Połączeni. Uwolnij mnie - Laurelin Paige - ebook
lub
Opis

Najbardziej elektryzujący duet wszech czasów!
Jej historia rozpoczęla się dużo wcześniej, niż zaczęła pracować w słynnym klubie The Sky Launch...

Gwen Anders nigdy nie miała lekkiego życia. Trudne dzieciństwo sprawiło, że dziewczyna zamknęła się w sobie, budując wokół swojej osoby wysoki i gruby mur, za którym chowała się przed światem. Prowadzi pozornie satysfakcjonujące życie – jest managerką prosperującego nowojorskiego klubu nocnego, jednak nie ma nikogo na stałe, ponieważ nie wierzy w to, że miłość istnieje…

Wszystko się zmienia, gdy Gwen poznaje JC – nieziemsko bogatego, szarmanckiego łamacza kobiecych serc. Kiedy dziewczyna przez tragedię rodzinną przeżyje załamanie nerwowe, to właśnie JC nauczy swoją kochankę nieznanych jej wcześniej technik przetrwania – opartych na pierwotnych instynktach i pragnieniach. To dzięki tym „lekcjom” Gwen w końcu przestanie odczuwać potrzebę ciągłego kontrolowania swojego otoczenia i odkryje, że poza murem, który wokół siebie zbudowała, istnieje piękny świat.

Poczucie nieskrępowanej swobody okaże się jednak przerażające, zwłaszcza gdy Gwen zda sobie sprawę, że JC nie jest jej obojętny…

Szaleństwo zmysłów i nieskrępowana zabawa... Jak dalece wpłynie to na życie Gwen i JC?

„Ta książka kipi od seksu i prowokacji. Uwolnij mnie iskrzy od momentu, w którym Gwen spojrzała na JC. Chemia między nimi jest tak silna, że aż zapiera dech w piersiach” – Melanie Harlow, bestselerowa autorka „USA Today”


Laurelin Paige - amerykańska pisarka, autorka powieści erotycznych i romansów. Miłośniczka seriali typu Gra o tron czy Walking Dead. Wielbicielka Michaela Fassbendera. Członkini Międzynarodowego Klubu MENSA. Prywatnie żona i matka trzech córek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 445

Popularność


Rozdział pierwszy

Miałam mieć wolne tego wieczoru, kiedy poznałam JC.

Jana zadzwoniła do mnie w ostatniej chwili, żebym ją zastąpiła. Nie zdążyła się jeszcze odezwać, a ja już wiedziałam, że to coś poważnego. Jana nigdy nie brała wolnego.

– Powiedzieli, że potrzebuję dwunastu szwów. Na brodzie, Gwen. Chryste. Mam nadzieję, że nie zostanie mi blizna.

– Cieszę się, że nic ci nie jest.

Tak naprawdę byłam zdziwiona, że do tej pory nigdy nic jej się nie przytrafiło – w końcu roller derby nie należy do szczególnie bezpiecznych sportów – ale udało mi się ugryźć w język i nie wyjść na jędzę.

– Och, to takie słodkie. – Jej akcent, będący połączeniem Long Island i Puerto Rico, przez telefon brzmiał wyraźniej. A może to przez środki przeciwbólowe. – Naprawdę nic się nie stało. Mogę przyjść do pracy, kiedy już skończą.

– Nie przesadzaj. Wezmę za ciebie całą zmianę.

Właściwie to jaką miałam alternatywę? Oglądanie The Voice to w zasadzie jedyne, co sobie zaplanowałam, a i tak załapałabym się na pierwszą połowę jeszcze przed wyjściem. To był nasz mały siostrzany rytuał na koniec dnia Normy i początek mojego. Ostatnio jednak oglądanie z nią telewizji sprawiało mi mniejszą frajdę, bo odpływała myślami gdzieś zupełnie poza nasze mieszkanie. To dziwne. Jak można być myślami gdziekolwiek indziej, gdy na ekranie Adam Levine właśnie przerzuca się złośliwościami z Blakiem Sheltonem?

Ale miałyśmy DVR. Mogłam nagrać sobie resztę i obejrzeć rano, przed pójściem spać.

– Dzięki, kochana – usłyszałam. – Nie uprzedziłam jeszcze Matta, ale na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Zastąpię cię w czwartek, w ten sposób nadal będziesz miała swój weekend.

Miałam nadzieję, że nie była dość nafaszerowana środkami przeciwbólowymi, żeby o tym zapomnieć. Bardzo ceniłam sobie swój „weekend” – dwa dni wolnego z rzędu, które miałam od samego początku pracy w 88th Floor. Nie to, żebym miała coś ekscytującego do roboty w tym czasie, a przerwy od pracy w zasadzie nie potrzebowałam. Brałabym każdą zmianę, gdyby prawo na to pozwalało. Byłam jednak jedynym menadżerem w klubie, który miał zapewnione regularne, następujące po sobie dni wolnego, i bardzo sobie ceniłam to, o czym świadczyły: że jestem dobra w tym, co robię, a moja praca zasługuje na nagrodę.

Świadczyły też o tym, że zostało mi w tym marnym życiu coś wartościowego.

– Wychodzisz? – zapytała Norma, kiedy się rozłączyłam. Nie podniosła wzroku znad papierów, które leżały na blacie jej biurka. Moja siostra była pracoholiczką i chociaż w czasie wieczorów spędzanych ze mną próbowała z tym walczyć, często zwyczajnie nie potrafiła. Nie miałam jej tego za złe. Swoją posadę menadżera finansowego w Pierce Industries zdobyła dzięki ciężkiej pracy i niesłabnącej ambicji. Właśnie taka była moja siostra – aż zbyt ambitna.

Jednak to dzięki niej udało nam się wydostać z getta. To dzięki tej ambicji stać ją było na mieszkanie w bloku, które dzieliła ze mną. I na utrzymanie mojego brata, żyjącego na drugim krańcu kraju. I na to, byśmy trzymały się z dala od przeszłości, do której nigdy nie chcemy wracać.

– Tak – przyznałam, już zdejmując dżinsy. – Jana trafiła na ostry dyżur. – Zamilkłam na chwilę, zastanawiając się, czy informować o tym naszego głównego menadżera, Matta. Postanowiłam tego nie robić. Miał w tym tygodniu urlop i nie było sensu zawracać mu głowy takimi pierdołami. – Za to zastąpi mnie w czwartek, więc nadal będę miała dwa dni wolnego z rzędu. Możemy w tym tygodniu obejrzeć razem Project Runway.

Norma podniosła wzrok znad papierów i zmarszczyła brwi, jakby patrzyła na wiszący w powietrzu kalendarz.

– Hmm, nie jestem pewna, czy czwartek będzie mi pasował. Planowałam… coś. – Znowu pogrążyła się w pracy, nie komentując zupełnie faktu, że wspomniałam o ostrym dyżurze.

Wzruszyłam ramionami i zebrałam ubrania, a potem ruszyłam do łazienki. Norma pewnie wybierała się na jakiś bal charytatywny albo inne eleganckie wydarzenie, na które bez przerwy chodzi. Nawet moja starsza o pięć lat siostra miała lepsze życie towarzyskie niż ja. Co z tego, że przez pracę? Wychodziła? Wychodziła, a powód nie był ważny.

Kiedy gorąca woda zaczęła spływać po moim ciele, zdusiłam w sobie zazdrość i upomniałam się, że przecież mogłabym iść się zabawić, gdybym tylko chciała. Po prostu nie zdecydowałam jeszcze, czy tego chcę. A nawet gdybym postanowiła, że chcę, nie miałabym pojęcia, jak się za to zabrać.

Praca we wtorek była dziwna tylko w tym względzie, że przy wypisywaniu papierów ciągle zapominałam, który jest dzień. 88th Floor był jednym z najpopularniejszych klubów w Greenwich Village. Co tam, w całym Nowym Jorku. W tygodniu panuje u nas niemal taki sam ruch jak w weekendy. Dzisiaj było szczególnie dużo klientów, bo zbliżały się święta. Studenci już mieli wolne, ludzie odwiedzali przyjaciół, było za zimno, żeby spędzać czas na zewnątrz – chociaż stroje większości dziewczyn mówiły coś zupełnie innego. Gdzie nie spojrzałam, moim oczom ukazywały się wyskakujące ze staników biusty albo tyłki wyglądające spod spódniczek. Może poczułabym się inaczej, gdybym piła i gziła się w tańcu, ale w szarych spodniach i ciemnoczerwonej bluzce z luźnym dekoltem było mi ciepło i wygodnie.

Może wyrosłam już z klubów. Zbliżałam się do trzydziestki. Czy to normalne, że wolałam cichy wieczór na kanapie niż szaloną noc na mieście? Norma nigdy nie należała do imprezowiczek, więc mogłam porównywać się do niej. Nasz młodszy brat, Benjamin, mieszkał na Zachodnim Wybrzeżu, odkąd skończył osiemnaście lat, więc nie miałam pojęcia, jakie miał zwyczaje. A przyjaciele… Cóż, jacy przyjaciele?

Na tym oczywiście polegał problem. Pewnie lubiłabym kluby, gdybym miała z kim wychodzić. A może i nie. Trudno powiedzieć.

Na pewno lubiłam swoją pracę. Była stabilna i miała swój rytm. Jako menadżer mogłam być poważna i ostra. I właśnie to wolałam. Być zimną. Twardą. Dowodzić.

Wieczór zaczął się typowo. Wszystkie cztery piętra po brzegi zapełniły się klientami, a około jedenastej przed wejściem utworzyła się nawet mała kolejka. Za każdym barem stali odpowiedni ludzie. W kasach nie brakowało drobnych. Nasz najlepszy wykidajło zarządzał ochroną. Nie wyglądało na to, by mogło się zdarzyć coś niespodziewanego.

Ale ja nie dałam się zwieść komfortowi przewidywalności. Trzeba być zawsze przygotowanym. Powinnam była być przygotowana.

Jednak nic nie mogło mnie przygotować na JC.

Od początku mojej zmiany minęły może dwie godziny, kiedy podsłuchałam konspiracyjne szepty kelnerek. Zamilkły, gdy tylko weszłam, co nie dziwiło mnie szczególnie. Byłam ich szefową, nie koleżanką. Zazwyczaj ignorowałam tego rodzaju pogaduszki. Większość plotek dotyczyła jakiegoś ciacha wśród świeżo zatrudnionych albo nawet tego, gdzie można zdobyć działkę, co kompletnie mnie nie interesowało, o ile kelnerki wykonywały dobrze swoją pracę.

Tym razem usłyszałam dwa słowa, które zwróciły moją uwagę – „Viper” i „dym z cygar”. No dobra, cztery słowa. Słowo i fraza, które natychmiast uruchamiają w mojej głowie alarm.

Podeszłam bliżej kelnerek.

– O czym rozmawiałyście?

Bethany otworzyła szeroko oczy.

– Muszę to zanieść. – Udała się na salę, trzymając w ręku tacę z przekąskami, zanim zdążyłam ją zatrzymać.

Druga kelnerka nadal wpisywała zamówienie do kasy. Nie miała wymówki, żeby uciec.

Oparłam się o ladę obok niej, wdzięczna, że kasy znajdowały się niedaleko kuchni, w cichszym zakątku klubu, gdzie nie musiałam krzyczeć, żeby ktoś mnie usłyszał.

– Alyssa, co Bethany miała na myśli, mówiąc o dymie z cygar w Viperze?

Dość często zdarzali nam się klienci, którzy trzymali te przeklęte cygara w ustach bez zapalania ich – to pomagało zaspokoić tę całą fiksację oralną, na którą cierpi wielu ludzi – jednak palenie czegokolwiek w klubie było zabronione. 88th Floor było miejscem wolnym od dymu i jeśli ktoś łamał tę zasadę, musiałam się tym zająć.

Alyssa nie od razu odwróciła wzrok od komputera. Zobaczyłam, jak przełyka ślinę. Potem spojrzała mi w oczy, uśmiechając się promiennie. Aż zbyt promiennie.

– Och, no wiesz. Takie tam gadanie. Jestem pewna, że nikt niczego nie pali.

Zmrużyłam oczy.

– Aha. – Alyssa była jedną z najbardziej obowiązkowych pracownic. Ale, jak już wspominałam, żadne z nas przyjaciółki. – A kto ma dzisiaj zarezerwowaną salę?

Właściwie to „Viper” nie było nazwą oddzielnej sali, jaką klub oferował najbardziej elitarnym gościom. Oficjalnie w materiałach reklamowych nazywano ją „Pokładem” – to nasza sala dla VIP-ów. Jednak na wszystkich papierach Matt podpisywał ją jako VIP R, czyli VIP room, a przez jego chłopięce bazgroły wyglądało to jak jedno słowo: VIPR. Stąd już krótka droga do Viper. Cała obsługa posługiwała się tą nazwą.

Alyssa pokręciła głową, jej kucyk zakołysał się w powietrzu.

– Nikt szczególny. Jacyś kolesie w garniturach. – Próbowała mnie zbyć. Potem, zdając sobie sprawę, że ta taktyka nie działa, dorzuciła: – Mogę sprawdzić. Jeśli zauważę coś podejrzanego, dam ci znać.

Nie ze mną te numery.

– A może pójdziemy razem?

Wyraźnie się skrzywiła, ale pokiwała głową i ruszyła w stronę spiralnych metalowych schodów, które prowadziły na Pokład.

Ruszyłam jej śladem. Adrenalina już buzowała mi w żyłach. Nie bałam się tego, co zobaczę – mieliśmy dobrą ochronę, a już dość się naoglądałam w życiu różnych rzeczy, żeby mieć wysoki próg strachu. Jednak było w tym coś ekscytującego. Może ta noc okaże się inna, nie tak typowa czy przewidywalna. Poczułam gęsią skórkę na bladych ramionach, gdy gdzieś w głębi duszy liczyłam na coś niespodziewanego.

Oczywiście nie zamierzałam robić nic prócz wyjaśnienia sytuacji. Może i brakowało mi zmian, lecz kiedy się pojawiały, i tak nie potrafiłam z nimi żyć.

Przed drzwiami do Vipera Alyssa zatrzymała się i poczekała na mnie.

– Może powinnyśmy zapukać?

Pieprzyć to. Menadżerowie mogli wchodzić wszędzie. Nie chciałam dawać naszym gościom szansy na schowanie koki i pozapinanie rozporków. Zwłaszcza że już czułam zapach kubańskich cygar.

Otworzyłam drzwi i stanęłam w progu, żeby się rozejrzeć. Widok mnie zaskoczył. A przynajmniej część z tego, co zobaczyłam. Spodziewałam się kłębów dymu w powietrzu i na wpół wypalonych cygar. A gdzie złamano jedną zasadę, zaraz znajdowały się też kolejne przewinienia, więc półnagie kobiety też mnie nie zaskoczyły. Ani trzech mężczyzn grających w kącie w pokera na pieniądze.

Chodziło o samych gości. O to, jak się zachowywali – jak biznesmeni w drogich garniturach, a nie banda pijanych kolesi ze studenckiego bractwa. Kilkunastu młodych singli. A przynajmniej nie widziałam obrączek ani jaśniejszych obwódek na palcach. Skrawki rozmów, które dotarły do moich uszu, wydawały się inteligentne i elokwentne, nie jak u setek dwudziestoparolatków, którzy przychodzili do klubu co tydzień, gapili się na dekolty kelnerek i byli zbyt pijani, by pamiętać, gdzie położyli swoje iPhone’y.

No i jeszcze te kobiety. W sali rozpusty nie mogłoby zabraknąć prostytutek i roznegliżowanych pań do towarzystwa. Rutyna. Jednak te, a było ich pięć, zdecydowanie nie należały do niechlujnych. Nawet kiedy ocierały się o mężczyzn, trzy nagie od pasa w górę, a jedna ubrana tylko w koronkową bieliznę, wydawały się eleganckie. Nie brakowało im nie tylko seksapilu, lecz także klasy.

Jedna z tych półnagich, brunetka siedząca któremuś z gości na kolanach, podniosła na mnie wzrok. Jej oczy rozbłysły, jakby mnie rozpoznała. Uśmiechnęła się i rzuciła mi bezgłośne „cześć”, by zaraz na powrót skupić się na palcach, którymi przeczesywała włosy klienta.

Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć, skąd ją znam. Doznałam prawdziwego szoku, kiedy zdałam sobie sprawę, że to nie koleżanka z mrocznej przeszłości, ale ze szkoły. Dziewczyna była studentką i prowadziła kurs z zasobów komercyjnej kuchni, na który uczęszczałam. Teraz zarządzała pięciogwiazdkową restauracją w centrum.

I była tutaj? Brała udział w tym… w tym…

Nie wiedziałam, co to właściwie było. Impreza, której uczestnicy łamali zasady, lecz mimo to panował tu porządek i wszystko odbywało się w cywilizowany sposób. Atmosfera, która panowała w sali, była zmysłowa i… podniecająca. Nie zamierzałam im odpuścić – oczywiście, że nie – ale na moment się zawahałam. Przez chwilę wydawało mi się, że zamiast ich skarcić, wolałabym do nich dołączyć.

– Zapraszamy. – Głos dochodził zza moich pleców. Zabrzmiał tak, jakby mówca rozumiał mój dylemat. Jakby wiedział, czego naprawdę chcę.

Gówno prawda. To było zwykłe zaproszenie. Nic więcej.

Odwróciłam się, żeby wygłosić swoją tyradę pod tytułem „Co tu się, kurwa, dzieje?”, lecz wtedy zobaczyłam mężczyznę, który się do mnie odezwał przed chwilą. Na jego widok zupełnie mnie zatkało. Siedział z nogami wyciągniętymi przed siebie, a plecami do ściany, na której znajdowały się drzwi, przez co nie zauważyłam go od razu.

Teraz jednak, gdy już go dostrzegłam, nie sposób było odwrócić wzrok.

Seks i charyzma emanowały z niego tak, jakby założył jedno i drugie zamiast garnituru. Mięśnie wyraźnie rysowały się pod obcisłą koszulą. Jego włosy w kolorze ciemny blond robiły wrażenie – boki ścięte krótko, zaś góra ułożona w stylu włoskich gangsterów z lat dwudziestych. Miał też lekki zarost, którego, jak podejrzewałam, potrzebował, by nie wyglądać na młodszego, niż był w rzeczywistości – strzelałam, że liczył sobie jakieś trzydzieści lat.

A jego oczy…

Nie widziałam ich zbyt wyraźnie w półmroku, za to je czułam. Czułam, jak przyglądają mi się z zainteresowaniem. Czułam w nich iskrę pragnienia. Czułam czający się za nimi ciężar, gdzie krył się też ból, a może gorycz.

Zupełnie jak spętane sznurem, moje oczy nie mogły się od niego uwolnić. Nie potrafiłam odwrócić wzroku, a kiedy on nadal na mnie spoglądał – raczej we mnie – przez moje ciało przebiegł dreszcz, stawiając na baczność każdą cząsteczkę. Nawet moje intymne części ciała, które długo pozostawały w uśpieniu, obudziły się w jego obecności – burząc się i wzburzając, mrowiąc od świadomości, że on tu jest.

Nagle zrozumiałam, że to wszystko dla niego. Cała impreza, goście. Wszystko było skoncentrowane na nim.

Tylko że kątem oka widziałam, jak inni kontynuowali swoje zajęcia. I zdałam sobie sprawę, że się mylę. Może i on zorganizował imprezę, lecz nikt teraz o nim nie myślał. To ja nie mogłam odwrócić od niego wzroku. Zupełnie jakby cała sala była statkiem na wzburzonym morzu, a on latarnią w oddali. Jedyny nieruchomy punkt w chaotycznej przestrzeni. To dziwne, bo zazwyczaj to ja byłam takim zrównoważeniem w chaosie. Ja byłam stabilnością. Ja byłam porządkiem.

Intensywnie obserwowana, nagle straciłam tę równowagę. Jakby w jednej chwili oderwał mi się obcas, a stopa musiała szukać oparcia i to ten mężczyzna wyciągnął pomocną dłoń. To przez niego omal się nie przewróciłam i on mnie od tego upadku uratował.

Nie wiem, kiedy zaczął znowu mówić. Zobaczyłam, że jego usta się poruszają, jeszcze zanim dotarł do mnie jakikolwiek dźwięk.

– Chodź. Dołącz do nas. – Chyba to powiedział.

– Słucham?

Teraz zupełnie pochłonęły mnie jego usta – zęby miał idealne, proste i białe, dolną wargę jakby nieco pełniejszą od górnej, obie zaś blade, lecz zachęcające.

Zaraz wyciągnęły się w lekkim uśmiechu.

– Usiądź. Alyssa przyniesie ci drinka. Może nawet Luke wymasuje ci plecy. Ma do tego prawdziwy talent, a ty jesteś tak spięta, że stąd widzę twoje skurcze.

– Nie… Nie mogę… Nie chcę… – Zatkało mnie. Zdumiało. Był jak gangster, który zaprasza na obiad policjanta. Kto tak robi?

Poza tym był naprawdę przystojny. I chociaż zazwyczaj nawet bardzo przystojni faceci nie wywierali na mnie żadnego wpływu, temu jednemu się udało. A to było… przerażające.

No to tyle, jeżeli chodzi o wysoki próg strachu.

Mężczyzna przywołał gestem kogoś stojącego za moimi plecami.

– Jennie, możesz przynieść naszemu gościowi krzesło?

Ubrana w bieliznę kobieta przysunęła do mnie siedzisko, a ja, odruchowo, klapnęłam z kolanami zwróconymi ku nieznajomemu niczym wskazówka kompasu ku północy.

Potem, zdawszy sobie sprawę, że nie to powinnam robić, natychmiast wstałam i wróciłam do siebie. Wróciłam do miejsca, gdzie ja jestem autorytetem, gdzie ja rządzę.

– Dziękuję – powiedziałam twardo, a przynajmniej taką miałam nadzieję – ale nie. Właściwie muszę państwa poprosić, byście przestali łamać zasady naszego klubu.

– A konkretnie jakie zasady? – Jego swoboda wytrąciła mnie z równowagi. Znowu. Zazwyczaj kiedy menadżer przyłapuje na czymś klienta, ten przeprasza i szuka wymówek. Chyba że jest zbyt naćpany albo pijany, ale ten człowiek wydawał się zupełnie trzeźwy.

Mimo zaskoczenia próbowałam zapanować nad sytuacją.

– Palenie jest u nas zabronione. Tak samo hazard. I striptiz. Proszę powiedzieć przyjaciołom, żeby zgasili cygara, odłożyli karty i ubrali się, inaczej będą musieli opuścić lokal. Albo niech zrobią to wszystko i mimo to wyjdą. Ta opcja byłaby nawet lepsza.

Chociaż większość gości pozostawała niewzruszona moją przemową, jeden z mężczyzn klepnął kelnerkę w ramię.

– Alyssa, kim jest ta laska?

Wkurzona, że najwyraźniej Alyssa wiedziała o tej imprezie więcej, niż sugerowała swoim zachowaniem na dole, posłałam jej przeszywające spojrzenie, które mówiło jednocześnie „nie odpowiadaj na to pytanie” oraz „będziemy musiały porozmawiać”.

Może niepotrzebnie się irytowałam. Klienci często wypytywali kelnerki o imiona, czasami niewinnie, czasami nie. Matt właśnie z tego powodu surowo przestrzegał zasady używania tylko imion, nie nazwisk – żeby żadnej nie śledzono w Internecie albo nie szukano adresu domowego w takich czy innych serwisach. Takie środki ostrożności zdecydowanie popieram.

Jednak Alyssa spojrzała na pytającego w taki sposób, że nie miałam wątpliwości, iż znała tych ludzi lepiej, niż sugerowała. Zdałam sobie wtedy sprawę, że to stali klienci.

Tylko ja nie byłam stałym menadżerem. Nigdy nie pracowałam we wtorki. Dlatego tak bardzo zaskoczyły mnie następne słowa nieznajomego.

– To Gwen. Nasza dzisiejsza menadżerka.

– Skąd…? – Ugryzłam się w język, lecz i tak się zdradziłam. Widział bardzo dokładnie, jak łatwo przychodzi mu wyprowadzenie mnie z równowagi.

– Zastanawiasz się, skąd to wiem. – Usiadł na swoim fotelu, kładąc nogę na nogę tak, że kostka stykała się z kolanem. Jedna z kobiet z odkrytymi piersiami przysiadła na oparciu fotela i otoczyła go ramieniem, on jednak kontynuował, nawet na nią nie patrząc. – Zaraz wytłumaczę. Moim zadaniem jest dbanie o swoich gości, a to oznacza także wiedzę o tym, kto ma aktualnie zmianę. Alyssa poinformowała mnie wcześniej, że ty tutaj dzisiaj dowodzisz. Potrafiła też doskonale cię opisać.

Zacisnęłam szczęki, zastanawiając się, jakich słów użyła Alyssa – blondynka? Koścista? Z kijem w tyłku? Czepiająca się o wszystko?

– W jednej jednak kwestii się myliłaś – powiedział, zwracając się do stojącej za mną kelnerki. – Wspomniałaś, że Gwen jest ładna, lecz to nieprawda.

Otworzyłam szerzej oczy z przerażenia. Może i nie miałam urody miss, lecz nigdy nikt mi nie powiedział wprost, że nie jestem ładna.

Znowu na mnie spojrzał.

– Nie, nie, nie. Źle mnie zrozumiałaś. – Chryste Panie, czy naprawdę aż tak łatwo mnie przejrzeć? – Po prostu „ładna” zdecydowanie nie oddaje w pełni twojej urody, ponieważ jesteś naprawdę śliczna. To wyjątkowa uroda. Taka zahartowana. Niewielu potrafi zachować i piękno, i surowość. A ty potrafisz. Widzę to w twoich oczach. Są bardziej łagodne, zupełnie inne niż twój wyraz twarzy.

Zamrugałam z zaskoczenia. Opadła mi też trochę szczęka. Bezpośredniość tego człowieka – tego nieznajomego – powinna sprawiać mi przykrość, a nie przyjemność. Powinna być niegrzeczna, a nie urocza.

A już z pewnością nie powinnam czuć motylków w brzuchu i przyśpieszającego pulsu. Ani rumieniących się policzków.

Kobieta obok niego pochyliła się, mimochodem ocierając się piersiami o jego ucho.

– No i ma fajne cycki – dodała.

Tym razem moja szczęka wylądowała na podłodze. Po pierwsze, skąd ona mogła cokolwiek wiedzieć o moich cyckach, które może i faktycznie były raczej większe niż mniejsze, ale przecież zupełnie zakryte. A po drugie, czy ona nie ma w domu lustra? Bo jeśli już mowa o fajnych cyckach, niewiele mogło konkurować z jej biustem, a byłam przekonana, że jest prawdziwy.

– Ach, Natalie, to niegrzeczne. – Jednak jednocześnie jego wzrok powędrował w dół, by ocenić moje piersi.

Mimo to doceniłam jego próbę zachowania dobrego tonu.

Potem przypomniałam sobie, że cała ta sytuacja działa mi na nerwy.

– Komplementy w niczym nie pomogą. To wszystko ma zniknąć. Natychmiast. – Dzięki Bogu za naturalną chrypkę; dzięki niej ukryłam zdenerwowanie.

– Ja nie prawię pustych komplementów, Gwen. – Zamilkł na moment, jakby chciał, żebym to dobrze zrozumiała. – I przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie, lecz wynająłem tę salę, żeby robić tu, co tylko zechcę.

– Może i wynajął pan salę, lecz nie może pan robić tu, co mu się żywnie podoba. – Na umowie zostało wyraźnie napisane, jakie panują zasady. Nieznajomy otrzymał swoją kopię. Należał do regularnych klientów, więc musiał znać zasady. A jeśli sądził, że może wykorzystać fakt, iż się nie znamy, powinien wymyślić jakąś lepszą strategię.

Właśnie tego się trzymałam – zasad. Trzymałam się przekonania, że w tym sporze to ja mam słuszność.

– Właściwie to on faktycznie może w tej sali robić, co mu się żywnie podoba – powiedziała nieśmiało Alyssa.

Odwróciłam się i zobaczyłam, jak na jej twarzy pojawia się przepraszający wyraz. Nie wiedziałam jednak, czy przeprasza mnie, że nie powiedziała mi o tej sytuacji wcześniej, czy raczej za opowiadanie się po stronie nieznajomego.

Wiedziałam za to, że nie mogła mieć racji.

Zupełnie jakby czytał w moich myślach, nieznajomy rzekł:

– Alyssa ma rację.

Tylko jedna osoba mogła podpisać tego rodzaju umowę, ale i tak musiałam zapytać.

– Kto tak mówi?

– Matt. – Odpowiedź nadeszła zarówno ze strony Alyssy, jak i nieznajomego. Potem wyjaśnił: – Mamy z Mattem takie nieoficjalne porozumienie.

Resztki mojej godności właśnie zostały pogrzebane. Jeśli to była prawda – a miałam przeczucie, że tak – to ja tutaj postępowałam niesłusznie, nie oni. Upokarzające. I rozczarowujące.

Słyszałam plotki, że Matt dokonywał tego rodzaju nieformalnych porozumień, lecz nigdy nie przekonałam się o tym na własnej skórze. Zapewne dlatego, że Matt spodziewał się mojej krytyki. Jako przełożony nie potrzebował mojego pozwolenia, choć mógł się martwić, że pójdę z tym bezpośrednio do właściciela, Josepha Rickera.

Nie zrobiłabym tego. Matt to dobry menadżer i nie zamierzałam wygryźć go z posady. Mogłam go jednak przestraszyć na tyle, żeby skończył z tymi absurdalnymi umowami.

– Może powinnam do niego zadzwonić.

Nieznajomy zdawał się rozumieć, że to się nie stanie. Przechylił głowę na bok i zanim jeszcze się odezwał, już wiedziałam, że nie wygram łatwo dyskusji.

– Naprawdę chcesz to zrobić, Gwen? Naprawdę? – Wychylił się do przodu, postawił obie nogi na podłodze i złożył dłonie, prostując palce wskazujące. – To znaczy, oto jak ja to widzę. Najwyraźniej Matt nie chce, żebyś o mnie wiedziała. Wynajmuję tę salę już dobre siedem, osiem miesięcy? – Rozejrzał się po gościach, a ci szybko potwierdzili jego słowa.

Potem spojrzał na mnie.

– Jak długo tu pracujesz?

– Pięć lat. – Zostałam zatrudniona na stanowisku menadżera zaraz po tym, jak skończyłam dwadzieścia pięć lat. To była moja pierwsza prawdziwa praca po ukończeniu zarządzania restauracją i zarządzania ludźmi, które to studia sponsorowała mi Norma. Niekoniecznie zamierzałam zostać w88th Floor, ale w ciągu trzech lat z asystentki zatrudnionej na część etatu stałam się prawą ręką głównego menadżera. Płacili dobrze. Pracowało się komfortowo. Cieszyłam się szacunkiem szefa i współpracowników.

Palce wskazujące nieznajomego wybrały mnie na swój cel.

– Nigdy nie pracujesz we wtorki, prawda?

– Prawda.

– Matt umyślnie trzymał cię z dala ode mnie. Jaki jest tego powód, twoim zdaniem? – Pytał wyraźnie protekcjonalnie, więc odpowiedziałam hardym spojrzeniem. – Nie domyślasz się? Bo ja podejrzewam, że jesteś tutaj najbardziej sztywna. Z kijem w tyłku. A moja umowa z Mattem wymaga luźnego podejścia do zasad. To pewnie jest sprzeczne z twoją naturą. Prawda, Gwen?

Nienawidziłam sposobu, w jaki wymawiał moje imię, jakby miał nade mną władzę absolutną, ponieważ wiedział tę jedną rzecz na mój temat. Nienawidziłam i kochałam. Nie znosiłam także tego, jak jego wzrok wędrował po całym moim ciele, powoli i dokładnie. Zmysłowo dotykał każdej mojej krągłości, każdego kąta.

Nienawidziłam i uwielbiałam. Nienawidziłam i uwielbiałam.

Usiadłam na krześle, które nadal za mną stało, nie wierząc już nogom, że zdołają mnie utrzymać.

– Jak dokładnie wygląda ta umowa? I kim pan jest?

– Żaden „pan”. – Zawahał się. – Nazywam się JC.

Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam.

– JC…?

– Po prostu JC. – Powiedział to tak, jakby to wszystko wyjaśniało. Dwie krótkie sylaby, które powinny mnie usadzić.

– Tak jak Jezus Chrystus?

Kilku gości się zaśmiało. Ale właściwie to gdyby Jezus Chrystus naprawdę istniał – czego ani trochę nie byłam pewna – właśnie tak go sobie wyobrażałam. Magnetycznego, pewnego siebie, otoczonego przez rozpustę, w której on sam nie brał publicznie udziału.

JC także roześmiał się pod nosem, patrząc na mnie zuchwale i seksownie.

– Tak też mnie nazywano. Jednak tylko w chwilach, gdy znajdowałem się między nogami kobiety.

Fuj.

Ale też sexy.

Nie raz słyszałam takie lubieżne komentarze. Pracuję w klubie. W Nowym Jorku. Poznałam już to i owo.

Jednak JC sprawił, że pod wpływem jego sprośnych słów coś ścisnęło mnie w podbrzuszu. Nawet niżej. W zapomnianych regionach mojego ciała, które nie były stymulowane od lat. Nie tylko nie stymulowane; właściwie dawno o nich nie myślałam. Znowu pomieszczenie zdawało się przechylać na jedną stronę.

Nie podobało mi się to. Nie rozumiałam, co się dzieje. Tak, byłam człowiekiem – kobietą z seksualnymi pragnieniami jak każdy – lecz już dawno nauczyłam się je wyłączać. Nie ujawniały się, o ile im na to nie pozwoliłam, a już z pewnością nie wzbudzały dreszczy na plecach, które rozchodziły się na ręce, nogi, każdą komórkę mojego ciała. Nie podobało mi się to ani trochę.

Dlatego postanowiłam, że je zignoruję.

– A umowa?

W oczach JC dojrzałam błysk, który mówił, że mój rozmówca doskonale zdawał sobie sprawę, co próbowałam właśnie ukryć. A może tylko to sobie wyobrażałam, ponieważ nie próbował wykorzystać tej wiedzy przeciwko mnie, a miałam przeczucie, że było to w jego stylu. Zamiast tego odpowiedział na moje pytanie.

– Biorę Pokład w każdy wtorek. Wykorzystuję go dla rozrywki moich przyjaciół i partnerów biznesowych.

– Zabawiasz swoich partnerów biznesowych. – Ach, wiedziałam, o co chodzi. Koleś był naganiaczem. Kimś, kto załatwiał swojej firmie kontrakty, zachęcając klientów gorącymi laseczkami i alkoholem. – Striptizerkami?

– Daj spokój, naprawdę myślisz, że te kobiety są striptizerkami? One też są moimi partnerkami biznesowymi. Nie osądzaj ich po braku odzienia. – Spojrzał na jednego z kolegów, na kolanach którego właśnie siedziała jedna z obnażonych dziewczyn. – Daj im jeszcze godzinę, a założę się, że panowie też się rozbiorą.

Rozejrzałam się jeszcze raz po sali. Słowa JC narysowały w moim umyśle obcy obraz. Rozbieranie się dla pieniędzy… to rozumiałam. Pochodziłam z miejsca, w którym czasami trzeba było robić takie rzeczy, żeby mieć co jeść.

Ale łamać zasady dla samego łamania zasad? Tego nie potrafiłam pojąć. Jakby to było być pozbawionym zahamowań? Być tak wolnym?

Pokręciłam głową. To wszystko wydawało mi się nie do pojęcia. A poza tym było wkurzające. Czułam, że mój autorytet został podważony. I że mnie nie szanowano. Kiedy rok temu Matt zaproponował mi wolne wtorki i środy, czy naprawdę zrobił to, bo zasługiwałam? Czy może po prostu nie chciał, żebym wpadła na trop jego spraw?

– Co za gówno – mruknęłam, rozgniewana bardziej na swoją głupotę niż cokolwiek innego.

JC podniósł brwi, zdziwiony.

Nie miałam najmniejszego zamiaru się przed nim tłumaczyć.

– Czym się właściwie zajmujesz?

– Tym i tamtym. Inwestuję czasami w różne projekty. Przez resztę czasu robię to, na co mam akurat ochotę.

Czyli nie naganiacz, ale jeden z tych kolesi. Dziecko bogatych rodziców, które pomnaża pieniądze w funduszu, płacąc innym, by wykonywali pracę za niego, podczas gdy on imprezuje i zbiera profity.

Nie potrafiłam się powstrzymać. Przewróciłam oczami.

– Mógłbym też pomóc ci wyjąć kij z tyłka. – JC powiedział to poważnym tonem, jednak w jego oczach widziałam rozbawienie. Droczył się ze mną.

Popatrzyłam na niego z ukosa.

– Niby jak? Wkładając tam zamiast niego swojego drąga?

– Ha, ha. Zabawne. Ale oczywiście, gdybyś chciała… – Zamilkł na moment, jakby dając mi szansę, bym przystała na jego propozycję. Nigdy w życiu. – Ale nie to miałem na myśli. Oferowałem coś innego. Nie, właściwie to nie oferowałem, lecz wciąż oferuję.

Pewnie. Coś innego. Jasne.

– Czy tym też się zajmujesz na co dzień? Taka robota na boku?

– Nie biorę za to pieniędzy, jeśli o to ci chodzi. Nie. To nie praca. Po prostu widzę, jaka jesteś spięta, i myślę, że mógłbym coś na to poradzić. – Mówił tak beznamiętnie, podczas gdy ja ciągle go atakowałam sarkazmem. On był szczery, ja złośliwa.

Zamurowało mnie, chociaż w zasadzie nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Ponieważ był górą? Ponieważ straciłam swój autorytet? Ponieważ patrzył na mnie tak, jak już dawno nikt na mnie nie patrzył? Jakby chciał mnie zjeść, ale nie tyle połknąć w jednym kawałku, co posmakować.

Jakby wiedział, że gdzieś głęboko, głęboko w duszy właśnie tego chciałam.

– Mi pomógł – powiedziała Natalie. – Naprawdę, nie da się spędzać czasu z JC i nie nauczyć, jak się nieco rozluźnić.

Nie podniósł na nią wzroku, nadal wpatrywał się we mnie. Zastanawiałam się, czego dokładnie ją nauczył. Po jakie metody sięgnął? Z pewnością były tak bezwstydne i wulgarne, jak podejrzewałam.

– Nie, dzięki. – Nie chodziło o to, że byłam świętoszkowata. Po prostu nie interesowała mnie ta beztroska, jaką tu prezentowano. Wolałam kontrolę. Wolałam powściągliwość.

Rozejrzałam się znowu po pomieszczeniu. Na dwuosobowej kanapie para właśnie się całowała, zaś na jednym ze stołów trio na wpół tańczyło, na wpół ocierało się o siebie, uprawiając seks w ubraniach. Kobieta, która wcześniej siedziała okrakiem na kolanach mężczyzny, teraz wiła się przy jego kroczu, a on przygryzał wargę z seksualną ekstazą wymalowaną na twarzy.

Moje obrzydzenie musiało stać się widoczne, bo JC zaraz powiedział:

– Hej, nie odrzucaj czegoś, czego jeszcze nie próbowałaś. – Przyglądał mi się uważnie przez chwilę, a potem wstał i ruszył w moją stronę. – Nie próbowałaś, prawda? Nie próbowałaś dobrego tańca erotycznego. Właściwie to żadnego.

Okazał się wyższy, niż się spodziewałam; sięgał dobre piętnaście centymetrów ponad moją głowę, co oznaczało, że musiał mieć grubo powyżej metra osiemdziesięciu. A kiedy tak patrzył na mnie przeszywająco i podjudzał swoimi pożądliwymi aluzjami, czułam się mniejsza niż zwykle.

Mniejsza i bardziej napalona.

Dostałam gęsiej skórki, serce zaczęło mi walić, kiedy był tak blisko i patrzył tak hipnotycznie.

– Nie, n... nie prób... bowałam – wyjąkałam w odpowiedzi.

Kiwnął głową na Natalie.

– Pokażesz jej?

– Nie, dzięki – rzuciłam, wstając, zanim Natalie zdążyła zareagować. JC naprawdę myślał, że pozwolę jej zatańczyć mi na kolanach? Nigdy w życiu. Zadrżałam na samą myśl, chociaż nie do końca z obrzydzenia.

JC pokręcił głową.

– Nie tobie, kochaniutka. Wystraszyłabyś się. Dziewczyny ci pokażą. – Normalnie zwróciłabym mu uwagę, żeby nie nazywał mnie kochaniutką. A już z pewnością wyszłabym z sali, zanim ta szalona scena miałaby szansę się rozwinąć. Lecz z jakiegoś powodu czułam, jakby ktoś przykleił moje stopy do podłogi. JC postawił porzucone przeze mnie krzesło z przodu. Nie musiał nikogo prosić, by usiadł – dziewczyna w koronkowej bieliźnie bez słowa opadła na krzesło. Splotła dłonie za oparciem i rozsunęła nogi. Szeroko.

Natalie zrobiła trzy kroki i zatrzymała się między nogami siedzącej kobiety. Odwróciła się do niej tyłem i rozpoczęła swój taniec. Z początku poruszała się subtelnie, jej biodra powoli powędrowały w jedną stronę, by zmysłowo wrócić na drugą. Po chwili położyła ręce na nogach koleżanki i zgięła kolana, schodząc nisko – jej pośladki praktycznie zetknęły się z udami drugiej kobiety – a potem podniosła się, kołysząc nimi.

W pokoju zapanowało namacalne wręcz napięcie, jednak goście JC pozostali na swoich miejscach. Spodziewałam się gwizdów i pokrzykiwań, lecz wszyscy milczeli. Oprócz niskiego bębnienia muzyki klubowej po drugiej stronie ściany dało się słyszeć jedynie delikatny odgłos ocierających się o siebie ud Natalie, szelest ubrań i przyśpieszone oddechy obu dziewczyn.

Sama zaczęłam lekko dyszeć i musiałam się skoncentrować, żeby nikt tego nie usłyszał. Nie było to łatwe. Taniec Natalie był hipnotyczny. Jej ciało ruszało się w zdecydowanym rytmie, jakby słuchała prywatnej muzyki, którą tylko my mogliśmy poczuć. Kuszące. Niczym gra wstępna. Od samego patrzenia zaczęły mi drżeć uda. Moje sutki stwardniały. Moje majtki zrobiły się mokre.

Dreszcz przebiegł mi po plecach, zalała mnie fala pożądania. Nie tylko seksualny aspekt tak mnie podniecił ani też artystyczne piękno ruchów Natalie. To było coś więcej, czego nie potrafiłam nazwać ani właściwie rozpoznać.

– Jej taniec jest niezwykle zmysłowy, prawda?

Wzdrygnęłam się, bo nie zdawałam sobie sprawy, że JC stał tuż za mną. A może tak naprawdę wiedziałam o tym i właśnie w jego obecności tkwiła prawdziwa przyczyna reakcji mojego ciała. Za to z pewnością nie miałam pojęcia, jak odpowiedzieć na jego pytanie.

Tak, był zmysłowy.

I wkurzało mnie to, bo chciałam zwykłego porno, a nie tego dziwnego czegoś. A już na pewno nie chciałam, żeby moje ciało przyjęło to z takim entuzjazmem.

Dlatego milczałam.

JC najwyraźniej uznał ciszę za zachętę, by mówić dalej.

– A wiesz, dlaczego jest taki pociągający? Oprócz pięknych nagich kobiet i płynności ruchów Natalie, podnieca nas też to, czym ten taniec jest naprawdę. Przekazaniem władzy.

Musiał przysunąć się jeszcze bliżej, bo teraz czułam jego oddech na ramieniu.

– Kiedy ktoś tak przed tobą tańczy, nie możesz go dotykać. Chcesz, i to bardzo chcesz, lecz musisz pozwolić przyjemności dręczyć cię i przejąć kontrolę, gdy ty pozostajesz bezsilna. Z początku wydaje się, że to proste, prawda? Że chodzi tylko o panowanie nad sobą. W tym z pewnością jesteś najlepsza. Tak naprawdę jednak trzeba czegoś zupełnie przeciwnego. Tak naprawdę musisz oddać się w ręce tej drugiej osoby. To Natalie ma kontrolę. Lena oddała jej władzę nad sobą. Obiecała trzymać się jej zasad, nawet jeśli się z nimi nie zgadza lub jej się nie podobają. W zamian za to Natalie daje jej przyjemność, której Lena pragnie.

Pochylił się mocniej do przodu, jego oddech łaskotał moje ucho i wzburzał krew w żyłach.

– Powiedz mi, że nie chcesz znaleźć się na jej miejscu.

Skrzyżowałam ręce na piersiach.

– Nie chcę. Nawet normalnego tańczenia nie lubię.

– Nie Natalie, Gwen. Nie nią chcesz być. Chcesz być Leną. Chcesz być tak wolna jak Lena.

Zabrakło mi tchu, w oczach szczypały łzy.

Miałam ochotę odwrócić się i uderzyć JC w twarz. Musiał być zarozumiały i arogancki, jeśli wydawało mu się, że wie cokolwiek na mój temat. Nie miał pojęcia. Tylko zgadywał, zapewne próbując mnie poderwać, a tymi swoimi domysłami trafił w czuły punkt. Szarpnął tak bardzo, że gdybym nie była taka opanowana, jak mi właśnie wypomina, dostałby ode mnie w twarz. Mocno.

Jednak nie zdenerwowałam się z powodu jego zgadywanki czy też z powodu, dla którego snuł te swoje domysły. Zdenerwowałam się, bo miał rację. Naprawdę chciałam być wolna. Miałam kij w dupie. Byłam zamknięta. Egzystowałam w rutynie dnia codziennego i traciłam całe mnóstwo radości z życia.

JC nie wiedział jednego – nie mógł wiedzieć – że podjęłam świadomą decyzję i to nie bez powodu. Nie liczyło się to, czego chciałam, bo tylko tak potrafiłam przetrwać. Pieprzyć jego i jego insynuacje, że wybrałam źle. Nie był mną. Nie miał o niczym pojęcia.

Nie uderzyłam go. Nic nie powiedziałam. Zwyczajnie odwróciłam się i wyszłam z sali, zamykając za sobą drzwi. Jednak pomijając to lekkie wzburzenie, nie pozwoliłam, by słowa JC mnie zabolały. Nie chciałam myśleć o swoich wyborach i postaci, w jaką postanowiłam się wcielić. Nie chciałam zastanawiać się, czy naprawdę nie istniało inne wyjście, niż być tą osobą, którą byłam.

Przez resztę zmiany nie wracałam do sali na piętrze. Przekonałam samą siebie, że muszę zapomnieć o całym tym doświadczeniu. To oznaczało, że nie powinnam mówić Mattowi o tym, jak dowiedziałam się o jego nieformalnej umowie.

I z pewnością nigdy więcej nie zamierzałam pracować we wtorki.

Rozdział drugi

– Złapałam cię przed rozpoczęciem zmiany? – Głos Normy docierał do mnie przytłumiony przez kołnierz płaszcza, gdy próbowałam jednocześnie przytrzymać ramieniem telefon przy uchu i otworzyć drzwi klubu.

Było mi zimno, a przez rękawiczki nacisnęłam zieloną słuchawkę dosłownie w ostatniej chwili.

– Ledwo. Właśnie wchodzę do środka. – Był czwartek i, jak wiele innych wieczorów w tygodniu, Norma pracowała do późna, więc nie udało mi się z nią zobaczyć przed wyjściem na dwudziestą do klubu. – Zjadłaś obiad? Zostawiłam ci resztki zamówienia w lodówce, jeśli jesteś głodna.

– Jadłam już. – Wydawała się rozproszona. – Przepraszam. Chciałam zadzwonić do ciebie wcześniej, ale byłam zajęta… spotkaniami.

Przeszłam przez wejście dla pracowników do kuchni.

– Żaden problem. Co tam?

– Odezwał się do mnie dzisiaj adwokat ojca.

Ojca. Jedno proste słowo, a jednak pod jego wpływem zamarłam w pół kroku.

– I co?

Uspokój się, powiedziałam sobie w duchu. Pewnie tylko chciał zadzwonić i złożyć wczesne życzenia z okazji urodzin.

Ta, jasne. Kiedyś zaskakiwał nas od czasu do czasu, pamiętając ważne daty z naszego życia. Ale ostatnio przestał. Odkąd wylądował w więzieniu.

– I… – Norma zawahała się, po czym od razu poznałam, że ma dla mnie bardzo złe wieści. – Ojciec wychodzi wcześniej, niż myśleliśmy.

– Jezu Chryste, nie. – Ledwo mogłam mówić przez ściśnięte gardło. – Kiedy?

– W czerwcu.

– W czerwcu? – Powtórzyłam to w swojej głowie jeszcze kilka razy, zanim zdołałam w pełni pojąć te słowa. – To całe sześć miesięcy wcześniej! Myślałam, że wypuszczą go w grudniu. – Ojca skazali na wyrok bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. W grudniu minie dziesięć lat. Szybko zleciało, lecz miałabym jeszcze dość czasu, żeby się z tym pogodzić. Żeby się tym zająć.

Teraz została tylko wiosna i zamiast w celi będzie na wolności. Zebrało mi się na wymioty.

– W zasadzie mieli go nie wypuszczać wcześniej, ale mają za dużo ludzi w więzieniu i… to skomplikowane. Umieszczają go w ośrodku resocjalizacji, gdzie dokończy wyrok. – Norma wydawała się zmęczona, więc nie wyciągałam od niej więcej informacji. Ufałam, że powie mi to, co muszę wiedzieć, a resztę zachowa dla siebie. Właściwie to była chyba jedyną osobą, której ufałam. – Możemy spróbować temu zapobiec, ale prawdopodobnie nic nam to nie da. Stracimy tylko czas i pieniądze.

Sfrustrowana przeczesałam palcami włosy, przypominając sobie jednocześnie, że nie zdjęłam jeszcze rękawiczek. Gest okazał się nie być nawet trochę tak przyjemny, jak chciałam; jego dziwna gładkość wręcz wzmogła moją frustrację. Ściągnęłam rękawiczkę zębami, a potem zadałam najważniejsze pytanie.

– Powiedziałaś Benowi?

Chociaż Norma bała się wypuszczenia mojego ojca, najgorzej zniesie to nasz młodszy brat. To oczywiste. Właśnie na niego nasza mroczna przeszłość miała największy wpływ.

– Jeszcze nie. Ale zadzwonię. Niedługo. – Norma chrząknęła, a ja pomyślałam, że pewnie jej gardło ścisnęło się tak samo jak moje. – Ale nie dzisiaj. Muszę się najpierw zastanowić, jak mu to powiedzieć.

– Daj znać, jeśli będziesz potrzebowała pomocy. – Właściwie niewiele mogłam zrobić. To Norma zawsze potrafiła ukoić. Ja najczęściej mówiłam „auć” i szłam dalej.

Choć w rzeczywistości raczej mówiłam „auć” i wciskałam to głęboko w czarną dziurę, którą miałam zamiast serca. Na wpół wierzyłam w jej istnienie, bo co innego mogłoby tłumaczyć fakt, że brakowało mi wszelkich trwałych emocji? Ciemność zjadła każde prawdziwe uczucie i groziła przejęciem mnie całej. Gniew i niepokój zdawały się wymykać z niej najczęściej. Jednak nawet panika z powodu wcześniejszego wyjścia ojca zaczynała już zanikać, zmieniając się w tępe buczenie irytacji. Może i nie była to najzdrowsza metoda radzenia sobie z problemami, ale właśnie tak udawało mi się przetrwać.

Jednak Ben nie przypominał mnie. Ben nie przyjmie lekko tej wiadomości.

– Cholera, to naprawdę lipa. – Ruszyłam przez kuchnię, przyciskając znowu telefon ramieniem, by zdjąć drugą rękawiczkę i włożyć ją do kieszeni płaszcza.

Bethany spojrzała na mnie znad papierów i zatrzymała w chwili, gdy Norma zaczęła coś mówić.

– Poczekaj sekundę, Norma – rzuciłam i przyłożyłam dłoń do komórki, kiwając głową na Bethany.

– Ten cały JC…

Przewróciłam oczami i przerwałam jej.

– Nie musisz mówić nic więcej.

JC był ostatnią osobą, o której chciałam w tamtej chwili myśleć. JC był ostatnią osobą, o której w ogóle chciałam myśleć. Kropka. Był aroganckim dupkiem. Bogatym dzieciakiem z poczuciem wyższości.

I za każdym razem, gdy pojawiał się w mojej głowie, zapierało mi dech w piersi.

Nie widziałam go od tamtej nocy miesiąc temu, kiedy poznałam go w Viperze, lecz odkąd zdałam sobie sprawę z jego istnienia, czułam jego obecność na każdym kroku. Słyszałam kilka razy, jak wspomina go ktoś z obsługi. Raz widziałam jego wiadomość do Matta. Jego inicjały znajdowały się nawet na kalendarzu w biurze. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć?

No i jeszcze te kwiaty.

Wysłał ogromny bukiet do klubu w weekend po naszym spotkaniu. Znalazłam je w biurze na początku sobotniej zmiany. Kiedy otwierałam zaklejoną kopertę z moim imieniem, wprost nie mogłam wytrzymać z ciekawości, a także, przyznaję, podekscytowania. Nikt, kogo znam, nie przysłałby mi kwiatów. Więc skąd się wzięły?

Wiadomość okazała się krótka.

„Różnicą między tym, kim jesteś, a tym, kim chciałabyś być, jest to, co robisz. JC”

Zalała mnie fala tak wielu różnorodnych emocji, że nie miałam pojęcia, której się chwycić. Zaskoczenie, zawstydzenie, zdenerwowanie, niepokój. Podniecenie.

Postawiłam na gniew. Podobnie jak w trakcie naszego pierwszego spotkania, zastanawiałam się, co on sobie wyobrażał? Był teraz moim osobistym motywatorem, że cytował Billa Phillipsa? Co on w ogóle o mnie wiedział? A jeśli próbował zaciągnąć mnie do łóżka, zdecydowanie nie najlepiej mu szło.

Aczkolwiek, czy to nie miłe, że pamiętał o mnie po tylu dniach?

Nie. Zdecydowanie nie. Mój gniew rósł przez samo to, że tak pomyślałam. Dlatego wrzuciłam bukiet, razem z wazą i wszystkim, do kosza na śmieci stojącego przy biurku i spróbowałam o tym zapomnieć.

Mimo to nadal o tym myślałam.

A raczej myślałam o nim. Dużo. Przez całe Boże Narodzenie, aż do Nowego Roku, nigdy nie uciekał daleko z mojej wyobraźni. JC był atrakcyjny, tak, i może właśnie dlatego tak często jego obraz pojawiał się w mojej głowie w najdziwniejszych momentach. Bardziej chodziło jednak o to, co o mnie mówił. Podobno chciałam być wolna. Podobno mógł mi pomóc się tego nauczyć. Co dokładnie miał na myśli? Seks? Poważnie?

A nawet jeśli seks miał mi pomóc, czy ktokolwiek potrafiłby przebić się przez mur więzienia, w którym żyłam?

Jeśli ktoś potrafił, na pewno nie on. Co do tego nie miałam wątpliwości.

– Chciałam cię ostrzec – powiedziała mi teraz Bethany.

Świetnie. Zapewne kolejny bukiet czekał na mnie w biurze. Powinnam się była domyślić, że nie będzie tak łatwo pozbyć się JC.

– Dzięki, Bethany – odparłam bezgłośnie i wróciłam do rozmowy z Normą, jednocześnie idąc dalej przez kuchnię. – Dobra, jestem z powrotem.

– Jeszcze tylko jedno.

– Śmiało. – Zatrzymałam się, żeby spojrzeć na harmonogram na ścianie. Chociaż nie zarządzałam pracownikami kuchni, lubiłam wiedzieć, kto akurat miał zmianę, gdy ja zaczynałam swoją.

– Nie chcę, żebyś się denerwowała – powiedziała nieśmiało Norma – ale ojciec pytał, czy mógłby zamieszkać u nas, gdy już wyjdzie.

– Ojciec pytał? Czy jego prawnik?

– Ojciec poprosił prawnika, żeby nas zapytał.

– Nigdy w życiu! – Teraz to się wkurzyłam. Tę emocję potrafiłam utrzymać dłużej niż minutę. – Nie ma mowy. Jak on w ogóle ma czelność o to pytać? Powiedziałaś, że nie, prawda? Cholera jasna, mam nadzieję, że powiedziałaś.

– Tak, powiedziałam. Nie chcę mu nawet zdradzać adresu, póki się da. Chciałam cię tylko uprzedzić na wypadek, gdyby próbował się z tobą kontaktować.

– Dzięki. Chyba. – Pchnęłam drzwi kuchenne i weszłam do głównej części klubu. Wtedy, drugi raz w przeciągu kilku minut, znowu zamarłam w pół kroku. – Hej, muszę kończyć.

– Jasne, pogadamy później. Nie zadręczaj się tym, Gwen. Poradzimy sobie. Wszystko będzie dobrze. – Rozłączyłam się, ledwo rejestrując ostatnie słowa Normy. Moja uwaga była całkowicie skupiona na mężczyźnie opierającym się o bar.

Dlaczego, ach, dlaczego nie posłuchałam ostrzeżenia Bethany? Mogłam poprosić Brenta albo jakiegoś innego kolesia z kuchni, żeby pozbył się JC.

Znowu nie byłam przygotowana.

Kiedy JC mnie dostrzegł, jego usta wyciągnęły się w uśmiechu. A potem puścił do mnie oko. Puścił do mnie oko!

A moje głupie ciało postanowiło zareagować gęsią skórką. Co wkurzyło mnie jeszcze bardziej.

– Poważnie? Cały rok nic nie wiem o twoim istnieniu, a teraz widzę cię już drugi raz w ciągu miesiąca? – Natychmiast pożałowałam tych słów. Jeśli istniała wcześniej jakaś szansa, że JC nie zauważył, jak na mnie działa, właśnie ją zaprzepaściłam.

Ponieważ klub nie był jeszcze otwarty, wciąż paliło się światło dla obsługi, więc mogłam przyjrzeć się JC dokładniej niż przy naszym pierwszym spotkaniu. Nie powinnam była go tak oglądać. Jeśli wcześniej zastanawiałam się, czy przyciemnione światło w Viperze było dla niego zbyt pobłażliwe, właśnie pozbyłam się złudzeń. Teraz, gdy widziałam go wyraźnie, wyglądał olśniewająco.

Ubrany był podobnie jak ostatnim razem, w ciemnoszary dwurzędowy garnitur, który idealnie na niego pasował. Włosy nie były już tak mocno wystylizowane i zauważyłam, że zdawały się naturalnie nieco kręcić. Wciąż miał lekką szczecinę, niedawno przyciętą, przez co miałam jeszcze większą ochotę jej dotknąć. Musiałam zacisnąć mocno pięści, żeby nie wyciągnąć dłoni i nie potrzeć jego policzka.

Wyprostował się i włożył ręce do kieszeni.

– Wiem. Powinienem był przyjechać wcześniej. Ale były święta i w ogóle…

– Dlaczego miałbyś przyjeżdżać wcześniej? – Nie miałam pojęcia, czemu zadałam to pytanie, skoro prowokowałam go w ten sposób do powiedzenia czegoś, czego nie chciałam wcale usłyszeć. Po prostu tak trudno było mi myśleć w jego obecności. Był jednocześnie tak denerwujący i pociągający. Czy to w ogóle możliwe, by ktoś mógł być tak atrakcyjny przez samo wkładanie rąk do kieszeni?

Okrucieństwo, prawdziwe okrucieństwo.

JC zrobił krok w moją stronę.

– Ponieważ chciałem się z tobą zobaczyć, Gwen. – Powiedział to tak, jakby pragnienie spotkania się ze mną było najzwyklejszą rzeczą na świecie. – Zazwyczaj, kiedy chcę kogoś zobaczyć, nie odkładam tego tak długo. Tylko teraz… Wyjechałem z miasta. Wysłałbym ci więcej kwiatów, żebyś wiedziała, że o tobie myślę, ale słyszałem, że nie spodobały ci się tak bardzo, jak się spodziewałem.

– Czy… – Znowu mi to robił, znowu zbaczałam przez niego z kursu, znowu wytrącał mnie z równowagi. – Czyli wiesz o kwiatach? – Zamknęłam na chwilę oczy, żałując swoich słów. – To znaczy, dziękuję. Bukiet był piękny. Nie jestem zainteresowana.

Ale skąd niby wiedział, co zrobiłam z kwiatami?

Cholera, Alyssa. Widziała, jak je wyrzucam. Na pewno go o tym poinformowała.

Cóż, czyli wiedział. To nawet lepiej, bo nie myślał sobie, że mi się podobały. Tylko najwyraźniej nie zrozumiał swojego błędu, skoro tu przyjechał.

– To niesprawiedliwe, Gwen. – Podszedł jeszcze bliżej. – Powinnaś mi dać szansę znowu wystąpić z propozycją, zanim ją odrzucisz.

Nagle zrobiło mi się ciepło i zaczęłam rozpinać guziki płaszcza.

– Zdaję sobie sprawę, że to brzmi absurdalnie, bo zadaję pytanie za pytaniem, ale czy mógłbyś mi przypomnieć, jak brzmi ta propozycja? – Oczywiście blefowałam. Wiedziałam doskonale, o czym mówił JC. Sama idea seksu z tym irytującym nieznajomym budziła we mnie obszary, o których myślałam, że na zawsze pozostaną uśpione.

Nie zamierzałam się jednak do tego przyznawać. JC i tak już zbyt wiele wiedział na mój temat.

Serce zabiło mi szybciej, kiedy postąpił kilka kroków naraz. Jednak okazało się, że chciał tylko stanąć za mną i pomóc mi zdjąć płaszcz.

– Dobrze wiesz, o jaką propozycję chodzi. O tę, w której oferuję ci pomoc w wyluzowaniu.

Teraz znajdował się blisko, naprawdę blisko. I nawet kiedy oddałam mu już płaszcz, zrobiło mi się cieplej, nie chłodniej.

Jęknęłam i zabrzmiało to nie jak jęk irytacji, lecz raczej podniecenia.

– Jesteś taki bezczelny. – Odwróciłam się twarzą do niego i wyszarpnęłam płaszcz z jego rąk.

– A ty spięta. – Powiedział to tak, jakby intrygowała go ta cecha. Jakby była dla niego wyzwaniem.

Właśnie tego mi brakowało – bycia dla kogoś wyzwaniem. Wciąż trzymając płaszcz, skrzyżowałam ręce na piersiach.

– Nawet mnie nie znasz.

– Może i nie, ale wiem, jaka jesteś. Wszyscy to wiedzą. – Znowu schował dłonie w kieszeniach, najwyraźniej naigrawając się z mojej obronnej postawy.

– Wszyscy wiedzą, że jestem spięta? – zapytałam piskliwym głosem i zdałam sobie sprawę, że właśnie potwierdzam jego słowa. Pokręciłam głową i mruknęłam: – To najdziwniejsza rozmowa, jaką kiedykolwiek przeprowadziłam.

– Więc przestań mówić. Nie musimy nic mówić. – Spojrzał mi w oczy, dzięki czemu ja miałam szansę spojrzeć w jego. Błyszczały i emanowały energią, czego moje nie robiły chyba od lat, o ile w ogóle. Jednak za tym śmiechem, za tym światłem, znajdowało się to samo, co dostrzegłam wtedy w Viperze. Pustkę. Samotność. Brak.

– Znacie się? – Głos Matta rozproszył nasze skupienie. Byłam tak skoncentrowana na JC, że nie usłyszałam, kiedy szef wyszedł z biura.

Świetnie. Doskonale wręcz.

Teraz, gdy zobaczył mnie z JC, musiałam się przyznać, że wiedziałam o umowie łamiącej zasady ustanowione w klubie. A to z kolei oznaczało, że albo muszę zaskarżyć na niego u właściciela, albo udawać, że nie przeszkadza mi to. Nie chciałam skarżyć. Niestety przeszkadzało mi łamanie zasad. Wolałabym, żeby Matt nadal myślał, że o niczym nie wiem. Więcej nawet, wolałabym naprawdę o niczym nie wiedzieć.

Za późno.

Matt też się martwił. Miał to wymalowane na twarzy. Przygryzłam wargę, próbując zdecydować, co powiedzieć.

Jednak zanim zdążyłam się odezwać, uprzedził mnie JC.

– Dopiero co się poznaliśmy. – Uniósł brew. – Gwen, prawda?

Zapewne oczekiwał, że coś powiem, ale ja zdołałam tylko pokiwać głową. Byłam zbyt zaskoczona. JC nie miał powodu, żeby ukrywać naszą znajomość. Chyba że rozumiał, w jakiej znalazłam się sytuacji. Chyba że rozumiał mnie lepiej, niż się spodziewałam.

Nagle cała krew odpłynęła mi z twarzy, a w gardle zaschło.

– Myślałem, że znam wszystkich menadżerów 88th Floor. Najwyraźniej się myliłem. – JC odwrócił się ode mnie i podszedł do Matta. – W każdym razie, wpadłem się zobaczyć z tobą.

Spodziewałam się, że Matt dozna ulgi, gdy się dowie, że nie miałam pojęcia o jego sekretnej umowie z JC. Jednak jego głos wydawał się jeszcze bardziej nerwowy, gdy zapytał:

– Dlaczego? Czego się dowiedziałeś? Pojawiło się coś nowego?

Reakcja Matta przyprawiła mnie o dreszcze. Był wystraszony i zmartwiony, podczas gdy ja zawsze znałam go jako człowieka spokojnego i zrównoważonego. Przeszkadzało mi, że rozmawiał w ten sposób z JC. Przez to zaczęła interesować mnie ich relacja, chociaż normalnie zupełnie by mnie nie obchodziła.

JC położył dłoń na ramieniu Matta.

– Nie, nie. Jestem tutaj z innego powodu. Po prostu nie widziałem cię od kilku tygodni. Wziąłeś wolne, a potem były święta. Minął już miesiąc.

Zapomnieli zupełnie o mojej obecności, a ja im nie przypominałam. Nie było to szczególnie grzeczne z mojej strony. Powinnam była przeprosić ich i odejść, żeby mogli porozmawiać na osobiste tematy. Zamiast tego usiadłam na stołku barowym i udawałam, że układam stertę menu z ofertą happy hour.

Za plecami usłyszałam drżące westchnienie Matta.

– Musiałem sobie odpuścić ten okres. Tym razem nie mogłem inaczej. Za dużo wspomnień.

Spojrzałam na ich odbicie w lustrze wiszącym nad barem. Twarz JC pozostawała niewidoczna, jednak widziałam jego rękę wciąż spoczywającą na ramieniu Matta, który teraz dotknął jej swoją dłonią, jakby dodawali sobie nawzajem otuchy… Co proszę?

– A jednak ty się pojawiłeś. To bardzo odważne z twojej strony. – Matt poklepał JC jeszcze raz, a potem opuścił rękę.

JC schował zaraz dłoń w kieszeni, wzruszając ramionami.

– Miałem pracę do wykonania. W ten sposób mogłem na chwilę przestać o niej myśleć.

– Dziękuję. Doceniam to, że wciąż próbujesz.

Po chwili zaczęli mówić ciszej i przez to nic więcej już nie rozumiałam. Jednak to, co zdążyłam usłyszeć… Stało się jasne, że Matt i JC byli dla siebie kimś więcej niż tylko partnerami biznesowymi. Matt należał do ludzi chroniących swoją sferę osobistą, oddzielających ją wyraźnie od pracy, dlatego jego stosunek do JC wydał mi się dziwny. Znałam szefa od pięciu lat i nadal nie wiedziałam, czy ma jakąś rodzinę oprócz żony, o której istnieniu świadczyła jedynie obrączka na palcu. Cała ich rozmowa z JC – człowiekiem tak młodym, że mógłby być jego synem – była co najmniej intrygująca. I osobista. Kryła się za tym tajemnica, której nie powinnam poznawać.

Cokolwiek między nimi było, wiedziałam jedno – miało większą wagę niż mój flirt z JC. Czy w ogóle faktycznie przeze mnie pojawił się dzisiaj w klubie? Czy może raczej z powodu Matta?

I dlaczego czułam się taka rozczarowana?

– Gwen?

Aż podskoczyłam, kiedy usłyszałam swoje imię, lecz starałam się ukryć zaskoczenie, udając, że jestem bardzo zajęta.

– Tak?

– Matt poszedł na górę. Zostaliśmy sami.

Spojrzałam znowu w lustro i zdałam sobie sprawę, że stał za mną tylko JC.

I to bardzo blisko.

– Aha. Okej. – Odwróciłam się twarzą do niego. – Ee, dzięki. Dzięki, że mu nie powiedziałeś o naszym spotkaniu. – Może jeśli będę grzeczna i bezpośrednia, przyjmie moje podziękowania i odejdzie.

– Powinienem przyznać się, że było to absolutnie samolubne z mojej strony i martwiłem się wyłącznie o utratę naszego układu z Mattem. – Zrobił krok w moją stronę i musiałam się teraz odchylić do tyłu, żeby patrzeć mu w oczy. – Ale skłamałbym.

Przełknęłam głośno ślinę, lecz i tak mój głos pozostał słaby, gdy zapytałam:

– A jaka jest prawda?

– Nie chciałem, żebyś czuła się przeze mnie niekomfortowo.

Niesamowite, że się nie roześmiałam. I tak czułam się niekomfortowo. Naruszał moją przestrzeń osobistą, ciepło jego ciała rozgrzewało moją klatkę piersiową, moje uda, moją twarz, a przez ułamek sekundy zastanawiałam się, jakby to było przycisnąć się do niego całą sobą.

Całym ciałem.

Może powinnam była go wtedy odepchnąć, lecz nie zrobiłam tego.

– Dlaczego cię to w ogóle obchodzi?

Teraz nie dzieliła nas żadna przestrzeń. Oparł ręce o bar z obu stron tak, że znalazłam się w pułapce, pod nim.

– Nie wiem, Gwen. Pociągasz mnie. Chciałbym spędzić z tobą czas. W łóżku. Myślę, że oboje byśmy na tym skorzystali, i jeśli wychodzę znowu na nieokrzesanego, przepraszam. Nauczyłem się dawno temu, że żeby dostać to, czego się pragnie, należy poprosić. A czasami nawet to, co wydaje się niemożliwe, okazuje się do zdobycia.

Jego słowa, jego zaproszenie… Powinnam była czuć się urażona, a mały głosik w mojej głowie podpowiadał, że byłam, jednak większa część mnie wolała przyjąć ofertę JC. Chciałam podnieść brodę i pozwolić naszym wargom poznać się bliżej. Mój język przesunął się po dolnej wardze, jakby ten wyobrażany sobie przeze mnie pocałunek był nie do uniknięcia.

Jego wzrok przesunął się na moje usta, a oczy zaszły mgłą.

To się dzieje naprawdę. Zaraz mnie pocałuje.

Jednak zamiast tego wciągnął powietrze i zamknął oczy, smakując powietrza między nami. Ten ruch i to, jak zdawał się poznawać moją esencję, sprawił, że poczułam się jak główne danie bardzo długo wyczekiwanego posiłku. Aż zawstydziłam się tego, jak prymitywne to we mnie wzbudziło podniecenie.

– Ładnie pachniesz – powiedział. Nachylił się jeszcze bliżej; tak blisko, że teraz to ja mogłam wyraźnie poczuć jego zapach. Nosił jakąś wodę kolońską, a jego ubrania pachniały świeżością, jednak ja głównie czułam Mężczyznę. A myśleć potrafiłam wyłącznie o Seksie.

– Co powiesz, Gwen? Powinniśmy spróbować tego małego układu?

Jakimś cudem moje dłonie odnalazły drogę do jego klatki piersiowej, jakby nagle zyskały autonomię. Była twarda i ciepła. Poczułam, jak moje piersi wręcz bolą, pragnąc otrzeć się o niego. To nie byłby pierwszy raz, kiedy spotykam się z kimś na niezobowiązujący seks. Gdyby nie to, że takie układy często kończą się emocjonalną karuzelą, zapewne częściej szukałabym takich czysto seksualnych relacji.

Jednak nie były warte wysiłku, jaki trzeba włożyć w powstrzymywanie się od uczuć. A podejrzewałam już teraz, że w przypadku JC byłoby to szczególnie trudne. Należał do tego typu mężczyzn, którzy lubili, by się do nich przymilać. Chciał być wyjątkowy. Chciał być kochany. Nie mogłam mu tego dać.

Nawet gdybym mogła, JC nie był też kolesiem, który odwzajemniłby te uczucia. Każdy związek z nim byłby z miejsca skazany na porażkę. Skończyłoby się źle. Ktoś zostałby skrzywdzony. A ja nigdy nie chciałam nikogo krzywdzić.

Nie mogłam już jednak wypierać się tego, jak na mnie działa. A odrzucanie zalotów wymagało więcej energii, niż byłam gotowa poświęcić. To, razem z frustrującą informacją udzieloną wcześniej przez Normę, troszkę mnie zirytowało.

Odepchnęłam go, wkładając w to zapewne nieco za dużo siły.

– Nie, zdecydowanie nie.

Zsunęłam się ze stołka i stanęłam na wyprostowanych nogach, znajdując w podłodze oparcie, jakiego rozpaczliwie potrzebowałam.

– Nie wiem, co ma pan na Matta, panie… – Boże, to absurdalne, że nie znałam jego nazwiska, a JC brzmiało zbyt bezpośrednio. – Panie C. Ja jednak nie pracuję w ten sposób. Ma pan szczęście, że Matt jest głównym menadżerem, a nie ja, bo wtedy skończyłoby się specjalne traktowanie. Nie należę do ludzi, którzy godzą się na układy i układziki. Ja trzymam się zasad. Dlatego lepiej, żeby pan o tym pamiętał i swoje negocjacje prowadził wyłącznie z Mattem.

Na twarzy JC pojawił się uśmiech.

– Hej. Mówię poważnie. – Miałam ochotę tupnąć nogą, lecz powstrzymałam się, wiedząc, że to raczej nie pomoże.

Zakrył usta dłonią. Kiedy ją odsunął, wszelki ślad po jego rozbawieniu zniknął.

– Przepraszam. Wiem, że mówisz poważnie. Nie chciałem potraktować cię protekcjonalnie. Po prostu taka zadziorna jesteś jeszcze bardziej urocza.

– Nie chciałeś potraktować mnie protekcjonalnie, a jednak właśnie to zrobiłeś. – Chciał zadziornej, będzie miał zadziorną. – Wie pan co, panie C? Właściwie to chciałabym zaproponować pewien układ. Pracuję w czwartki, a pan ma salę wynajętą na wtorki. Może umówimy się, że nie będę przychodzić do klubu we wtorki, a pan w czwartki?

– Och, Gwen. Nie mogę zgodzić się na taką umowę. W ten sposób nie miałabyś szansy zmienić zdania. A gdy widzę, jaka jesteś zdenerwowana, z tymi spiętymi ramionami, zaciśniętą szczęką i zmęczonym wzrokiem, to mogę się założyć, że zmienisz zdanie. I to całkiem niedługo.

– Proszę się nie nastawiać. Nie chciałabym, żeby się pan rozczarował.

Zrobił dwa kroki w moją stronę i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać mnie po policzku. Po raz pierwszy mnie dotknął i to było dla mnie niemal za dużo. Jak kostka lodu przy rozżarzonym węgielku, roztopiłam się pod nim. Wtopiłam się w niego.

Jednocześnie chciałam zrzucić z siebie węgielek i odskoczyć.

JC wyczuł moje skonfliktowane emocje. Zobaczyłam rozczarowanie w jego oczach. Jednak gdzieś z tyłu kryła się też iskierka nadziei.

– Następny krok należy do ciebie, Gwen. – Przesunął kciukiem po mojej twarzy, wzdłuż szczęki. – Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Na tym właśnie polegał problem. Wolałabym nie wiedzieć, gdzie go znaleźć. Wolałabym go w ogóle nie znać.

A najbardziej chciałam nie wiedzieć, co to znaczy czuć dotyk jego skóry. Ślad po jego kciuku płonął jeszcze długo po tym, jak JC wyszedł z klubu.

Potem wystygł i zniknął. A ja ponownie zostałam sama w swoim lodowatym więzieniu.

Rozdział trzeci

– Odzywał się do ciebie ostatnio Ben? – zapytałam Normę, pakując skarpetę z jego imieniem do pudła z napisem „Boże Narodzenie”. Było święto Martina Luthera Kinga, więc nawet jeśli większość dnia Norma spędziła przed laptopem, była w domu.

– Nie odkąd dzwoniłam do niego z wieściami o ojcu – mówiła niewyraźnie, z łopatką między zębami. Zrobiła sobie przerwę, żeby przygotować kanapki z grillowanym serem, a ja wykorzystałam okazję, żeby z nią naprawdę porozmawiać. Norma wyjęła łopatkę z ust i kontynuowała: – A wczoraj dostałam krótkiego maila.

Zdusiłam ziewnięcie i spojrzałam na zegarek. Było już po południu, dawno powinnam leżeć w łóżku, zwłaszcza że miałam wieczorem wracać do klubu. Jednak nieczęsto zdarzała się okazja, żebyśmy mogły razem z Normą spędzić wspólnie trochę czasu za dnia, a ja lubiłam jej towarzystwo. Przy niej moje myśli rzadziej uciekały do zmysłowego tańca i seksownego biznesmena z szerokim uśmiechem, który okupował zdecydowanie zbyt dużo miejsca w mojej głowie. Szczególnie odkąd wyraźnie dał mi do zrozumienia, że właśnie tego ode mnie oczekuje. Nie mogłam pozwolić, by dopiął swego, lecz kiedy leżałam w łóżku i próbowałam usnąć, fantazjowałam, że jednak mogłam, podczas gdy moja dłoń zsuwała się pod gumkę majtek i tańczyła w obszarach, które ignorowałam zdecydowanie zbyt długo.

Robienie sobie dobrze było fajne i w ogóle, ale też przypominało mi dobitnie, jak samotna byłam przez większość czasu.

Dlatego odkładałam ten moment najdłużej, jak się dało, kiedy miałam towarzystwo Normy. Poza tym ktoś musiał schować dekoracje świąteczne, a gdyby nie ja, pewnie wisiałyby do wakacji.

– Czytałam tego e-maila. – To jeden z powodów, dla których poruszyłam ten temat.

– Czyli wiesz o nim tyle co ja.

Norma zadzwoniła do Bena dopiero po moich urodzinach. Poinformowała go o planach ojca i brat przyjął to całkiem nieźle. Oczywiście się zdenerwował, ale nie załamał tak, jak się tego spodziewałyśmy. Po tym telefonie zdawał się wycofany. Może właśnie w ten sposób radził sobie z tą sytuacją. A może nie martwił się, bo mieszkał po drugiej stronie kraju.

Ale przyszedł e-mail.

Norma miała włączonego laptopa, kiedy przyszła wiadomość. Zobaczyłam jego imię, więc oczywiście przeczytałam. Te cztery zdania zapisały się w mojej pamięci jak wiersz.

U mnie wszystko wporzo. Nie musisz mi wysyłać w tym miesiącu pieniędzy. Mam nadgodziny, więc nie będę potrzebował dokładki.

Właściwie banalna wiadomość. Nic szczególnego, a jednak było w niej coś, co wzbudziło mój niepokój. Nie chodziło o tę lapidarność – Ben często pisał tak skrótowo. Sama treść nie przywoływała złych skojarzeń. A Norma regularnie podsyłała mu trochę pieniędzy, żeby dołożyć mu do tego, co sam zarabiał w kinie, więc i temat nie był niczym niezwykłym.

Chodzi o to, że Ben nie był… silny. Nienawidziłam traktować go jak słabego, ale to była sprawiedliwa ocena. Przez ostatnie lata czuł się lepiej. Nie jak kiedyś. Znalazł pracę. Znalazł przyjaciół. Czasami nawet znajdował chłopaków. Chyba nie powinnam była się o niego niepokoić.

Z drugiej strony, mieszkał tak daleko. Martwiło mnie, że nie osiadł gdzieś bliżej, gdzie mogłabym go zobaczyć i przekonać się, że nic mu nie jest. Zwłaszcza teraz, w obliczu rychłego wyjścia ojca.

Odłożyłam nasze świąteczne skarpety do pudełka.

– Co myślisz o jego wiadomości? Nie wydała ci się dziwna?

– Nie, a powinna?

Może to ja jestem dziwna. Właściwie to trwało już od paru tygodni. Zaczęło się od pierwszego spotkania z JC i pogorszyło się, gdy zobaczyłam go ponownie, lecz nie chciałam tylko jego winić za cały ten irracjonalny miesiąc. Może i powiedział coś, o czym nie mogłam zapomnieć. Może i sprawił, że cała się trzęsłam z podniecenia. Ale to nic nie znaczyło. I tak już dawno powinnam zastanowić się nad swoim życiem. Akurat tak wyszło, że on się napatoczył w takim momencie. Przypadek.