li­we? Prze­cież gdy wio­złam Bry­ony na wóz­ku do par­ku, świe­ci­ło pięk­ne słoń­ce. Za­raz po­tem, ni stąd, ni zo­wąd, lu­nę­ło jak z ce­bra. Na do­da­tek mama nie od­bie­ra­ła ode mnie te­le­fo­nów. Choć to i tak nie mia­ło zna­cze­nia, prze­cież nie mo­gła zo­sta­wić bab­ci sa­mej w domu i po nas przy­je­chać.

Na szczę­ście spa­ce­rów­ka mia­ła bud­kę. Po­go­dzi­łam się z my­ślą, że prze­mok­nę do su­chej nit­ki, kie­dy wy­szły­śmy spod drzew, gdzie wcze­śniej scho­wa­ły­śmy się na chwi­lę przed desz­czem. Przy­naj­mniej Bry­ony bę­dzie mia­ła jaką taką osło­nę.

– Ada! – za­pisz­cza­ła Bry­ony, wy­sta­wia­jąc rącz­ki na deszcz. Nie wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną, wręcz prze­ciw­nie, uzna­ła ule­wę za świet­ną przy­go­dę. Sta­ra­łam się trak­to­wać tego typu wspól­ne prze­ży­cia jako oka­zje do wspo­mnień. Dzię­ki temu ła­twiej mi było ra­dzić so­bie w na­praw­dę trud­nych chwi­lach. Za­nim po­ja­wi­ła się Bry­ony, by­łam zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem. Wszyst­kim się przej­mo­wa­łam, a każ­dy dro­biazg ura­stał w mo­ich oczach do ran­gi wiel­kie­go pro­ble­mu. Prze­ży­wa­łam, gdy chło­pak nie za­pro­sił mnie na bal albo przy­ja­ciół­ka ośmie­li­ła się flir­to­wać z moją sym­pa­tią. Z per­spek­ty­wy cza­su wszyst­ko to wy­da­wa­ło mi się kom­plet­nie po­zba­wio­ne sen­su.

Kie­dy po raz pierw­szy wzię­łam w ra­mio­na swo­ją nowo na­ro­dzo­ną có­recz­kę, cały mój świat w jed­nej chwi­li się zmie­nił. Moje ży­cie już ni­g­dy nie mia­ło być ta­kie, jak kie­dyś. W jed­nej chwi­li znik­nął ból, któ­ry to­wa­rzy­szył jej na­ro­dzi­nom. Oprócz niej nic nie mia­ło dla mnie zna­cze­nia. Prze­sta­ło mnie ob­cho­dzić, kto jest jej oj­cem i jak bar­dzo mnie skrzyw­dził. Nie my­śla­łam o tym ani w tam­tej chwi­li, ani ni­g­dy po­tem. Mia­łam zdro­wą có­recz­kę i tyl­ko to się dla mnie w ży­ciu li­czy­ło. Nie­prze­spa­ne noce jesz­cze bar­dziej za­cie­śni­ły na­szą więź. Nie­koń­czą­cy się płacz był oka­zją do na­uki, jak uspo­ko­ić i roz­we­se­lić ma­lut­ką. Nic in­ne­go nie było waż­ne, tyl­ko na­sza dwój­ka.

– Tak, deszcz pada, ko­cha­nie. A te­raz bie­gnie­my szyb­ciut­ko do domu – po­wie­dzia­łam dziar­skim gło­sem.

Bry­ony kla­snę­ła ra­do­śnie w łap­ki. Na­cią­gnę­łam kap­tur na gło­wę w na­dziei, że ochro­ni mnie przed desz­czem cho­ciaż przez kil­ka mi­nut, za­nim do­trę do chod­ni­ka pro­wa­dzą­ce­go do domu bab­ci.

Nie było tak źle, jak mi się po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło. Je­sien­ne po­wie­trze pach­nia­ło desz­czem, przy­po­mi­na­jąc mi dzie­ciń­stwo. To były do­bre wspo­mnie­nia. Za­le­ża­ło mi, żeby Bry­ony mia­ła po­dob­ne, choć wie­dzia­łam, że nie mo­że­my za­miesz­kać w Law­ton na sta­łe. Tę­sk­ni­łam za mia­stem, w któ­rym do­ra­sta­łam, ale mu­sia­łam po­go­dzić się z fak­tem, że nie je­stem w nim mile wi­dzia­na. Przez ja­kiś czas będę tu miesz­kać, trzy­ma­jąc się na ubo­czu i cie­sząc wspól­ny­mi chwi­la­mi z có­recz­ką, ale nie mo­że­my zo­stać na za­wsze.

Bie­głam chod­ni­kiem, ile sił w no­gach, gdy mi­ja­ją­cy mnie pi­kap na­gle zwol­nił. Nie pod­nio­słam wzro­ku, zbyt sku­pio­na na tym, by jak naj­prę­dzej do­trzeć do domu.

– Pod­wieźć cię? – za­wo­łał zna­jo­my głos.

Nie mu­sia­łam na­wet od­wra­cać gło­wy, od razu po­zna­łam Bra­dy’ego Hig­gen­sa. Pa­mię­ta­łam ten głos rów­nie do­brze, jak jego nie­na­wist­ne spoj­rze­nia i oskar­że­nia, któ­re usły­sza­łam od nie­go ja­kiś czas temu. Dla­te­go nie za­trzy­ma­łam się, tyl­ko pę­dzi­łam bez sło­wa, z wzro­kiem wbi­tym wprost przed sie­bie.

– Rany, Ri­ley, leje jak z ce­bra i mała za­raz bę­dzie cała mo­kra. Po­myśl cho­ciaż o niej. Jesz­cze się prze­zię­bi.

W jego gło­sie po­brzmie­wa­ła iry­ta­cja. Nie spodo­bał mi się ani jego ton, ani su­ge­stia, że źle zaj­mu­ję się wła­snym dziec­kiem. Tro­chę desz­czu na pew­no jej nie za­szko­dzi. Bez prze­sa­dy, prze­cież nie je­ste­śmy na pust­ko­wiu.

– Masz jesz­cze pra­wie trzy ki­lo­me­try do domu, a co­raz moc­niej pada. Nie wy­głu­piaj się, pod­wio­zę cię. Ro­bię to dla dziec­ka.

Ton, ja­kim wy­ma­wiał sło­wo „dziec­ko”, strasz­nie mnie roz­zło­ścił. A więc jesz­cze do nie­go nie do­tar­ło, skąd się wzię­ła Bry­ony? Po­dob­nie jak resz­ta idio­tów z tego mia­sta są­dził, że nie po­wie­dzia­łam wte­dy praw­dy. Wszy­scy za­rzu­ca­li mi kłam­stwo, co osta­tecz­nie zmu­si­ło mnie do wy­jaz­du. Bo prze­cież taki zło­ty chło­pak jak Rhett Law­ton nie mógł mnie zgwał­cić. Nie­moż­li­we, to ja mu­sia­łam za nim bie­gać i go pro­wo­ko­wać, a on tyl­ko się ode mnie opę­dzał. Poza tym by­łam dziew­czy­ną jego bra­ta – dla­cze­go miał­by zro­bić coś ta­kie­go? Każ­dy uwa­żał, że naj­wy­raź­niej mam coś z gło­wą.

Za­trzy­ma­łam się i spoj­rza­łam w stro­nę Bra­dy’ego. Za­wsze był z nie­go Pan Przy­zwo­ity. Chęt­ny do po­mo­cy, do­pa­try­wał się w lu­dziach wy­łącz­nie do­brych cech. Je­dy­nie ja by­łam wy­jąt­kiem. Od­wró­cił się ode mnie tak samo jak wszy­scy. Dla­te­go już mia­łam otwo­rzyć usta i oznaj­mić mu do­bit­nie, gdzie może so­bie wsa­dzić swo­ją pro­po­zy­cję, gdy roz­legł się grzmot i nie­bo roz­świe­tli­ła bły­ska­wi­ca. Nie prze­szka­dzał mi deszcz, ale Bry­ony na pew­no nie po­win­na prze­by­wać na dwo­rze pod­czas bu­rzy. Da­ro­wa­łam więc so­bie cię­tą ri­po­stę i tyl­ko ode­zwa­łam się krót­ko:

– Do­bra.

Bra­dy po­ki­wał gło­wą z wy­raź­ną ulgą, że wresz­cie da­łam za wy­gra­ną. Po­tem wy­sko­czył z auta i zła­pał wó­zek, z któ­re­go zdą­ży­łam już wy­jąć Bry­ony.

– Wrzuć go na pakę, bo i tak jest cały mo­kry. Ju­tro wy­su­szę go na słoń­cu.

Nie cze­ka­łam na jego od­po­wiedź, tyl­ko obie­głam pi­kap, trzy­ma­jąc w ra­mio­nach uśmiech­nię­tą Bry­ony, któ­ra z upodo­ba­niem wy­sta­wia­ła bu­zię na deszcz, i wdra­pa­łam się do środ­ka. W sa­mo­cho­dzie było włą­czo­ne ogrze­wa­nie i po chwi­li po­czu­łam, jak mała lek­ko drży w mo­ich ra­mio­nach. Wte­dy za­czę­łam się mar­twić, czy Bra­dy rze­czy­wi­ście nie ma ra­cji, że może się prze­zię­bić. Po­sta­no­wi­łam, że gdy tyl­ko wró­ci­my do domu, na­po­ję ją so­kiem po­ma­rań­czo­wym i przy­go­tu­ję dla niej cie­płą ką­piel.

Kie­dy Bra­dy usiadł za kie­row­ni­cą, spoj­rza­łam na nie­go i z ocią­ga­niem wy­du­si­łam z sie­bie:

– Dzię­ku­ję.

Nie spo­dzie­wa­łam się, że jesz­cze kie­dyś po­dzię­ku­ję ko­mu­kol­wiek w tym mie­ście.

Bra­dy spoj­rzał na Bry­ony.

– Twoi ro­dzi­ce na pew­no nie by­li­by za­do­wo­le­ni, że spa­ce­ru­jesz z sio­strą w taką pa­skud­ną po­go­dę. Do­brze, że się zgo­dzi­łaś na pod­wóz­kę.

Sio­strą? Se­rio? Więc ta­kie plot­ki krą­ży­ły o mnie w mie­ście? Zmarsz­czy­łam czo­ło, od­wró­ci­łam gło­wę i wbi­łam wzrok w szy­bę. Mo­głam za­pro­te­sto­wać, tyl­ko co by to dało? Nic, kom­plet­nie. Bra­dy od razu za­ło­żył­by, że wpa­dłam już po wy­jeź­dzie z mia­sta. Nic go nie prze­ko­na, że moja wer­sja wy­da­rzeń jest praw­dzi­wa. Choć gdy­by kto­kol­wiek za­dał so­bie choć odro­bi­nę tru­du i przyj­rzał się Bry­ony, od razu za­uwa­żył­by po­do­bień­stwo do Law­to­nów. Szcze­gól­nie z twa­rzy bar­dzo przy­po­mi­na­ła swo­je­go bio­lo­gicz­ne­go ojca. Nie za­mie­rza­łam jed­nak wy­su­wać tego ar­gu­men­tu, bo za nic nie chcia­łam, żeby moja cór­ka kie­dy­kol­wiek mia­ła do czy­nie­nia z Law­to­na­mi. Wo­la­łam ochro­nić ją przed tymi po­two­ra­mi.

Mój brat, Van­ce, zo­stał w mie­ście, gdy wy­je­cha­li­śmy, i mu­siał ra­dzić so­bie sam. Nie miał ła­two, ale tu było jego miej­sce. Kie­dy znik­nę­łam wszyst­kim z oczu, plot­ki uci­chły, więc mógł w mia­rę nor­mal­nie żyć – do cza­su, aż ro­ze­szła się wia­do­mość o moim po­wro­cie. Od tego mo­men­tu dwa razy za­wie­szo­no go w szko­le za bój­ki. Na szczę­ście gdy wpro­wa­dzi­li­śmy się do domu bab­ci, zgo­dził się prze­nieść do pry­wat­nej szko­ły nie­da­le­ko od nas. Nie był tym fak­tem za­chwy­co­ny, ale ro­dzi­ce uwa­ża­li, że po­wi­nien skoń­czyć szko­łę poza Law­ton. Zwłasz­cza że był nie­prze­cięt­nie in­te­li­gent­ny, choć strasz­li­wie na­rwa­ny. Mia­łam wy­rzu­ty su­mie­nia, że prze­ze mnie wpadł w kło­po­ty. Kie­dy wy­jeż­dżał w ubie­głym ty­go­dniu, po­wie­dział mi, że robi to z wła­snej woli i że­bym nie czu­ła się win­na. Ale ja i tak się po­pła­ka­łam.

Bry­ony wy­cią­gnę­ła swo­je pulch­ne rącz­ki w kie­run­ku na­wie­wu cie­płe­go po­wie­trza, a po­tem od­wró­ci­ła się do Bra­dy’ego i uśmiech­nę­ła. Nie mia­ła po­ję­cia, że to nasz wróg. Wo­la­ła­bym ni­g­dy jej nie uświa­da­miać, że na świe­cie ist­nie­je zło i nie­na­wist­ni lu­dzie.

– Jak jej na imię? – spy­tał Bra­dy.

– Bry­ony.

Nie mia­łam ocho­ty z nim prze­by­wać w ta­kim sa­mym stop­niu jak on ze mną. Gdy­by uli­cą prze­jeż­dżał ja­kiś inny ko­le­ga Gun­ne­ra Law­to­na, na­dal za­su­wa­ła­bym spa­ni­ko­wa­na uli­cą w desz­czu i bu­rzy. Bra­dy Hig­gens był inny. Zo­ba­czył dziec­ko w po­trze­bie i nie mógł zo­sta­wić go bez po­mo­cy.

– Masz ład­ne oczy, Bry­ony – zwró­cił się do niej Bra­dy.

Ma­lut­ka za­dar­ła gło­wę i spoj­rza­ła na mnie. Mo­kre od desz­czu, blond loki przy­kle­iły jej się do czo­ła. Po­chy­li­łam się, nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, żeby jej nie po­ca­ło­wać.

– Ile ma lat?

Nie chcia­ło mi się wda­wać z Bra­dym w roz­mo­wę, ale mia­łam świa­do­mość, że robi nam przy­słu­gę, pod­wo­żąc nas do domu. Sko­ro chciał uda­wać, że ob­cho­dzi go co­kol­wiek zwią­za­ne­go z nami, w po­rząd­ku. By­łam go­to­wa pod­jąć tę grę.

– Pięt­na­ście mie­się­cy.

– Ada! – ucie­szy­ła się mała, gdy roz­legł się grzmot pio­ru­na.

Bra­dy za­śmiał się. Nic dziw­ne­go, bo Bry­ony była prze­uro­cza. Po­dej­rze­wa­łam, że cał­kiem go za­wo­ju­je, jesz­cze za­nim do­trze­my do domu bab­ci.

– To z cie­bie już duża pan­na – za­gad­nął ją Bra­dy.

Mała po­ki­wa­ła ocho­czo gło­wą. Uwiel­bia­ła, gdy ktoś na­zy­wał ją dużą dziew­czyn­kę, choć cią­gle jesz­cze do­ma­ga­ła się ode mnie, żeby ko­ły­sać ją do snu i tu­lić jak nie­mow­la­ka.

– Two­ja bab­cia na­dal miesz­ka tam, gdzie wcześ­niej? – spy­tał Bra­dy, skrę­ca­jąc w na­szą uli­cę.

– Tak.

Znał dro­gę na pa­mięć, bo ra­zem do­ra­sta­li­śmy w tym mie­ście. Ba­wi­li­śmy się w par­ku, cho­dzi­li­śmy do jed­nej szko­ły i na te same im­pre­zy.

Kie­dy wje­cha­li­śmy na nasz pod­jazd, ob­ję­łam moc­niej Bry­ony. Po­sta­no­wi­łam, że naj­pierw za­nio­sę ją do domu, a po­tem wró­cę po wó­zek.

– Po­bie­gnę z nią do środ­ka i za­raz przyj­dę po wó­zek – oznaj­mi­łam.

– Ja go we­zmę, a wy bie­gnij­cie do domu.

Bez sło­wa pro­te­stu otwo­rzy­łam drzwi auta i pu­ści­łam się bie­giem do wej­ścia, żeby jak naj­prę­dzej scho­wać się przed desz­czem. Gdy zna­la­zły­śmy się w środ­ku, za­wo­ła­łam mamę, ale się nie ode­zwa­ła. Chcia­łam od­dać jej Bry­ony i po­biec z po­wro­tem po wó­zek. Mu­sia­łam więc po­sta­wić có­recz­kę na pod­ło­dze.

– Po­cze­kaj tu na mnie. Pój­dę tyl­ko po wó­zek – przy­ka­za­łam.

Po­ki­wa­ła gło­wą, a ja od­wró­ci­łam się do wyj­ścia. Bra­dy zdą­żył już jed­nak do­trzeć do drzwi i wrę­czył mi kom­plet­nie prze­mo­czo­ny wó­zek.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam jesz­cze raz.

Po­ki­wał gło­wą

– Nie ma za co.

W tym mo­men­cie mała rącz­ka Bry­ony po­cią­gnę­ła mnie za no­gaw­kę spodni.

– Mama mo­kla.

Do­pie­ro na wi­dok sze­ro­ko otwar­tych ze zdu­mie­nia oczu Bra­dy’ego zda­łam so­bie spra­wę z sen­su jej słów. Tak oto Bra­dy do­wie­dział się, że mała wca­le nie jest moją młod­szą sio­strą.

Po­sła­łam mu wy­mu­szo­ny uśmiech i za­mknę­łam przed no­sem drzwi wej­ścio­we, za­nim zdą­żył co­kol­wiek z sie­bie wy­krztu­sić.

ROZ­DZIAŁ 4

Zwłaszcza dla Riley

Brady

Mama? Dziec­ko na­zwa­ło Ri­ley mamą. Sły­sza­łem to na wła­sne uszy, a wy­raz oczu Ri­ley sta­no­wił do­dat­ko­we po­twier­dze­nie. Co jest gra­ne? Czyż­by Ri­ley za­szła w cią­żę na­tych­miast po wy­jeź­dzie z na­sze­go mia­sta?

A może jed­nak tuż przed? Może oczer­ni­ła Rhet­ta, bo chcia­ła go wro­bić w cią­żę i w ten spo­sób wy­cią­gnąć od nie­go pie­nią­dze? Je­śli tak, to było to wy­jąt­ko­wo wy­ra­cho­wa­ne. O mało nie zruj­no­wa­ła mu przy­szło­ści, de­spe­rac­ko po­szu­ku­jąc ta­tu­sia dla dzie­cia­ka. Na pew­no nie był nim Gun­ner, bo z nim nie spa­ła – wszy­scy do­brze o tym wie­dzie­li­śmy. Wi­docz­nie pu­ści­ła się z kimś na boku, a po­tem mu­sia­ła na­kła­mać. Co do tego nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Czyż­by Ri­ley aż tak za­le­ża­ło na Gun­ne­rze, że nie zde­cy­do­wa­ła się pójść z nim do łóż­ka, a po­tem zrzu­cić na nie­go winy? Kom­plet­nie tego nie ogar­nia­łem. Dla­cze­go fał­szy­wie oskar­ży­ła jego star­sze­go bra­ta? Nie pro­ściej by­ło­by wro­bić wła­sne­go chło­pa­ka? Chy­ba że uzna­ła, że wer­sja z Rhet­tem w roli głów­nej bę­dzie bar­dziej wia­ry­god­na. Nie po­tra­fi­łem po­jąć jej mo­ty­wów. I chy­ba w ogó­le nie war­to było się nad tym za­sta­na­wiać.

Je­dy­ną pew­ną rze­czą w ca­łej tej po­gma­twa­nej hi­sto­rii jest to, że Ri­ley ma có­recz­kę, na do­da­tek prze­uro­czą. Spra­wia­ła wra­że­nie do­brej mamy, ale prze­cież nie wi­dy­wa­łem jej na tyle czę­sto, żeby mieć taką pew­ność. Rów­nie do­brze mo­gła kom­plet­nie nie nada­wać się do tej roli.

Myśl o dzi­siej­szym spo­tka­niu z Ri­ley i Bry­ony nie chcia­ła mi wyjść z gło­wy przez cały wie­czór. Nie przy­zna­łem się ni­ko­mu, że je pod­wio­złem, bo nie mia­łem za­mia­ru się z tego tłu­ma­czyć. W za­sa­dzie nie było z cze­go, zresz­tą mia­łem na­dzie­ję, że każ­dy z chło­pa­ków na moim miej­scu zro­bił­by to samo. Prze­cież była z ma­łym dziec­kiem, sama na uli­cy pod­czas bu­rzy. Choć nie mo­głem mieć co do tego stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, bo wszy­scy jej nie­na­wi­dzi­li, i to bar­dzo moc­no. Trze­ba jed­nak przy­znać, że z Rhet­ta też było nie­złe ziół­ko, o czym sam cał­kiem nie­daw­no mia­łem oka­zję się prze­ko­nać. Za­cho­wał się jak zwy­czaj­ny drań, szcze­gól­nie wo­bec Gun­ne­ra. Cie­ka­we, czy Gun­ner był­by te­raz w sta­nie uwie­rzyć Ri­ley, sko­ro po­znał praw­dzi­wy cha­rak­ter Rhet­ta.

W mo­jej gło­wie za­czę­ła się tlić myśl, że może Ri­ley wca­le nie kła­ma­ła. Nie po­tra­fi­łem jed­nak uwie­rzyć, że Rhett mógł­by mieć aż tak skrzy­wio­ną psy­chi­kę, żeby ją zgwał­cić, a po­tem wszyst­kie­go się wy­przeć. Miał swo­je za usza­mi, ale nie był bru­tal­ny. Nie do tego stop­nia.

Po­krę­ci­łem gło­wą, jak­bym chciał od­pę­dzić od sie­bie tę na­tręt­ną myśl, po czym ru­szy­łem ku scho­dom pro­wa­dzą­cym na pod­da­sze, gdzie te­raz znaj­do­wał się mój po­kój.

Mi­ja­jąc otwar­te drzwi swo­jej daw­nej sy­pial­ni, do­strze­głem sie­dzą­cą na łóż­ku Mag­gie z książ­ką w ręku. Przy­sta­ną­łem i zaj­rza­łem do środ­ka.

– Gdzie West?

Mag­gie pod­nio­sła na mnie wzrok.

– Jest dzi­siaj ze swo­ją mamą.

West bar­dzo dbał o mat­kę. Pil­no­wał, żeby po śmier­ci ojca nie za­ła­ma­ła się i nie po­grą­ży­ła w de­pre­sji. Wio­dło im się raz le­piej, raz go­rzej.

– To do­brze – stwier­dzi­łem, nie ru­sza­jąc się z miej­sca.

Mag­gie za­gię­ła róg kart­ki i za­mknę­ła trzy­ma­ną na ko­la­nach książ­kę.

– Chcesz po­ga­dać, Bra­dy?

Prze­chy­li­ła jed­no­cze­śnie gło­wę nie­co na bok, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie, jak­by z góry zna­ła od­po­wiedź na to py­ta­nie.

Może fak­tycz­nie tego mi było trze­ba, ale wzru­szy­łem tyl­ko ra­mio­na­mi.

– Czy ja wiem?

Ku­zyn­ka wes­tchnę­ła i unio­sła książ­kę.

– Je­śli chcesz, mo­że­my. I tak prze­rwa­łeś mi czy­ta­nie.

Wie­dzia­łem, że Mag­gie jest je­dy­ną oso­bą, co do któ­rej moż­na być pew­nym, że nie pu­ści pary z ust. Ni­g­dy nie zaj­mo­wa­ła się plot­ka­mi ani nie ro­bi­ła afer i po­tra­fi­ła uważ­nie słu­chać, jak nikt inny. Bar­dzo so­bie ce­ni­łem jej zda­nie.

Wsze­dłem do po­ko­ju i usia­dłem na­prze­ciw­ko niej na sto­ją­cym w ką­cie krze­śle.

– Pod­wio­złem dziś Ri­ley Young do domu pod­czas bu­rzy. Była z dziec­kiem. Dziew­czyn­ką, taką dość małą.

No do­bra. Uda­ło mi się ja­koś to z sie­bie wy­rzu­cić.

Mag­gie przy­glą­da­ła mi się przez chwi­lę w mil­cze­niu.

– Tyl­ko o to cho­dzi? Pod­wio­złeś dziew­czy­nę w po­trze­bie i czu­jesz, że mu­sisz o tym z kimś po­ga­dać?

By­łem pe­wien, że Mag­gie zdą­ży­ła już po­znać hi­sto­rię Ri­ley Young.

– Nie sły­sza­łaś, jak po­wie­dzia­łem: Ri­ley Young? Ta, któ­ra oskar­ży­ła Rhet­ta o gwałt i przez któ­rą o mało nie stra­cił sty­pen­dium?

– Wiem, kim jest Ri­ley Young. Do­syć się na­słu­cha­łam, jak się nad nią pa­stwi­cie. Do­brze znam jej hi­sto­rię. Ale po­myśl – była sama z dziec­kiem na uli­cy w cza­sie bu­rzy. Za­ło­żę się, że każ­dy na two­im miej­scu po­stą­pił­by tak samo. Gdy­byś jej nie po­mógł, mógł­byś czuć się z tym źle. Ale po­mo­głeś, więc nie bar­dzo ro­zu­miem, z czym masz pro­blem.

Wes­tchną­łem, od­chy­la­jąc się na opar­cie krze­sła, i za­pa­trzy­łem się na chwi­lę w okno. Czy Mag­gie w ogó­le była w sta­nie zro­zu­mieć, o co mi cho­dzi? Taka dziew­czy­na jak ona, cier­pli­wa i sko­ra do wy­ba­cza­nia, nie mia­ła po­ję­cia, czym jest nie­na­wiść.

– Mała na­zwa­ła Ri­ley mamą – do­da­łem, ma­jąc na­dzie­ję, że dzię­ki tej no­wi­nie Mag­gie sta­nie się roz­mow­niej­sza.

Mag­gie otwo­rzy­ła sze­rzej oczy ze zdu­mie­nia.

– Ooo… czy­li wró­ci­ła z dziec­kiem. Czy ono może być Rhet­ta?

Wresz­cie coś za­czy­na­ło do niej do­cie­rać.

– To mi dało do my­śle­nia. Wy­cho­dzi na to, że gdy się zo­rien­to­wa­ła, że jest w cią­ży, pró­bo­wa­ła wro­bić Rhet­ta, żeby wy­łu­dzić od nie­go pie­nią­dze. Tak, to za­czy­na mieć ręce i nogi. Naj­gor­sze, że gdy Gun­ner się do­wie, jego ży­cie jesz­cze bar­dziej się skom­pli­ku­je. Tyle już mu się zwa­li­ło na gło­wę.

Mag­gie na­chmu­rzy­ła się, wy­raź­nie znie­sma­czo­na mo­imi do­my­sła­mi. Ale prze­cież nie po­wie­dzia­łem nic nie­wła­ści­we­go.

– Albo Ri­ley mó­wi­ła praw­dę. Z tego, co się zdą­ży­łam zo­rien­to­wać, trud­no uznać Rhet­ta Law­to­na za wzór cnót. Skąd w was wszyst­kich ta pew­ność, że to ona kła­ma­ła?

Prze­śla­do­wa­ła mnie do­kład­nie ta sama myśl, któ­ra jej tak ła­two prze­szła przez usta. Pro­blem w tym, że nie zna­ła Rhet­ta tak jak ja. Kie­dyś był dla mnie jak star­szy brat.

– Rhett za­po­wia­dał się na świet­ne­go spor­tow­ca i po­cho­dził z naj­bo­gat­szej ro­dzi­ny w mie­ście. Był kimś waż­nym, całe Law­ton da­wa­ło mu to od­czuć. Tak trud­no wam uwie­rzyć, że mógł coś so­bie wziąć siłą? Je­śli Rhett rze­czy­wi­ście był taką gwiaz­dą, za jaką wszy­scy go uwa­ża­cie, dla­cze­go Ri­ley mia­ła­by – jak to po­wie­dzia­łeś – pró­bo­wać go wro­bić? Na­praw­dę nie prze­wi­dzia­ła­by, że to się dla niej źle skoń­czy? Ja na jej miej­scu nie ośmie­li­ła­bym się fał­szy­wie oskar­żyć o co­kol­wiek Rhet­ta Law­to­na. Wy­glą­da na to, że wy­bra­ła naj­gor­szy moż­li­wy spo­sób, żeby uła­twić so­bie ży­cie.

Wszyst­ko, co mó­wi­ła Mag­gie, brzmia­ło sen­sow­nie. Sęk w tym, że nie mo­głem ot tak uwie­rzyć w wer­sję Ri­ley ani z nią o tym po­roz­ma­wiać. Na­dal po­zo­sta­wa­ła na­szym wro­giem.

Ale co, je­śli na­praw­dę oka­że się nie­win­na?

Pod­nio­słem się z krze­sła.

– To nie jest ta­kie pro­ste – skwi­to­wa­łem krót­ko, bo nic in­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy.

Mag­gie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Masz ra­cję, nie jest. Zwłasz­cza dla Ri­ley.

ROZ­DZIAŁ 5

Widziałaś może Thomasa?

Riley

Jak do­tąd ża­den z Law­to­nów nie sta­nął w na­szych drzwiach i nie za­żą­dał, że­bym wy­nio­sła się z mia­sta. To do­bry znak. Naj­wy­raź­niej Bra­dy nie chciał zry­wać z wi­ze­run­kiem po­rząd­ne­go fa­ce­ta, któ­ry tak so­bie ce­nił, i nie pu­ścił pary z ust na mój te­mat. Ostat­nia rzecz, ja­kiej bym so­bie ży­czy­ła, to wi­zy­ta ko­goś z upior­nej ro­dzin­ki Law­to­nów do­ma­ga­ją­ce­go się spo­tka­nia z Bry­ony.

Ża­ło­wa­łam, że ktoś obcy po­znał moją ta­jem­ni­cę. Gdy­bym nie zdra­dzi­ła, kto jest oj­cem dziec­ka, i po ci­chu wy­je­cha­ła z mia­sta, nie mia­ła­bym te­raz pro­ble­mu. Bry­ony ni­g­dy nie po­win­na po­znać praw­dy o swo­im bio­lo­gicz­nym ojcu. Ba­łam się dnia, gdy o nie­go za­py­ta, a wie­dzia­łam, że kie­dyś na pew­no do tego doj­dzie. Za kil­ka lat pój­dzie do szko­ły i uświa­do­mi so­bie, że inne dzie­ci mają obo­je ro­dzi­ców. Wte­dy na pew­no bę­dzie chcia­ła go po­znać.

Na ra­zie miesz­ka­li­śmy z moim oj­cem, więc dzia­dek w zu­peł­no­ści jej wy­star­czał. Nie bra­ko­wa­ło jej uwa­gi do­ro­słych ani mi­ło­ści. By­łam ogrom­nie wdzięcz­na ro­dzi­com, że mnie wspie­ra­li, gdy przy­da­rzy­ła mi się ta tra­ge­dia. Żad­ne z nich ani przez chwi­lę nie wąt­pi­ło w moją wer­sję zda­rzeń. Gdy wszy­scy okrzyk­nę­li mnie kłam­czu­chą, ba­łam się, że mama z tatą rów­nież prze­sta­ną mi wie­rzyć, ale tak się nie sta­ło. Wręcz prze­ciw­nie, zre­zy­gno­wa­li ze swo­ich po­sad, zna­leź­li nową pra­cę da­le­ko stąd i wy­je­cha­li­śmy z mia­sta. Zro­bi­li to wszyst­ko ze wzglę­du na mnie. Ni­g­dy im tego nie za­po­mnę. Dzię­ki ro­dzi­com ani przez mo­ment nie czu­łam się osa­mot­nio­na w tym, co mnie spo­tka­ło. Mało któ­ra na­sto­lat­ka w po­dob­nej sy­tu­acji ma tyle szczę­ścia. Wiem to, bo raz w ty­go­dniu cho­dzi­łam na spo­tka­nia gru­py wspar­cia dla nie­let­nich ma­tek, gdzie roz­ma­wia­łam z kil­ko­ma z nich. Gdy moja mama przy­nio­sła do domu ulot­kę na te­mat tych spo­tkań, w pierw­szej chwi­li za­pro­te­sto­wa­łam, ale po ja­kimś cza­sie do­szłam do wnio­sku, że nie za­szko­dzi spró­bo­wać.

Dzię­ki gru­pie wspar­cia zna­la­złam w so­bie siłę i od­wa­gę, żeby być mamą. Spo­tka­nia uświa­do­mi­ły mi, że nie je­stem je­dy­ną na­sto­lat­ką na świe­cie, któ­ra musi się zmie­rzyć z tą trud­ną sy­tu­acją. Ura­to­wa­ły mnie, da­jąc wspar­cie w sfe­rach, w któ­rych ro­dzi­ce nie byli w sta­nie mi po­móc. Do tego stop­nia, że w przy­szło­ści sama pla­no­wa­łam otwo­rzyć ośro­dek dla na­sto­let­nich mam.

– Mama, apka. – Bry­ony po­cią­gnę­ła mnie za no­gaw­kę dżin­sów, do­po­mi­na­jąc się o swo­ją ulu­bio­ną prze­ką­skę: dwa zło­żo­ne to­sty bez skór­ki, po­sma­ro­wa­ne w środ­ku ke­czu­pem i prze­kro­jo­ne na czte­ry kwa­dra­ci­ki.

Po­chy­li­łam się i przy­gar­nę­łam do sie­bie có­recz­kę, moc­no ją przy­tu­la­jąc.

– Ko­cham cię – wy­szep­ta­łam.

– Oki – od­po­wie­dzia­ła, a po­tem uca­ło­wa­ła mnie so­czy­ście w po­li­czek.

Nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić bez niej ży­cia. Taka myśl nie mie­ści­ła mi się w gło­wie. War­to było dla niej zno­sić ból i krzyw­dę, jaką Rhett wy­rzą­dził mnie i ca­łej mo­jej ro­dzi­nie. Mia­łam cu­dow­ną có­recz­kę. By­ła­bym go­to­wa przejść przez ten kosz­mar jesz­cze raz, byle tyl­ko ją mieć.

– Gdzie Tho­mas? – spy­ta­ła bab­cia, wcho­dząc do po­ko­ju z za­gu­bio­ną miną. Py­ta­ła o swo­je­go kota, któ­ry za­cho­ro­wał na raka i od­szedł, gdy mia­łam dzie­więć lat.

– Gdzieś tam musi być – od­par­łam.

Nie było sen­su wy­pro­wa­dzać jej z błę­du i tłu­ma­czyć, że zwie­rza­ka już daw­no nie ma na tym świe­cie. Tyl­ko by się zde­ner­wo­wa­ła, a po pół go­dzi­nie od nowa za­czę­ła­by go szu­kać.

– Idę zro­bić Bry­ony coś do je­dze­nia. Chodź z nami do kuch­ni, bab­ciu, po­kro­ję ci grusz­kę i zjesz ją so­bie z twa­roż­kiem.

Bab­cia za­sta­no­wi­ła się, na­dal omia­ta­jąc spoj­rze­niem po­kój w po­szu­ki­wa­niu kota.

– Lu­bię ta­kie coś? – spy­ta­ła nie­pew­nie.

Grusz­ka z twa­roż­kiem była jej ulu­bio­ną prze­ką­ską od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

– Uwiel­biasz.

Po­ki­wa­ła gło­wą, a po­tem cięż­ko wes­tchnę­ła i zwie­si­ła ra­mio­na. Wie­dzia­łam, że nie­dłu­go znów za­cznie szu­kać Tho­ma­sa, ale na ra­zie na chwi­lę o nim za­po­mnia­ła.

– Do­brze – zgo­dzi­ła się, a wte­dy wzię­łam Bry­ony za rękę i za­pro­wa­dzi­łam je obie do kuch­ni.

Mama po­ło­ży­ła się przed chwi­lą na drzem­kę. Kie­dy ra­zem z Bry­ony wra­ca­ły­śmy z par­ku, czę­sto szła na go­dzi­nę do łóż­ka. To było ko­niecz­ne przy jej try­bie pra­cy. Tata wra­cał o szó­stej i chcia­ła po­dać mu wte­dy cie­płą ko­la­cję.

– Włą­czy­my so­bie te­le­wi­zor i zo­ba­czy­my, czy nie ma już ja­kie­goś z na­szych ulu­bio­nych pro­gra­mów – oznaj­mi­łam bab­ci.

Mama zo­sta­wi­ła bab­ci­ny od­bior­nik w kuch­ni, bo uwa­ża­ła, że nie po­win­ni­śmy nic zmie­niać w domu, żeby nie wpro­wa­dzać w jej ży­ciu do­dat­ko­we­go za­mie­sza­nia. Za­wsze była prze­ciw­nicz­ką te­le­wi­zo­ra w domu, ale tym ra­zem go­dzi­ła się na nie­go ze wzglę­du na bab­cię.

– Do­brze – po­wtó­rzy­ła bab­cia z na­dal chmur­ną miną.

Ba­łam się wra­cać do na­sze­go mia­sta, ale nie mia­łam wy­bo­ru, bo ina­czej mu­sia­ła­bym wy­cho­wy­wać Bry­ony sama. A na to nie by­łam go­to­wa, jesz­cze nie te­raz. Cały czas uczy­łam się w domu przez In­ter­net, żeby skoń­czyć li­ceum. Chcia­łam za­pew­nić Bry­ony jak naj­lep­sze wa­run­ki. Dla­te­go mu­sia­łam zdo­być wy­kształ­ce­nie i do­brą pra­cę, żeby nas obie utrzy­mać.

Moi ro­dzi­ce rów­nież mie­li po­waż­ne oba­wy co do mo­je­go po­wro­tu. Ro­zu­mia­łam jed­nak, że mu­szą tu za­miesz­kać ze wzglę­du na bab­cię. Od­kąd do­sta­li­śmy te­le­fon z in­for­ma­cją, że o trze­ciej w nocy do­bi­ja się do skle­pu spo­żyw­cze­go po ba­na­ny, wie­dzie­li­śmy, że nie ma in­ne­go wyj­ścia. Ni­ko­mu z na­szej ro­dzi­ny na­wet nie przy­szło do gło­wy, żeby od­dać ją do domu opie­ki.

Nie mo­głam jed­nak cały czas ukry­wać się z Bry­ony w domu. To by­ło­by nie w po­rząd­ku wo­bec niej. Uwiel­bia­ła park i za­ba­wy na świe­żym po­wie­trzu. Zde­cy­do­wa­łam więc, że wyj­dę z ukry­cia i nie będę zwra­cać uwa­gi na to, co się o mnie mówi. Ot małe mia­sto, cia­sne umy­sły. Nie po­zwo­lę im znisz­czyć mo­jej przy­szło­ści.

Jed­nak pod­jąć de­cy­zję to jed­no, a zre­ali­zo­wać ją to zu­peł­nie coś in­ne­go. Nie było mi ła­two, gdy daw­ni zna­jo­mi ucie­ka­li ode mnie jak od trę­do­wa­tej, uda­wa­li, że mnie nie zna­ją albo krzy­wi­li się na mój wi­dok.

A wszyst­ko przez to, że po­pro­si­łam star­sze­go bra­ta swo­je­go chło­pa­ka, żeby pod­rzu­cił mnie do domu z im­pre­zy, na któ­rej po­kłó­ci­łam się z Gun­ne­rem. Ufa­łam Rhet­to­wi i to był je­dy­ny błąd, jaki po­peł­ni­łam. Poza tym nie zro­bi­łam nic złe­go.

Za­nim to się wy­da­rzy­ło, świa­do­mie re­zy­gno­wa­łam z sek­su. Nie chcia­łam prze­żyć swo­je­go pierw­sze­go razu z chło­pa­kiem, któ­re­go nie ko­cham. Wo­la­łam po­cze­kać na wła­ści­wy mo­ment. I na wła­ści­wą oso­bę. Wie­dzia­łam już wte­dy, że nie bę­dzie nią Gun­ner, a poza tym mia­łam do­pie­ro pięt­na­ście lat. Inne dziew­czy­ny już za­czę­ły upra­wiać seks, więc nie­ustan­nie wy­słu­chi­wa­łam, że je­stem głu­pia i Gun­ner prę­dzej czy póź­niej mnie zdra­dzi. Ale ja wca­le się tym nie przej­mo­wa­łam.

Wo­la­łam po­cze­kać.

Nie­ste­ty, Rhett ode­brał mi tę szan­sę, po­zba­wia­jąc mnie dzie­wic­twa. Kosz­mar tam­tej nocy wciąż jesz­cze wra­cał do mnie w snach. Na szczę­ście na­ro­dzi­ny Bry­ony bar­dzo mnie zmie­ni­ły. Dały mi siłę i ule­czy­ły z cier­pie­nia tak sku­tecz­nie, jak nic in­ne­go nie by­ło­by w sta­nie tego zro­bić.

Cho­ciaż w sen­sie fi­zycz­nym nie by­łam dzie­wi­cą, w głę­bi ser­ca na­dal się nią czu­łam, sko­ro jak do­tąd nie od­da­łam się do­bro­wol­nie żad­ne­mu męż­czyź­nie. Ta de­cy­zja wciąż na­le­ża­ła tyl­ko do mnie. Nie mo­głam po­zwo­lić, żeby Rhett po­zba­wił mnie tego wy­bo­ru.

– Apka! – ucie­szy­ła się Bry­ony i aż za­kla­ska­ła w dło­nie z ra­do­ści, gdy po­sta­wi­łam przed nią to­sto­wą ka­nap­kę z ke­czu­pem.

– Czy ja to lu­bię? – spy­ta­ła bab­cia.

Po­krę­ci­łam prze­czą­co gło­wą, uśmie­cha­jąc się do niej. Wąt­pli­we, żeby ta­kie coś sma­ko­wa­ło ko­mu­kol­wiek oprócz ma­lu­chów.

– Ty lu­bisz grusz­kę z twa­roż­kiem – przy­po­mnia­łam jej.

Bab­cia po­now­nie po­ki­wa­ła gło­wą, a po­tem spoj­rza­ła za sie­bie.

– Wi­dzia­łaś może Tho­ma­sa?

ROZ­DZIAŁ 6

Nie ma takiego numeru

Brady

W pią­tek gra­li­śmy nasz pierw­szy mecz w roz­gryw­kach pu­cha­ro­wych. Było ner­wo­wo i emo­cje wciąż ro­sły. Mamy w tym roku spo­rą szan­sę na mi­strzo­stwo sta­no­we i by­ło­by na­praw­dę su­per zdo­być je na ko­niec li­ceum. Je­śli cho­dzi o mnie, po­sta­no­wi­łem, że będę stu­dio­wał na A&M w Tek­sa­sie. Wszy­scy byli pew­ni, że wy­bio­rę Uni­wer­sy­tet Sta­nu Ala­ba­ma, ale kie­dy roz­wa­ży­łem wszyst­kie za i prze­ciw, uzna­łem, że lep­sze moż­li­wo­ści ofe­ru­je mi Tek­sas.

Nikt jesz­cze nie wie­dział, że już pod­ją­łem de­cy­zję. Cze­ka­łem z tą no­wi­ną, aż zdo­bę­dzie­my mi­strzo­stwo. Przy­szły rok wciąż wy­da­wał mi się bar­dzo od­le­głą per­spek­ty­wą. Sku­pia­łem się na tu i te­raz. Le­piej na ra­zie nie za­przą­tać so­bie gło­wy przy­szło­ścią, lecz skon­cen­tro­wać się wy­łącz­nie na grze. Ina­czej nici ze zwy­cię­stwa.

Wy­ło­ni­łem się z jed­nej z ale­jek w su­per­mar­ke­cie, nio­sąc w ręku kar­ton mle­ka, po któ­re wy­sła­ła mnie mama, i sta­ną­łem twa­rzą w twarz z Lylą Young, mat­ką Ri­ley.

– O, cześć, Bra­dy. Uro­słeś chy­ba z pół me­tra, od­kąd cię ostat­nio wi­dzia­łam. Aż się nie chce wie­rzyć, że je­ste­ście już w ostat­niej kla­sie.

Youn­go­wie za­wsze byli w po­rząd­ku, tak samo jak moi ro­dzi­ce. Urzą­dza­li gril­le i im­pre­zy dla na­szej pacz­ki i an­ga­żo­wa­li się w ży­cie szkol­ne. To zna­czy kie­dyś, za­nim wy­bu­chła afe­ra z Ri­ley.

– Dzień do­bry, pani Young. Miło pa­nią wi­dzieć.

Na jej twa­rzy po­ja­wił się szcze­ry uśmiech. Nie było w nim ani odro­bi­ny wy­rzu­tu czy gnie­wu, jak moż­na by ocze­ki­wać. Prze­cież do­brze wie­dzia­ła, że przy­jaź­nię się z Law­to­na­mi i sta­ną­łem po ich stro­nie. I ra­zem ze wszyst­ki­mi cie­szy­łem się, że Van­ce wy­je­chał w ze­szłym ty­go­dniu z mia­sta, bo był jak ty­ka­ją­ca bom­ba. Nie za­li­cza­łem się do przy­ja­ciół Ri­ley i jej ro­dzi­ny. Już nie.

– Po­zdrów ode mnie Co­ra­lee.

– Tak, psze pani – przy­tak­ną­łem. A po­tem ni stąd, ni zo­wąd, za­nim zdą­ży­łem się za­sta­no­wić, wy­pa­li­łem: – Wi­dzia­łem wczo­raj Ri­ley z cór­ką.

Nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, skąd mi przy­szło do gło­wy, żeby to po­wie­dzieć. Mo­men­tal­nie po­ża­ło­wa­łem, że nie mogę cof­nąć swo­ich słów i jak naj­szyb­ciej odejść.

Lyla uśmiech­nę­ła się.

– Na­sza Bry­ony jest prze­ko­cha­na. Ri­ley jest dla niej cu­dow­ną mamą. Mam na­dzie­ję, że się z nimi przy­wi­ta­łeś.

Rów­nież i tym ra­zem w gło­sie mamy Ri­ley nie było sły­chać kry­ty­ki ani zło­ści. Była bar­dzo szcze­rą oso­bą, moja mama za­wsze za nią prze­pa­da­ła.

– Pod­wio­złem je do domu. Chy­ba były na spa­ce­rze i za­sko­czy­ła je bu­rza.

– A, tak. Za­wsze gdy wró­cę z pra­cy, idą do par­ku. Do po­łu­dnia Ri­ley opie­ku­je się w domu bab­cią. Bry­ony uwiel­bia się ba­wić na świe­żym po­wie­trzu, więc Ri­ley co­dzien­nie wy­cho­dzi z nią na spa­cer.

Choć dwa lata temu nie wie­rzy­łem ani jed­ne­mu sło­wu Ri­ley, nie mia­łem te­raz po­wo­du, by nie ufać jej mat­ce. Ri­ley rze­czy­wi­ście spra­wia­ła wra­że­nie do­brej mamy, a mała wy­raź­nie ją uwiel­bia­ła. Na do­da­tek zaj­mo­wa­ła się cho­rą bab­cią. Sły­sząc to, za­czy­na­łem mieć co­raz wię­cej wąt­pli­wo­ści. A je­śli wszy­scy się co do niej my­li­li­śmy?

– Trzy­maj się. Mu­szę wra­cać do domu i za­brać się za ko­la­cję. Ri­ley za­raz za­czy­na za­ję­cia przez In­ter­net, a ja wte­dy zaj­mu­ję się Bry­ony. Nie za­po­mnij po­zdro­wić ode mnie mamy – po­wie­dzia­ła pani Young, po czym po­ma­cha­ła mi na po­że­gna­nie i ode­szła.

Przez chwi­lę sta­łem jak wry­ty, a moje my­śli ga­lo­po­wa­ły jak osza­la­łe. Jed­no­cze­śnie po­czu­łem, jak mój żo­łą­dek zwi­ja się w cia­sny su­peł. A może jed­nak ktoś cier­piał nie­słusz­nie?

W koń­cu się opa­mię­ta­łem i po­ma­sze­ro­wa­łem do kasy. Za chwi­lę mecz, więc po­wi­nie­nem my­śleć tyl­ko o nim. Ale jak mo­głem sku­pić się na grze, gdy Ri­ley Young uczy­ła się w domu, wy­cho­wy­wa­ła cór­kę i zaj­mo­wa­ła bab­cią, a mimo to wszy­scy w mie­ście na­dal omi­ja­li­śmy ją łu­kiem jak trę­do­wa­tą?

Do­sze­dłem do wnio­sku, że pora po­roz­ma­wiać z Ri­ley. To je­dy­ny spo­sób, by oczy­ścić gło­wę i wła­sne su­mie­nie. Być może jest już go­to­wa, żeby wy­znać praw­dę. Jak wi­dać, bar­dzo się zmie­ni­ła. Może ta nowa, od­mie­nio­na Ri­ley przy­zna, że mie­li­śmy ra­cję i że nie­słusz­nie oskar­ży­ła Rhet­ta?

Wy­ją­łem te­le­fon i wy­sła­łem Na­sho­wi wia­do­mość, że od­wo­łu­ję na­sze dzi­siej­sze spo­tka­nie, na któ­rym mie­li­śmy oglą­dać na­gra­nia z me­czów. Żeby mia­ło ja­ki­kol­wiek sens, dru­ży­na musi być w kom­ple­cie. Mo­że­my się ze­brać wszy­scy ra­zem ju­tro wie­czo­rem.

Po­tem przej­rza­łem li­stę kon­tak­tów, żeby spraw­dzić, czy na­dal mam nu­mer Ri­ley. Mia­łem. Co praw­da, ist­nia­ło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że go zmie­ni­ła, ale co mi szko­dzi­ło spró­bo­wać? Za­pła­ci­łem za mle­ko i po­szed­łem do wyj­ścia z ko­mór­ką przy uchu.

Tak jak się spo­dzie­wa­łem, usły­sza­łem ko­mu­ni­kat: „Nie ma ta­kie­go nu­me­ru”. Roz­łą­czy­łem się i wsu­ną­łem te­le­fon z po­wro­tem do kie­sze­ni. Nie zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak tyl­ko po­je­chać do domu jej bab­ki. Po­sta­no­wi­łem, że zro­bię to za­raz po ko­la­cji.

W naj­gor­szym wy­pad­ku Ri­ley nie ze­chce ze mną roz­ma­wiać. Choć zna­jąc ją, nie był­bym tego pew­ny. Z tego, co za­pa­mię­ta­łem, nie stro­ni­ła od kon­fron­ta­cji. Osta­tecz­nie od­wa­ży­ła się sta­wić czo­ło ca­łe­mu mia­stu i oskar­żyć Rhet­ta o gwałt.

Wciąż po­brzmie­wa­ły mi w gło­wie sło­wa mamy, gdy wy­da­rzy­ła się tam­ta hi­sto­ria: „Dziew­czy­na musi mieć nie lada od­wa­gę, żeby oskar­żyć fa­ce­ta o gwałt. A zwłasz­cza jed­ne­go z Law­to­nów. Nie wiem, po co mia­ła­by to ro­bić, gdy­by to była nie­praw­da. Po­myśl o tym, za­nim za­czniesz go bro­nić”.

Wte­dy uwa­ża­łem, że mama mówi tak z sym­pa­tii dla Lyli Young. Ale dziś jej sło­wa brzmia­ły dla mnie sen­sow­nie i prze­ko­nu­ją­co. Je­śli mia­ła ra­cję i Ri­ley rze­czy­wi­ście nie skła­ma­ła, co wte­dy?

Po­czu­łem ogrom­ne wy­rzu­ty su­mie­nia, że jej wer­sja wy­da­rzeń może oka­zać się praw­dzi­wa. Pew­nie po­wi­nie­nem dać so­bie z tym spo­kój, ale chęć po­zna­nia praw­dy prze­wyż­sza­ła strach, jaki ogar­niał mnie na myśl, że jed­nak mo­gli­śmy się po­my­lić.

Gdy­by nie mle­ko, od razu po­je­chał­bym do Ri­ley. Ale mama była w trak­cie przy­go­to­wy­wa­nia ko­la­cji i było jej pil­nie po­trzeb­ne. Roz­mo­wa z Ri­ley mu­sia­ła po­cze­kać.

ROZ­DZIAŁ 7

Masz ochotę się przejechać?

Riley

Le­d­wo po­ło­ży­łam Bry­ony do łóż­ka, roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Do­pie­ro wie­czo­rem mo­głam na chwi­lę ode­tchnąć po ca­łym dniu. Nie mu­sia­łam zaj­mo­wać się bab­cią ani ślę­czeć nad pod­ręcz­ni­ka­mi. W koń­cu mia­łam parę go­dzin tyl­ko dla sie­bie, za­nim pój­dę spać. Dzwo­nek do drzwi ozna­czał czy­jąś wi­zy­tę, a ja nie mia­łam w tym mo­men­cie naj­mniej­szej ocho­ty z ni­kim się spo­ty­kać.

Ow­szem, może to ego­istycz­ne z mo­jej stro­ny, bo ktoś pew­nie przy­szedł do­wie­dzieć się o zdro­wie bab­ci, ale nic na to nie po­ra­dzę. W tej chwi­li ma­rzy­łam przede wszyst­kim o ci­szy i spo­ko­ju. Tyl­ko w ten spo­sób mo­głam się od­prę­żyć.

– Ri­ley, ktoś do cie­bie! – roz­le­gło się wo­ła­nie mat­ki.

Zu­peł­nie się tego nie spo­dzie­wa­łam, bo prze­cież nikt mnie te­raz nie od­wie­dzał.

– Co ta­kie­go? – zdzi­wi­łam się, prze­ko­na­na, że się prze­sły­sza­łam.

– Masz go­ścia.

Nie­ste­ty. Kto to mógł być? Na pew­no nikt od Law­to­nów, bo mama nie mó­wi­ła­by spo­koj­nym gło­sem. Nie wpu­ści­ła­by go za próg i od razu roz­pę­ta­ła­by się awan­tu­ra.

Ru­szy­łam ku drzwiom, pró­bu­jąc zgad­nąć, kim jest ta­jem­ni­czy gość, ale nikt nie przy­cho­dził mi do gło­wy. Kie­dy wy­ło­ni­łam się zza rogu ko­ry­ta­rza, sta­nę­łam jak wry­ta na wi­dok Bra­dy’ego Hig­gen­sa. Skąd on się tu wziął?

– Zo­bacz, jak Bra­dy wy­rósł – oznaj­mi­ła mama z uśmie­chem, jak­by jego wi­zy­ta była dla nas wiel­kim świę­tem. Nie po­dej­rze­wa­ła, że Bra­dy przy­szedł tyl­ko po to, żeby wy­py­ty­wać o Bry­ony. My­śla­ła, że od­wie­dza nas z czy­stej sym­pa­tii. Oczy­wi­ście. Jak zwy­kle każ­dy uwa­żał Bra­dy’ego za przy­zwo­ite­go chło­pa­ka.

– Po co przy­sze­dłeś? – spy­ta­łam wprost, nie si­ląc się na uprzej­mość.

– Ri­ley! – skar­ci­ła mnie mat­ka, ale w ogó­le się tym nie prze­ję­łam.

– Chciał­bym po­ga­dać… o pew­nych spra­wach – po­wie­dział Bra­dy swo­im prze­sad­nie ugrzecz­nio­nym to­nem.

– Nic ci do tego – wark­nę­łam w od­po­wie­dzi. Był przy­ja­cie­lem Gun­ne­ra Law­to­na, i to bar­dzo bli­skim, więc nie ufa­łam mu za grosz.

– Ri­ley – po­wtó­rzy­ła mat­ka, sta­ra­jąc się zwró­cić moją uwa­gę, ale uda­łam, że jej nie sły­szę. Mu­sia­łam sama roz­pra­wić się z Bra­dym, nie mo­gła mi w ni­czym po­móc.

– W po­rząd­ku, pani Young, na­le­ża­ło mi się. Za­cho­wa­łem się pa­skud­nie wo­bec Ri­ley dwa lata temu i po­par­łem Law­to­nów – wy­ja­śnił, prze­no­sząc wzrok na moją mamę, a po­tem z po­wro­tem na mnie. – Ale te­raz bar­dzo chciał­bym z tobą po­ga­dać. Wy­słu­chać cię i zro­zu­mieć, co się sta­ło.

Gu­zik mnie ob­cho­dzi­ły do­bre chę­ci Bra­dy’ego. Wy­słu­chać? Zro­zu­mieć? Wy­gar­nę­ła­bym mu ostro, co o nim my­ślę, ale nie chcia­łam de­ner­wo­wać mat­ki.

– Mam faj­ne ży­cie i nie in­te­re­su­je mnie, co my­ślą o mnie inni. Już daw­no ode­chcia­ło mi się ko­go­kol­wiek prze­ko­ny­wać. Dla­te­go zo­staw ten te­mat i daj mi spo­kój.

– Wy­star­czy, Ri­ley. Po­zwól ze mną na słów­ko do kuch­ni – ode­zwa­ła się mat­ka su­ro­wym gło­sem.

Nie mia­łam naj­mniej­szej ocho­ty z nią roz­ma­wiać, ale nie by­łam na tyle głu­pia, żeby się sprze­ci­wić. Od­wró­ci­łam się na pię­cie i po­ma­sze­ro­wa­łam sztyw­no do kuch­ni. Wi­dząc, jak mat­ka szep­cze coś do Bra­dy’ego, prze­wró­ci­łam z nie­sma­kiem ocza­mi. Jak­że­by ina­czej, ona też dała się na­brać na jego gład­ką gad­kę, tak jak wszy­scy do­oko­ła. Ble, moż­na się po­rzy­gać.

– Jak mo­żesz tak się za­cho­wy­wać! Chło­pak przy­szedł do cie­bie, bo ci wie­rzy. Zo­ba­czył Bry­ony, chce z tobą po­roz­ma­wiać i się zre­ha­bi­li­to­wać. Dla­cze­go nie da­jesz mu szan­sy? Mógł­by być two­im przy­ja­cie­lem. Twier­dzisz, że nikt ci nie jest po­trzeb­ny, ale to nie­praw­da. Nikt bar­dziej od cie­bie nie po­trze­bu­je przy­ja­ciół. Bra­dy to na­praw­dę do­bry chło­pak.

Po­czu­łam ude­rze­nie go­rą­ca na po­licz­kach i aż się we mnie za­go­to­wa­ło.

– Ten do­bry chło­pak – wark­nę­łam, ce­lu­jąc pal­cem w stro­nę sa­lo­nu – dwa lata temu olał mnie i oskar­żył o kłam­stwo. Uwa­ża­łam go za przy­ja­cie­la, ale on na­wet nie chciał mnie wy­słu­chać. Tak samo jak inni. Dla­cze­go mia­ła­bym te­raz da­wać mu szan­sę? Bo chce oczy­ścić swo­je su­mie­nie? Ojoj, za­raz się roz­pła­czę. Tyl­ko ja­koś wca­le mi go nie żal.

Mama po­krę­ci­ła z re­zy­gna­cją gło­wą i zwie­si­ła ręce, ale spoj­rza­ła na mnie cie­płym wzro­kiem.

– Na­praw­dę, Ri­ley, nie są­dzisz, że czas skoń­czyć z tą ura­zą i gnie­wem? Wiem, że skrzyw­dzo­no cię naj­go­rzej, jak tyl­ko się da, i ser­ce mi się kra­je, gdy o tym po­my­ślę. Do­sta­łaś jed­nak wiel­ki po­da­ru­nek od losu, do­brze o tym wiesz. Je­steś świet­ną mamą i sil­ną ko­bie­tą. Tym­cza­sem cały czas roz­pa­mię­tu­jesz swo­je krzyw­dy i nie po­zwa­lasz ni­ko­mu się do sie­bie zbli­żyć. Po­myśl o Bry­ony, da­jesz jej zły przy­kład. Na­praw­dę po­trze­bu­jesz przy­ja­ciół, ko­cha­nie. Pora wró­cić do lu­dzi. A z tego, co wiem, Bra­dy Hig­gens to na­praw­dę po­rząd­ny dzie­ciak.

O rany! Ar­gu­ment o Bry­ony to cios po­ni­żej pasa. Bar­dzo się sta­ra­łam, żeby do mo­jej có­recz­ki nie do­tar­ło nic na te­mat mo­jej prze­szło­ści i tego, przez co mu­sia­łam przejść, za­nim po­ja­wi­ła się na świe­cie. Chcia­łam oszczę­dzić jej tej wie­dzy i za­pew­nić bez­tro­skie, uda­ne dzie­ciń­stwo.

– To nie tak. Bry­ony jesz­cze nic nie ro­zu­mie.

Mama wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Może i nie, ale pa­mię­taj, że dziec­ko cały czas cię ob­ser­wu­je. Kie­dyś zo­rien­tu­je się, że no­sisz w so­bie ból i ura­zę. I za­uwa­ży, że od­gra­dzasz się mu­rem od świa­ta. A wte­dy bę­dzie cię na­śla­do­wać.

Ten ar­gu­ment mnie prze­ko­nał. Je­śli mama mia­ła ra­cję – a rzad­ko kie­dy się my­li­ła – nie po­win­nam izo­lo­wać się od lu­dzi. W tej chwi­li li­czy­łam tyl­ko na sie­bie i choć nie było ła­two, uda­wa­ło mi się jako tako funk­cjo­no­wać po tym, co mnie spo­tka­ło. Mia­łam opo­ry, żeby po­now­nie ko­muś za­ufać. Do tego stop­nia, że nie wie­dzia­łam, czy w ogó­le je­stem do tego zdol­na. Ale nie chcia­łam ta­kie­go ży­cia dla Bry­ony.

– Ale dla­cze­go aku­rat Bra­dy? Co to zmie­ni, że mu o wszyst­kim opo­wiem? I tak nie bę­dzie­my się przy­jaź­nić. On ma w tej chwi­li w gło­wie tyl­ko fut­bol i sty­pen­dium na uczel­nię. Na­sza roz­mo­wa nic nie zmie­ni.

„Je­dy­nie zdej­mie z nie­go po­czu­cie winy” – do­po­wie­dzia­łam so­bie w my­ślach. A to, moim zda­niem, było nie w po­rząd­ku. Bo ja wła­śnie chcia­łam, żeby czuł wy­rzu­ty su­mie­nia. Na­le­ża­ło mu się.

– Skąd mo­żesz wie­dzieć? Daj mu szan­sę – po­pro­si­ła mama.

No do­bra, wy­słu­cham, co Bra­dy ma do po­wie­dze­nia, bo je­śli od­mó­wię, mama bę­dzie wał­ko­wać ten te­mat ca­ły­mi ty­go­dnia­mi. Albo i mie­sią­ca­mi. A ja po dzi­siej­szym dniu nie chcia­łam ni­g­dy wię­cej sły­szeć o Bra­dym Hig­gen­sie. Fi­gu­ro­wał na mo­jej czar­nej li­ście. Może nie na pierw­szym miej­scu, ale jed­nak.

– Do­brze – zgo­dzi­łam się z wes­tchnie­niem re­zy­gna­cji i po­szłam z po­wro­tem do sa­lo­nu, ma­jąc ci­chą na­dzie­ję, że Bra­dy’emu znu­dzi­ło się cze­kać i so­bie po­szedł.

Nic z tego.

Na­dal tkwił w naj­lep­sze w na­szym sa­lo­nie, z rę­ka­mi wsu­nię­ty­mi w kie­sze­nie dżin­sów, spo­glą­da­jąc w stro­nę drzwi. Kie­dy na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły, do­strze­głam w jego wzro­ku nie­pew­ność. A to ozna­cza­ło, że na­dal nie wie, czy mi wie­rzyć. Szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le mnie ob­cho­dzi­ło jego zda­nie. Ani ko­go­kol­wiek in­ne­go. Dla mnie to już prze­szłość. Za­mknię­ty roz­dział.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Roz­dział 28

Roz­dział 29

Roz­dział 30

Roz­dział 31

Roz­dział 32

Roz­dział 33

Roz­dział 34

Roz­dział 35

Roz­dział 36

Roz­dział 37

Roz­dział 38

Roz­dział 39

Roz­dział 40

Roz­dział 41

Roz­dział 42

Roz­dział 43

Roz­dział 44

Roz­dział 45

Roz­dział 46

Roz­dział 47

Roz­dział 48

Roz­dział 49

Roz­dział 50

Roz­dział 51

Roz­dział 52

Roz­dział 53

Roz­dział 54

Roz­dział 55

Roz­dział 56

Po­dzię­ko­wa­nia