Pole Position. One the grid #1 - Joanna Świątkowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Pole Position. One the grid #1 ebook i audiobook

Joanna Świątkowska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Po dwóch latach przerwy do Formuły 1 wraca Cassian Ravelle – pojawia się z determinacją, własnym teamem i jednym celem: zdominować tor, z którego jakiś czas temu odszedł z hukiem. Powrót wiąże się z potrzebą zatrudnienia nowego menadżera. Zostaje nią debiutantka w branży, a zarazem kobieta, z którą Cassian kilka dni wcześniej spędził noc.

Lilith Rhodes dostaje proste zasady pracy: pilnować sponsorów, kontrolować, aby o jej kliencie mówiono w samych superlatywach i przede wszystkim chronić go przed nim samym. Okazuje się, że ta lista zwiększa się o zadanie dodatkowe: udawanie dziewczyny swojego klienta.

Między Cassianem a Lilith pojawia się chemia, a to wpisuje się idealnie w plany Velano Motors. W końcu nic tak nie przyciąga nowych sponsorów jak ocieplony wizerunek człowieka, który wiecznie przeklina, mówi, co myśli, nigdy nie przeprasza i uchodzi za największego playboya Formuły 1.

Losy tej pary mają być historią o drugiej szansie, stabilizacji i wielkim powrocie, która przyciągnie wielkie pieniądze. Tylko że w Formule 1 nawet najmniejszy błąd może kosztować nie tylko tytułowe Pole position, ale także… serce, którego żadne z nich nie zamierzało stawiać na szali.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 285

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 24 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik i Dominik Mironiuk

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Justyska95

Nie oderwiesz się od lektury

  🏎️Kocham książki Asi całym sercem, a gdy zobaczyłam, że napisała książkę z Formułą 1 w tle, wiedziałam, że to coś dla mnie. I co? Nie pomyliłam się! Przepadałam na amen!  🏎️Cassian Revelle wraca z dwuletniej emerytury. Dawniej jeździł dla Ferrari, teraz wraca z własnym zespołem, własnymi zasadami. Nikt nie będzie mu mówił co ma robić i jak ma robić. Jest zdeterminowany by wrócić do Formuły z przytupem. Pierwsze miejsce musi być jego.  🏎️Lilith Rhodes zostaje nową menadżerką Cassiana. Ma odpowiadać za umowy, kontrakty. Prosta sprawa. Jednak wszystko komplikuje się w momencie, gdy dociera do obojgu, że poznali się wcześniej, w dość jednoznacznym położeniu. Do tego wychodzi pomysł, by Lilith udawała dziewczynę Cassiana. Wymuszona bliskość, częste zmiany miejsca, adrenalina. To wszystko sprawia, że ta dwójka zbliża się do siebie. Ale czy to wszystko jest warte grzechu? 🏎️Chemię między tą dwójką czuć od samego początku. Są jak dwa ognie, które wzajemnie się nakręcają. Ona nie d...
00



Spis Treści

Dro­gi Czy­tel­ni­ku!1.Nowa ro­dzi­naCo­py­ri­ght

Drogi Czytelniku!

Za­pra­szamCiędohi­sto­rii, któ­ra to­czy się w świe­cie mo­to­spor­tu. Znaj­dziesz w ksi­ążce spo­ro języ­ka zwi­ąza­ne­go z wy­ści­ga­mi – wy­ja­śnie­nia znaj­dziesz w Słow­nicz­ku na ko­ńcu ksi­ążki. A je­śli chcesz le­piej po­czuć kli­mat, przy­cho­dzę do Cie­bie z wy­jąt­ko­wą play­li­stą!

1.Nowa rodzina

Lilith

Sta­łamprzypa­no­ra­micz­nymoknie w ga­bi­ne­cie Vi­vien­ne, ob­ser­wu­jąc no­wo­jor­skie ży­cie to­czące się pod mo­imi sto­pa­mi. Klak­so­ny, mi­ga­jące świa­tła, lu­dzie, któ­rzy za­wsze wie­dzie­li, do­kąd idą. Cze­ka­łam na moją sze­fo­wą, a jed­no­cze­śnie ko­bie­tę, dzi­ęki któ­rej mia­łam po­wód do wsta­wa­nia co­dzien­nie z łó­żka.

– Prze­pra­szam, że mu­sia­łaś cze­kać! – wpa­dła do ga­bi­ne­tu. – Dzi­siej­szy dzień to ist­ne sza­le­ństwo!

Vi­vien­ne Ha­no­ver była praw­dzi­wym wul­ka­nem ener­gii. Gęste blond wło­sy mi­ęk­ko opa­da­ły na jej ra­mio­na. Prze­cze­sa­ła je pal­ca­mi, sia­da­jąc za biur­kiem. Zlu­stro­wa­ła mnie swo­imi nie­bie­ski­mi ocza­mi, po­sy­ła­jąc pi­ęk­ny uśmiech.

– Nic nie szko­dzi. – Usia­dłam przed biur­kiem. – Dla­cze­go chcia­łaś się ze mną dzi­siaj spo­tkać?

Kla­snęła w dło­nie.

– Je­steś go­to­wa.

– Go­to­wa na co kon­kret­nie?

– Jak to na co, głup­ta­sie? Na swo­je­go pierw­sze­go klien­ta!

Jej sło­wa za­wi­sły mi­ędzy nami. Pierw­szy klient. Cze­ka­łam na ten mo­ment od mie­si­ęcy, a kie­dy nad­sze­dł, za­miast eks­cy­ta­cji po­czu­łam strach. Na moje bar­ki spa­da­ła wiel­ka od­po­wie­dzial­no­ść. Przez ostat­nie mie­si­ące by­łam w agen­cji cie­niem. Uczy­łam się, ob­ser­wo­wa­łam, wy­ko­ny­wa­łam po­le­ce­nia. Vi­vien­ne osiem lat temu za­ło­ży­ła agen­cję, któ­ra zrze­sza­ła me­na­dże­rów pra­cu­jących dla spor­tow­ców, ce­le­bry­tów, ar­ty­stów wy­so­kiej pó­łki. Lu­dzie wy­pru­wa­li so­bie wnętrz­no­ści, aby do­stać się na staż do Ha­no­ver Me­dia Agen­cy. Cóż, ja nie mu­sia­łam, po­nie­waż Vi była moją nie­do­szłą ma­co­chą. Roz­sta­ła się z moim oj­cem dzie­wi­ęć lat temu. Lau­ren­ta nie chcia­ła wi­dzieć na oczy, ży­czy­ła mu spo­tka­nia sa­me­go dia­bła i gni­cia w męczar­niach. Na szczęście mnie nie ży­czy­ła tego sa­me­go. Kie­dy, na prze­kór ro­dzi­com, szu­ka­łam wła­snej ży­cio­wej dro­gi, wzi­ęła mnie pod swo­je skrzy­dła.

– Nie cie­szysz się? – spy­ta­ła za­sko­czo­na wi­docz­nym bra­kiem en­tu­zja­zmu.

– Cie­szę! – Skła­ma­łam. – Ale my­śla­łam, że jesz­cze przez chwi­lę będę mo­gła się od cie­bie uczyć.

– Sko­ńczy­łaś stu­dia. Zro­bi­łaś wszyst­kie kur­sy, na ja­kie cię po­sła­łam. Wy­ro­bi­łaś so­bie mar­kę i masz pierw­sze zna­jo­mo­ści. Pra­cu­jesz tu wy­star­cza­jąco dłu­go, abym mo­gła mieć pew­no­ść, że so­bie świet­nie po­ra­dzisz. Prze­cież wiesz, że nie trak­tu­ję cię ulgo­wo.

– Nie wszy­scy są tego sa­me­go zda­nia – mruk­nęłam pod no­sem.

Vi­vien­ne nie ukry­wa­ła przed swo­imi pra­cow­ni­ka­mi, że po­zna­ły­śmy się wcze­śniej.

– Kie­dy mia­ła­bym do­stać tego no­we­go klien­ta?

– Za­raz po two­im po­wro­cie z Lon­dy­nu.

Lon­dyn. Nie chcia­łam tam le­cieć i gdy­by Vi po­trze­bo­wa­ła mnie na miej­scu, zo­sta­ła­bym. Moja mat­ka wy­cho­dzi­ła za mąż po raz… Do­bra, nie war­to li­czyć. Mia­łam wi­ęcej eks ta­tu­siów, niż oj­ciec fun­do­wał mi po­ten­cjal­nych no­wych ma­muś. Tak, moi ro­dzi­ce byli przy­kła­dem lu­dzi, któ­rzy nie po­win­ni mieć dzie­ci.

Nowy mąż mo­jej mat­ki był an­giel­skim lor­dem. Z ty­tu­łem, po­sia­dło­ścią i sy­nem, z któ­rym ca­łkiem nie­źle się do­ga­dy­wa­łam. Po raz pierw­szy chy­ba zła­pa­łam język z przy­rod­nim ro­dze­ństwem.

– Co to za klient? Przej­mę go po in­nym agen­cie, czy to ktoś nowy?

Na twa­rzy Vi po­ja­wił się de­li­kat­ny uśmiech.

– Na ten mo­ment nie­wie­le mogę zdra­dzić. Umo­wa cały czas jest w fa­zie pod­pi­sy­wa­nia, a jemu za­le­ży na dys­kre­cji. Dla mo­jej agen­cji to ogrom­na szan­sa.

– Sko­ro to taki wa­żny klient, może nie po­win­nam go do­sta­wać?

– Wła­śnie dla­te­go chcę, abyś to ty go do­sta­ła. On po­trze­bu­je ko­goś mło­de­go, ko­goś, kto nie boi się od­wa­żnych kro­ków, ale też po­trze­bu­ję ko­goś, kto cho­ciaż tro­chę zna… For­mu­łę 1.

Po­czu­łam, jak moje ser­ce za­czy­na ko­ła­tać. Czy ona na­praw­dę po­wie­dzia­ła to, co usły­sza­łam? For­mu­ła 1? Nie, nie, nie!

– Nie!

Spoj­rza­ła na mnie już bez gra­ma uśmie­chu. Vi była mi bli­ższa niż moja mama, ale w biz­ne­sie kie­ro­wa­ła się wła­snym in­te­re­sem i nie lu­bi­ła, gdy pra­cow­ni­cy jaw­nie się sprze­ci­wia­li.

– Nie to chcia­łam usły­szeć, Li­lith.

– For­mu­ła 1? Nie, Vi! Nie ma mowy!

Wes­tchnęłam i od­chy­li­łam się na krze­śle. Spoj­rza­łam w stro­nę pa­no­ra­micz­ne­go okna. Z jed­nej stro­ny ro­zu­mia­łam, dla­cze­go wy­bra­ła mnie, choć bez do­świad­cze­nia. Ża­den z za­trud­nio­nych tu me­na­dże­rów nie pra­co­wał wcze­śniej z oso­bą z F1.

– Wiesz, co mój oj­ciec zna­czy w For­mu­le. Wiesz, jak bar­dzo chcę się od tego trzy­mać z da­le­ka.

Lau­rent Me­stral był czło­wie­kiem, któ­ry w For­mu­le 1 był ni­czym arab­ski szejk, otwie­ra­jący swo­je sej­fy, pe­łne bo­gac­twa i szans na zdo­mi­no­wa­nie se­zo­nu. Mój oj­ciec był Szwaj­ca­rem, a jego naj­wi­ęk­szym klien­tem było Fer­ra­ri. Był im lo­jal­ny ni­czym pies pa­ster­ski.

– Spo­koj­nie, to nikt z Fer­ra­ri.

– Bez ró­żni­cy. Dla mnie to jed­no i to samo. Tam ka­żdy zna mo­je­go ojca, wła­zi mu w dupę i… Vi, wiem, że dla cie­bie to szan­sa, ale ja na­praw­dę nie chcę pra­co­wać z kimś z For­mu­ły.

– A czy przez chwi­lę mo­gła­byś na to spoj­rzeć z in­nej per­spek­ty­wy? Twój oj­ciec tobą gar­dzi. Robi z cie­bie swo­je­go pion­ka. Przy­po­mi­na so­bie o to­bie, kie­dy je­steś mu po­trzeb­na. Mo­żesz mu po­ka­zać, że nie je­steś na jego smy­czy. Po­dej­mu­jesz wła­sne de­cy­zje, pra­cu­jesz w mo­to­spor­cie na wła­snych za­sa­dach i ni­g­dy nie ugniesz się pod ci­ęża­rem jego spoj­rze­nia. Za­wsze ci na tym za­le­ża­ło. Tak, na po­cząt­ku może nie być ła­two. Lau­rent będzie pró­bo­wał we­jść ci w dro­gę, ugrać coś dla sie­bie, ale ty po­ka­żesz mu, wo­bec kogo je­steś lo­jal­na. Wo­bec sie­bie.

– Nie chcę, żeby Lau­rent miał do mnie do­stęp. Ani przez klien­ta, ani przez me­dia, ani przez co­kol­wiek zwi­ąza­ne­go z F1.

– Nie je­steś już na­sto­lat­ką. Je­steś do­ro­słą, świa­do­mą ko­bie­tą, po­dej­mu­jącą wła­sne de­cy­zje. Pra­cu­jesz dla mnie. Nie dla swo­je­go ojca. On może spa­dać na drze­wo.

– Wzi­ęłaś tego klien­ta, aby za­grać mu na no­sie?

– Może – przy­zna­ła się z uśmie­chem. – Ale nie chcę, abyś my­śla­ła, że cię wy­ko­rzy­stu­ję. Po pro­stu wiem, że nikt nie zaj­mie się tym klien­tem le­piej od cie­bie. Znasz ten świat. By­łaś w nim. Za jego ple­ca­mi, ale by­łaś. Po­trze­bu­ję cię. – Spoj­rza­ła mi pew­nie w oczy. – Wróć ze ślu­bu – po­wie­dzia­ła ła­god­nie. – Zre­se­tuj się w tej An­glii, po­ukła­daj so­bie wszyst­ko w gło­wie, a kie­dy wró­cisz, jesz­cze raz po­roz­ma­wia­my.

Chcia­łam jej po­wie­dzieć, że je­że­li będę mia­ła w An­glii zbyt wie­le cza­su, jesz­cze wpad­nę na ge­nial­ny po­my­sł, aby się zwol­nić. Nie chcia­łam jed­nak tra­cić pra­cy. Nie chcia­łam jej zmie­niać, ale coś czu­łam, że mogę wpa­ść na taki po­my­sł, je­że­li w An­glii coś mnie strze­li.

Za­bra­łam to­reb­kę i wy­szłam z ga­bi­ne­tu mo­jej sze­fo­wej. Na­praw­dę chcia­łam się trzy­mać z da­le­ka od świa­ta mo­je­go ojca, ale ro­zu­mia­łam, że Vi po­trze­bo­wa­ła tego klien­ta, bo For­mu­ła, ge­ne­ro­wa­ła gi­gan­tycz­ne pie­ni­ądze. Fir­ma do­brze pro­spe­ro­wa­ła, ob­słu­gi­wa­li­śmy wie­le to­po­wych na­zwisk, ale Vi za­le­ża­ło na tym, aby mieć wi­ęcej mi­lio­no­wych klien­tów, a gwiaz­da For­mu­ły 1, za­do­wo­lo­na z na­szych usług, mo­gła szep­nąć do­bre słów­ko da­lej i przy­ci­ągnąć Vi no­wych klien­tów. Szko­da tyl­ko, że moim kosz­tem.

Wła­śnie ro­bi­łam pierw­szy krok w stro­nę świa­ta, od któ­re­go całe ży­cie pró­bo­wa­łam uciec.

***

Wy­sia­dłam z win­dy na ostat­nim pi­ętrze. Moje miesz­ka­nie po­grążo­ne było w ci­szy i mro­ku. Włączy­łam świa­tło. Nie było tam ni­ko­go, kto na mnie cze­kał. Od nie­mal pó­łto­ra roku by­łam sama. Z moim po­przed­nim chło­pa­kiem roz­sta­łam się za­raz po tym, jak przy­ła­pa­łam go na zdra­dzie.

Miesz­ka­nie skła­da­ło się z po­łączo­nej prze­strze­ni, w skład któ­rej wcho­dzi­ły sa­lon, ja­dal­nia i kuch­nia. W głębi miesz­ka­nia na lek­kim pod­wy­ższe­niu znaj­do­wa­ła się moja sy­pial­nia, gar­de­ro­ba oraz ła­zien­ka. Ka­żdy kąt był do­pra­co­wa­ny do per­fek­cji. Mar­mu­ro­we podło­gi, mar­mu­ro­we fi­la­ry pod­trzy­mu­jące strop, wi­dok z sze­śćdzie­si­ąte­go ósme­go pi­ętra na per­fek­cyj­ny Man­hat­tan to­nący w mi­lio­nach świa­te­łek.

– Pa­mi­ętaj, komu to wszyst­ko za­wdzi­ęczasz!

Głos mo­je­go ojca wy­brzmiał w mo­jej gło­wie. Sły­sza­łam go nie­mal co­dzien­nie, kie­dy wra­ca­łam do domu. Po­win­nam się spa­ko­wać i wy­pro­wa­dzić, ale… przy­zwy­cza­iłam się do wy­go­dy. Pa­ra­doks. Chcia­łam trzy­mać się z da­le­ka od mo­je­go ojca, a jed­nak jego pie­ni­ądze da­wa­ły mi za­bez­pie­cze­nie. Nie mu­sia­łam uże­rać się z wła­ści­cie­la­mi, nie mu­sia­łam się mar­twić na­głą eks­mi­sją, bo ktoś chce od­zy­skać swój lo­kal.

Zrzu­ci­łam płaszcz na opar­cie krze­sła. Prze­szłam boso po chłod­nej podło­dze. Moje od­bi­cie prze­su­wa­ło się w lu­strza­nych po­wierzch­niach ścian. Szczu­pła syl­wet­ka, dłu­gie czar­ne wło­sy spły­wa­jące swo­bod­nie po ple­cach, prze­cho­dzące od po­ło­wy w chłod­ny gra­dient trzech od­cie­ni sza­ro­ści. Wło­sy były moim zna­kiem roz­po­znaw­czym. Oj­ciec mó­wił, że wy­glądam śmiesz­nie, a ja upo­rczy­wie trzy­ma­łam ten ko­lor, po­nie­kąd z ra­do­ścią ro­bi­ąc mu na zło­ść. Ciem­ne oczy pod­kre­śla­łam moc­niej­szym ma­ki­ja­żem. Usta ro­bi­łam za­wsze krwi­ście czer­wo­ne.

Za­trzy­ma­łam się przy ku­chen­nej wy­spie i na­la­łam so­bie bia­łe­go wina. Wzi­ęłam za­chłan­ny łyk. Nie po­mó­gł. Wzi­ęłam ko­lej­ny.

For­mu­ła 1.

Nie mo­głam wy­łączyć my­śle­nia. Za­ci­snęłam pal­ce na kie­lisz­ku. Vi mia­ła ra­cję. Zna­łam ten świat. I cho­ciaż ni­g­dy nie by­łam w jego środ­ku, nie sta­łam u boku ojca w jego brud­nych in­te­re­sach, wie­dzia­łam, co tym świa­tem kie­ru­je. Wie­dzia­łam, z kim trze­ba trzy­mać, aby osi­ągać suk­ces. Wie­dzia­łam, od kogo na­le­ży ucie­kać, aby nie zna­le­źć się na dnie. Wie­dzia­łam, na któ­rych ga­lach trze­ba być, a na któ­re nie war­to tra­cić cza­su.

Po­szłam do sy­pial­ni i otwo­rzy­łam gar­de­ro­bę. Rzędy ubrań wi­sia­ły ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­ne. Wy­bra­łam czar­ną, ce­ki­no­wą su­kien­kę na cien­kich ra­mi­ącz­kach. Wy­so­kie szpil­ki pod­kre­śli­ły moje dłu­gie i zgrab­ne nogi. Kre­ska na po­wie­ce była nie­ska­zi­tel­na. Rzęsy ro­bi­łam kil­ka dni temu. Wło­sy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne.

Noc­tur­ne było ide­al­nym miej­scem, w któ­rym szło za­po­mnieć o świe­cie zo­sta­wia­nym za drzwia­mi. Ochro­na mnie zna­ła. Wpu­ści­li mnie bez sta­nia w ko­lej­ce. Po­de­szłam do baru i za­mó­wi­łam drin­ka.

Ru­szy­łam na par­kiet. Ta­ńczy­łam mi­ędzy nie­zna­jo­my­mi twa­rza­mi. Po­zwa­la­łam, by noc mnie pro­wa­dzi­ła. Ni­g­dy nie chcia­łam, aby świat ojca mnie wci­ągnął. Ko­cha­łam Vi bar­dziej niż moją mat­kę. Opie­ko­wa­ła się mną, kie­dy Ele­anor szu­ka­ła so­bie ko­lej­ne­go męża, a mną miał się zaj­mo­wać wte­dy oj­ciec. Trwa­ły wte­dy wa­ka­cje, a przez te kil­ka ty­go­dni w roku by­łam zmu­szo­na spędzać czas pod da­chem mo­je­go ojca. Jed­nak, mimo że ko­cha­łam Vi, nie chcia­łam, aby mnie wy­ko­rzy­sta­ła. Wie­dzia­łam, że po­zy­ska­nie klien­ta z mo­to­spor­tu to nie żad­na ze­msta na moim ojcu. Nie mie­li z Lau­ren­tem kon­tak­tu od dzie­wi­ęciu lat. Ona była szczęśli­wa ze swo­im na­rze­czo­nym, a mój oj­ciec od tego cza­su był już z trze­ma in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Ka­żde po­szło w swo­je stro­ny. Nie­mal o so­bie za­po­mnie­li. Je­dy­nie, kie­dy wi­dzia­łam się z oj­cem, py­tał mnie, co u Vi, a ja la­ko­nicz­nie od­po­wia­da­łam: w po­rząd­ku. Nie­mal to samo od­po­wia­da­łam Vi, kie­dy py­ta­ła o ojca: na­dal żyje.

Mia­łam kil­ka dni, aby prze­my­śleć, jaką od­po­wie­dź dać mo­jej sze­fo­wej. Nie chcia­łam od­cho­dzić z pra­cy, ale je­że­li uznam, że by­cie me­na­dżer­ką ko­goś z mo­to­spor­tu będzie dla mnie zbyt ry­zy­kow­ne, po­dej­mę tę jed­ną, dra­stycz­ną de­cy­zję.

Ale to za kil­ka dni. Te­raz się za­baw­my.

***

Prze­su­nęłam de­li­kat­nie dło­nią po twa­rzy i po­czu­łam ude­rza­jącą falę mdło­ści. Świet­nie, mia­łam kaca.

Otwo­rzy­łam oczy i spoj­rza­łam w su­fit. Nie wy­glądał jak su­fit w moim apar­ta­men­cie. Nie pa­so­wa­ły mi od­bi­ja­jące się na nim ko­lo­ry.

Gdzie ja, do cho­le­ry, je­stem?

Ude­rzy­ła we mnie pa­ni­ka. Moje my­śli były cha­otycz­ne. Ser­ce ga­lo­pem biło w pier­si. Bo­la­ła mnie gło­wa i było mi nie­do­brze. Żo­łądek mia­łam zwi­ąza­ny w su­peł. My­śli wra­ca­ły po­wo­li. By­łam w klu­bie. Pi­łam, ta­ńczy­łam, śmia­łam się. Po­zna­łam ja­kie­goś fa­ce­ta. Za­mó­wił mi drin­ka, chwi­lę po­ga­da­li­śmy, a pó­źniej… wsie­dli­śmy w tak­sów­kę i przy­je­cha­li­śmy do ho­te­lu. Prze­kręci­łam gło­wę.

– Szlag!

Nie by­łam sama.

Pod­nio­słam się do po­zy­cji sie­dzącej. Obok mnie le­żał mężczy­zna. Od pasa w górę był nagi. Spał na brzu­chu z dło­ńmi wsu­ni­ęty­mi pod po­dusz­kę. Twarz miał zwró­co­ną w dru­gą stro­nę. Sze­ro­kie bar­ki no­si­ły drob­ne śla­dy mo­ich pa­znok­ci. I nie czu­łam z tego po­wo­du ab­so­lut­nie żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Do­bra, po­nio­sło mnie i już pa­mi­ętam dla­cze­go. Seks był… in­ten­syw­ny, bez­piecz­nie nie­bez­piecz­ny i taki, o któ­rym my­ślisz na dłu­go po jego fi­na­le. Nie by­łam w sta­nie przy­po­mnieć so­bie imie­nia tego fa­ce­ta. By­łam pew­na, że się przed­sta­wił, ale al­ko­hol za­mro­czył mi tę jed­ną ko­mór­kę my­ślo­wą.

Po­ru­szy­łam się ostro­żnie. Prze­ście­ra­dło zsu­nęło się z mo­je­go cia­ła. Mężczy­zna mruk­nął coś przez sen, ale się nie obu­dził. Świet­nie! Nie mia­łam ocho­ty na roz­mo­wę. Chcia­łam znik­nąć. Wy­su­nęłam się z łó­żka tak ci­cho, jak po­tra­fi­łam. Sto­py do­tknęły mi­ęk­kiej wy­kła­dzi­ny. Prze­cze­sa­łam wło­sy pal­ca­mi, spo­gląda­jąc na ze­ga­rek. Mia­łam pięć go­dzin do sa­mo­lo­tu. Mu­sia­łam wró­cić do domu, do­ko­ńczyć pa­ko­wa­nie i je­chać na lot­ni­sko, aby zdążyć na lot do Lon­dy­nu. Szyb­ko ze­bra­łam po­roz­rzu­ca­ne po po­ko­ju ubra­nia. Nie ro­bi­łam tego pierw­szy raz. Wie­lo­krot­nie wy­my­ka­łam się nad ra­nem z cu­dzych sy­pial­ni, nie zo­sta­wia­jąc żad­nej kar­tecz­ki.

W ła­zien­ce spoj­rza­łam na sie­bie w lu­strze. Roz­ma­za­ny ma­ki­jaż, po­tar­ga­ne wło­sy, po­mad­ka, któ­ra stra­ci­ła swój błysk za spra­wą po­ca­łun­ków ostat­niej nocy… By­łam lek­ko ska­co­wa­na, ale nie mia­łam żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Wło­ży­łam su­kien­kę, po­pra­wi­łam wło­sy i wy­szłam z ła­zien­ki. Mój noc­ny ko­cha­nek spał. Nie da­łam mu ca­łu­sa na po­że­gna­nie. Za­bra­łam to­reb­kę, za­mó­wi­łam Ube­ra i wy­szłam z bu­ta­mi w dło­niach.

Uber cze­kał już na mnie pod ho­te­lem. Kie­row­ca rzu­cił ukrad­ko­we spoj­rze­nie, ale ko­men­tarz zo­sta­wił dla sie­bie. Opa­rłam gło­wę o szy­bę, ob­ser­wu­jąc mia­sto prze­su­wa­jące się za szkłem. Te­le­fon za­wi­bro­wał mi w dło­ni. De­li­kat­nie uśmiech­nęłam się pod no­sem, wi­dząc nadaw­cę.

Hay­den: O któ­rej lądu­jesz? Oj­ciec chce wie­dzieć, na któ­rą go­dzi­nę pod­sta­wić kie­row­cę.Li­lith: Nie wiem, nie pa­mi­ętam. Nie każ mi te­raz szu­kać bi­le­tu i spraw­dzać.Hay­den: Gdzie je­steś?Li­lith: W Ube­rze.Hay­den: Któ­ra jest u cie­bie go­dzi­na?Li­lith: Chwi­la po czwar­tej… nad ra­nem. Nie susz gło­wy, mam kaca!Hay­den: Przy­naj­mniej był wart nie­prze­spa­nej nocy?Li­lith: Chy­ba tak.

Za­śmia­łam się, pi­sząc ostat­nią wia­do­mo­ść.

Hay­den: Chy­ba?Li­lith: No… nie­wie­le pa­mi­ętam. Nie osądzaj. Sam nie je­steś lep­szy.

Do­je­cha­li­śmy pod moje miesz­ka­nie. Czte­ry i pół go­dzi­ny do sa­mo­lo­tu. Czas we­jść na wy­ższe ob­ro­ty i we­jść w rolę… cór­ki Ele­anor Rho­des. A może Parks? Cho­ciaż ostat­nio na­zy­wa­ła się Le­vi­ne.

Nie­wa­żne. Za dwa dni będzie Da­ven­port.

Tyl­ko na jak dłu­go?

***

Cze­mu lu­dzie za­chwy­ca­ją się An­glią, wrzu­ca­jąc ją na swo­je li­sty must vi­sit? Zim­no, po­nu­ro, mgli­ście i dżdży­ście. Aura przy­pra­wi­ła mnie o de­pre­sję już w mo­men­cie wyj­rze­nia przez okno sa­mo­lo­tu. Co to będzie, jak wyj­dę poza lot­ni­sko?

Ri­chard Da­ven­port był an­giel­skim biz­nes­me­nem, któ­re­go moja mat­ka po­zna­ła na przy­jęciu w No­wym Jor­ku. Dwie go­dzi­ny roz­mów i czte­ry drin­ki pó­źniej dzie­li­li wspól­ne łó­żko ho­te­lo­we, aby po trzech mie­si­ącach ro­man­su stwier­dzić, że są so­bie pi­sa­ni. Ele­anor prze­ży­wa­ła dru­gą mło­do­ść. Pa­trzy­ła na mnie z na­dzie­ją, że będę za­zdro­sna, kogo uda­ło jej się usi­dlić i jak nie musi się mar­twić o pie­ni­ądze. Cóż, ni­cze­go jej nie za­zdro­ści­łam.

Ri­chard był tak uprzej­my, że wy­słał po mnie kie­row­cę. Si­wie­jący kie­row­ca mó­wił do mnie nie­na­gan­ną an­gielsz­czy­zną. Otwo­rzył mi drzwi, opo­wia­dał o mi­ja­nych za­byt­kach i uro­kach miesz­ka­nia w An­glii. Przy­ta­ki­wa­łam w grzecz­no­ści, a w my­ślach od­li­cza­łam dni do sa­mo­lo­tu po­wrot­ne­go.

Kie­row­ca za­trzy­mał się przed ma­syw­ną że­la­zną bra­mą, któ­ra otwie­ra­ła się po­wo­li, bu­du­jąc na­pi­ęcie. Re­zy­den­cja Da­ven­por­tów była ogrom­na. Ka­mien­na fa­sa­da, wy­so­ki por­tyk z ko­lum­na­mi, ozdob­ne ba­lu­stra­dy przy bal­ko­nach. Okna mia­ły ciem­ne ramy, pod­jazd po­kry­wał ide­al­nie uło­żo­ny bruk. Ca­ło­ść pre­zen­to­wa­ła się z kla­są. I chło­dem. Ta­kim bo­ga­tym, an­giel­skim chło­dem. Czu­łam się jak na pla­nie fil­mo­wym no­we­go se­zo­nu Do­wn­ton Ab­bey lub Brid­ger­to­nów.

– Gra­tu­la­cje, mamo. Usta­wi­łaś się do­kład­nie tak, jak chcia­łaś – po­wie­dzia­łam do sie­bie, wy­gląda­jąc przez okno. – Świat się ko­ńczy.

Będziesz tu­taj mile wi­dzia­na. Sło­wa mat­ki dud­ni­ły mi w gło­wie. Po­dob­no były to sło­wa Ri­char­da. Cie­ka­we, czy na­praw­dę będę mo­gła wpa­dać bez za­po­wie­dzi, czy był to grzecz­no­ścio­wy zwrot an­giel­skie­go lor­da. Po­dej­rze­wa­łam to dru­gie. Ri­chard miał do­ro­słe­go syna, któ­ry nie­mal nie by­wał w domu. By­łam pew­na, że i mnie nie będą chcie­li często wi­dzieć na oczy, aby wić so­bie tu­taj gniazd­ko no­wo­że­ńców.

Kie­row­ca wska­zał mi drzwi we­jścio­we. Sam miał za­jąć się moją wiel­ką wa­liz­ką. Gdy wspi­ęłam się na trze­ci scho­dek, drzwi od re­zy­den­cji się otwo­rzy­ły. Za pro­giem do­strze­głam go­spo­się. Mat­ka wie­dzia­ła, jak się usta­wić. Nie chcę źle za­brzmieć, bo do­brze jej ży­czy­łam i nie prze­ma­wia­ło prze­ze mnie żad­ne zgorzk­nie­nie, ale mia­łam dwa­dzie­ścia trzy lata i tro­chę ją zna­łam.

Wnętrze ro­bi­ło wra­że­nie. Ka­mien­ne scho­dy, ob­ra­zy w ma­syw­nych ra­mach, krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le, per­skie dy­wa­ny. Tu­taj czas się za­trzy­mał, a no­wo­cze­sno­ść zo­sta­wa­ła za pro­giem. Spoj­rza­łam na scho­dy, na któ­rych po­ja­wi­ła się moja mama ubra­na w gra­na­to­wą je­dwab­ną suk­nię. Ele­anor na pierw­szy rzut oka nie mo­żna było okre­ślić moją mat­ką. W ogó­le nie by­ły­śmy do sie­bie po­dob­ne. Mat­ka była fi­li­gra­no­wą blon­dyn­ką o mi­ęk­kich wło­sach i zie­lo­nych oczach. Mia­ła za sobą kil­ka za­bie­gów me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, po­nie­waż nie go­dzi­ła się z tym, że mia­ła czter­dzie­ści dwa lata i czas za­czął od­ci­skać na niej swo­je pi­ęt­no.

– Li­lith! – Po­ca­ło­wa­ła mnie w oba po­licz­ki, jak­by­śmy nie wi­dzia­ły się od roku, a nie od mie­si­ąca, kie­dy by­łam tak uprzej­ma i od­wio­złam ją na lot­ni­sko.

– Cze­ść, mamo.

– Jak lot?

– Dłu­gi – od­po­wie­dzia­łam.

– Jak ci się tu­taj po­do­ba?

Ro­zej­rza­łam się, gry­ząc się w język, aby nie po­wie­dzieć zbyt wie­le.

– Ina­czej niż w domu – od­po­wie­dzia­łam, ci­cho chrząka­jąc.

Dom. Dziw­nie to brzmia­ło, bo ni­g­dy nie mia­łam praw­dzi­we­go domu, jak moje ko­le­żan­ki. Mama nie pie­kła dla mnie cia­ste­czek, nie od­ra­bia­ła ze mną lek­cji, a im­pre­zo­wa­ła i szu­ka­ła ko­lej­ne­go męża. Moi ro­dzi­ce po­zna­li się, kie­dy mia­ła dwa­dzie­ścia lat, a on dwa­dzie­ścia pięć. Rok pó­źniej zo­sta­li ro­dzi­ca­mi, któ­ry­mi nie chcie­li być. Trzy lata pó­źniej zo­sta­łam w wy­pa­sio­nym domu je­dy­nie z mamą, któ­ra za­miast usy­piać swo­ją małą cór­kę, im­pre­zo­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi i przy­pro­wa­dza­ła do domu po­ten­cjal­nych ta­tu­siów. Wi­ęk­szo­ść z nich ucie­ka­ła z sa­me­go rana, kie­dy wi­dzie­li małą dziew­czyn­kę w ró­żo­wej pi­żam­ce.

Po wie­lu po­ra­żkach i ma­ru­dze­niu, że mężczy­źni są in­fan­tyl­ni i nie­doj­rza­li, mama rzu­ci­ła się w wir pra­cy. Zo­sta­ła agent­ką dzieł sztu­ki. Kto by po­my­ślał, że to będzie jej za­wód ma­rzeń, ide­al­ny do ło­wie­nia mężów. I tak kil­ka nie­uda­nych ma­łże­ństw pó­źniej na jed­nym z ban­kie­tów dla ko­lek­cjo­ne­rów po­zna­ła Ri­char­da. Oboj­gu wy­da­wa­ło się, że wy­gra­li los na lo­te­rii, bo mat­ka wi­dzia­ła pie­ni­ądze i pre­stiż, a on ko­bie­tę, któ­ra nie będzie na­rze­ka­ła, że za dużo pra­cu­je. W oba­wie, że uciek­nie, po­da­ro­wał jej pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy wiel­ko­ści żel­ki w kszta­łcie mi­sia Ha­ri­bo.

– A kogo my tu mamy?!

Świ­ęte­go Mi­ko­ła­ja – mruk­nęłam w my­ślach.

Ri­chard Da­ven­port, mój nowy oj­czym, był jed­nym z tych mężczyzn, któ­rzy mają nie­na­gan­ny ak­cent i ubiór. Był do­brze zbu­do­wa­nym pi­ęćdzie­si­ęcio­lat­kiem, któ­ry na­wet w domu cho­dził w gar­ni­tu­rze. Po­dzi­wia­łam ta­kich lu­dzi, któ­rzy ro­bi­li po­ka­zów­kę w miej­scu, w któ­rym na ni­kim nie ro­bi­li wra­że­nia. Wie­dzia­łam, że nie był złym czło­wie­kiem, ale nie za­mie­rza­łam od­gry­wać roli słod­kiej pa­sier­bi­cy w an­giel­skim te­atrzy­ku.

– Cze­ść, Ri­chard. – Uśmiech­nęłam się. – Mo­gła­bym iść do swo­je­go po­ko­ju? Chcia­ła­bym od­po­cząć przed ko­la­cją.

– Tak, za­pro­wa­dzę cię! – Mama za­re­ago­wa­ła z prze­sad­nym en­tu­zja­zmem.

Wspi­na­ły­śmy się po scho­dach, a ja czu­łam się jak bo­ha­ter­ka an­giel­skie­go hor­ro­ru. Je­że­li w nocy usły­szę dzwo­nie­nie ła­ńcu­chów, ucie­kam stąd z krzy­kiem.

– Hay­den po­je­chał spo­tkać się ze zna­jo­my­mi, przy­je­dzie wie­czo­rem przed samą ko­la­cją.

Mo­je­go przy­szłe­go przy­rod­nie­go bra­ta spo­tka­łam po raz pierw­szy pół roku temu, kie­dy nasi ro­dzi­ce na wspól­nej ko­la­cji po­sta­no­wi­li nam po­wie­dzieć, że się po­bie­ra­ją na kil­ka dni przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Ja i Hay­den od tam­te­go cza­su wi­dzie­li­śmy się raz, ale po­zo­sta­li­śmy w kon­tak­cie po­przez wia­do­mo­ści i to nas do sie­bie zbli­ży­ło. Śmia­ło mo­głam trak­to­wać go jak do­bre­go zna­jo­me­go, a na­wet wi­dzia­łam za­lążek przy­ja­źni. Mój przy­szły brat był za­wo­do­wym kie­row­cą For­mu­ły 1 i je­ździł dla te­amu Mer­ce­de­sa. Iro­nia losu, praw­da?

Cze­kał na mnie po­kój jak z ty­po­we­go an­giel­skie­go ka­ta­lo­gu. Wiel­kie ma­syw­ne łó­żko z bal­da­chi­mem, drew­nia­ny sto­li­czek z dwo­ma krze­sła­mi, ide­al­ny­mi na pod­wie­czo­rek. Ma­syw­ny ko­mi­nek na­prze­ciw łó­żka był chy­ba je­dy­nym ele­men­tem po­ko­ju, któ­ry mi się po­do­bał.

– Będę w sali ba­lo­wej, gdy­byś mnie szu­ka­ła.

– Sala ba­lo­wa? – po­wtó­rzy­łam. – Lo­chy też tu­taj mają?

– Scho­waj sar­kazm do kie­sze­ni. Cho­ciaż na dzi­siej­szy wie­czór, pro­szę.

– Wy­bacz, ale ni­g­dy wcze­śniej nie by­łam w an­giel­skiej re­zy­den­cji na­le­żącej do praw­dzi­we­go lor­da. Po ślu­bie będę mu­sia­ła się do cie­bie za­cząć zwra­cać per hra­bi­no Da­ven­port?

Mama wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Li­lith, bądź po­wa­żna – po­pro­si­ła. – Cie­szę się, że tu­taj je­steś.

Usia­dłam na skra­ju łó­żka. Wie­le mo­głam po­wie­dzieć o mo­jej ma­mie, ale ni­g­dy nie wi­dzia­łam jej ta­kiej szczęśli­wej. Po­tra­fi­ła uda­wać. Jak coś jej się nie po­do­ba­ło, kła­ma­ła, a za ple­ca­mi wy­ra­ża­ła, co na­praw­dę my­śli, ale dzi­siaj ni­cze­go nie uda­wa­ła. Pro­mie­nia­ła szczęściem. Chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu.

– Je­steś szczęśli­wa – stwier­dzi­łam ła­god­nym to­nem.

I cho­ciaż mama zmie­rza­ła już do wy­jścia, za­trzy­ma­ła się. By­ły­śmy na­praw­dę ró­żne i rzad­ko kie­dy się ro­zu­mia­ły­śmy.

– Je­stem, a Ri­chard to mężczy­zna mo­je­go ży­cia.

Na ko­ńcu języ­ka mia­łam, że to samo mó­wi­ła o po­ten­cjal­nym ta­tu­siu nu­mer czte­ry, ale się za­mknęłam, aby nie psuć tego, co się mi­ędzy nami po­ja­wi­ło.

– Od­pocz­nij, wi­dzi­my się wie­czo­rem na ko­la­cji.

Lek­ko za­mknęła za sobą drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie w tym prze­ra­źli­wie ci­chym po­ko­ju. In­ten­syw­nie wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc, po czym ude­rzy­łam ple­ca­mi o ca­łkiem wy­god­ny ma­te­rac. Zwi­nęłam się w kul­kę i za­snęłam.

Obu­dzi­łam się pó­łto­rej go­dzi­ny przed ko­la­cją. Sta­nęłam przed lu­strem. Wy­bra­łam we­lu­ro­wą suk­nię w od­cie­niu bur­gun­du na cien­kich ra­mi­ącz­kach, któ­ra opi­na­ła wszyst­kie moje wa­lo­ry. Mia­łam metr sze­śćdzie­si­ąt sie­dem wzro­stu i wa­ży­łam czter­dzie­ści osiem ki­lo­gra­mów, co było za­słu­gą pew­ne­go dup­ka, przez któ­re­go stra­ci­łam zdro­wie. Wło­sy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne. Swo­je cze­ko­la­do­we oczy pod­kre­śli­łam moc­niej­szym ma­ki­ja­żem, a usta jak za­wsze po­ma­lo­wa­łam czer­wo­ną po­mad­ką.

Go­ście pod­je­żdża­li pod re­zy­den­cję, a kie­dy wy­bi­ła siód­ma, ze­szłam na dół. Sta­nęłam w holu, uśmie­cha­jąc się do zna­jo­mych mat­ki i krew­nych.

Zgar­nęłam kie­li­szek szam­pa­na z tacy kel­ne­ra. Spoj­rza­łam przed sie­bie i do­strze­głam zmie­rza­jące­go w moją stro­nę Hay­de­na. Miał w so­bie nutę non­sza­lan­cji, a kie­dy sze­dł ko­ry­ta­rzem, kel­ner­ki od­wra­ca­ły się za nim z ci­chy­mi wes­tchni­ęcia­mi. Miał po­nad metr osiem­dzie­si­ąt wzro­stu i mod­nie przy­strzy­żo­ne brązo­we wło­sy. Bia­ła ko­szu­la była roz­pi­ęta na dwa gu­zi­ki pod szy­ją. W oczy rzu­cał się zło­ty ze­ga­rek na ręku. Tak, Hay­den lu­bił po­ka­zy­wać, że do­brze za­ra­bia.

– Kogo to moje oczy wi­dzą! Sio­strzycz­ka!

– Cze­ść, Hay­den!

Był w do­brym hu­mo­rze i wy­po­częty. Zdążył już ode­spać se­zon, któ­ry się sko­ńczył nie­mal dwa ty­go­dnie temu. Spoj­rzał na mój kie­li­szek.

– Chcia­łem za­pro­po­no­wać ci drin­ka, ale po pierw­sze, już jed­ne­go masz, a po dru­gie, po ostat­niej nocy może ci wy­star­czy, co?

Spoj­rza­łam na szam­pa­na. Jed­nym ły­kiem wy­pi­łam za­war­to­ść, któ­ra w nim po­zo­sta­ła. Po­ka­za­łam mu pu­ste szkło.

– Już nie mam!

– Miss Ame­ri­ca­na, wy­ko­ńczysz moją wątro­bę.

Bry­tyj­ski ak­cent Hay­de­na na po­cząt­ku mnie iry­to­wał, ale szyb­ko do nie­go przy­wy­kłam. Nie­ste­ty nie mogę po­wie­dzieć tego sa­me­go o ksyw­ce, któ­rą mi nadał pół roku temu.

Usie­dli­śmy na ka­na­pie w rogu sali ba­lo­wej, któ­ra oka­za­ła się wiel­kim po­ko­jem z drew­nia­nym par­kie­tem, lu­stra­mi na jed­nej ścia­nie i krysz­ta­ło­wy­mi ży­ran­do­la­mi. Sto­li­ki usta­wio­no nie­opo­dal po­dium, na któ­rym przy­gry­wał kwar­tet smycz­ko­wy.

– Po jaką cho­le­rę wam sala ba­lo­wa? – za­py­ta­łam, kie­dy Hay­den do mnie wró­cił z ko­lej­nym drin­kiem.

– Je­ste­śmy an­giel­skim szla­chec­kim ro­dem – za­ak­cen­to­wał. – Mu­si­my mieć gdzie przyj­mo­wać go­ści i po­ka­zy­wać, że mamy wi­ęcej pie­ni­ędzy niż ro­zu­mu.

Tak, Hay­den był ge­nial­nie cy­nicz­ny i od razu zo­rien­to­wa­łam się, że mój przy­szły brat uwiel­bia kpić z miej­sca, w któ­rym do­ra­stał i do któ­re­go wra­cał je­dy­nie na świ­ęta i uro­dzi­ny ojca, wy­pra­wia­ne z prze­py­chem na pi­ęćset osób. Nie wiem, czy przez całe ży­cie po­zna­łam tyle osób, któ­re on uwa­żał za bli­skich przy­ja­ciół. Wy­obra­ża­cie so­bie ob­dzwo­nić ich wszyst­kich na Boże Na­ro­dze­nie z ży­cze­nia­mi? Przy set­nej stra­ci­ła­bym głos i za­częła się za­sta­na­wiać, po jaką cho­le­rę to ro­bię.

Urządzi­li­śmy so­bie na ka­na­pie małą lożę szy­der­ców, wy­ty­ka­jąc na­szych krew­nych, któ­rych war­to było przed­sta­wić dru­giej stro­nie.

– Two­ja mat­ka po­ja­wi się na ślu­bie?

– Nie, ona i oj­ciec nie żyją w naj­lep­szych re­la­cjach. Miesz­ka na pó­łno­cy i pi­sze ksi­ążki o nie­za­le­żno­ści. A twój tata?

– Nie wiem, czy na­wet wie, że mama po­now­nie wy­cho­dzi za mąż. Ich kon­takt ogra­ni­cza się je­dy­nie do prze­le­wu ali­men­tów, któ­re tata zo­bli­go­wał się pła­cić przez czas mo­jej na­uki, a że kil­ka mie­si­ęcy temu sko­ńczy­łam stu­dia, wza­jem­nie za­po­mnie­li o swo­im ist­nie­niu. Po roz­wo­dzie jesz­cze wy­mie­nia­li mo­no­sy­la­by, kie­dy prze­sia­da­łam się z jed­ne­go sa­mo­cho­du do dru­gie­go, gdy z week­en­du od ojca wra­ca­łam do mat­ki.

Hay­den wy­ci­ągnął dłoń ze swo­ją szkoc­ką w moją stro­nę, aby wznie­ść to­ast.

– Za dzie­ci roz­wod­ni­ków.

– Amen – mruk­nęłam, do­pi­ja­jąc za­war­to­ść kie­lisz­ka.

Hay­den przy­wo­łał kel­ne­ra. Od­dał pu­ste kie­lisz­ki i zgar­nął ko­lej­ne­go szam­pa­na.

Po­win­ni­śmy zwol­nić.

– Wiesz, Li­lith, za­nim cię po­zna­łem, by­łem pe­wien, że będę trzy­mać się od cie­bie z da­le­ka, a te­raz nie wy­obra­żam so­bie ty­go­dnia bez na­szych wia­do­mo­ści.

Zro­bi­ło mi się cie­plej na ser­cu. Nie mia­łam w swo­im oto­cze­niu zbyt wie­lu bli­skich osób. Kie­dy mia­łam czter­na­ście lat, wy­sła­no mnie do szko­ły z in­ter­na­tem, bo nie miał kto się mną zaj­mo­wać. Ro­dzi­ców wi­dy­wa­łam w fe­rie i wa­ka­cje, a w sa­mej szko­le nie na­wi­ąza­łam przy­ja­źni, któ­re by­ły­by w sta­nie prze­trwać lata. Hay­den był pierw­szą oso­bą, któ­rej chy­ba na­praw­dę na mnie za­le­ża­ło.

– A wła­ści­wie jak so­bie mnie wy­obra­ża­łeś?

– No wiesz, by­łem pe­wien, że będziesz taka… ame­ry­ka­ńska. Gło­śna, rosz­cze­nio­wa, Make Ame­ri­ca Gre­at Aga­in.

– Nie! – Wzdry­gnęłam się. – Bła­gam! Cze­kam na prze­pro­si­ny! Nie ka­żdy jest taki, jak uwa­żasz, ale spo­koj­nie, ty też je­steś mniej an­giel­ski.

– Co­kol­wiek to zna­czy z two­ich ust.

– Wiesz, masz ojca lor­da. Spo­dzie­wa­łam się, że wej­dziesz tu­taj we fra­ku, będziesz mó­wił do mnie „pa­nien­ko”, a za­miast do­le­wać mi szam­pa­na, po­dasz her­bat­kę i her­bat­ni­ki.

– Nie zno­szę her­ba­ty.

– Jak mo­że­cie do­le­wać do niej mle­ka?!

Hay­den się wzdry­gnął.

– Je­śli za dużo wy­pi­łaś i chcesz po­zbyć się tre­ści żo­łąd­ko­wych, dzia­ła ide­al­nie.

– Wo­la­ła­bym się męczyć, niż wzi­ąć to do ust! Poza tym my­śla­łam, że będziesz od pro­gu ga­dał je­dy­nie o wy­ści­gach, a ty ani razu nie wspo­mnia­łeś o tym swo­im ma­łym sa­mo­cho­dzi­ku.

– Wy­lądu­jesz za mo­ment na podło­dze za ten tekst o ma­łym sa­mo­cho­dzi­ku.

Obo­je się za­śmia­li­śmy. Hay­den na­chy­lił się i do­lał mi szam­pa­na.

– Jak w pra­cy?

– W po­rząd­ku.

Mo­głam go za­py­tać, czy gdzieś w pad­doc­ku nie usły­szał o kimś, kto chce ko­rzy­stać z usług agen­cji Vi, ale ugry­złam się w język. Vi sama mó­wi­ła, że nie może po­dać mi na­zwi­ska klien­ta, bo do­ku­men­ty nie są skom­ple­to­wa­ne, a jemu za­le­ży na dys­kre­cji.

Hay­den si­ęgnął do kie­sze­ni po te­le­fon. Szyb­ko od­pi­sał na wia­do­mo­ść, któ­ra wy­świe­tli­ła się na ekra­nie.

– Ju­tro będziesz mia­ła szan­sę po­znać dwóch mo­ich przy­ja­ciół.

– Mam paść im do stóp i dzi­ęko­wać, że mogę kąpać się w ich chwa­le?

Hay­den gło­śno się za­śmiał.

– Cass by­łby za­chwy­co­ny.

– To imię po­win­no mi coś mó­wić?

– Kur­wa, ty na­dal nic nie wiesz o For­mu­le, praw­da?

Słod­ko się uśmiech­nęłam.

– Gdy­bym była słod­ka, po­wie­dzia­ła­bym, że dzi­siaj w nocy nad­ro­bię bra­ki, ale nie je­stem, dla­te­go po­wiem, że ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­li mnie fa­ce­ci je­żdżący w kó­łko. Kogo będę mia­ła szan­sę po­znać?

Hay­den nie wy­da­wał się ura­żo­ny moim bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia jego ca­łkiem nie­bez­piecz­nym za­wo­dem. Praw­da była taka, że jesz­cze parę lat temu po­tra­fi­łam wy­mie­nić na­zwi­ska kie­row­ców i po­wie­dzieć, do któ­rej staj­ni na­le­żą. Kie­dy jed­nak prze­szłam na ciem­ną stro­nę Vi, oj­ciec stra­cił mną za­in­te­re­so­wa­nie i prze­stał mnie za­dręczać na­zwa­mi, na­zwi­ska­mi i in­for­ma­cja­mi, któ­re na­praw­dę mnie nie in­te­re­so­wa­ły.

– Cas­sia­na Ra­vel­le’a oraz Pier­re’a Roux. Cass to były kie­row­ca Fer­ra­ri. Sie­dem ty­tu­łów mi­strza świa­ta. Jest na spor­to­wej eme­ry­tu­rze. Tak jak­by. Ze­rwał kon­trakt z Fer­ra­ri, po­nie­waż… mie­li swo­je we­wnętrz­ne pro­ble­my.

Fer­ra­ri.

Aż prze­szły mnie ciar­ki. Sko­ro był eks kie­row­cą czer­wo­nych, z pew­no­ścią znał mo­je­go ojca, ale nie mógł znać mnie.

Uśmiech­nęłam się słod­ko, że na­dal nic mi to nie mówi.

– O ile nie zro­bią pit sto­pu w sy­pial­ni ja­kie­jś ste­war­de­sy, po­win­ni zja­wić się punk­tu­al­nie na ślu­bie.

Za­chły­snęłam się śli­ną, sły­sząc, jak ich de­fi­niu­je.

– Prze­pra­szam, co?

– Mó­wię do­słow­nie. Zwłasz­cza Cas­sian. Jego re­kord to czte­ry ho­stes­sy i jed­na me­na­dżer­ka lot­ni­ska mi­ędzy Mo­na­ko a Abu Zabi – za­śmiał się.

– Czy­li cho­dzący te­sto­ste­ron za kie­row­ni­cą bo­li­du.

– Mniej wi­ęcej.

– Brzmi jak ktoś, z kim nie chcę dzie­lić się tym sa­mym po­wie­trzem.

– Po­cze­kaj, aż go zo­ba­czysz. On za­wsze zo­sta­wia po so­bie wra­że­nie.

– Cho­ro­by prze­no­szo­ne dro­gą kro­pel­ko­wą pew­nie też.

Hay­den par­sk­nął nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem. Zwi­nął się w kłębek, jak­by ktoś go ude­rzył i nie mógł po­wstrzy­mać śmie­chu.

– Co się tu­taj dzie­je?

Na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mama i Ri­chard po­de­szli. Mama wło­ży­ła szma­rag­do­wą suk­nię z sa­ty­ny. Ri­chard po­sta­wił na kla­sycz­ny smo­king. Hay­den pró­bo­wał opa­no­wać na­pad śmie­chu, a Da­ven­port prze­nió­sł wzrok na syna.

– Na­praw­dę mu­sia­łeś przy­jść w roz­pi­ętej ko­szu­li i bez kra­wa­ta?

– Na­praw­dę nie mu­sia­łem – od­pa­rł Hay­den z nie­win­nym uśmie­chem. – To było bar­dzo świa­do­me.

– Hay­den, nie mo­żesz choć raz wy­glądać tak, jak się tego od cie­bie ocze­ku­je?

– Pa­mi­ętasz, że je­stem kie­row­cą, nie ak­to­rem? Lu­dzie nie pła­cą za to, jak wy­glądam, tyl­ko za to, jak wy­prze­dzam Fer­ra­ri na ostat­nim okrąże­niu.

Stuk­nęli­śmy się kie­lisz­ka­mi.

– Wi­dzę, że się do­ga­da­li­ście – mruk­nął Ri­chard ze zre­zy­gno­wa­niem.

Od­nio­słam wra­że­nie, że mój oj­czym wo­la­łby, aby­śmy byli kla­sycz­nym ro­dze­ństwem z pierw­szych ma­łże­ństw, któ­re le­d­wo sie­bie to­le­ru­je.

– Przy­kro mi, oj­cze, ale chy­ba faj­nie będzie mieć sio­strę!

Spoj­rza­łam na nie­go za­sko­czo­na. Na­praw­dę po­wie­dział to na głos? Na­wet moja mama wy­da­wa­ła się za­sko­czo­na. Wiem, że oba­wia­ła się, że ja i Hay­den po­żre­my się na tej ko­la­cji i wyj­dzie ro­dzin­ny dra­mat, któ­ry spo­wo­du­je, że ona i Ri­chard się po­kłó­cą, a ju­trzej­szy ślub prze­bie­gnie w gro­bo­wej at­mos­fe­rze.

Może w tej po­kręco­nej ro­dzin­nej ukła­dan­ce zna­la­złam ko­goś, kto na­praw­dę będzie za­do­wo­lo­ny z mo­ich wia­do­mo­ści, obec­no­ści i ko­men­ta­rzy. Ko­goś, kto będzie mnie tak zwy­czaj­nie lu­bił.

***

Po­przed­nie­go wie­czo­ra po­szłam spać koło pierw­szej. Zde­cy­do­wa­nie po­ło­ży­ła­bym się szyb­ciej, ale oczy­wi­ście Hay­den za­brał mnie jesz­cze na spa­cer po re­zy­den­cji. Sko­ńczy­ło się na tym, że sie­dzie­li­śmy na podło­dze w pu­stym skrzy­dle i dzie­li­li­śmy się bu­tel­ką te­qu­ili. Od rana pęka­ła mi gło­wa. Mia­łam ocho­tę udu­sić mo­je­go przy­szłe­go bra­cisz­ka, ale mu­sia­łam odło­żyć mor­der­stwo na pó­źniej, po­nie­waż dzi­siaj był wiel­ki dzień mo­jej mat­ki, a ja jesz­cze przed przy­lo­tem do Lon­dy­nu obie­ca­łam, że nie na­ro­bię tego dnia wsty­du.

Przez wi­ęk­szo­ść dnia nad­zo­ro­wa­łam przy­go­to­wa­nia. Spraw­dza­łam, czy flo­ry­ści od­po­wied­nio roz­sta­wi­li hor­ten­sje, or­kie­stra za­jęła wła­ści­we miej­sce, a sprzęt usta­wio­no tak, by nie rzu­cał się w oczy. By­łam cie­ka­wa, gdzie był w tym cza­sie Hay­den, ale pew­nie le­czył kaca.

Na go­dzi­nę przed ślu­bem za­mknęłam się z mamą w jej sy­pial­ni. Po­sta­wi­ła na ręcz­nie wy­szy­wa­ną, ja­sno­sza­rą kre­ację z sub­tel­nym po­ły­skiem, któ­ry czy­nił ją bar­dziej no­wo­cze­sną niż kla­sycz­ną. Pa­trzy­łam na nią i wi­dzia­łam ko­bie­tę, któ­ra po tylu la­tach sa­mot­no­ści zno­wu się za­ko­cha­ła.

– Pi­ęk­nie wy­glądasz, mamo.

Spoj­rza­ła na mnie w lu­strze, a po­tem od­wró­ci­ła się i po­pra­wi­ła mi wło­sy. Ruch jej dło­ni był de­li­kat­ny, ale dla mnie wie­le zna­czył. Za­mknęłam na mo­ment po­wie­ki, aby nie do­strze­gła tych ma­łych łez, cza­jących się w kąci­kach oczu. Mama nie była wy­lew­na w uczu­ciach.

– Dzi­ęku­ję ci, że tu je­steś.

To jed­no zda­nie ude­rzy­ło mnie moc­niej niż co­kol­wiek in­ne­go. Mu­sia­łam od­wró­cić wzrok, żeby nie spie­przyć ma­ki­ja­żu.

– A gdzie mia­ła­bym być? – spy­ta­łam, od­cho­dząc od niej. Rzu­ci­łam okiem na swo­je od­bi­cie w lu­strze.

Za­ło­ży­łam czar­ną suk­nię, dłu­gą do zie­mi z roz­ci­ęciem do uda. Gor­se­to­wy de­kolt, cien­kie ra­mi­ącz­ka, głębo­kie wy­ci­ęcie na ple­cach. Stan­dar­do­wo po­sta­wi­łam na taki sam ma­ki­jaż jak po­przed­nie­go wie­czo­ru. Wło­sy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne, gład­ko wy­pro­sto­wa­ne, opa­da­jące na ple­cy jak ak­sa­mit­ny we­lon.

– Mogę o coś za­py­tać? – spy­ta­łam, ukła­da­jąc w rządek ko­sme­ty­ki na to­a­let­ce.

– Oczy­wi­ście.

– Ko­cha­łaś kie­dy­kol­wiek tatę?

Mama za­ma­rła, a jej usta lek­ko się roz­chy­li­ły.

– Li­lith, co to za py­ta­nie?

– Pro­ste. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Po pro­stu wczo­raj wy­da­wa­ło mi się, że po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam cię na­praw­dę szczęśli­wą. I za­częłam się za­sta­na­wiać, czy kie­dy­kol­wiek czu­łaś się tak przy ta­cie.

Mama wy­pu­ści­ła z sie­bie po­wie­trze. Usia­dła na skra­ju łó­żka, uwa­ża­jąc, aby nie po­gnie­ść ma­te­ria­łu suk­ni.

– By­łam młod­sza od cie­bie, kie­dy po­zna­łam two­je­go ojca. Wte­dy wy­da­wa­ło mi się, że po­zna­łam mi­ło­ść swo­je­go ży­cia, ale kie­dy wy­szli­śmy z eta­pu mio­do­we­go mie­si­ąca i zde­rzy­li­śmy się z rze­czy­wi­sto­ścią, z ka­żdym dniem przy­cho­dzi­ło otrze­źwie­nie. Cza­sa­mi spo­ty­ka­my ko­goś, w kim się za­ko­chu­je­my, i wy­da­je nam się, że to ten je­dy­ny, ale ten stan trwa do mo­men­tu przy­jścia pro­zy co­dzien­no­ści.

– Ja nią by­łam, praw­da?

Od­wró­ci­łam się w jej stro­nę. Wi­dzia­łam, jak mama szu­ka od­po­wied­nich słów, aby mnie nie zra­nić.

– By­łam mło­da, nie­go­to­wa na ma­cie­rzy­ństwo, a twój oj­ciec był nie­go­to­wy emo­cjo­nal­nie. Ko­cha­łam go, ale ina­czej niż ko­cham Ri­char­da, czy któ­re­goś z mo­ich po­przed­nich mężów. To jest doj­rza­łe uczu­cie. Obo­je mamy swo­ją prze­szło­ść i wie­my, cze­go ocze­ku­je­my od part­ne­ra. Je­stem szczęśli­wa, bo po­zna­łam ko­goś… doj­rza­łe­go, któ­ry nie uciek­nie w pra­cę, kie­dy będzie trze­ba za­jąć się pew­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi by­cia w zwi­ąz­ku.

Cu­dow­nie się słu­cha­ło, że może gdy­bym po­ja­wi­ła się pó­źniej na świe­cie, ich ma­łże­ństwo by się nie roz­pa­dło. To chy­ba była naj­szczer­sza i naj­po­wa­żniej­sza roz­mo­wa w na­szym ży­ciu. I po raz pierw­szy nie mia­łam go­to­wej ri­po­sty. Mama nie spusz­cza­ła ze mnie swo­ich zie­lo­nych oczu, a ja nie by­łam w sta­nie udźwi­gnąć jej ci­ęża­ru.

Po raz pierw­szy… ucie­kłam. Jak tchórz bez sło­wa wy­szłam z jej sy­pial­ni. Zbie­głam po scho­dach. W za­chod­nim skrzy­dle re­zy­den­cji był przy­go­to­wa­ny bar. Sta­nęłam przy la­dzie, a bar­man prze­stał po­le­ro­wać szklan­kę.

– Co po­dać?

– Mar­ti­ni – po­wie­dzia­łam. – Tyl­ko moc­ne.

Na­gle u mo­je­go boku sta­nął mężczy­zna.

– Whi­sky, bez lodu.

Zna­łam ten głos. Unio­słam na nie­go wzrok. Ciem­ne wło­sy mod­nie ostrzy­żo­ne. Czar­ne ni­czym węgiel oczy, a wo­kół nich wa­chla­rze dłu­gich rzęs. Moc­na szczęka po­kry­ta kil­ku­dnio­wym, bar­dzo za­dba­nym za­ro­stem. Ko­szu­la roz­pi­ęta do trze­cie­go gu­zi­ka, czar­ny gar­ni­tur ide­al­nie skro­jo­ny, a na nad­garst­ku mar­ko­wy ze­ga­rek wart for­tu­nę.

O. Mój. Boże!

Mężczy­zna z po­ko­ju w ho­te­lu. Jed­na noc. Ide­al­ny seks. Wzrok mi się za­mglił. Wi­dzia­łam ten po­kój ho­te­lo­wy, dło­nie za­ci­ska­jące się na moim na­gim bio­drze i usta ca­łu­jące moją szy­ję. Nie­mal po­czu­łam ci­ężar męskie­go cia­ła na swo­im.

On rów­nież za­ma­rł.

– Mar­ti­ni, dla pani. – Kel­ner pod­su­nął mi drin­ka.

Mia­łam ocho­tę prze­chy­lić go na raz. Jak to mo­żli­we, że w świe­cie, na któ­rym miesz­ka osiem mi­liar­dów lu­dzi, idę do łó­żka z fa­ce­tem, któ­re­go dwa dni pó­źniej spo­ty­kam na ślu­bie mo­jej mat­ki? Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło, że to ja­kiś bli­ski krew­ny Hay­de­na i będę zmu­szo­na spędzać z nim świ­ęta.

– Whi­sky dla pana.

– Przy­po­mnisz mi swo­je imię? – spy­tał ide­al­nie opa­no­wa­nym to­nem gło­su.

– Nie – od­po­wie­dzia­łam szyb­ko. – I two­je­go imie­nia też nie chcę so­bie przy­po­mi­nać.

– Li­lith! Wie­dzia­łem, że cię tu znaj­dę.

Pie­przo­ny. Hay­den.

Od­wró­ci­łam się przez ra­mię. Da­ven­port spoj­rzał na mnie, a na­stęp­nie na mężczy­znę obok mnie.

– Już się zna­cie?

Ze­sztyw­nia­łam. Nie, Hay­den nie mógł wie­dzieć, że da­łam mu się prze­le­cieć. Na­wet nie pa­mi­ęta­łam, jak ten typ ma na imię.

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dzia­łam pierw­sza, za­nim mój ko­cha­nek zdo­łał pal­nąć coś głu­pie­go.

– Jak niby mie­li­by­śmy się po­znać?

OK, przy­naj­mniej chce grać w tę samą grę co ja.

– Li­lith to Cas­sian. – Po tych sło­wach wska­zał na mężczy­znę.

Cas­sian.

Kur­wa. Kur­wa. Kur­wa.

Fer­ra­ri.

Jego przy­ja­ciel.

Prze­spa­łam się z kie­row­cą F1. Prze­spa­łam się z eks Fer­ra­ri.

– Cas­sian, po­znaj moją sio­strę, Li­lith!

Cass spoj­rzał na mnie dłu­żej.

– Miło cię po­znać… – wy­ci­ągnął rękę w moją stro­nę – …Li­lith.

W jego oczach coś bły­snęło. I bła­ga­łam wszech­świat, aby Hay­den tego nie do­strze­gł.

– Cie­bie rów­nież, Cas­sian.

Szko­da, że wca­le nie cie­szy­łam się z na­sze­go spo­tka­nia. Mia­łam prze­chla­pa­ne.

Co­py­ri­ght © by JO­AN­NA ŚWI­ĄT­KOW­SKA Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWOISBN Pa­pier: 978-83-68837-28-5ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-29-2ISBN Au­dio: 978-83-68837-30-8

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two