Polscy terroryści i zamachowcy - Sławomir Koper - ebook + książka

Polscy terroryści i zamachowcy ebook

Sławomir Koper

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Mimo opinii, że zawsze walczyliśmy z otwartą przyłbicą, także wśród Polaków nie brakowało skrytobójców i terrorystów, którzy działali zarówno w imię wielkich idei, jak i z najniższych pobudek.

Sztyletnicy z okresu powstania styczniowego, zabójcy cara Aleksandra II i prezydenta Gabriela Narutowicza, ale też Janusz Waluś, który w 1993 roku zamordował szefa południowoafrykańskich komunistów, czy „Szalony Bombiarz”, polski zamachowiec zza oceanu, który przez półtorej dekady terroryzował Nowy Jork.

Niniejszą pozycję uzupełnia rozdział o zamachach dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów, których ofiarą padł między innymi minister spraw wewnętrznych Drugiej Rzeczypospolitej, Bronisław Pieracki. Oddzielna opowieść dotyczy słynnej akcji pod Arsenałem z 1943 roku – zbrojne odbicie Jana Bytnara „Rudego” było pierwszym takim aktem w okupowanej Warszawie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Sła­wo­mir Koper, 2019, 2026 Copy­ri­ght © by TIME S.A., 2019, 2026

Redak­tor naczelny: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Redak­cja: Kata­rzyna Litwin­czuk Korekta: Mał­go­rzata Ablew­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Karo­lina Żela­ziń­ska-Sobiech Foto­edy­cja: Iza­bela Drozd

Zdję­cie na okładce: kadr z filmu Gene­rał Nil (2008) w reży­se­rii Ryszarda Bugaj­skiego / Agen­cja Foto­gra­ficzna Glinka Agency Zdję­cie autora na skrzy­dełku: archi­wum pry­watne Sła­wo­mira Kopra

Redak­cja doło­żyła sta­rań, aby dotrzeć do auto­rów wszyst­kich publi­ko­wa­nych zdjęć. W razie nie­do­pre­cy­zo­wa­nia źró­dła lub pomyłki pro­simy o kon­takt – redak­cja.harde@gru­pazpr.pl

ISBN: 978-83-8343-710-1

Wydawca TIME S.A. ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

War­szawa 2026 Wyda­nie dru­gie, roz­sze­rzone

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Od autora

Na pomysł tej książki wpadł kil­ka­na­ście lat temu mój syn Grze­gorz i tak sku­tecz­nie mnie prze­ko­ny­wał, że zde­cy­do­wa­łem się bli­żej przyj­rzeć tema­towi. Począt­kowo oba­wia­łem się jed­nak, że nie znajdę dosta­tecz­nej ilo­ści mate­riału, ale kwe­renda przy­nio­sła zaska­ku­jące rezul­taty. Pomimo bowiem obie­go­wych opi­nii gło­szą­cych, że zawsze wal­czy­li­śmy z otwartą przy­łbicą, a żad­nego władcy nad Wisłą ni­gdy nie zamor­do­wano, nasza histo­ria nie różni się spe­cjal­nie od dzie­jów innych naro­dów. U nas także nie bra­ko­wało: skry­to­bój­ców, zama­chow­ców czy ter­ro­ry­stów, a zbrod­nia była nor­mal­nym narzę­dziem pro­wa­dze­nia poli­tyki.

Już epoka Pia­stów obfi­to­wała w zabój­stwa panu­ją­cych, a cho­ciaż ni­gdzie nie zano­to­wano imion mor­der­ców Mieszka II Lam­berta czy Bole­sława Śmia­łego, wia­domo jed­nak, że ode­szli w gwał­towny spo­sób, a ich śmierć była na rękę ich prze­ciw­ni­kom.

Potem było jesz­cze bar­dziej krwawo, pod­czas roz­bi­cia dziel­ni­co­wego popu­larne stało się tru­ci­ciel­stwo, co przy­pła­cił życiem nie­je­den władca tej epoki. Cza­sami zresztą nie bawiono się w podobne sub­tel­no­ści i sprawę zała­twiała banda wyna­ję­tych zbi­rów, jak pod­czas zjazdu ksią­żąt w Gąsa­wie w 1226 roku, gdy zgi­nął książę kra­kow­ski Leszek Biały. Sie­dem­dzie­siąt lat póź­niej ofiarą zbroj­nych ban­dy­tów padł także król Prze­mysł II, który miał nie­szczę­ście skon­flik­to­wać się z moż­nymi rodami wiel­ko­pol­skimi.

Inna sprawa, że w póź­niej­szych wie­kach fak­tycz­nie sytu­acja znacz­nie się uspo­ko­iła i zano­to­wano wła­ści­wie tylko jeden zamach na władcę Rze­czy­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów. W listo­pa­dzie 1620 roku chory psy­chicz­nie szlach­cic san­do­mier­ski, Michał Pie­kar­ski, usi­ło­wał zamor­do­wać cze­ka­nem (!) Zyg­munta III Wazę. Król został ranny, zama­chowca ujęto i pod­dano śledz­twu z uży­ciem tor­tur. To wła­śnie z tego powodu poja­wiło się okre­śle­nie, że ktoś drze się jak Pie­kar­ski na mękach. Nie­spełna dwa tygo­dnie po pró­bie zabój­stwa zama­chowca publicz­nie stra­cono w War­sza­wie, roz­ry­wa­jąc go końmi, ciało spa­lono, a pro­chy wystrze­lono z armaty.

Roz­biory Pol­ski spo­wo­do­wały, że walka o wol­ność Pol­ski znacz­nie się zra­dy­ka­li­zo­wała. Już w dniu wybu­chu powsta­nia listo­pa­do­wego usi­ło­wano zabić w Bel­we­de­rze Wiel­kiego Księ­cia Kon­stan­tego, a sprze­ci­wia­ją­cych się walce zbroj­nej pol­skich gene­ra­łów mor­do­wano na uli­cach. Kolejne poko­le­nia bojow­ni­ków nie miały już obiek­cji swo­ich przod­ków. Dla­tego w cza­sie powsta­nia stycz­nio­wego poja­wili się szty­let­nicy ter­ro­ry­zu­jący Rosjan w War­sza­wie, a ich następcy zaczęli uży­wać nie tylko rewol­we­rów, lecz także bomb.

Nasz kraj miał wyjąt­kowo trudną histo­rię: roz­biory, powsta­nia, walka o nie­pod­le­głość, oku­pa­cja nie­miecko-sowiecka, lata komu­ni­zmu nad Wisłą. Dla­tego trudno się dzi­wić, że człon­ko­wie nie­le­gal­nych orga­ni­za­cji wal­czyli wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami. Pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej w kon­spi­ra­cyj­nych labo­ra­to­riach pra­co­wano nawet nad bro­nią bio­lo­giczną, uwa­ża­jąc, że cel uświęca środki i ważne jest powstrzy­ma­nie eks­ter­mi­na­cji pol­skiego narodu. Trudno się tym ludziom dzi­wić – tra­giczna epoka uspra­wie­dli­wia dra­styczne metody. A prze­cież nie wszystko można było zała­twić za pomocą ter­roru indy­wi­du­al­nego. Do uży­cia broni bio­lo­gicz­nej na sze­roką skalę na szczę­ście nie doszło, a poje­dyn­cze przy­padki (w Kra­ko­wie) nie przy­nio­sły spo­dzie­wa­nych efek­tów.

W niniej­szej książce zebra­łem kilka naj­cie­kaw­szych – według mojej oceny – przy­pad­ków zama­chów i ter­roru z naszych dzie­jów. Zaczy­nam od wspo­mnia­nych szty­let­ni­ków, a koń­czę na zama­chu Janu­sza Walu­sia, który w kwiet­niu 1993 roku zamor­do­wał szefa połu­dnio­wo­afry­kań­skich komu­ni­stów, Chrisa Haniego. Nie zapo­mnia­łem o gło­śnej spra­wie braci Kowal­czy­ków z Opola, którą naświe­tli­łem zgod­nie z doku­men­tami z archi­wum IPN-u, ani o Pola­kach doko­nu­ją­cych zama­chów w USA. Szcze­gól­nie przy­pa­dek Geo­rge’a Mete­sky’ego, „Sza­lo­nego Bom­bia­rza”, był nie­zwy­kle cie­kawy, gdyż dopiero wów­czas roz­po­częto pro­fe­sjo­nalne pro­fi­lo­wa­nie prze­stęp­ców. W niniej­szej książce nie bra­kuje rów­nież postaci ter­ro­ry­stów spod znaku PPS-u ani zabójcy cara Alek­san­dra II, Igna­cego Hry­nie­wiec­kiego. No i oczy­wi­ście mor­dercy pre­zy­denta Naru­to­wi­cza – Eli­giu­sza Nie­wia­dom­skiego. Zresztą ten przy­pa­dek zde­cy­do­wa­nie wykra­cza poza zwy­kły zamach i jest zna­ko­mi­tym przy­kła­dem, do czego mogą dopro­wa­dzić spory świa­to­po­glą­dowe i poli­tyczne, a także bar­dzo źle pojęta miłość do ojczy­zny. O czym – jako o prze­stro­dze – warto pamię­tać…

Niniej­sze wyda­nie zostało uzu­peł­nione o dwa roz­działy. Pierw­szy z nich poświę­cam ukra­iń­skim ter­ro­ry­stom doko­nu­ją­cym zama­chów na znane oso­bi­sto­ści naszego kraju. Uwa­żam, że uwzględ­nie­nie tego tematu jest jak naj­bar­dziej uspra­wie­dli­wione: cho­ciaż ata­ków doko­ny­wali Ukra­ińcy, to jed­nak byli oni oby­wa­te­lami Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej, czyli pań­stwa mul­tiet­nicz­nego.

Nato­miast drugi z dodat­ko­wych roz­dzia­łów doty­czy akcji pod Arse­na­łem z 1943 roku, która sta­nowi pro­log do opi­sy­wa­nego tu zama­chu na Kut­scherę. Ponie­waż obro­sła w liczne legendy – do czego przy­czy­niły się ekra­ni­za­cje książki repor­ta­żo­wej Kamie­nie na sza­niec autor­stwa Alek­san­dra Kamiń­skiego – sta­ram się przed­sta­wić jej praw­dziwy prze­bieg. Zobo­wią­zuje mnie do tego moja edu­ka­cja: jestem bowiem absol­wen­tem szkoły pod­sta­wo­wej imie­nia Sza­rych Sze­re­gów…

Sła­wo­mir Koper

Rozdział 1. Sztyletnicy – terroryści powstania styczniowego

Roz­dział 1

Szty­let­nicy – ter­ro­ry­ści powsta­nia stycz­nio­wego

„Ran­kiem dnia 2 maja – rela­cjo­no­wał rosyj­ski dzien­ni­karz Niko­łaj Berg – [szty­let­nicy] zakra­dli się do gale­rii oszklo­nej, a gdy Mini­szew­ski wycho­dził w szla­froku i natu­ral­nie bez broni, wypa­dli z ukry­cia i zadali mu trzy śmier­telne rany w szyję, serce i piersi tak, że nie wydaw­szy naj­mniej­szego okrzyku, jak pio­ru­nem rażony runął na zie­mię. Szty­let­nicy naj­spo­koj­niej zeszli z gale­rii i napo­tka­nemu w bra­mie poli­cjan­towi powie­dzieli, by poszedł na górę, gdyż komuś tam zro­biło się słabo!”1.

Tak wyglą­dała jedna z akcji spe­cjal­nego oddziału ter­ro­ry­stycz­nego władz naro­do­wych powsta­nia stycz­nio­wego. Jej ofiarą padł dzien­ni­karz Józef Alek­san­der Mini­szew­ski, bli­ski współ­pra­cow­nik Alek­san­dra Wie­lo­pol­skiego, szcze­gól­nie „zasłu­żony” w „obrzu­ca­niu całego narodu bło­tem znie­wagi”. W rze­czy­wi­sto­ści ozna­czało to, że Mini­szew­ski na łamach pro­ro­syj­skiego „Dzien­nika Powszech­nego” publi­ko­wał nega­tywne opi­nie o mani­fe­sta­cjach patrio­tycz­nych, a następ­nie o powsta­niu. Z tego też powodu został uznany za „jaw­nego zdrajcę i rene­gata sprawy naro­do­wej”. Twier­dzono nawet, że nie ist­niała taka „pod­łość, któ­rej by za pie­nią­dze nie popeł­nił”.

Wła­dze rosyj­skie przy­znały wdo­wie po Mini­szew­skim doży­wot­nią rentę w wyso­ko­ści 1000 rubli (około 12 tysięcy euro) rocz­nie. Ta jed­nak nie przy­jęła odszko­do­wa­nia i zadbała, by o jej decy­zji dowie­działa się prasa pod­ziemna2. Dosko­nale zda­wała bowiem sobie sprawę, że przy­ję­cie zapo­mogi od rządu car­skiego będzie ozna­czało, iż ona rów­nież trafi na listę zdraj­ców. A to było wyjąt­kowo nie­bez­pieczne.

Warto bowiem pamię­tać, że prak­tycz­nie każda wła­dza wyko­naw­cza w dzie­jach – bez względu na epokę czy ide­olo­gię – dys­po­no­wała służ­bami spe­cja­li­zu­ją­cymi się w mokrej robo­cie. Jesz­cze bar­dziej doty­czyło to orga­ni­za­cji kon­spi­ra­cyj­nych dzia­ła­ją­cych w pod­zie­miu. Jed­nak likwi­da­cja ludzi uwa­ża­nych za szko­dli­wych lub nie­wy­god­nych była tylko jed­nym z ele­men­tów całego przed­się­wzię­cia, rów­nie ważny był efekt pro­pa­gan­dowy.

Pol­ska nie sta­no­wiła pod tym wzglę­dem wyjątku – wcale nie trzeba się­gać do sądów kap­tu­ro­wych i Woj­sko­wych Sądów Spe­cjal­nych Armii Kra­jo­wej z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Bowiem już pod­czas powsta­nia stycz­nio­wego utwo­rzono oddział szty­let­ni­ków, któ­rego dzia­ła­nia nie ogra­ni­czały się wyłącz­nie do zabójstw urzęd­ni­ków zabor­czych czy rodzi­mych zdraj­ców. Egze­ku­cje doko­ny­wane w biały dzień i nie­mal na oczach prze­chod­niów miały budo­wać atmos­ferę ter­roru i dawać odstra­sza­jący przy­kład zarówno Rosja­nom, jak i Pola­kom, któ­rzy prze­szli na stronę wroga.

Krwawe miesiące stolicy

Spa­cy­fi­ko­wane po upadku powsta­nia listo­pa­do­wego Kró­le­stwo Pol­skie w latach pięć­dzie­sią­tych XIX wieku powoli zaczy­nało się budzić do życia. Wpraw­dzie trudno było marzyć o poważ­niej­szych zmia­nach za cza­sów pano­wa­nia cara Miko­łaja I zwa­nego „żan­dar­mem Europy”, jed­nak klę­ska Rosji w woj­nie krym­skiej (1853–1856) i śmierć monar­chy obu­dziły nadzieje Pola­ków. Rów­no­cze­śnie zmarł bowiem feld­mar­sza­łek Iwan Paskie­wicz, krwawy car­ski namiest­nik od lat spra­wu­jący rządy nad Wisłą. Ocze­ki­wano, że nowy libe­ralny car zde­cy­duje się na daleko idące zmiany.

Alek­san­der II dosko­nale wie­dział, iż jego impe­rium potrze­buje reform, ale nie prze­wi­dy­wał auto­no­mii dla upar­tych Pola­ków. Po przy­by­ciu do War­szawy w maju 1856 roku wypowie­dział zna­mienne słowa: „Żad­nych marzeń, pano­wie!”, ale ogło­sił amne­stię i zezwo­lił na powrót emi­gran­tów.

Nie zado­wo­liło to wła­ści­wie nikogo i w Kon­gre­sówce nara­stało wrze­nie. Pierw­szą oka­zją do publicz­nej demon­stra­cji stał się pogrzeb wdowy po boha­ter­skim obrońcy Woli, gene­rale Józe­fie Sowiń­skim (czer­wiec 1860 roku). Kilka mie­sięcy póź­niej, w trzy­dzie­stą rocz­nicę wybu­chu powsta­nia listo­pa­do­wego, odbyła się msza żałobna w Kościele Kar­me­li­tów na Lesz­nie. Wie­czo­rem przed świą­ty­nią mło­dzież zain­to­no­wała Boże, coś Pol­skę ze zmie­nio­nym refre­nem (Ojczy­znę wolną racz nam wró­cić, Panie). W dro­dze powrot­nej do domów śpie­wano nawet Mazurka Dąbrow­skiego, wywo­łu­jąc na uli­cach praw­dziwy popłoch.

W rocz­nicę bitwy o Olszynkę Gro­chow­ską zor­ga­ni­zo­wano kolejną mani­fe­sta­cję, tym razem z cho­rą­gwią z Orłem i litew­ską Pogo­nią. Naprze­ciwko demon­stran­tów sta­nął (w poje­dynkę!) obe­rpo­lic­maj­ster Fio­dor Tre­pow, nawo­łu­jąc tłum do rozej­ścia się. Trudno nie podzi­wiać odwagi czy też pychy car­skiego urzęd­nika, ale poli­cjant „przy wodo­try­sku dostał po pysku”. Zna­ko­mi­cie popra­wiło to humor zebra­nym, skoń­czyło się jed­nak na tym, że do akcji wkro­czył oddział żan­dar­mów. Mani­fe­stan­tów, wśród któ­rych było wiele kobiet, pła­zo­wano sza­blami i oba­lano końmi – w sumie aresz­to­wano trzy­dzie­ści osób.

Dwa dni póź­niej, 27 lutego 1861 roku, pod Pała­cem Namiest­ni­kow­skim poja­wiła się potężna demon­stra­cja z żąda­niem uwol­nie­nia aresz­to­wa­nych. Na czele pochodu nie­siono kru­cy­fiks i obraz Matki Bożej, co jed­nak nie powstrzy­mało Koza­ków przed szarżą. W odpo­wie­dzi obrzu­cono ich kamie­niami i gru­dami zmar­z­nię­tego błota, a wtedy dowo­dzący akcją gene­rał Wasyl Zabłocki (obe­rwał przy oka­zji kamie­niem) naka­zał otwar­cie ognia. Zgi­nęło pię­ciu demon­stran­tów, któ­rych zwłoki przenie­siono na „noszach z lasek i para­soli” do Hotelu Euro­pej­skiego.

Budy­nek oble­gały tłumy, „woła­jąc o pomstę za nie­win­nych i macza­jąc chu­sty w ich krwi, za sprawę ojczy­zny prze­la­nej”.

„Płacz i jęki – rela­cjo­no­wał uczest­nik demon­stra­cji Szy­mon Katyll – napeł­niają kory­ta­rze. Każdy z odwie­dza­ją­cych pochyla się z usza­no­wa­niem nad zwło­kami, cału­jąc ich rany. Kilku siwych star­ców z śla­dem krwi na sumia­stych wąsach, klę­cząc i zło­żyw­szy palce na krzyż, wyko­nywa gestem prze­ni­ka­ją­cym do głębi serca przy­sięgę wiecz­nej zemsty wro­gowi”3.

Wła­dze rosyj­skie zgo­dziły się na uro­czy­sty pogrzeb zabi­tych, w któ­rym wzięli udział przed­sta­wi­ciele wszyst­kich sta­nów i wyznań (rów­nież rabini). Jed­nak był to gest bez zna­cze­nia, gdyż car­ski namiest­nik, książę Michaił Gor­cza­kow, dostał już car­ski nakaz stłu­mie­nia zamie­szek siłą.

Prze­le­wowi krwi usi­ło­wał zapo­biec mar­gra­bia Alek­san­der Wie­lo­pol­ski, dyrek­tor Komi­sji Rzą­do­wej Wyznań Reli­gij­nych i Oświe­ce­nia Publicz­nego w rzą­dzie Kró­le­stwa Pol­skiego. Wpraw­dzie był prze­ciw­ni­kiem mani­fe­sta­cji patrio­tycz­nych i zwo­len­ni­kiem powol­nego budo­wa­nia pol­skiej auto­no­mii w opar­ciu o Rosję, jed­nak uwa­żał, że rady­ka­li­za­cja nastro­jów może dopro­wa­dzić do wybu­chu zbroj­nego powsta­nia. Prze­for­so­wał zatem uchwałę mającą „ucy­wi­li­zo­wać” zasady uży­cia broni przez poli­cję i woj­sko. Według nowych prze­pi­sów otwar­cie ognia było moż­liwe dopiero po trzy­krot­nym wezwa­niu tłumu do rozej­ścia się. Miało to zaosz­czę­dzić ofiar, dotych­czas bowiem roz­kaz strze­la­nia zale­żał wyłącz­nie od oso­bi­stej decy­zji dowo­dzą­cego siłami porząd­ko­wymi. Inten­cje mar­gra­biego były chwa­lebne, ale sprawy wymknęły się jed­nak spod kon­troli.

Rosja­nie prze­pro­wa­dzili bowiem dosko­nale zapla­no­waną pro­wo­ka­cję, wyko­rzy­stu­jąc odby­wa­jący się 8 kwiet­nia pogrzeb zesłańca Ksa­we­rego Stop­nic­kiego. Podej­rze­wano, że uro­czy­stość zamieni się w demon­stra­cję patrio­tyczną, a gdy fak­tycz­nie tak się stało, w cyniczny spo­sób wyko­rzy­stano nowe prze­pisy. Fak­tycz­nie – trzy­krot­nie nawo­ły­wano tłum do rozej­ścia się. Na wszelki wypa­dek, by demon­stranci przy­pad­kiem nie zasto­so­wali się do roz­kazu, wezwa­nie odczy­tał poli­cjant sto­jący za kor­do­nem woj­ska zagłu­sza­ją­cym jego głos ude­rze­niami w bębny. Ale prawo zostało „usza­no­wane”. I roz­po­częła się rzeź. Na Placu Zam­ko­wym zgi­nęło wów­czas około stu demon­stran­tów, a kolej­nych dwu­stu zostało ran­nych.

Wie­lo­pol­ski – z krwa­wiącą po ude­rze­niu kamie­niem głową i poka­le­czony szkłem z roz­bi­tego okna karety – przedarł się do namiest­nika, żąda­jąc zaprze­sta­nia masa­kry. Gor­cza­kow ustą­pił, cel już osią­gnął, w bru­talny spo­sób poka­zał bun­tow­ni­czym Pola­kom, kto rzą­dzi w War­sza­wie…

Bestial­ska akcja na Placu Zam­ko­wym nie zaha­mo­wała wrze­nia wśród Pola­ków, jed­nak opór spo­łe­czeń­stwa pol­skiego przy­jął inną formę. Nie pro­wo­ko­wano już zaborcy, demon­stra­cje odby­wały się zgod­nie z wymo­gami Rosjan, a patrio­tyczne obchody prze­nie­siono do kościo­łów. Tam into­no­wano patrio­tyczne śpiewy, a rosyj­scy szpie­dzy noto­wali nazwi­ska uczest­ni­czą­cych w nabo­żeń­stwach.

14 paź­dzier­nika na tere­nie Kró­le­stwa Pol­skiego wpro­wa­dzono stan wojenny, a następ­nego dnia w Kate­drze Świę­tego Jana roz­po­częły się uro­czy­sto­ści zwią­zane z rocz­nicą śmierci Tade­usza Kościuszki. Świą­ty­nia została oto­czona przez woj­sko, nikt z uczest­ni­ków nabo­żeń­stwa nie opu­ścił kościoła, wierni pozo­stali tam na noc. Wresz­cie do środka wkro­czyli Rosja­nie, by aresz­to­wać uczest­ni­ków obcho­dów. Wów­czas na znak pro­te­stu księża zamknęli wszyst­kie war­szaw­skie kościoły, a rabini soli­dar­nie poza­my­kali syna­gogi.

Wybuch powsta­nia wyda­wał się nie­unik­niony. Zanim jed­nak roz­po­czął się zryw zbrojny, nad­szedł czas ter­roru…

Bractwo sztyletników

Początki póź­niej­szej for­ma­cji ter­ro­ry­stycz­nej kryją się w mro­kach tajem­nicy. Co zro­zu­miałe, przy­czyną takiego stanu rze­czy była głę­boka kon­spi­ra­cja orga­ni­za­cji, która prak­tycz­nie nie pozo­sta­wiła po sobie żad­nych doku­men­tów. Roz­kazy i pole­ce­nia wyda­wano ust­nie, podob­nie też zda­wano rela­cje z wyko­ny­wa­nych zadań. Reszty doko­nał czas.

„W ogóle w [powstań­czym] zarzą­dzie mia­sta i poli­cji – wspo­mi­nał były kon­spi­ra­cyjny komen­dant sto­licy Jan Koziełł-Poklew­ski – w szcze­gól­no­ści pra­wie niczego nie zapi­sy­wano, wszystko było oparte na pamięci i nie sądzę, żeby zna­lazł się cho­ciażby jeden z ówcze­snych naczel­ni­ków poli­cji, który by mógł poważ­nie powie­dzieć, że pamięta szcze­góły tam­tej­szych dzia­łań. Każdy z nas zacho­wał tylko ogólny obraz całej naszej rze­czy­wi­sto­ści”4.

Inna sprawa, że pol­scy uczest­nicy i komen­ta­to­rzy powsta­nia, a póź­niej także histo­rycy, pomi­jali mil­cze­niem fakt, że Polacy zor­ga­ni­zo­wali oddział typowo ter­ro­ry­styczny. Prze­cież według tra­dy­cji naro­do­wej zawsze wal­czy­li­śmy z otwartą przy­łbicą i ni­gdy nie uży­wa­li­śmy nie­god­nych metod. Nie bez powodu już Jan Dłu­gosz wsty­dził się nieco zwy­cię­stwa pod Grun­wal­dem odnie­sio­nego w dużej mie­rze dzięki for­te­lom Jagiełły i Witolda. Znacz­nie wyżej sta­wiał sto­sun­kowo nie­wiel­kie star­cie pod Koro­no­wem z tej samej wojny, które prze­bie­gało zgod­nie z rycer­skimi oby­cza­jami.

Brac­two szty­let­ni­ków zostało zało­żone w War­sza­wie w maju 1862 roku przez stu­denta medy­cyny, Pawła Lan­dow­skiego5. Celów jego dzia­ła­nia możemy się tylko domy­ślać, zapewne miały to być akcje odwe­towe na Rosja­nach. Grupa (począt­kowo liczyła zale­d­wie kilku człon­ków) sto­sun­kowo szybko zna­la­zła się pod kura­telą Komi­tetu Cen­tral­nego Naro­do­wego – taj­nego organu koor­dy­nu­ją­cego dzia­łal­ność ruchu spi­sko­wego w Kró­le­stwie Pol­skim.

Za debiut szty­let­ni­ków nie­któ­rzy uwa­żają zamach na ówcze­snego namiest­nika Kró­le­stwa Pol­skiego, hra­biego Alek­san­dra von Lüdersa. W końcu czerwca 1862 roku ofi­cer rosyj­ski pocho­dze­nia ukra­iń­skiego Andrij Potieb­nia pró­bo­wał zamor­do­wać dostoj­nika w sto­łecz­nym Ogro­dzie Saskim. Wyko­rzy­stu­jąc sprzy­ja­jące oko­licz­no­ści, pod­szedł od tyłu do Lüdersa i nie­mal przy­kła­da­jąc broń do jego karku, wypa­lił. Po czym odda­lił się nie nie­po­ko­jony przez nikogo.

Dziw­nym tra­fem Lüders prze­żył, kula wyszła bowiem ustami. Oczy­wi­ście ni­gdy nie wró­cił do pełni sił i nie­ba­wem został odwo­łany do Peters­burga. Do dzi­siaj nie wia­domo, czy strzał Potiebni miał w ogóle coś wspól­nego ze szty­let­ni­kami. Ukra­iniec mścił się bowiem za znę­ca­nie się w śledz­twie nad innymi ofi­ce­rami, człon­kami anty­car­skiej kon­spi­ra­cji, oraz wyda­nie roz­kazu roz­strze­la­nia trzech z nich.

Nie ulega jed­nak wąt­pli­wo­ści, że w tym samym roku człon­ko­wie brac­twa zor­ga­ni­zo­wali kilka innych zama­chów. Jed­nym z nich była próba zabój­stwa nowego namiest­nika, brata cara, wiel­kiego księ­cia Kon­stan­tego Roma­nowa, który przy­był do sto­licy 2 lipca 1862 roku.

Przy­jazd dostoj­nika zapo­wia­dała wcze­śniej prasa, wobec tego uznano, że jego zabój­stwo będzie zna­ko­mitą oka­zją do zade­mon­stro­wa­nia uczuć patrio­tycz­nych. Na zamach szcze­gól­nie nale­gał rady­kalny dzia­łacz kon­spi­ra­cji, Ignacy Chmie­leń­ski, z racji pre­zen­to­wa­nych poglą­dów nazy­wany „małym Robe­spierre’em”. Podob­nie jak przy­wódca rewo­lu­cji fran­cu­skiej dążył do roz­pę­ta­nia ter­roru, nie oglą­da­jąc się na jego skutki. Pra­gnął też jak naj­szyb­szego wybu­chu powsta­nia, twier­dząc, że kon­spi­ra­to­rzy „powinni szta­che­tami z pło­tów broń zdo­być i tą bić dalej”6. Oczy­wi­ście zabój­stwa za pomocą szty­le­tów zatru­tych strych­niną (!) także wcho­dziły w zakres jego zain­te­re­so­wań, jed­nak nie odrzu­cał bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych metod, jak bomby czy rewol­wery.

To wła­śnie Chmie­leń­ski zna­lazł ochot­ni­ków do zama­chu na wiel­kiego księ­cia: byli to dwaj 22-letni cze­lad­nicy kra­wieccy: Ludwik Jaro­szyń­ski i Edward Rodo­wicz. Obaj zobo­wią­zali się zamor­do­wać Kon­stan­tego w dniu jego przy­jazdu do War­szawy, a do zama­chu miało dojść na Dworcu Peters­bur­skim (w pobliżu obec­nego Dworca Wileń­skiego). Prze­wi­dy­wano, że odbę­dzie się tam uro­czy­ste powi­ta­nie księ­cia przez miej­scowe wła­dze, na czele któ­rych pojawi się Wie­lo­pol­ski mia­no­wany nie­dawno Naczel­ni­kiem Rządu Cywil­nego. On – jako zdrajca sprawy naro­do­wej – także miał zostać zgła­dzony.

Zama­chowcy otrzy­mali rewol­wery i szty­lety, po czym udali się na dwo­rzec. Pociąg z wiel­kim księ­ciem przy­był do sto­licy około godziny sie­dem­na­stej, jed­nak do próby zabój­stwa nie doszło. Kon­stan­temu towa­rzy­szyła bowiem mał­żonka w zaawan­so­wa­nej ciąży. W tej sytu­acji Jaro­szyń­ski nie odwa­żył się strze­lać, powstrzy­mał rów­nież towa­rzy­sza.

Nie­chęć do poszko­do­wa­nia cię­żar­nej kobiety nie ozna­czała, że w ogóle zre­zy­gno­wano z zama­chu. Nie­do­szli zabójcy otrzy­mali infor­ma­cję, że następ­nego dnia Kon­stanty, tym razem bez żony, będzie oglą­dał spek­takl w Teatrze Wiel­kim – i wła­śnie tam posta­no­wili pono­wić próbę uśmier­ce­nia wiel­kiego księ­cia.

Sytu­acja im sprzy­jała, Kon­stanty nie­po­koił się bowiem o zdro­wie part­nerki i posta­no­wił opu­ścić teatr jesz­cze przed zakoń­cze­niem przed­sta­wie­nia.

„Gdy wczo­raj – rela­cjo­no­wano na łamach »Dzien­nika Poznań­skiego« – o godzi­nie 9.30 wie­czo­rem, Jego Cesar­ska Mość, Wielki Książę Kon­stanty wyszedł z Wiel­kiego Teatru, wsiadł do pojazdu, zbli­żył się do powozu młody czło­wiek i wymie­rzyw­szy do jego osoby pisto­let, wystrze­lił. Dobro­tliwa Opatrz­ność czu­wała [jed­nak] nad życiem tak dro­gim. Kula prze­szyła woj­skowe palto, szlifę [nara­mien­nik – S.K.], koszulę i halsz­tuk, dra­snęła ciało nad lewym oboj­czy­kiem i uwi­kłana w frędzle szlify zawi­sła mię­dzy koszulą a cia­łem. Nik­czemny mor­derca na miej­scu uczynku ujęty został”7.

Strze­lał Jaro­szyń­ski i to on został zatrzy­many, nato­miast Rodo­wicz w ogóle nie wycią­gnął broni i uciekł chwilę póź­niej.

Zama­cho­wiec dziel­nie trzy­mał się w śledz­twie, gdy jed­nak obie­cano mu zła­go­dze­nie kary, zaczął zezna­wać. Na nic to się zdało – car­skie sądy wojenne z reguły nie dotrzy­my­wały obiet­nic dawa­nych Pola­kom i został ska­zany na karę śmierci. Powie­szono go publicz­nie sześć dni póź­niej na sto­kach Cyta­deli.

Gdy Jaro­szyń­ski ocze­ki­wał na pro­ces, dwóch innych kon­spi­ra­to­rów usi­ło­wało zamor­do­wać Wie­lo­pol­skiego. 7 sierp­nia Jan Rzońca i Ludwik Ryll zaata­ko­wali mar­gra­biego na Placu Ban­ko­wym. Strze­lał Ryll, jed­nak chy­bił, a pod­czas ucieczki został zatrzy­many. Nie wydał nikogo w śledz­twie, dla­tego Rzońca osiem dni póź­niej mógł doko­nać kolej­nego zama­chu. Tym razem użył szty­letu zatru­tego strych­niną – ponow­nie jed­nak bez efektu. Gdy bowiem pod­biegł do powozu, chcąc zadźgać Wie­lo­pol­skiego, mar­gra­biego ura­to­wał jego wła­sny stan­gret, ude­rza­jąc batem nie­do­szłego zabójcę. Do szar­pa­niny przy­łą­czył się syn Wie­lo­pol­skiego i Rzońca został obez­wład­niony.

Pięć dni po stra­ce­niu Jaro­szyń­skiego obaj – Ryll i Rzońca – zostali powie­szeni na sto­kach Cyta­deli, a egze­ku­cja prze­ro­dziła się w mani­fe­sta­cję patrio­tyczną. Na mie­ście poja­wiły się ulotki nazy­wa­jące całą trójkę „męczen­ni­kami sprawy wol­no­ści”, odpra­wiano msze w ich inten­cji, dla War­sza­wia­ków byli boha­te­rami, a nie ter­ro­ry­stami.

Być może słusz­ność mają bada­cze twier­dzący, że te trzy nie­udane zama­chy zmie­niły dzieje Pol­ski. Nie­ba­wem zna­leźli się bowiem naśla­dowcy, a spi­rala ter­roru nakrę­cała się coraz bar­dziej. W listo­pa­dzie zaata­ko­wano Pawła Felk­nera, namiest­nika kan­ce­la­rii taj­nej poli­cji, czyli czło­wieka zarzą­dza­ją­cego inwi­gi­la­cją kon­spi­ra­to­rów. Zama­chu doko­nano w miej­scu jego zamiesz­ka­nia, w bra­mie domu przy ulicy Twar­dej. Ugo­dzony szty­le­tem zgi­nął, a dowo­dzący akcją Wła­dy­sław Kot­kow­ski oso­bi­ście odciął ofie­rze ucho (!) na znak, że atak zakoń­czył się suk­ce­sem. Na szczę­ście w póź­niej­szych akcjach nie zabie­rano już podob­nych tro­feów…

Żandarmeria tajna

Po wybu­chu powsta­nia stycz­nio­wego wła­dze naro­dowe wydały dekret zapo­wia­da­jący kara­nie śmier­cią win­nych sądów nad jeń­cami, ale także „osoby czym­kol­wiek szko­dliwe”. Było to bar­dzo sze­ro­kie poję­cie, jed­nak uznano, że w sytu­acji walki na śmierć i życie z Rosja­nami nie można być szcze­gól­nie dro­bia­zgo­wym. Dla­tego też kolejne zarzą­dze­nie zali­czało do grona prze­stępstw kara­nych śmier­cią „wszyst­kie zbrod­nie, począw­szy od obo­jęt­no­ści, aż do wykro­czeń prze­ciw pra­wom ogól­nym i oso­bi­stym człon­ków narodu”8.

Zgod­nie z instruk­cją dla naczel­ni­ków woj­sko­wych „wszyst­kie środki tępie­nia sił wroga były dobre i użyte być powinny”, a szcze­gól­nie surowo zale­cano karać „zna­nych stron­ni­ków rządu, szpie­gów i zdraj­ców”9.

„Rząd rewo­lu­cyjny nie był prze­ciw­ni­kiem zabójstw – zezna­wał w śledz­twie jeden z człon­ków władz powstań­czych, Oskar Awejde. – Zapewne byli­śmy gotowi zabi­jać ludzi szko­dzą­cych nam. Teo­ria rewo­lu­cji, teo­ria rządu, według któ­rej musie­li­śmy dzia­łać, kazała nam cho­ciażby przez zabój­stwo usu­wać ludzi szko­dzą­cych ruchowi”10.

Wyko­naw­cami wyro­ków mieli być szty­let­nicy zali­czeni do powstań­czej żan­dar­me­rii. Powo­łano dwie sek­cje: stałą, mającą chro­nić człon­ków władz naro­do­wych, i tajną, spe­cja­li­zu­jącą się w egze­ku­cjach. W rze­czy­wi­sto­ści podział był dość płynny, a bada­cze do dzi­siaj spie­rają się o liczeb­ność obu sek­cji. Sza­cunki są bar­dzo roz­bieżne, naj­bar­dziej praw­do­po­dobne wydaje się, że ochrona władz naro­do­wych liczyła nie­wiele ponad trzy­dzie­ści osób, nato­miast sek­cja tajna miała się skła­dać z ponad dwu­stu człon­ków. Liczba ta wydaje się zde­cy­do­wa­nie zawy­żona, zapewne zali­czano do niej całą Straż Naro­dową pod dowódz­twem wspo­mnia­nego już Pawła Lan­dow­skiego, zało­ży­ciela brac­twa szty­let­ni­ków.

Lan­dow­ski znaj­do­wał się pod prze­moż­nym wpły­wem Chmie­leń­skiego, który „marzył tylko o szty­le­to­wa­niu, wie­sza­niu, o bom­bach i zama­chach” i naj­chęt­niej roz­pę­tałby niczym nie­skrę­po­wany ter­ror. Jego sub­sty­tu­tem była dzia­łal­ność szty­let­ni­ków, któ­rzy fak­tycz­nie wzbu­dzali strach w sto­licy. Za każ­dym razem dzia­łali według odmien­nego planu, bez chwili waha­nia wcho­dzili do pry­wat­nych miesz­kań, by wyko­nać wyrok, czę­sto też ata­ko­wali w miej­scach publicz­nych prze­brani za urzęd­ni­ków czy rosyj­skich ofi­ce­rów. Byli ludźmi o nie­praw­do­po­dob­nej wręcz odwa­dze, a przy­pad­kowi świad­ko­wie ich ata­ków czę­sto oka­zy­wali im sym­pa­tię.

„Nad zaszty­le­to­wa­nymi urzęd­ni­kami – skar­żył się naczel­nik rosyj­skiej żan­dar­me­rii, puł­kow­nik Raspo­pow – rzadko kto się zli­tuje, pra­wie nikt nie chce im oddać ostat­niej posługi, zaś liczni prze­chod­nie gestem i uśmie­chem oka­zują jaw­nie pogardę dla pro­ce­sji pogrze­bo­wej”11.

Szty­let­nicy dzia­łali nie­zwy­kle sku­tecz­nie. Po zama­chu na Mini­szew­skiego kolejną gło­śną akcją było zamor­do­wa­nie Alek­san­dra Mirzy Tuhan-Bara­now­skiego – pol­skiego Tatara, lojal­nego ofi­cera rosyj­skiego odpo­wie­dzial­nego za kon­try­bu­cje, jakimi obcią­żono wów­czas miesz­kań­ców sto­licy. Mirza korzy­stał z poli­cyj­nej ochrony, co jed­nak nie przy­nio­sło efektu, gdyż zama­cho­wiec wdarł się do jego miesz­ka­nia i tam pozba­wił go życia.

Nie ogra­ni­czano się wyłącz­nie do zabójstw, szty­let­nicy sta­rali się zastra­szyć oku­panta wszel­kimi meto­dami. Jeden z rosyj­skich ofi­ce­rów skar­żył się, że przy­słano mu wore­czek zawie­ra­jący „porą­bane na drobno kości jed­nego z jego agen­tów”.

Wła­dze rosyj­skie tłu­ma­czyły suk­cesy szty­let­ni­ków ich… niskim pozio­mem umy­sło­wym. Twier­dzono, że „żaden ze szty­let­ni­ków nie był czło­wie­kiem roz­wi­nię­tym i nie miał cha­rak­teru ani roz­wi­nię­tych uczuć”, a do tego wszy­scy byli „zacho­wa­nia roz­pust­nego, a w swej pod­ło­ści prze­kro­czyli moż­liwe gra­nice”.

W rze­czy­wi­sto­ści do brac­twa szty­let­ni­ków nale­żeli odważni mło­dzi ludzie repre­zen­tu­jący wła­ści­wie wszyst­kie war­stwy spo­łeczne. Nie bra­ko­wało wśród nich stu­den­tów, rze­mieśl­ni­ków, cze­lad­ni­ków czy nawet wło­ścian, a także stan­gre­tów, doroż­ka­rzy oraz przed­sta­wi­cieli stanu szla­chec­kiego. Łączyły ich chęć walki z zaborcą i brak skru­pu­łów moral­nych przy wyko­ny­wa­niu zadań.

Szty­let­nicy prze­pro­wa­dzili w sto­licy czter­dzie­ści sie­dem zama­chów, zabi­ja­jąc dwa­dzie­ścia cztery osoby i raniąc dwa­dzie­ścia trzy. Wśród zabi­tych byli: car­scy ofi­ce­ro­wie i poli­cjanci, szpie­dzy, pro­wo­ka­to­rzy, dzien­ni­karz, sekwe­stra­tor podat­ków i pewien puł­kow­nik „zabity przez pomyłkę”. Nie zabra­kło także dwóch człon­ków orga­ni­za­cji naro­do­wych podej­rze­wa­nych o zdradę.

Znacz­nie bar­dziej oka­zale pre­zen­to­wał się kata­log ran­nych w efek­cie zama­chów. W tym gro­nie zna­leźli się nie tylko namiest­nik Kró­le­stwa Pol­skiego i gene­rał-polic­maj­ster, lecz także kon­duk­tor i stróż kole­jowy.

Liczba czter­dzie­stu sied­miu zama­chów nie wydaje się zbyt wielka jak na trzy lata dzia­łal­no­ści, jed­nak waż­niej­sze było wra­że­nie psy­cho­lo­giczne, jakie wywo­ły­wała dzia­łal­ność szty­let­ni­ków. Potra­fili zastra­szyć oku­pan­tów i rodzi­mych zdraj­ców, a taki cel od zawsze przy­świe­cał ter­ro­ry­stom wszel­kiej maści…

Fortepian Chopina

W sierp­niu 1863 roku wielki książę Kon­stanty zło­żył rezy­gna­cję ze sta­no­wi­ska namiest­nika (wyje­chał z War­szawy w paź­dzier­niku). Jego następcą został hra­bia Fio­dor Berg – czło­wiek, który przed ponad trzy­dzie­stu laty tłu­mił powsta­nie listo­pa­dowe.

Berg poja­wił się w sto­licy już w maju, nosił wów­czas tytuł peł­no­moc­nika namiest­nika. Znacz­nie zwięk­szył liczbę rosyj­skich poli­cjan­tów w mie­ście i zarzą­dził sto­so­wa­nie tor­tur w śledz­twach prze­ciwko oso­bom podej­rza­nym o sprzy­ja­nie powsta­niu. Był też wyjąt­kowo czuły na punk­cie wła­snego sta­no­wi­ska – zda­rzało się, że wysy­łał funk­cjo­na­riu­szy na ulice, by okła­dali kijami prze­chod­niów nie­zdej­mu­ją­cych nakryć głowy przed jego powo­zem. Pomimo swo­ich pra­wie sie­dem­dzie­się­ciu lat zadzi­wiał ener­gią, cią­gle zarzą­dzał prze­glądy sto­łecz­nego gar­ni­zonu, oso­bi­ście też odwie­dzał poszcze­gólne jed­nostki. A co naj­waż­niej­sze, wszę­dzie doszu­ki­wał się zdrady i powią­zań z powstań­cami.

W tej sytu­acji zaczął sta­no­wić realne zagro­że­nie dla władz naro­do­wych. Wie­dziano bowiem, że gdyby miał zbu­rzyć całą War­szawę, by wyeli­mi­no­wać przy­wód­ców zrywu, nie zawa­hałby się tego zro­bić. Zapa­dła zatem decy­zja o zama­chu na Berga.

Hra­bia zawsze jed­nak poru­szał się z silną ochroną, nie wcho­dziło też w rachubę przedar­cie się do jego biura czy miesz­ka­nia. Szty­lety jako narzę­dzie zbrodni odpa­dały, pozo­stały zatem bomba lub broń palna. Zde­cy­do­wano się użyć obu jed­no­cze­śnie.

Zamach przy­go­to­wy­wali Chmie­leń­ski i Lan­dow­ski. Zale­cili obser­wa­cję Berga, która potwier­dziła wcze­śniej­sze usta­le­nia: panu hra­biemu rze­czy­wi­ście wszę­dzie towa­rzy­szyła silna obstawa. Pro­wa­dził jed­nak bar­dzo ure­gu­lo­wany tryb życia, a do tego był czło­wie­kiem nie­zwy­kle punk­tu­al­nym. Po War­sza­wie jeź­dził sta­łymi tra­sami, dla­tego zde­cy­do­wano się prze­pro­wa­dzić zamach na skrzy­żo­wa­niu Świę­to­krzy­skiej i Nowego Światu. Była to ulu­biona droga powrotu dostoj­nika z mia­sta, ponadto jego orszak w tym miej­scu nieco zwal­niał, co uła­twiało dzia­ła­nie spi­skow­ców.

Uznano, że naj­więk­sze nadzieje na suk­ces daje atak z Pałacu Zamoy­skich, kil­ku­pię­tro­wej kamie­nicy czyn­szo­wej na rogu Nowego Światu. Budowla ze względu na swoje poło­że­nie i kon­struk­cję dawała szansę na bez­pieczny odwrót zama­chow­ców po ataku. Ponadto posia­dała wiele dużych okien, co umoż­li­wiało zarówno obser­wa­cję, jak i prze­pro­wa­dze­nie akcji.

Po bliż­szych oglę­dzi­nach poja­wiły się jed­nak wąt­pli­wo­ści, nie­moż­liwy oka­zał się bowiem dostęp do pomiesz­czeń na pierw­szym pię­trze z oknami wycho­dzą­cymi na ulicę. Wpraw­dzie zama­chowcy mogli ster­ro­ry­zo­wać miesz­kań­ców i siłą opa­no­wać lokal, jed­nak gro­ziło to przed­wcze­sną dekon­spi­ra­cją. Osta­tecz­nie wyna­jęto dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie na pod­da­szu (czwarte pię­tro), co znacz­nie utrud­niało prze­pro­wa­dze­nie sku­tecz­nego ataku. Dużo bowiem zale­żało od wła­ści­wej oceny szyb­ko­ści posu­wa­nia się kawal­kady Berga, co z tej wyso­ko­ści nie było łatwym zada­niem.

19 wrze­śnia po połu­dniu Fio­dor Berg powra­cał na Zamek Kró­lew­ski. Jechał od strony Parku Łazien­kow­skiego przez Aleje Ujaz­dow­skie i Nowy Świat, jego orszak nie­znacz­nie tylko zwal­niał na skrzy­żo­wa­niach. W pobliżu Pałacu Zamoy­skich stało kilku ludzi Lan­dow­skiego. Dostrze­gł­szy zbli­ża­jącą się kawal­kadę, dali znak pozo­sta­łym spi­skow­com. Gdy orszak Berga zrów­nał się z budyn­kiem, roz­legł się poje­dyn­czy strzał, po czym posy­pały się bomby. Na koniec zrzu­cono butelki z łatwo­pal­nym pły­nem i miej­sce akcji zasnuł dym.

Strzał (z dubel­tówki!) oddany w trud­nych warun­kach był nie­celny, podob­nie jak bomby, które eks­plo­do­wały obok powozu i pomię­dzy końmi eskorty. Trzech Koza­ków odnio­sło rany, pojazd hra­biego został pokie­re­szo­wany, on sam jed­nak nie doznał nawet dra­śnię­cia.

Rosja­nin nie stra­cił głowy, wpraw­dzie spło­szone konie ponio­sły, zaraz jed­nak wydał odpo­wied­nie roz­kazy. Część jego eskorty natych­miast pobie­gła do Pałacu Zamoy­skich, by jak naj­szyb­ciej ująć zama­chow­ców. Potężna brama wej­ściowa była jed­nak zamknięta, podob­nie jak boczne wej­ścia. Upły­nęło sporo czasu, zanim je sfor­so­wano, a jesz­cze wię­cej, nim odna­le­ziono pomiesz­cze­nie, z któ­rego prze­pro­wa­dzono zamach. Oczy­wi­ście spi­skowcy zdą­żyli już znik­nąć, na tyłach budynku było bowiem kilka łączą­cych się ze sobą dzie­dziń­ców i ogród klasz­torny. W tej sytu­acji aresz­to­wano wszyst­kich męż­czyzn prze­by­wa­ją­cych w gma­chu, a pozo­sta­łych miesz­kań­ców wypę­dzono na ulicę.

Przy­było kilka kom­pa­nii rosyj­skiej pie­choty i zaczęło się regu­larne plą­dro­wa­nie. Moskiew­scy żoł­dacy wyno­sili z budynku całe wypo­sa­że­nie miesz­kań, a czego nie dało się wynieść, wyrzu­cano przez okna.

„Żoł­nierz rosyj­ski – wspo­mi­nał pisarz i powsta­niec Walery Przy­bo­row­ski (…) – jak wszy­scy bar­ba­rzyńcy, czu­jący pewną nie­chęć do cywi­li­za­cyj­nych obja­wów życia, któ­rych nie rozu­miał, a które mu impo­nu­jąc, gnie­wały go mocno. Z rado­ścią więc, z pewną zacie­kło­ścią, istną hord Attyli, dep­cząc starą rzym­ską kul­turę, rzu­cił się wewnątrz obu nie­szczę­snych domów i wszystko, co napo­tkał, nisz­czył, łamał, tłukł. Meble rąbano sie­kie­rami, wyrzu­cano je przez okna na ulicę… Leciały niby grad krze­sła, stoły, szafy, (…) świecz­niki, lampy, por­ce­lana, zwier­cia­dła, łóżka, obrazy, książki, pościel, ze strasz­li­wym trza­skiem i dzi­kimi okrzy­kami bar­ba­rzyń­skiej tłusz­czy”12.

To wła­śnie wtedy z miesz­ka­nia sio­stry Fry­de­ryka Cho­pina, Iza­belli Bar­ciń­skiej, wyrzu­cono na ulicę for­te­pian jej brata, co dwa lata póź­niej skło­niło Cypriana Kamila Nor­wida do napi­sa­nia wstrzą­sa­ją­cego wier­sza. Horda Moskali nie oszczę­dzała niczego – wynie­siono kore­spon­den­cję kom­po­zy­tora, z miesz­ka­nia słyn­nego orien­ta­li­sty Józefa Kowa­lew­skiego zabrano bez­cenne zbiory. Łupem bar­ba­rzyń­ców padły także ręko­pisy Jana Dłu­go­sza i sze­reg innych cen­nych wolu­mi­nów. Rze­czy nada­jące się do spa­le­nia zrzu­cano na ogromny stos w pobliżu kamie­nicy, a resztę nisz­czono na miej­scu. Dowo­dzący akcją gene­rał Paweł Korf pole­cił pod­pa­le­nie zgro­ma­dzo­nego na ulicy wypo­sa­że­nia. Podobno ogień wzbił się na wyso­kość wież pobli­skiego Kościoła Świę­tego Krzyża, osta­tecz­nie inter­we­nio­wała straż pożarna, by nie dopu­ścić do pożaru na mie­ście.

Cho­ciaż rabu­nek ofi­cjal­nie był zaka­zany, żoł­nie­rze plą­dru­jący budy­nek znacz­nie się wzbo­ga­cili. Roz­kra­dano wszystko, co dało się wynieść i spie­nię­żyć. W kolej­nych dniach na sto­łecz­nych tar­go­wi­skach można było za bez­cen nabyć ele­ganc­kie ubra­nia czy wypo­sa­że­nie domowe. Nic dziw­nego, że gdy nieco póź­niej jeden ze zna­jo­mych Kowa­lew­skiego stwier­dził, że tak postę­po­wać mogą tylko „Mon­goły”, uczony gwał­tow­nie zapro­te­sto­wał, mówiąc, że zna Mon­go­łów: „To poczciwi ludzie, a to dzi­kie łotry”13.

Budy­nek ofi­cjal­nie skon­fi­sko­wano, podobny los spo­tkał rów­nież sąsied­nią kamie­nicę, także nale­żącą do Zamoy­skich. Wła­ści­ciel gma­chów został ska­zany na wygna­nie, a jego syn, prze­by­wa­jący w trak­cie zama­chu w budynku, tra­fił na Sybe­rię. Na uli­cach poja­wiły się tysiące żoł­nie­rzy z zada­niem aresz­to­wa­nia każ­dego podej­rza­nego. Bramy domów miały być zamknięte przez całą dobę, na wła­ści­cieli pose­sji nało­żono kon­try­bu­cję, a gdyby znów doko­nano zama­chu i spi­skowcy ucie­ka­liby przez ich teren, nie­ru­cho­mo­ści miały być kon­fi­sko­wane. Wła­ści­ciele budyn­ków mieli odtąd odpo­wia­dać za zacho­wa­nie swo­ich loka­to­rów, a świad­ko­wie zama­chów byliby karani na równi z ich uczest­ni­kami. Zaka­zano nosze­nia żałoby po bli­skich bez zgody poli­cji, a do uczest­nic­twa w pogrze­bie konieczne stały się prze­pustki.

Berg posta­no­wił dać odstra­sza­jący przy­kład pol­skim bun­tow­ni­kom i zarzą­dził, by od tej pory egze­ku­cje na spi­skow­cach odby­wały się publicz­nie na pla­cach miej­skich. Począt­kowo ska­zań­ców roz­strze­li­wano, potem – jako stały ele­ment archi­tek­tury mia­sta w okre­sie powsta­nia stycz­nio­wego – poja­wiły się szu­bie­nice…

Rosja­nom nie udało się jed­nak zatrzy­mać uczest­ni­ków zama­chu na hra­biego. Ter­ro­ry­ści roz­pro­szyli się po mie­ście i oko­li­cach, część z nich dołą­czyła do oddzia­łów powstań­czych. W ręce Moskali tra­fił osta­tecz­nie tylko Domi­nik Kra­su­ski – został publicz­nie powie­szony. Jego brat Feliks miał wię­cej szczę­ścia, wal­czył z Rosja­nami w polu, po czym zbiegł za gra­nicę. Z kolei Albert Kunke poległ pod­czas jed­nego ze starć z zaborcą, a Antoni Schmidt, który przy­go­to­wy­wał bomby, został póź­niej aresz­to­wany i ska­zany na karę śmierci zamie­nioną na dwa­dzie­ścia lat katorgi.

Opu­ścili sto­licę także obaj orga­ni­za­to­rzy zama­chu – Lan­dow­ski udał się do oddzia­łów par­ty­zanc­kich na Pod­la­sie, nato­miast Chmie­leń­ski zbiegł do Gali­cji. Potem prze­niósł się do Paryża, a następ­nie Lon­dynu. Ni­gdy nie wyrzekł się dzia­łal­no­ści patrio­tycz­nej ani upodo­ba­nia do ter­roru. Z upły­wem czasu pro­pa­go­wał coraz bar­dziej abs­trak­cyjne pomy­sły poli­tyczne – jed­nym z nich był plan wywo­ła­nia powsta­nia na Węgrzech i Bał­ka­nach, by jego uczest­nicy przy­nie­śli wol­ność Pol­sce. W 1870 roku prze­niósł się do Szwaj­ca­rii, gdzie pew­nego dnia zagi­nął w górach. Czy było to samo­bój­stwo, czy wypa­dek, tego już ni­gdy się nie dowiemy. Ciała nie zna­le­ziono.

Nato­miast Lan­dow­ski wal­czył na Pod­la­siu, w jed­nej z poty­czek został ranny i tra­fił do nie­woli. Roz­po­znano go, wobec czego został ska­zany na karę śmierci zamie­nioną tuż przed egze­ku­cją na dwa­dzie­ścia lat katorgi. Osta­tecz­nie zwol­niono go po odby­ciu połowy kary, wyje­chał do Fran­cji, gdzie dokoń­czył stu­dia medyczne i został cenio­nym gine­ko­lo­giem. Uni­kał kon­tak­tów z pol­skim śro­do­wi­skiem emi­gra­cyj­nym, zarzu­cano mu bowiem, że chcąc się rato­wać w śledz­twie, wydał wielu współ­pra­cow­ni­ków.

Żandarmi wieszający

Szty­let­nicy nie byli jedyną for­ma­cją ter­ro­ry­styczną powsta­nia stycz­nio­wego. Na pro­win­cji dzia­łali tak zwani żan­darmi wie­sza­jący, któ­rzy sze­rzyli jesz­cze więk­szy popłoch niż ich kole­dzy ze sto­licy.

Z reguły two­rzyli nie­wiel­kie oddziały (od kilku do kil­ku­na­stu jeźdź­ców) czę­sto zmie­nia­jące miej­sce obo­zo­wa­nia, a przez to nie­ła­twe do wykry­cia. Naj­czę­ściej ata­ko­wali znie­nacka, po czym natych­miast zni­kali. Cho­ciaż ich głów­nym zada­niem było „wie­sza­nie szpie­gów”, zbie­rali rów­nież infor­ma­cje na temat armii rosyj­skiej, które dostar­czali dowód­com oddzia­łów powstań­czych.

„Ten nowy spo­sób dzia­ła­nia bun­tow­ni­ków – zło­rze­czył guber­na­tor wileń­ski Michaił Muraw­jow (»Wie­sza­tiel«) – stwa­rzał nie­mało trud­no­ści wła­dzom woj­sko­wym i małe szajki po lasach były nie­uchwytne. Bito tylko na alarm, bo ter­ror wszę­dzie się zwięk­szał i cią­gle było tylko sły­chać o róż­nych oso­bach oka­le­czo­nych, zabi­tych, powie­szo­nych przez bun­tow­ni­ków i w tej licz­bie było też kilku naszych duchow­nych”14.

Kat Litwy w swo­ich wspo­mnie­niach posłu­gi­wał się nazwą „żan­darmi wie­sza­jący”, naj­wy­raź­niej było to powszech­nie znane okre­śle­nie. Inna sprawa, że nie­któ­rzy z człon­ków for­ma­cji nosili na koł­nier­zach kur­tek emble­mat w kształ­cie tru­pich cza­szek15. Naj­wy­raź­niej bez względu na epokę i wyzna­waną ide­olo­gię ter­ro­ry­ści lubią podobne ozna­cze­nia…

Żan­darmi wie­sza­jący dzia­łali naj­czę­ściej w biały dzień, co jesz­cze bar­dziej potę­go­wało grozę wśród lud­no­ści. Gdy miesz­kańcy wsi Lipie koło Opoczna prze­ka­zali wła­dzom car­skim infor­ma­cję o powstań­czym oddziale dzia­ła­ją­cym w oko­li­cach, nie­ba­wem do akcji wkro­czyli mści­ciele. Oddział żan­dar­mów „oto­czył nie­szczę­sną wieś”, cał­kiem „dostat­nią i dobrze zabu­do­waną”, po czym spa­lono ją „doszczęt­nie”. To jed­nak nie było wszystko, uzna­nego za głów­nego wino­wajcę „Żyda, krawca z Biał­czewa” powie­szono publicz­nie. Miał to być odstra­sza­jący przy­kład dla innych16.

Trudno okre­ślić liczbę ofiar żan­dar­mów wie­sza­ją­cych. W guberni płoc­kiej liczą­cej nie­spełna sześć­set tysięcy miesz­kań­ców zli­kwi­do­wano trzy­sta czter­dzie­ści dwie osoby17, jed­nak w tej licz­bie byli także ludzie stra­ceni w efek­cie oddziel­nych decy­zji dowód­ców oddzia­łów powstań­czych. Być może zatem należy przy­znać rację bada­czom, któ­rzy twier­dzą, że żan­darmi wie­sza­jący mieli na sumie­niu ponad tysiąc sie­dem­set ofiar w ciągu całej insu­rek­cji18.

Inna sprawa, że – w miarę upływu czasu i kolej­nych klęsk powstań­ców – znacz­nie roz­luź­niała się dys­cy­plina. Wśród żan­dar­mów także sze­rzyła się demo­ra­li­za­cja i coraz czę­ściej zda­rzały się przy­padki prze­stępstw pospo­li­tych. Nie­jaki kapi­tan Mini­szew­ski dzia­ła­jący w oko­li­cach Mławy zare­kwi­ro­wał pew­nej oby­wa­telce złoty zega­rek, innej ukradł „salopę, suk­nię i spód­nicę, po czym sprze­dał te rze­czy w karcz­mie”, a na doda­tek chciał powie­sić soł­tysa, „który nie­po­chleb­nie wyra­ził się o jego stryju”. Soł­tysa jed­nak nie zastał, zatem „zbił batem jego żonę i syna, a dom zra­bo­wał”19.

Nato­miast kapi­tan Bło­ci­szew­ski zra­bo­wał 417 rubli (około 5 tysięcy euro), potem zare­kwi­ro­wał, a następ­nie sprze­dał konie prze­zna­czone na potrzeby powsta­nia. Przy­własz­czył sobie także sforę char­tów, gro­żąc ich wła­ści­cie­lowi powie­sze­niem20.

Nie tylko zde­mo­ra­li­zo­wani żan­darmi gra­bili lud­ność, w koń­co­wych mie­sią­cach insu­rek­cji coraz trud­niej było nawet odróż­nić powstań­ców od zwy­kłych ban­dy­tów. Pospo­lici prze­stępcy pod­szy­wali się bowiem pod uczest­ni­ków insu­rek­cji, na przy­kład w oko­li­cach Chmiel­nika gra­so­wała umun­du­ro­wana (!) banda Cyga­nów rabu­jąca szla­chec­kie dwory. Poja­wiła się także pię­cio­oso­bowa grupa spe­cja­li­zu­jąca się w napa­dach na księży, w skład któ­rej wcho­dzili: „orga­ni­sta, Żyd i trzech chło­pów”21.

Ostatni sztyletnik

Nie­naj­le­piej działo się rów­nież wśród szty­let­ni­ków, już na początku 1864 roku zda­rzały się przy­padki samo­woli i łama­nia dys­cy­pliny. Nie­któ­rzy człon­ko­wie for­ma­cji bar­dziej inte­re­so­wali się wyna­gro­dze­niem za służbę niż wyko­ny­wa­niem roz­ka­zów.

„Dozorca rewi­rowy Galiń­ski – mel­do­wał sto­łeczny Naczel­nik Poli­cji Naro­do­wej – jak wia­domo uka­rany śmier­cią. Wyko­naw­cami jego wyroku byli człon­ko­wie Straży Naro­do­wej, któ­rym oprócz zwy­kłego utrzy­ma­nia [wyna­gro­dze­nia – S.K.] za wyko­na­nie wyroku potrzeba było zapła­cić wia­domą sumę. Tym­cza­sem z braku pie­nię­dzy nie otrzy­mali oni wyna­gro­dze­nia i z tego powodu gro­zili, że jeśli im natych­miast pie­nią­dze nie zostaną wydane, to nie ręczą za sie­bie. (…) Wtedy pomoc­nik mój wypła­cił im 75 rubli sre­brem [900 euro – S.K.] i tym zapo­biegł złym następ­stwom, jakie mogły wynik­nąć”22.

Jed­nak ostatni dowódca szty­let­ni­ków war­szaw­skich do końca peł­nił swoje obo­wiązki w spo­sób godny i odpo­wie­dzialny. Ema­nuel Sza­far­czyk miał w chwili wybu­chu powsta­nia nie­spełna dwa­dzie­ścia trzy lata i znaczny staż w orga­ni­za­cjach kon­spi­ra­cyj­nych. Był synem sto­la­rza z war­szaw­skiego Leszna, od uro­dze­nia cier­piał na nie­do­wład pra­wej ręki, co jed­nak nie prze­szko­dziło mu w dzia­łal­no­ści patrio­tycz­nej. Po ewa­ku­acji Lan­dow­skiego na pro­win­cję to wła­śnie on prze­jął nad­zór nad dzia­łal­no­ścią ter­ro­ry­styczną w sto­licy.

Bez­po­śred­nio pod­le­gało mu około trzy­dzie­stu osób, cho­ciaż ich dzia­łal­ność sku­tecz­nie para­li­żo­wały zarzą­dze­nia Berga. Zwięk­szona liczeb­ność poli­cji, oddziały woj­ska na uli­cach, poza­my­kane bramy i drzwi domów. Pomimo to Rząd Naro­dowy na­dal odpo­wia­dał prze­mocą na prze­moc.

„Nowe to wzma­ga­nie się moskiew­skiego szpie­go­stwa i ter­ro­ry­zmu – pisano w jed­nym z okól­ni­ków – któ­rego to naj­po­twor­niej­sze wybryki stwier­dza codzien­nie mnó­stwo donie­sień naszych urzęd­ni­ków bez­pie­czeń­stwa publicz­nego, pona­gla jedy­nie wła­dze naro­dowe do sto­so­wa­nia wyjąt­ko­wych środ­ków, które w sta­nie zwy­czaj­nym naszego spo­łe­czeń­stwa ni­gdy by się nie zna­la­zły”23.

Sza­far­czyk był wła­ściwą osobą na wła­ści­wym miej­scu i nie miał zwy­czaju przej­mo­wać się trud­no­ściami. Zna­ko­mi­cie wywią­zał się z pole­ce­nia likwi­da­cji jed­nego z naj­groź­niej­szych szpie­gów, Ber­tolda Her­ma­niego. Osob­nik ten usi­ło­wał prze­nik­nąć do Rządu Naro­do­wego, a gdy mu się nie udało, wyje­chał do Kra­kowa, gdzie pod fał­szy­wym nazwi­skiem szpie­go­wał w krę­gach miej­sco­wych zwo­len­ni­ków powsta­nia. Próba wyko­na­nia wyroku pod Wawe­lem nie powio­dła się, ale gdy zdrajca wró­cił do War­szawy, nie miał już szans na prze­ży­cie. Pod­władni Sza­far­czyka dopa­dli go w Hotelu Euro­pej­skim i zaszty­le­to­wali. Zama­chowcy pozo­stali bez­karni, jed­nak Rosja­nie aresz­to­wali nie­win­nego pomoc­nika w miej­sco­wej cukierni, Emi­liana Cho­da­now­skiego. Zmu­szony tor­tu­rami do przy­zna­nia się, że brał udział w zabój­stwie, został powie­szony publicz­nie na Placu Saskim.

Sza­far­czyk ucho­dził za jed­nego z naj­wier­niej­szych pod­wład­nych Rządu Naro­do­wego, który „z nad­zwy­czaj­nym nara­że­niem wyko­ny­wał pole­ce­nia władz powstań­czych”. Nawet osoby mu nie­chętne i zwią­zane z Rosja­nami uzna­wały go za „naj­dziel­niej­szego z dziel­nych”, nie­stety o jego losach zade­cy­do­wała zdrada.

22 grud­nia 1863 roku doko­nano nie­uda­nego zama­chu na majora Wasyla von Roth­kir­cha, wice­dy­rek­tora Kan­ce­la­rii Spe­cjal­nej do spraw Stanu Wojen­nego. Roth­kirch został tylko ranny, nato­miast w ręce Rosjan wpadł jego nie­do­szły zabójca – cze­lad­nik szew­ski Fry­de­ryk Szyn­dler. To wła­śnie on na tor­tu­rach zdra­dził nazwi­sko Sza­far­czyka jako swo­jego prze­ło­żo­nego.

Poszu­ki­wa­nia szefa szty­let­ni­ków nie przy­no­siły jed­nak rezul­tatu, cho­ciaż zaan­ga­żo­wano do tego znaczne siły. Wresz­cie Rosja­nie ujęli Igna­cego Gar­czyń­skiego, członka Straży Naro­do­wej, który po przy­pad­ko­wym aresz­to­wa­niu został przez nich zwer­bo­wany. Na sku­tek zeznań zdrajcy na początku lutego poli­cja oto­czyła cztery szynki na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, gdzie w jej ręce wpadł pewien „cyru­lik, który zatru­wał szty­lety”.

Cho­ciaż Rosja­nie byli już na tro­pie Sza­far­czyka, ten jed­nak nie chciał wyje­chać za gra­nicę. Wie­dział, że rosyj­skie służby mają jego dokładny ryso­pis i zwra­cają uwagę na męż­czyzn w jego wieku z nie­do­wła­dem pra­wej ręki. Nawet publiczna egze­ku­cja Romu­alda Trau­gutta i jego współ­pra­cow­ni­ków nie spo­wo­do­wała zmiany decy­zji Sza­far­czyka.

Wresz­cie padł ofiarą pro­wo­ka­cji – wydał go jego pod­władny i przy­ja­ciel, Filip Wiśniew­ski, któ­rego prze­ku­piono obiet­nicą udzie­le­nia kon­ce­sji matce na otwar­cie szynku…

Dzięki infor­ma­cjom zdrajcy Rosja­nie namie­rzyli szefa szty­let­ni­ków, ale począt­kowo go nie aresz­to­wano. Był obser­wo­wany przez mie­siąc, zaborcy chcieli mieć bowiem pew­ność, że w chwili zatrzy­ma­nia nie podej­mie próby ucieczki. Wresz­cie zor­ga­ni­zo­wali pułapkę: Wiśniew­ski zapro­sił do sie­bie Sza­far­czyka – i tam wpa­dła poli­cja.

Pod­czas trans­portu na Pawiak szef szty­let­ni­ków usi­ło­wał zbiec. Jak napi­sał w jed­nym z gryp­sów z wię­zie­nia, „dał w mordę ofi­ce­rowi”, został jed­nak obez­wład­niony. Nato­miast już pod­czas pierw­szego prze­słu­cha­nia zorien­to­wał się, że Rosja­nie wie­dzą o nim bar­dzo dużo:

„Gdy mnie przy­pro­wa­dzili, wszy­scy sza­tani obstą­pili mnie dookoła i zaraz rękę mi obma­cali. (…) Następ­nie odjęli mi pie­nią­dze, ich razy sypały się na mnie – twarz mi zapu­chła jak bulwa, oczy sine, że patrzeć nie mogłem, przez kilka dni nic nie sły­sza­łem – ból głowy nie­ustanny, po tych kon­tu­zjach wzięli mnie na rózgi i co dzień przez trzy dni po 40 odbie­ra­łem”24.

Pomimo dra­stycz­nego śledz­twa Sza­far­czyk nie zała­mał się, cały czas twier­dził, że nazywa się ina­czej, a jego postawa w śledz­twie wzbu­dziła nawet uzna­nie jed­nego z Rosjan, który nazwał go „chwa­tem”. Prze­pro­wa­dzono jed­nak dwa­na­ście (!) kon­fron­ta­cji i wię­zień w końcu przy­znał się do swo­jej toż­sa­mo­ści. Nie wydał jed­nak nikogo, poda­wał tylko nazwi­ska ludzi, o któ­rych wie­dział, że współ­pra­co­wali z Rosja­nami.

17 lutego 1865 roku na sto­kach Cyta­deli Ema­nuel Sza­far­czyk został powie­szony wraz z ostat­nim Naczel­ni­kiem Rządu Naro­do­wego, Alek­san­drem Wasz­kow­skim. Była to ostat­nia publiczna egze­ku­cja w War­sza­wie zwią­zana z powsta­niem stycz­nio­wym. Rosja­nie nie zado­wo­lili się zresztą śmier­cią szefa szty­let­ni­ków, dodat­kowo roz­po­wszech­niali jesz­cze infor­ma­cje, że Sza­far­czyk przed śmier­cią prze­kli­nał powsta­nie i swo­ich współ­pra­cow­ni­ków. Nie była to jed­nak prawda, obaj ska­zańcy umarli męż­nie i z god­no­ścią, jak na patrio­tów i Pola­ków przy­stało.

Na mar­gi­ne­sie opo­wie­ści o ter­ro­ry­stach powsta­nia stycz­nio­wego warto dodać, że pod­czas jego trwa­nia roz­wa­żano rów­nież pro­jekty znacz­nie bar­dziej zabój­cze niż szty­lety czy bomby. Poja­wił się choćby plan domie­sza­nia sil­nej tru­ci­zny do żyw­no­ści dla żoł­nie­rzy gar­ni­zonu rosyj­skiego sta­cjo­nu­ją­cego w Łazien­kach, nato­miast grupa stu­den­tów sto­łecz­nej Szkoły Głów­nej pra­co­wała nad śmier­tel­nie groź­nymi gazami bojo­wymi.

Mar­gra­bia Alek­san­der Wie­lo­pol­ski dwu­krot­nie wyszedł cało z zama­chów na swoje życie foto mbc.cyfro­we­ma­zow­sze.pl
Namiest­nik Fio­dor Berg wpro­wa­dził m.in. publiczne egze­ku­cje na spi­skow­cach foto Wiki­pe­dia
Ignacy Chmie­leń­ski, dzia­łacz kon­spi­ra­cji, zwo­len­nik metod ter­ro­ry­stycz­nych foto wiki­pe­dia
Masa­kra War­sza­wia­ków, 1861 rok foto Tony Robert-Fleury, 1866 r., Wiki­pe­dia
Rosyj­skie woj­sko otwiera ogień do mani­fe­stan­tów na Placu Zam­ko­wym w War­sza­wie, 8 kwiet­nia 1861 roku foto Autor nie­znany, po 1866 r., Wiki­pe­dia

Rozdział 2. Śmierć carowi

Roz­dział 2

Śmierć carowi

„Ogłu­szył mnie nowy wybuch – wspo­mi­nał puł­kow­nik poli­cji Adrian Dwor­życki – byłem popa­rzony, ranny i oba­lony na zie­mię. Nagle, poprzez dym i śnieżną mgłę, usły­sza­łem słaby głos Jego Cesar­skiej Mości: »Pomóż!«. Zebraw­szy resztkę sił, zerwa­łem się na nogi i rzu­ci­łem ku cesa­rzowi. Jego Cesar­ska Mość na wpół sie­dział, na wpół leżał oparty na pra­wym łok­ciu. Sądząc, że cesarz jest tylko ciężko ranny, unio­słem go, ale cesarz miał mocno pogru­cho­tane nogi i krew się obfi­cie z nich lała”25.

Było nie­dzielne popo­łu­dnie 13 marca 1881 roku, do eks­plo­zji bomby doszło w samym cen­trum Peters­burga. Car Alek­san­der II został śmier­tel­nie ranny, a w pobliżu kona­ją­cego monar­chy leżało kolej­nych dwa­dzie­ścia ofiar wybu­chu, wśród nich zama­cho­wiec samo­bójca, 25-letni Polak, Ignacy Hry­nie­wiecki. Był człon­kiem orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej Narod­naja Wola (Wola Ludu), która od dłuż­szego czasu orga­ni­zo­wała zama­chy na impe­ra­tora. Kilka poprzed­nich prób nie przy­nio­sło rezul­tatu, wresz­cie bomba rzu­cona przez Hry­nie­wiec­kiego oka­zała się sku­teczna. Żaden bowiem ze świad­ków wyda­rze­nia nie miał wąt­pli­wo­ści, że strasz­li­wie pora­niony car dogo­rywa.

Alek­san­dra II w pośpie­chu poło­żono na saniach, któ­rymi jechała jego eskorta, i prze­wie­ziono do Pałacu Zimo­wego, gdzie zakoń­czył życie godzinę póź­niej. Zabójca prze­żył go o sześć godzin, zmarł wie­czo­rem w jed­nym z peters­bur­skich szpi­tali.

Udany zamach mógł się wyda­wać uko­ro­no­wa­niem nie­mal dwu­let­nich dzia­łań grupy ter­ro­ry­stów, do dzi­siaj jed­nak nie wyja­śniono kilku waż­nych spraw. Należy do nich zali­czyć zasta­na­wia­jącą nie­udol­ność poli­cji, która od dłuż­szego czasu nie mogła sobie pora­dzić z człon­kami Woli Ludu, a po śmierci cara natych­miast roz­biła orga­ni­za­cję. Nie wia­domo także, dla­czego Alek­san­der II w każdą nie­dzielę jeź­dził po mie­ście tą samą trasą, cho­ciaż mawiał, że ter­ro­ry­ści polo­wali na niego jak na „wście­kłe zwie­rzę”. Czy władca Rosji stał się nie­wy­god­nym czło­wie­kiem nie tylko dla zama­chow­ców, lecz także dla czę­ści swo­jego oto­cze­nia? I czy opo­zy­cja dwor­ska sta­rała się zbyt­nio nie prze­szka­dzać zabój­com w zamor­do­wa­niu monar­chy?

Pierwsi zamachowcy

Ojciec zabi­tego cara, Miko­łaj I, był despotą rzą­dzą­cym Rosją jak dywi­zją woj­ska. Nikomu jed­nak nie przy­szło do głowy orga­ni­zo­wać na niego zama­chów, dla­tego poru­szał się prak­tycz­nie bez żad­nej ochrony. Czasy się jed­nak zmie­niały i Alek­san­der II, refor­mu­jąc impe­rium Roma­no­wów, sam stał się ofiarą prze­mian. Jego postę­po­wa­nie wła­ści­wie nikogo nie zado­wa­lało, siły libe­ralne były zawie­dzione ogra­ni­czo­nym zasię­giem reform, nato­miast kon­ser­wa­ty­ści marzyli o powro­cie samo­dzier­ża­wia z cza­sów jego ojca.

Pierw­szy zamach na życie Alek­san­dra II zor­ga­ni­zo­wało nie­wiel­kie socja­li­styczne kółko stu­denc­kie o mało wyszu­ka­nej nazwie Orga­ni­za­cja, a wła­ści­wie jego komórka wyko­naw­cza Pie­kło. Mło­dzi zapa­leńcy uznali, że zabój­stwo cara sta­nie się sygna­łem do maso­wych bun­tów chłop­stwa i straj­ków robot­ni­ków, co zapo­cząt­kuje szybką demo­kra­ty­za­cję Rosji.

Zama­chu pod­jął się 26-letni Dmi­trij Kara­ko­zow, syn zubo­ża­łego szlach­cica, stu­dent uni­wer­sy­te­tów w Kaza­niu i Moskwie. W kwiet­niu 1866 roku przy­je­chał do Peters­burga, gdzie zbli­że­nie się do monar­chy nie sta­no­wiło więk­szego pro­blemu. Nie­mal wszy­scy miesz­kańcy sto­licy dokład­nie znali roz­kład dnia władcy i wia­domo było, że codzien­nie po połu­dniu Alek­san­der II spa­ce­ro­wał po Ogro­dzie Let­nim. Nie towa­rzy­szyła mu nie­mal żadna ochrona, jedy­nie przy cesar­skim powo­zie ocze­ki­wał na monar­chę pod­ofi­cer żan­dar­me­rii, a dodat­kowy poli­cjant pil­no­wał porządku wśród gapiów usta­wia­ją­cych się przy bra­mie parku.

Gdy Alek­san­der opu­ścił ogród i ruszył w stronę powozu, sto­jący w tłu­mie Kara­ko­zow wyce­lo­wał do władcy. Strzał oka­zał się jed­nak nie­celny i zama­cho­wiec rzu­cił się do ucieczki. Został jed­nak nie­mal natych­miast dopę­dzony i obez­wład­niony przez poli­cjanta i żan­darma.

Przy­pro­wa­dzony przed obli­cze władcy potwier­dził, że jest Rosja­ni­nem (car podej­rze­wał, że zamach był dzie­łem Polaka w odwe­cie za stłu­mie­nie powsta­nia stycz­nio­wego). Wyszło rów­nież na jaw, że w chwili strzału ktoś pod­bił rękę zama­chowca, dzięki czemu car oca­lał.

Naj­dziw­niej­szą jed­nak sprawą był fakt, że o dzia­łal­no­ści Orga­ni­za­cji, a tym bar­dziej Pie­kła, nic nie wie­działa car­ska poli­cja od dawna infil­tru­jąca śro­do­wi­ska stu­denc­kie. Sta­no­wiło to fatalną zapo­wiedź na przy­szłość.

Kara­ko­zow został ska­zany na karę śmierci i publicz­nie powie­szony w Peters­burgu, pozo­sta­łych człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia zesłano na doży­wot­nią lub dłu­go­let­nią katorgę. Nato­miast impe­ra­tor nie­ba­wem docze­kał się kolej­nego zama­chu, tym razem miało to miej­sce w Paryżu, a chciał go uśmier­cić Polak, Antoni Bere­zow­ski.

Zama­cho­wiec w wieku szes­na­stu lat przy­łą­czył się do powsta­nia stycz­nio­wego, a po jego stłu­mie­niu wyemi­gro­wał do Fran­cji. Gdy w czerwcu 1867 roku do Paryża na Świa­tową Wystawę Gospo­dar­czą przy­był Alek­san­der II, Bere­zow­ski uznał to za zna­ko­mitą oka­zję do pomsz­cze­nia ofiar insu­rek­cji. Dzia­łał na wła­sną rękę, bez pro­ble­mów zaku­pił pisto­let, wie­dział też, gdzie będzie mógł ocze­ki­wać na cara, by doko­nać zama­chu.

6 czerwca odbyła się uro­czy­sta parada woj­skowa przed cesa­rzem Fran­cji, Napo­le­onem III, którą zaszczy­cili swoją obec­no­ścią Alek­san­der II i król Prus, Wil­helm I. Po jej zakoń­cze­niu monar­cho­wie wra­cali do mia­sta dwoma powo­zami, razem z Alek­san­drem jechał Napo­leon III oraz car­scy syno­wie. Dwa strzały padły, gdy pojazdy wolno toro­wały sobie drogę wśród tłumu publicz­no­ści. Pasa­że­rom jed­nak nic się nie stało, życie stra­cił jedy­nie koń cesar­skiego koniu­szego towa­rzy­szą­cego monar­chom.

Roz­mowa władcy Fran­cji z carem bez­po­śred­nio po zama­chu nie była pozba­wiona pew­nych ele­men­tów humo­ry­stycz­nych. Alek­san­der zapy­tał Napo­le­ona, kto – według niego – był celem zama­chu, na co gospo­darz odparł, że jeżeli strze­lał Włoch, to zapewne do niego, nato­miast jeżeli Polak, to śmierć ponieść miał cesarz Rosji…

Zamach był nie­źle pomy­ślany, jed­nak o jego fia­sku zade­cy­do­wały błędy Bere­zow­skiego. Zała­do­wał on bowiem pisto­let zbyt dużą ilo­ścią pro­chu oraz użył nie­wła­ści­wych poci­sków. W efek­cie pierw­szy strzał oka­zał się nie­celny, a przy dru­gim lufa roze­rwała się, raniąc zama­chowca, który szybko został obez­wład­niony.

Mie­siąc póź­niej Bere­zow­ski sta­nął przed sądem. Przy­znał się do zarzu­ca­nego czynu, wyja­śnia­jąc, że jego moty­wem była zemsta za udrę­czoną Pol­skę. Oświad­cze­nie oskar­żo­nego spo­tkało się z przy­chylną reak­cją publicz­no­ści, tym bar­dziej że jego obrońca cyto­wał frag­menty rosyj­skiego pra­wo­daw­stwa zale­ca­ją­cego krwawe repre­sje także wobec rodzin uczest­ni­ków zrywu. Jesz­cze więk­sze wra­że­nie zro­biły infor­ma­cje, że car­ski kodeks karny naka­zy­wał duchow­nym łama­nie tajem­nicy spo­wie­dzi w przy­pad­kach zaan­ga­żo­wa­nia wier­nych w dzia­łal­ność nie­pod­le­gło­ściową. Przy­chyl­nie przy­jęto rów­nież odpo­wiedź Bere­zow­skiego na zarzut pro­ku­ra­tora, że swoim czy­nem nara­ził życie Napo­le­ona III. Zama­cho­wiec stwier­dził bowiem kate­go­rycz­nie, że kula wystrze­lona przez Polaka nie mogła tra­fić członka rodziny Bona­par­tych…

Cho­ciaż Rosja­nie żądali od Fran­cu­zów naj­wyż­szego wymiaru kary i podob­nego zda­nia był rów­nież pro­ku­ra­tor, sąd ska­zał Bere­zow­skiego na doży­wot­nie cięż­kie roboty na Nowej Kale­do­nii. Z cza­sem zamie­niono mu karę na osie­dle­nie się na wyspach, pomimo jed­nak licz­nych pety­cji zama­cho­wiec nie docze­kał się amne­stii. Z upły­wem lat popadł w obłęd i zmarł w cał­ko­wi­tym zapo­mnie­niu w latach pierw­szej wojny świa­to­wej.

Czas terroru

Podobno pewna Cyganka prze­po­wie­działa Alek­san­drowi II, że prze­żyje bez szwanku sześć zama­chów, nato­miast zgi­nie w wyniku siód­mego. Nie wia­domo, ile było w tym prawdy, jed­nak przez następne lata car nie musiał ner­wowo odli­czać kolej­nych prób zabój­stwa. Przez ponad dwa­na­ście lat nikt bowiem nie usi­ło­wał monar­chy uśmier­cić, cho­ciaż Rosja zmie­niała się w zastra­sza­ją­cym tem­pie.

Idee socja­li­zmu tra­fiały na podatny grunt wśród inte­li­gen­cji, czego wyra­zem było powsta­nie orga­ni­za­cji Ziemla i Wola (Zie­mia i Wol­ność) dążą­cej do oba­le­nia panu­ją­cych sto­sun­ków spo­łecz­nych poprzez powszechny bunt chło­pów. Człon­ko­wie orga­ni­za­cji byli ide­ali­stami, masowo wyru­szali na wieś, by pro­wa­dzić akcję uświa­da­mia­nia chłop­stwa, co – bio­rąc pod uwagę poziom umy­słowy rosyj­skich wło­ścian – było raczej ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Nic zatem dziw­nego, że inte­li­genc­kie wyobra­że­nie o chło­pach jako „zdro­wej tkance spo­łe­czeń­stwa” w zde­rze­niu z rze­czy­wi­sto­ścią oka­zało się bar­dzo bole­sne.

„Mię­dzy nami byli zdolni, rozumni pro­pa­gan­dzi­ści – wspo­mi­nał Osip Aptek­man – i wywie­rali bez wąt­pie­nia głę­bo­kie wra­że­nie. Ale o czym mówili ludowi? Ani socja­lizm, ani anar­chia, ale naj­bar­dziej palące sprawy jego powszech­nego, sza­rego życia: brak ziemi i cię­żary podat­kowe. (…) Ale skoro tylko pro­pa­gan­dzi­sta prze­szedł na grunt socja­lizmu, wszystko zupeł­nie się zmie­niało. (…) Słu­chali jak cie­ka­wej bajeczki”26.

Chłopi zazwy­czaj w ogóle nie chcieli mieć nic wspól­nego z agi­ta­to­rami i nie udzie­lali im nawet noc­legu. Inte­li­genccy ide­ali­ści nie mieli bowiem więk­szego poję­cia o warun­kach panu­ją­cych na rosyj­skiej wsi i zupeł­nie nie zda­wali sobie sprawy z jej total­nego zaco­fa­nia. Na domiar złego więk­szość chło­pów wyra­żała prze­świad­cze­nie, że sam car jest dobry, a przy­czyną wszel­kiego zła są wła­ści­ciele ziem­scy. Nie byłoby więk­szych pro­ble­mów ze zbun­to­wa­niem chłop­stwa prze­ciwko zie­miań­stwu, ale pod­nie­sie­nie ręki na wła­dzę batiuszki to był już poważny kło­pot…

Brak efek­tów „wyprawy w lud” zra­dy­ka­li­zo­wał poglądy czę­ści dzia­ła­czy orga­ni­za­cji, sprzy­jała temu sytu­acja mię­dzy­na­ro­dowa. Wpraw­dzie Rosja wygrała wojnę z Tur­cją (1877–1878), ale sprze­ciw mocarstw euro­pej­skich wraz z nie­udol­no­ścią peters­bur­skich dyplo­ma­tów spo­wo­do­wały, że nie potra­fiono wyko­rzy­stać efek­tów zwy­cię­stwa. Wzbu­dziło to ogromne nie­za­do­wo­le­nie, zwo­len­nicy daw­nych porząd­ków kry­ty­ko­wali cara za próby reform, nato­miast libe­ra­ło­wie uwa­żali, że zmiany zacho­dzą zbyt wolno. Obie strony w jed­nym były jed­nak zgodne: uwa­żano, że władca i jego oto­cze­nie zmar­no­wali wysi­łek wojenny.

„Gdyby nie ten fatalny wynik wojny – potwier­dzał książę Wło­dzi­mierz Miesz­czer­ski – ruch anar­chi­styczny pozo­sta­wałby u nas jak daw­niej cho­robą chro­niczną w życiu inte­lek­tu­al­nym Rosji, nie zna­la­złby wsze­lako dla sie­bie gruntu, żeby przejść w stan ostrego i zuchwa­łego ataku na porzą­dek pań­stwowy”27.

Po raz pierw­szy w dzie­jach Rosji na uli­cach miast poja­wili się demon­stranci bru­tal­nie roz­pę­dzani przez poli­cję. Wielu człon­ków Ziemli i Woli tra­fiło do wię­zień, a reżim Alek­san­dra II sta­wał się coraz bar­dziej nie­po­pu­larny. Wśród rosyj­skiej inte­li­gen­cji do dobrego tonu nale­żało kon­te­sto­wa­nie jego zarzą­dzeń – nic zatem dziw­nego, że aresz­to­wa­nych bro­nili naj­lepsi rosyj­scy praw­nicy. Oświe­cona część spo­łe­czeń­stwa doj­rzała już do udziału we wła­dzy. Ale Rosja wciąż była monar­chią abso­lutną, gdzie słowo „kon­sty­tu­cja” uwa­żano za bluź­nier­stwo.

Nie­ba­wem doszło jed­nak do wyda­rze­nia, które miało zmie­nić bieg histo­rii kraju. Przy­czyna była sto­sun­kowo błaha: obe­rpo­lic­maj­ster (szef poli­cji) Peters­burga, gene­rał Fio­dor Tre­pow, obu­rzony fak­tem, że jeden z aresz­to­wa­nych człon­ków Ziemli i Woli nie zdjął przed nim czapki na dzie­dzińcu wię­zie­nia, pole­cił pod­dać go karze chło­sty. Plotka natych­miast poszła w mia­sto i nie­ba­wem zna­la­zła się mści­cielka honoru więź­nia. 28-let­nia anar­chistka Wiera Zasu­licz, uda­jąc inte­re­santkę, udała się do biura gene­rała i z bli­ska go postrze­liła. Humo­ry­stycz­nym akcen­tem całej sprawy był fakt, że Tre­pow otrzy­mał ranę w pośla­dek, gdyż Zasu­licz cier­piała na krót­ko­wzrocz­ność…

Zama­chow­czyni sta­nęła przed sądem, a car naka­zał surowe jej uka­ra­nie. Oka­zało się jed­nak, że dzięki jego wła­snym refor­mom rosyj­scy praw­nicy mogli się wyka­zać nie­za­leż­no­ścią. Gdy bowiem jeden z mini­strów zażą­dał od prze­wod­ni­czą­cego składu sędziow­skiego „szcze­gól­nych usług”, usły­szał w zamian, że „sąd nie wyświad­cza usług, tylko feruje wyroki”28.

Nie było chęt­nych do pod­ję­cia się roli oskar­ży­ciela, nato­miast Zasu­licz nie narze­kała na brak kan­dy­da­tów do funk­cji obrońcy z urzędu. W efek­cie została unie­win­niona (!), a za sprawcę zaj­ścia uznano Tre­powa. Było to zde­cy­do­wane prze­ciw­sta­wie­nie się samo­władz­twu i jed­no­cze­śnie począ­tek zor­ga­ni­zo­wa­nego ter­roru w Rosji.

W całym kraju zaczęły się mno­żyć zama­chy na urzęd­ni­ków car­skich, któ­rym „odma­wiano prawa do życia”. Prym wie­dli tu rady­kalni człon­ko­wie Ziemli i Woli, a szcze­gól­nym echem odbiło się zabój­stwo szefa III Oddziału Kan­ce­la­rii Oso­bi­stej Jego Cesar­skiej Mości (poli­cji poli­tycz­nej), Niko­łaja Mie­zien­cowa. Został on zaszty­le­to­wany w biały dzień w cen­trum Peters­burga, a zama­cho­wiec zbiegł. Mniej udany oka­zał się atak na jego następcę, Alek­san­dra Dren­telna. Strze­lano do niego dwu­krot­nie, poci­ski jed­nak nie dosię­gły celu, a nie­do­szły zabójca nie­ba­wem wpadł w ręce poli­cji. W tym samym cza­sie zastrze­lono guber­na­tora Char­kowa, księ­cia Dymi­tra Kro­pot­kina.

Wię­zie­nia zapeł­niły się aresz­to­wa­nymi, a wła­dze nie miały lito­ści. Wszel­kich podej­rza­nych wysy­łano na katorgę lub wie­szano po krót­kich pro­ce­sach. Ter­ro­ry­ści osią­gnęli jed­nak swój cel – w Peters­burgu zapa­no­wała panika, a w sfe­rach zbli­żo­nych do dworu mówiono, że nie­ba­wem „porządny czło­wiek nie będzie mógł się poka­zać na ulicy”.

„Wszyst­kie dotych­czas sto­so­wane środki – infor­mo­wał cara jeden z urzęd­ni­ków – prze­ciwko agi­ta­cji anty­rzą­do­wej nie odnio­sły rezul­tatu ani nie miały pozy­tyw­nego skutku. Zło rośnie z godziny na godzinę. Potrzebne są środki nad­zwy­czajne”29.

Kolejny zamach

Człon­ko­wie Ziemli i Woli szybko się rady­ka­li­zo­wali i nie wystar­czały im już tylko zama­chy na ofi­ce­rów żan­dar­me­rii czy guber­na­to­rów.

„Non­sen­sem stało się – wspo­mi­nała człon­kini Ziemli i Woli, Wiera Figner – wymie­rza­nie cio­sów w sługi wyko­nu­jące wolę swego pana, a nie rusza­nie ich roz­ka­zo­dawcy, zabój­stwa poli­tyczne z fatalną siłą pro­wa­dziły do caro­bój­stwa”30.

Do władz orga­ni­za­cji nie­mal jed­no­cze­śnie zgło­siło się kilku ochot­ni­ków, któ­rzy pra­gnęli doko­nać zama­chu na Alek­san­dra II. Osta­tecz­nie zada­nia pod­jął się 26-letni Alek­san­der Soło­wiow, a o jego wybo­rze zade­cy­do­wał fakt, że był jedy­nym Rosja­ni­nem wśród kan­dy­da­tów. Pozo­stali byli Żydami lub Pola­kami, co mogło suge­ro­wać, że za moty­wami akcji kryły się pro­blemy mniej­szo­ści naro­do­wych impe­rium Roma­no­wów. Inna sprawa, że Soło­wiow pre­zen­to­wał bar­dzo ide­ali­styczne poglądy na temat skut­ków swo­jego czynu.

„Śmierć cesa­rza – mówił – może spo­wo­do­wać nagły zwrot w życiu spo­łecz­nym, atmos­fera oczy­ści się, nie­uf­ność do inte­li­gen­cji znik­nie, otrzyma ona dostęp do sze­ro­kiej i owoc­nej dzia­łal­no­ści wśród ludu, masa uczci­wych mło­dych sił napły­nie na wieś”31.

Soło­wiow otrzy­mał do dys­po­zy­cji rewol­wer i kap­sułkę z cyjan­kiem potasu, by w razie zatrzy­ma­nia popeł­nić samo­bój­stwo. Zama­chu doko­nał 14 kwiet­nia 1879 roku, w drugi dzień pra­wo­sław­nej Wiel­ka­nocy. Podob­nie jak Kara­ko­zow nie miał pro­blemu ze zbli­że­niem się do monar­chy – pomimo bowiem sze­rzą­cego się ter­roru Alek­san­der II na­dal uwa­żał, że jego osoba jest nie­ty­kalna dla pod­da­nych.

Impe­ra­tor miał w zwy­czaju prze­cha­dzać się rano w pobliżu Pałacu Zimo­wego przy budynku sztabu Peters­bur­skiego Okręgu Woj­sko­wego. Wie­dzieli o tym nie­mal wszy­scy miesz­kańcy sto­licy – i wła­śnie tę oko­licz­ność wyko­rzy­stał zama­cho­wiec. Ubrany jak rosyj­ski urzęd­nik (na gło­wie miał cha­rak­te­ry­styczną czapkę z bącz­kiem) pod­szedł do cara i z bli­ska strze­lił do niego. Chy­bił jed­nak, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że w ostat­niej chwili Alek­san­der II spoj­rzał mu bez­po­śred­nio w oczy, co mocno zde­pry­mo­wało Soło­wiowa. Nie zamie­rzał jed­nak zre­zy­gno­wać i gdy władca rzu­cił się do ucieczki w stronę pałacu, ruszył za nim, strze­la­jąc raz za razem. Monar­cha nie stra­cił głowy, biegł zyg­za­kiem, a gdy stra­cił rów­no­wagę (miał sześć­dzie­siąt jeden lat), to „na czwo­ra­kach dalej posu­wał się naprzód”32. Jed­nak jakimś cudem żadna z pię­ciu (!) kul nie była celna, a Soło­wiowa obez­wład­nili nad­bie­ga­jący poli­cjanci.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

N. Berg, Zapi­ski o powsta­niu pol­skiem 1863 i 1864 roku i poprze­dza­ją­cej powsta­nie epoce demon­stra­cyi do 1856 roku, Kra­ków 1898, t. 2, s. 101 [wróć]

M. Kamiń­ski, Ter­ror w powsta­niu stycz­nio­wym, maszy­no­pis pracy magi­ster­skiej, IH UW 1995, s. 47, Archi­wum UW [wróć]

Za: Mani­fe­sta­cja 27 lutego 1861 roku we wspo­mnie­niach, Sta­re­Po­wazki.sowa.website.pl/Pocho­wani/PieciuPoleglych000.html [wróć]

Za: Z. Strzy­żew­ska, Ema­nuel Sza­far­czyk i szty­let­nicy 1863 roku, „Prze­gląd Histo­ryczny”, 4/1986 [wróć]

R. Gór­ski, Pol­scy zama­chowcy. Droga do wol­no­ści, Kra­ków 2008, s. 42 [wróć]

Za: ibi­dem, s. 25 [wróć]

„Dzien­nik Poznań­ski”, 8 lipca 1862 [wróć]

Za: Z. Strzy­żew­ska, op. cit. [wróć]

Za: M. Kamiń­ski, op. cit., s. 7 [wróć]

Ibi­dem, s. 54 [wróć]

Za: R. Gór­ski, op. cit., s. 42 [wróć]

Za: J. Sza­rek, Moskale i for­te­pian Cho­pina, Nie­za­le­zna.pl/46162-moskale-i-for­te­pian-cho­pina [wróć]

Za: ibi­dem[wróć]

Za: M. Kamiń­ski, op. cit., s. 52 [wróć]

A. Łydka, Powsta­nie wybu­chło, jak proch roz­sy­pany, nie jak proch nabity, Pol­ska-zbrojna.pl/home/artic­le­show/21595?t=-Powsta­nie-wybu­chlo-jak-proch-roz­sy­pany-nie-jak-proch-nabity- [wróć]

K. Potrzu­ski, Al-Kaida powsta­nia stycz­nio­wego. Szty­let­nicy i ich dzia­łal­ność w latach 1863-1864, Stycz­niowe.dzien­ni­ki­pow­sta­nia.pl/al-kaida-powsta­nia-stycz­nio­wego-szty­let­nicy-i-ich-dzia­lal­nosc-w-latach-1863-1864/ [wróć]

M. Kamiń­ski, op. cit., s. 36 [wróć]

Ibi­dem, s. 38 [wróć]

Ibi­dem, s. 58 [wróć]

Ibi­dem[wróć]

Ibi­dem, s. 59 [wróć]

Za: ibi­dem, s. 58 [wróć]

Za: Z. Strzy­żew­ska, op. cit. [wróć]

Ibi­dem[wróć]

Za: E. Radziń­ski, Alek­san­der II. Ostatni wielki car, War­szawa 2005, s. 462 [wróć]

Za: L. Baum­gar­ten, Marzy­ciele i kró­lo­bójcy, War­szawa 1960, s. 75-76 [wróć]

Za: E. Radziń­ski, op. cit., s. 303 [wróć]

Za: ibi­dem, s. 307 [wróć]

Za: ibi­dem, s. 317 [wróć]

W. Figner, Trwały ślad, War­szawa 1962, t. 1, s. 147 [wróć]

Za: ibi­dem, t. 1, s. 147 [wróć]

Za: J. Kucha­rzew­ski, Od bia­łego caratu do czer­wo­nego, War­szawa 2000, t. 5, s. 258 [wróć]