68 osób interesuje się tą książką

Opis

Piękna, osobista proza o losach pewnej żydowskiej rodziny naznaczonej długim cieniem historii. Podążając za narratorem, śledzimy sceny z codziennego życia, pełne czułości i humoru, niekiedy trudne, przepełnione doświadczeniem choroby i straty. Tutaj przeszłość bywa obciążeniem, ale także powodem do wyzwalającego śmiechu, a ironia i miłość pozwalają radzić sobie z gorzkim dziedzictwem. Bohater, kiedyś mały chłopiec, syn i wnuk, teraz ojciec i mąż, obserwuje rodzinne losy i pyta sam siebie: czyim życiem żyję?

„Nie ma takiego zwierzęcia. W każdym razie nie tu. I na pewno nie teraz. A jednak Mikołaj Grynberg jest. Myślę, że to wynika z jego krnąbrności i uporu. Ta książka opowiada o krnąbrnych ludziach, którzy z uporem odmawiają niebycia. I o cenie, którą płacą. Powinniście to przeczytać. Potrzebujemy krnąbrności (teraz i tutaj).” Marcin Wicha

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 108

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 57 min

Lektor: Andrzej Hausner

Popularność


Mikołaj Grynberg

Poufne

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Mikołaj Grynberg, 2020

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Ewa Ostafin / d2d.pl, Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-036-1

Jak piję, to mnie pali,

jak palę, to mnie pije.

Zygmunt Grynberg

Rejwach przeszłości

Chyba że umiesz wyprzedzić bieg wydarzeń i zaklinając przyszłość, napisać dobre zakończenie. Nie umiesz, wiem, co mówię. Ugrzęzłeś, nogi masz zaplątane w wyschnięte korzenie. Susza ci nie sprzyja, przydałyby się raczej wielomiesięczne ulewy, korzenie stałyby się oślizgłe, szybciej byś się wykaraskał. Tymczasem zachęcam do ćwiczeń z żegnania wspomnień. Od lat jesteś spóźniony, musisz zmierzyć się z linearnym czasem. Pętle pamięci są domeną staruszków, którym upływ lat odcina retrospekcję. Czas uwolnić czas. Rób to powoli, organizm potrafi płatać figle, na gwałtowne zmiany może zareagować wstrząsem. Zamień okrąg na oś czasu, nie na odcinek – to brzmi jak dziwne zadanie z geometrii.

Nie mogę obiecać, że gdy wreszcie czas ruszy naprzód, życie nabierze rumieńców. Wszystko ma swoje wady i mało zalet. Wynurz głowę z rejwachu przeszłości. Stamtąd jesteś, ale tam już nie ma nikogo oprócz ciebie. Rozejrzyj się i wyrzuć rzeczy, których twoje dzieci nie będą chciały odziedziczyć. W głowie zrób to samo, choć to znacznie trudniejsze. Co potrafisz – opowiedz trenami. To się czasami sprawdza, pozwala oddalić temat na bezpieczną odległość. Bezpieczną, czyli taką, która otwiera na myślenie o własnym życiu. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Czy dobrze żyjesz? Czyim życiem żyjesz? Już nie chodzi o to, czy byliby z ciebie dumni, skończyło się. O jutrze myśl od dzisiaj.

Anglicy

Byli już naprawdę blisko, zostało tylko zejść z placu i przejść dwieście metrów.

– Jeśli znowu zacznie się wydzierać na całą ulicę, tym razem pójdziecie sami – powiedziała.

Od kiedy urodzili się chłopcy, niedzielne obiady u teściów stały się obowiązkowe. Na szczęście nie co tydzień, ale co najmniej raz w miesiącu. Scenariusz powtarzał się w stu procentach.

Wyłaniali się zza rogu ulicy, by spojrzeć w ten sam punkt – ku balkonowi na drugim piętrze. On stał tam i czekał, mimo że była dopiero za piętnaście druga. Widać go było z daleka, rudy starszy pan gestykulujący energicznie. Im byli bliżej, tym wyraźniej było słychać, że nie ogranicza się tylko do gwałtownego poruszania rękami.

– Ile wy macie lat, do jasnej cholery?! Nie można się z wami na godzinę umówić?! Stoję tu od piętnastu minut i umieram ze strachu, że coś wam się stało! Jak śmiecie narażać mnie na takie nerwy?!

– Powiedziałam i tak zrobię, więcej tego nie zniosę.

– Mamo, chodź, nie przejmuj się. Dziadek po prostu taki jest.

Spojrzała na męża. Bezradnie rozłożył ręce i miło się uśmiechnął, unosząc krzaczaste brwi. Nie chciała wyjść na histeryczkę, ale już od dawna miała dość tych balkonowych scen.

– Zachowuje się jak wariat, może tym razem coś mu jednak powiesz? – zapytała, choć dobrze znała odpowiedź.

– Co ja mu mogę powiedzieć? Mówi prawdę, umiera ze strachu i nic na to nie poradzimy. Umówmy się, że gdy umrze, przestaniemy do niego przychodzić. – Spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem.

– Myślisz, że dziadek dzisiaj umrze? – zapytał jeden z synów.

– Mam nadzieję, że jeszcze nie.

– A ty, mamo? Chciałabyś, żeby dziadek dzisiaj umarł?

– Wolałabym nie. I bez tego będziemy mieli moc wrażeń.

Nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze krzyki dochodzące z balkonu, dotarli do klatki, minęli skrzynki pocztowe i ruszyli po schodach. Nigdy nie wsiadali do windy, była tak mała, że nie mieli szans zmieścić się do niej we czwórkę.

Dziadek czekał w otwartych drzwiach. Najpierw schylał się do starszego wnuka, ściskał go zbyt mocno i trochę za długo.

– Mój pierworodny, mój pierworodny. Pokaż się, ależ ty mądrze wyglądasz. Kto by pomyślał, że się w ogóle urodzisz!

Następnie przychodziła kolej na młodszego. Jego też zbyt mocno przytulał.

– Czarne kudły masz, może zjaśnieją. Dobrze, że ryży nie jesteś.

Nie spuszczając oczu z chłopców, przytulał swojego syna, a na końcu witał się z synową.

– Pięknych mi wnuków urodziłaś. Wchodźcie, wchodźcie.

– Tato, mógłbyś nam następnym razem oszczędzić wrzasków z balkonu? Byliśmy umówieni na czternastą, przyszliśmy piętnaście minut wcześniej, a ty się drzesz, że jesteśmy spóźnieni?

– Wszystko będzie dobrze, nie przejmuj się. Martwiłem się, że samochód was potrącił albo jakieś inne nieszczęście… Najważniejsze, że wszyscy żyjemy i jesteśmy razem. Swoją drogą, ciekawe, czy ja doczekam prawnuków. No, chłopcy, mogę na was polegać?

– Nie wiadomo, czy dożyjesz – powiedział młodszy wnuk.

– Proszę, jaki dowcipny! – skwitował uśmiechnięty dziadek.

Po powitaniach szli do jadalnego, gdzie stał duży okrągły stół. Biały obrus, talerze ze złotym szlaczkiem i srebrne sztućce – wszystko było już naszykowane. Przy stole siedziała stara kobieta, malutka i skurczona. Od lat chorowała na alzheimera, nie reagowała na hałas, który wypełniał pokój.

– Chłopcy, przywitajcie się z babcią – mówił ojciec.

Nie lubili się do niej zbliżać, nie rozumieli, co się z nią dzieje. Rzadko się odzywała, nigdy po polsku. Podchodzili, szybko całowali ją w policzek i siadali na swoich miejscach. Czasami przez jej pomarszczoną twarz przebiegał lekko zauważalny uśmiech, trudno powiedzieć, czy świadomy.

Obiad gotowała gosposia dziadka. Garnki i patelnie stawiała na parapecie i wychodziła mimo szczerych zaproszeń, by usiadła ze wszystkimi do stołu. Rosół z makaronem domowej roboty, mielone, purée i sałata ze słodką śmietaną, której nie jadł nikt poza dziadkiem. Najmłodszy wnuk szybko pochłaniał cały obiad, by zdążyć na dokładkę zupy, nim ta zniknie w kuchni. Później grzecznie pytał, czy może odejść od stołu, i kładł się na podłodze, gdzie bawił się swoimi samochodzikami.

Rytm tych obiadów był niezmienny. Wszystko trwało około półtorej godziny, potem dziadek ucinał sobie drzemkę, a oni, przez nikogo niezatrzymywani, wychodzili.

– Kulturysta z Dachau podniósł cegłę i się zmachał – wypowiedział którejś niedzieli młodszy wnuk, leżąc na podłodze z brzuchem pełnym zupy.

– O Boże! – jęknęła babcia po polsku.

Zapadła cisza, a rodzicielskie oczy zwróciły się ku starszemu synowi.

– To nie ja go tego nauczyłem!

– Koledzy w szkole mnie nauczyli – odpowiedział niczym niezmieszany najmłodszy członek rodziny.

– Dlaczego postanowiłeś akurat teraz się z nami tym podzielić? – zapytał ojciec.

– Przypomniało mi się.

– Patrzcie go, przypomniało mu się! A wiesz, że niektórym nigdy nie udało się zapomnieć? – zapytał wzburzony dziadek.

– A wiem.

– A skąd, jeśli można?

– Od was, ciągle o tym mówicie. Nie rozumiem, dlaczego zawsze rozmawiacie o Żydach.

– Bo jesteśmy Żydami – odpowiedział dziadek.

– Wszyscy?

Dziadek rozejrzał się i uśmiechnął.

– Tak, wszyscy.

– Ja też?

– Ty też.

Chłopiec na chwilę wrócił do swoich samochodzików.

– Wolałbym być Anglikiem – odezwał się po dłuższym milczeniu.

– Powiedzieć ci coś? – zapytał dziadek.

– A powiedzieć.

– Ja też bym wolał być Anglikiem.

Dziadek sięgnął po szklankę z herbatą, ale zdążyła już na tyle wystygnąć, że przestała go interesować. Wstał od stołu i poszedł się zdrzemnąć.

Ja to wszystkim opowiadam

Ten facet był z typu psotnik. Kochał medycynę i kobiety, właśnie w tej kolejności. Jego zaś kochała połowa miasta. Ta, którą leczył. Druga połowa dzieliła się na tych, których wyprowadzał z równowagi, i na obojętnych. Rudy był i piegowaty, czyli temperamentny. W mordę potrafił znienacka strzelić, pół litra wypić i pójść dalej, jak gdyby nigdy nic.

Udało mu się dożyć drugiej połowy XX wieku, postanowił wykorzystać szansę i żyć, nie rezygnując z przyjemności. Przydział dramatów uznał za wyczerpany. Wychowaniem dziecka zajęła się żona, on angażował się, tylko gdy sytuacja wymagała lekarza. Uważał, że los ojca jest niewdzięczny, jak w tym dowcipie o synu niejadku. Cała rodzina się martwiła, że chudy, nic nie je. W końcu ojciec nie wytrzymał i zapytał, na co synek miałby największą ochotę. Mały po namyśle odpowiedział, że na gówno. Jak to na gówno? Normalnie, na gówno. Gówno na talerzu. Matka spojrzała na ojca, ojciec na matkę, po czym wstał i wyszedł do łazienki. Wrócił z gównem na talerzu. Postawił przed synem. Ten obejrzał i powiedział, że chce gówno smażone. Matka spojrzała na ojca, ojciec na matkę, po czym wstał i poszedł do kuchni. Wrócił, postawił przed synem. Syn obejrzał i powiedział, że chce, żeby tatuś spróbował. Matka na ojca, ojciec na matkę. Spróbował, powiedział, że wyborne, i zachęcił syna, by wreszcie zaczął jeść. Nie zjem, bo tata zjadł najlepszy kawałek.

Dom działał, syn rósł jak na drożdżach, a rudy doktor poznawał kolejne kobiety i spędzał z nimi rozkoszne chwile. Pytany przez znajomych, co u niego słychać, opowiadał dowcip o Żydzie, który przyszedł do księdza, żeby się wyspowiadać. Ksiądz pyta, czy penitent jest katolikiem. Nie jest. To dlaczego przychodzi? Bo bardzo mu zależy. Ksiądz wchodzi do konfesjonału, a Żyd zaczyna mu opowiadać o wszystkich kobietach, z którymi ostatnio spał. Że ta blondynka, tamta z kręconymi włosami, a jeszcze inna miała takie małe piersi… Dlaczego pan akurat mnie wybrał, żeby mi to opowiedzieć? – pyta ksiądz. Ja to wszystkim opowiadam.

Żona udawała, że nie słyszy. Po tym, co przeszli, wiedziała, że życie potrafi przynosić poważniejsze problemy. Czasami żaliła się przyjaciółce, a ta po powrocie do domu prosiła męża, by porozmawiał z doktorem. Umawiali się, szli na wódkę, przyjaciel domu delikatnie wyjawiał, z jaką misją go wysłano. Rudy spoglądał na niego i mówił, że właśnie w tej chwili przypomniał mu się dowcip o poborcy podatkowym, który przychodzi do gminy żydowskiej. Co robicie z woskiem z wytopionych świec? Zbieramy i robimy z niego nowe świece. Aha. A co robicie z okruszkami z macy? A z nich to my robimy pyszne kulki macowe. Aha. A gdy obrzezacie małych chłopców, to co robicie z tymi, no, wiecie? A, z tymi. Zbieramy, wysyłamy do urzędu podatkowego, a stamtąd przysyłają nam takich kutasów jak pan.

Przyjacielskie odruchy dusił w okamgnieniu. Gdy rozmówca był wytrwały, wołał kelnerkę i prosił, by otworzyła okno. Nie ma się czego bać, mówił, mój kolega nie jest orłem, nie wyfrunie.

Syn ożenił się z malutką brunetką, absolwentką akademii sztuk pięknych. Doktor miał co do niego wprawdzie inne plany, ale przyjął do wiadomości, przestał szukać idealnej partii.

Żona rudego lekarza zaczęła chorować na szybko postępującego alzheimera. Doskonale się nią opiekował. Sprowadził do domu młodą dziewczynę z prowincji. Gotowała, zajmowała się chorą żoną, a i z doktorem dobrze jej się układało.

Dla wnuków stał się wspaniałym lekarzem, dziadkiem dziwnym, który miewał swoje wzloty. Raz w roku zabierał ich na zakupy. Ku zaskoczeniu wszystkich potrafił kupić stół bilardowy albo rower. Czasami brał ich do restauracji, a po złożeniu zamówienia szybko znikał. Doroślejące wnuki dopiero po latach zrozumiały, że głównym powodem wycieczek nie była bynajmniej chęć pobycia z nimi, tylko kelnerka w krótkiej spódniczce. Nie umiał być dziadkiem, był jednak dumny, że rodzina rośnie.

Rok po śmierci żony zaprosił starszego wnuka na obiad. Po wybraniu dań nie odszedł jak zwykle od stołu. W czasie gdy oczekiwali na jedzenie, dziadkowi przypomniał się dowcip o Rosenzweigu, który całą noc chodzi po domu. Około piątej rano wstaje wściekła żona i pyta go, co tak chodzi. Chodzę, bo nie mogę spać, odpowiada Rosenzweig. Dlaczego nie możesz spać? Bo jestem winny Hozenduftowi pieniądze. Dużo? Dużo. To zadzwoń i powiedz mu, że nie oddasz. Mąż chwilę myśli i dzwoni. Tu Rosenzweig. Tak, wiem, która jest godzina. Chciałem tylko powiedzieć, że nie oddam pieniędzy, dobranoc. I odkłada słuchawkę. I co teraz? – pyta żonę. Idź spać, teraz on nie śpi.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2020

Wydanie I