Uważaj na mnie - Abbi Glines - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Urodzony buntownik...

Uzależnienie to drugie imię krita corbina, a kobiety są jego największą obsesją. Ale takie jest życie wokalisty zespołu. Może mieć każdą dziewczynę, jaką tylko zechce – zawsze i wszędzie.

Blythe Denton jest przyzwyczajona do samotności. Wychowujący ją pastor nigdy jej nie akceptował, a surowa macocha wciąż przypominała, że nie zasługuje na miłość. Dlatego, gdy tylko nadarza się okazja, Blythe wyprowadza się do własnego mieszkania.

Ma pecha, bo sąsiad z góry, Krit, zwykle całymi nocami imprezuje. Kiedy ich drogi się przecinają, Krit uświadamia sobie, że nie potrafi oprzeć się urokowi niedoświadczonej i bardzo seksownej dziewczyny. Starając się ją zdobyć, odkrywa swój, najsilniejszy jak dotąd, nałóg.

Czy miłość okaże się ważniejsza niż życie w świetle reflektorów?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Bad for you

Au­tor: Abbi Gli­nes

Tłu­ma­cze­nie: Re­gi­na Mo­ścic­ka

Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład: IMK

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Jes­si­ca Han­del­man

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne okład­ki: Ilo­na i Do­mi­nik Trze­biń­scy

Zdję­cie na okład­ce: © 2015 by Mi­cha­el Frost

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Kin­ga Ko­ściak

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

First Si­mon & Schu­s­ter Chil­dren’s Pu­bli­shing Di­vi­sion edi­tion May 2015

Text co­py­ri­ght © 2015 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­ob­raź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-368-8

Przygotowanie eBooka: Mariusz Kurkowski

Col­le­en Ho­over i Ja­mie McGu­ire – nie wy­obra­żam so­bie po­ko­ny­wa­nia tej dro­gi bez Was. Wa­sze wspar­cie jest dla mnie bez­cen­ne. Wie­cie, że Was uwiel­biam.

– Prolog –

Bly­the

– Marsz do łóż­ka, Bly­the! I nie za­po­mnij zmó­wić pa­cie­rza.

Głos pani Wil­liams gwał­tow­nie wdarł się w moje my­śli. Od­wró­ci­łam się od okna, przy któ­rym sie­dzia­łam sku­lo­na, i pod­nio­słam wzrok na sto­ją­cą przede mną ko­bie­tę – moją opie­kun­kę. Nie mó­wi­łam do niej „mamo”, bo gdy raz po­peł­ni­łam ten błąd, do­sta­łam od niej pa­sem.

– Tak, psze pani – przy­tak­nę­łam po­słusz­nie, zry­wa­jąc się ze swo­jej ulu­bio­nej ma­łej ka­na­py pod oknem. Była je­dy­ną rze­czą, któ­rą w tym domu uwa­ża­łam za wła­sną. Zo­ba­czy­łam taki me­bel kie­dyś na fil­mie i po­pro­si­łam o po­dob­ny. Pani Wil­liams wy­zwa­ła mnie od ego­istek i ma­te­ria­li­stek. Choć zwy­kle do­sta­wa­łam la­nie za tego ro­dza­ju za­chcian­ki, tym ra­zem pa­stor Wil­liams nie­spo­dzie­wa­nie w bo­żo­na­ro­dze­nio­wy po­ra­nek speł­nił moje ży­cze­nie. Ka­na­pa była war­ta wszyst­kich kar, ja­kie póź­niej w ta­jem­ni­cy wle­pi­ła mi pani Wil­liams za to, że prze­ze mnie jej mąż zgrze­szył, da­jąc mi pre­zent.

Sta­nę­łam wy­pro­sto­wa­na przed pa­nią Wil­liams, a ona ode­zwa­ła się po­now­nie.

– Pa­mię­taj, żeby po­dzię­ko­wać Bogu za to, że ży­jesz, w prze­ci­wień­stwie do swo­jej mat­ki – wark­nę­ła. Ton jej gło­su był dziś wy­jąt­ko­wo zja­dli­wy, naj­wy­raź­niej coś ją roz­zło­ści­ło. Nie wró­ży­ło to dla mnie nic do­bre­go. Moż­na się było spo­dzie­wać, że wle­pi mi karę, je­śli nie będę się wy­star­cza­ją­co sta­rać, choć to nie ja by­łam po­wo­dem jej gnie­wu.

– Tak, psze pani – po­wtó­rzy­łam.

Wzdry­gnę­łam się na wspo­mnie­nie mat­ki, któ­rej nie zna­łam, i jej śmier­ci. Nie zno­si­łam wiecz­ne­go ga­da­nia o ka­rze, jaką po­nio­sła za swo­je grze­chy. Przez nie jesz­cze moc­niej nie­na­wi­dzi­łam Boga. Nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, jak może być tak okrut­ny i mści­wy. Z bie­giem lat od­kry­łam jed­nak Jego praw­dzi­we ob­li­cze w do­brym ser­cu pa­sto­ra Wil­liam­sa.

– To nie wszyst­ko – cią­gnę­ła pani Wil­liams. – Po­dzię­kuj Mu za dach nad gło­wą, na któ­ry nie za­słu­gu­jesz – wy­sy­cza­ła.

Czę­sto przy­po­mi­na­ła mi, że nie za­słu­gu­ję na do­broć, jaką wraz z pa­sto­rem Wil­liam­sem mi oka­zu­ją. Do tego tak­że zdą­ży­łam się już przy­zwy­cza­ić. Przez całe moje trzy­na­sto­let­nie ży­cie byli dla mnie je­dy­ną na­miast­ką ro­dzi­ców. Moja mat­ka umar­ła przy po­ro­dzie. Za­cho­ro­wa­ła na za­pa­le­nie płuc, więc to cud, że w ogó­le uda­ło mi się prze­żyć. Uro­dzi­łam się sześć ty­go­dni przed ter­mi­nem.

– Tak, psze pani – przy­tak­nę­łam ko­lej­ny raz, idąc wol­no do łóż­ka. Mo­dli­łam się, żeby jak naj­szyb­ciej wy­nio­sła się z mo­je­go po­ko­ju, za­nim znaj­dę się zbyt bli­sko. Czę­sto zda­rza­ło się jej mnie ude­rzyć, a to nie było nic przy­jem­ne­go.

Sta­ła sztyw­no wy­pro­sto­wa­na, z gło­wą za­dar­tą wy­so­ko, spo­glą­da­jąc na mnie z góry. Dłu­gie rude wło­sy mia­ła upię­te z tyłu w cia­sny kok. Oku­la­ry w czar­nych opraw­kach przy­da­wa­ły jej ze­zo­wa­tym piw­nym oczom jesz­cze bar­dziej zło­wro­gie­go bla­sku.

– I oczy­wi­ście po­dzię­kuj Panu za swo­je zdro­wie. Choć je­steś wy­jąt­ko­wo brzyd­ka i nie ma na­dziei, że kie­dy­kol­wiek wy­ład­nie­jesz, po­win­naś być Mu wdzięcz­na za dar ży­cia. I że je­steś zdro­wa, choć na to nie za­słu­gu­jesz…

– Wy­star­czy, Mar­ga­ret! – prze­rwał jej głos pa­sto­ra Wil­liam­sa.

Nie pierw­szy raz mó­wi­ła mi, jaka je­stem pa­skud­na. Twier­dzi­ła, że moja mat­ka zgrze­szy­ła i stąd bie­rze się mój od­py­cha­ją­cy wy­gląd. Że nikt ni­g­dy mnie nie po­ko­cha, bo nie da się na mnie pa­trzeć. Po­go­dzi­łam się z tym już daw­no temu. Uni­ka­łam lu­ster, na ile tyl­ko się dało. Nie cier­pia­łam ga­pią­cej się z nich na mnie twa­rzy. To przez nią pani Wil­liams mnie nie­na­wi­dzi­ła, a pa­stor się nade mną li­to­wał.

– Po­win­na o tym wie­dzieć.

– Nie, nic po­dob­ne­go. Je­steś po pro­stu zła i wy­ła­do­wu­jesz się na Bly­the. Zo­staw ją w spo­ko­ju. Ostat­ni raz cię ostrze­gam, to się musi skoń­czyć – na­ka­zał żo­nie szep­tem, ale i tak do­sły­sza­łam jego sło­wa.

Za każ­dym ra­zem, gdy sły­szał, jak wy­ty­ka mi moją brzy­do­tę czy przy­po­mi­na o grze­chu, któ­ry miał mnie prze­śla­do­wać przez całe ży­cie, przy­wo­ły­wał ją do po­rząd­ku i na­ka­zy­wał odejść. Po­czu­łam ulgę, bo jak już zdą­ży­łam się prze­ko­nać, przez na­stęp­ny dzień czy dwa bę­dzie ją miał na oku. A wte­dy ona się do mnie nie zbli­ży. Bę­dzie sie­dzia­ła z kwa­śną miną w za­ci­szu swo­je­go po­ko­ju.

Nie po­dzię­ko­wa­łam mu za to, bo wie­dzia­łam, że nie zwró­ci na mnie uwa­gi i odej­dzie bez sło­wa – jak za­wsze. On też nie mógł na mnie pa­trzeć. Te kil­ka razy w ży­ciu, gdy fak­tycz­nie spoj­rzał mi w oczy, za każ­dym ra­zem się wzdry­gał. Szcze­gól­nie ostat­ni­mi cza­sy. Pew­nie sta­wa­łam się co­raz brzyd­sza. Tak, mu­sia­ło cho­dzić wła­śnie o to.

Któ­re­goś dnia będę na tyle do­ro­sła, żeby stąd odejść. Nikt nie zmu­si mnie do cho­dze­nia do ko­ścio­ła i wy­słu­chi­wa­nia pe­anów na cześć tro­skli­we­go Boga, któ­re­mu ci lu­dzie słu­ży­li. Tego sa­me­go, któ­ry stwo­rzył ta­kie brzy­dac­two jak ja. I któ­ry ode­brał mi mamę. Chcia­łam stąd uciec i ukryć się w jed­nym z ma­łych mia­ste­czek, gdzie nikt nie bę­dzie mnie znał. Gdzie będę mo­gła żyć sama i spo­koj­nie pi­sać. W mo­ich po­wie­ściach będę pięk­no­ścią. Po­ko­cha mnie praw­dzi­wy ksią­żę i znaj­dę swo­je miej­sce na zie­mi. Będą re­we­la­cyj­ne. To nic, że na ra­zie ist­nia­ły tyl­ko w mo­jej gło­wie.

– Kładź się spać, Bly­the – po­le­cił pa­stor Wil­liams, od­wra­ca­jąc się, by wyjść na ko­ry­tarz w ślad za swo­ją żoną.

– Tak, psze pana. Do­bra­noc.

Nie­spo­dzie­wa­nie przy­sta­nął, a ja cze­ka­łam, czy jesz­cze coś po­wie. A może od­wró­ci się do mnie i uśmiech­nie? Wresz­cie na mnie spoj­rzy? Albo za­pew­ni, że grzech mo­jej mat­ki nie bę­dzie wiecz­nie cią­żył nad moim ży­ciem? Ale nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło. Pa­stor stał tyl­ko przez chwi­lę nie­ru­cho­mo, od­wró­co­ny do mnie ple­ca­mi. Po­tem zwie­sił ra­mio­na i od­szedł.

Kie­dyś… będę wol­na.

– Rozdział I –

Bly­the

Brzy­do­ta ce­cho­wa­ła nie tyl­ko mój wy­gląd, ale i wnę­trze. Tyl­ko tym moż­na było tłu­ma­czyć fakt, że nie po­tra­fi­łam pła­kać. Nie uro­ni­łam ani jed­nej uda­wa­nej łzy na po­grze­bie pani Wil­liams. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że lu­dzie w Ko­ście­le uwa­ża­ją mnie za wcie­le­nie zła. Wi­dzia­łam to już wcze­śniej w ich spoj­rze­niach. Te­raz mo­gli się o tym prze­ko­nać. Zo­ba­czyć na wła­sne oczy, że nie oka­zu­ję na­wet cie­nia emo­cji, sto­jąc u boku pa­sto­ra, gdy opusz­cza­no trum­nę z jego żoną do gro­bu.

Nie­ca­łe pięć mie­się­cy wcze­śniej wy­kry­to u niej guza mó­zgu. Pią­te sta­dium, nic już nie dało się zro­bić. Pa­ra­fia­nie co­dzien­nie do­wia­dy­wa­li się o jej zdro­wie, zno­sząc na ple­ba­nię tony je­dze­nia, ciast i kwia­tów. Do­sta­łam po­le­ce­nie, żeby usu­nąć się z oczu, bo moja obec­ność tyl­ko po­gor­szy­ła­by stan cho­rej. Ow­szem, pa­stor Wil­liams sta­rał się być miły, gdy oznaj­miał mi, że mam po szko­le sie­dzieć w swo­im po­ko­ju, ale i tak mnie to za­bo­la­ło. Z tego po­wo­du mu­sia­łam od­cze­kać, aż obo­je za­sną, i do­pie­ro wte­dy skra­da­łam się na dół, żeby zro­bić so­bie ko­la­cję. Nie­prze­rwa­ny stru­mień da­ro­wa­ne­go je­dze­nia bar­dzo mi to uła­twiał.

Kie­dy pani Wil­liams wy­da­ła ostat­nie tchnie­nie, do­wie­dzia­łam się o tym od pie­lę­gniar­ki z ho­spi­cjum, któ­ra za­stu­ka­ła do mnie z tą wia­do­mo­ścią. Po­pro­szo­no mnie, że­bym po­szła po pa­sto­ra do ko­ścio­ła i przy­pro­wa­dzi­ła go do domu. Nie po­czu­łam wte­dy kom­plet­nie nic, ani śla­du emo­cji. Wte­dy zda­łam so­bie spra­wę, że pani Wil­liams mia­ła ra­cję przez wszyst­kie mi­nio­ne lata – rze­czy­wi­ście by­łam ze­psu­ta do szpi­ku ko­ści. Tyl­ko ktoś taki mógł kom­plet­nie obo­jęt­nie po­trak­to­wać czy­jąś śmierć. Moja opie­kun­ka mia­ła za­le­d­wie pięć­dzie­siąt czte­ry lata, choć to i tak o wie­le wię­cej od mo­jej mat­ki, któ­ra zmar­ła jako dwu­dzie­sto­lat­ka.

Te­raz to wszyst­ko na­le­ża­ło już do prze­szło­ści. Tam­to ży­cie mia­łam już za sobą.

Sta­łam przed blo­kiem miesz­kal­nym z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na za­to­kę i po­chła­nia­łam wzro­kiem mój obec­ny dom. Tak da­le­ki od tego, któ­ry zo­sta­wi­łam w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej. Cze­ka­ło mnie te­raz nowe ży­cie w no­wym miej­scu. Tu­taj będę mo­gła spo­koj­nie usiąść i pi­sać, a jed­no­cze­śnie da­lej się uczyć.

Pa­stor Wil­liams wy­raź­nie chciał się mnie po­zbyć. By­łam mu za to wdzięcz­na, bo bar­dzo mi za­le­ża­ło, żeby się stam­tąd wy­rwać. Za­dzwo­nił do jed­ne­go ze zna­jo­mych i za­ła­twił mi miej­sce w szko­le po­ma­tu­ral­nej, od­da­lo­nej o dzie­sięć go­dzin jaz­dy od mia­sta peł­ne­go nie­na­wist­nych mi lu­dzi. Ku­pił mi miesz­ka­nie przy pla­ży, a na­wet za­ła­twił pra­cę se­kre­tar­ki w kan­ce­la­rii ko­ściel­nej. Jego zna­jo­my był pa­sto­rem w Sea Bre­eze w Ala­ba­mie. To był je­den z po­wo­dów, dla któ­re­go mnie tu­taj wy­słał – li­czył, że zna­jo­my po­mo­że mi sta­nąć na nogi, pod­czas gdy sam mógł zo­stać w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej.

Pod­słu­cha­łam, jak pa­stor Wil­liams w roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej z moim przy­szłym sze­fem stwier­dził, że nie­zbyt do­brze ra­dzę so­bie w kon­tak­tach z ludź­mi i nie­wie­le wiem o świe­cie. To nie była do koń­ca praw­da. Cho­dzi­łam wcze­śniej do pry­wat­nej żeń­skiej szko­ły, a wszyst­kie jej uczen­ni­ce uda­wa­ły, że mnie nie do­strze­ga­ją. To nie moja wina, że ich ma­muś­ki na­sta­wi­ły je prze­ciw­ko mnie. Z tego po­wo­du ni­g­dy nie dano mi szan­sy prze­by­wać wśród osób, któ­rym nie prze­szka­dza­ło­by moje to­wa­rzy­stwo.

Po­sta­no­wi­łam, że za­nim wy­pa­ku­ję kar­to­ny z rze­cza­mi ze sta­re­go pi­ka­pa, naj­pierw pój­dę obej­rzeć miesz­ka­nie. Tak, tak, pa­stor Wil­liams ku­pił mi też sa­mo­chód. Się­gnę­łam po to­reb­kę i klu­czy­ki, któ­re do­sta­łam od nie­go w ko­per­cie ra­zem z ty­sia­kiem w go­tów­ce, wy­sko­czy­łam z wozu i ru­szy­łam w stro­nę wej­ścia. Żad­ne z tu­tej­szych miesz­kań nie mie­ści­ło się na par­te­rze. Wszyst­kie sta­ły na słu­pach, wy­so­ko po­nad zie­mią. Do­my­śla­łam się, że to pew­nie na wy­pa­dek po­wo­dzi… albo hu­ra­ga­nów. O nie, żad­nych roz­my­ślań o hu­ra­ga­nach. Nie te­raz.

Wsu­nę­łam klucz do zam­ka, prze­krę­ci­łam i na­cis­nę­łam klam­kę. Drzwi otwo­rzy­ły się na oścież, a ja zo­ba­czy­łam przy­jem­ne dla oka ja­sno­żół­te ścia­ny i me­ble z bia­łej wi­kli­ny. Ty­po­wy nad­mor­ski styl, moim zda­niem bar­dzo ład­ny.

We­szłam z uśmie­chem do środ­ka i okrę­ci­łam się do­oko­ła z sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. Od­chy­li­łam gło­wę do tyłu i przy­mknę­łam oczy, roz­ko­szu­jąc się upra­gnio­ną sa­mot­no­ścią. Nikt mnie tu­taj nie znał. Nie by­łam ze­psu­tą dziew­czy­ną, któ­rą pa­stor mu­siał zno­sić na co dzień. Tu­taj na­resz­cie mo­głam być tyl­ko sobą – Bly­the Den­ton. Eks­cen­trycz­ną pi­sar­ką, ży­ją­cą w od­osob­nie­niu, któ­rej kom­plet­nie nie ob­cho­dzi­ło, jak wy­glą­da. Nie przy­wią­zy­wa­ła do tego żad­ne­go zna­cze­nia. Była wol­na.

Bło­gą chwi­lę ra­do­ści i ci­szy prze­rwa­ły do­bie­ga­ją­ce z ko­ry­ta­rza gło­śne gło­sy męż­czyzn rzu­ca­ją­cych prze­kleń­stwa­mi. Opu­ści­łam ra­mio­na i od­wró­ci­łam się, na­po­ty­ka­jąc wzro­kiem oczy… Oczy fa­ce­ta. Błę­kit­ne jak nie­bo w ja­sny, sło­necz­ny dzień. Nie by­łam w sta­nie sku­pić wzro­ku na ni­czym in­nym. Ni­g­dy w ży­ciu nie wi­dzia­łam ta­kie­go błę­ki­tu. Był nie­sa­mo­wi­ty, wręcz osza­ła­mia­ją­cy. Gło­sy jego ko­le­gów ni­kły w od­da­li, ale on na­dal tkwił w tym sa­mym miej­scu. I wte­dy coś do­strze­głam… Czyż­by miał kre­ski na po­wie­kach? Opu­ści­łam gło­wę i ob­rzu­ci­łam wzro­kiem całą jego syl­wet­kę.

Na wi­dok prze­kłu­tej brwi i po­kry­tych ja­skra­wy­mi ta­tu­aża­mi ra­mion czym prę­dzej spoj­rza­łam po­now­nie na twarz chło­pa­ka. Ar­ty­stycz­nie roz­wi­chrzo­ne pla­ty­no­wo­blond wło­sy do­peł­nia­ły jego ory­gi­nal­ne­go wi­ze­run­ku.

– Skoń­czy­łaś, mała? To co, te­raz moja ko­lej? – Flir­tu­ją­cy ton jego ni­skie­go, chro­po­wa­te­go gło­su przy­wiódł mi na myśl cie­płą cze­ko­la­dę. By­łam nim do­słow­nie oszo­ło­mio­na.

Nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia, o co mu cho­dzi, i tyl­ko po­now­nie spoj­rza­łam w jego roz­ba­wio­ne oczy.

– Eee… ekhm… – Niby co skoń­czy­łam? Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. – Nie ro­zu­miem, o czym mó­wisz – wy­krztu­si­łam w koń­cu. Może po­win­nam prze­pro­sić, że tak bez­czel­nie się na nie­go ga­pi­łam? Fak­tycz­nie tak to wy­glą­da­ło?

– Skoń­czy­łaś mnie lu­stro­wać? Bo nie chciał­bym ci prze­ry­wać.

O rany. Po­czu­łam falę go­rą­ca na twa­rzy, pew­na, że zro­bi­łam się czer­wo­na jak bu­rak. Co mi przy­szło do gło­wy, żeby zo­sta­wić otwar­te drzwi, tak że każ­dy mógł mnie zo­ba­czyć? Nie by­łam przy­zwy­cza­jo­na do ta­kiej swo­bo­dy. Zwy­kle trzy­ma­łam się z da­le­ka od fa­ce­tów, nic więc dziw­ne­go, że nie po­tra­fi­łam z nimi ga­dać. Ten tu­taj jed­nak, o dzi­wo, się do mnie nie śli­nił. By­łam przy­zwy­cza­jo­na, że fa­ce­ci ga­pią się na mnie w ten spo­sób, bo są pew­ni, że je­stem ła­twa, a to za­wsze wy­trą­ca­ło mnie z rów­no­wa­gi. Moja brzy­do­ta ich nie od­stra­sza­ła, ko­niecz­nie chcie­li oso­bi­ście się prze­ko­nać, czy fak­tycz­nie je­stem tak ze­psu­ta, jak plot­ko­wa­no.

– To tyl­ko parę ta­tu­aży i kol­czy­ków, skar­bie. Daję sło­wo, że je­stem nie­szko­dli­wy – ode­zwał się po­now­nie, tym ra­zem z uśmie­chem

Z opo­rem ski­nę­łam gło­wą. Po­win­nam była coś po­wie­dzieć, ale nie bar­dzo wie­dzia­łam co. Tym bar­dziej że on wy­raź­nie cze­kał, aż się ode­zwę.

– Po­do­ba­ją mi się – wy­du­si­łam z sie­bie ner­wo­wo. Za­brzmia­ło to strasz­nie głu­pio. Uniósł brew, a na jego war­gach za­drgał iro­nicz­ny uśmie­szek. – Cho­dzi mi o ta­tu­aże. Są faj­ne, ta­kie ko­lo­ro­we, ekhm… – Zro­bi­łam z sie­bie idiot­kę. Ma­sa­kra, chy­ba nic mnie już nie ura­tu­je. Przy­mknę­łam oczy, żeby nie wi­dzieć ob­ser­wu­ją­cych mnie uważ­nie błę­kit­nych oczu, i wzię­łam głę­bo­ki od­dech. – Nie bar­dzo umiem roz­ma­wiać z ludź­mi… z fa­ce­ta­mi i tak ogól­nie, ze wszyst­ki­mi.

O rany, czy ja na­praw­dę pal­nę­łam taką głu­po­tę?

Je­śli te­raz od­wró­ci się i so­bie pój­dzie, obo­je szyb­ko za­po­mni­my o tej nie­zręcz­nej sy­tu­acji. Zmu­si­łam się do otwar­cia oczu i prze­ko­na­łam się, że przy­glą­da mi się z wciąż tym sa­mym uśmiesz­kiem na war­gach. Pew­nie po­my­ślał, że tra­fił na wa­riat­kę. Miej­my na­dzie­ję, że tyl­ko ko­goś od­wie­dzał i nie miesz­ka w tym blo­ku. Wo­la­ła­bym go już nie oglą­dać. Ni­g­dy wię­cej.

Pod­niósł kciuk do dol­nej war­gi i za­gryzł ko­niu­szek, a po­tem po­krę­cił gło­wą i się za­śmiał.

– Chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie spo­tka­łem ko­goś ta­kie­go jak ty – po­wie­dział, opusz­cza­jąc rękę wzdłuż tu­ło­wia.

Aku­rat tego mo­głam być pew­na.

– Ej, Krit! – za­wo­łał z góry do­no­śny mę­ski głos. – Za pół go­dzi­ny mamy być na miej­scu. Rusz dupę, weź prysz­nic i zmień ciu­chy!

– O cho­le­ra – wy­mam­ro­tał pod no­sem, zer­ka­jąc na wy­cią­gnię­tą z kie­sze­ni ko­mór­kę. – Mu­szę le­cieć. Ale jesz­cze się zo­ba­czy­my, tan­ce­recz­ko – po­wie­dział i mru­gnął do mnie. Po­tem cof­nął się od drzwi i znik­nął w głę­bi ko­ry­ta­rza.

Tan­ce­recz­ko? O, nie! Zre­zy­gno­wa­na za­kry­łam twarz dłoń­mi. Mu­siał mnie wi­dzieć, kie­dy krę­ci­łam się do­oko­ła po­ko­ju jak idiot­ka. Mia­łam wiel­ką na­dzie­ję, że ni­g­dy wię­cej go nie spo­tkam. Chcia­łam spo­koj­nie żyć, nie zwra­ca­jąc na sie­bie uwa­gi. Zo­sta­wić za sobą po­przed­nie ży­cie, w któ­rym na mój wi­dok lu­dzie zbi­ja­li się w grup­ki i wy­bu­cha­li śmie­chem, zer­ka­jąc zna­czą­co w moją stro­nę. Nie chcia­łam ni­ko­mu stąd do­star­czać pre­tek­stów do wy­śmie­wa­nia mnie. Stać się nie­wi­dzial­ną – to nie mo­gło być trud­ne.

„O ile nie bę­dziesz pró­bo­wać ga­dać z fa­ce­ta­mi” – na­po­mnia­łam się w my­ślach. Po­tem po­de­szłam do drzwi, za­mknę­łam je i prze­krę­ci­łam klucz w zam­ku. Na­stęp­nym ra­zem, gdy przyj­dzie mi ocho­ta krę­cić się do­oko­ła jak dzie­ciak albo coś w tym sty­lu, naj­pierw upew­nię się, czy mam za­mknię­te drzwi.

Krit

Dziś gra­li­śmy w Live Bay, jed­nym z klu­bów w mie­ście, do któ­re­go scho­dzi­li się za­rów­no miej­sco­wi, jak i tu­ry­ści. W cią­gu ostat­nich dwóch lat sta­li­śmy się dość po­pu­lar­ni wśród jego klien­te­li, więc za trzy wy­stę­py ty­go­dnio­wo wy­cią­ga­li­śmy po czte­ry­sta pięć­dzie­siąt do­lców na gło­wę. Live Bay plus od­da­lo­ny o go­dzi­nę dro­gi bar na Flo­ry­dzie i je­den z klu­bów w Mo­bi­le w Ala­ba­mie, w któ­rych gra­li­śmy raz w ty­go­dniu, przy­no­si­ły nam w su­mie po ty­sia­ku ty­go­dnio­wo.

Miesz­ka­li­śmy ra­zem – Gre­en, mój naj­lep­szy kum­pel, gi­ta­rzy­sta ba­so­wy w na­szym ze­spo­le, Jack­down, i ja – ale cią­gle ktoś się u nas krę­cił. By­li­śmy jak ro­dzi­na, od­kąd wspól­nie za­ło­ży­li­śmy ka­pe­lę. Do tej pory, nie li­cząc mo­jej star­szej sio­stry, Tri­shy, tak na­praw­dę nie mia­łem ni­ko­go bli­skie­go. Nasz dom ro­dzin­ny i dzie­ciń­stwo były do bani. Tri­sha mia­ła te­raz męża, Roc­ka, i trój­kę ad­op­to­wa­nych dzie­cia­ków. Pra­wie w każ­dy czwar­tek uda­wa­ło się jej wpaść do klu­bu i po­słu­chać, jak gra­my, ale to tyle – a kie­dyś nie opusz­cza­ła żad­ne­go z mo­ich wy­stę­pów.

Ro­zu­mia­łem ją i po­go­dzi­łem się z tym. W koń­cu mia­ła ro­dzi­nę, na któ­rej za­wsze jej za­le­ża­ło, i zna­la­zła szczę­ście. To jej wy­star­cza­ło. Była cho­ler­nie do­brą mamą. Jej dzie­cia­ki mia­ły wiel­kie szczę­ście, że na nią tra­fi­ły.

Da­li­śmy świet­ny kon­cert. Ża­ło­wa­łem, że Tri­sha nie mo­gła tego zo­ba­czyć. Na­strój psuł mi je­dy­nie fakt, że ruda la­ska, któ­rą po­sta­no­wi­łem za­brać na noc do sie­bie, uwie­si­ła się na moim ra­mie­niu, przy­po­mi­na­jąc na­tar­czy­wie o swo­jej obec­no­ści. Za mało jesz­cze wy­pi­łem i sie­dzia­łem po­grą­żo­ny w my­ślach, za­miast za­ba­wiać się jej cyc­ka­mi, więc ko­niecz­nie chcia­ła zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Zro­bi­łem to już wcze­śniej, a jak­że. To był je­den z po­wo­dów, dla któ­rych je­cha­ła te­raz do mnie.

– Za­po­mnia­łeś o mnie? – ode­zwa­ła się z pre­ten­sją w gło­sie, wy­dy­ma­jąc po­ma­lo­wa­ne na krwi­stą czer­wień usta. Lu­bi­łem czer­wo­ną szmin­kę. Ko­lej­ny po­wód, żeby ją ze sobą za­brać.

– Przy­sto­puj, on po wy­stę­pie ła­two tra­ci ner­wy – rzu­cił przez ra­mię sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą Gre­en. Do­brze wie­dział, jak re­agu­ję na za bar­dzo kle­ją­ce się do mnie la­ski. Za­le­ża­ło mi tyl­ko, żeby były chęt­ne i ła­twe.

– Upew­niam się, czy nie zmie­nił zda­nia.

– Kie­dy zmie­nię zda­nie, kot­ku, pierw­sza się o tym do­wiesz – oznaj­mi­łem i na­chy­li­łem się ku jej czer­wo­nym ustom. Sma­ko­wa­ły słod­ko cu­kier­kiem, któ­re­go ssa­ła wcze­śniej, i pi­wem. Mmm, przy­jem­na mie­szan­ka. Na­bra­łem ocho­ty na wię­cej.

Gre­en za­śmiał się i za­trzy­mał sa­mo­chód.

– Wi­dzisz? Jest cał­kiem do rze­czy, jak da mu się tro­chę luzu – stwier­dził.

Ode­rwa­łem się od ust dziew­czy­ny i wy­sia­dłem z wozu. By­łem go­to­wy na po­pi­ja­wę i muzę. I dużo ludu. Bar­dzo po­trze­bo­wa­łem to­wa­rzy­stwa.

– Wszy­scy przyj­dą? – spy­ta­łem Gre­ena, jed­no­cześ­nie wy­cią­ga­jąc rękę do ru­dej. Szyb­ko wy­do­sta­ła się z sa­mo­cho­du i przy­war­ła do mnie.

– Pew­nie już są – od­parł.

Po wy­stę­pach w Live Bay czę­sto im­pre­zo­wa­li­śmy w na­szym miesz­ka­niu. Drzwi były otwar­te tak­że dla są­sia­dów. Byli to sami stu­den­ci, więc nikt nie miał o nic pre­ten­sji. Wpa­da­li i ba­wi­li się ra­zem z nami.

– Jak ci na imię? – spy­ta­łem uwie­szo­nej na moim ra­mie­niu dziew­czy­ny.

Zer­k­ną­łem w dół i do­strze­głem jej za­ci­śnię­te w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia usta. Mó­wi­ła mi wcześ­niej, ale nie zwró­ci­łem uwa­gi. Nie mia­łem wte­dy jesz­cze pew­no­ści, czy chcę spę­dzić z nią noc. Te­raz już wo­la­łem to wie­dzieć. Z za­sa­dy nie pie­przy­łem się z la­ska­mi, nie zna­jąc ich imion.

– Ja­smi­ne – od­par­ła, prze­rzu­ca­jąc wło­sy przez ra­mię.

Ja­smi­ne z jej ru­dy­mi wło­sa­mi wy­da­wa­ła się dość tem­pe­ra­ment­na. Za­zwy­czaj ba­wi­ły mnie ta­kie la­ski, ale nie dziś. By­łem w kiep­skim na­stro­ju.

Kie­dy wcho­dzi­li­śmy na scho­dy, sły­chać już było gło­śną mu­zy­kę, bez wąt­pie­nia od nas. Mat­ty, nasz per­ku­si­sta, za­wsze szyb­ko wy­ry­wał jed­ną lub kil­ka la­sek i ury­wał się z klu­bu od razu, jak tyl­ko koń­czy­li­śmy grać. W ten spo­sób zwy­kle jako pierw­szy do­cie­rał do miesz­ka­nia, o ile dziew­czy­ny mu w tym nie prze­szko­dzi­ły.

– Wi­dzę, że im­pre­za już się krę­ci. Będę mu­siał się wcze­śniej urwać i po­szu­kać spo­koj­ne­go miej­sca do na­uki – za­uwa­żył Gre­en, zwal­nia­jąc kro­ku, żeby zrów­nać się ze mną.

Gre­en był już pra­wie na fi­ni­szu stu­diów praw­ni­czych – za pół roku miał zda­wać eg­za­min koń­co­wy. By­łem z nie­go dum­ny, choć do­brze wie­dzia­łem, co to ozna­cza. Nie bę­dzie w sta­nie po­go­dzić pra­cy jako praw­nik z na­szym do­tych­cza­so­wym zwa­rio­wa­nym ży­ciem. Rzad­ko zo­sta­wał na im­pre­zy, zwy­kle wy­my­kał się, żeby się uczyć. Spo­dzie­wa­łem się, że nie­dłu­go od nas odej­dzie, mimo to ży­czy­łem mu jak naj­le­piej.

– Od na­stęp­ne­go razu mu­si­my prze­nieść im­pre­zy do Mat­ty’ego – stwier­dzi­łem, czu­jąc wy­rzu­ty su­mie­nia, że Gre­en musi wy­cho­dzić z wła­sne­go miesz­ka­nia i szu­kać in­ne­go miej­sca do na­uki.

Gre­en po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– O w mor­dę, tyl­ko nie to. Ten du­pek ni­g­dy nie sprzą­ta, poza tym jest u nie­go cia­sno jak ja­sna cho­le­ra. Po co psuć to, co do­bre? Do­tąd so­bie ra­dzi­łem, mam już wpra­wę. Ja­koś leci.

Od sa­me­go dzie­ciń­stwa Gre­en za­wsze był tym mą­drzej­szym i spryt­niej­szym z na­szej dwój­ki. To on się po­świę­cał, on wszyst­ko za­ła­twiał. A mimo to, dziw­nym tra­fem, to za­wsze ja znaj­do­wa­łem się w cen­trum uwa­gi. Cóż, ży­cie jest nie­spra­wie­dli­we.

– Okej, ale daj mi znać, jak bę­dziesz miał dość – zgo­dzi­łem się.

Zer­k­ną­łem na za­mknię­te drzwi mi­ja­ne­go wła­śnie miesz­ka­nia i uśmiech­ną­łem się ką­ci­kiem ust. Kur­czę, ależ ta la­ska się pre­zen­to­wa­ła, wi­ru­jąc po miesz­ka­niu. Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łem ta­kich dłu­gich i gę­stych wło­sów, tak ciem­nych, że pra­wie czar­nych. A jej oczy… cho­le­ra, coś nie­sa­mo­wi­te­go. Na­wet nie by­łem w sta­nie okre­ślić ich ko­lo­ru. Orze­cho­we? Przy­po­mi­na­ły mi dwa klej­no­ty. Od razu zwra­ca­ły uwa­gę.

Choć mia­ła na so­bie luź­ne dre­so­we spodnie i ob­szer­ny T-shirt, moje wpraw­ne oko od razu do­strze­gło pod nimi atrak­cyj­ne kształ­ty. Wiel­ka szko­da, że nie mo­głem ich do­tknąć, tyl­ko mu­sia­łem so­bie wy­obra­żać, jak wy­glą­da­ją. Na ki­lo­metr było wi­dać, jaka jest nie­do­świad­czo­na. W trak­cie na­szej roz­mo­wy le­d­wo zdo­ła­ła wy­du­sić z sie­bie kil­ka słów.

Wszyst­ko w niej wy­da­wa­ło się tak cho­ler­nie uro­cze. Pro­blem w tym, że ta­kie la­ski do mnie nie pa­so­wa­ły. Nie były w moim ty­pie. Ni­g­dy.

Dłoń Ja­smi­ne prze­śli­zgnę­ła się po mo­ich dżin­sach i za­ci­snę­ła na kro­czu.

– Mam wiel­ką ocho­tę zro­bić ci la­skę – szep­nę­ła mi do ucha.

– Faj­nie, po­ka­żesz mi, jak wiel­ką, kie­dy wej­dzie­my do środ­ka – po­wie­dzia­łem, chwy­ta­jąc ją za ty­łek.

To była dla niej wy­star­cza­ją­ca za­chę­ta, by do­brać się do mo­je­go roz­por­ka, jesz­cze za­nim do­tar­li­śmy do miesz­ka­nia. Gre­en od­wró­cił się, żeby mi coś po­wie­dzieć, ale jego wzrok na­tknął się na nie­cier­pli­wą dłoń Ja­smi­ne si­łu­ją­cą się z gu­zi­ka­mi mo­ich dżin­sów. Na ten wi­dok za­śmiał się, prze­wró­cił ocza­mi i wszedł do środ­ka. Przy­szło już kil­ku chło­pa­ków z są­siedz­twa i paru miej­sco­wych, któ­rzy zwy­kle z nami im­pre­zo­wa­li. I oczy­wi­ście spo­ro dziew­czyn. Na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by Ja­smi­ne się nie spraw­dzi­ła.

– Rozdział II –

Bly­the

Pro­mie­nie sło­necz­ne przedar­ły się do środ­ka przez ża­lu­zje okien­ne i obu­dziły mnie o wie­le wcze­śniej, niż chcia­łam. Się­gnę­łam po po­dusz­kę i z ję­kiem na­kry­łam nią twarz. Ha­ła­sy z góry uci­chły do­brze po trze­ciej i do­pie­ro wte­dy da­łam radę za­snąć. Łu­dzi­łam się, że może w koń­cu zja­wią się gli­nia­rze i uci­szą im­pre­zo­wi­czów. W blo­ku mu­sie­li prze­cież być też inni lo­ka­to­rzy, któ­rzy nie mo­gli przez nich zmru­żyć oka. Ale po­li­cja się nie po­ja­wi­ła. Mu­zy­ka ry­cza­ła na cały re­gu­la­tor, a ło­mot na su­fi­cie stop­nio­wo przy­bie­rał na sile. Cie­szy­łam się, że są­sie­dzi do­brze się ba­wią, świę­tu­jąc to, co mie­li do świę­to­wa­nia, ale mia­łam na­dzie­ję, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy.

Zo­stał mi jesz­cze ty­dzień do roz­po­czę­cia za­jęć, co ozna­cza­ło, że mu­szę do tego cza­su ku­pić so­bie wszyst­kie po­trzeb­ne rze­czy i urzą­dzić się w miesz­ka­niu.

Na­wet mimo nie­wy­spa­nia nie mo­głam się po­wstrzy­mać od uśmie­chu za­do­wo­le­nia. Za­raz wsta­nę z łóż­ka i w sa­mych tyl­ko majt­kach przy­go­tu­ję so­bie śnia­da­nie. Zjem je po­tem na ka­na­pie, bez obaw, że ko­muś prze­szka­dzam. By­łam wol­na. Na­resz­cie zo­sta­łam sama i nikt nie bę­dzie mnie kry­ty­ko­wał.

Od­rzu­ci­łam koł­drę, wsta­łam i spoj­rza­łam na swo­je łóż­ko. Kie­dyś pierw­szą rze­czą, jaką mu­sia­łam zro­bić od razu po obu­dze­niu, było jego po­sła­nie. W prze­ciw­nym ra­zie na­tych­miast do­sta­wa­łam karę. Te­raz wąt­pi­łam, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek w ży­ciu zno­wu to zro­bię. Sprę­ży­stym kro­kiem ru­szy­łam do kuch­ni, żeby zro­bić so­bie kawę i pod­grzać baj­gla.

Po­sta­no­wi­łam, że przy­go­tu­ję po­tem li­stę rze­czy po­trzeb­nych mi do szko­ły i do miesz­ka­nia. Choć było ume­blo­wa­ne – za co, jak twier­dził pa­stor Wil­liams, pła­ci­ło się w czyn­szu – bra­ko­wa­ło w nim wie­lu rze­czy, ta­kich jak za­sło­ny czy otwie­racz do pu­szek. W ła­zien­ce za­mon­to­wa­no naj­zwy­klej­szą bia­łą za­sło­nę prysz­ni­co­wą, a mnie ma­rzy­ły się żyw­sze ko­lo­ry. Po­nie­waż nie wol­no mi było prze­ma­lo­wać ścian, trze­ba było umie­ścić ko­lo­ro­we ak­cen­ty gdzie in­dziej. Na przy­kład ku­pić kil­ka do­dat­ko­wych po­du­szek na ka­na­pę czy za­wie­sić na ścia­nie ob­ra­zy. Mia­łam jed­nak ogra­ni­czo­ne fun­du­sze i mu­sia­łam roz­sąd­nie pla­no­wać.

Nową pra­cę rów­nież za­czy­na­łam do­pie­ro za ty­dzień, więc od pierw­szej wy­pła­ty dzie­li­ły mnie aż dwa ty­go­dnie. Dla­te­go kup­no nie­któ­rych rze­czy mu­sia­łam odło­żyć na póź­niej, ale część za­ku­pów mo­głam zro­bić od razu.

Ubra­nia. Parę no­wych ubrań, tym ra­zem we właś­ci­wym dla mnie roz­mia­rze i nie jak zwy­kle z se­cond- -han­du. Bra­ko­wa­ło mi pod­sta­wo­wych rze­czy, któ­re mo­gła­bym no­sić przez kil­ka naj­bliż­szych mie­się­cy do szko­ły i pra­cy. Na pew­no nie mo­głam cho­dzić w tym, co mia­łam. Wie­dzia­łam, że ciu­chy i tak nie po­pra­wią mo­je­go wy­glą­du, ale przy­naj­mniej będę mo­gła się ja­koś po­ka­zać lu­dziom. Osta­tecz­nie po­sta­no­wi­łam, że po­dusz­ki na ka­na­pie są cał­kiem, cał­kiem, a ob­ra­zy mogą tro­chę po­cze­kać.

* * *

Po po­nad­go­dzin­nych po­szu­ki­wa­niach uda­ło mi się wy­brać dwie pary spode­nek i dżin­so­wą spód­ni­cę. Wszyst­kie koń­czy­ły się nad ko­la­na­mi. Jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu nie od­sło­ni­łam nóg aż tak! Nie­sa­mo­wi­te uczu­cie – by­łam prze­ra­żo­na, ale i pod­eks­cy­to­wa­na. Na­wet bar­dziej niż rano, gdy zo­sta­wi­łam po so­bie nie­po­sła­ne łóż­ko. Po­tem ku­pi­łam parę dżin­sów, na­resz­cie do­pa­so­wa­nych do mo­jej fi­gu­ry – na­wet za bar­dzo. Kie­dy już za­ła­twi­łam kwe­stię dołu, za­ję­łam się górą. Spra­wi­łam so­bie czte­ry bluz­ki i dwie ko­szul­ki. Na ko­niec wy­bra­łam parę te­ni­só­wek pa­su­ją­cych za­rów­no do biu­ra, jak i do szko­ły. W za­sa­dzie nie po­trze­bo­wa­łam wię­cej obu­wia, ale wpa­dły mi w oko cu­dow­ne ró­żo­we szpil­ki. Ni­g­dy do­tąd nie no­si­łam wy­so­kich ob­ca­sów ani, szcze­rze mó­wiąc, żad­nych in­nych bu­tów, któ­re moż­na uznać za ład­ne. Te tu­taj nie były prze­sad­nie ele­ganc­kie, więc mo­gła­bym je no­sić do ku­pio­nej przed chwi­lą spód­ni­cy i dwóch blu­zek. A na­wet do szor­tów. Wi­dzia­łam już dziew­czy­ny w ta­kim ze­sta­wie.

Parę razy od­cho­dzi­łam od pół­ki z pu­sty­mi rę­ka­mi, ale w koń­cu zła­pa­łam pu­deł­ko ze swo­im roz­mia­rem i po­ma­sze­ro­wa­łam do kasy, żeby za­pła­cić, za­nim się roz­my­ślę. Osta­tecz­nie mia­łam tu­taj żyć ina­czej, a szpil­ki były dla mnie sym­bo­lem no­we­go ży­cia.

Przy­tar­ga­nie wszyst­kich to­reb do mo­je­go miesz­ka­nia oka­za­ło się mniej przy­jem­ne od za­ku­pów. Miesz­ka­łam, co praw­da, na naj­niż­szym pię­trze, ale blok stał na pla­ży – to ozna­cza­ło, że naj­pierw mu­sia­łam się wspiąć po scho­dach, choć w prak­ty­ce był to par­ter. Są­sie­dzi z góry mie­li do po­ko­na­nia jesz­cze dłuż­szą dro­gę. W bu­dyn­ku nie było win­dy, bo miał tyl­ko dwa pię­tra. Mu­sia­łam prze­biec pięć razy tam i z po­wro­tem, za­nim uda­ło mi się wtasz­czyć wszyst­ko na górę, ale i tak po­czu­łam przy­pływ ener­gii i już nie mo­głam się do­cze­kać, aż po­roz­kła­dam wszyst­kie rze­czy na swo­je miej­sca.

Od­wró­ci­łam się, by za­mknąć za sobą drzwi do miesz­ka­nia, a wte­dy mój wzrok na­po­tkał ten sam elek­try­zu­ją­cy błę­kit oczu, co wczo­raj. To zno­wu on. Stał w tym sa­mym miej­scu, opar­ty o fra­mu­gę drzwi, z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si i z lek­kim uśmie­chem na twa­rzy.

– Wi­dzę, że ktoś tu sko­ro świt był na za­ku­pach – ode­zwał się tym swo­im lek­ko ochry­płym gło­sem, na dźwięk któ­re­go moje cia­ło mo­men­tal­nie za­czę­ło wa­rio­wać.

Po­ki­wa­łam tyl­ko gło­wą, w oba­wie, że je­śli wdam się z nim w po­ga­węd­kę, znów za­cznę wy­ga­dy­wać głu­po­ty. Mo­men­tal­nie po­ża­ło­wa­łam, że nie za­ło­ży­łam żad­ne­go ze swo­ich no­wych ubrań. Co było kom­plet­nie nie­do­rzecz­ne. Co mnie ob­cho­dzi, jak wy­glą­dam w oczach ob­ce­go fa­ce­ta?

– Moja ka­pe­la gra w Live Bay w każ­dy czwar­tek, pią­tek i so­bo­tę wie­czo­rem. Po­win­naś kie­dyś wpaść i nas zo­ba­czyć. Mógł­bym na­wet w prze­rwie po­sta­wić ci drin­ka – oznaj­mił. Roz­ba­wio­ny uśmie­szek ani na mo­ment nie scho­dził mu z ust.

Czy on mnie pod­pusz­cza?

Tym ra­zem mu­sia­łam się ode­zwać, by­ło­by nie­zręcz­nie je­dy­nie ki­wać gło­wą.

– Ja­sne. Wpad­nę na pew­no… kie­dyś.

Wąt­pię, że­bym kie­dy­kol­wiek wy­bra­ła się do Live Bay – co­kol­wiek to jest – ale po pro­stu nie dało mu się od­mó­wić.

– W ta­kim ra­zie będę cze­kał. – Ode­rwał się od fra­mu­gi i wy­pro­sto­wał. – Nie wiem tyl­ko, jak masz na imię.

Chciał po­znać moje imię? Na­praw­dę? Na to mo­głam od­po­wie­dzieć dość gład­ko.

– Bly­the? – po­wie­dzia­łam, ma­jąc na­dzie­ję, że nie za­brzmia­ło to jak py­ta­nie.

Pu­ścił do mnie oko.

– Pa­su­je do cie­bie – stwier­dził, a po­tem od­szedł bez po­że­gna­nia.

Nie zdra­dził mi swo­je­go imie­nia, ale pa­mię­ta­łam, jak wo­łał na nie­go je­den z kum­pli. Krit. Ory­gi­nal­ne imię. Cie­ka­we, od cze­go to zdrob­nie­nie? Po­de­szłam do drzwi, żeby je za­mknąć, jed­no­cze­śnie od­pę­dza­jąc od sie­bie na­tręt­ną myśl o tym, jak nie­sa­mo­wi­te są oczy Kri­ta bez czar­nej kre­ski na po­wie­kach.

Krit

– Po­trze­bu­ję cze­goś moc­niej­sze­go niż to gów­nia­ne piwo – wy­stę­kał Le­gend, nasz kla­wi­szo­wiec, opa­da­jąc cięż­ko na prze­past­ny fo­tel na­le­żą­cy do Gre­ena.

Na­chy­li­łem się, żeby po­ca­ło­wać w ucho sie­dzą­cą na mo­ich ko­la­nach dziew­czy­nę, a po­tem roz­sia­dłem się wy­god­nie na ka­na­pie.

– Pój­dziesz mu przy­nieść whi­skey z lo­dem, co, kot­ku?

To nie było py­ta­nie i ona do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła. Britt na­le­ża­ła do dziew­czyn, z któ­ry­mi spo­ty­ka­łem się od cza­su do cza­su. Z więk­szo­ścią zwy­kle spę­dza­łem nie wię­cej niż jed­ną noc, ale z kil­ko­ma uma­wia­łem się po­now­nie co ja­kiś czas, bez żad­nych zo­bo­wią­zań. Po­nie­waż Britt była miła i chęt­na, co parę ty­go­dni na­cho­dzi­ła mnie na nią ocho­ta. By­wa­ły okre­sy, że wi­dy­wa­li­śmy się czę­ściej, w za­leż­no­ści od tego, jak nam się ukła­da­ło w ży­ciu.

Le­gend za­jął się oglą­da­niem te­le­wi­zji, choć dźwięk cał­ko­wi­cie za­głu­sza­ła mu mu­zy­ka i gło­śne roz­mo­wy. W miesz­ka­niu ze­bra­ło się po­nad trzy­dzie­ści osób. Część oglą­da­ła mecz fut­bo­lu na mo­jej pla­zmie. Im­pre­za do­pie­ro się roz­krę­ca­ła. Nie pla­no­wa­li­śmy jej wcze­śniej, ale wpa­dło paru zna­jo­mych, na do­da­tek Gre­en choć raz nie mu­siał za­ku­wać, więc tak ja­koś samo wy­szło.

Britt po­de­szła do Le­gen­da i wrę­czy­ła mu drin­ka, na­chy­la­jąc się prze­sad­nie, że­bym mógł do­kład­nie so­bie obej­rzeć jej ty­łek w nie­wie­le za­sła­nia­ją­cej mini. Za­śmia­łem się pod no­sem z jej za­po­bie­gli­wo­ści, upi­łem łyk piwa i pod­nio­słem wzrok. Wte­dy zo­ba­czy­łem, że Gre­en stoi w drzwiach do miesz­ka­nia i z kimś roz­ma­wia.

Zwy­kle każ­dy po pro­stu wcho­dził do nas sam, bez pu­ka­nia, ale ten ktoś naj­wy­raź­niej nie miał ta­kie­go za­mia­ru. Gre­en zro­bił za­pra­sza­ją­cy gest, co­fa­jąc się o krok w tył, a wte­dy do­strze­głem Bly­the. Ro­zej­rza­ła się roz­bie­ga­nym wzro­kiem po peł­nym lu­dzi sa­lo­nie, ale nie we­szła do środ­ka. Chy­ba mnie nie za­uwa­ży­ła. Wte­dy Gre­en zła­pał ją za rękę i wcią­gnął do miesz­ka­nia.

Zdą­ży­łem tyl­ko za­re­je­stro­wać głup­ko­wa­ty uśmiech Gre­ena, po czym mo­men­tal­nie utkwi­łem wzrok w Bly­the. O rany! Dziś nie za­ło­ży­ła roz­cią­gnię­te­go dre­su. Wy­raź­nie rzu­ca­ły się w oczy jej cu­dow­ne kształ­ty, wcze­śniej ukry­te pod tam­ty­mi kosz­mar­ny­mi ciu­cha­mi. Czar­ne szor­ty eks­po­no­wa­ły rów­nie do­bit­nie dłu­gie do nie­ba nogi, co ob­ci­sła ko­szul­ka parę im­po­nu­ją­co krą­głych cyc­ków. Ca­ło­ści do­peł­nia­ły oku­la­ry tkwią­ce na jej ma­łym, zgrab­nym no­sku. Nie wi­dzia­łem ich u niej wcze­śniej, ale trze­ba przy­znać, że pre­zen­to­wa­ła się w nich dia­bel­nie sek­sow­nie.

Zo­rien­to­wa­łem się, że Gre­en pro­wa­dzi ją pro­sto do mnie. W tym sa­mym mo­men­cie Britt ob­ję­ła mnie ra­mie­niem, usa­do­wi­ła się z po­wro­tem na mo­ich ko­la­nach i za­czę­ła lek­ko ką­sać usta­mi moją szy­ję.

– Ekhm… sta­ry, mo­żesz so­bie zro­bić se­kun­dę prze­rwy i do nas przyjść? – spy­tał Gre­en lek­ko zde­pry­mo­wa­nym to­nem.

Oczy Bly­the mo­men­tal­nie za­okrą­gli­ły się na wi­dok przy­kle­jo­nej do mnie Britt. Cho­le­ra, wi­dać było jak na dło­ni, że ta dziew­czy­na jest kom­plet­nie zie­lo­na. Ta­aak… aku­rat tego mi trze­ba. Do­brze wie­dzia­łem, że nie jest z mo­jej baj­ki, ale była cho­ler­nie po­cią­ga­ją­ca. Do tego stop­nia, że mia­łem ocho­tę roz­pu­ścić nie­dba­ły kok, w jaki zwią­za­ne były jej wło­sy.

Zsu­ną­łem Britt z ko­lan i wsta­łem z ka­na­py. Bly­the prze­nio­sła wzrok z Britt na mnie, po czym szyb­ko opu­ści­ła gło­wę i wpa­trzy­ła się w pod­ło­gę. Do­strze­głem dłoń Gre­ena opar­tą na jej ra­mie­niu, jak­by już uznał się za jej ry­ce­rza. Nie spodo­ba­ło mi się to, wca­le a wca­le. Nie wiem dla­cze­go, po pro­stu tak. A ona na do­da­tek mu na to po­zwa­la­ła.

– Zde­cy­do­wa­łaś się wpaść do nas na im­pre­zę, mała? – spy­ta­łem, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. Nie chcia­łem jej spło­szyć wil­czym spoj­rze­niem, ja­kim mia­łem ocho­tę przy­gwoź­dzić Gre­ena. Na­pa­lo­ny du­pek. Bly­the była za do­bra tak­że i dla nie­go.

– Nie, nie dla­te­go przy­szła. Tu się nie da nor­mal­nie po­ga­dać. Mo­że­my na chwi­lę wyjść na ze­wnątrz? – za­pro­po­no­wał Gre­en, mie­rząc mnie ostrym wzro­kiem. O co mu cho­dzi­ło?

Bly­the po­pa­trzy­ła z na­dzie­ją na drzwi, naj­wy­raź­niej ma­rząc tyl­ko o tym, żeby jak naj­szyb­ciej się stąd wy­do­stać.

– Ja­sne – zgo­dzi­łem się.

Bly­the od­wró­ci­ła się na pię­cie i ru­szy­ła po­spiesz­nie w stro­nę drzwi. Gre­en wzru­szył ra­mio­na­mi i po­dą­żył za nią.

Od­wró­ci­łem się do Britt, któ­ra uważ­nie nas ob­ser­wo­wa­ła, kiw­ną­łem gło­wą na znak, że za­raz wra­cam, i po­sze­dłem w stro­nę drzwi.

Gre­en stał tuż za nimi. Usły­sza­łem, że pyta Bly­the o imię. W od­po­wie­dzi po­sła­ła mu nie­śmia­ły uśmiech. Mnie jak do­tąd nie uda­ło się go z niej wy­do­być. Co jest gra­ne, do cho­le­ry? To nie Gre­en zwy­kle cza­ro­wał la­ski, tyl­ko ja.

– O co cho­dzi? – spy­ta­łem, wy­cho­dząc do nich na ko­ry­tarz. Znie­cier­pli­wio­ny ton mo­je­go gło­su nie uszedł uwa­gi Bly­the. Zmie­rzy­ła nas prze­stra­szo­nym wzro­kiem, ner­wo­wo po­cie­ra­jąc dło­nie.

– Krit, po­znaj na­szą nową są­siad­kę, Bly­the. Miesz­ka do­kład­nie pod nami – ode­zwał się Gre­en ugrzecz­nio­nym gło­sem, jak­by chciał ją prze­pro­sić za moją szorst­kość.

– Już się po­zna­li­śmy – oznaj­mi­łem, prze­no­sząc spoj­rze­nie na nią.

Jej po­licz­ki mo­men­tal­nie po­ró­żo­wia­ły. Dla­cze­go? Prze­cież nie po­wie­dzia­łem nic, co mo­gło­by ją za­wsty­dzić.

– Aha, to w po­rząd­ku. Wy­glą­da na to, że tro­chę prze­sa­dzi­li­śmy. Im­pre­zu­je­my już dru­gą noc z rzę­du i Bly­the nie może zmru­żyć oka.

Ach, więc przy­szła się po­skar­żyć… Cie­ka­we… Jesz­cze nikt ni­g­dy nie miał do nas pre­ten­sji o ha­łas. Nasz blok wręcz sły­nął z gło­śnych im­prez. Czyż­by o tym nie wie­dzia­ła, kie­dy się tu­taj prze­pro­wa­dza­ła?

Przy­glą­da­łem się, jak za­gry­za dol­ną war­gę. Spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by za­raz mia­ła stąd zwiać. Pew­nie my­śla­ła, że mnie wku­rzy­ła. Aku­rat. Nie wiem, co mu­sia­ła­by zro­bić dziew­czy­na z jej wy­glą­dem, żeby mnie zde­ner­wo­wać. Bly­the całą sobą wy­sy­ła­ła wy­raź­ny sy­gnał: za­opie­kuj się mną. I jesz­cze ta jej słod­ka buź­ka… Z ta­ki­mi atu­ta­mi wy­krę­ci­ła­by się ze wszyst­kie­go. Każ­dy by jej od­pu­ścił, na­wet taki ktoś jak ja.

Pod­sze­dłem do niej bli­żej, a Gre­en nie­co się cof­nął. Wy­cią­gną­łem rękę i ują­łem jed­ną z jej kur­czo­wo za­ci­śnię­tych dło­ni, a po­tem prze­su­ną­łem lek­ko pal­cem po jej wnę­trzu.

– Może wej­dziesz ze mną do środ­ka choć na parę mi­nut? Po­znasz na­szych są­sia­dów. A jak bę­dziesz chcia­ła wra­cać, to chy­ba mam dla cie­bie coś, co roz­wią­że pro­blem ha­ła­su – oznaj­mi­łem, cały czas wpa­tru­jąc się w jej oczy.

– Ale ja… ekhm… nie je­stem za bar­dzo im­pre­zo­wa – ode­zwa­ła się prze­pra­sza­ją­cym to­nem.

Przy­cią­gną­łem ją do sie­bie, tak że pra­wie ze­tknę­li­śmy się cia­ła­mi.

– Ja z ko­lei je­stem cho­ler­nie im­pre­zo­wy i będę cały czas z tobą – od­par­łem, pusz­cza­jąc do niej oko, żeby nie po­my­śla­ła so­bie, że z niej kpię.

– Nie zmu­szaj jej… – za­pro­te­sto­wał Gre­en, ale prze­rwa­łem mu w pół zda­nia:

– Nie twój in­te­res. Spa­daj! – rzu­ci­łem ostrze­gaw­czym to­nem, ob­ją­łem Bly­the ra­mie­niem w ta­lii i za­pro­wa­dzi­łem do miesz­ka­nia.

– Rozdział III –

Bly­the

Nie chcia­łam tego ro­bić. Po co w ogó­le tu przy­szłam? By­łam zmę­czo­na i wście­kła z po­wo­du tego kosz­mar­ne­go ha­ła­su. Tyl­ko dla­te­go. Spę­dzi­łam kil­ka go­dzin na pi­sa­niu i gdy już kła­dłam się spać, z góry znów do­biegł mnie ło­mot. Czy ci lu­dzie kie­dy­kol­wiek śpią? Mia­łam za­miar tyl­ko grzecz­nie po­pro­sić, żeby byli tro­chę ci­szej. Za­miast tego za­cią­gnę­li mnie na im­pre­zę, pod­czas gdy ja ma­rzy­łam tyl­ko o swo­im łóż­ku.

– Na­praw­dę nie mam ocho­ty – po­wie­dzia­łam Kri­to­wi, któ­ry po­ło­żył dłoń na mo­ich ple­cach i zde­cy­do­wa­nym ge­stem wpro­wa­dził mnie do ich miesz­ka­nia.

– Dla­cze­go? Nikt cię nie po­gry­zie. Nie martw się, obie­cu­ję, że na to nie po­zwo­lę. – Roz­ba­wio­ny ton jego gło­su po­waż­nie mnie za­nie­po­ko­ił. To nie żar­ty, ja na­praw­dę nie chcia­łam iść na tę im­pre­zę.

– Pro­szę. Prze­pra­szam, że do was przy­szłam. Ja­koś po­sta­ram się za­snąć. Chcę już wró­cić do sie­bie.

Jesz­cze chwi­la i za­cznę go bła­gać na ko­la­nach. Ale co mi tam, waż­ne, żeby się stąd wy­rwać. Już so­bie wy­obra­ża­łam, jak wszy­scy od razu za­czną się na mnie ga­pić. Nie cier­pia­łam tego uczu­cia. Wie­dzia­łam, co so­bie po­my­ślą. I co zo­ba­czą. Tym bar­dziej że przy­szłam na górę w oku­la­rach do pra­cy na kom­pu­te­rze i z wło­sa­mi upię­ty­mi byle jak na czub­ku gło­wy. Po­czu­łam, jak moje ser­ce przy­spie­sza. Mu­sia­łam ucie­kać.

– O kur­czę, skar­bie, ty się cała trzę­siesz. – W gło­sie Kri­ta nie było już sły­chać roz­ba­wie­nia.

Za­trzy­mał się i wsu­nął pa­lec pod moją bro­dę, uno­sząc mi gło­wę. Po­ważna mina, z jaką przy­glą­dał się mo­jej twa­rzy, była dla mnie czymś zu­peł­nie no­wym. Jak do­tąd wy­da­wał się nie­ustan­nie czymś roz­ba­wio­ny.

– Chodź ze mną – po­le­cił ci­cho, uj­mu­jąc moją dłoń. Po­tem prze­pro­wa­dził mnie przez przed­po­kój w stro­nę za­mknię­tych drzwi.

Na ich wi­dok ogar­nę­ła mnie jesz­cze więk­sza pa­ni­ka: to jego sy­pial­nia. Nie ma mowy, że tam z nim wej­dę. Naj­wyż­sza pora wiać. Spró­bo­wa­łam wy­szarp­nąć dłoń, ale splótł pal­ce z mo­imi i ści­snął ją moc­niej. Jesz­cze ni­g­dy ża­den chło­pak nie trzy­mał mnie za rękę. Spoj­rza­łam w dół na na­sze złą­czo­ne dło­nie i przez chwi­lę po­czu­łam mę­tlik w gło­wie.

Do­tyk czy­jejś dło­ni wy­wo­łał we mnie bar­dzo przy­jem­ne do­zna­nia. Na­sze sple­cio­ne pal­ce da­wa­ły mi po­czu­cie, że nie je­stem sa­mot­na. Zu­peł­nie jak­bym do ko­goś na­le­ża­ła. Czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej od­czu­wa­łam coś po­dob­ne­go? Wąt­pli­we.

Krit otwo­rzył drzwi i wcią­gnął mnie do środ­ka, a po­tem sta­ran­nie je za nami za­mknął.

– Spo­koj­nie, nie masz się cze­go oba­wiać. Nie zro­bię nic, cze­go byś nie chcia­ła. Mu­sia­łem tyl­ko uciec od tego ha­ła­su, że­by­śmy mo­gli spo­koj­nie po­ga­dać sam na sam.

– Po­ga­dać? – spy­ta­łam, gdy pu­ścił moją dłoń. Od razu ogar­nę­ło mnie uczu­cie chło­du i sa­mot­no­ści. Splot­łam ra­zem dło­nie, sta­ra­jąc się w ten spo­sób za­cho­wać ich wcze­śniej­sze cie­pło. Bar­dzo przy­jem­ne cie­pło.

– In­try­gu­jesz mnie. Inne dziew­czy­ny zwy­kle nie są w sta­nie mnie za­sko­czyć. Ale ty, tan­ce­recz­ko, mnie in­try­gu­jesz. O co tu cho­dzi?

Zno­wu mnie tak na­zwał. Jak to moż­li­we? Mnie? Da­le­ko mi do tan­cer­ki. Ale było mi miło, że wy­my­ślił dla mnie spe­cjal­nie okre­śle­nie.

– Od dziec­ka nie­zbyt się udzie­la­łam to­wa­rzy­sko. Nie je­stem w tym do­bra. Chy­ba nie będę do was pa­so­wać.

Aż mnie skrę­ca­ło, że mu­sia­łam mu wy­ja­śniać tak oczy­wi­stą rzecz. Dziw­nym tra­fem nie do­cie­ra­ło do nie­go, że od­sta­ję od in­nych. A mnie nie uśmie­cha­ło się mó­wić mu o tym wprost.

Krit uniósł brew.

– Mó­wisz tak, jak­by to było coś złe­go. Więk­szość lu­dzi lubi się wy­róż­niać.

Wy­róż­niać? Nie, kom­plet­nie nie to mia­łam na my­śli. Po­krę­ci­łam prze­czą­co gło­wą.

– Nie, nie… nie o to mi cho­dzi­ło. Ja… nie… nie je­stem zbyt cie­ka­wym to­wa­rzy­stwem dla in­nych. – To za­brzmia­ło jesz­cze bar­dziej bez­sen­sow­nie. Ale cóż, nie mia­łam za­mia­ru tłu­ma­czyć temu fa­ce­to­wi, co jest ze mną nie tak. Je­śli sam tego nie wi­dział, niech mu bę­dzie. Tym le­piej.

Krit zmarsz­czył czo­ło, pa­trząc na mnie jak na wa­riat­kę. Cu­dow­nie. W koń­cu do­strzegł moje praw­dzi­we ja. Je­śli miał jesz­cze ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, wła­śnie uda­ło mi się je roz­wiać. Nie le­piej było trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi?

– Ty na­praw­dę tak my­ślisz… – ode­zwał się szep­tem, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku. – Kto, do cho­le­ry, ci to po­wie­dział?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi bez sło­wa i od­wró­ci­łam gło­wę, żeby ro­zej­rzeć się po po­ko­ju. Nie mia­łam za­mia­ru od­po­wia­dać na jego py­ta­nie. To było coś, o czym nikt nie po­wi­nien wie­dzieć.

Ścia­ny po­ma­lo­wa­no na przy­dy­mio­ny sza­ry ko­lor, a su­fit na czar­no. Dziw­ne, że po­zwo­li­li mu je prze­ma­lo­wać, bo u mnie nie wol­no było nic zmie­niać. Na sto­ją­cym na środ­ku wiel­kim po­dwój­nym łożu le­ża­ła skłę­bio­na po­ściel. W jed­nym rogu po­ko­ju sta­ła gi­ta­ra elek­trycz­na, w dru­gim aku­stycz­na. Przyj­rza­łam się do­kład­niej wi­szą­cym na ścia­nach pla­ka­tom. Na dwóch z nich wid­nia­ły – jak się do­my­śla­łam – ja­kieś ze­spo­ły roc­ko­we i ich au­to­gra­fy. Trze­ci zaś przed­sta­wiał, a jak­że, nagą blon­dyn­kę z gi­gan­tycz­ny­mi – miej­my na­dzie­ję, sztucz­ny­mi – pier­sia­mi, któ­re przy­po­mi­na­ły kule bi­lar­do­we. Nie, zde­cy­do­wa­nie nie mo­gły być praw­dzi­we. Blon­dyn­ka trzy­ma­ła mię­dzy no­ga­mi gi­ta­rę, a je­dy­ną za­sło­nę dla jej go­łe­go kro­cza sta­no­wi­ły za­ci­śnię­te na gry­fie dło­nie.

– Cie­ka­we, czy ona w ogó­le kie­dy­kol­wiek za­kła­da majt­ki – wy­rwa­ło mi się na głos, za­nim zo­rien­to­wa­łam się, co ro­bię.

Wy­buch śmie­chu Kri­ta spra­wił, że aż się wzdry­gnę­łam. Od­wró­ci­łam się do nie­go i wte­dy za­uwa­ży­łam, że ma w po­licz­kach dwa wy­raź­ne doł­ki. Ni­g­dy bym go o to nie po­dej­rze­wa­ła – to nie ten typ fa­ce­ta – a jed­nak. W każ­dym ra­zie zro­bi­ły na mnie spo­re wra­że­nie.

– Łu­dzę się, że ni­g­dy – wy­krztu­sił, gdy już prze­stał się śmiać. – Skąd je­steś? – spy­tał.

– Z ma­łe­go mia­stecz­ka w Ka­ro­li­nie Po­łu­dnio­wej. Na pew­no o nim nie sły­sza­łeś – od­par­łam, czu­jąc, jak mój żo­łą­dek za­ci­ska się w cia­sny su­peł. Jak zwy­kle na wspo­mnie­nie mo­je­go po­przed­nie­go ży­cia.

– Czy oni w tej two­jej dziu­rze są śle­pi? – spy­tał dziw­nie ła­god­nym to­nem.

Od­wró­ci­łam się do nie­go i przyj­rza­łam jego mi­nie. Czyż­by zno­wu się ze mnie na­bi­jał?

– Nie – od­par­łam krót­ko.

Krit zmarsz­czył czo­ło i kil­ka razy prze­cią­gnął kciu­kiem po dol­nej war­dze. Fa­scy­nu­ją­cy wi­dok. Miał nie­sa­mo­wi­te usta. Cie­ka­we, jak czę­sto się nimi po­słu­gi­wał. Mo­gła­bym się za­ło­żyć, że był wy­jąt­ko­wo bie­gły w po­ca­łun­kach.

Opu­ścił rękę i zro­bił krok w moją stro­nę.

– Pój­dziesz ze mną? Przed­sta­wię cię wszyst­kim, na­pi­jesz się piwa, je­śli chcesz. Co ty na to? Po­sta­rasz się roz­luź­nić i tro­chę za­ba­wić? – Ob­ni­żył głos, prze­cią­ga­jąc lek­ko każ­de sło­wo. Trud­no było mu od­mó­wić. – Chcę tyl­ko, że­byś po­by­ła przez chwi­lę mię­dzy ludź­mi. Tu mo­żesz się czuć bez­piecz­nie, oso­bi­ście tego przy­pil­nu­ję. Nie po­zwo­lę, żeby sta­ła ci się ja­kaś krzyw­da.

Za kil­ka dni za­czy­na­łam szko­łę, więc tak czy ina­czej na każ­dym kro­ku będę zmu­szo­na do kon­tak­tów z ludź­mi. To mógł być do­bry po­czą­tek. Chcia­ła­bym się tego na­uczyć, a nie za każ­dym ra­zem wpa­dać w pa­ni­kę. Sko­ro Krit ofe­ro­wał mi po­moc, chy­ba po­win­nam spró­bo­wać.

– Do­bra – wy­pa­li­łam szyb­ko, w oba­wie, że zmie­nię zda­nie.

Uśmiech za­do­wo­le­nia na jego twa­rzy pra­wie cał­ko­wi­cie prze­sło­nił mi fakt, że za chwi­lę cze­ka­ło mnie spo­tka­nie z gro­ma­dą nie­zna­jo­mych. Oni na pew­no nie będą tak za­śle­pie­ni jak Krit. Ktoś za­uwa­ży mój de­fekt. Za­wsze tak było.

Krit ski­nął gło­wą w kie­run­ku drzwi i uśmiech­nął się sze­rzej.

– No to chodź­my – po­wie­dział i pod­szedł do wyj­ścia. Ja jed­nak nie mo­głam się prze­móc i opu­ścić bez­piecz­ne­go za­ci­sza jego sy­pial­ni.

Kie­dy zer­k­nął za sie­bie i zo­rien­to­wał się, że na­dal tkwię w tym sa­mym miej­scu, za­śmiał się, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. Po­tem wy­cią­gnął do mnie rękę i cier­pli­wie cze­kał.

Spodo­ba­ło mi się, jak trzy­mał mnie za rękę. No do­bra, mogę spró­bo­wać. Zro­bi­łam krok w przód i wsu­nę­łam dłoń w jego dłoń. Uczu­cie cie­pła po­wró­ci­ło, a ja znów by­łam w sta­nie wziąć głę­bo­ki od­dech. W po­rząd­ku, nie jest tak źle.

– Chodź, tan­ce­recz­ko – ode­zwał się mięk­kim gło­sem, a po­tem wy­pro­wa­dził mnie do przed­po­ko­ju.

Od razu ogłu­szy­ła mnie mu­zy­ka. Od­gło­sy śmie­chu i roz­mów mo­men­tal­nie przy­po­mnia­ły mi, jak bar­dzo nie pa­so­wa­łam do tego świa­ta. Ży­łam jak od­lu­dek i było mi z tym do­brze. Do­kład­nie w tym mo­men­cie Krit – zu­peł­nie jak­by czy­tał w mo­ich my­ślach – ści­snął moją dłoń, by do­dać mi otu­chy. Tyl­ko spo­koj­nie, on jest przy mnie. To jego to­wa­rzy­stwo, obie­cał, że nie po­zwo­li, żeby kto­kol­wiek po­wie­dział mi coś nie­mi­łe­go.

– Gdzie się po­dzie­wa­li­ście? – chciał wie­dzieć Gre­en, marsz­cząc czo­ło. W tym ha­ła­sie nie do­sły­sza­łam jed­nak od­po­wie­dzi Kri­ta.

Mia­łam za­miar za­ga­dać do Gre­ena, bo spra­wiał wra­że­nie mi­łe­go fa­ce­ta i od po­cząt­ku czu­łam się przy nim swo­bod­nie. Po­do­bał mi się jego przy­ja­zny uśmiech. Za­nim jed­nak się ode­zwa­łam, Krit przy­cią­gnął mnie do sie­bie.

– Two­je piwo, pro­szę – oznaj­mił, wrę­cza­jąc mi pla­sti­ko­wy ku­bek. Wzię­łam go do ręki, choć wca­le nie za­mie­rza­łam pić. Nie lu­bi­łam za­pa­chu al­ko­ho­lu.

– Zo­sta­wi­łeś mnie samą – roz­legł się pe­łen pre­ten­sji głos blon­dyn­ki, z któ­rą wi­dzia­łam go wcze­śniej na ka­na­pie. Po­de­szła do nie­go, od­wra­ca­jąc się do mnie ple­ca­mi.

– Przy­szła moja przy­ja­ciół­ka. Sor­ki, kot­ku, mu­szę się nią za­jąć. Wró­cę do cie­bie, jak pój­dzie – od­parł, pusz­cza­jąc do niej oko. Po­tem przy­cią­gnął mnie bli­żej do sie­bie i po­pro­wa­dził w kie­run­ku ka­na­py.

Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nie­go z wy­rzu­tem, a po­tem po­sła­ła mi gniew­ne spoj­rze­nie. Była zła, że od­cią­gam od niej chło­pa­ka. I mia­ła ra­cję. W ten spo­sób nie zy­skam tu wie­lu zna­jo­mych.

Krit opadł na sofę, po­cią­ga­jąc mnie ze sobą. Czu­łam, jak wszy­scy się na nas ga­pią. Czyż­by mie­li mi za złe, że prze­ze mnie nie jest z blon­dyn­ką? Wbi­łam wzrok w trzy­ma­ny w ręku ku­bek, bo­jąc się unieść gło­wę.

– A to kto? – spy­tał z za­cie­ka­wie­niem mę­ski głos. Nie usły­sza­łam w nim pre­ten­sji. Wręcz prze­ciw­nie, był cał­kiem sym­pa­tycz­ny.

– To – ode­zwał się Krit, wsu­wa­jąc mi pa­lec pod bro­dę i zmu­sza­jąc, że­bym pod­nio­sła wzrok – jest moja nowa są­siad­ka, Bly­the. Bly­the, to Mat­ty, per­ku­si­sta w na­szej ka­pe­li.

Mat­ty miał mar­chew­ko­wo­ru­de, ster­czą­ce na wszyst­kie stro­ny wło­sy. Nie by­łam w sta­nie sku­pić wzro­ku na ni­czym in­nym. Chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam po­dob­nej fry­zu­ry.

– Cześć, Bly­the – rzu­cił Mat­ty. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łam, że miał cie­pły uśmiech i przy­ja­zne piw­ne oczy.

– Miło mi – wy­krztu­si­łam ochry­ple. Ner­wy mnie nie opusz­cza­ły, jak za­wsze, gdy mu­sia­łam roz­ma­wiać z nie­zna­jo­my­mi.

Mat­ty uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej, prze­no­sząc wzrok na Kri­ta.

– No, sta­ry – ode­zwał się, krę­cąc gło­wą, i upił dłu­gi łyk piwa ze swo­je­go kub­ka.

– Mat­ty może spra­wiać wra­że­nie dup­ka, ale wy­ba­cza­my mu brak zdol­no­ści kra­so­mów­czych – stwier­dził Krit, a usta miał tak bli­sko mo­je­go ucha, że jego cie­pły od­dech po­ła­sko­tał wraż­li­wą w tym miej­scu skó­rę.

Za­drża­łam, a wte­dy sie­dzą­cy tuż obok mnie Krit znie­ru­cho­miał. Za­nim zdą­ży­łam się za­wsty­dzić swo­jej gwał­tow­nej re­ak­cji, ści­snął moc­niej moją dłoń. Jego cie­pły uścisk po­now­nie zdo­łał mnie uspo­ko­ić.

– No, sta­ry – po­wtó­rzył Mat­ty ze śmie­chem. – Nie rób so­bie ze mnie jaj – wy­mam­ro­tał, po czym od­wró­cił się do mnie i uśmiech­nął z prze­ką­sem. – Uwa­żaj na nie­go, złot­ko.

– Prze­stań – rzu­cił Krit twar­dym to­nem, któ­ry mnie za­nie­po­ko­ił.

Mat­ty uniósł zna­czą­co brwi, a po­tem od­wró­cił się i so­bie po­szedł. Przej­rzał mnie. Za­uwa­żył mój de­fekt, tak jak wszy­scy. Mia­łam dość, chcia­łam stąd wyjść. Jak wi­dać, Krit był naj­bar­dziej wy­ro­zu­mia­łą ze wszyst­kich osób, ja­kie do tej pory spo­tka­łam. Nie chcia­łam po­zna­wać resz­ty jego kum­pli, bo spo­dzie­wa­łam się, że za­re­agu­ją tak samo jak Mat­ty.

– Mu­szę już iść – po­wie­dzia­łam do Kri­ta, pró­bu­jąc uwol­nić dłoń z jego ręki.

– Nie ma mowy – za­pro­te­sto­wał, wzmac­nia­jąc uścisk. – Nie zwra­caj na nie­go uwa­gi.

Ja­sne, po­win­nam tak zro­bić. Sęk w tym, że przez całe do­tych­cza­so­we ży­cie mia­łam do czy­nie­nia wy­łącz­nie z ludź­mi, któ­rzy uni­ka­li mo­je­go to­wa­rzy­stwa. Poza tym w po­bli­żu była atrak­cyj­na blon­dyn­ka, któ­rej bar­dzo za­le­ża­ło na Kri­cie. Pró­bo­wał mi po­móc wyjść do lu­dzi i był przy tym taki sym­pa­tycz­ny, ale nie chcia­łam spra­wiać mu kło­po­tu.

– Je­stem bar­dzo zmę­czo­na. Dzię­ki, że… że ze mną po­sie­dzia­łeś i po­ga­da­łeś – po­wie­dzia­łam. – Ale te­raz na­praw­dę mu­szę wra­cać do sie­bie.

Uda­ło mi się uwol­nić rękę z jego dło­ni. Wsta­łam pręd­ko z ka­na­py i ru­szy­łam w po­śpie­chu w stro­nę drzwi ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę, uwa­ża­jąc, żeby się nie po­tknąć i nie prze­wró­cić. Kie­dy wresz­cie wy­do­sta­łam się na ze­wnątrz, wzię­łam głę­bo­ki od­dech, ale ani na chwi­lę nie przy­sta­nę­łam.

– Bly­the! – do­biegł mnie z tyłu głos Gre­ena. Po­win­nam była udać, że go nie sły­szę, by jak naj­szyb­ciej za­szyć się w swo­im miesz­ka­niu, ale ja­koś nie po­tra­fi­łam tego zro­bić. Prze­cież był dla mnie taki miły.

Za­trzy­ma­łam się i spoj­rza­łam na nie­go przez ra­mię. Wy­szedł z miesz­ka­nia i ru­szył w moją stro­nę.

– Wszyst­ko gra?

Przy­tak­nę­łam, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

– Mhm, je­stem tyl­ko zmę­czo­na.

Nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go.

– Na pew­no?

Z da­le­ka zo­ba­czy­łam prze­ci­ska­ją­ce­go się mię­dzy im­pre­zo­wi­cza­mi Kri­ta. Wpa­try­wał się we mnie i wy­raź­nie kie­ro­wał w moją stro­nę.

Pora ucie­kać.

– Na pew­no. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Chcę tyl­ko wró­cić już do sie­bie.

– Bly­the! – sta­now­czy głos Kri­ta osa­dził mnie w miej­scu. Wy­da­wał się roz­gnie­wa­ny. Nie chcia­łam go roz­zło­ścić.

– Coś ty jej zro­bił? – spy­tał Gre­en, rzu­ca­jąc mu ostre spoj­rze­nie.

– Od­wal się! – wark­nął Krit. – Gów­no zro­bi­łem. Mu­szę z nią po­roz­ma­wiać – rzu­cił, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku.

– Ona nie jest jak… – za­czął Gre­en, ale Krit nie dał mu dojść do sło­wa.

– Chy­ba, kuź­wa, wiem. Nie cho­dzi o to. A te­raz spa­daj.

Gre­en wes­tchnął z re­zy­gna­cją i ski­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą. Po­tem od­wró­cił się i po­szedł z po­wro­tem na im­pre­zę.

– Co się sta­ło? – zwró­cił się do mnie Krit.

Na­dal nic nie ro­zu­miał, a ja nie mo­głam się zdo­być na od­wa­gę i uświa­do­mić mu, że je­stem do ni­cze­go.

– Po pro­stu je­stem zmę­czo­na.

Prze­su­nął dło­nią po wło­sach i gło­śno wes­tchnął.

– No do­bra, zgo­da. Pod wa­run­kiem że tyl­ko z tego po­wo­du wy­cho­dzisz. – Wska­zał pal­cem swo­je drzwi. – Ale je­śli cho­dzi o to, co po­wie­dział Mat­ty, po pro­stu olej pa­lan­ta. My­śli, że do cie­bie star­tu­ję. – Umilkł na chwi­lę i uśmiech­nął się po­ro­zu­mie­waw­czo, jak­by to był ja­kiś nasz pry­wat­ny żart. – Zo­ba­czył cię i od razu za­ło­żył, że tak jest. Nie je­stem śle­py, Bly­the. Wiem, że nie je­steś dziew­czy­ną dla mnie. Po pro­stu się o cie­bie mar­twię. Nie je­stem taki zły, na ja­kie­go wy­glą­dam. Ni­g­dy nie zro­bił­bym ci cze­goś ta­kie­go. Mam oczy i wszyst­ko ro­zu­miem. Sta­ra­łem się tyl­ko po­móc, jak przy­ja­ciel. Spra­wiasz wra­że­nie, że po­trze­ba ci ko­goś, kto ci doda od­wa­gi. Wierz mi, na­praw­dę chcia­łem do­brze.

Aha, czy­li jed­nak mnie przej­rzał. Wie­dział, co jest ze mną nie tak – od sa­me­go po­cząt­ku. Po­czu­łam, że robi mi się nie­do­brze, a ser­ce za­czy­na wa­lić jak mło­tem. Odro­bi­na swo­bo­dy, jaką za­czę­łam od­czu­wać w jego to­wa­rzy­stwie, ulot­ni­ła się bez­pow­rot­nie.

Dłu­żej nie wy­trzy­mam.

Po­ki­wa­łam tyl­ko gło­wą i pu­ści­łam się bie­giem przed sie­bie. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej skryć się we wła­snym miesz­ka­niu, za­nim zwy­mio­tu­ję. Mia­łam wra­że­nie, że mój ści­śnię­ty w su­peł żo­łą­dek lada mo­ment eks­plo­du­je.

Krit

Sta­łem przy oknie z wi­do­kiem na za­to­kę, po­pi­ja­jąc z kub­ka dru­gą już tego ran­ka kawę. Ze­gar po­ka­zy­wał za pięt­na­ście je­de­na­stą, ale ja do­pie­ro od nie­daw­na by­łem na no­gach. Obu­dzi­ły mnie czu­ło­ści Britt. Nie po­do­ba­ło mi się, kie­dy po sek­sie za­sy­pia­ła i zo­sta­wa­ła u mnie do rana. Do­ty­ka­ła mnie wte­dy pod­czas snu, a tego nie zno­si­łem.

Mu­sia­łem się nie­źle wsta­wić, żeby prze­le­cieć Britt po tym, jak moja sek­sow­na, lecz cho­ler­nie nie­śmia­ła są­sia­decz­ka zwia­ła, jak­by go­ni­ło ją sto dia­błów. Rany, ta la­ska jest nie­źle po­pa­pra­na. Tak, to je­dy­ne lo­gicz­ne wy­ja­śnie­nie. Chy­ba ma coś z gło­wą. Ow­szem, jest fan­ta­stycz­na, a w jej oczach moż­na uto­nąć na amen, ale co z tego? Pro­ble­my z psy­chi­ką to dla mnie za wie­le.

Britt była bez­pro­ble­mo­wa. Ta­kie dziew­czy­ny lu­bi­łem naj­bar­dziej.

Sęk w tym, że Britt nie jest wła­ści­ciel­ką naj­cu­dow­niej­sze­go na świe­cie uśmie­chu. Ja­sna cho­le­ra! Po­trzą­sa­jąc gło­wą, gwał­tow­nie od­sta­wi­łem ku­bek i się od­wró­ci­łem. Wte­dy na­po­tka­łem wzro­kiem sto­ją­ce­go w sa­lo­nie Gre­ena, któ­ry mie­rzył mnie ostrym spoj­rze­niem.

– No co? – wark­ną­łem. Nie zno­si­łem tej jego peł­nej dez­apro­ba­ty miny.

– Do­brze wiesz co – od­parł z gnie­wem. – Mo­głeś dać so­bie spo­kój. Mia­łem wszyst­ko pod kon­tro­lą. Po­lu­bi­ła mnie i za­czy­na­ła się czuć na lu­zie. Ale ty oczy­wi­ście mu­sia­łeś się wpie­przyć, żeby udo­wod­nić, że na cie­bie po­le­ci. Ona nie jest taka. Jest czy­sta jak cho­ler­ny krysz­tał. Trzy­maj sięod niej z da­le­ka.

Już daw­no nie zda­rzy­ło się nam po­kłó­cić o dziew­czy­nę.

– Wiem, jaka jest. Chcia­łem do­brze. Tro­chę świ­ro­wa­ła, więc sta­ra­łem się jej po­móc. Jest strasz­nie nie­śmia­ła.

Gre­en uniósł ręce.

– A my­ślisz, że co niby ja ro­bi­łem?

Po­że­ra­łeś wzro­kiem jej fan­ta­stycz­ne cia­ło, dup­ku. Do­kład­nie to ro­bi­łeś.

– Sta­ra­łem się jej po­móc – po­wtó­rzy­łem – a nie za­cią­gnąć do łóż­ka. I chro­ni­łem ją też przed tobą. To ty, kur­wa, trzy­maj się od niej z da­le­ka! – ostrze­głem go.

– Nie­sa­mo­wi­te. Ale z cie­bie ego­istycz­ny du­pek. Wca­le nie o to ci cho­dzi­ło. Już pra­wie mnie po­lu­bi­ła, wi­dzia­łem to po jej oczach. Ale wte­dy oczy­wi­ście mu­sia­łeś wkro­czyć i za­gar­nąć ją dla sie­bie. Tak, że aż mu­sia­ła przed tobą ucie­kać.

– Coś z nią jest nie tak. Nie wiem co, ale ma ja­kieś pro­ble­my. Wi­dać wy­raź­nie, że nie za­mie­rza trak­to­wać cię ina­czej niż tyl­ko jak przy­ja­cie­la, a ty chcesz od niej cze­goś wię­cej. Ostrze­gam cię ostat­ni raz, Gre­en. Nie do­sta­wiaj się do niej. To nie ten ad­res.

– O czym tak de­ba­tu­je­cie? – spy­ta­ła Britt, prze­cie­ra­jąc za­spa­ne oczy. Ła­zi­ła po miesz­ka­niu owi­nię­ta prze­ście­ra­dłem z mo­je­go cho­ler­ne­go łóż­ka. Do­pro­wa­dza­ło mnie to do sza­łu.

– Ubierz się i so­bie idź – po­le­ci­łem jej, a sam po­sze­dłem do ła­zien­ki wziąć prysz­nic.

– Na­praw­dę nie wiem, dla­cze­go rano za­wsze trak­tu­jesz mnie jak gów­no! A tak do­brze się ba­wi­li­śmy w nocy – wark­nę­ła, gdy ją mi­ja­łem.

– Wrzuć prze­ście­ra­dło do bru­dów przed wyj­ściem – rzu­ci­łem w od­po­wie­dzi. Po­tem wsze­dłem do ła­zien­ki i za­mkną­łem się od środ­ka.

– Du­pek! – wrza­snę­ła Britt na tyle gło­śno, by wszy­scy ją usły­sze­li.

– Ale i tak cią­gle się z nim pie­przysz – za­uwa­żył Gre­en. – Mó­wi­łem ci już, że ni­g­dy nie za­stą­pisz mu Jess. Była dla nie­go kimś wy­jąt­ko­wym. Żad­na z was nie jest w sta­nie za­jąć jej miej­sca.

Jess. Je­dy­na ko­bie­ta, któ­rej po­zwo­li­łem się do sie­bie zbli­żyć. Z nią wszyst­ko szło ła­twiej, bo ra­zem do­ra­sta­li­śmy. Rany, co ona po­tra­fi­ła wy­czy­niać w łóż­ku. I jaka była cho­ler­nie sek­sow­na. Tę­sk­ni­łem za nią jak dia­bli.

Wsze­dłem pod prysz­nic i od­krę­ci­łem kran.

No cóż, Jess na­le­ża­ła już do prze­szło­ści. Była za­ko­cha­na, wy­pro­wa­dzi­ła się da­le­ko na pół­noc ze swo­im na­dzia­nym fa­ce­tem z Ha­rvar­du. Żyła jak w baj­ce, do­kład­nie tak, jak za­wsze ma­rzy­ła. Szcze­rze mó­wiąc, cie­szy­łem się jej szczę­ściem. Tego typu ży­cie rzad­ko tra­fia się lu­dziom ta­kim jak Jess czy ja. Je­śli nie mo­głem jej mieć, by­łem za­do­wo­lo­ny, że ma przy so­bie fa­ce­ta, któ­ry ją uwiel­bia. Trze­ba przy­znać, że ten gno­jek do­słow­nie ca­ło­wał zie­mię, po któ­rej stą­pa­ła. To był je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go się prze­ła­ma­łem i po­go­dzi­łem z jej odej­ściem.

Wie­dzia­łem, że ni­g­dy nie będę fa­ce­tem, ja­kie­go po­trze­bo­wa­ła Jess. Mia­łem swo­je na­ło­gi, a jed­nym z nich były ko­bie­ty. Mia­łem ich na pęcz­ki. Uwiel­bia­łem ich za­pach i de­li­kat­ność. Wspa­nia­łe uczu­cie cie­pła i cia­sno­ty, kie­dy się w nie za­głę­bia­łem. Wszyst­ko w nich było cu­dow­ne. Tam­tej nocy, gdy Jess po­wie­dzia­ła, że ma mnie dość, po­sze­dłem się za­ba­wić w trój­ką­cie. Nie wi­dzia­łem w tym żad­ne­go pro­ble­mu.

Ale Jess uzna­ła to za do­wód, że jej nie ko­cham. Nie­praw­da, ko­cha­łem ją, tyl­ko kie­dy mnie ode­pchnę­ła, po­sta­no­wi­łem po­szu­kać sek­su gdzie in­dziej. Do­pie­ro po­tem zda­łem so­bie spra­wę, że to nie­zbyt mą­dre po­su­nię­cie. Ale nic nie po­ra­dzę, taki już je­stem. Jess zda­wa­ła so­bie spra­wę z mo­jej na­tu­ry i wie­dzia­ła, że nie na­da­ję się na mo­no­ga­mi­stę. I choć bar­dzo jej pra­gną­łem, nie po­tra­fi­łem stać się fa­ce­tem, na ja­kie­go za­słu­gi­wa­ła.

Tę­sk­no­ta za do­ty­kiem nie jest prze­cież ni­czym złym. W dzie­ciń­stwie prak­tycz­nie mnie go po­zba­wio­no, więc cały czas szu­ka­łem bli­sko­ści. Uwiel­bia­łem uczu­cie przy­jem­no­ści, ja­kie­go do­star­cza­ły mi ko­bie­ty. Moja sio­stra wy­sy­ła­ła mnie z tego po­wo­du na te­ra­pię, prze­ko­na­na, że dzie­ciń­stwo zwich­nę­ło mi psy­chi­kę. Ale mnie było z tym do­brze. Lu­bi­łem swo­je ży­cie i nie po­trze­bo­wa­łem psy­chia­try, żeby wy­ja­śnił mi, dla­cze­go tak bar­dzo lu­bię seks.

– Rozdział IV –

Bly­the

Przez resz­tę ty­go­dnia ani razu nie na­tknę­łam się na Kri­ta. Nie wy­pra­wił też w tym cza­sie żad­nej im­pre­zy. Choć coś się jed­nak wy­da­rzy­ło – na­stęp­ne­go dnia po tym, jak pró­bo­wa­łam uci­szyć jego to­wa­rzy­stwo, po po­wro­cie z bi­blio­te­ki zna­la­złam pod swo­imi drzwia­mi iPo­da w kom­ple­cie ze słu­chaw­ka­mi i do­łą­czo­nym li­ści­kiem: „Żeby ła­twiej ci było zno­sić ha­ła­sy od są­sia­da – K.”.

Roz­glą­da­łam się za nim przez kil­ka ko­lej­nych dni, żeby mu po­dzię­ko­wać. Na iPo­dzie na­gra­ne było po­nad dwa ty­sią­ce pio­se­nek, więc wy­glą­da­ło na to, że do koń­ca ży­cia będę mia­ła cze­go słu­chać. Ale gdy przez cały ty­dzień nie zo­ba­czy­łam go ani na­wet nie usły­sza­łam na ko­ry­ta­rzu, do­szłam do wnio­sku, że chy­ba mnie uni­ka.

Po­win­nam się była tego spo­dzie­wać, ale i tak za­bo­la­ło mnie to bar­dziej, niż chcia­łam przed sobą przy­znać. Przez chwi­lę łu­dzi­łam się, że może nie zwró­ci uwa­gi na to, że jest ze mną coś nie tak, i w koń­cu zy­skam przy­ja­cie­la. Ale sta­ło się ina­czej.

Dziś roz­po­czy­na­łam na­ukę. Mia­łam w pla­nie za­ję­cia z li­te­ra­tu­ry świa­to­wej i pod­staw fi­zy­ki. Po­tem by­łam umó­wio­na z swo­im no­wym sze­fem. Pa­stor Wil­liams za­ła­twił mi po­sa­dę w miej­sco­wej pa­ra­fii. Nie wie­dzia­łam do­kład­nie, co o mnie na­ga­dał, stwier­dził je­dy­nie, że na pew­no nadam się do tej pra­cy. Nie prze­sta­wa­ły mnie jed­nak drę­czyć oba­wy, że nowy szef le­d­wie na mnie spoj­rzy i od razu wy­rzu­ci mnie za drzwi. Sko­ro na­wet wy­ta­tu­owa­ny rock­man z po­ma­lo­wa­ny­mi ocza­mi od razu za­uwa­żył mój de­fekt, tym bar­dziej nie bę­dzie mia­ła z tym pro­ble­mu oso­ba du­chow­na.

Martwie­nie się na za­pas ni­cze­go mi nie uła­twia­ło, a wręcz prze­ciw­nie, tyl­ko po­gar­sza­ło sy­tu­ację. Prze­cze­sa­łam wło­sy ko­lej­ny raz i za­pa­trzy­łam się w swo­je od­bi­cie w lu­strze. Po­sta­no­wi­łam za­ło­żyć dżin­sy i naj­lep­szą ze swo­ich no­wych blu­zek – tę, któ­ra pa­so­wa­ła do ró­żo­wych szpi­lek. Nie mia­łam po­ję­cia, jak po­win­nam ubie­rać się do pra­cy w ko­ście­le, ale po­nie­waż dziś mia­łam tyl­ko spo­tka­nie z pa­sto­rem, uzna­łam, że taki strój bę­dzie od­po­wied­ni. Spraw­dzi­łam, czy w ple­ca­ku mam oku­la­ry i lap­top. Kie­dy upew­ni­łam się, że o ni­czym nie za­po­mnia­łam, ze­szłam na dół do sa­mo­cho­du.

* * *

Przed pierw­szy­mi za­ję­cia­mi ba­łam się, że w no­wej szko­le za­błą­dzę i nie zro­bię do­brych no­ta­tek, ale wszyst­ko oka­za­ło się ła­twiej­sze, niż się spo­dzie­wa­łam. Pro­fe­so­ro­wie zro­bi­li na mnie do­bre wra­że­nie. Nie za­mie­ni­łam z ni­kim ani sło­wa, ale to mi nie prze­szka­dza­ło. Nie mu­sia­łam ko­niecz­nie za­wie­rać no­wych zna­jo­mo­ści. Nie po to się tu zna­la­złam.

Ko­ściół, w któ­rym mia­łam pra­co­wać, na­le­żał do bap­ty­stów – tak samo jak ten, w któ­rym do­ra­sta­łam. Jak zdą­ży­łam się zo­rien­to­wać, na­le­żał do naj­więk­szych w mie­ście. Nad­mor­ski styl, w ja­kim go zbu­do­wa­no i urzą­dzo­no, tro­chę mnie za­sko­czył, ale bar­dzo mi się spodo­bał. Nie przy­po­mniał ko­ścio­ła z mo­je­go dzie­ciń­stwa i dzię­ki temu na szczę­ście nie ko­ja­rzył mi się z po­przed­nim do­mem. Nie chcia­łam, aby co­kol­wiek przy­po­mi­na­ło mi o daw­nym ży­ciu. Praw­dę mó­wiąc, prze­ra­ża­ła mnie już sama per­spek­ty­wa po­now­nej wi­zy­ty w ko­ście­le. Nic dziw­ne­go, sko­ro wie­le z mo­ich naj­gor­szych wspo­mnień zwią­za­nych było wła­śnie z tym miej­scem.

Cóż, wła­śnie taką pra­cę za­ła­twił mi pa­stor Wil­liams. Mój nowy pra­co­daw­ca zgo­dził się do­sto­so­wać go­dzi­ny pra­cy do mo­ich za­jęć, a wy­na­gro­dze­nie wy­star­cza­ło, żeby bez pro­ble­mu się utrzy­mać i w mia­rę kom­for­to­wo żyć. Obie­ca­łam so­bie, że je­śli ta pra­ca nie bę­dzie mi pa­so­wać, po­szu­kam in­nej na wła­sną rękę. Choć praw­dę mó­wiąc, nie bar­dzo wie­dzia­łam, co in­ne­go mo­gła­bym ro­bić.

Pod­cią­gnę­łam pa­sek ple­ca­ka wy­żej na ra­mię i we­szłam głów­ny­mi drzwia­mi do środ­ka. Mo­men­tal­nie ude­rzył mnie w noz­drza ko­ko­so­wy za­pach. Dziw­ne, nasz ko­ściół ni­g­dy nie pach­niał jak ole­jek do opa­la­nia. Co naj­wy­żej czu­ło się w nim du­szą­cy za­pach kwia­tów. To miej­sce bar­dziej ko­ja­rzy­ło się z pla­żą. Roz­luź­ni­łam się, roz­glą­da­jąc po wnę­trzu urzą­dzo­nym w swoj­skim, nie­for­mal­nym sty­lu. Nie wi­dzia­łam po­dob­ne­go w żad­nym ze zna­nych mi ko­ścio­łów.

– Mogę w czymś po­móc? – roz­legł się mę­ski głos, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

Od­wró­ci­łam się i sta­nę­łam twa­rzą w twarz z nie­wie­le star­szym od sie­bie chło­pa­kiem. Nie­moż­li­we, żeby to był pa­stor – zwy­kle nie by­wa­li tak mło­dzi i przy­stoj­ni. Miał krót­ko przy­cię­te ciem­no­brą­zo­we wło­sy, a w jego zie­lo­nych oczach mi­go­ta­ły we­so­łe iskier­ki. Zdą­ży­łam jesz­cze za­re­je­stro­wać wzro­kiem sze­ro­kie bar­ki i kształt­ne ra­mio­na, gdy chrząk­nął zna­czą­co.

Po­de­rwa­łam gło­wę do góry, na­po­ty­ka­jąc jego spoj­rze­nie. Na­dal się uśmie­chał, choć te­raz już z wy­raź­nym roz­ba­wie­niem. Niech to dia­bli! Zro­bi­łam z sie­bie idiot­kę.

– Eee… no tak. Przy­szłam na spo­tka­nie z pa­sto­rem Ke­ena­nem. By­łam umó­wio­na – wy­ja­śni­łam. Ani razu się przy tym nie za­cię­łam, co za­zwy­czaj mi się zda­rza­ło w roz­mo­wach z atrak­cyj­ny­mi fa­ce­ta­mi.

– Bly­the Den­ton? – spy­tał, otwie­ra­jąc sze­ro­ko oczy ze zdu­mie­nia.

Po­ki­wa­łam gło­wą bez sło­wa. Skąd znał moje imię?

– Spo­dzie­wa­łem się ko­goś zu­peł­nie in­ne­go. To jest… Łał. Ekhm, to zna­czy… Za­ło­żę się, że tata też się tego nie spo­dzie­wał. No, do­bra… – Za­milkł na chwi­lę, a po­tem za­śmiał się, krę­cąc gło­wą z nie­do­wie­rza­niem i po­cie­ra­jąc dło­nią kark.

Nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dzi, ale na pew­no nie był to pa­stor Ke­enan. Spra­wiał jed­nak wra­że­nie bar­dzo za­sko­czo­ne­go.

– Tata? – zdzi­wi­łam się, na próż­no sta­ra­jąc się opa­no­wać ner­wo­we drże­nie gło­su.

– Tata – po­wtó­rzył, przy­glą­da­jąc mi się nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem. Po­tem za­mru­gał, jak­by na­gle się opa­mię­tał, i sze­ro­ko uśmiech­nął, spo­glą­da­jąc w głąb ko­ry­ta­rza.

– Mhm, mój tata. Pa­stor Ke­enan to mój oj­ciec, to z nim masz się spo­tkać.

Aha.

– Czy on tu jest? – spy­ta­łam.

Po­ki­wał gło­wą, po czym zro­bił krok w przód i wy­cią­gnął do mnie rękę.

– Linc Ke­enan. Miło mi cię po­znać, Bly­the.

Uję­łam jego dłoń i uprzej­mie uści­snę­łam.

– Dzię­ki – od­par­łam.

Kie­dy zwol­nił uścisk, ski­nął gło­wą w stro­nę ko­ry­ta­rza.

– Tędy.

Uff. Wy­szło dość nie­zręcz­nie, ale spodo­bał mi się uśmiech Lin­ca. Wy­da­wał się szcze­ry i miły. Ni­g­dy wcze­śniej nie zda­rzy­ło mi się po­lu­bić któ­re­goś z dzie­ci pa­sto­rów. Po­zna­łam ich bar­dzo wie­le, gdy ca­ły­mi ro­dzi­na­mi przy­jeż­dża­li w od­wie­dzi­ny do na­sze­go ko­ścio­ła. Za­wsze albo mnie źle trak­to­wa­ły, albo bu­dzi­ły we mnie strach. Na­wet je­śli któ­raś z có­re­czek chwi­lo­wo się ze mnie nie wy­śmie­wa­ła, mu­siał się zna­leźć ja­kiś sy­nek, któ­ry stro­ił do mnie głu­pie miny. Je­den z nich po­su­nął się na­wet do tego, że za­czął mnie ob­ma­cy­wać, za­ty­ka­jąc mi dło­nią usta, że­bym nie mo­gła krzy­czeć. Oznaj­mił, że do­brze wie, że je­stem pusz­czal­ska, bo sły­szał, co o mnie plot­ku­ją na mie­ście. Na­zwał mnie go­rą­cą la­ską i stwier­dził, że musi po­sma­ko­wać mo­jej cip­ki. Za­czę­łam pła­kać, gdy wsa­dził mi łapę w majt­ki. Mia­łam szczę­ście, bo na­krył nas pa­stor Wil­liams i ka­zał mu prze­stać. Po­tem wy­słał mnie do mo­je­go po­ko­ju i za­bro­nił z nie­go wy­cho­dzić aż do koń­ca week­en­du.

Nikt ni­g­dy nie wró­cił do tego te­ma­tu. Nie po­roz­ma­wiał ze mną ani nie za­in­te­re­so­wał się, co czu­ję. Ode­sła­no mnie je­dy­nie do po­ko­ju. Czu­łam się prze­ra­żo­na i po­ni­żo­na.

Jak wi­dać, nie mia­łam do­tąd zbyt przy­jem­nych do­świad­czeń w kon­tak­tach z dzieć­mi pa­sto­rów. Ży­wi­łam na­dzie­ję, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej, bo bar­dzo chcia­łam, żeby moja nowa pra­ca wy­pa­li­ła.

Linc wpro­wa­dził mnie do kan­ce­la­rii.

– Pój­dę po­wie­dzieć ojcu, że już przy­szłaś. Usiądź i roz­gość się. Wró­cę za mi­nut­kę.

Po­ki­wa­łam gło­wą i usia­dłam na mięk­kiej skó­rza­nej so­fie. To po­miesz­cze­nie rów­nież urzą­dzo­no w ży­wych bar­wach i swoj­skim sty­lu. W ką­cie sta­ła duża pal­ma, a na ni­skich sto­li­kach i biur­ku re­cep­cji – do­nicz­ki z bam­bu­sa­mi. Tak­że i tu­taj przy­jem­nie pach­nia­ło ko­ko­sem. Do­strze­głam kil­ka po­roz­sta­wia­nych tu i ów­dzie świec w ru­sty­kal­nych me­ta­lo­wych świecz­ni­kach. Wi­dać było, że są czę­sto uży­wa­ne.

Drzwi kan­ce­la­rii otwo­rzy­ły się i do środ­ka wszedł męż­czy­zna, któ­ry wy­glą­dał jak star­sza wer­sja Lin­ca. Spoj­rzał mi w oczy i jego twarz roz­ja­śnił uśmiech. Ze­rwa­łam się po­spiesz­nie na nogi i za­czę­łam ner­wo­wo sku­bać swój ple­cak.

– By­łem na two­im ofia­ro­wa­niu dzie­więt­na­ście lat temu. Nie mogę uwie­rzyć, że tak wy­ro­słaś i że to na­praw­dę ty.

Był na moim ofia­ro­wa­niu? Pa­stor Wil­liams nic mi o tym nie wspo­mniał.

– Spo­dzie­wa­łem się, że je­steś już pra­wie do­ro­sła. Mal­colm mó­wił, że wy­ro­słaś na pięk­ną i in­te­li­gent­ną ko­bie­tę. Nie by­łem jed­nak przy­go­to­wa­ny na taki wi­dok.

Mal­colm to imię pa­sto­ra Wil­liam­sa. Zna­łam je, oczy­wi­ście, ale ni­g­dy się tak do nie­go nie zwra­ca­łam.

– Dzię­ku­ję – ode­zwa­łam się, choć nie bar­dzo wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć.

Cof­nął się lek­ko i dał mi ręką znak, że­bym po­szła za nim do jego ga­bi­ne­tu.

– Wi­dzę, że już po­zna­łaś Lin­col­na. Bę­dzie na na­szym spo­tka­niu. Pra­wie od dwóch ty­go­dni nie mamy se­kre­tar­ki i Lin­coln ją za­stę­po­wał. Ale wierz mi, już naj­wyż­sza pora, żeby wró­cił do swo­jej wła­ści­wej pra­cy. Tu­taj nie­zbyt do­brze mu szło – oznaj­mił pa­stor Ke­enan lek­ko żar­to­bli­wym to­nem.

Uśmiech­nę­łam się, zer­ka­jąc na Lin­ca, któ­ry stał opar­ty o re­gał z książ­ka­mi, z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si i za­do­wo­lo­nym uśmie­chem na twa­rzy. Wi­dać było wy­raź­nie, że z wiel­ką chę­cią sce­du­je na mnie obo­wiąz­ki se­kre­tar­ki. Te­raz już ro­zu­mia­łam, dla­cze­go tak się ucie­szył, że przy­szłam.

– Mo­głam za­cząć ty­dzień temu, gdy­bym wie­dzia­ła, że jest taka po­trze­ba. Pa­stor Wil­liams po­wie­dział mi, że mam przyjść do­pie­ro dzi­siaj – wy­ja­śni­łam. Po­czu­łam się win­na, że nie po­mo­głam im wcze­śniej.