Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
821 osób interesuje się tą książką
Aurora nadzoruje realizację prestiżowego projektu w Szkocji. Kiedy zostaje wysłana, by wymusić na właścicielu ziem zgodę na podpisanie umowy, nie spodziewa się, że spotka mężczyznę, który jedną swoją decyzją wywróci jej życie do góry nogami.
On – zaborczy, nieprzewidywalny, gotowy przejąć kontrolę nad każdym aspektem jej życia.
Ona – ambitna, profesjonalna, tkwiąca w nieszczęśliwym związku, który odbiera jej poczucie własnej wartości.
Namiętność, ryzykowne prowokacje i obsesyjna kontrola splatają się w tej historii o pożądaniu i granicach, których nie wolno przekroczyć. Czy Aurora podda się jego żądzy, zanim sama straci nad sobą kontrolę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 261
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Są historie, które rodzą się z wyobraźni. I są takie, które rosną dzięki ludziom o wielkich sercach.
Ten ebook nie byłby tym samym bez moich niezwykłych Patronek – kobiet, które uwierzyły w tę opowieść, zanim jeszcze trafiła w Wasze ręce. Dziękuję za wsparcie, za obecność, za emocje i za to, że jesteście częścią tej drogi.
Z całego serca dziękuję: kikiksiazki, siedzewksiazkach, book_szonki, olaa_czyta, _nie.ma.lipy_ i polii_book_ksiazkara.
Cassian byłby dumny z takiej drużyny!
Jednym łykiem dopiłam drinka i odstawiłam go na ladę. Poruszyłam głową, czując, jak bardzo miałam napięte mięśnie ramion. Syknęłam cicho i usiłowałam je nieco rozmasować.
Barman pojawił się i zgarnął banknot, który wcześniej rzuciłam na ladę. Nie wiedziałam, kiedy drink przed powrotem do domu stał się moim nawykiem. Wstałam ze stołka, zabrałam swoje rzeczy i skierowałam się do wyjścia. Po drodze zarzuciłam marynarkę na ramiona, a następnie wyszłam na ulicę.
Ostatnie tygodnie w pracy były cholernie trudne. Alkohol stał się pewnego rodzaju znieczuleniem, zwłaszcza przed powrotem do domu. Stłumiłam grymas cisnący mi się na twarz. Od kiedy to własny apartament był miejscem, do którego tak niechętnie wracałam?
Wsiadając do taksówki, zastanawiałam się, co poszło nie tak.
Przecież dążyłam do tego przez wiele lat. Kochałam swoją pracę. Harowałam dniami i nocami, aby w wieku trzydziestu lat zdobyć stołek dyrektora ds. Negocjacji Międzynarodowych w korporacji technologiczno-energetycznej. Co to właściwie oznaczało? Że na co dzień siadałam do stołu z ludźmi, którzy mogliby kupić całe miasta i wciąż mieli resztę na kawior. Negocjowałam zagraniczne umowy o wartości, od których zwykłemu człowiekowi kręciłoby się w głowie: zakup gruntów, pozwoleń, praw do inwestycji. Wszystkiego, co pozwalało firmie rosnąć dalej i szybciej. Reprezentowałam interesy korporacji przed politykami, biznesmenami i właścicielami terenów, którzy uważali, że ich hektary ziemi są bardziej święte niż ich własne życie. Podpisywałam kontrakty warte miliony, a czasami miliardy, i nikt nie musiał wiedzieć, ile kosztowało mnie doprowadzenie do tego, aby w ogóle znalazły się na moim biurku.
A po tym wszystkim piłam drinka w barze, by mieć siłę wrócić do domu i stanąć twarzą w twarz z narzeczonym.
Taksówka zatrzymała się pod jedną z eleganckich kamienic. Zapłaciłam i wysiadłam, kierując się bezpośrednio do wejścia. Portier Pablo uśmiechnął się radośnie na mój widok, skinęłam mu grzecznie głową.
Mozaika pod moimi stopami, z pękniętymi tu i ówdzie geometrycznymi wzorami, prowadziła w stronę szerokich schodów z kutą, misterną balustradą. Ściany w kolorze kości słoniowej odbijały ciepłe światło z kryształowego żyrandola, wiszącego na środku wysokiego holu. Każde piętro miało własne witrażowe okno wychodzące na ulicę, które w ciągu dnia rzucało na klatkę kolorowe plamy: zielenie i błękity tańczące po schodach, jak duchy dobrego stylu.
Wspięłam się na drugie piętro, gdzie znajdowało się moje mieszkanie. Przekręcając klucz w zamku, słyszałam dobiegającą z wnętrza muzykę. Matteo był w domu. Pchnęłam drzwi i od razu się skrzywiłam.
Nie podniósł wzroku z telefonu, jakby moje istnienie było czymś absolutnie nieważnym. Jego buty zostawiły smugi na dywanie, a oddech śmierdział alkoholem.
– Wreszcie wróciłaś – mruknął, ledwo unosząc brew.
Nie było w tym ani ciepła, ani ulgi. Brzmiało jak wyrzut, a nie powitanie.
– O której zacząłeś pić? – zapytałam dość obcesowo.
Byłam w domu zaledwie kilka sekund, a ciśnienie już skoczyło mi do dwustu.
– Już się czepiasz? – odparł bez wahania. – Mogłabyś mi podać płaszcz?
Zagotowałam się ze złości.
– Sam możesz go sobie wziąć.
Matteo spojrzał na mnie, a jego uśmiech zmienił się w grymas obrażonego dziecka.
– Zawsze taka dramatyczna – skwitował, podnosząc się powoli i odwracając plecami.
Sięgnął po płaszcz, nie zaszczycając mnie kolejnym spojrzeniem.
– Wychodzę, nie czekaj na mnie z kolacją. – Po tych słowach zniknął za drzwiami.
Rozejrzałam się po mieszkaniu. Wnętrze łączyło minimalistyczną elegancję z drobnymi luksusami. Kremowe ściany i jasny parkiet na podłodze, który przy każdym kroku lekko skrzypiał. W salonie dominowała duża, szara sofa, na której kładłam się tylko wtedy, gdy naprawdę chciałam odpocząć, oraz niewielki stolik z marmurowym blatem.
Na ścianach wisiały grafiki i minimalistyczne zdjęcia, które miały wyglądać nowocześnie, ale zostały przeze mnie starannie wyselekcjonowane. To był mój sposób, żeby mieszkanie odbijało moją osobowość: kontrolę, ład, smak i chłodną elegancję. W kuchni, choć wszystko było designerskie, panował porządek z nutą chaosu codziennego życia: jedna szuflada lekko niedomknięta, kilka kieliszków w zlewie.
Okna wychodziły na Gran Vía[1], wpuszczając do wnętrza światło Madrytu. Lubiłam to mieszkanie, bo było moim własnym kawałkiem świata, w którym mogłam, choć na chwilę, odetchnąć od presji pracy i toksycznych ludzi.
Przepełniała mnie frustracja. Zamiast krzyczeć, zrobiłam krok w stronę kuchni. Tam, na marmurowym blacie, stała butelka wina. Sięgnęłam po nią, czując, że to mój jedyny ratunek na wieczór, który właśnie się rozpoczął.
Za oknem miasto tętniło swoim życiem: klaksony, rozmowy, muzyka ulicznych artystów. W moich czterech ścianach panowała cisza, przerywana tylko własnym oddechem i odgłosem kieliszka, którym powoli stukałam o blat, próbując uspokoić myśli. Na języku czułam cierpki smak czerwonego wina. Lubiłam ten trunek.
Kiedy Matteo wyszedł, wiedziałam, że nie wróci dziś wcześnie. Dokończyłam butelkę i udałam się do łazienki. Tam rozebrałam się i zmyłam makijaż, czując chłód wody na oliwkowej cerze. Brązowe włosy opadały mi na ramiona, a oczy, również brązowe, wyglądały na zmęczone.
Położyłam się na łóżku, otulona lekkim kocem i zamknęłam oczy.
* * *
Obudziłam się, przeciągając powoli i wciągając głęboko powietrze. Promienie słońca wpadły przez okno i sprawiały, że mieszkanie wyglądało niemal magicznie w porannym świetle.
W kuchni przygotowałam szybkie espresso. Aromat świeżo zmielonej kawy wypełnił pomieszczenie, a ja poczułam, jak napięcie powoli ze mnie opada. Zaczęłam pakować torbę do pracy: laptop, dokumenty, notatnik, wizytówki. Matteo wszedł do kuchni, jeszcze w szlafroku, blond włosy miał potargane, twarz opuchniętą od alkoholu.
– Czy ty musisz zawsze rano tak hałasować? – powiedział, krzywiąc się.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam zamiaru wdawać się w poranny spór. Odłożyłam kawę, przeszłam do łazienki i zaczęłam się malować. Lekko podkreśliłam oczy, dodałam odrobinę różu na policzkach. Długie włosy opadły mi swobodnie na ramiona, oliwkowa cera wyglądała zdrowo, a w oczach błyszczała zawziętość.
Gdy skończyłam makijaż, wzięłam z szafy ubrania. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść, więc postawiłam na prostą kremową sukienkę bez rękawów. Ubrałam się szybko, sprawdzając w lustrze efekt. Dokładnie tak, jak chciałam wyglądać. Zabrałam torbę, sprawdziłam dokumenty i portfel.
– Naprawdę musisz brać te wszystkie rzeczy? – odezwał się z kuchni, stukając w kieliszek z wczorajszego wieczoru. – Wygląda, jakbyś szykowała się na wojnę, a nie do pracy.
Przewróciłam oczami.
– Wychodzę. Nie pij.
Wbił we mnie niezadowolone spojrzenie.
Pozwoliłam sobie otaksować jego sylwetkę. Matteo zawsze był przystojny z tymi swoimi szerokimi barkami i cieniem zarostu na szczęce. Kiedyś potrafiliśmy spędzać razem czas i głośno się śmiać. Z biegiem czasu zrozumiałam, że wszystko krążyło wokół alkoholu. Owszem, nie byłam abstynentką, ale potrafiłam obyć się bez wina. Mój narzeczony nie. Próbowałam z tym walczyć, ale on nie widział problemu. Każda randka, wyjście na miasto, obejrzenie filmu – to wszystko skrapiane było alkoholem.
Pierścionek zaręczynowy ciążył mi na palcu.
– Nie dramatyzuj, Rory – rzucił, nonszalancko wspierając się ramieniem o futrynę. – Będę grzeczny jak zawsze.
Był synem obrzydliwie bogatych rodziców, dlatego całe dnie spędzał na robieniu tego, na co miał ochotę. Poza tym nienawidziłam, kiedy ktoś nazywał mnie Rory.
– Oczywiście – prychnęłam.
Wzięłam torbę i podeszłam do drzwi.
– Może obejrzymy wieczorem jakiś film?
– Zobaczymy – odparłam wymijająco. Wszystko zależy od tego, w jakim będziesz stanie, pomyślałam.
Gran Vía rozciągała się przede mną jak korytarz historii i architektury. Wysokie, eleganckie budynki z misternymi balkonami i ozdobnymi gzymsami, tworzyły harmonijną panoramę ulicy. Sklepy i kawiarnie na parterach mieszały się z luksusowymi butikami i biurami, a na fasadach wisiały szyldy, które dopiero w nocy rozbłyskały pełnym blaskiem.
Wsiadłam do metra, zatapiając się w tłumie. Przede mną kolejny ciężki dzień.
[1] Gran Vía – jedna z głównych i najbardziej reprezentacyjnych ulic Madrytu, łącząca centrum miasta z dzielnicami handlowo-rozrywkowymi; znana z historycznej architektury, teatrów, kin oraz luksusowych hoteli i sklepów.
Metro zatrzymało się z cichym zgrzytem, a ja wysiadłam na stacji w centrum. Wychodząc na ulicę, wciągnęłam głęboko powietrze, mieszankę świeżego poranka i zapachu spalin. Kilka minut spaceru dzieliło mnie od biurowca, w którym mieściła się korporacja.
Przekraczając próg eleganckiego lobby, poczułam znany rytm biura: ciche klikanie klawiatur, szmer rozmów przez słuchawki i zapach świeżo parzonej kawy, unoszący się w powietrzu. Ściany były w stonowanych odcieniach szarości i bieli, a designerskie lampy sufitowe nadawały przestrzeni profesjonalnego blasku.
Dotarłam do swojego biura. Przestronna, minimalistyczna przestrzeń z dużym oknem wychodzącym na panoramę miasta. Na biurku stały dwa monitory, sterty dokumentów posegregowane w idealnym porządku i mały wazon z białymi storczykami, które dodawały wnętrzu elegancji. Fotel, z którego pracowałam, był duży i wygodny.
Usiadłam, odłożyłam torbę i przygotowałam się do porannego przeglądu e-maili. Wtedy ekran komputera rozświetlił się powiadomieniem: ważne spotkanie.
Zerknęłam w kalendarz. Nie mieliśmy na dziś zaplanowanego żadnego zebrania. Zmarszczyłam brwi. To nie była zwykła sprawa administracyjna. Rozwinęłam notatkę, by dojrzeć godzinę i zerwałam się z krzesła. Teraz.
Szybko opuściłam gabinet i skierowałam się w stronę sali konferencyjnej, gdzie czekał już na mnie cały zarząd. Zajęłam ostatnie wolne krzesło, przysunęłam bliżej stołu i spojrzałam na ekran.
Pomieszczenie było nowoczesne, ściany ze szkła i stali odbijały światło poranka, a długi stół z ciemnego drewna połyskiwał jak lustro. Wokół siedzieli członkowie zarządu. Eleganccy, skupieni, z minami, które zdradzały, że temat nie był błahy.
– Aurora, cieszę się, że już jesteś – rozpoczął prezes, patrząc na mnie poważnie. – Mamy pilną sprawę, która wymaga twojej obecności w terenie.
Zamrugałam, czekając na konkrety.
– Chodzi o Szkocję – kontynuował dyrektor projektów. – Firma potrzebuje negocjacji dotyczących nowego przedsięwzięcia energetycznego. Właściciel ziem, na których chcemy inwestować, nie jest łatwym rozmówcą. Potrzebujemy kogoś, kto tam pojedzie i osobiście doprowadzi do porozumienia.
Słowo osobiście przyciągnęło moją uwagę. To oznaczało, że nie będzie żadnego telefonu ani wideokonferencji. Tylko bezpośrednio, twarzą w twarz.
– Dlaczego ja? – zapytałam ostrożnie, choć czułam, że moje tętno przyspiesza. – Mamy przecież cały zespół negocjatorów.
– Pan Drakov chce, żeby jedno z nas stawiło się u niego, jeśli tak bardzo zależy nam na tym projekcie. – Dyrektor się skrzywił. – To jego słowa.
– Bo masz wyjątkowy dar stawiania na swoim – dodał prezes. – I nie poddajesz się łatwo.
Rozejrzałam się po sali. Cisza była pełna oczekiwania.
– Właściciel jest znany ze swojego twardego charakteru – ciągnął dyrektor projektów. – Nieustępliwy, zamknięty w sobie, ale jeśli ktoś potrafi znaleźć w nim sposób na współpracę, to właśnie ty.
Moje usta lekko drgnęły, choć starałam się zachować pokerową twarz. Twardy facet w Szkocji, ja w roli negocjatora… Brzmiało jak wyzwanie, które mogło wciągnąć mnie całkowicie.
– Wyjazd jest natychmiastowy – zakończył prezes. – Lot masz jutro rano, a spotkanie z klientem jest zaplanowane na godzinę piętnastą tego samego dnia. Dokumenty, umowy i wszystkie materiały będą czekały na ciebie w biurze do końca dnia.
Odłożyłam notes, czując mieszankę adrenaliny i ekscytacji. Było coś elektryzującego w tym zadaniu. To było wyzwanie. A ja kocham wyzwania.
Po powrocie ze spotkania na biurku czekał już na mnie bilet lotniczy. Firma załatwiła tę podróż w rekordowym tempie. Odłożyłam go na bok i wzięłam do ręki dokumenty dotyczące najnowszego projektu. Chciałam jak najszybciej zapoznać się z papierami, aby podróż wykorzystać na znalezienie odpowiednich argumentów, które przekonają Szkota do naszej umowy.
Elektrownia, która pozyskiwałaby energię z naturalnych zasobów geotermalnych i wiatrowych. Moje brwi uniosły się same. Przeglądałam dane dotyczące terenu i niemal zagwizdałam z podziwem. To cholernie dobry projekt. Na terenach Drakova znajdowały się aktywne uskoki geotermalne, będące źródłem olbrzymiej energii. Wiatry w tych okolicach osiągały rekordową moc. Byłaby to największa i najbardziej dochodowa inwestycja w historii firmy.
Nie mogłam tego spieprzyć.
Dlatego resztę dnia poświęciłam dokładnej analizie geodezyjnej terenu. Spisałam na kartce korzyści, jakimi mogę skusić klienta do współpracy. Na koniec głowa bolała mnie już do tego stopnia, że literki na kartce zaczęły się rozmazywać.
Zbierałam właśnie swoje rzeczy, kiedy w gabinecie zjawił się prezes.
– Cieszę się, że złapałem cię, zanim wyszłaś – powiedział, sprężystym krokiem pokonując odległość od drzwi do mojego biurka.
– Właśnie skończyłam – odparłam, przyglądając się siwiejącemu mężczyźnie.
– Zapoznałaś się z planami?
– Oczywiście – potaknęłam.
– Pokładamy w tobie wszystkie nasze nadzieje.
Zachowałam kamienny wyraz twarzy, przygotowując się na dalszą część zdania.
– Jesteś inteligentna, nie muszę ci mówić, jak ważny jest ten projekt.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Thomasie – powiedziałam, przyglądając mu się z niewzruszonym wyrazem twarzy.
– Nie chciałem tego mówić, znam cię od lat – ciągnął, a mnie ogarnęły najgorsze przeczucia. – Nie wracaj ze Szkocji, jeśli nie dopniesz tego kontraktu.
Cała zesztywniałam.
– W razie, gdybym nie przekonała Drakova… – zaczęłam, choć doskonale znałam odpowiedź.
Prezes spojrzał mi prosto w oczy.
– Wylatujesz – dokończył, a w jego głosie nie było nawet krztyny współczucia.
Zacisnęłam zęby.
– Zdobędę jego podpis – zapewniłam ostrzejszym tonem, niż zamierzałam.
– Na to liczę. Znalezienie kogoś na twoje miejsce okazałoby się… drobną komplikacją.
– Rozumiem.
– Mam nadzieję. – Po tych słowach zaczął kierować się w stronę drzwi. Sięgnął po klamkę i obejrzał się przez ramię. – Zrób to, Valle.
Schowałam dokumenty do torby, przypominając sobie słowa prezesa. Nie wracaj bez podpisu. Jakby łatwo było rozmawiać z facetem, który trzyma w garści teren wart miliardy.
Wieczór na Gran Vía przywitał mnie światłami neonów i ruchem samochodów. Czułam pod skórą pulsującą energię miasta.
Kiedy otworzyłam drzwi mieszkania, wiedziałam od razu, że Matteo był w środku. Grał telewizor, na sofie leżała sterta ubrań, a w powietrzu unosił się ciężki zapach… kaca. Zdecydowanie.
– Gdzieś ty się podziewała? – rzucił, nawet nie odrywając wzroku od ekranu.
Przeszłam do kuchni, ignorując go i odłożyłam torbę na blat.
– W pracy – odpowiedziałam zmęczona, nalewając sobie wody.
– Aha. – W jego głosie pobrzmiewała czysta podejrzliwość. – W pracy. Znowu.
Nie minęło dziesięć minut, jak usłyszałam szelest papieru. Matteo, nie czekając ani sekundy dłużej, przyszedł do kuchni, w dłoni trzymając bilet lotniczy. Skąd on go wytrzasnął, do cholery?
Napięłam wszystkie mięśnie, przygotowując się na konfrontację.
– Co to jest? – warknął, machając nim jak dowodem zbrodni.
Niepokój ścisnął mnie w piersi.
– Jutro lecę do Szkocji. Delegacja służbowa.
– Bez uprzedzenia? – Jego brew uniosła się teatralnie. – To nic ważnego, prawda? Tylko kilka tysięcy kilometrów i Bóg jeden wie ile dni beze mnie.
– Matteo… – zaczęłam, starając się utrzymać spokój. – To mój obowiązek. Kolejny projekt i duża sprawa.
– Duża sprawa? – parsknął. – Twoja praca zawsze jest dużą sprawą. Tylko ja nigdy taką nie jestem.
Wcisnął mi bilet w pierś. Skrzywiłam się.
– Nawet nie zapytałaś, czy mam jakieś plany. – Splótł ręce przed sobą jak obrażone dziecko. – Ale co tam. Przecież to zawsze ty jesteś najważniejsza.
Zamknęłam oczy, próbując zapanować nad nerwami.
– Nie zamierzam się z tobą o to kłócić. – Wzięłam bilet i odłożyłam go na blat. – Nie dziś.
– Oczywiście, że nie – rzucił jadowicie. – Bo jak zwykle uciekasz.
– Idę się spakować – powiedziałam tylko.
– Jasne. Pakuj się. – Matteo rozłożył ręce i wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu. – Uciekaj do swojego nowego, lepszego życia.
Nie odpowiedziałam. Minęłam go bez słowa i weszłam do sypialni. Drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem. Opadłam na łóżko, chowając twarz w dłoniach. Napinałam mięśnie, żeby nie płakać. Nie teraz i nie przez niego. Z podobną determinacją, jaką wkładałam w negocjacje, otworzyłam walizkę i zaczęłam wrzucać do niej ubrania. Jaka, do cholery, pogoda panowała w Szkocji o tej porze roku?
Z salonu dobiegł mnie huk; to Matteo trzasnął drzwiami wyjściowymi. Zapadła cisza, w której słyszałam tylko moje przyspieszone tętno.
Usiadłam na skraju łóżka, patrząc na paszport i dokumenty. Jutro czekało mnie starcie z mężczyzną, który mógł przechylić szalę mojego życia na obie strony.
Westchnęłam i zgasiłam światło.
Lot z Madrytu do Szkocji trwał niespełna trzy godziny. Tyle miałam czasu, by rozłożyć przed sobą wszystkie materiały i tablet. Dokładnie je przeanalizować i jeszcze kilka razy zapytać samą siebie, w co ja się właściwie pakowałam.
Nazwisko Drakov przewijało się w dokumentach jako właściciel ziem i funduszy. Twardy negocjator i człowiek, który nienawidził rozmów z korporacjami. A mnie przypadł ten zaszczytny cel przekonania go do zmiany zdania.
Bo ktoś wpadł na pomysł, żeby zbudować elektrownię na środku szkockiego zadupia i to ja miałam wsiąść do samolotu, uśmiechnąć się jak w reklamach pasty do zębów i sprawić, żeby właściciel tej ziemi oddał ją nam z radością. I najlepiej jeszcze podziękował.
Przerzucałam kolejne strony planu elektrowni i czułam, jak adrenalina miesza się z ekscytacją. Projekt był fenomenalny. Opłacalność ogromna. Ekologia realna, nie tylko do reklamy. Korzyści dla regionu nie do przecenienia.
Gdyby ktoś taki jak Drakov naprawdę wysłuchał tych argumentów… Mielibyśmy przed sobą projekt na skalę światową.
Samolot zadrżał lekko, gdy rozpoczął schodzenie do lądowania. Schowałam tablet i przysunęłam się do okna. Przez mleczną warstwę mgły widać było jedynie skrawki świata i niewyraźne linie pasa startowego. Silniki zawyły, maszyna gwałtownie wyhamowała, a ja odetchnęłam głęboko.
Witaj, Szkocjo.
Gdy drzwi otworzyły się z sykiem, byłam gotowa na powiew wiatru, ale nie na atak lodowatej ściany. Szczękałam zębami przed tym, zanim na dobre zeszłam po schodkach. Jeszcze kilka godzin wcześniej w Madrycie cieszyłam się trzydziestoma stopniami i słońcem. A tu? Czerwiec po szkocku najwyraźniej oznaczał luty po hiszpańsku. Przecież tu jest jak w zimie!
Dziesięć stopni, może mniej, wiatr tak zimny, że wbijał się pod płaszcz, chichocząc ze mnie jak szaleniec. Włosy natychmiast zaczęły żyć własnym życiem, a mgła przykleiła się do mojego ciała.
Przyzwyczajona do ciągłego słońca, zareagowałam gęsią skórką, jakbym wysiadła prosto do zamrażarki. Zrobiłam krok przed siebie i otoczył mnie zapach mokrej ziemi i torfu. Parę minut później w końcu znalazłam się w terminalu, gdzie przez chwilę cieszyłam się jego klimatycznie przesadzonym ogrzewaniem. Ludzie wokół mieli na sobie puchowe kurtki i swetry, jakby szykowali się do ekspedycji na biegun północny.
Ja wyglądałam jak turystka z tropików, która pomyliła kontynenty.
Rozejrzałam się, próbując wypatrzyć osobę mającą karteczkę z moim nazwiskiem. I wtedy go zobaczyłam.
Olbrzym to było zbyt delikatne słowo.
Wzrostem zapewne przewyższał większość ludzi, jakich mijałam, a jego barki mogłyby służyć jako dodatkowy pas startowy. Ciemny, wełniany płaszcz jeszcze bardziej dodawał mu objętości, a krótkie, surowe spojrzenie mówiło jasno: nie żartuję i nie tracę czasu.
W dłoniach trzymał tabliczkę z moim nazwiskiem. „AURORA VALLE”. Litery pisał chyba ktoś, kto trzymał marker jak siekierę.
Podchodząc, czułam się trochę jak w scenie, w której bohaterka idzie do samochodu z ochroniarzem mafii. Jego wygląd lekko mnie przerażał. Mimo to uniosłam podbródek i wyciągnęłam rękę.
– Dzień dobry. Aurora Valle – przedstawiłam się płynną angielszczyzną.
Jego spojrzenie przesunęło się po mnie powoli oceniając. Jakby sprawdzał, czy naprawdę byłam warta odbierania mnie z lotniska.
– Pani Valle – odezwał się w końcu, głosem tak niskim, że zabrzmiał jak odgłos burzy nad górami. – Pan Drakov czeka w swojej posiadłości. Zaprowadzę panią do samochodu.
– Dziękuję – powiedziałam tylko. Jego wielkość mnie przerażała.
Kierowca skinął głową i bez czekania ruszył do przodu. Jego krok był tak ciężki, że miałam wrażenie, iż podłoga drży za każdym razem, gdy stawiał stopę.
Zacisnęłam mocniej dłoń na pasku torby i poszłam za nim. W pewnym momencie obejrzał się przez ramię, jakby chciał się upewnić, czy nie zwiałam, gdzie pieprz rośnie. Zmusiłam się, żeby spojrzeć mu w twarz. Przy moim metrze sześćdziesiąt czułam się jak karaluch.
– Wezmę pani bagaż – rzucił i nie czekając na moją reakcję, zabrał mi walizkę z ręki.
Świetnie. Jeśli dalej będziesz taka asertywna, zaciuka cię na jakimś zadupiu.
Kierowca zaprowadził mnie do samochodu zaparkowanego wzdłuż krawężnika. Nie był to żaden nowoczesny SUV. Tylko czarne, potężne auto terenowe, które wyglądało, jakby potrafiło przejechać przez środek góry, jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba. Matowy lakier, przyciemniane szyby i zero zbędnego świecidełka, tylko czysta funkcjonalność.
– Proszę wsiadać – mruknął kolos, otwierając mi tylne drzwi.
Wsunęłam się do środka. Wnętrze pachniało skórą i czymś jeszcze. Zdecydowanie wyczuwałam tu dominujący męski zapach. Po raz pierwszy zastanawiałam się, jak wyglądał ten cały Drakov.
Silnik zagrzmiał, kiedy kierowca przekręcił kluczyk. Niski, przeciągły pomruk przeszedł po moim kręgosłupie jak cichy dreszcz. Ruszyliśmy.
Za oknami rozciągał się krajobraz, który wyglądał jak wyrwany z epickiego filmu fantasy. Wzgórza pokryte wrzosowiskami, surowe skały sterczące z ziemi, gęste, ciemne lasy, w których można było zgubić się na wieczność. Mgła przesuwała się po polach.
Jechaliśmy kilka minut, zanim dotarło do mnie, że nie mijamy żadnych domów. Ani jednego. Tylko natura, natura i więcej natury. Jakby właściciel tych wszystkich hektarów stwierdził: Cywilizacja? Nie, dziękuję. Trzymam ją przynajmniej dziesięć kilometrów od siebie.
Czułam się jednocześnie onieśmielona i zaintrygowana.
Kierowca milczał jak zaklęty. Tylko czasem spoglądał we wsteczne lusterko, jakby upewniał się, że nie spanikowałam i nie wyskoczyłam z auta. Położyłam dłonie płasko na kolanach i wmawiałam sobie, że muszę zapanować nad strachem. Cała ta otoczka wokół Drakova coraz mniej mi się podobała. Czy na miejscu czeka na mnie siwy mężczyzna w szlafroku z cygarem w ustach, rodem z Ojca chrzestnego?
W pewnym momencie z asfaltu przeszliśmy na węższą drogę, później na żwir. Auto kołysało się lekko, przeskakując po nierównościach.
Potem zobaczyłam żelazną bramę. Potężna, ciężka, z kutymi ornamentami przypominającymi celtyckie symbole. Za nią widać było tylko alejkę i zieleń. Dużo zieleni. Jakby brama oddzielała świat zwykłych ludzi od właściciela tej posiadłości.
Samochód zwolnił. Szofer nacisnął przycisk i brama otworzyła się z przeciągłym, metalicznym jękiem.
– Jeszcze chwila – powiedział po raz pierwszy, odkąd wyjechaliśmy z lotniska.
Wbiłam wzrok w to, co majaczyło na końcu długiej, krętej ścieżki.
Przed moimi oczami rozciągały się mury posiadłości Drakova. Ogromna, kamienna, surowa… I piękna w sposób, który budził respekt.
Na moment zapomniałam, jak się oddycha. Nie wiedziałam, czy to podekscytowanie, czy przeczucie kłopotów.
Może trochę jedno i drugie.
Droga do rezydencji prowadziła przez stary, zdziczały park. Drzewa były tu inne niż w zwykłych ogrodach, wysokie o pniach skręconych jak ciała, które usiłują uwolnić się z uścisku. Gałęzie splatały się nad głową, tworząc półmroczne sklepienie.
Posiadłość była stara. Nie było w niej nic z tych szklanych, eleganckich i nowoczesnych rezydencji. To pałac z czasów, gdy architektura była sztuką dominacji. Kamienne mury sięgały gwiazd, a liczne wieże zakończone gotyckimi szczytami przypominały ostrza skierowane w niebo. Okna były długie i wąskie jak oczy obserwujące intruza. W większości nie paliło się światło, tylko w jednym skrzydle widać kilka złotych kropli. Centralne drzwi były ogromne, z litego drewna z tradycyjną, masywną kołatką w kształcie paszczy smoka.
Kierowca gestem nakazał mi, bym wysiadła. Zrobiłam to z ociąganiem. Resztki instynktu samozachowawczego wręcz krzyczały, bym brała nogi za pas. Jednak perspektywa utraty pracy zmusiła mnie, bym zrobiła krok do przodu.
W tym czasie olbrzym zajął się moją walizką. Wspięłam się po schodach i weszłam do holu, gdzie od razu odnotowałam, że tu wszystko miało swój porządek. Ściany z kamienia odbijały ciepłe, złote światło żyrandola, a podłoga z marmuru chłodziła stopy przez cienką podeszwę moich szpilek. Widziałam portrety ludzi o surowych twarzach i miałam wrażenie, że każdy z nich mnie obserwował.
Szofer prowadził mnie bez słowa. W tych murach czułam się trochę jak intruz. Dotarliśmy do jednego z pomieszczeń, w którym dominowały ciemne drewno, ciężkie kotary, zapach starego wina i wosku świec.
– Pan Drakov zaraz przyjdzie – poinformował mnie olbrzym.
W podziękowaniu skinęłam mu głową. Kiedy odszedł, zaczęłam przechadzać się po pokoju, by zająć czymś myśli. Półki sięgały prawie sufitu, uginając się pod ciężarem książek w skórzanych oprawach. Na stoliku przy oknie dostrzegłam szkatułkę z zamkiem, obok niej notatnik i kilka piór. W kącie stał zestaw szachów, z figurami w stylu gotyckim, gotowymi do partii, która pewnie nie była zwykłą rozrywką, a lekcją strategii.
Odwróciłam się w stronę drzwi i wtedy go zobaczyłam. W nonszalanckiej pozie opierał się o framugę. Był absurdalnie wysoki. Ubrany w ciemny garnitur, który wyglądał, jakby został skrojony w miejscu, gdzie luksus dogaduje się z grzechem. Idealnie ułożone, czarne jak noc włosy, tylko jeden niesforny kosmyk opadał mu na czoło. A te oczy… Och.
Jeden kącik ust uniósł się w uśmiechu, z pewnością nieprzyjaznym. Raczej takim, który mówi: Wiem, że się boisz. I to mi się podoba.
– Pani Aurora Valle. – Jego głos był niski, aksamitny, z nutą ironii. Kolana niemal się pode mną ugięły. – Jestem Cassian Drakov.
O ja pierdolę.
Stałam nieruchomo, jakby zamrożona, próbując ogarnąć jego obecność. Cassian Drakov – wysoki, chłodny i pewny siebie, znajdował się przede mną kompletnie niewzruszony. Nie mogłam oderwać wzroku od oczu mężczyzny, które zdawały się przewiercać mnie na wylot.
Nie byłam zdolna wykrztusić z siebie ani słowa. To nie był facet, którego sobie wyobrażałam.
Rusz się, kobieto. Musiał cię wziąć za kompletną idiotkę.
– Pani Valle, mam nadzieję, że podróż była przyjemna – powiedział powoli, jakby smakował każde słowo.
Uniosłam brodę i spojrzałam mu w twarz.
– Właściwie tak. Choć przyznam, że szkocki wiatr nie zna litości.
Jego uśmiech był drapieżny.
– Cóż, na moim terenie wiatr zawsze jest wymagający. Podobnie jak negocjacje. – Podszedł bliżej, a każdym krokiem zdawał się podkreślać swoją władzę. – Zapraszam, usiądźmy.
Podążyłam za nim do stołu i z ulgą zajęłam jedno z krzeseł. Posłałam sobie mentalnego kopniaka za to, jak zareagowałam na jego widok. Wyjęłam dokumenty, umowę i projekt. Przeglądając je na stole, czułam, że Drakov śledzi każdy mój ruch.
– Elektrownia geotermalna i wiatrowa – zaczął, przerywając ciszę. – To ambitny projekt. Pani firma myśli, że zgodzę się sprzedać ziemię bez walki?
– Chodzi nam tylko o współpracę, która przyniesie korzyści obu stronom, panie Drakov – odpowiedziałam, starając się zachować spokojny ton, choć dłonie zaczęły mi się pocić. – Korzyści ekonomiczne, ekologiczne, długofalowe inwestycje w region…
Drakov przysunął się jeszcze bliżej stołu, tak, że jego spojrzenie zahaczyło o mój tablet.
– Czyli chce mi pani sprzedać wizję, której jeszcze nie wiem, że potrzebuję?
– Dokładnie. – Skinęłam głową, powstrzymując się przed uśmiechem. – Ale wierzę, że kiedy spojrzy pan na dane i skalę projektu, zobaczy, że to może być coś, co przyniesie realne korzyści.
Uśmiechnął się lekko, tym razem z wyraźnym wyzwaniem w oczach.
– Widzę, że jest pani dobrze przygotowana. Lubię, kiedy ktoś staje naprzeciw mnie z odwagą i nie boi się mówić, co myśli.
Czułam, że to pierwsze starcie toczy się nie tylko o projekt, ale też o coś więcej. O jego ocenę, ale na mój temat.
– Dziękuję. – odparłam gładko z precyzją, którą wypracowałam w latach pracy w korporacji. – To tylko początek rozmowy. Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć wspólny język.
Złożył ręce na stole, a każdy jego ruch był wyważony i zaplanowany. Spojrzałam mu w oczy i poczułam dziwny rodzaj zimnego prądu, ostrzeżenie i wyzwanie w jednym.
– Więc, pani Valle – kontynuował powoli. – Nie obawia się pani, że projekt może nie przynieść żadnych zysków?
– Zyski są wyliczone na podstawie szczegółowych danych, panie Drakov – Byłam przygotowana na takie pytanie. – Analizy geologiczne, wiatrowe i ekonomiczne wskazują jednoznacznie, że inwestycja jest opłacalna.
Spojrzał na mnie, unosząc jedną brew, a w jego oczach pojawił się błysk zainteresowania.
– Dane są dla mnie ważne, ale nie przekonują mnie tak samo, jak ludzie – powiedział cicho. – Nie ufam im bez weryfikacji.
Ten facet zaczynał mnie wkurzać, ale nie mogłam dać tego po sobie poznać. Zamaskowałam swoją reakcję uśmiechem.
– W takim razie proponuję wizytę na terenie. Mogę pokazać, że liczby nie kłamią. – Spojrzałam mu prosto w oczy. – A jeśli okaże się, że projekt nie spełni oczekiwań, biorę odpowiedzialność.
– Odwaga… – mruknął, wstając powoli. – Nieczęsto spotykam kogoś, kto nie ustępuje przede mną od razu. Ciekawe…
Przeszedł obok mnie, a jego zapach, mieszanka cytrusów i mięty, zawisł w powietrzu. Zadrżałam lekko, ale zmusiłam się, by nie odwracać wzroku.
– I tak, pani Auroro – odezwał się, zatrzymując przy oknie. – Wiem, że to dopiero początek rozmowy. Lubię obserwować, jak ktoś radzi sobie pod presją.
– Wierzę, że znajdziemy wspólny język – powtórzyłam.
Drakov uśmiechnął się zwycięsko
– Wspólny język… Możemy go znaleźć, ale dopiero, jeśli pokaże mi pani, że nie boi się wyzwań.
Jego słowa były jednocześnie groźbą i zaproszeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Wiedziałam, że walka o projekt to dopiero pretekst. To starcie woli, pewności siebie i czegoś więcej.
– Zaczynajmy zatem – powiedziałam, otwierając tablet i pokazując mu pierwsze dane. – Mam nadzieję, że doceni pan rzetelność naszych analiz.
Wrócił do stołu, jego spojrzenie przesunęło się po ekranie, a potem po mnie. Niewypowiedziane słowa wisiały w powietrzu. To nie był zwykły negocjator. To był ktoś, kto grał własnymi zasadami, a ja miałam się wpasować w jego grę.
– Ciekawe, czy uda się pani mnie przekonać – wyszeptał w końcu, siadając ponownie, a w jego głosie brzmiała nuta wyzwania. – Ale… lubię te próby.
– Na szczęście nie poddaję się tak łatwo – odparłam, uśmiechając się zachęcająco.
– Podoba mi się pani sukienka – rzucił nagle niskim, aksamitnym głosem.
Mój puls przyspieszył. Spojrzałam na niego, próbując zachować pokerową twarz, ale czułam, że kolor wkrada się na policzki.
– Dziękuję. Nie spodziewałam się, że będzie to element rozmowy.
– Cóż, drobne detale też są ważne w negocjacjach – ciągnął.
Poczułam, jak całe moje ciało reagowało na jego obecność. Siedząc naprzeciw niego, miałam wrażenie, że obserwował każdy gest. I choć próbowałam zachować profesjonalny ton, zrobiło mi się gorąco.
– Skoro jesteśmy przy szczegółach… – odezwał się nagle, pochylając lekko, a jego oczy błysnęły w półmroku pokoju. – Czy rozważała pani potencjalne ryzyko związane z wiatrami w północnej części działki?
Skinęłam głową, spoglądając na projekt rozłożony przede mną.
– Tak, analizowałam dane wiatrowe i geotermalne. Przy odpowiednich turbinach i zabezpieczeniach, straty można zminimalizować, a wydajność zwiększyć – odpowiedziałam spokojnie.
Drakov uśmiechnął się z satysfakcją, tym razem szczerze, choć wciąż z tym drapieżnym błyskiem w oku.
– Naprawdę się pani przygotowała.
Przesunęłam palcami po krawędzi dokumentów, starając się skupić na faktach.
– W takim razie, panie Drakov, proponuję zacząć od modelu finansowego i harmonogramu – sprawnie zmieniłam temat. – Zobaczymy, gdzie nasze interesy mogą się pokrywać, a gdzie potrzebna będzie kompromisowa droga.
Jego spojrzenie przesunęło się z powrotem na mnie.
– A co, jeśli okaże się, że kompromis nie wchodzi w grę? – spytał, opuszczając wzrok jeszcze niżej, jakby chciał sprawdzić, czy nie zaczęłam się trząść.
Przełknęłam ślinę.
– Wtedy będziemy negocjować dalej. – Moje oczy spotkały jego, rzucając mu wyzwanie: jestem gotowa.
Drakov odchylił się lekko, rozpierając na krześle i uśmiechnął w sposób, który sprawił, że przepełniła mnie mieszanka podziwu i niepokoju.
– Musi się pani bardziej postarać, żeby mnie przekonać.
Nie czekając na odpowiedź, wstał. Jego ruchy były płynne, pewne siebie, jakby całe to pomieszczenie było sceną, a on sam aktorem, który decyduje o tym, co się dzieje.
Ja również wstałam. Nogi drżały mi ze stresu, ale wyprostowałam się dumnie.
– To koniec rozmowy? – zapytałam, kompletnie nie wiedząc, co powinnam o tym wszystkim sądzić.
– Tak – odparł krótko, odwracając się w stronę drzwi.
Przez chwilę stałam, wpatrując się w jego sylwetkę, zanim zebrałam w sobie odwagę.
– W takim razie pojadę do hotelu – powiedziałam ostrożnie.
Nie odwrócił się, ale jego głos był niski i stanowczy:
– Nie pozwalam. Zostanie pani tutaj.
Zamarłam. Chłód w jego tonie mieszał się z absolutną pewnością siebie, a ja poczułam, że to nie jest propozycja, tylko rozkaz.
Oficjalnie miałam przejebane.
Złość wygrała z szokiem. Obcy facet właśnie zadecydował za mnie, gdzie będę spała!
– Chyba cię pojebało – warknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Drakov zamarł w półkroku.
Jeżeli wcześniej miałam jeszcze jakiekolwiek nadzieje co do tego, że zdołam go namówić do podpisania umowy, to właśnie wszystkie zdechły. Szlag.
