Poszukiwacze muszelek - Rosamunde Pilcher - ebook + książka

Poszukiwacze muszelek ebook

Pilcher Rosamunde

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

ISBN 83-7470-031-9

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Zgierzu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 998

Rok wydania: 2006

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

ROSAMUNDE PILCHER

Poszukiwacze muszelek

 

Moim dzieciom i wnukom

 

ROSAMUNDE PILCHER

 

Poszukiwacze muszelek

 

Przekład:

KATARZYNA MROCZKOWSKA-BRAND

 

C&T

TORUŃ

 

Tytuł oryginału:

THE SHELL SEEKERS

 

Copyright © 1987 by Rosamunde Pilcher

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by „C&T”, Toruń 2006

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Mroczkowska-Brand

 

Opracowanie graficzne:

MAŁGORZATA WOJNOWSKA

 

Redaktor wydania:

PAWEŁ MARSZAŁEK

 

Korekta:

MAGDALENA MARSZAŁEK

 

Skład i łamanie:

KUP „BORGIS” Toruń, tel. (056) 654-82-04

 

ISBN 83-7470-031-9

 

Wydawnictwo „C&T” ul. Św. Józefa 79, 87-100 Toruń,tel./fax (056) 652-90-17.

Toruń 2006. Wydanie III. Ark. wyd. 34,5; ark. druk. 35.Druk i oprawa: Wąbrzeskie Zakłady Graficzne Sp. z o.o.ul. Mickiewicza 15, 87-200 Wąbrzeźno.

PROLOG

 

Taksówka, stary rover przesiąknięty zapachem dymu z papierosów, toczyła się wolno wzdłuż pustej, wiejskiej drogi. Było wczesne popołudnie, sam koniec lutego, cudowny zimowy dzień, bardzo chłodny, a nawet mroźny, a niebo było blade i bezchmurne. Słońce świeciło, kładąc długie cienie, ale niewiele dawało ciepła i zaorane pola leżały twarde jak żelazo. Z kominów rozrzuconych ferm i małych kamiennych domków dym unosił się prosto, jak w kolumnach, w nieruchomym powietrzu, a stada owiec, ciężkich od wełny i zaczynających się ciąż, gromadziły się wokół paśników pełnych siana.

Siedząc na tylnym siedzeniu taksówki i patrząc przez zakurzone okno, Penelopa Keeling pomyślała sobie, że nigdy jeszcze nie widziała, by znany jej krajobraz wyglądał tak pięknie.

Droga zakręcała tu ostro i przed nimi ukazał się drewniany drogowskaz zaznaczający boczny trakt wiodący do Temple Pudley. Kierowca zwolnił i z bolesnym zgrzytem zmieniwszy biegi, skręcił. Taksówka potoczyła się w dół, podskakując pomiędzy wysokimi i zasłaniającymi wszystko żywopłotami. W parę chwil później byli już w miasteczku, z jego złotymi domkami z kamienia Cotswold.1 Mijali kiosk z gazetami, rzeźnika, pub Sudeley Arms, kościół — cofnięty trochę od ulicy, stojący za bardzo starym cmentarzem i zasłonięty rzędem paru odpowiednio ponurych cisów. Niewielu ludzi było widać. Dzieci w szkole, a niesprzyjająca aura trzymała wszystkich w domach. Tylko stary człowiek, w rękawiczkach i szaliku, prowadził na spacer swojego jeszcze starszego psa.

— Który to dom? — zapytał taksówkarz przez ramię.

Pochyliła się do przodu, śmiesznie podekscytowana, jakby się czegoś spodziewała. — To jeszcze tylko kawałeczek. Przez miasteczko. Biała bramka po prawej. Jest otwarta. O, tam... No i jesteśmy!

Skręcił, wjechał przez bramę i samochód zatrzymał się z tyłu domu.

Pchnęła drzwiczki i wysiadła, owijając się szczelnie przed chłodem w swoją ciemnoniebieską pelerynę. Otwarła torebkę, znalazła klucz i poszła otworzyć drzwi. Z tyłu taksówkarz wyjmował z bagażnika jej małą walizkę. Odwróciła się, żeby odebrać ją od niego, ale on, trochę zaniepokojony, nie wypuszczał jej z ręki.

— Czy nikt na panią nie czeka?

— Nie. Nikogo nie ma. Mieszkam sama, a wszyscy myślą, że jestem jeszcze w szpitalu.

— Poradzi sobie pani?

Uśmiechnęła się, patrząc na jego dobrotliwą twarz. Był całkiem młody, miał jasne, gęste włosy. — Oczywiście.

Zawahał się, nie chcąc się narzucać. — Jeśli pani chce, to wniosę walizkę. Albo zaniosę na górę, jeśli potrzeba.

— To bardzo miłe z pana strony. Ale poradzę sobie z łatwością...

— To żaden kłopot — powiedział i wszedł za nią do kuchni.

Otworzyła drzwi i poprowadziła go wąskimi schodami na górę. Wszędzie pachniało kliniczną czystością. Pani Plackett, niech jej Bóg da zdrowie, nie marnowała czasu pod nieobecność Penelopy. Lubiła nawet bardzo, kiedy Penelopa wyjeżdżała, bo wtedy mogła zabrać się za takie rzeczy jak wymycie lakierowanych na biało poręczy, wygotowanie ścierek i wypucowanie do połysku mosiądzu i srebra.

Drzwi do jej sypialni były otwarte. Weszła, a za nią wszedł młody człowiek i postawił walizkę na podłodze.

— Czy mógłbym w czymś jeszcze pomóc? — spytał.

— Nie, dziękuję, to już naprawdę wszystko. A teraz, ile jestem panu winna?

Wymienił kwotę, wyglądając przy tym na zawstydzonego, jak gdyby było to dla niego krępujące. Zapłaciła i powiedziała, żeby zatrzymał resztę. Podziękował i zeszli z powrotem. Ale młody człowiek nadal się ociągał. Wydawało się, że nie ma ochoty odejść. Przypuszczalnie, mówiła sobie, ma swoją babcię, za którą czuje się w ten sam właśnie sposób odpowiedzialny.

— A więc na pewno da pani sobie radę sama?

— Obiecuję to panu. A jutro przychodzi moja znajoma, pani Plackett. Nie będę więc już sama.

To właśnie, z jakiegoś powodu, uspokoiło go.

— To ja już sobie pójdę.

— Do widzenia. I dziękuję panu.

— Nie ma za co.

Kiedy odjechał, weszła z powrotem do domu i zamknęła drzwi za sobą. Była sama. Co za ulga. W domu. Jej własny dom, jej własne rzeczy, jej własna kuchnia. Aga, piec olejowy, mruczał sobie spokojnie i wszędzie było rozkosznie ciepło. Poluzowała zapięcie swojej peleryny i upuściła ją na oparcie krzesła. Na wyszorowanym stole leżał stos listów. Zaczęła je przeglądać, ale nie było w nich ani nic ważnego, ani ciekawego, więc odłożyła je, przeszła przez kuchnię i otworzyła szklane drzwi prowadzące do cieplarni. Myśl, że jej cenne rośliny umierają być może z zimna lub z braku wody, martwiła ją w ciągu ostatnich paru dni, ale pani Plackett zajęła się nimi równie dobrze jak wszystkim innym. Ziemia w doniczkach była wilgotna i lepka, a liście świeże i zielone. Wczesne geranium nosiło już koronę z drobnych pączków, a hiacynty urosły co najmniej trzy cale. Za szybą jej ogród leżał w zimowym śnie, czarna koronka bezlistnych drzew odbijała się na tle bladego nieba, ale pod kasztanem przez mech przebijały się śniegulki i pierwsze maślanozłote płatki tojadów.

Opuściła cieplarnię i udała się na górę z zamiarem rozpakowania walizki, ale zamiast tego dała się po prostu ponieść uczuciu radości z powrotu do domu. Kręciła się to tu, to tam, otwierając drzwi, oglądając każdą sypialnię, patrzyła na widok z każdego okna, dotykała mebli, to znów wyprostowała firankę. Wszystko było na swoim miejscu, nic się nie zmieniło. W końcu wróciła na dół, z kuchni wzięła listy i przez jadalnię przeszła do salonu. Tutaj znajdowały się najcenniejsze rzeczy, jakie posiadała; jej biurko, jej kwiaty i jej obrazy. W kominku wszystko było przygotowane do rozpalenia ognia. Zapaliła zapałkę i przyklęknęła, by przytknąć ją do kawałka gazety. Zamigotał płomyk, sucha podpałka zajęła się, buchnął trzaskający ogień. Dołożyła parę polan i płomienie wzniosły się wysoko w górę. Teraz dom znów ożył i skoro wykonała już to małe zadanie, nie można było znaleźć żadnej wymówki, by nie zadzwonić do któregoś z dzieci i nie powiedzieć, co zrobiła.

Ale do którego z dzieci? Usiadła, żeby zastanowić się nad wyborem. Powinna to być Nancy, oczywiście, bo jest najstarsza i lubi myśleć, że jest całkowicie odpowiedzialna za swoją matkę. Ale Nancy będzie oburzona, wpadnie w panikę i będzie głośno robić jej wyrzuty. Penelopa stwierdziła, że nie czuje się na siłach stawić czoła Nancy, jeszcze nie w tej chwili.

A więc może Noel? Może powinna z nim właśnie pomówić jako z jedynym mężczyzną w rodzinie. Ale sam pomysł oczekiwania praktycznej pomocy czy rady od Noela był tak absurdalny, że Penelopa musiała się uśmiechnąć. „Noel, wypisałam się ze szpitala i wróciłam do domu”. Jego odpowiedź na taką wiadomość brzmiałaby najprawdopodobniej: „Ach, tak?”

Penelopa zrobiła więc to, co i tak cały czas wiedziała, że zrobi. Sięgnęła po telefon i wykręciła numer biura Oliwii w Londynie.

— „Wenus” — głos dziewczyny z centrali zabrzmiał tak, jakby wyśpiewała nazwę żurnalu.

— Czy może mnie pani połączyć z Oliwią Keeling?

— Chwileczkę.

Penelopa czekała.

— Tu sekretarka panny Keeling.

Porozmawiać z Oliwią to było trochę tak, jak próbować uciąć sobie pogawędkę z prezydentem Stanów Zjednoczonych.

— Czy mogę mówić z panną Keeling?

— Przykro mi, ale panna Keeling jest na zebraniu.

— Czy to znaczy, że znajduje się na sali obrad, czy jest w swoim gabinecie?

— Jest w swoim gabinecie... — sekretarka zdawała się być skonsternowana i nic dziwnego — ...ale ktoś u niej jest.

— To proszę jej przerwać. Tu mówi jej matka i mam bardzo ważną sprawę.

— A... nie może pani poczekać?

— Ani chwili — zdecydowanie powiedziała Penelopa. — Nie zajmę jej dużo czasu.

— Dobrze.

Znów chwila czekania. I wreszcie głos Oliwii:

— Mamuś!

— Przepraszam, że ci przeszkadzam...

— Mamusiu, czy coś się stało?

— Nie, nic złego się nie stało.

— No, to Bogu dzięki! Dzwonisz ze szpitala?

— Nie, dzwonię z domu.

— Z domu? Kiedy wróciłaś do domu?

— Około wpół do trzeciej, dziś po południu.

— A ja myślałam, że zatrzymają cię w szpitalu co najmniej tydzień.

— Taki mieli zamiar, ale ja się zaczęłam tak okropnie nudzić i byłam tak wyczerpana. W nocy nie mogłam zmrużyć oka, a na łóżku obok mnie leżała starsza pani, która nie przestawała mówić. Nie, nie tyle mówić, co bredzić, biedactwo. Więc po prostu powiedziałam lekarzowi, że nie wytrzymam tego ani chwili dłużej, spakowałam walizkę i wyjechałam.

— Wypisałaś się na własne żądanie — powiedziała bez ogródek Oliwia i słychać było, że jest zrezygnowana, ale bynajmniej nie zdziwiona.

— Dokładnie tak. Nic mi nie jest. Zamówiłam sobie taksówkę, kierowca był przemiły i zawiózł mnie do domu.

— A lekarz nie protestował?

— Nawet bardzo głośno. Ale nic nie mógł zrobić.

— Och, mamusiu! — w głosie Oliwii słychać było śmiech. — Jesteś okropna. Miałam zamiar odwiedzić cię w szpitalu w ten weekend. Wiesz, chciałam przywieźć ci całe tony winogron, a potem zjeść je wszystkie sama, coś w tym stylu.

— Mogłabyś przyjechać tutaj — powiedziała Penelopa i zaraz pożałowała, że to zrobiła, bo mogło to zabrzmieć, jakby była smutna, samotna i potrzebowała towarzystwa Oliwii.

— Wiesz... jeśli naprawdę dobrze się czujesz, to chyba jednak odłożę to na trochę później. Tak naprawdę to jestem potwornie zajęta w ten weekend. Mamusiu, a czy ty mówiłaś już z Nancy?

— Nie. Miałam zamiar to zrobić, ale potem stchórzyłam. Wiesz, jaką ona zrobi awanturę. Zadzwonię jutro rano, kiedy będzie tu pani Plackett, a ja będę już bezpiecznie okopana i w żaden sposób nie będzie mnie można ruszyć.

— Jak się czujesz? Ale tak naprawdę.

— Zupełnie dobrze. Tylko, tak jak ci mówiłam, jestem trochę niewyspana.

— Nie będziesz się przemęczać, dobrze? To znaczy, nie rzucisz się nagle do ogrodu i nie zaczniesz kopać rowów albo przesadzać drzew?

— Nie, obiecuję, że nie. Zresztą wszystko jest twarde jak żelazo. Nie można nawet wbić łopaty w ziemię.

— Dzięki Bogu za drobne łaski. Mamuś, muszę już kończyć, mam tu u siebie w gabinecie pracownika...

— Wiem. Twoja sekretarka mi mówiła. Przepraszam, że ci przeszkodziłam, ale chciałam, żebyś wiedziała, co się dzieje.

— Cieszę się, że to zrobiłaś. Bądź w kontakcie, mamusiu, i oszczędzaj się trochę.

— Możesz być spokojna. Do widzenia, kochanie.

— Do widzenia, mamusiu.

Odłożyła słuchawkę, odstawiła telefon z powrotem na stół i opierając się, usiadła wygodniej.

Teraz już nic nie zostało do zrobienia. Poczuła się bardzo zmęczona, ale był to łagodny rodzaj zmęczenia, a otoczenie działało kojąco i uspokajająco. Dom był jak dobra, życzliwa osoba, a ona była otoczona jej kochającymi ramionami. W ciepłym pokoju rozświetlonym blaskiem ognia, w znajomym głębokim fotelu, poczuła, ku swojemu zdziwieniu i zaskoczeniu, że ogarnia ją fala bezpodstawnego szczęścia, jakiego nie doznała od lat.

To dlatego, że żyję. Mam sześćdziesiąt cztery lata i miałam atak serca, jeśli tym głupim lekarzom można wierzyć. W każdym razie, cokolwiek to było, przeżyłam. Teraz zostawię to za sobą i nie będę o tym myśleć ani mówić nigdy więcej. Dlatego, że ja żyję. Mogę czuć, dotykać, widzieć i słyszeć, mogę zająć się sobą, wypisać się ze szpitala, znaleźć taksówkę i wrócić do domu. W ogrodzie pojawiły się pierwsze śniegulki, idzie wiosna. Zobaczę ją. Będę przyglądać się temu corocznemu cudowi i czuć, jak z każdym mijającym miesiącem słońce staje się coraz cieplejsze. I dlatego że żyję, będę mogła przyglądać się temu, jak to się dzieje, i być częścią tego cudu.

Przypomniała sobie historię o kochanym Maurisie Chevalier. „Jak pan się czuje, mając siedemdziesiąt lat?” — zapytano go. „Nie najgorzej” — odpowiedział. — „Jeśli weźmie się pod uwagę alternatywę”.

Ale Penelopa Keeling czuła się tysiąc razy lepiej niż tylko nie najgorzej. Teraz życie stało się nie zwykłą egzystencją, którą brało się za coś oczywistego, ale premią, podarunkiem, a każdy kolejny dzień przynosił nowe przeżycie, którym należało się rozkoszować. Czas nie trwał wiecznie. Nie zmarnuję ani jednej chwili, obiecywała sobie. Nigdy nie czuła się tak silna, tak radosna. Tak jakby stała się znów młoda, jakby dopiero wszystko się zaczynało i miało się wydarzyć coś cudownego.

 

1NANCY

 

Czasami myślała sobie, że dla niej, dla Nancy Chamberlain, najprostsza nawet i niewinna czynność była skazana na to, by w sposób nieunikniony stać się najeżoną uciążliwymi komplikacjami.

Choćby dziś rano. Szary dzień w połowie marca. Jedyne co zrobiła... co miała zamiar zrobić... to złapać pociąg o dziewiątej piętnaście z Cheltenham do Londynu, zjeść lunch ze swoją siostrą Oliwią, może wpaść do Harrodsa i wrócić do domu. Przecież w końcu nie było nic szczególnie ohydnego w tym zamierzeniu. Nie planowała oddać się jakiejś dzikiej ekstrawagancji ani spotkać się z kochankiem; tak naprawdę ta wizyta była bardziej obowiązkiem niż czymkolwiek innym, do omówienia miały sprawy ważne, wymagające podjęcia decyzji, a jednak, gdy tylko powiedziała domownikom o swoich planach, natychmiast okoliczności sprzysięgły się przeciwko niej, musiała stawić czoła obiekcjom, a nawet gorzej — obojętności, i z tego wszystkiego zostało jej wrażenie, jakby to była walka o życie.

Wczoraj wieczorem, umówiwszy się przez telefon z Oliwią, poszła poszukać dzieci. Znalazła je w małym salonie, który Nancy eufemistycznie nazywała biblioteką, wyciągnięte na kanapie przed kominkiem oglądały telewizję. Miały swój własny pokój bawialny i własny telewizor, ale nie było tam kominka i było zabójczo zimno, a telewizor był stary i czarno-biały, nic więc dziwnego, że spędzały większość swojego czasu tutaj.

— Kochani, muszę jechać jutro do Londynu spotkać się z ciocią Oliwią i porozmawiać o babci Pen...

— Jeśli ty będziesz w Londynie, to kto weźmie Błyskawicę do kowala, do podkucia?

To odezwała się Melania. A mówiąc, Melania równocześnie żuła ogon swojego kucyka i jedno oko miała utkwione w miotającym się po scenie śpiewaku rockowym, którego obraz wypełniał ekran. Liczyła sobie czternaście lat i przechodziła, jak to jej matka ciągle sobie powtarzała, trudny okres.

Nancy oczekiwała tego pytania i miała gotową odpowiedź. — Poproszę Croftwaya, żeby się tym zajął. Powinien sobie dać radę sam.

Croftway był to gburowaty ogrodnik — złota rączka. Zajmował z żoną mieszkanie nad stajnią. Nienawidził koni, zawsze przerażał je i doprowadzał do paniki swoim tubalnym głosem i grubiańskim zachowaniem, ale do jego obowiązków należało również zajmowanie się końmi i robił to, acz niechętnie, wprowadzając biedne, spocone stworzenia do boksów i powożąc nieporęcznym pojazdem na różne imprezy w Pony Club, klubie jazdy konnej. Przy takich okazjach Nancy mówiła o nim „stajenny”.

Rupert, który miał lat jedenaście, usłyszał sam koniec tej wymiany zdań i zgłosił swoje własne zastrzeżenia: — Ja mówiłem, że idę jutro na podwieczorek do Tommiego Robsona. Obiecał mi, że będę mógł od niego pożyczyć tygodniki futbolowe. To jak wtedy wrócę do domu?

Nancy dopiero teraz dowiedziała się o tym zaproszeniu. Postanowiła jednak nie tracić zimnej krwi. Wiedziała, że jeśli zaproponuje zmianę planów, to natychmiast wybuchnie wrzaskliwa kłótnia, rozlegną się jęki i skargi: „To niesprawiedliwe”, stłumiła więc swoją irytację i powiedziała najspokojniej jak umiała, że może wrócić autobusem.

— Ale to znaczy, że będę musiał iść na piechotę z miasteczka.

— Przecież to tylko ćwierć mili — uśmiechnęła się, robiąc dobrą minę do złej gry. — Ten jeden raz, chyba cię to nie zabije. — Miała nadzieję, że odpowie jej uśmiechem, ale tylko skrzywił się, cmokając, i odwrócił się znów do telewizora. Czekała. Na co? Może na odrobinę zainteresowania w sytuacji, która była przecież ważna dla całej rodziny. Nawet pytanie o podarunki, które zamierzała im przywieźć, byłoby lepsze niż nic. Ale oni już zapomnieli ojej obecności, całą uwagę skupiając na tym, co oglądali. Stwierdziła nagle, że nie może znieść już tego hałasu i tego wszystkiego i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. W przedpokoju przeszyło ją dojmujące zimno, ciągnące z płyt podłogi, wkradające się na górę po schodach, wypełniające pustkę lodowatego podestu.

To była ciężka zima. Od czasu do czasu Nancy mówiła dzielnie do siebie — albo do jakiejś innej osoby zmuszonej jej słuchać — że zimno jej nie przeszkadza. Była ciepłokrwistym stworzeniem i wcale jej to nie dokuczało. Poza tym, dodawała, nigdy nie jest zimno we własnym domu. Tyle jest zawsze do roboty.

Ale tego wieczora, gdy dzieci były takie nieprzyjemne, a przed sobą miała perspektywę pójścia do kuchni i „pogawędki” z ponurą panią Croftway, wstrząsnął nią dreszcz i mocno otuliła się grubym swetrem, patrząc, jak zużyty chodnik unosi się pod wpływem przeciągu wiejącego od źle dopasowanych drzwi frontowych.

Dom, w którym mieszkali, był stary, dawna georgiańska plebania w małej, malowniczej wiosce w rejonie Cotswold. Old Vicarage2, Bamworth. To był dobry adres i sprawiało jej przyjemność podawać ten adres w sklepach. Proszę to zapisać na mój rachunek — Chamberlainowie, Old Vicarage, Barnworth, Gloucestershire. Miała to wytłoczone jako nagłówek na swoim bardzo drogim, niebieskim papierze listowym od Harrodsa. Takie drobne sprawy jak papier listowy znaczyły wiele dla Nancy. Robiły dobre wrażenie.

Ona i George wprowadzili się tutaj wkrótce po ślubie. Na krótko przed tym wydarzeniem poprzedni lokator miał nagły wylew krwi do mózgu, a po powrocie ze szpitala zbuntował się i poinformował swoich przełożonych, że nie można wymagać od nikogo... nawet od nieświatowego przedstawiciela kościoła, żeby mieszkał i utrzymywał rodzinę z chudej pensji w domu tak monstrualnie dużym, niewygodnym i zimnym. Władze diecezji, po pewnych dyskusjach i po wizycie archidiakona, który zatrzymał się w tym domu na noc, zaziębił się i omal nie umarł na zapalenie płuc, w końcu zgodziły się na wybudowanie nowej plebanii. Na drugim końcu miasteczka wzniesiono parterowy budynek z cegły, a starą plebanię wystawiono na sprzedaż.

Została zakupiona przez George’a i Nancy. Po prostu porwaliśmy to — opowiadała znajomym, jakby to oznaczało, że ona i George byli szczególnie szybcy i sprytni, i było prawdą, iż dostali ten dom za grosze, ale z czasem dowiedziała się, że tylko dlatego, że nikt inny go nie chciał. — Sporo tam jeszcze będzie z nim roboty, oczywiście, ale to przepiękny dom, późny styl georgiański, i całkiem dużo ziemi do tego... są też stajnie i wybieg dla koni... i tylko pół godziny do Cheltenham i do biura George’a. Po prostu idealne miejsce, naprawdę.

Było to rzeczywiście idealne miejsce. Dla Nancy, wychowanej w Londynie, ten dom był ostatecznym ziszczeniem wszystkich jej snów nastolatki o fantazji wykarmionej na powieściach Barbary Cartland i Georgette Heyer. Zamieszkać na wsi, być żoną dziedzica — to był od dawna szczyt jej skromnych marzeń, oczywiście po sezonie debiutantki w Londynie, po ślubie na biało i z druhnami, i z jej fotografią umieszczoną w Tatlerze, magazynie towarzyskim. Wszystko to udało jej się osiągnąć, oprócz sezonu debiutantki w Londynie, i świeżo po ślubie znalazła się jako pani domu w Cotswold, z koniem w stajni i ogrodem, w którym można było urządzać przyjęcia z okazji świąt parafialnych. Mieli talach znajomych, jakich wypada mieć; takie psy jakie trzeba; George był przewodniczącym lokalnego klubu Partii Konserwatywnej i w kościele, podczas niedzielnych nabożeństw, czytał lekcję.

Na początku wszystko szło gładko. Nie mieli wtedy kłopotów z pieniędzmi i wyremontowali stary dom jak należy. Zabezpieczyli go z zewnątrz, w środku zainstalowali centralne ogrzewanie, a Nancy poustawiała wiktoriańskie meble, które George odziedziczył po rodzicach, i radośnie udekorowała swoją sypialnię powodzią perkalu. Ale z upływem lat inflacja zaczęła dawać się we znaki, rosły ceny ropy i pensje dla pracowników, których musieli zatrudnić, a w dodatku coraz trudniej było znaleźć kogoś do pomocy w domu i w ogrodzie. Finansowy ciężar, który zmuszeni byli ponosić, żeby utrzymać dom na skromnej choćby stopie, stawał się cięższy z każdym rokiem i czasami wydawało jej się, że przeliczyli się ze swoimi możliwościami, odgryźli zbyt duży kawałek, którego nie mogli teraz przeżuć.

Jakby tego było mało, czekały ich teraz przerażające wydatki związane z edukacją dzieci. Zarówno Melania jak i Rupert uczęszczali do miejscowych szkół prywatnych. Melania przypuszczalnie zostanie w swojej szkole do małej matury, ale Rupert był zapisany do Charlesworth, prywatnej szkoły jego ojca. George zapisał go tam w dzień po jego urodzeniu i równocześnie wykupił małą polisę ubezpieczeniową na edukację syna. Ale teraz w roku 1984 suma ta ledwie wystarczyłaby na bilet kolejowy.

Kiedyś, gdy Nancy nocowała u Oliwii w Londynie, zwierzyła się siostrze, mając nadzieję, że ta twarda kobieta, odnosząca sukcesy w swoim zawodzie, da jej jakąś mądrą radę. Oliwia jednak nie okazała ani współczucia, ani zrozumienia. Uważała, że postępują jak głupcy.

— Prywatne szkoły z internatami to anachronizm — powiedziała, zwracając się do Nancy. — Poślijcie go do miejscowej szkoły publicznej, niech się zetknie z bliska z różnymi dziećmi. O wiele lepiej mu to zrobi, na dłuższą metę, niż ta cała rozrzedzona atmosfera i tradycja starego świata.

Ale to było nie do pomyślenia. Ani George, ani Nancy nie brali nigdy pod uwagę państwowej edukacji dla swojego jedynego syna. Prawdę mówiąc, Nancy pozwalała sobie nawet, od czasu do czasu, na skryte marzenia o Rupercie w Eaton, ozdobione wizją jej samej w kapeluszu na garden party z okazji Czwartego Czerwca; a Charlesworth, szkoła solidna i z dobrą reputacją, wydawała się być najlepszym wyborem wśród szkół zajmujących drugie miejsce po Eaton. Jednakże Oliwii się do tego nie przyznała.

— To w ogóle nie wchodzi w rachubę — odparła krótko.

— W takim razie niech spróbuje dostać stypendium. Niech zrobi coś, żeby pomóc sobie samemu. Co za sens wykrwawiać się, doprowadzać się do ruiny z powodu jednego małego chłopca.

Ale Rupert nie był materiałem na stypendystę. Nie mógł liczyć na żadne stypendium; i zarówno George, jak i Nancy wiedzieli o tym.

— W takim wypadku — orzekła Oliwia, zamykając temat, który ją nudził — wydaje mi się, że nie masz innego wyjścia, jak tylko sprzedać Old Vicarage i przenieść się do czegoś mniejszego. Pomyśl o pieniądzach, które zaoszczędziłabyś, nie musząc utrzymywać tego starego domu.

Lecz projekt ten napełniał Nancy jeszcze większym przerażeniem niż wzmianka o państwowej edukacji dla jej syna. Nie tylko dlatego, że oznaczałoby to przyznanie się do klęski i zrezygnowanie z wszystkiego, czego najbardziej pragnęła i o co walczyła, ale także dlatego, że miała niemiłe podejrzenie, iż ona i George z dziećmi, mieszkający w małym, wygodnym domku na przedmieściach Cheltenham, pozbawieni koni, członkostwa w Instytucie Kobiet i w komitecie Partii Konserwatywnej, bez przyjęć z okazji świąt parafialnych, bez zawodów gimnastycznych, zostaliby jakoś pomniejszeni, przestaliby interesować swoich znajomych z sąsiedztwa, z hrabstwa, i pozostawieni sami sobie zostaliby skazani na zblaknięcie jak umierające cienie, wtopiliby się w bezmiar nic nie znaczących, zerowych istnień.

Wstrząsnął nią dreszcz, wzięła się w garść, odsunęła od siebie te ponure wizje i stanowczym krokiem ruszyła do kuchni poprzez korytarz wyłożony płytami. Tutaj ogromna Aga, piec na ropę, który nigdy nie gasł, sprawiał, że było ciepło i przytulnie. Nancy myślała czasami, a szczególnie o tej porze roku, że to szkoda, iż wszyscy nie mieszkają w kuchni... i każda inna rodzina zapewne uległaby pokusie i spędzałaby tu całą zimę. Ale oni to nie była każda inna rodzina. Matka Nancy, Penelopa Keeling, praktycznie całe życie spędziła w starej kuchni na parterze dużego domu przy ulicy Oakley. Gotowała tam i podawała ogromne posiłki na wielkim, wyszorowanym stole; pisała listy; wychowywała tam swoje dzieci; naprawiała i cerowała ubrania, a nawet podejmowała tam swoich nader licznych gości. A Nancy, która miała żal o to do matki, a nawet trochę się jej wstydziła, całym swoim życiem buntowała się przeciwko temu odrzucającemu konwenanse ciepłemu stylowi życia. Kiedy wyjdę za mąż — przysięgała sobie jako dziecko — będę miała salon i jadalnię, tak jak inni ludzie, a do kuchni będę wchodziła jak najrzadziej.

Na szczęście George był tego samego zdania. Parę lat temu, po poważnej dyskusji zgodzili się, że praktyczność jedzenia śniadania w kuchni przeważa nad nieznacznym obniżeniem standardu. Ale poza to ustępstwo żadne z nich nie było gotowe się posunąć. W związku z tym obiady i kolacje podawano w ogromnej jadalni o wysokim suficie, stół był nakryty jak należy i konwenans zastąpił wygodę. Ta ponura komnata ogrzewana była elektrycznym grzejnikiem wstawionym za kratę kominka i kiedy odbywały się tam proszone obiady, Nancy włączała grzejnik na parę godzin przed podaniem posiłku i nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego zaproszone na obiad panie przychodziły poowijane w szale. Gorszym jeszcze przypadkiem, którego nigdy nie zapomniano, był zauważony przez Nancy, bez cienia wątpliwości, wystający spod marynarki jednemu z zaproszonych brzeg grubego swetra, z wycięciem w kształcie „V”. Nigdy go już więcej nie zaproszono.

Pani Croftway stała przy zlewozmywaku, obierając ziemniaki na kolację. Była to osoba przekonana o własnej wyższości (znacznie bardziej niż jej mąż, znany z niewyparzonego języka), do pracy ubierała się w biały kombinezon, jakby samo to miało sprawić, że jej gotowanie stanie się profesjonalne, a posiłki przez nią przygotowane będą jadalne. Nic takiego się nie działo, ale pojawienie się pani Croftway w kuchni wieczorem oznaczało, że Nancy nie musiała sama gotować obiadu.

Postanowiła zacząć prosto z mostu. — Pani Croftway... nieznaczna zmiana planu. Muszę jutro jechać do Londynu, jestem umówiona na lunch z moją siostrą. Trzeba zająć się problemem mojej matki, a nie można wszystkiego omówić przez telefon.

— Myślałam, że pani matka już wyszła ze szpitala i jest w domu.

— Tak, zgadza się, ale wczoraj rozmawiałam przez telefon z jej lekarzem i on mówi, że matka naprawdę nie powinna już mieszkać sama. Tym razem był to mały atak serca i udało jej się szczęśliwie z tego wyjść, ale mimo wszystko... nigdy nic nie wiadomo...

Opowiadała o tym pani Croftway szczegółowo nie dlatego, że spodziewała się od niej pomocy czy współczucia, ale dlatego, że kobieta ta uwielbiała rozmawiać o chorobach i Nancy miała nadzieję, że wprowadzi ją to w nieco lepszy nastrój.

— Moja matka też miała atak serca i potem już nigdy nie przyszła do siebie. Zrobiła się niebieska na twarzy i ręce jej tak spuchły, że musieliśmy jej przeciąć obrączkę.

— Nie wiedziałam o tym, pani Croftway.

— Nie mogła już mieszkać sama. Sprowadziłam ją więc do nas, żeby mieszkała ze mną i z Croftwayem. Miała najlepszą sypialnię, od frontu, ale to był dla mnie krzyż pański, mogę to pani powiedzieć, w górę i na dół po schodach cały dzień i ona stukająca kijem w podłogę. W końcu byłam już kłębkiem nerwów. Lekarz powiedział, że nie widział kobiety z takimi nerwami jak moje. Zabrał więc matkę do szpitala i tam umarła.

To najwidoczniej był koniec tej przygnębiającej opowieści. Pani Croftway wróciła znów do swoich ziemniaków, a Nancy powiedziała, czując się trochę niezręcznie: — Jak mi przykro... To musiał być okropny ciężar dla pani. Ile lat miała pani matka?

— Brakowało jej jednego tygodnia do osiemdziesięciu sześciu.

— No cóż... — Nancy starała się, by jej głos zabrzmiał optymistycznie. — Moja matka ma dopiero sześćdziesiąt cztery lata, więc jestem pewna, że uda się ją wyleczyć.

Pani Croftway wrzuciła obranego ziemniaka do rondla i obróciła się, by spojrzeć na Nancy. Rzadko patrzyła ludziom prosto w twarz, ale kiedy to robiła, nieruchome spojrzenie jej bladych oczu potrafiło zbić z tropu.

Pani Croftway miała swoją własną opinię na temat matki Nancy. Nazywała ją panią Keeling i spotkała ją tylko raz, w czasie jednej z jej nielicznych wizyt w Old Vicarage, ale ten jeden raz wystarczyłby każdemu. Wielka, wysoka kobieta o oczach czarnych jak Cyganka, ubrana w rzeczy, które wyglądały jak z wyprzedaży na cele dobroczynne. A uparta też była, przyszła do kuchni i koniecznie chciała umyć naczynia, a pani Croftway lubiła wszystko robić po swojemu i nie cierpiała, gdy ktoś się wtrącał.

— To dziwne, że ona miała atak serca — wtrąciła teraz. — Wyglądała mi na silną jak byk.

— Tak — powiedziała Nancy słabym głosem. — To był szok dla nas wszystkich — dodała, a jej głos brzmiał tak pobożnie, jakby jej matka już nie żyła i wypadało mówić o niej dobrze.

Pani Croftway zrobiła ponurą minę. — Pani matka ma tylko sześćdziesiąt cztery lata? — wydawała się nie dowierzać. — Wygląda na więcej, prawda? Dałabym jej dobrze po siedemdziesiątce.

— Nie, ma sześćdziesiąt cztery lata.

— To ile pani ma lat?

To było oburzające. Nancy poczuła, że cała sztywnieje — żeby być tak bezczelną! Krew uderzyła jej do policzków. Tak bardzo pragnęła, by mieć odwagę odciąć się tej kobiecie, powiedzieć jej, żeby nie wtrącała nosa w nie swoje sprawy, ale wtedy być może złożyłaby jej wymówienie i wraz z mężem odeszliby, a co by wówczas Nancy zrobiła z ogrodem, z końmi, z tym ogromniastym domem i głodną rodziną do nakarmienia?

— Ja mam... — jej głos zabrzmiał jak skrzek. Odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz: — Jeśli o to chodzi, to mam czterdzieści trzy lata.

— Tylko tyle? A ja dałabym pani pięćdziesiąt od ręki.

Nancy zaśmiała się króciutko, starając się obrócić to w żart, bo cóż innego mogła zrobić? — Niezbyt mi pani pochlebia, pani Croftway.

— To przez pani tuszę. O to chodzi. Nic tak nie postarza jak nadwaga. Straciła pani figurę. Powinna pani zacząć dietę odchudzającą... To niezdrowo mieć nadwagę. Ani się pani spostrzeże — zarechotała — i to pani będzie mieć atak serca.

„Nienawidzę pani, pani Croftway, nienawidzę”.

— Jest taka dobra dieta w „Tylko dla Pań”, w numerze z tego tygodnia... Je się jednego grapefruita jednego dnia, a na drugi dzień jeden jogurt. A może na odwrót... Mogłabym to wyciąć i przynieść, gdyby pani chciała.

— Ach tak... To bardzo miło z pani strony. Może. Tak... — głos Nancy drżał, była zmieszana. Wzięła się w garść, wyprostowała się i z pewnym wysiłkiem próbowała zapanować nad pogarszającą się sytuacją. — Ale, pani Croftway, ja tak naprawdę to chciałam pogadać o jutrze. Łapię ten dziewiąta piętnaście, więc nie będę miała zbyt wiele czasu, by sprzątnąć przed wyjściem, więc będzie pani, niestety, musiała zrobić, co pani będzie mogła... Będzie pani tak dobra i nakarmi psy, zrobi to pani dla mnie?... Zostawię im jedzenie gotowe w miskach i potem może je pani przegoni trochę po ogrodzie... i... — ciągnęła dalej szybko, nim pani Croftway mogłaby zdążyć zaprotestować i zgłosić zastrzeżenia do jej sugestii — może będzie pani mogła przekazać ode mnie wiadomość Croftwayowi, poprosić go, żeby zaprowadził Błyskawicę do kowala. Konia trzeba podkuć i nie chciałabym odkładać tego na później.

— No! — pani Croftway wyraźnie miała wątpliwości. — Nie wiem, czy sam da sobie radę z wprowadzeniem tego zwierzęcia do boksu.

— Ależ jestem pewna, że da sobie radę, robił to już przecież... a potem, jutro wieczór, kiedy wrócę, może moglibyśmy dostać kawałek jagnięcia na kolację. Albo kotlety, czy coś takiego... i trochę tych pysznych brukselek Croftwaya...

 

Dopiero po kolacji miała możliwość porozmawiać z George’em. A to trzeba było sprawdzić, czy dzieci odrobiły zadania, a to znaleźć baletki Melanii, zjeść obiad i uprzątnąć ze stołu, a to zadzwonić do żony pastora, by zawiadomić ją, że Nancy nie będzie następnego wieczora na zebraniu Bractwa, i tyle innych spraw, które trzeba było załatwić, żeby zorganizować domowe życie, że nie zostawało prawie w ogóle czasu na zamienienie paru słów z mężem, który przychodził do domu dopiero o siódmej wieczorem i wtedy nie chciał już robić nic innego jak tylko siedzieć przed kominkiem ze szklanką whisky i z gazetą.

Ale w końcu wszystko zostało już zrobione i Nancy mogła dołączyć do George’a w bibliotece. Zamknęła za sobą drzwi energicznie, spodziewając się, że podniesie głowę, ale nawet nie drgnął zza rozłożonego Timesa, więc przeszła przez pokój do barku, który stał koło okna, nalała sobie szklaneczkę whisky, po czym usiadła w fotelu naprzeciwko niego. Dzielił ich tylko dywan. Wiedziała, że George za chwilę wyciągnie rękę, żeby włączyć telewizor i będzie oglądać wiadomości.

— George... — powiedziała.

— Hm?

— George, proszę cię, posłuchaj przez chwilę.

Skończył zdanie, które właśnie czytał, i dopiero wtedy z niechęcią opuścił gazetę. Ukazał się mężczyzna około pięćdziesiątki, ale wyglądający na znacznie starszego, z rzadkimi, siwymi włosami, okularami bez oprawek, w ciemnym garniturze i stonowanym krawacie starszego pana. George był adwokatem i być może wyobrażał sobie, że ta ostrożnie spreparowana aparycja — tak jakby przygotował sobie kostium do zagrania roli w sztuce — wzbudzi zaufanie potencjalnych klientów, ale Nancy miała wrażenie, że gdyby miał tylko trochę więcej pewności siebie, włożył ładny tweedowy garnitur i kupił sobie okulary w rogowej oprawie, to może i jego interesy ożywiłyby się. Zwłaszcza że od czasu otwarcia autostrady z Londynu ta okolica stała się w szybkim czasie ogromnie modna. Wprowadzali się nowi, zamożni mieszkańcy, fermy zmieniały właścicieli, kupowane za sumy przyprawiające o zawrót głowy, najbardziej nawet rozlatujące się domki były porywane w momencie wystawienia na sprzedaż i ogromnym kosztem przerabiane na weekendowe dacze, w których można było wypocząć z dala od zgiełku. Biura pośredników sprzedaży i firmy remontowo-budowlane prosperowały kwitnąco; ekskluzywne sklepy otwierano w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, w małych miasteczkach, i było nie do pojęcia dla Nancy, dlaczego firma Chamberlain, Plantwell i Richards nie dołączyła do czołówki zwycięzców i nie zgarnęła choć części tych zysków, które prawie że leżały na ulicy. Ale George był bardzo staroświecki, trzymał się swoich tradycyjnych metod i przerażała go wszelka zmiana. Był to człowiek ostrożny, nieufny i trudno go było podejść.

— A więc czego mam posłuchać? — zapytał.

— Jadę jutro do Londynu na lunch z Oliwią. Musimy porozmawiać o matce.

— A w czym tkwi problem?

— Och, George, znasz problem. Mówiłam ci, rozmawiałam z lekarzem matki, który powiada, że ona nie powinna już dłużej mieszkać sama.

— No więc cóż zamierzasz z tym zrobić?

— Przypuszczam... że będziemy musieli znaleźć jej gospodynię albo towarzyszkę.

— Nie spodoba jej się to — zauważył George.

— A w dodatku, nawet jeśli kogoś znajdziemy... czy matka może sobie pozwolić na zapłacenie za to? Porządnej kobiecie trzeba by zapłacić czterdzieści czy pięćdziesiąt funtów tygodniowo. Wiem, że dostała ogromną sumę ze sprzedaży domu na ulicy Oakley i że nie wydała ani grosza na Podmore’s Thatch, oprócz zbudowania tej idiotycznej cieplarni, ale te pieniądze to kapitał, prawda? Więc czy może sobie pozwolić na taki wydatek?

George poprawił się w fotelu, sięgając po szklankę whisky.

— Nie mam pojęcia — powiedział.

Nancy westchnęła. — Jest taka skryta, taka okropnie niezależna. Uniemożliwia jakąkolwiek pomoc. Gdyby tylko zechciała wtajemniczyć nas w swoje sprawy, dać ci pełnomocnictwo. Jakże by to ułatwiło mi życie. W końcu to ja jestem najstarsza, a w dodatku ani Oliwia, ani Noel nie ruszą nawet palcem, żeby coś pomóc.

George słyszał już to wszystko wiele razy.

— A co z tą jej dochodzącą panią?... Panią Jak-jej-tam?

— Pani Plackett. Ona przychodzi tylko na trzy przedpołudnia w ciągu tygodnia, żeby posprzątać. Ma własny dom i rodzinę, którą się musi zająć.

George odstawił szklankę i siedział zwrócony twarzą do ognia, z dłońmi ułożonymi na kształt małego namiotu, z czubkami palców przylegającymi do siebie. Po pewnym czasie powiedział:

— Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego doprowadzasz się do takiego stanu, dlaczego tak się tym denerwujesz — mówił to tonem, jakby rozmawiał z jakimś szczególnie tępym klientem, i Nancy poczuła się urażona.

— Nie doprowadzam się do żadnego stanu.

Zignorował to. — Chodzi tylko o pieniądze? Czy też o to, że nie uda ci się znaleźć kobiety tak świątobliwej, by zgodziła się mieszkać z twoją matką?

— Przypuszczam, że chodzi o jedno i drugie — przyznała Nancy.

— A jak sobie wyobrażasz udział Oliwii w całej tej skomplikowanej sprawie?

— Mogłaby chociaż przedyskutować to ze mną. W końcu ona przecież nigdy w życiu nic dla matki nie zrobiła... ani dla nikogo z nas, jeśli już o to chodzi — dodała z goryczą, przypominając sobie przeszłe urazy. — Kiedy matka postanowiła sprzedać dom na ulicy Oakley i oświadczyła, że wraca do Kornwalii, żeby mieszkać w Porthkerris, to ja musiałam męczyć się, aby ją przekonać, że taki krok byłby szaleństwem. A i tak byłaby zapewne tam pojechała, gdybyś nie znalazł jej domku Podmore’s Thatch, który przynajmniej jest w zasięgu dwudziestu mil od nas i gdzie możemy mieć na nią oko. Przypuśćmy, że teraz byłaby w Porthkerris mnóstwo mil stąd, z niepewnym sercem i nikt z nas nie wiedziałby nawet, co się dzieje...

— Starajmy się trzymać tematu — poprosił George tonem, który doprowadzał ją do szału.

Nancy postanowiła nie dać się wyprowadzić z równowagi. Whisky rozgrzała ją, a jednocześnie odświeżyła stare żale.

— A jeśli chodzi o Noela, to, praktycznie rzecz biorąc, zupełnie opuścił matkę, odkąd sprzedała dom na ulicy Oakley i on musiał się wyprowadzić. To go rąbnęło. Miał dwadzieścia trzy lata i nigdy nie płacił matce ani grosza za mieszkanie, jadł jej jedzenie, pił jej gin i żył sobie jak wolny ptak. To był dla niego szok, możesz mi wierzyć, kiedy wreszcie musiał zacząć sam się utrzymywać.

George westchnął głęboko. Nie miał ani trochę lepszej opinii o Noelu, niż miał o Oliwii. A jego teściowa, Penelopa Keeling, była dla niego zawsze wielką zagadką. Napawało go ciągłym zdumieniem, że kobieta tak normalna jak Nancy mogła wywodzić się z tak niesamowitej rodziny.

Skończył drinka, wstał z fotela, dorzucił polano do ognia i poszedł napełnić sobie znów szklankę. Z drugiego końca pokoju jego głos dochodził poprzez ciche odgłosy pobrzękiwania szkła.

— Załóżmy, że stanie się najgorsze. Załóżmy, że twojej matki nie będzie stać na gospodynię. — Powrócił do swojego fotela i znów usadowił się naprzeciwko żony. — Załóżmy, że nie uda ci się znaleźć nikogo, kto podjąłby się tak trudnego zadania jak dotrzymywanie jej towarzystwa. Co stanie się wtedy? Czy zaproponujesz, żeby zamieszkała z nami?

Nancy pomyślała o wiecznie obrażonej pani Croftway. O dzieciach głośno narzekających na nakazy babci Pen. Pomyślała o matce pani Croftway, leżącej w łóżku i stukającej laską w podłogę, o przeciętej obrączce... Powiedziała z rozpaczą w głosie: — Wydaje mi się, że nie mogłabym tego znieść.

— Ani ja — przyznał George.

— Może Oliwia...

— Oliwia? — głos George’a uniósł się z powątpiewaniem. — Oliwia miałaby pozwolić, żeby jakakolwiek osoba stała się intruzem w jej superprywatnym życiu? Chyba żartujesz.

— W każdym razie Noel nie wchodzi w grę.

— Wydaje się — stwierdził George — że nic w ogóle nie wchodzi w grę. — Ukradkiem odsunął mankiet i spojrzał na zegarek. Nie chciał przegapić wiadomości. — I nie wiem, jak ja bym tu miał zaproponować jakieś konstruktywne rozwiązania, dopóki ty najpierw nie wykłócisz się o to z Oliwią.

Nancy poczuła się obrażona. To prawda, że ona i Oliwia nie były najlepszymi przyjaciółkami... nie miały przecież nic, co by je naprawdę łączyło... ale uraziły ją słowa „wykłócisz się”, tak jakby nic innego nie robiły, tylko się sprzeczały. Miała właśnie zamiar zwrócić George’owi na to uwagę, ale on uprzedził ją, włączając telewizor i tym samym kładąc koniec rozmowie. Była dokładnie dziewiąta wieczór, gdy usadowił się z zadowoleniem do swojej codziennej porcji strajków, ataków bombowych, morderstw i katastrof finansowych, ukoronowanej informacją, że jutrzejszy dzień zacznie się od ostrego chłodu, a po południu nadciągnie deszcz, który obejmie cały kraj.

Po chwili Nancy — załamana bardziej, niż się to da wypowiedzieć — wstała z fotela. Podejrzewała, iż George nawet nie zauważył, że się poruszyła. Podeszła do barku, hojną ręką dolała sobie whisky i wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. Poszła na górę, przeszła przez swoją sypialnię i znalazła się w łazience. Włożyła zatyczkę do wanny, odkręciła kurek i nalała pachnącego olejku do kąpieli, z taką samą hojnością, z jaką niedawno posłużyła się butelką whisky. W pięć minut później rozkoszowała się najprzyjemniejszym zajęciem, jakie znała, czyli pławieniem się w gorącej kąpieli i piciem zimnej whisky równocześnie.

Nurzając się w bańkach i w parze, roztapiała się wprost w zapamiętałym rozczulaniu się nad sobą. Bycie żoną i matką, mówiła do siebie, jest niewdzięczną rolą. Można się było poświęcać dla męża i dla dzieci, być uprzejmym dla służby, opiekować się zwierzętami, zajmować domem, kupować żywność, prać ubrania. A kto za to podziękował? Kto to docenił?

Nikt.

Łzy zakręciły się w jej oczach, spływając po rozgrzanych i wilgotnych policzkach. Tak bardzo tęskniła za tym, żeby ktoś ją docenił, za miłością, za czułym dotknięciem, za tym, żeby ktoś ją uściskał, powiedział jej, że jest wspaniała i świetnie sobie ze wszystkim radzi.

Dla Nancy była tylko jedna osoba, która jej nigdy nie zawiodła. Tatuś był kochany, oczywiście póki żył, ale to jego matka, Dolly Keeling, była tą, która stała się dla Nancy podporą i zawsze trzymała jej stronę.

Dolly Keeling nigdy nie była w dobrych stosunkach ze swoją synową, nie miała czasu dla Oliwii i szybko męczył ją Noel, ale Nancy była jej pupilką, uwielbianą i rozpieszczaną. To babcia Keeling kupowała jej marszczone na karczku sukienki z bufkami, podczas gdy Penelopa byłaby posłała swoje najstarsze dziecko na przyjęcie w jakimś starym, dziedzicznym wdzianku z cienkiego batystu. To babcia Keeling mówiła jej, że jest ładna i brała ją na herbatę do Harrodsa i na przedstawienia pantomimy.

Kiedy Nancy zaręczyła się z George’em, wybuchły okropne kłótnie. Jej ojciec już wtedy nie mieszkał z nimi, a matka nie mogła zrozumieć, dlaczego było tak ważne dla Nancy, żeby mieć tradycyjny ślub w białej sukni, z druhnami i panami we frakach, i z odpowiednim przyjęciem weselnym. Otóż Penelopie wydawało się to idiotycznym marnowaniem pieniędzy. Dlaczego nie urządzić skromnej rodzinnej uroczystości, a potem podać obiad przy wielkim, wyszorowanym stole w kuchni, w domu przy ulicy Oakley? Albo przyjęcie w ogrodzie? Ogród jest ogromny, pełno miejsca dla każdego, a i róże akurat zaczynają kwitnąć...

Nancy szlochała, trzaskała drzwiami i mówiła, że nikt jej nie rozumie i nigdy nie rozumiał. W końcu pogrążyła się w rozpaczy, która mogłaby trwać wiecznie, gdyby nie interwencja najdroższej babci Keeling. Cała odpowiedzialność została zdjęta z ramion Penelopy, zachwyconej, że może się jej pozbyć, i wszystkim zajęła się babcia. Żadna panna młoda nie mogłaby żądać niczego więcej. Kościół Świętej Trójcy, biała suknia z trenem, druhny na różowo, a potem przyjęcie przy ulicy Knightsbridge 23, z mistrzem ceremonii w czerwonym fraku i szeregiem ogromnych kompozycji kwiatowych dla dekoracji. A kochany tatuś, odpowiednio poinstruowany przez swoją matkę, pojawił się w smokingu, by stanąć obok Nancy i oddać ją panu młodemu; i nawet obecność Penelopy, bez kapelusza, majestatycznej w kreacji z wielu warstw wiekowego brokatu i aksamitu nie mogła zmącić doskonałości tego dnia.

Ach, cóż by teraz dała za babcię Keeling. Leżąc w wannie, wielka, dorosła, czterdziestotrzyletnia kobieta płakała za babcią Keeling. Mieć ją teraz tutaj, żeby mogła okazać Nancy współczucie, pocieszyć ją i podziwiać. „Och, kochanie, jaka jesteś cudowna, tyle robisz dla swojej rodziny i dla swojej matki, a oni to wszystko biorą za coś oczywistego, coś, co im się należy”. Ciągle jeszcze słyszała ten kochany głos, ale była to jej wyobraźnia, gdyż Dolly Keeling już nie żyła. W zeszłym roku, w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat, ta elegancka dama drobnego wzrostu, z uróżowanymi policzkami, polakierowanymi paznokciami i liliowymi kostiumami z wełny, umarła w czasie snu. To smutne wydarzenie miało miejsce w małym hoteliku w Kensington, który wybrała, tak jak szereg innych starych ludzi, aby spędzić w nim lata swego zmierzchu, i skąd wywiózł ją przedsiębiorca pogrzebowy, z którym kierownictwo hotelu, wykazując pewną przezorność, miało stałą umowę.

 

Ranek następnego dnia był tak okropny, jak Nancy się tego obawiała. Bolała ją głowa po whisky, było zimniej niż kiedykolwiek i ciemno choć oko wykol, kiedy o siódmej trzydzieści rano dźwignęła się z łóżka. Ubrała się i z poczuciem upokorzenia odkryła, że jej najlepsza spódnica nie dopina się w pasie, więc musiała posłużyć się agrafką, by ją zapiąć. Wciągnęła na siebie sweter z angory, dokładnie pasujący kolorem do spódnicy i odwróciła oczy od wałków tłuszczu, które wylewały się spod zbroi jej imponującego biustonosza. Włożyła nylonowe pończochy, ale ponieważ zwykle nosiła wełniane, więc te nylonowe wydały jej się nieco za cienkie, postanowiła wobec tego włożyć wysokie botki i ledwie mogła dopiąć zamek błyskawiczny.

Gdy zeszła na dół, sytuacja, którą tam zastała, wcale nie poprawiła jej nastroju. Jeden z psów zwymiotował, piec był ledwie letni, a w spiżarni zostały tylko trzy jajka. Wypuściła psy, posprzątała po nich i wlała do pieca specjalne, ogromnie drogie paliwo, modląc się, by całkiem nie zgasł, dostarczając pani Croftway powodu do narzekania. Krzyknęła na dzieci, mówiąc im, żeby się pośpieszyły, zagotowała wodę w imbryku, ugotowała jajka, zrobiła grzanki i nakryła do stołu. Rupert i Melania pojawili się, mniej więcej porządnie ubrani, ale kłócąc się, bo Rupert mówił, że Melania zgubiła jego podręcznik do geografii, a Melania twierdziła, że nigdy go nawet w rękach nie miała i że Rupert jest głupim kłamcą, i mamusiu, ona potrzebuje dwadzieścia pięć pensów na prezent dla pani Leeper.

Nancy nigdy nie słyszała o pani Leeper.

George nie zrobił nic, żeby pomóc. Po prostu pojawił się w czasie całego tego zamieszania, zjadł swoje jajko na miękko, wypił filiżankę herbaty i wyszedł. Słyszała, jak jego rover opuszcza podjazd, podczas gdy ona rozpaczliwie śpiesząc się, układała naczynia na suszarce, by były gotowe do umycia przez panią Croftway.

— No, to jeśli nie miałaś mojej książki do geografii...

Za drzwiami ujadały psy. Wpuściła je i to przypomniało jej o jedzeniu dla nich, więc napełniła ich miski biskwitami, otworzyła puszkę „Bonzo”, przy czym w pośpiechu przecięła sobie kciuk ostrym brzegiem pokrywki.

— Ojej, ale jesteś niezdarna — powiedział jej Rupert.

Nancy odwróciła się do niego plecami i potrzymała palec pod bieżącą, zimną wodą, dopóki nie przestał krwawić.

— Jak nie będę miała tych dwudziestu pięciu pensów, to pani Rawlings będzie wściekła...

Pobiegła na górę zrobić sobie makijaż. Nie było czasu na delikatne połączenie odcieni różu ani poprawienie linii brwi, końcowy rezultat był daleki od zadowalającego, ale nic już nie można było na to poradzić. Nie miała czasu. Wyciągnęła z szafy futro i pasującą do niego futrzaną czapkę. Znalazła rękawiczki i torebkę z jaszczurczej skórki, z firmy Mappin i Webb. Do niej wsypała zawartość swojej codziennej torebki i wtedy, oczywiście, ta wizytowa nie chciała się zamknąć. Trudno. Nie można było już nic poradzić. Zrobiło się bardzo późno.

Zbiegła znów na dół, wołając dzieci. Jakimś cudem pojawiły się, zbierając tornistry, a Melania wciskała na głowę swoją niezbyt twarzową czapkę. Wyszli w trójkę tylnymi drzwiami, obeszli garaż i wskoczyli do samochodu. Bogu dzięki silnik zapalił za pierwszym razem. Wyruszyli.

Odwiozła dzieci do ich osobnych szkół, wyrzucając je dosłownie z samochodu przed bramą, ledwie miała czas na pożegnanie się i już jechała dalej, przekraczając dozwoloną prędkość, do Cheltenham. Było dziesięć po dziewiątej, gdy zaparkowała samochód na parkingu dworcowym i dwanaście po, kiedy kupowała tani bilet powrotny. Przy stoisku z gazetami wślizgnęła się bez kolejki i z czarującym, jak miała nadzieję, uśmiechem kupiła Daily Telegraph oraz — co było dziką ekstrawagancją — magazyn Harpers and Queen. Kiedy już zapłaciła, zorientowała się, że nie był to najnowszy numer — prawdę mówiąc, z zeszłego miesiąca — ale nie było już czasu, żeby go zwrócić. A poza tym nie miało wielkiego znaczenia, że nie był to aktualny numer; połyskujący i gładki, z pewnością będzie wspaniałą lekturą. Tłumacząc to sobie, pojawiła się na peronie właśnie w momencie, w którym wjeżdżał pociąg do Londynu. Otwarła drzwi, pierwsze z brzegu, wsiadła i znalazła sobie miejsce. Padła bez tchu, z łomoczącym sercem. Tak musi się czuć człowiek, któremu udało się uciec przed pożarem, powiedziała do siebie.

Po pewnym czasie, po paru głębszych oddechach i małej, podnoszącej na duchu pogawędce z samą sobą, poczuła się silniejsza. W pociągu na szczęście było ciepło. Otwarła oczy i poluzowała zapięcia futra. Siadła wygodniej, spojrzała przez okno na przesuwający się za nim zimowy krajobraz i pozwoliła swym strudzonym nerwom dać się ukołysać rytmem pociągu. Lubiła podróże pociągiem. Nie mógł zadzwonić telefon, można było usiąść i nie musiało się myśleć.

Przestała ją boleć głowa. Wyjęła puderniczkę z torebki i sprawdziła w małym lusterku, jak wygląda, lekko przypudrowała nos i popracowała ustami, by szminka rozeszła się równiej. Nowy magazyn leżał na jej kolanach, pełen rozkosznych niespodzianek, jak nie otwarte pudełko czekoladek w ciemnej, twardej polewie, a miękkich w środku. Zaczęła obracać strony, oglądając reklamy futer, domów na południu Hiszpanii, posiadłości w szkockich górach, biżuterii, kosmetyków, które nie tylko sprawią, że będziesz wyglądała piękniej, ale faktycznie wyleczą twoją skórę, rejsów na statkach płynących ku słońcu...

Jej pobieżne, bezładne przerzucanie kartek zostało nagle przerwane przez coś, co przykuło jej uwagę. Rozkładana wkładka na całą stronę, z firmy Boothby’s pośredniczącej w sprzedaży dzieł sztuki, ogłaszała wyprzedaż obrazów z epoki wiktoriańskiej, zaplanowaną w galerii na ulicy Bond, w środę, dwudziestego pierwszego marca. Jako ilustracją posłużono się reprodukcją obrazu Lawrence’a Sterna (1865—1946). Obraz był zatytułowany Roznosiciele wody (1904) i przedstawiał grupę młodych kobiet, w różnych pozycjach, niosących miedziane dzbany na ramionach lub na biodrach. Przyglądając się im, Nancy zdecydowała w końcu, że musiały to być niewolnice, gdyż stopy miały bose, a twarze smutne (biedaczki, nic dziwnego, dzbany wyglądały na okropnie ciężkie), ich odzienie było skąpe, nędzne kawałki materiału koloru ciemnych winogron i rdzy, prawie niepotrzebnie obnażające okrągłe piersi o różowych sutkach.

Ani George, ani Nancy nie interesowali się sztuką, tak jak nie interesowali się muzyką czy teatrem. W Old Vicarage znajdowała się oczywiście spora ilość obrazów, grafik związanych z tematyką sportową, obowiązkowych w każdej szanującej się posiadłości wiejskiej oraz parę obrazów olejnych przedstawiających martwe jelenie lub wierne charty z bażantami w pyskach. George odziedziczył je po swym ojcu. Kiedyś, gdy mieli ze dwie godziny do stracenia w Londynie, poszli do Galerii Tatę i pilnie przetuptali przez wystawę obrazów Constable’a, ale jedynym wspomnieniem Nancy z tej wyprawy było mnóstwo wełnistych, zielonych drzew i fakt, że bolały ją nogi.

Ale nawet Constable byłby już lepszy od tego obrazu. Wpatrywała się w niego, nie mogąc zrozumieć, jak ktoś mógł chcieć mieć takie paskudztwo wiszące na ścianie, a cóż dopiero jeszcze zapłacić za nie sporą sumę pieniędzy. Jeśliby taki obraz znalazł się przypadkowo u niej, skończyłby na zapomnianym stryszku albo w ognisku.

Ale uwaga Nancy skupiła się na Roznosicielach wody nie z przyczyn estetycznych. Powód, dla którego przypatrywała mu się z taką uwagą, był inny: jego autorem był Lawrence Stern, ojciec Penelopy Keeling, a więc dziadek Nancy.

Dziwne to było, ale jego prace były Nancy prawie w ogóle nie znane. Kiedy się urodziła, jego sława — której szczyt osiągnął na przełomie wieku — przygasła już, chyba bezpowrotnie, jego obrazy były już dawno sprzedane, rozeszły się po świecie i zostały zapomniane. W domu matki, na ulicy Oakley, wisiały trzy obrazy Lawrence’a Sterna, dwa z nich to nie dokończone panneaux3 przedstawiające nimfy rozrzucające lilie na łąkę umajoną stokrotkami.

Trzeci obraz wisiał w holu na parterze, tuż pod schodami, w jedynym miejscu w domu, gdzie mogła pomieścić się praca o tak wielkich rozmiarach. Był to obraz olejny, owoc późnych lat w twórczości Sterna, nazywał się Poszukiwacze muszelek. Było na nim dużo bieli spienionego morza, plaża i niebo pełne pędzących obłoków. Kiedy Penelopa przeniosła się z ulicy Oakley do Podmore’s Thatch, te trzy skarby przeniosły się razem z nią. Dwa panneaux znalazły się przy podeście schodów, a obraz Poszukiwacze muszelek przytłoczył sobą salon, który miał bardzo niski belkowany sufit. Nancy teraz ledwie go zauważała, był jej tak znany, stał się po prostu częścią domu jej matki, tak samo jak wygniecione kanapy i fotele, staroświeckie kompozycje z kwiatów, upchniętych do białych i niebieskich dzbanków, i przepyszny zapach przygotowywanego jedzenia.

Prawdą było, że Nancy od lat już nie myślała nawet o swoim dziadku. Ale teraz, gdy siedziała w pociągu w futrze i botkach, dała się ponieść fali wspomnień i cofnęła się w przeszłość. Swoją drogą nie było aż tak wiele do pamiętania. Urodziła się pod koniec 1940 roku w Kornwalii, w małym wiejskim szpitaliku w Porthkerris i spędziła lata wojny w Carn Cottage, pod osłoną dachu Lawrence’a Sterna. Ale jej wspomnienia o dziadku z czasu wczesnego dzieciństwa były mgliste — bardziej świadomość jego obecności niż obraz osoby. Czy kiedykolwiek brał ją na kolana, na spacer, czy czytał jej na głos? Jeśli tak, to nie pamiętała tego. Wydawało się, że żadne wrażenie nie utrwaliło się w jej dziecięcym umyśle, aż do tego ostatniego dnia, kiedy po wojnie wraz z matką opuszczały Porthkerris na zawsze i wyjeżdżały pociągiem do Londynu. Z jakiegoś powodu to właśnie wydarzenie poruszyło Nancy i zostało tak wyraźnie utrwalone w jej pamięci.

Przyszedł je odprowadzić na dworzec. Bardzo stary, bardzo wysoki, coraz słabszy, opierający się na lasce ze srebrną rączką, stał na peronie przy otwartym oknie i pocałował Penelopę na pożegnanie. Jego białe, długie włosy opadały na tweedowy kołnierz peleryny, a na powykręcanych, zdeformowanych rękach miał wełniane mitenki, z których wystawały białe, bezkrwiste jak kości palce.

W ostatniej chwili, kiedy pociąg już ruszał, Penelopa pochwyciła Nancy, uniosła ją, a stary człowiek wyciągnął rękę i przyłożył ją do okrągłego, dziecinnego policzka dziewczynki. Pamiętała zimno tej ręki, jak marmur dotykający jej skóry. Nie było już czasu na nic więcej. Pociąg nabierał prędkości, peron oddalał się, wyginając się w łuk, a on stał, wydając się coraz mniejszy, i machał swoim czarnym kapeluszem o szerokim rondzie w ostatnim geście pożegnania. I to było pierwsze i ostatnie wspomnienie Nancy o nim. Umarł następnego roku.

Dawne dzieje, powiedziała sobie. Nie ma się nad czym rozczulać. Ale to niesłychane, żeby ktokolwiek w dzisiejszych czasach chciał kupować jego prace. Roznosiciele wody. Pokręciła głową, nie rozumiejąc, wreszcie przestała myśleć o tej zagadce i zwróciła się z radością ku intrygującej nierealności Kroniki Towarzyskiej.

 

2OLIWIA

 

Nowy fotograf nazywał się Lyle Medwin. Był bardzo młodym człowiekiem o miękkich, brązowych włosach, które wyglądały tak, jakby przy ich strzyżeniu posłużono się wazą do zupy, i łagodnej twarzy o dobrych oczach. Było w nim coś bardzo nieświatowego, przypominał seminarzystę pełnego zapału i poświęcenia i Oliwii trudno było uwierzyć, że dotarł tak daleko, biorąc udział w zabójczym wyścigu toczącym się w jego zawodzie i z powodzeniem wytrzymywał konkurencję.

Stali w jej gabinecie przy oknie, pochylając się nad stołem, gdzie on rozłożył do jej oceny wybrane przykłady swych prac: około dwudziestu, błyszczących, kolorowych zdjęć, przedstawionych z nadzieją na akceptację. Oliwia przestudiowała je bardzo dokładnie, a nawet drobiazgowo i zdecydowała, że się jej podobały. Po pierwsze, były klarowne. Zawsze twierdziła, że fotografie prezentujące modę muszą pokazywać ubrania, ich kształt, sposób układania się spódnicy, grubość swetra, a to właśnie wychodziło na tych zdjęciach z taką siłą, że musiały przyciągać oko. A poza tym miały one w sobie tchnienie życia, ruchu, radości, a nawet czułości.

Podniosła jedno. Mężczyzna, typ sportowca, biegnący przez przybrzeżne fale w oślepiająco białym dresie na tle kobaltowo niebieskiego nieba. Opalona skóra, pot, nawet sam zapach słonego powietrza i fizyczne dobre samopoczucie.

— Gdzie pan to zrobił?

— W Malibu. To była reklama ubrań sportowych.

— A to? — podniosła inne, zrobione wieczorem zdjęcie dziewczyny w zwiewnym szyfonie koloru płomienia, z twarzą oświetloną blaskiem zachodzącego słońca.

— To było w Point Reays... Artykuł redakcyjny dla amerykańskiego wydania magazynu Vogue.

Odłożyła zdjęcia, obróciła się ku niemu i oparła o brzeg stołu. Spojrzała mu prosto w twarz i ich oczy się spotkały.

— Jakie jest pana doświadczenie zawodowe?

Wzruszył ramionami. — Studia techniczne. Potem wykonywałem różne prace na zlecenie, a parę lat temu zacząłem pracować z Tobym Stryberem jako jego asystent.

— Tak, to właśnie Toby powiedział mi o panu.

— A potem, kiedy przestałem współpracować z Tobym, wyjechałem do Los Angeles. Mieszkałem tam przez ostatnie trzy lata.

— I dobrze panu tam idzie.

Uśmiechnął się trochę lekceważąco. — Nie jest najgorzej.

Ubrany był jak typowy mieszkaniec Los Angeles. Białe tenisówki, sprane dżinsy, biała koszula i wyblakła kurtka dżinsowa. Okazując szacunek ostrej, nieprzyjemnej pogodzie Londynu, okręcił swoją smukłą, opaloną szyję kaszmirowym szalem czerwonego koloru. Jego wygląd, choć trochę nonszalancki, był niemniej jednak cudownie czysty, jak świeżo wysuszone na słońcu pranie, jeszcze niewyprasowane. Wydał się jej ogromnie atrakcyjny.

— Carla przedstawiła panu zarys zlecenia? — Carla pracowała dla Oliwii jako redaktor działu mody. — Chcielibyśmy to do lipcowego numeru, ostatnia prezentacja wakacyjnych kreacji, zanim wejdziemy w tweedy na wrzosowiskach.

— Oczywiście... Wspominała o zdjęciach w plenerze.

— Miałby pan jakieś sugestie co do lokalizacji?

— Mówiliśmy o Ibizie... Mam tam kontakty...

— Ibiza.

Chciał szybko się do niej dostosować: — Ale jeśli pani wolałaby gdzie indziej, to w porządku. Może Maroko.

— Nie. — Oderwała się od stołu i wróciła na krzesło za biurkiem. — Nie byliśmy na Ibizie już od dawna... ale może nie takie zdjęcia na plaży. Wiejskie, rustykalne tło byłoby małą odmianą, z kozami i owcami, do tego paru krzepkich wieśniaków pracujących w polu. Mógłby pan w to wciągnąć tamtejszych mieszkańców, żeby dodać autentyczności. Mają wspaniałe twarze i uwielbiają, jak im się robi zdjęcia...

— Świetnie...

— Niech pan porozmawia o tym z Carlą...

Zawahał się. — To znaczy, że mam tę pracę?

— Oczywiście, ma pan pracę. Proszę ją tylko dobrze wykonać.

— Jasne. Dziękuję...

Zaczął zbierać swoje zdjęcia, układając je w plik. Nagle odezwał się brzęczyk wewnętrznego telefonu Oliwii. Przycisnęła guzik, łącząc się z sekretarką. — Tak?

— Połączenie z miasta, panno Keeling.

Spojrzała na zegarek. Było piętnaście po dwunastej.

— A kto dzwoni? Właśnie wychodzę na lunch.

— Jakiś pan Henry Spotswood.

Henry Spotswood. Kim, do diabła, był Henry Spotswood? Po chwili przypomniała sobie to nazwisko. Mężczyzna, którego spotkała dwa wieczory temu na cocktail party u państwa Ridgeway. Szpakowate włosy i równy jej wzrostem. Ale wtedy przedstawił się jako Hank.

— Połącz mnie z nim, Jane, dobrze?

Gdy sięgała po telefon, Lyle Medwin z plikiem fotografii pod pachą miękkimi krokami przechodził przez pokój i otworzył drzwi.

— Hej! — był to raczej ruch warg niż słowa pożegnania.

W odpowiedzi podniosła rękę i uśmiechnęła się, ale już go nie było.

— Panna Keeling?

— Tak.

— Oliwio, tu Hank Spotswood, spotkaliśmy się u państwa Ridgeway.

— Oczywiście.

— Mam wolną godzinkę. Czy byłaby szansa na lunch?

— Co, dzisiaj?

— Tak, właśnie teraz.

— Niestety, bardzo mi przykro. Nie mogę. Moja siostra przyjeżdża dziś do Londynu i jestem umówiona na lunch z nią. Jestem już spóźniona, powinnam być w drodze.

— Ojej, a to pech. A co byś powiedziała na kolację dziś wieczór?

Jego głos, raz przypomniany, wywołał z pamięci parę innych szczegółów. Niebieskie oczy. Miła, bardzo amerykańska twarz o regularnych rysach. Ciemny garnitur. Koszula od Brooks Brothers z zapinanym na parę guziczków kołnierzykiem.

— Bardzo chętnie.

— To świetnie. Gdzie byś chciała pójść?

Przez sekundę zawahała się, po czym powiedziała: — A czy nie chciałbyś choć raz zjeść nie w restauracji czy w hotelu?

— Co to oznacza?

— Przyjdź do mnie do domu, ja ci zrobię kolację.

— To byłoby wspaniałe — jego głos zdradzał zaskoczenie, ale w żadnym wypadku nie brakowało w nim entuzjazmu. — Ale czy to nie przysporzy ci roboty?

— Żadna tam robota — odparła i uśmiechnęła się do jego bezpośredniego tonu. — Przyjdź koło ósmej.

Podała mu adres i parę prostych wskazówek, na wypadek gdyby trafił na przygłupiego taksówkarza, pożegnali się i odłożyła słuchawkę.

Hank Spotswood. To dobrze. Uśmiechnęła się do siebie, potem spojrzała na zegarek i usunąwszy Hanka ze swoich myśli zerwała się na równe nogi, chwyciła kapelusz, płaszcz, torebkę, rękawiczki i szybkim krokiem wyszła z gabinetu, ruszając na spotkanie z Nancy.

Były umówione w restauracji Kettners w dzielnicy Soho, gdzie Oliwia zamówiła stolik. Oliwia zawsze tam właśnie przychodziła na robocze lunche, związane ze swoją pracą, i nie widziała żadnego powodu, dla którego miałaby w tym wypadku szukać czegoś innego, chociaż wiedziała, że Nancy czułaby się o wiele lepiej powiedzmy u Harveya Nicholsa albo w innym temu podobnym miejscu, pełnym zmęczonych kobiet dających wytchnienie swoim stopom po spędzeniu całego ranka na zakupach.

Ale umówiły się jednak w restauracji Kettners, Oliwia była spóźniona i Nancy czekała na nią, grubsza niż kiedykolwiek, w wełnianym swetrze i spódnicy wrzosowego koloru, i w futrzanej czapce prawie w tym samym odcieniu co jej jasne wypłowiałe loki, co sprawiało, że wyglądała, jakby wyrosła jej druga warstwa włosów. I oto siedziała tu, jedyna kobieta w morzu biznesmenów, z torebką na kolanach, z dużym drinkiem, gin z tonikiem, na stoliczku przy niej, a wyglądała tak żałośnie nie na miejscu, że Oliwia poczuła wyrzuty sumienia i w rezultacie przywitała się o wiele serdeczniej niż zwykle.

— Och, Nancy, przepraszam, tak mi przykro, musiałam trochę dłużej zatrzymać się w biurze. Czy długo czekasz?

Nie pocałowały się. Nigdy się nie całowały.

— W porządku.

— Wypiłaś już sobie przynajmniej drinka... Chcesz jeszcze jednego? Zamówiłam stolik na za piętnaście pierwsza i nie chciałabym, żebyśmy go straciły...

— Dzień dobry, panno Keeling.

— Jak się masz, Gerard. Chyba dzięki za drinka, trochę się spieszymy.

— Ma pani zamówiony stolik?

— Tak. Na za piętnaście pierwsza. Niestety, trochę się spóźniłam.

— Nie szkodzi. Panie pozwolą za mną.

Ruszył przodem, pokazując drogę, ale Oliwia czekała, aż Nancy dźwignie się, pozbiera torebkę, żurnal i obciągnie sweter na swoim pokaźnym siedzeniu, zanim będzie mogła pójść za kelnerem. W restauracji wypchanej po brzegi było ciepło i głośno od gwaru męskich rozmów. Poprowadzono je do stolika, przy którym Oliwia zwykle siedziała, w dalekim kącie sali, gdzie po zwyczajowej ceremonii wzajemnych grzeczności zostały usadzone na wygiętej w łuk ławeczce, stolik dosunięto, a przed nimi położono dwa pokaźnych rozmiarów menu.

— Może kieliszek sherry, w czasie gdy panie będą wybierać?

— Dla mnie proszę wodę Perrier, Gerardzie... a dla mojej siostry... — zwróciła się do Nancy. — Czy napiłabyś się wina?

— Tak, bardzo chętnie.

Nie zwracając uwagi na listę win, Oliwia zamówiła pół butelki firmowego wina.

— A teraz, co chciałabyś zjeść?

Nancy nie wiedziała. Menu było przerażająco ogromne i całe po francusku. Oliwia wiedziała, że Nancy może tak siedzieć cały dzień, zastanawiając się co wybrać, więc dała jej parę wskazówek i w końcu jej siostra zdecydowała się na bulion, a potem eskalopki cielęce z grzybkami. Oliwia zamówiła omlet i sałatkę i kiedy to wreszcie zostało załatwione, a kelner już odszedł, zapytała: — Jaką miałaś podróż?

— Bardzo wygodną, naprawdę. Złapałam ten dziewiąta piętnaście. Musiałam się rano trochę spieszyć, żeby zawieźć dzieci do szkoły, ale zdążyłam.

— Jak się mają dzieci?

Starała się, żeby zabrzmiało to tak, jakby była tym zainteresowana, ale Nancy wiedziała, że wcale nie była i, Bogu dzięki, nie rozwinęła tego tematu.

— W porządku.

— A George?

— Dobrze, tak mi się wydaje.

— A pieski? — wytrwale brnęła dalej Oliwia.

— Świetnie... — zaczęła Nancy i potem przypomniała sobie. — Jeden z nich wymiotował dziś rano.

Oliwia skrzywiła się. — Nie mów mi o tym, proszę, dopóki nie zjemy.

Pojawił się kelner, niosąc Perrier dla Oliwii i wino dla Nancy. Zgrabnie i szybko otworzył butelki, nalał wino. Nie odszedł jednak, tylko czekał. Nancy przypomniała sobie, że powinna skosztować wino, wzięła więc do ust mały łyk, po czym ściągnęła wargi, smakując, starając się wyglądać jak znawca, i oznajmiła, że wino jest przepyszne. Butelkę postawiono na stole i kelner, nie zmieniwszy wyrazu twarzy, wycofał się.

Oliwia nalała sobie wody mineralnej.

— Nigdy nie pijesz wina? — zapytała Nancy.

— Nigdy w czasie roboczych lunchów.

Nancy uniosła brwi, które ułożyły się prawie w łuk. — To to jest roboczy lunch?

— A czyż tak nie jest? Czy nie po to spotkałyśmy się tutaj, żeby roboczo omówić sprawę mamusi?

Dziecinne zdrobnienie jak zwykle zirytowało Nancy. Każde z trojga dzieci Penelopy nazywało ją inaczej. Noel zwracał się do niej „mamo”. Nancy już przez szereg lat nazywała ją matką, co uważała za bardziej dostosowane do ich wieku i do statusu społecznego, jaki osiągnęła w życiu. Tylko Oliwia — taka twarda i wyrafinowana w każdej innej dziedzinie — ciągle dalej nazywała ją mamusią. Nancy czasami zastanawiała się, czy Oliwia zdawała sobie sprawę, jak śmiesznie to brzmi.

— I lepiej zabierzmy się do tego od razu. Nie mogę tu siedzieć cały dzień.

Ten zimny ton Oliwii był ostatnią kroplą, która przepełniła miarkę. Nancy, która przyjechała z Gloucestershire na to spotkanie, która musiała posprzątać to, co pies zwymiotował, przeciąć sobie palec na puszce „Bonza”, zawieźć dzieci do szkoły i złapać pociąg w ostatniej chwili, poczuła, jak zalewa ją wielka fala rozgoryczenia i żalu.

„Nie mogę tu siedzieć cały dzień”.

Dlaczego Oliwia musiała być taka ostra, taka bez serca, taka nieczuła? Czy już nigdy nie będą mogły porozmawiać jak siostry w miłej, serdecznej atmosferze, bez ostentacyjnego popisywania się przez Oliwię swoją karierą, tak jakby życie Nancy, zbudowane wokół solidnego systemu wartości: dom, mąż i dzieci, nie było nic warte?

Kiedy były małe, to Nancy była tą ładniutką. Jasnowłosa, niebieskooka, o miłym sposobie bycia, i, dzięki babci Keeling, ładnie ubrana. To Nancy przyciągała spojrzenia, wzbudzała podziw i zainteresowanie mężczyzn. Oliwia była zdolna i ambitna, zafascynowana książkami, przejmująca się egzaminami i osiągnięciami naukowymi, ale brzydka, przypominała sobie Nancy, tak okropnie brzydka. Za wysoka i za chuda, o płaskiej klatce piersiowej, w okularach, okazywała niemal arogancki brak zainteresowania płcią przeciwną. Kiedy do Nancy przychodził któryś z jej adoratorów, Oliwia zapadała w pogardliwe milczenie albo uciekała do swego pokoju po książkę.

A jednak miała pewne cechy, które wyrównywały te braki. Nie byłaby córką swoich rodziców, gdyby nie była nimi obdarzona. Jej włosy, bardzo gęste, miały kolor i połysk wypolerowanego mahoniu, a w jej ciemnych, błyszczących oczach pojawiały się, tak jak to bywa u niektórych ptaków, iskierki sardonicznej inteligencji.

Cóż się więc stało? Ta nerwowa, wybitnie uzdolniona studentka, ta siostra, z którą żaden mężczyzna nie chciał zatańczyć, jakoś, gdzieś, kiedyś, przeistoczyła się w ten fenomen, którym była Oliwia w wieku trzydziestu ośmiu lat. Redaktor naczelna magazynu Venus, kobieta, która zrobiła imponującą karierę.

Jej wygląd dzisiaj był równie bezkompromisowy jak zawsze. Brzydka, może, ale — w sposób porażający niemal — szykowna. Czarny, welurowy kapelusz z głębokim denkiem, szeroki czarny płaszcz, kremowa jedwabna bluzka, złote łańcuszki i złote kolczyki, przypominające kształtem kastet pierścionki na rękach. Jej twarz była bardzo blada, usta bardzo czerwone; i nawet ogromne okulary w czarnej oprawie zdołała obrócić w godny zazdrości dodatek. Nancy nie miała złudzeń. Kiedy szła za Oliwią przez zatłoczoną restaurację do ich stolika, czuła wokół dreszczyk męskiego zainteresowania, widziała ukradkiem rzucane spojrzenia i odwrócone głowy i wiedziała, że obracały się nie za jej ładniutką osobą, ale za Oliwią.

Nancy nigdy nie starała się poznać ciemnych tajemnic życia Oliwii. Aż do tego niesamowitego wydarzenia pięć lat temu naprawdę wierzyła, że jej siostra albo była dziewicą, albo osobą kompletnie bezpłciową. (Była, oczywiście, jeszcze jedna ponura możliwość, która nasunęła jej się, kiedy pracowicie brnęła przez lekturę biografii Vity Sackville-West, ale to, powiedziała sobie, było naprawdę nie do pomyślenia.)

Będąc klasycznym przykładem ambitnej i zdolnej kobiety, Oliwia wydawała się być całkowicie pochłonięta swoją karierą. Pięła się systematycznie w górę, aż została mianowana redaktorem edycji specjalnych w Venus, inteligentnie pomyślanym magazynie dla dobrze sytuowanych, aktywnych zawodowo kobiet, w którym pracowała od siedmiu lat. Jej nazwisko figurowało na pierwszej stronie, w składzie zespołu redakcyjnego, od czasu do czasu jej fotografia pojawiała się w magazynie przy jakimś artykule, a raz, odpowiadając na pytania w programie rodzinnym, wystąpiła w telewizji.

I wtedy właśnie, kiedy wszystko układało się dla niej jak najkorzystniej, będąc, można powiedzieć, w połowie drogi, Oliwia zdecydowała się na niespodziewane i bardzo dla niej nietypowe posunięcie. Pojechała na wakacje na Ibizę, spotkała tam człowieka imieniem Kosma Hamilton i nie wróciła. To znaczy, w końcu wróciła, ale dopiero po roku spędzonym z nim na wyspie. Redaktor naczelny dowiedział się o tym z formalnego listu zgłaszającego jej rezygnację, który przysłała z Ibizy. Kiedy ta oszałamiająca wiadomość dotarła do Nancy, przekazana przez jej matkę, z początku nie chciała uwierzyć. Mówiła sobie, że to zbyt szokujące, żeby było prawdziwe; ale tak naprawdę, nie chciała przyjąć tego do wiadomości, gdyż podświadomie czuła, że w jakiś sposób Oliwia wygrała, a w każdym razie wyprzedziła ją.

Nie mogła się doczekać, żeby obwieścić nowinę George’owi, myśląc, że wprawi go w takie samo osłupienie, ale jego reakcja całkiem ją zaskoczyła.

— Interesujące — to wszystko, co powiedział.

— Nie wydajesz się zbyt zdziwiony.

— Nie jestem.

Nancy zmarszczyła brwi. — George, przecież my mówimy o Oliwii.

— Oczywiście, że o Oliwii. — Popatrzył na zdezorientowaną, zakłopotaną twarz swojej żony i omal się nie roześmiał. — Nancy, chyba nie wyobrażasz sobie, że Oliwia zachowywała się jak zakonnica całe życie? Skryta dziewczyna, z własnym mieszkaniem w Londynie i chodząca własnymi drogami. Jeśli naprawdę myślałaś, że wiodła tam zakonne życie, to jesteś głupsza, niż myślałem.

Nancy poczuła piekące łzy w oczach. — Ale, ale, ja myślałam...

— Co myślałaś?

— Och, George, ona jest taka nieatrakcyjna.

— Nie — powiedział George. — Nie, Nancy, ona nie jest nieatrakcyjna.

— Ale ja myślałam, że ty jej nie lubisz.

— Nie lubię — odparł George i rozłożył gazetę, kładąc kres tej rozmowie.