Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ostatnia książka wybitnej duńskiej pisarki
Wstrząsająca powieść o miłości, szaleństwie i strachu
Lise miała kilku mężów, kilku kochanków i kilkoro dzieci. Miała wysokie podatki do zapłacenia, odłączony telefon i pomoc domową, zakochaną na zabój w jej synu. Miała na koncie nagrody literackie i grono oddanych fanów. Nie miała ręki do porządków, instynktu macierzyńskiego ani spokoju ducha. Nie miała już też ostatniego męża, Vilhelma, po którym pozostał jedynie pokój. Ziejący pustką, której pomimo starań nie dało się niczym wypełnić.
Vilhelm i Lise spędzili ze sobą dwadzieścia lat, z czego tylko przez kilka byli szczęśliwi. Skutecznie niszczyli siebie nawzajem, a ich symbiotyczna relacja szybko przerodziła się w związek pełen niezdrowych zależności, emocjonalnych szantaży i przemocy. Jednak ich rozstanie, które miało być zbawieniem, doprowadziło do tragedii.
Tove Ditlevsen otwarcie zaczerpnęła z własnych doświadczeń i uczyniła z Lise swoje alter ego. Pokój Vilhelma stał się dzięki temu w dwójnasób poruszającą (auto)powieścią o miłości, szaleństwie i strachu, o czułości, złości i zdradzie. Ta ostatnia książka autorki ukazała się jesienią 1975 roku, po jej pierwszej próbie samobójczej. Ditlevsen odebrała sobie życie pół roku później, a Pokój Vilhelma stanowi niezwykle mocne zamknięcie jej literackiego dorobku.
„Ditlevsen sprawia, że najmroczniejsze tematy stają się fascynujące, perwersyjnie przyjemne, a momentami wręcz rewolucyjne. Genialna pisarka i znakomita myślicielka.” „The Guardian”
„Niezwykły sposób obserwowania świata i zuchwałe poczucie humoru [...]. Urzekająca i zaskakująca proza jednej z najoryginalniejszych pisarek XX wieku.” „The Observer”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 211
Data ważności licencji: 9/14/2029
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału duńskiego Vilhelms værelse
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Ilustracja na okładce © Fine Art Images / Heritage Images / Indigo Images
Copyright © Tove Ditlevsen & Gyldendal, Copenhagen 1975
Published by agreement with Gyldendal Group Agency
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Iwona Zimnicka, 2026
Opieka redakcyjna Tomasz Zając
Redakcja Małgorzata Poździk
Korekta Beata Marzec / d2d.pl, Ewa Ostafin / d2d.pl
Skład Patrycja Pączek / d2d.pl
The translation of this work was supported by a grant from the Danish Arts Foundation
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-292-4
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Wołowiec 2026 · Wydanie I
Ten pokój już nie istnieje. W kolejnych dniach, gdy przechodziłam obok, nie mając do załatwienia żadnej innej sprawy, przez brudne okna widziałam, jak zniszczenie posuwa się naprzód. Stawałam nieruchomo na Boulevarden i wpatrywałam się w białych niszczycieli, którzy zawsze udawali, że mnie nie zauważają. Mimo to istniało między nimi a mną dziwaczne wściekłe porozumienie, takie jak w uściskach dwojga ludzi szczerze się nawzajem nienawidzących. Kiedy tak stałam w ostrym świetle słońca z twarzą przyciśniętą do szyby, ogarniało ich coś w rodzaju odurzenia, które zdawało się im przydawać nadludzkich sił. Burzyli ściany, na nagich, spoconych plecach wynosili białe dwuskrzydłowe drzwi i wrzucali je do kontenera ustawionego tuż za bramą. Zrywali podłogę przesadnymi baletowymi ruchami, bo te niewielkie kawałki parkietu wcale nie były aż tak ciężkie. Dopiero kiedy zniknął także wysoki, bogato zdobiony sufit z tłustymi stiukowymi amorkami, straciłam zainteresowanie dla tej dewastacji i zaczęłam odbudowywać ten pokój w swoim wnętrzu. I właśnie tam on ciągle istnieje, wypełniony szepczącymi cieniami, cichym śmiechem przypominającym drwiący ptasi krzyk i gorącymi łzami, scałowywanymi albo spływającymi swobodnie jak wilgoć z rozdarć w tapecie pokrytej plamami namiętności i rozpaczy. Chcę napisać książkę o pokoju Vilhelma i o wydarzeniach, do których tam doszło lub które stamtąd wyniknęły; tych, które doprowadziły do śmierci Lise, a ja przeżyłam ją wyłącznie po to, aby móc opisać historię jej i Vilhelma. Żadnego innego sensu moje życie nie ma. Syn przebywa w szkole z internatem, gdzie umieścił go ojciec, kiedy chłopiec załamał się po śmierci matki. Jest mu tam w miarę dobrze. Co weekend odwiedza go dziewczyna, Lene, która przypomina jego matkę w młodości, i zawsze rozmawiają o jego dzieciństwie, ponurym i ekscytującym jak baśń, a w porównaniu z nim Lene postrzega swoje dzieciństwo jako tak nudne, że nigdy o nim nie wspomina. Ja jestem teraz sama i o wszystkim, co robię, decyduje moje wnętrze. Inni ludzie przechodzą przeze mnie jak przez cień, jedynie nieliczni mnie wyczuwają, tak jak tamci niszczyciele, ale nawet oni taktownie udają, że mnie nie zauważyli.
Przebywam w mieszkaniu na tej samej ulicy, dwa numery dalej od tego starego, w mieszkaniu, w którym nigdy się nie zadomowię. Słowo „dom” straciło dla mnie znaczenie, to tylko coś, co miałam kiedyś. Siedzę przy swojej maszynie do pisania, która czasami zdaje się sama decydować o tym, które klawisze mam wcisnąć. Poza nią w tym obcym pokoju nie ma nic oprócz łóżka, szafy i komody. Okno wychodzi na niewielkie podwórze z pojemnikami na śmieci i stojakami na rowery, podobnie jak w moim dzieciństwie. Trzy pozostałe pokoje są wciąż wypełnione skrzyniami z przeprowadzki, ale zasłony i żaluzje stary wdowiec zostawił, bo i tak nie pasowałyby do mieszkania własnościowego, które załatwił mu związek zawodowy, kiedy negocjatorzy wreszcie dostrzegli szansę na umieszczenie swojego sprzętu komputerowego w tym, co niegdyś było pokojem Vilhelma. Rozumie się samo przez się, że pokój należało zniszczyć, a negocjatorzy z ich głupimi wilgotnymi oczami, podobnie jak niszczyciele i ja, stanowili jedynie pretekst dla dotarcia do tej wewnętrznej prawdy, która stanowi sens i treść życia każdego człowieka. W historii Lise i Vilhelma, która być może będzie opowiadać o wielu innych rzeczach, nic nie jest przypadkowe i nic też nie mogłoby wyglądać inaczej. Większość faktów jest obojętna, lecz niektóre nagle nabierają zaskakującego znaczenia, jak wtedy, gdy wyciąga się coś z torby pełnej ścinków materiału i okazuje się, że ten jeden kawałek ożywia wzór i czyni go pięknym.
Dzisiaj wywieziono kontener, z którego wcześniej zostało zabrane wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Reszta to bezużyteczne, zdezelowane rupiecie, bo Vilhelm i Lise nigdy nie przywiązywali się do rzeczy, a dwoje ludzi, którzy codziennie przez dwadzieścia lat rozstają się na zawsze, nie kupuje sobie niczego nowego i nie wprowadza żadnych zmian. Wyrzuciłam nawet wszystkie zdjęcia, ażeby móc się lepiej skoncentrować na tych, które wiszą na ścianie mojego serca. Zatrzymałam tylko jedno: kanoniczną fotografię Vilhelma i Lise na Himmelbjerget[1]. Jesteśmy na nim młodzi i szczęśliwi, otacza nas taka aura zakochania, że musiała wzbudzić zazdrość u fotografującego. W każdym czystym i nowym początku istnieje bowiem coś, co wywołuje w człowieku chęć rozwalenia tej delikatnej budowli albo przynajmniej wprowadzenia nieporządku wśród kamieni, ażeby budynek mógł dalej rosnąć krzywo, nieidealnie i już nikogo nie raził w oczy. W wielkiej miłości najbardziej zdumiewa to, że pragnie ona być eksponowana i oglądana, jakby wszystko, co robi dwoje szczęśliwych ludzi, wymagało uwagi całego świata. Później nie można sobie przypomnieć, co właściwie się do siebie mówiło, chociaż były to rzeczy niesłychanie ważne, a nie traciło się czasu na sen, ponieważ sen oznaczał milczenie. Ale zanim człowiek się zorientował, milczenie okazywało się stanem naturalnym, a mowa jedynie czymś w rodzaju gorączki dopadającej człowieka tylko od czasu do czasu. Później zaś między słowami, obracanymi w ustach po wielekroć, nim się je wreszcie wypuściło, rozpostarła się groźna pustka. Ściany przysunęły się do siebie i w pokoju zaczęło brakować powietrza. Należało coś mówić, obojętnie co, lecz nawet to stało się trudne, bo słowa zapadły się głęboko w gorzki smutek naszych dusz.
Zostały jedynie (to był ostatni rok w Birkerød) słowa takie jak „rzeźnik”, „deszcz” czy „syn” i ze skrzekiem wydobywaliśmy je z siebie suchymi, płaskimi głosami, by nie dopuścić do czegoś strasznego, powstrzymać jakiś zły, nieodwracalny czyn. Czy Vilhelm był przystojny? Jego nieskazitelna cera miała kolor gęstej śmietany wymieszanej z kawą. Wysokie kości policzkowe zdawały się przesuwać jego oczy ukosem ku skroniom. Oczy były szarobrązowe z ciemną obwódką wokół tęczówek, a pod nimi już wtedy uwidoczniły się cienie w kolorze dymu, zdradzające życie pełne namiętności i rozpusty. Nie pojmowałam, że jakakolwiek kobieta może być szczęśliwa, nie znając go, tak jak po latach nie mogłam pojąć, jak któraś może się w nim zakochać, kiedy ja już nie byłam zakochana. Ale one (urocza i pokorna gromada fryzjereczek, ekspedientek, urzędniczek i robotnic) to potrafiły, zakochiwały się, a przez ich miłość do niego znów gwałtownie rozkwitała także moja miłość i przepędzała z jego zagadkowego serca te makowe panienki, te delikatne szkice, te ładne początki. Mój Vilhelm, mój!
I że to właśnie Mille miała go uprowadzić, ona, do której przywiązałam się tak mocno, że już nie wiedziałam, kogo z nich dwojga brakuje mi bardziej! Mille, ani młoda, ani ładna, ani inteligentna, lecz obdarzona zimnym sercem – jego chłód przewyższał nawet chłód naszych serc, gdy wycieńczeni naszą osobliwą namiętnością leżeliśmy, naśmiewając się z tych makowych panienek, których chłodne płatki bez najmniejszego oporu porywał wiatr. To nie mogło dłużej trwać, tak napisała w swoim idiotycznym liście. Ale cóż znaczy całe nasze cierpienie wobec uniesień rozkoszy. Lise poczuła bezradną wściekłość, kiedy pół roku wcześniej powiedziano jej, że Vilhelm utył. Mille tuczyła go jak gęś, faszerowała i głaskała, wszystkie jego piękne mroczne myśli zakopała pod górą pasztetu z wątróbek. Tym samym tamten Vilhelm, Vilhelm Lise, umarł, a Mille budziła w niej wstręt. Co prawda gniew zawsze jest skierowany na kochankę, ale kiedy Lise unicestwiła cały świat, pogodziła się nawet z nią. A teraz opowiem swoją historię z tego jednego jedynego powodu, że muszę to zrobić. Nikt inny nie ma do tego takiego samego prawa i nie zrobi tego z taką samą oczywistością…
[1] Wzgórze o wysokości 147 m n.p.m., długo uważane za najwyższy szczyt Danii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Pani Thomsen utrzymywała się z wynajmowania pokoi eleganckim młodym mężczyznom z dobrych rodzin. Tak się przynajmniej ogłaszała. Nie wykluczam też, że kiedyś, u zarania dziejów, gdzieś w jej ogromnym, brudnym mieszkaniu przebywali tacy ledwie porośnięci puchem mężczyźni, lecz ponieważ już na sam jej widok krew w moich żyłach zmienia się w lód, zakładam, że prędko stamtąd znikali. Pani Thomsen podejrzewała swoich lokatorów o to, że są sprawcami wszystkich niewyjaśnionych przestępstw, i podczas niestrudzonego szpiegowania ich przyjść i wyjść nie pozwalała sobie na sen ze strachu, iż przeoczy obciążający ich ostatecznie dowód. A tak w ogóle to ich wyrzucała, jeśli sami się nie wyprowadzili. Zaraz jednak pojawiali się nowi, jeszcze zanim zdążyła zmienić pościel. Tak przynajmniej im tłumaczyła swoim zachrypniętym, zdyszanym głosem, który sunął za myślą, kulejąc, jak u ludzi, którzy się jąkają, i uspokajał się dopiero jako coś w rodzaju monotonnego beczenia, gdy dochodziła do barwnych opisów niepojętego wyuzdania byłych lokatorów i niemożności zmuszenia ich do studiów przez biedną, starą i chorą wdowę, która lepsze dni miała już za sobą. Lokatorzy pani Thomsen z upływem czasu stawali się coraz mniej eleganccy i coraz mniej młodzi, a jedynymi studiami, jakim się poświęcali, było liczenie ukąszeń pluskiew, których przybyło im w ciągu nocy.
Staruszka podchodziła do tego z obojętnością. Jeśli lokatorzy się skarżyli, działała z wyprzedzeniem i sama wyrzucała ich z mieszkania. Często taka eksmisja odbywała się w asyście policji, a pani Thomsen uwielbiała kierować uwagę funkcjonariuszy na wszystkie niewyjaśnione morderstwa, do których doszło ostatnio i zawsze o takiej porze dnia czy nocy, kiedy podejrzanemu lokatorowi udało się wymknąć poza obszar jej uwagi. Zazwyczaj dodawała, że pewnego dnia znajdą ją w łóżku z poderżniętym gardłem. Jestem skłonna przyznać jej rację, bo jeśli takie indywidua w ogóle istnieją, to Bóg zsyła na nie gwałtowną i nagłą śmierć. Ale mnie nie interesuje to, czy pani Thomsen kiedykolwiek istniała. Ona jest ledwie okruszyną mojej rozproszonej świadomości, która płynie teraz na fali słów, czepia się ich i błaga o pomoc, tak jak i ja błagam o pomoc czytelnika, tak, nawet o to, aby mnie kochał, wszystko jedno, w jakiej postaci moja twarz, rozmyta i nieuchwytna niczym odbicie w poruszanej wiatrem wodzie, wyłoni się zza innych twarzy dających się uchwycić o wiele lepiej.
Zajmowaliśmy mieszkanie pod panią Thomsen. Ponieważ ona bardzo rzadko przekraczała próg swojego mieszkania, w ciągu dziesięciu lat spotkałam ją zaledwie trzy czy cztery razy. Zawsze wtedy stała nieruchomo i przyglądała mi się badawczo, jakby chciała ode mnie czegoś bardzo konkretnego i złościła się, że czas na to jeszcze nie nadszedł. Oczy miała przekrwione jak u kogoś, kto w ogóle nie śpi, a w jej szkaradzieństwie było coś idealnego, co wymuszało we mnie swoisty, przyprawiający o ciarki szacunek. Ale w jej oczach było tyle zimna i chciwości, że strach nie opuszczał mnie jeszcze przez kilka dni po spotkaniu. Sypialnia pani Thomsen mieściła się tuż nad pokojem Vilhelma i czułam, jak jej plugawe, brudne myśli przesączają się przez sufit i nierozerwalnie mieszają z moimi myślami. Jestem niemal pewna, że pani Thomsen przyciskała twarde, włochate ucho do drzwi na klatkę schodową tego dnia, kiedy Mille nagle stanęła w bawialni i oświadczyła: „To straszne! On nigdy więcej tu nie wróci – po dwudziestu jeden latach!”. Po czym rozłożyła ręce i zalała się łzami, jakby ktoś wcisnął guzik ukrytego systemu zraszania, a ja przypadłam do niej, żeby z powrotem wcisnąć jej do gardła te słowa, które z niej wypadały, wcisnąć razem z tym jej mnóstwem zębów i z całą resztą Mille, łącznie ze szkieletem, żeby w końcu została po niej tylko mała mokra plama. Łagodność Mille; jej straszliwy brak zrozumienia, jej przebiegłość! I chłopiec, który w jednej chwili dorósł, więc mógł patrzeć swoimi oczami, a głosem swojego ojca powiedzieć: „Wynoś się stąd! Natychmiast! Dość już szkód narobiłaś…”.
Staruszka musiała pokuśtykać z powrotem do siebie zadowolona. Nienawidziła bez wyjątku wszystkich kobiet, które były od niej młodsze i ładniejsze, czyli z grubsza licząc, całej kobiecej części ludzkości. Nienawidziła mitu o wielkiej miłości i w ten brzemienny w skutki dzień uzyskała potwierdzenie dla swoich wątpliwości co do jej istnienia. A jednak delikatny cień tej miłości pojawił się między wstrętną gospodynią a tym młodym mężczyzną odrzuconym przez życie i samego siebie, na którego makabryczna siła przyciągania starej działała tak, że nawet jej cuchnący oddech stawał się częścią owej siły.
Kurt, który nie żył naprawdę, mimo wszystko miał jakieś życie. Kiedy pani Thomsen rano wchodziła do jego pokoju, zawsze udawał, że śpi. Ale serce waliło mu mocno na myśl o tym, co miało się wydarzyć. Powietrze wokół niego ciemniało i w miarę jak pani Thomsen kuśtykała coraz bliżej, nieprzerwanie mówiąc i szeleszcząc nieodłącznymi gazetami, jego ciało powoli stawało w ogniu. Delikatnie pieścił samego siebie pod gruzłowatą kołdrą zmarłego pana Thomsena, tak ostro cuchnącą naftaliną, że nawet najbardziej wygłodzona pluskwa wolała śmierć głodową od zbliżenia się do niej. Gospodyni zabawiała Kurta nieprawdopodobnymi historiami o ohydnych morderstwach z lubieżności i straszliwych walkach na śmierć i życie; mogło się wręcz wydawać, że obserwowała je z zimną i analityczną przytomnością umysłu, jakby zamierzała swoje obserwacje zamieścić w jakiejś pracy naukowej. Kurt pod drżącymi powiekami widział jelita w stanie zapalnym wylewające się na stoły operacyjne, przy których pijani lekarze na próżno usiłowali je wepchnąć z powrotem na właściwe miejsce. Z pełną grozy niecierpliwością oczekiwał na ten moment, kiedy wyrwany ze znieczulenia pacjent się ocknie i wyzionie ducha w zalewie krwi i przeraźliwego bólu.
Istniały liczne wariacje tych dziwacznych oratorskich występów, które pani Thomsen starała się przeciągać jak najdłużej, okraszając je zaczerpniętymi z kolorowych tygodników sentymentalnymi opowiastkami o pięknych, chorych na raka młodych kobietach, które tak dzielnie spoglądały prosto w oczy nadciągającej śmierci, albo o nieszczęsnych rodzicach i brutalnie pohańbionych zwłokach ich dziecka znalezionych w pobliskim pojemniku na śmieci tej samej nocy, podczas której jeden z jej lokatorów stał się niewidzialny. Ale kobieta nigdy nie przegapiła właściwego momentu. Gdy oddech jej ofiary zaczynał się coraz bardziej skracać, a dłonie pod kołdrą koncentrowały się na jednym płonącym punkcie, zrzucała swój wyświechtany niebieski szlafrok i padała na Kurta z namiętnością, która mogła się wzmóc jedynie poprzez domieszkę pogardy. A Kurt wreszcie otwierał swoje zaskoczone lalczyne oczy – wypełniały się czymś w rodzaju przyprawiającego o ciarki podziwu na widok takiej siły w tak udręczonym ciele. Później natychmiast zapadał w sen, a ponieważ cechował go szczery brak zainteresowania innymi ludźmi, nigdy nie zastanawiał się nad życiem, jakie wiodła jego zdumiewająca kochanka, gdy tylko znalazła się poza zasięgiem jego wzroku. Ono również było mu obojętne, podobnie jak nigdy się nie dziwił, że ta ofiara kilkuset błędnie przeprowadzonych operacji do tej pory podczas żadnej z nich nie umarła. Jedynym wyjaśnieniem, które czasami przychodziło mu do głowy, było to dotyczące całego pozostałego świata: że ona istnieje tylko w jego wyobraźni. Nie było to nic, czego by miał świadomość, bo nigdy nie czuł potrzeby analizowania samego siebie. Ktoś kiedyś spodziewał się po Kurcie czegoś wielkiego, a on rzeczywiście rozpoczął serię niezgłębionych studiów, zanim przestano oczekiwać od niego czegokolwiek. Ale panią Thomsen, która nigdy nie pozwalała sobie na to, by cokolwiek o jakiejkolwiek wartości pozostawało niewykorzystane, a ponadto przypisywała innym ludziom te same podłe cechy, które sama posiadała, od dawna irytowało, że to zdrowe, nadające się do użytku ciało ma tylko leżeć i się lenić na jej koszt. Nie można też wykluczyć ewentualności, że myślała o jego szczęściu, zwłaszcza jeśli mogło ono doprowadzić do nieszczęścia innych. Oprócz morderstw i innych makabrycznych wiadomości każdego ranka wnikliwie studiowała dział ogłoszeń w gazecie. Tak bardzo jej zależało, by je przeczytać przed wszystkimi innymi, że często stała w pogotowiu przy drzwiach i łapała gazetę w locie między listownikiem a podłogą.
Tego niedzielnego poranka Kurt jak zwykle leżał pogrążony w leniwym półśnie, a świadomość tego, co wkrótce się wydarzy, narastała w nim jak owoc, który dojrzał w ciągu nocy i teraz czekał, aż zostanie zerwany. Tymczasem owa nabożna, straszliwa i ekscytująca chwila nie nastąpiła, ponieważ stara wpadła do jego pokoju, w podnieceniu zapomniawszy poświęcić chwilę na wciśnięcie zwykle zatłuszczonej peruki na kompletnie łysą czaszkę. (Włosy straciła podczas jednej z operacji błędnie wykonanych przez lekarza, z którym wciąż się procesowała). Kurt wpatrywał się w nią zdumiony, a przez głowę przemknęła mu myśl, że gdzieś w domu wybuchł pożar lub że morderczo usposobiony lokator goni ją z uniesionym nożem. W końcu jednak w trzęsących się rękach starej dostrzegł rozłożoną gazetę i nagle poczuł się bardzo zmęczony i bardzo bezbronny. Lekkie pulsowanie pod koniuszkami jego palców ustało i z niezadowoleniem zacisnął wąskie dziurki od nosa, kiedy stara przysiadła na brzegu jego łóżka i suchym kwadratowym paznokciem postukała w ogłoszenie w czerwonej ramce, które i bez niej rzucałoby się w oczy z uwagi na swoją długość.
– To ona! – syknęła mu do ucha. – Nie ma najmniejszej wątpliwości. Przeczytaj to! To twoja życiowa szansa.
– Kto? – Kurt przesunął się pod ścianę, jakby miał nadzieję, że mur pochłonie jego osłabłe ciało (gospodyni karmiła je byle jak, w dodatku nieregularnie), wessie je w swoją kwaśną wilgoć i pozwoli mu się wsunąć między dwie warstwy tapety.
– Ta z dołu. Lise Mundus. Ta od wierszy miłosnych. Już tyle razy ci opowiadałam, jak oni żyją. Wiedziałam, co się stało, kiedy zobaczyłam, jak ona i chłopiec sami wracają do domu z letnich wakacji. Ta ostatnia była dla niej za mądra. Uciekła z nim, z mężem. Porzuconą kobietę zawsze można rozpoznać, przynajmniej ja potrafię. Wyglądała na bardziej nagą, niż gdyby zrzuciła z siebie całe ubranie. Miesiąc temu zabrała ją karetka, i to nie pierwszy raz. I chociaż ten mężczyzna nie jest zbyt miły, to jednak chora na umyśle żona musi być piekłem. Nigdy się nie zniżyła do tego, żeby się ze mną przywitać, na to była za dobra, ale nie jest za dobra, żeby dawać ogłoszenie, że szuka nowego mężczyzny! Ja nigdy tak nisko nie upadłam.
Cała ta przemowa została wygłoszona na jednym oddechu i z takim pośpiechem, jakby babsko nie było pewne, czy zdąży powiedzieć to wszystko, zanim głos odmówi jej posłuszeństwa. Kurt poczuł, że gdyby w tej chwili miał pod ręką nóż i tylko odrobinę więcej gniewu i energii, to z zimną krwią mógłby poderżnąć jej gardło. Życie to przecież ucieczka z jednej kryjówki do następnej, z jednego snu do następnego, a między nimi głód, zimno i lęk…
Zamknął oczy i wsunął się głębiej pod naftalinową kołdrę. Potem powiedział uprzejmie:
– Jeśli pani tak koniecznie chce, żebym przeczytał to ogłoszenie, to proszę, żeby w tym czasie trochę się pani oporządziła.
Nigdy nie mówił do tej kobiety na ty, nie wiedział nawet, jak jej na imię.
Pani Thomsen, która przykładała wielką wagę do kulturalnego sposobu zwracania się do siebie, posłusznie wycofała się z siorbnięciem, jakby połykała ostrygę. Kurt nieuważnie przeleciał wzrokiem ogłoszenie, usiłując sobie przypomnieć, co słyszał na temat tej kobiety. Wszystko jednak zlało mu się z innymi historiami podobnego rodzaju, z cuchnącymi podniecającymi bajaniami rodem z ludzkiej kloaki, będącej jedynym światem, jaki zdawała się znać stara, z perwersjami tym straszniejszymi przez to, że ledwie o nich napomykano. Z otwartymi ustami przesunął wzrokiem po ogłoszeniu, budząc w sobie zaschniętą już zdolność do wychwytywania tego, co istotne: „Po wyrwaniu się z długiego nieszczęśliwego małżeństwa – 51 lat, ale młoda duchem – ma wspaniałego piętnastoletniego syna – znane nazwisko w literaturze duńskiej – domek letniskowy – duże mieszkanie w centrum miasta – tymczasowo pokonana przez kryzys nerwowy – najchętniej automobilista”. Kurt wypuścił gazetę z rąk na brudną podłogę i odczuł nagłą potrzebę zobaczenia nieba. Od blisko dwudziestu lat mieszkał w miejscach, w których między dachami a murami widoczne były jedynie niewielkie jego skrawki. Pokręcił głową, sprawiając, że tęsknota opadła z powrotem na dno wśród męty, gdzie było miejsce jego przeszłości. Nie pielęgnował wspomnień, a one, niewyciągane na powierzchnię, blakły i znikały. Wiek kobiety przeraził go jak widok przyjaciół z dzieciństwa, przemienionych przez mijające lata w karykatury tych dzieci, które się znało i z którymi się bawiło. Kurta Nieudolnego wystraszyła myśl o straszliwej rekompensacie, której zażąda od niego ta kobieta. Ale Kurta Dobrego wzruszyło nieco pokorne sformułowanie „najchętniej automobilista”, chociaż nie na tyle, żeby nie dostrzegł w nim desperackiej wymówki pozwalającej wykręcić się od bezlitosnego żądania gospodyni. Zmęczenie objawiło się pod jego powiekami w postaci czerwonych roztańczonych kropek, bo wiedział, że nastąpił koniec, sen minął i konieczne miało się stać podjęcie nieskończonej liczby nieprzewidywalnych działań. W życiu Kurta zawsze było coś, co nie mogło dłużej trwać, i to akurat wtedy, kiedy się do tego czegoś przystosował. Pod tym względem jego życie nie różni się za bardzo od życia innych ludzi. Zawsze gdzieś będzie jeszcze ciepłe łóżko po zmarłym i ktoś, kto będzie chciał wygładzić bezpieczne, intymne fałdki na prześcieradle, które utworzyły się w ciągu nocy. Zawsze będzie jakaś pani Thomsen, która powie, że trzeba z tym skończyć, i jakiś Kurt Dobry czy Kurt Okropny, który będzie musiał to zrozumieć.
Kiedy gospodyni, której według jej własnych słów brakowało ponad połowy niezbędnych do życia organów wewnętrznych, a wszystkie pozostałe znajdowały się w stanie zagrożenia, wróciła do swojej niezgłębionej jaskini żądzy, już sam jej widok wystarczył, by wszelkie myśli o tym, aby się wywinąć z odpowiadania na ogłoszenie, zniknęły z głowy Kurta jak zdmuchnięte. Pani Thomsen włożyła nie tylko swoją brudną siwą perukę, lecz także coś niebieskiego, zwiewnego, co przypominało suknię i co – bez względu na to, jakie zamiary się z tym wiązały – na zawsze zniszczyło ich osobliwy poranny rytuał.
– Ma pani rację – oświadczył Kurt łagodnie. – To moja życiowa szansa.
A na dole w opuszczonym pokoju Vilhelma obudził się ktoś, albo może coś. Smuga zimnego słońca poderwała kurz z niezaścielonego łóżka i przyjemnie zaskrzypiały dzieła zebrane Hørupa[1], które Vilhelm ukradł ministrowi spraw zagranicznych w odległej przeszłości, kiedy mieszkali razem w akademiku i żadnemu nie śniło się nawet dotarcie na szczyty władzy, gdzie obaj się teraz znajdowali. Ciężkie zasłony wydzielały duszny zapach jakby tanich perfum, przez które przebijał pot. Może nawet stiukowe amorki na suficie pozwoliły sobie na skrzywienie nosków, czując odór moczu dolatujący z przewróconego wazonu podłogowego, z którego Vilhelm korzystał, kiedy pogrążony w pijaństwie i rozpaczy, nie miał siły na opuszczenie pokoju. I może jedna czy druga makowa panienka akurat w tej chwili wysunęła się z jakichś przypadkowych objęć, obudzona wspomnieniem czegoś niesamowitego, co kiedyś się jej przydarzyło, a o czym koniecznie należy zapomnieć, jeżeli pragnie się żyć dalej. Nie można nawet wykluczyć, że jakiś cień tego wszystkiego przedarł się do serca tej strasznej gospodyni, gdy z uśmiechem odsłaniającym siną jak odtłuszczone mleko protezę podała kartkę i długopis Kurtowi Uciekającemu, żeby odpowiedział na ogłoszenie.
Pewne jest natomiast, że nie miała świadomości, iż w ten sposób niemal przypieczętowała wyrok śmierci na jedyną formę miłości, jakiej kiedykolwiek zaznała.
[1] Viggo Hørup (1841–1902) – duński polityk, zwolennik radykalnych poglądów lewicowych.
Lise, która przestała już być tak skupiona na sobie, obudziła się w piękną niebieską noc czuwania, ponieważ Greta siedziała wyprostowana na swoim łóżku jak w sarkofagu i wpatrywała się w nią suchymi, rozpalonymi oczami.
– Boję się, że oszaleję – oświadczyła.
– Nie masz ku temu żadnego powodu – odparła Lise spokojnie. – Masz po prostu zszargane nerwy.
Rozweselona, w dobrym nastroju, wemknęła się pod skórę Grety i zręcznie zmusiła jej sztywną, wyprężoną myśl do powrotu na samo dno przejrzystego jak szkło wnętrza Grety. Mocne, piękne ciało opadło miękko i ulegle z powrotem na poduszkę i Greta swoim zwyczajnym głosem handlarki powiedziała:
– Włącz lampkę, Lise. Zapalimy sobie papierosa.
To był jej sposób na pomaganie Lise w wyrwaniu się ze swojego wnętrza, chociaż naturalnie nie miała o tym pojęcia. Po prostu tygodnie wspólnego życia ją tego nauczyły. Nigdy nie stawiała Lise przed żadnym wyborem. Rządziła nią, decydowała za nią i dyrygowała każdym jej działaniem. W tej chwili postanowiła, że Lise nie będzie spać, tylko palić. Leżały wsparte na łokciach pod włączonymi lampkami nocnymi, rozmawiały ściszonymi głosami i ani trochę im nie przeszkadzało, że za drzwiami ktoś krzyczy. To była tylko jakaś nowa, która jeszcze niczego nie zrozumiała. Regulamin zabraniał zarówno palenia papierosów w łóżku, jak i zapalania światła w nocy, ale nikt szczególnie nie dbał o przestrzeganie tych zasad. Natomiast pacjentki zostawały natychmiast usunięte z zamkniętego oddziału dla chorych psychicznie kobiet, jeżeli przez dłuższy czas wykazywały oznaki nienormalnego zachowania. A każdy przecież przyzna mi rację, że nie jest normalne krzyczenie wniebogłosy w środku nocy, bieganie nago po długim korytarzu czy – to najgorsze ze wszystkiego – tłuczenie szeregów doniczek z ziołami, którymi pani Vodskov, kucharka, będąca prawdziwą szefową oddziału, ozdabiała wąskie parapety. Dla takiej bezczelności nawet w pierwszych dniach pobytu nie było żadnego wytłumaczenia i udręczonemu ordynatorowi podczas cotygodniowej pospiesznej wizyty na oddziale nie przychodziło już nawet do głowy, żeby bronić grzesznicy. Tych kilka razy, kiedy próbował interweniować, pani Vodskov i tak zmieniła tutejsze życie impertynentki w istne piekło, jeszcze gorsze niż piekło na zewnątrz, co ty, mój ukochany, jak wiesz, oznacza niemało. Dla idiotów, którzy ciągle wierzą, że światem rządzi rozsądek, rzecz jasna mogło to wyglądać tak, że tu wypisuje się osoby chore, a zatrzymuje zdrowe, ale Lise i Greta całe swoje kruche poczucie bezpieczeństwa zbudowały na tym spokojnym, uregulowanym szaleństwie, a ich najgorętszym pragnieniem było, aby w nim pozostać.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
