Tylko ze mną - Abbi Glines - ebook

97 osób właśnie czyta

Opis

Rock Taylor, wschodząca gwiazda futbolu, może mieć każdą dziewczynę.

 

Trisha Corbin, wrażliwa i piękna, nie interesuje się chłopakami. Skrywa pewien sekret…

 

Trisha, ofiara przemocy ze strony macochy i jej partnerów, nie wierzy w mężczyzn i w miłość. Myśli tylko o tym, by wyrwać siebie i młodszego brata z rodzinnego domu.

 

Rock ma już plan na przyszłość – chce podporządkować swoje życie karierze futbolowej. Stypendium sportowe to spełnienie jego marzeń... Do czasu, gdy w dramatycznych okolicznościach spotyka Trishę.

 

Czy lepiej w życiu trzymać się planu?

 

Czy może dać się ponieść emocjom?

 

Czy młodzi odnajdą swoje szczęście?

 

To opowieść dla wszystkich, którzy wierzą w miłość…

 

I dla tych, którzy chcą uwierzyć w nią na nowo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Until the end
Au­tor: Abbi Gli­nes
Tłu­ma­cze­nie: Re­gi­na Mo­ścic­ka
Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak
Ko­rek­ta: Pra­cow­nia CO­GI­TO
Skład: Iza­be­la Kruź­lak
Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Jes­si­ca Han­del­man
Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne okład­ki: Ilo­na i Do­mi­nik Trze­biń­scy  
Zdję­cie na okład­ce: © 2015 by Mi­cha­el Frost
Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Na­ta­lia Ostap­ko­wicz
Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał
First Si­mon & Schu­s­ter Chil­dren’s Pu­bli­shing Di­vi­sion edi­tion Octo­ber 2015
Text co­py­ri­ght © 2014 by Abbi Gli­nes Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.
Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.
Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.
Biel­sko-Bia­ła 2019
Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o. ul. Za­po­ra 25 43-382 Biel­sko-Bia­ła tel. 338282828, fax 338282829pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl
ISBN 978-83-8103-545-3
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Wszyst­kim czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom,któ­rzy prze­by­li ra­zem ze mną dłu­gą dro­gęod wy­da­nia Od­dy­chaj mną

– Roz­dział I –

TERAZ

Rock

– Ta­tu­siu, patrz na mnie! – za­wo­ła­ła z prze­ję­ciem Da­isy May, cho­ciaż i tak sku­pia­łem całą uwa­gę tyl­ko na niej.

– Pa­trzę – za­pew­ni­łem ją.

Roz­pę­dzi­ła się po po­dwór­ku i zro­bi­ła se­rię gwiazd za­koń­czo­ną sal­tem, któ­re, jak już się zdą­ży­łem do­wie­dzieć, fa­cho­wo na­zy­wa­ło się prze­rzu­tem w tył. Moja có­recz­ka upra­wia­ła gim­na­sty­kę, więc mu­sia­ła bar­dzo dużo tre­no­wać. Za każ­dym ra­zem, gdy uśmie­cha­ła się do mnie i wo­ła­ła: „Ta­tu­siu, po­patrz!”, do­cho­dzi­łem do wnio­sku, że nic na świe­cie nie by­ło­by w sta­nie spra­wić mi więk­szej fraj­dy niż jej wi­dok.

Od­kąd dwa i pół roku temu zo­sta­łem jej oj­cem, by­łem prze­ko­na­ny, że to jak do tej pory naj­szczę­śliw­sze lata w moim ży­ciu. I jesz­cze tyl­ko je­den uśmiech po­tra­fił po­ru­szyć mnie rów­nie moc­no, co roz­ra­do­wa­na bu­zia Da­isy May.

Tri­sha wy­szła tyl­ny­mi drzwia­mi z na­sze­go domu, nio­sąc w rę­kach dwie szklan­ki le­mo­nia­dy. To ona była tą dru­gą, któ­rej uśmiech kom­plet­nie mnie za­wo­jo­wał. Da­isy May po­ja­wi­ła się w moim ży­ciu do­syć nie­daw­no, ale Tri­sha była w nim znacz­nie dłu­żej. Za­fa­scy­no­wa­ła mnie już jako na­sto­lat­ka, choć w tam­tych cza­sach nie chcia­ła na­wet na mnie spoj­rzeć. A po­tem, gdy sta­ła się ko­bie­tą, cał­kiem mnie ocza­ro­wa­ła.

Zda­niem Da­isy May, Bren­ta i Jim­my’ego, Tri­sha była naj­lep­szą mamą pod słoń­cem. A przy tym naj­wspa­nial­szą ko­bie­tą na świe­cie, o czym mo­głem za­świad­czyć ja sam. Na każ­dym kro­ku da­wa­li­śmy jej od­czuć, że ją ubó­stwia­my.

– Ide­al­nie, Da­isy, skar­bie! – za­wo­ła­ła z dumą w gło­sie Tri­sha, a wte­dy bu­zia Da­isy May mo­men­tal­nie się roz­pro­mie­ni­ła.

Na­sza có­recz­ka przez pierw­sze sie­dem lat swo­je­go ży­cia do­ra­sta­ła po­zba­wio­na mat­czy­nej mi­ło­ści. Bio­lo­gicz­na mat­ka dzie­ci, któ­re uwa­ża­li­śmy te­raz za swo­je wła­sne, nie była w sta­nie ni­ko­go po­ko­chać. Peł­na gnie­wu i go­ry­czy, za­nie­dby­wa­ła nie tyl­ko ma­lu­chy, ale i naj­star­sze­go syna, któ­re­go uwa­ża­łem za jed­ne­go ze swo­ich naj­lep­szych przy­ja­ciół – Pre­sto­na Dra­ke’a. Gdy­by nie on, młod­sze ro­dzeń­stwo nie za­zna­ło­by żad­nych cie­plej­szych uczuć. Tak wy­glą­da­ło ich ży­cie do mo­men­tu, kie­dy mat­ka przedaw­ko­wa­ła i trze­ba było za­pew­nić dzie­ciom nowy dom. Pre­ston był go­tów sam wy­cho­wy­wać ma­lu­chy, ale ra­zem z Tri­shą tak moc­no je po­ko­cha­li­śmy, że po­pro­si­li­śmy, by po­zwo­lił nam je ad­op­to­wać. Pre­ston zgo­dził się, bo pra­gnął dla nich praw­dzi­we­go domu i od­da­nych ro­dzi­ców, cze­go sam ni­g­dy nie do­świad­czył.

Cała trój­ka do­słow­nie czci­ła zie­mię, po któ­rej stą­pał star­szy brat. Uwiel­bia­li go i spę­dza­li ra­zem każ­dy czwart­ko­wy wie­czór. A tak­że wszyst­kie inne, kie­dy chcie­li­śmy się z Tri­shą wy­rwać z domu. Uda­ło się nam stwo­rzyć zgra­ną i do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ną ro­dzi­nę.

Nie da się ukryć, że je­stem cho­ler­nym szczę­ścia­rzem!

– Ma­muś, jak my­ślisz? Do­sta­nę się w przy­szłym ty­go­dniu do dru­ży­ny? – spy­ta­ła Da­isy May, gdy Tri­sha po­da­ła jej szklan­kę z le­mo­nia­dą.

– Uwa­żam, że bar­dzo cięż­ko pra­co­wa­łaś i masz ta­kie same szan­se jak inne dziew­czyn­ki. Ale nie­za­leż­nie od tego, jak ci pój­dzie, pa­mię­taj, że dla nas za­wsze bę­dziesz naj­lep­sza.

Tri­sha jak zwy­kle po­tra­fi­ła zna­leźć wła­ści­wą od­po­wiedź na każ­de py­ta­nie i bu­zia Da­isy May mo­men­tal­nie roz­cią­gnę­ła się w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Pre­ston obie­cał, że przyj­dzie po­pa­trzeć – oznaj­mi­ła Da­isy May, rzu­ca­jąc się na traw­nik tuż obok mnie.

– Masz to jak w ban­ku. Wiesz, że za żad­ne skar­by świa­ta nie opu­ścił­by two­ich kwa­li­fi­ka­cji – za­pew­ni­łem, od­bie­ra­jąc z rąk Tri­shy szklan­kę z le­mo­nia­dą i po­cią­ga­jąc żonę na swo­je ko­la­na. Uwiel­bia­łem sie­dzieć z nią w ten spo­sób. Za­wsze, od­kąd tyl­ko pa­mię­tam.

– Tro­chę się stre­su­ję – przy­zna­ła Da­isy May i po­cią­gnę­ła łyk ze szklan­ki.

Tri­sha wy­cią­gnę­ła rękę i przy­tu­li­ła Da­isy do swo­je­go boku.

– Przyj­dzie­my ci ki­bi­co­wać. Wie­my, jak dużo i so­lid­nie ćwi­czy­łaś. Ale bez wzglę­du na to, co się sta­nie, dla nas za­wsze bę­dziesz gwiaz­dą. Je­ste­śmy ogrom­nie dum­ni, że tyle osią­gnę­łaś. Więk­szość dziew­czy­nek tre­nu­je od ma­łe­go, a ty za­le­d­wie dwa lata i już do­sta­łaś szan­sę, żeby sta­rać się o miej­sce w dru­ży­nie! Samo to jest po­wo­dem do dumy.

Uwiel­bia­łem tę ko­bie­tę mię­dzy in­ny­mi za to, że każ­de­mu po­tra­fi­ła po­pra­wić hu­mor. Ja też się de­ner­wo­wa­łem kwa­li­fi­ka­cja­mi Da­isy May do dru­ży­ny, więc ar­gu­men­ty Tri­shy uspo­ka­ja­ły i mnie.

Pro­blem w tym, że nie by­łem w sta­nie przy­jąć do wia­do­mo­ści, że ktoś mógł­by cze­goś od­mó­wić mo­jej có­recz­ce. Ale Tri­sha cały czas po­wta­rza­ła mi, że nie mogę wszyst­kie­go ro­bić za nią. Przy­zna­wa­łem jej ra­cję, choć trud­no mi było się z tym po­go­dzić. Te dzie­cia­ki już wy­star­cza­ją­co dużo wy­cier­pia­ły.

– W przy­szłym ty­go­dniu zno­wu będę sy­pać kwiat­ki na ślu­bie – oznaj­mi­ła znie­nac­ka Da­isy May, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc.

Cała ona, nie po­tra­fi­ła zbyt dłu­go sku­pić uwa­gi na jed­nym te­ma­cie. Wy­star­czy­ła chwi­la, by za­po­mnia­ła o kwa­li­fi­ka­cjach, a jej my­śli po­szy­bo­wa­ły ku zbli­ża­ją­ce­mu się ślu­bo­wi Pre­sto­na i Aman­dy.

– Bę­dziesz jesz­cze nie raz, ale do­my­ślam się, że ten cie­szy cię naj­bar­dziej – stwier­dzi­ła Tri­sha, wi­chrząc brą­zo­we loki na­szej cór­ki.

– Jej­ku, już się nie mogę do­cze­kać! Aman­da po­wie­dzia­ła, że ja, Brent i Jim­my mamy stać ra­zem z nimi, kie­dy będą wy­po­wia­dać... tę, no... No to, co mają po­wie­dzieć na ślu­bie. Za­po­mnia­łam, jak to się na­zy­wa.

Tri­sha opar­ła się ple­ca­mi o moją pierś, a ja par­sk­ną­łem śmie­chem.

– Przy­się­gę mał­żeń­ską – pod­po­wie­dzia­łem, a Da­isy May po­ki­wa­ła skwa­pli­wie gło­wą.

– No wła­śnie. Mamy stać obok nich. Jim­my poda Pre­sto­no­wi ob­rącz­kę, żeby wło­żył ją Aman­dzie na pa­lec. A ja mam dla Aman­dy nie­spo­dzian­kę... – urwa­ła na­gle, a jej oczy zro­bi­ły się okrą­głe jak spodki.

– Co ta­kie­go? – zdzi­wi­ła się Tri­sha, za­nim zdą­ży­łem się ode­zwać.

Da­isy May uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo i uda­ła, że za­my­ka usta na za­mek i wy­rzu­ca wy­ima­gi­no­wa­ny klu­czyk. Wy­glą­da­ło na to, że Pre­ston coś kom­bi­no­wał w ta­jem­ni­cy przed wszyst­ki­mi i wie­dzia­ła o tym tyl­ko Da­isy May.

– Boże, te­raz się jesz­cze bar­dziej de­ner­wu­ję tym ślu­bem – jęk­nę­ła Tri­sha, przy­tu­la­jąc się do mnie moc­niej.

Ob­ją­łem ją ra­mio­na­mi w ta­lii i za­czą­łem so­bie wy­obra­żać, jak moje dło­nie wę­dru­ją po jej cie­le. Tak to już bywa, gdy ma się taką sek­sow­ną żon­kę. Za­wsze tak wy­glą­da­ła, od­kąd pa­mię­tam. Mógł­bym po­dzi­wiać jej zgrab­ną syl­wet­kę w ku­sych spoden­kach i ob­ci­słym to­pie przez dłu­gie go­dzi­ny i ni­g­dy by mi się nie znu­dzi­ło. Mia­ła bo­skie cia­ło, wszy­scy się za nią oglą­da­li, kie­dy szła uli­cą.

Za czte­ry mie­sią­ce stuk­nie nam pią­ta rocz­ni­ca ślu­bu. Uprze­dzi­łem już Pre­sto­na, że będę po­trze­bo­wał jego po­mo­cy, bo chcę za­brać Tri­shę w ja­kieś wy­jąt­ko­we miej­sce. Tym bar­dziej że nie mie­li­śmy we­se­la z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, bo nie było nas na to stać. Jak de­spe­rat ro­bi­łem wszyst­ko, żeby Tri­sha jak naj­szyb­ciej za mnie wy­szła, bo ba­łem się, że znaj­dzie so­bie ko­goś lep­sze­go i odej­dzie. Kie­dy w koń­cu zdo­ła­łem ją za­cią­gnąć do urzę­du, w ogó­le nie po­my­śla­łem, że za­słu­gu­je na ślub ze swo­ich ma­rzeń. Za­le­ża­ło mi tyl­ko na jed­nym – żeby z nią być.

Ale te­raz nad­szedł czas, by moja uko­cha­na na­resz­cie mo­gła cie­szyć się baj­ko­wym przy­ję­ciem we­sel­nym. Po­tem za­bio­rę ją w po­dróż po­ślub­ną, na któ­rą wcze­śniej rów­nież nie mie­li­śmy oka­zji po­je­chać.

Kie­dy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem Tri­shę, do­słow­nie ode­bra­ło mi mowę. Za­da­łem so­bie mnó­stwo tru­du, żeby zwró­ci­ła na mnie uwa­gę, ale ona upar­cie trzy­ma­ła się jak naj­da­lej ode mnie. Tak samo jak od wszyst­kich in­nych chło­pa­ków. Do­pie­ro ja­kiś czas póź­niej do­wie­dzia­łem się dla­cze­go... i przy­rze­kłem so­bie, że ni­g­dy wię­cej nie bę­dzie żyła w stra­chu.

Mi­łość do Tri­shy zmie­ni­ła moje ży­cie. Przy­ja­cie­le i ro­dzi­na byli prze­ko­na­ni, że zwa­rio­wa­łem, bo mia­łem przed sobą wiel­ką przy­szłość i z niej zre­zy­gno­wa­łem. Butch Tay­lor, mój oj­ciec, w dzie­ciń­stwie ni­g­dy spe­cjal­nie się mną nie in­te­re­so­wał. Ale to się zmie­ni­ło, kie­dy zo­sta­łem gwiaz­dą li­ce­al­nej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej. Od­tąd zy­ska­łem ro­dzi­ca, któ­re­mu na­resz­cie choć tro­chę na mnie za­le­ża­ło. Wcze­śniej bar­dzo mi bra­ko­wa­ło jego za­in­te­re­so­wa­nia. Chcia­łem, żeby oj­ciec był ze mnie dum­ny i pra­gną­łem mu udo­wod­nić, że za­słu­gu­ję na jego mi­łość. To mnie mo­bi­li­zo­wa­ło do jesz­cze cięż­szej pra­cy na tre­nin­gach. By­łem o krok od speł­nie­nia swo­je­go naj­więk­sze­go ma­rze­nia. Oj­ciec go­rą­co mi ki­bi­co­wał, cze­ka­ły mnie stu­dia na do­brej uczel­ni, a po­tem, rzecz ja­sna, ka­rie­ra za­wo­do­we­go fut­bo­li­sty.

Tak wy­glą­da­ło moje ży­cie aż do pew­ne­go po­ran­ka, gdy na szkol­nym par­kin­gu spoj­rza­ły na mnie naj­pięk­niej­sze błę­kit­ne oczy, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. To był pierw­szy dzień szko­ły w dru­giej kla­sie, ale mu­sia­łem cze­kać ca­lut­ki rok, za­nim uda­ło mi się na­kło­nić Tri­shę Cor­bin, by ze­chcia­ła się do mnie ode­zwać.

Ta dziew­czy­na jed­nym swo­im spoj­rze­niem zmie­ni­ła moje ma­rze­nia.

– Roz­dział II –

OSIEM LAT WCZE­ŚNIEJ

Tri­sha

Więk­szość uczniów w szkol­nym au­to­bu­sie na­rze­ka­ła, że wa­ka­cje się skoń­czy­ły. Przy­słu­chi­wa­łam się ich opo­wie­ściom o re­lak­sie na pla­ży, wy­le­gi­wa­niu się w łóż­ku do póź­na, im­pre­zach i o tym, jak bar­dzo nie­na­wi­dzą szko­ły, ma­jąc chwi­la­mi wra­że­nie, że mó­wią ob­cym ję­zy­kiem. Zu­peł­nie jak­by na­le­że­li do in­ne­go, kom­plet­nie mi nie­zna­ne­go świa­ta.

Zer­k­nę­łam w bok na młod­sze­go bra­ta, Kri­ta, sie­dzą­ce­go po dru­giej stro­nie przej­ścia ze swo­im naj­lep­szym ko­le­gą Gre­enem. Krit tak samo jak ja czuł ulgę, że na­resz­cie za­czy­na się szko­ła. Wy­cze­ki­wa­li­śmy tego dnia z utę­sk­nie­niem przez ca­lut­kie lato. Cu­dow­nie było znów mieć po­wód, by choć na ja­kiś czas ode­rwać się od tego, co dzia­ło się w na­szym domu.

Gre­en bar­dzo się eks­cy­to­wał, że są już w ostat­niej kla­sie gim­na­zjum. Zwłasz­cza że dwa lata wcze­śniej, gdy w bu­dyn­ku ich szko­ły za­czę­ło bra­ko­wać miej­sca, naj­star­szą kla­sę prze­nie­sio­no do skrzy­dła zaj­mo­wa­ne­go przez li­ceum. Byli, co praw­da, od­dzie­le­ni od li­ce­ali­stów, ale ko­rzy­sta­li z tej sa­mej sto­łów­ki i sali gim­na­stycz­nej.

Tego lata mój brat urósł co naj­mniej pięt­na­ście cen­ty­me­trów. Do­słow­nie wy­strze­lił w górę jak chwast. Mia­łam wra­że­nie, że z dnia na dzień mały chu­dzie­lec zmie­nił się w stu­osiem­dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­we­go, bu­dzą­ce­go re­spekt dry­bla­sa. Co oczy­wi­ście nie ozna­cza­ło, że jego roz­wój psy­chicz­ny na­dą­żał za wzro­stem. Nic z tych rze­czy, we­wnątrz na­dal po­zo­stał dziec­kiem. Ma­łym i wy­stra­szo­nym, któ­re cią­gle jesz­cze po­trze­bo­wa­ło mo­jej opie­ki. Na­wet mimo fak­tu, że mu­sia­łam przy nim za­dzie­rać gło­wę, bo brat prze­rósł mnie o do­bre dzie­sięć cen­ty­me­trów gdzieś w oko­li­cach czerw­ca.

Za­ło­ży­łam nogę na nogę i ob­cią­gnę­łam no­gaw­ki spode­nek, ale nie­wie­le to po­mo­gło. W domu nie było pie­nię­dzy na nowe ciu­chy dla mnie, więc mu­sia­łam wbić się w ze­szło­rocz­ne. Krit był w gor­szej sy­tu­acji, bo urósł znacz­nie wię­cej ode mnie i trze­ba mu było wy­mie­nić prak­tycz­nie całą gar­de­ro­bę. Dla­te­go każ­de­go cen­ta, ja­kie­go za­ro­bi­łam, pra­cu­jąc jako ra­tow­nicz­ka na ba­se­nie, wy­da­łam w ko­mi­sie, żeby ku­pić bra­tu przy­zwo­ite ubra­nia.

Mój pro­blem po­le­gał na tym, że choć przez wa­ka­cje pra­wie nic nie uro­słam, po­więk­szy­ły mi się pier­si i pupa. Ow­szem, na­dal mie­rzy­łam metr sie­dem­dzie­siąt, ale sta­re spoden­ki zro­bi­ły się krót­sze. Nie mia­łam po­ję­cia, jak to moż­li­we. Na­gle wy­dłu­ży­ły mi się nogi? A może to wina tył­ka, któ­ry za­bie­rał wię­cej miej­sca w spoden­kach? Na do­da­tek za­okrą­gli­łam się w bio­drach, co tyl­ko po­gar­sza­ło sy­tu­ację.

Krit od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę i od razu za­uwa­żył, że ob­cią­gam no­gaw­ki spode­nek, więc po­śpiesz­nie cof­nę­łam ręce. Na­chmu­rzył się, da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że mu się to nie po­do­ba. Kłó­ci­li­śmy się już wcze­śniej o to, że wy­da­ję wszyst­kie swo­je pie­nią­dze na ciu­chy tyl­ko dla nie­go. Twier­dził, że wy­star­czą mu dwie pary dżin­sów i dwie ko­szul­ki, po pro­stu bę­dzie je co­dzien­nie prać. Oczy­wi­ście nie było mowy, że­bym po­zwo­li­ła mu cho­dzić do szko­ły na zmia­nę w dwóch kom­ple­tach ubrań. Ja mia­łam ich znacz­nie wię­cej. Mu­szę tyl­ko przejść na die­tę i zno­wu wszyst­ko bę­dzie na mnie pa­so­wa­ło.

Co praw­da, cięż­ko mi było uwie­rzyć, że przez wa­ka­cje przy­ty­łam, ale nie mia­łam in­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia. W każ­dym ra­zie to wy­łącz­nie moja wina, nie Kri­ta. Uśmiech­nę­łam się do bra­ta po­krze­pia­ją­co, sta­ra­jąc się nie dać po so­bie po­znać, że mam pro­blem z no­gaw­ka­mi. Wi­dząc, że au­to­bus pod­jeż­dża już pod szko­łę, pod­nio­słam ple­cak z książ­ka­mi i za­sło­ni­łam nim uda.

– Je­ste­śmy – stwier­dzi­łam, pod­no­sząc się z sie­dze­nia.

– Są za krót­kie. Mó­wi­łem ci, że­byś ku­pi­ła so­bie nowe – od­parł Krit. Jak wi­dać, na­dal nie za­mie­rzał mi od­pu­ścić.

– Przy­ty­łam w tył­ku i bio­drach. Wi­docz­nie za dużo ja­dłam w wa­ka­cje. Schud­nę i spoden­ki zno­wu będą na mnie w sam raz – za­pew­ni­łam bra­ta. – A te­raz prze­stań się tym przej­mo­wać i po­myśl o szko­le.

– Za mało jemy, że­byś mo­gła przy­tyć – od­burk­nął Krit.

– Bła­gam, tyl­ko nie to. Nie od­chu­dzaj się. Zła­miesz mi ser­ce – oznaj­mił Gre­en z za­lot­nym uśmiesz­kiem.

Krit pchnął go z po­wro­tem na sie­dze­nie i wark­nął ostrze­gaw­czo:

– Prze­stań. Do­brze ci ra­dzę, sta­ry.

By­łam przy­zwy­cza­jo­na do koń­skich za­lo­tów Gre­ena. Pró­bo­wał mnie pod­ry­wać od ze­szłe­go roku, od­kąd od­krył, że po­do­ba­ją mu się dziew­czy­ny, i ro­bił się co­raz bar­dziej na­tręt­ny. Wie­dzia­łam jed­nak, że jest nie­szko­dli­wy, a poza tym zna­łam go jesz­cze z cza­sów, kie­dy bał się ciem­no­ści i no­sił slip­ki z Su­per­ma­nem. Krót­ko mó­wiąc, był dla mnie jak młod­szy brat.

– Nie po­win­naś wkła­dać tych spode­nek. Za dużo od­sła­nia­ją – szep­nął do mnie Krit po­iry­to­wa­nym gło­sem, kie­dy wy­sia­da­li­śmy z au­to­bu­su.

– I co z tego? Prze­cież nikt na mnie nie pa­trzy – od­par­łam.

Brat spoj­rzał mi w oczy, uno­sząc zna­czą­co brwi.

– Se­rio? Wci­skasz mi taką ciem­no­tę i my­ślisz, że ci uwie­rzę?

Już mia­łam mu po­wie­dzieć, żeby się za­mknął i ode mnie od­cze­pił, gdy na­gle moje ser­ce przy­śpie­szy­ło, a od­dech uwiązł w gar­dle. To był znak, że w po­bli­żu jest on. Nie wi­dzia­łam go, ale i tak wy­czu­wa­łam jego obec­ność. Moje cia­ło za­wsze w ten spo­sób re­ago­wa­ło, gdy obok po­ja­wiał się Rock Tay­lor. To za­czę­ło się rok temu pierw­sze­go dnia szko­ły, kie­dy wy­sia­dłam z au­to­bu­su i na­po­tka­łam wzro­kiem spoj­rze­nie naj­przy­stoj­niej­sze­go chło­pa­ka, ja­kie­go w ży­ciu wi­dzia­łam.

Przez na­stęp­ne trzy go­dzi­ny nie mo­głam się do­cze­kać, aż zno­wu go zo­ba­czę. W koń­cu uda­ło mi się go wy­pa­trzyć w sto­łów­ce. Jadł obiad, a u jego ra­mion uwie­szo­ne były dwie dziew­czy­ny. Trze­cia sie­dzia­ła mu na ko­la­nach. Jego ko­le­dzy za­cho­wy­wa­li się iden­tycz­nie. Dziew­czy­ny wy­cho­dzi­ły ze skó­ry, byle zwró­cić na sie­bie ich uwa­gę, a oni spra­wia­li wra­że­nie, jak­by to było coś naj­na­tu­ral­niej­sze­go na świe­cie. I jak­by mie­li ab­so­lut­ną pew­ność, że mogą prze­bie­rać w ko­bie­tach.

W pew­nym mo­men­cie Rock pod­niósł się z krze­sła i ru­szył do wyj­ścia, ale po dro­dze od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę i pu­ścił do mnie oko. Za­raz jed­nak do­pa­dła go ja­kaś dziew­czy­na i ra­zem wy­szli ze sto­łów­ki. Pod ko­niec dnia wie­dzia­łam już o wie­le wię­cej, niż chcia­łam wie­dzieć na te­mat Roc­ka Tay­lo­ra.

– To Rock Tay­lor? – spy­tał Krit peł­nym sza­cun­ku to­nem, zu­peł­nie jak­by mó­wił o ce­le­bry­cie.

Może i Rock jest gwiaz­dą szkol­nej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej, ale co z tego? Ow­szem, nie moż­na mu od­mó­wić uro­dy i ta­len­tu, ale nie chcia­ła­bym, żeby stał się wzo­rem do na­śla­do­wa­nia dla mo­je­go bra­ta. Bo Rock Tay­lor wy­ko­rzy­sty­wał dziew­czy­ny. Wi­dzia­łam to na wła­sne oczy, i to nie­je­den raz.

Ale mimo że wciąż sta­ły mi przed ocza­mi spo­ty­ka­ne w po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek w szkol­nej to­a­le­cie za­pła­ka­ne dziew­czy­ny, z któ­ry­mi Rock prze­spał się w pią­tek, a po­tem uda­wał, że ich nie zna, moje cia­ło i tak sza­la­ło na jego wi­dok. Zu­peł­nie jak­by prze­cho­dzi­ło wte­dy w stan pod­wyż­szo­nej czuj­no­ści. Do­sko­na­le ro­zu­mia­łam, dla­cze­go dziew­czy­ny tak ocho­czo rzu­ca­ją się w jego ra­mio­na, choć do­sko­na­le wie­dzą, czym to się dla nich skoń­czy.

Róż­ni­ca mię­dzy nimi a mną była taka, że ja mia­łam na gło­wie praw­dzi­we pro­ble­my, z któ­rych naj­waż­niej­szym była nie­ustan­na wal­ka o prze­trwa­nie. Moje i bra­ta.

Uda­łam, że nie sły­szę py­ta­nia Kri­ta o Roc­ka i po­śpiesz­nie zmie­ni­łam te­mat.

– Masz ze sobą plan lek­cji? Pa­mię­taj, żeby do­li­czyć co naj­mniej pięć mi­nut na przej­ście z par­te­ru do sal na pię­trze. Nie spóź­nij się na obiad, bo po­tem nie zdą­żysz zjeść. I zjedz wszyst­ko do koń­ca. Ja­sne?

Krit po­słał mi krzy­wy uśmie­szek.

– Dam radę, sio­ra. Weź, wy­lu­zuj.

Prze­czu­wa­łam, że w no­wym miej­scu bę­dzie się wy­róż­niał, po­dob­nie jak w gim­na­zjum. Krit już jako dziec­ko był bar­dzo ład­ny i dziew­czy­ny za­czy­na­ły zwra­cać na nie­go uwa­gę. By­łam z nie­go bar­dzo dum­na, ale jed­no­cze­śnie nie chcia­łam, żeby oce­nia­no go wy­łącz­nie po wy­glą­dzie. Miał bo­ga­te wnę­trze i wie­le do za­ofe­ro­wa­nia.

– Wiem, że dasz, ale to twój wiel­ki dzień i chcę, że­byś wy­padł jak naj­le­piej.

– Wi­dzisz ich? – ode­zwał się Gre­en, wska­zu­jąc pal­cem miej­sce, gdzie (wie­dzia­łam to bez pa­trze­nia) stał Rock. – Ci go­ście trzę­są całą szko­łą. Wi­dzisz te la­ski do­ko­ła nich? Kur­ka, są za­je­bi­ści. Za dwa lata bę­dzie­my na ich miej­scu.

Krit obej­rzał się, ale ja po­wstrzy­ma­łam się przed tym siłą woli. I tak do­brze wie­dzia­łam, kogo tam zo­ba­czę: De­way­ne’a Fal­co, Pre­sto­na Dra­ke’a, Mar­cu­sa Har­dy’ego i Roc­ka Tay­lo­ra. Każ­dy z miną kró­la świa­ta, pod­czas gdy krę­cą­ce się wo­kół dziew­czy­ny wy­cho­dzi­ły z sie­bie, żeby ra­czy­li je za­uwa­żyć. Każ­dy z nich był jak żyw­cem wy­ję­ty z ja­kie­goś ki­czo­wa­te­go ro­man­si­dła: De­way­ne – bun­tow­nik, Pre­ston – pod­ry­wacz, na wi­dok któ­re­go dziew­czy­ny same wy­ska­ki­wa­ły z maj­tek, Mar­cus – za­moż­ny dzie­ciak z do­bre­go domu, Rock – gwiaz­da fut­bo­lu. I oczy­wi­ście każ­dy mógł się po­chwa­lić syl­wet­ką i twa­rzą, któ­re do­pro­wa­dza­ły dziew­czy­ny do eks­ta­zy.

– Do­bra, idź­cie już do swo­je­go skrzy­dła. Tro­chę wam zej­dzie, za­nim tam do­trze­cie. I za­cho­wuj­cie się. Spo­tka­my się tu­taj o trze­ciej. Nie spóź­nij­cie się, bo uciek­nie nam au­to­bus.

Obaj jak na ko­men­dę prze­wró­ci­li ocza­mi, a po­tem po­słusz­nie po­ma­sze­ro­wa­li do swo­jej czę­ści bu­dyn­ku. Ja tym­cza­sem skrę­ci­łam w lewo, do skrzy­dła prze­zna­czo­ne­go dla li­ce­ali­stów.

– Roz­dział III –

Rock

Mi­nę­ły pra­wie trzy mie­sią­ce, od­kąd ją ostat­nio wi­dzia­łem. Ro­bi­łem wszyst­ko, żeby wy­rzu­cić tę dziew­czy­nę ze swo­ich my­śli, ale nic z tego, tak moc­no za­wró­ci­ła mi w gło­wie. Rok temu była tu nowa – prze­nio­sła się do na­szej szko­ły z są­sied­nie­go mia­sta. Na­zy­wa­ła się Tri­sha Cor­bin i od pierw­sze­go prze­lot­ne­go spo­tka­nia od­gry­wa­ła głów­ną rolę w mo­ich fan­ta­zjach. Nic wię­cej o niej nie wie­dzia­łem. Nie że­bym nie pró­bo­wał się do niej zbli­żyć, wręcz prze­ciw­nie, ale ona mnie kom­plet­nie igno­ro­wa­ła.

Tro­chę to było ża­ło­sne przy­znać się przed sa­mym sobą, że nie mogę się do­cze­kać roz­po­czę­cia szko­ły, bo zno­wu zo­ba­czę Tri­shę. Ale był­bym ostat­nim łga­rzem, gdy­bym twier­dził, że jest ina­czej. Choć nie ra­czy­ła na mnie spoj­rzeć, uwiel­bia­łem ob­ser­wo­wać ją z da­le­ka i chło­nąć wzro­kiem każ­dy skra­wek jej nie­sa­mo­wi­te­go cia­ła.

Dziś rano wy­sia­dła z au­to­bu­su w to­wa­rzy­stwie ja­kie­goś chło­pa­ka. Nie od­stę­po­wał jej na krok, jak­by chciał w ten spo­sób od­stra­szyć każ­de­go, kto ośmie­li się spoj­rzeć w jej stro­nę. Nie mia­łem bla­de­go po­ję­cia kto to, ale po jego twa­rzy wi­dać było, że to jesz­cze dzie­ciak. Chu­dy jak szcza­pa na­sto­la­tek, któ­re­go masa cia­ła nie na­dą­ża za wzro­stem.

– Wy­glą­da na jej bra­ta. Spójrz na jego wło­sy. Mu­szą być spo­krew­nie­ni – ode­zwał się sto­ją­cy obok mnie De­way­ne, co ozna­cza­ło, że za­uwa­żył, jak ga­pię się na Tri­shę. Cho­le­ra, nie­do­brze!

– Co mnie to ob­cho­dzi – od­par­łem, od­ry­wa­jąc wzrok od Tri­shy i od­wra­ca­jąc się do grup­ki dziew­czyn, któ­re bar­dzo sta­ra­ły się zwró­cić na sie­bie moją uwa­gę.

– Uhm, na pew­no – mruk­nął De­way­ne.

Przed kum­pla­mi nic się nie ukry­ło. Nor­mal­na spra­wa, sko­ro przy­jaź­ni­li­śmy się od dru­giej kla­sy pod­sta­wów­ki i zna­li­śmy jak łyse ko­nie. Przez cały ze­szły rok na­bi­ja­li się z mo­jej ob­se­sji na punk­cie Tri­shy Cor­bin.

Po tym, jak mnie spła­wi­ła, i to dwa razy, prze­sta­łem się jej na­rzu­cać. Nie by­łem przy­zwy­cza­jo­ny, żeby dziew­czy­na mnie od­trą­ca­ła. Ni­g­dy wcze­śniej mi się to nie zda­rzy­ło.

– Sły­sza­łam, że ty i Gina ze­rwa­li­ście ze sobą – ode­zwa­ła się blond che­er­le­ader­ka, Kim­my czy ja­koś tak, prze­cią­ga­jąc dłu­gi­mi pa­znok­cia­mi po moim ra­mie­niu.

– Ni­g­dy nie cho­dzi­łem z Giną – rzu­ci­łem z iry­ta­cją.

Wszy­scy wie­dzie­li, że Kim­my jest ła­twa, a ta­kie la­ski mnie nie in­te­re­so­wa­ły. Na pew­no nie w mo­men­cie, gdy w po­bli­żu była Tri­sha Cor­bin – dziew­czy­na mo­ich ma­rzeń.

– No po­patrz, a ona wszę­dzie roz­po­wia­da, jak prze­le­cia­łeś ją na sto­ją­co, w sa­mo­cho­dzie i na sto­le – do­da­ła Kim­my i za­chi­cho­ta­ła, trze­po­cząc za­lot­nie rzę­sa­mi.

– Bzy­kam się z dziew­czy­na­mi, ale z nimi nie cho­dzę – wy­ja­śni­łem, po czym strzą­sną­łem z sie­bie jej rękę i prze­ci­sną­łem się przez wia­nu­szek dziew­czyn. No cóż, chy­ba jed­nak lu­bi­łem się umar­twiać, bo po­sta­no­wi­łem jesz­cze raz spró­bo­wać szczę­ścia u Tri­shy. Może w koń­cu uda mi się z nią za­mie­nić parę słów.

– Lu­bię na ostro – oznaj­mi­ła Kim­my, kie­dy ją mi­ja­łem.

– Ja ci chęt­nie do­go­dzę – wtrą­cił się Pre­ston.

Po­czu­łem wdzięcz­ność do na­sze­go ca­sa­no­vy, że chce mi po­móc po­zbyć się Kim­my. Tra­fił swój na swe­go.

Ma­ło­la­ty to­wa­rzy­szą­ce Tri­shy skrę­ci­ły do skrzy­dła zaj­mo­wa­ne­go przez ostat­nie kla­sy gim­na­zjum. De­way­ne naj­praw­do­po­dob­niej miał ra­cję, blon­das mu­siał być jej bra­tem. Wcze­śniej nie zwra­ca­łem na nie­go uwa­gi, więc nie za­uwa­ży­łem po­do­bień­stwa.

Tri­sha przy­sta­nę­ła i spoj­rza­ła w swój plan lek­cji. Wi­dać było, że in­ten­syw­nie nad czymś my­śli, za­ci­ska­jąc war­gi, co nada­wa­ło jej sek­sow­ny wy­gląd. Mia­ła bar­dzo wy­ra­zi­stą twarz, moż­na z niej było czy­tać jak z otwar­tej książ­ki.

– Nie wiem, jak to ro­bisz, ale za każ­dym ra­zem, kie­dy cię wi­dzę, je­steś jesz­cze ład­niej­sza – po­wie­dzia­łem, gdy pod­sze­dłem bli­żej i przy­sta­ną­łem tuż przed nią. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że to wy­jąt­ko­wo ża­ło­sny tekst na pod­ryw, ale przy niej za­wsze ro­bi­łem się ner­wo­wy. I wy­ga­dy­wa­łem bzdu­ry.

Tri­sha mo­men­tal­nie cała się spię­ła, jak za­wsze kie­dy ją za­ga­dy­wa­łem. Nie ro­zu­mia­łem dla­cze­go. Prze­cież nie zro­bi­łem nic, co mo­gło­by ją do mnie znie­chę­cić. Wręcz prze­ciw­nie, od po­nad roku wy­cho­dzi­łem ze skó­ry, żeby zwró­ci­ła na mnie uwa­gę.

– Ode­zwiesz się do mnie w tym roku czy na­dal bę­dziesz mnie tor­tu­ro­wać mil­cze­niem? – spy­ta­łem.

Tri­sha na­chmu­rzy­ła się, ale nie da­wa­łem za wy­gra­ną i spo­koj­nie cze­ka­łem na od­po­wiedź. Nie po­zwo­lę jej dłu­żej uda­wać, że mnie nie do­strze­ga. Prze­cież może ze mną tyl­ko po­roz­ma­wiać, nic poza tym. Nie mia­łem po­ję­cia, dla­cze­go jako je­dy­na w ca­łej szko­le upar­ła się, żeby się do mnie nie od­zy­wać. Kur­de, na­wet te dziew­czy­ny, któ­re kie­dyś moc­no wku­rzy­łem, za­wsze mię­kły, gdy cze­goś od nich chcia­łem.

– Nie tor­tu­ru­ję, tyl­ko nie chcę cię za­chę­cać. Pró­bo­wa­łam dać ci to grzecz­nie do zro­zu­mie­nia.

Auć! Co za zoł­za!

Pro­blem w tym, że ani tro­chę jej nie wie­rzy­łem. Za­uwa­ży­łem, jak mi się przy­glą­da, kie­dy my­śli, że nie wi­dzę. I do­strze­głem w jej oczach błysk za­in­te­re­so­wa­nia. Na pew­no był ja­kiś inny po­wód, że bu­do­wa­ła wo­kół sie­bie mur.

– Je­stem na­praw­dę faj­nym chło­pa­kiem. Mo­gła­byś tro­chę mi od­pu­ścić i zo­stać moją przy­ja­ciół­ką.

Za­raz, za­raz... Czy ja wła­śnie za­pro­po­no­wa­łem jej przy­jaźń? Przy­jaźń? Chy­ba mi od­bi­ło! Prze­cież wca­le nie o to mi cho­dzi.

Tri­sha po chwi­li od­wró­ci­ła ku mnie gło­wę i lek­ko ją za­dar­ła, żeby spoj­rzeć mi w oczy. Była wy­so­ka jak na dziew­czy­nę, ale ja by­łem wyż­szy. Wi­dząc jej zdez­o­rien­to­wa­ną minę, o mało nie par­sk­ną­łem śmie­chem. Ona też mu­sia­ła dojść do wnio­sku, że zwa­rio­wa­łem.

– Prze­cież ty się nie przy­jaź­nisz z dziew­czy­na­mi. Masz swo­ich kum­pli, ale ża­den z was nie ma ko­le­żan­ki.

Tu mnie mia­ła. Ale z nią to co in­ne­go.

– Wiesz, kie­dyś musi być ten pierw­szy raz. Poza tym, je­śli tyl­ko w ten spo­sób mogę cię prze­ko­nać, że­byś za­czę­ła ze mną roz­ma­wiać, to chcę spró­bo­wać.

Tri­sha unio­sła z nie­do­wie­rza­niem brwi, po czym ro­ze­śmia­ła się na cały głos. Ni­g­dy wcze­śniej nie sły­sza­łem jej śmie­chu. Był na­praw­dę nie­sa­mo­wi­ty. Mia­łem ocho­tę na­grać go, a po­tem słu­chać ca­ły­mi go­dzi­na­mi, pę­ka­jąc z dumy, że uda­ło mi się ją roz­ba­wić. Przy­wo­ły­wać w pa­mię­ci jej błysz­czą­ce oczy. Ocza­ro­wa­ła mnie do tego stop­nia, że za­po­mnia­łem, gdzie je­ste­śmy i co się dzie­je do­oko­ła.

– Uwa­żasz, że to za­baw­ne? – spy­ta­łem, nie po­tra­fiąc się po­ha­mo­wać, żeby nie szcze­rzyć zę­bów jak idio­ta.

Tri­sha za­śmia­ła się po­now­nie, tym ra­zem ci­szej, a po­tem umil­kła i po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie, uwa­żam, że to ko­micz­ne. Nie prze­żył­byś dnia bez pod­ry­wa­nia mnie. – Po tych sło­wach roz­ba­wie­nie zni­kło z jej twa­rzy i znów mia­łem przed sobą daw­ną Tri­shę, jak zwy­kle spię­tą i zde­ner­wo­wa­ną. – Mu­szę iść na lek­cję, sor­ki – do­da­ła i ru­szy­ła przed sie­bie.

Ale ja nie mia­łem za­mia­ru się pod­da­wać. Jesz­cze ni­g­dy nie uda­ło mi się za­mie­nić z nią aż tylu słów i nie mo­głem do­pu­ścić, żeby na tym się skoń­czy­ło. Mu­sia­łem ją ja­koś do sie­bie prze­ko­nać.

– Zgódź się, co ci szko­dzi? Zo­stań­my przy­ja­ciół­mi! – za­wo­ła­łem za nią bła­gal­nym to­nem. No trud­no, chło­pa­ki będą się ze mnie na­bi­jać ca­ły­mi ty­go­dnia­mi, ale ja­koś to prze­ży­ję.

Tri­sha wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją, a po­tem obej­rza­ła się na mnie.

– Do­bra, niech ci bę­dzie. A te­raz mu­szę le­cieć na za­ję­cia, przy­ja­cie­lu.

Wte­dy po­sła­łem jej uśmiech, na wi­dok któ­re­go każ­da inna dziew­czy­na z miej­sca pa­dła­by mi w ra­mio­na, i już dłu­żej jej nie za­trzy­my­wa­łem.

– To na ra­zie, kum­pe­lo! – za­wo­ła­łem, ale jesz­cze chwi­lę tam sta­łem i przy­glą­da­łem się, jak Tri­sha gna ko­ry­ta­rzem, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Chło­pa­ki, któ­rych mi­ja­ła po dro­dze, spo­glą­da­li na nią z nie­do­wie­rza­niem i wy­raź­nym za­in­te­re­so­wa­niem, ale ona zda­wa­ła się w ogó­le ich nie do­strze­gać. Wi­dząc, jak się ga­pią na jej zgrab­ny ty­łek, mia­łem ocho­tę we­pchnąć każ­de­mu z nich gło­wę do szaf­ki. Wie­dzia­łem jed­nak, że i tak ich nie po­wstrzy­mam, co naj­wy­żej za­ro­bię karę za­wie­sze­nia w pra­wach ucznia.

Po­sze­dłem do swo­jej szaf­ki, rzu­ca­jąc do­oko­ła ostrze­gaw­cze spoj­rze­nia, jak­bym chciał dać wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że ona jest już moja. Nie­waż­ne, że by­li­śmy tyl­ko przy­ja­ciół­mi, Tri­sha Cor­bin jest poza ich za­się­giem i krop­ka. Każ­dy na­pa­lo­ny by­czek w szko­le bę­dzie mu­siał się z tym po­go­dzić.

– Roz­dział IV –

Tri­sha

Przy­jaźń? Czy to ja­kiś żart?

Mi­nę­ły już trzy lek­cje, a ja na­dal od­twa­rza­łam w my­ślach swo­ją roz­mo­wę z Roc­kiem Tay­lo­rem. Mia­łam przy tym wra­że­nie, jak­bym ob­ser­wo­wa­ła raz za ra­zem tę samą ka­ta­stro­fę ko­le­jo­wą. Prze­cież ni­g­dy nie zo­sta­nę przy­ja­ciół­ką Roc­ka. Wca­le mu nie za­le­ży na przy­jaź­ni, tyl­ko na tym, żeby do­brać się do mo­ich maj­tek. I tego, co w nich mam.

Trud­no było nie zwra­cać uwa­gi na Roc­ka. Wy­da­wał mi się wiel­ki jak ol­brzym. Jego sil­ne, mu­sku­lar­ne ra­mio­na po­tra­fi­ły­by obro­nić każ­de­go, kto zna­lazł się w po­trze­bie. Aż trud­no było uwie­rzyć, że chło­pak w jego wie­ku może być tak po­tęż­nie zbu­do­wa­ny. W ni­czym nie ustę­po­wał do­ro­słym fa­ce­tom, któ­rych spro­wa­dza­ła do domu moja ma­co­cha. Na pew­no bez tru­du dał­by so­bie radę z każ­dym z nich.

O nie. Wy­klu­czo­ne.

Czym prę­dzej od­pę­dzi­łam od sie­bie tę myśl. Rock nie miał po­ję­cia, jaki dźwi­gam cię­żar. Za­le­ża­ło mu tyl­ko na tym, by do­dać mnie do li­sty za­li­czo­nych dziew­czyn. Nie miał za­mia­ru bro­nić mnie przed fa­ce­ta­mi ma­co­chy, któ­rzy od razu bra­li się do bi­cia, gdy nie po­zwa­la­łam im się ob­ma­cy­wać.

„Skup się, Tri­sha. Skup się” – po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach. Moim naj­waż­niej­szym ce­lem w ży­ciu było za­dba­nie o bez­pie­czeń­stwo Kri­ta. I jesz­cze wy­rwa­nie się z upior­ne­go domu wred­nej ma­co­chy. Je­dy­nym po­cie­sze­niem było dla mnie to, że w przy­pad­ku Kri­ta ist­nia­ła gra­ni­ca, któ­rej Fan­do­ra Da­ily nie od­wa­ży­ła się prze­kro­czyć. Za­bra­nia­ła swo­im fa­ga­som zbyt moc­no nim po­nie­wie­rać, po­zwa­la­jąc, by za­miast tego wy­ła­do­wy­wa­li swo­ją złość na mnie – znie­na­wi­dzo­nej pa­sier­bi­cy, na któ­rą sama rów­nież chęt­nie pod­no­si­ła rękę.

Mat­ka opu­ści­ła mnie, kie­dy mia­łam osiem lat. Za­miesz­ka­łam z oj­cem i jego ak­tu­al­ną żoną, Fan­do­rą. Po­tem on tak­że od­szedł, zo­sta­wia­jąc mnie i Kri­ta z ma­co­chą. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra po­wstrzy­my­wa­ła Fan­do­rę przed wy­rzu­ce­niem mnie z domu, było to, że opie­ko­wa­łam się bra­tem. Dzię­ki mnie mo­gła cho­dzić na rand­ki i uży­wać ży­cia, spo­koj­na, że za­wsze ma pod ręką dar­mo­wą niań­kę.

Tak wy­glą­da­ło moje ży­cie. Mia­łam nie­ca­łe dzie­sięć lat, gdy zo­sta­łam sama, opusz­czo­na przez obo­je ro­dzi­ców. Od tej pory moją je­dy­ną ro­dzi­ną był młod­szy brat. Po­sta­no­wi­łam, że ni­g­dy nie po­zwo­lę go skrzyw­dzić i zro­bię wszyst­ko, że­by­śmy nie mu­sie­li się roz­sta­wać.

Krit był je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­ra mnie ko­cha­ła. Zro­bi­ła­bym dla nie­go ab­so­lut­nie wszyst­ko. To on był po­wo­dem, dla któ­re­go jak do­tąd się nie pod­da­łam i nie do­pu­ści­łam do tego, by któ­ryś z fa­ce­tów Fan­do­ry za­tłukł mnie na śmierć. Wal­czy­łam jak lwi­ca, bo mu­sia­łam żyć dla swo­je­go bra­ta.

Do­tknę­łam ręką boku i mi­mo­wol­nie syk­nę­łam z bólu. Ba­łam się, że tym ra­zem mogę mieć zła­ma­ne że­bro. Nie wie­dzia­łam, co z tym zro­bić. Je­dy­ne, co mi przy­szło do gło­wy, to owi­nąć się moc­no ban­da­żem. Gdy­bym zgło­si­ła się w ta­kim sta­nie do szpi­ta­la, obo­je z Kri­tem od razu wy­lą­do­wa­li­by­śmy w domu dziec­ka. A wte­dy ist­nia­ło ry­zy­ko, że nas roz­dzie­lą. Nie mo­głam do tego do­pu­ścić ze wzglę­du na bra­ta. Po­trze­bo­wał mo­jej po­mo­cy.

No wła­śnie... Rock Tay­lor nie miał o tym wszyst­kim zie­lo­ne­go po­ję­cia. Na­stęp­nym ra­zem, gdy bę­dzie sta­rał się mnie pod­ry­wać, po­win­nam po­ka­zać mu skry­te pod moją ko­szul­ką fio­le­to­we si­nia­ki. A zwłasz­cza ten pa­skud­ny zie­lo­ny na po­ślad­ku, któ­ry już się goi. Albo na­dal wi­docz­ną bli­znę na le­wym bio­drze, gdzie do­sta­łam pa­sem tak moc­no, że zro­bi­ła mi się rana. Po­dej­rze­wa­łam, że w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie obe­szło­by się bez szwów, ale oczy­wi­ście ni­g­dy nie obej­rzał mnie ża­den le­karz. Fan­do­ra nie była głu­pia. Wie­dzia­ła, gdzie ude­rzyć, żeby lu­dzie nie do­strze­gli śla­dów.

Ma­co­cha była wstręt­ną, zgorzk­nia­łą ego­ist­ką. A mimo to ko­cha­ła Kri­ta – po­wiedz­my, że na swój spo­sób. Cie­szy­ła się, że wy­ra­sta na przy­stoj­ne­go chło­pa­ka i chy­ba mia­ła na­dzie­ję, że w przy­szło­ści się nią za­opie­ku­je. Dla­te­go go nie od­da­ła. A po­nie­waż on ko­chał mnie, po­zwa­la­ła mi ła­ska­wie miesz­kać pod swo­im da­chem.

Ale bar­dzo się sta­ra­ła, żeby na każ­dym kro­ku dać mi do zro­zu­mie­nia, że je­stem i za­wsze by­łam dla niej cię­ża­rem.

Za­dzwo­nił dzwo­nek na prze­rwę, więc ze­bra­łam książ­ki i pod­nio­słam się z krze­sła. Wte­dy sta­nę­ła przede mną ro­ze­śmia­na Ri­ley Owens. Jej ciem­no­brą­zo­we wło­sy były asy­me­trycz­nie przy­cię­te zgod­nie z naj­now­szą modą, a ma­ki­jaż moc­niej­szy niż w ze­szłym roku. Za­wsze uwa­ża­łam, że Ri­ley jest ład­na, ale te­raz wy­glą­da­ła na­praw­dę atrak­cyj­nie.

– Je­steś kom­plet­nie nie­przy­tom­na, la­ska. Całą lek­cję pró­bo­wa­łam zwró­cić two­ją uwa­gę. Nie od­zy­wa­łaś się przez całe lato. Co jest gra­ne? – spy­ta­ła Ri­ley, trą­ca­jąc mnie ra­mie­niem, kie­dy szły­śmy do drzwi.

Ri­ley była jed­ną z za­le­d­wie dwóch osób, z któ­ry­mi uda­ło mi się za­przy­jaź­nić w no­wej szko­le. Inne dziew­czy­ny były na­wet życz­li­we, ale trud­no było wejść do ich za­mknię­tych kó­łek. Nie­chęt­nie przyj­mo­wa­no do nich nowe oso­by.

– Sor­ki. Więk­szość cza­su pra­co­wa­łam. A jak two­je wa­ka­cje? – spy­ta­łam.

Ri­ley wes­tchnę­ła te­atral­nie, aż nie mo­głam się po­wstrzy­mać od uśmie­chu.

– Mu­sia­łam po­je­chać od­wie­dzić ojca i jego nową żonę w Pen­syl­wa­nii. Dziew­czy­no, tam też miesz­ka­ją strasz­ni wie­śnia­cy. Nie­któ­rzy biją na gło­wę na­wet tu­tej­szych. Oj­ciec miesz­ka na wsi i wy­obraź so­bie, że jego żona cho­dzi do skle­pu boso! Se­rio! Kto tak robi?!

Cała Ri­ley. Lu­bi­łam ją mię­dzy in­ny­mi za to, że za­wsze umia­ła po­pra­wić mi hu­mor.

– Fak­tycz­nie, dra­mat.

Ri­ley chcia­ła przy­tak­nąć, ale zre­flek­to­wa­ła się i spoj­rza­ła na mnie z uko­sa.

– Na­bi­jasz się ze mnie, co?

Po­wstrzy­ma­łam się od uśmie­chu i już mia­łam od­po­wie­dzieć przy­ja­ciół­ce, gdy na­gle jej ciem­ne oczy za­okrą­gli­ły się na wi­dok cze­goś za mo­imi ple­ca­mi. W pierw­szej chwi­li chcia­łam się obej­rzeć, ale zre­zy­gno­wa­łam. Od razu wy­czu­łam jego za­pach: mię­ta i cha­rak­te­ry­stycz­ny aro­mat skó­ry.

Dla­cze­go on musi tak przy­jem­nie pach­nieć?

Zdu­mie­nie w oczach Ri­ley szyb­ko prze­szło w za­lot­ny błysk. Wi­dać było, że bar­dzo jej za­le­ży, żeby stać się obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia mo­je­go no­we­go przy­ja­cie­la. Bio­rąc pod uwa­gę jej ak­tu­al­ny, atrak­cyj­ny wy­gląd, nie po­win­na mieć z tym więk­szych pro­ble­mów. A Rock na pew­no chęt­nie sko­rzy­sta z oka­zji. Uzna­łam więc, że trze­ba ra­to­wać przy­ja­ciół­kę.

– Cześć, Rock – ode­zwa­łam się, od­wra­ca­jąc w jego stro­nę.

Pa­trzył tyl­ko na mnie, zu­peł­nie nie zwra­ca­jąc uwa­gi na trze­po­czą­ce rzę­sy i uwo­dzi­ciel­ski uśmiech Ri­ley, i wy­gi­nał usta w sek­sow­nym uśmiesz­ku.

– W któ­rej tu­rze masz obiad? – spy­tał, ani na mo­ment nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku.

– W dru­giej – od­par­łam z na­dzie­ją, że mój głos nie zdra­dzi, jak bar­dzo dzia­ła na mnie bli­skość i cu­dow­ny za­pach Roc­ka. Uwiel­bia­łam aro­mat mię­ty i skó­ry. Mmm... Dzia­łał na mnie, i to jak!

– Ja też – oznaj­mił, uśmie­cha­jąc się z za­do­wo­le­niem. – Od­pro­wa­dzę cię.

Od­pro­wa­dzi mnie? Rock chce od­pro­wa­dzić mnie na obiad? Od­dy­chaj, Tri­sha, od­dy­chaj głę­bo­ko.

– Ale... wła­śnie mia­łam pójść z Ri­ley – wy­mam­ro­ta­łam pierw­szy lep­szy wy­kręt, jaki przy­szedł mi do gło­wy.

Rock na­resz­cie ode­rwał wzrok ode mnie i spoj­rzał na Ri­ley. Mo­gła­bym przy­siąc, że sły­szę, jak wzdy­cha z za­chwy­tu.

– Nie prze­szka­dza ci, że pój­dę z wami, Ri­ley? – spy­tał Rock.

– Nie, no skąd. Ani tro­chę. To zna­czy... mo­żesz od­pro­wa­dzić nas obie, nie mam nic prze­ciw­ko. Albo je­śli Tri­sha nie chce, to tyl­ko mnie. Za­wsze i wszę­dzie – pa­pla­ła przy­ja­ciół­ka, jak­by na­gle stra­ci­ła ro­zum.

Po­sła­łam Ri­ley ostre spoj­rze­nie. Czyż­by wła­śnie po­wie­dzia­ła chło­pa­ko­wi wprost, że może ją od­pro­wa­dzać, gdzie i kie­dy tyl­ko ma ocho­tę? Mó­wi­ła to se­rio? O rany, nic dziw­ne­go, że Rock spo­dzie­wał się, że jak każ­da dziew­czy­na z miej­sca pad­nę mu do stóp. Jak wi­dać, do­kład­nie tak się za­cho­wy­wa­ły.

Rock za­śmiał się.

– Za­le­ży mi na Tri­shy. To moja nowa przy­ja­ciół­ka i mu­szę się sta­rać, żeby mnie nie po­go­ni­ła. – Po tych sło­wach spoj­rzał po­now­nie na mnie.

W tym mo­men­cie Ri­ley szturch­nę­ła mnie łok­ciem w obo­la­łe że­bra. Krzyk­nę­łam ci­cho i po­le­cia­łam wprost na Roc­ka. Prze­szył mnie taki ból, że aż zro­bi­ło mi się ciem­no przed ocza­mi, a pod po­wie­ka­mi za­pie­kły łzy. Po­czu­łam, że ła­pią mnie mdło­ści. Gdy­by uda­ło mi się zła­pać od­dech, może zdą­ży­ła­bym do­biec do to­a­le­ty?

Za­raz jed­nak czy­jeś sil­ne ra­mio­na ob­ję­ły mnie i uchro­ni­ły przed upad­kiem. Dzię­ki temu mo­głam się sku­pić tyl­ko na tym, żeby po­wstrzy­mać wy­mio­ty.

– Wszyst­ko do­brze?

Nie by­łam w sta­nie nic od­po­wie­dzieć. Na­dal czu­łam w boku prze­szy­wa­ją­cy ból i z tru­dem ła­pa­łam po­wie­trze.

– Kur­czę, aż tak ją wal­nę­łaś?! – zde­ner­wo­wał się Rock na Ri­ley.

Uścisk jego ra­mion był de­li­kat­ny, ale sta­now­czy. Nie pro­te­sto­wa­łam i nie pró­bo­wa­łam się z nich uwol­nić. Ból po­wo­li ustę­po­wał i pul­so­wa­nie w gło­wie zła­god­nia­ło. Do tego stop­nia, że już do­cie­ra­ły do mnie prze­pro­si­ny Ri­ley. Chcia­łam jej po­wie­dzieć, że nic mi nie jest i że to nie jej wina, ale nie mo­głam, bo na­dal wal­czy­łam z mdło­ścia­mi.

– Wszyst­ko do­brze? Może od­pro­wa­dzę cię do pie­lę­gniar­ki? Żeby cię obej­rza­ła, co? – w gło­sie Roc­ka sły­chać było nie­po­kój i tro­skę. Gdy­by mnie nie pod­trzy­mał, le­ża­ła­bym te­raz na pod­ło­dze zwi­nię­ta w kłę­bek z bólu.

Prze­mo­głam się i ski­nę­łam gło­wą, a po­tem za­czerp­nę­łam po­wie­trza. Uda­ło mi się wy­pro­sto­wać, więc zro­bi­łam krok w tył, pró­bu­jąc wy­swo­bo­dzić się z jego ra­mion. Po­cząt­ko­wo mia­łam wra­że­nie, że mi na to nie po­zwo­li, ale po chwi­li opu­ścił ręce po­wo­li, jak­by nie miał ocho­ty wy­pu­ścić mnie z ob­jęć.

– Strasz­nie cię prze­pra­szam – szep­nę­ła Ri­ley. – Na­praw­dę nie chcia­łam aż tak moc­no cię ude­rzyć. Tyl­ko lek­ko po­pchnąć, że­byś z nim po­szła. No wiesz, rany, prze­cież to sam Rock Tay­lor. Jest... – urwa­ła Ri­ley.

– Nic mi nie bę­dzie. Po pro­stu tra­fi­łaś mnie w czu­łe miej­sce... ekhm... no wiesz... w łok­ciu – wy­mam­ro­ta­łam, do­brze wie­dząc, że nie za­brzmia­ło to prze­ko­nu­ją­co.

Ri­ley zmarsz­czy­ła nos i ścią­gnę­ła brwi.

– Wy­da­wa­ło mi się, że ude­rzy­łam cię w bok...

Zer­k­nę­łam ukrad­kiem na Roc­ka w oba­wie, że uzna mnie za wa­riat­kę. Ale może to i do­brze, bo wte­dy prze­sta­nie za mną ła­zić.

– Nie idę na obiad. Mu­szę... mu­szę wy­po­ży­czyć książ­kę z bi­blio­te­ki – rzu­ci­łam po­śpiesz­nie i ru­szy­łam przed sie­bie ko­ry­ta­rzem tak szyb­ko, jak tyl­ko by­łam w sta­nie. Nie sły­sza­łam, żeby któ­reś z nich za mną po­bie­gło, więc ode­tchnę­łam z ulgą.

Mo­gła­bym się za­ło­żyć, że te­raz, gdy zo­sta­li sami, Rock za­cznie ba­je­ro­wać Ri­ley, a ona ule­gnie jego uro­ko­wi i zgo­dzi się z nim prze­spać. Na samą myśl, że Rock może za­ba­wiać się z moją przy­ja­ciół­ką, zro­bi­ło mi się nie­do­brze.

Otrzą­snę­łam się z tych nie­we­so­łych my­śli, mi­nę­łam bi­blio­te­kę i po­szłam na na­stęp­ne za­ję­cia. Jak dla mnie jed­ną z naj­więk­szych za­let szko­ły był obiad, czy­li moja je­dy­na szan­sa na cie­pły po­si­łek w cią­gu dnia. By­łam głod­na i nie mia­łam więk­szych na­dziei, że wie­czo­rem do­sta­nę coś po­rząd­ne­go do je­dze­nia. O ile w ogó­le coś do­sta­nę. Fan­do­ra ostat­ni­mi cza­sy była w fa­tal­nym na­stro­ju, bo rzu­cił ją ko­lej­ny fa­cet.

Ale wy­trzy­mam. Cza­sa­mi oby­wa­łam się bez je­dze­nia na­wet dłu­żej. Je­śli bę­dzie trze­ba, ja­koś do­trwam do ju­trzej­sze­go obia­du. Bo jak na ra­zie nie by­łam go­to­wa sta­nąć twa­rzą w twarz z Roc­kiem po tej ka­ta­stro­fie, któ­ra wy­da­rzy­ła się na ko­ry­ta­rzu. Wąt­pli­we, żeby jesz­cze kie­dyś chciał się do mnie ode­zwać. Pew­nie ra­zem z Ri­ley do­szli do wnio­sku, że je­stem wa­riat­ką.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki