Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
O takiej kuchni Krystyna marzyła. Ściany pomalowane na beżowy kolor, nad stołem i błyszczącym zlewozmywakiem brązowe kafelki, nowoczesna lodówka i zmywarka, mikrofalówka, lśniąca podłoga z jakiejś specjalnej wykładziny, a na szerokim, wygodnym stole mały telewizorek. No i szafki! Po prostu marzenie, ukoronowanie dzieła. Takich szafek Krystyna szukala już od dwóch lat, a znalazł je w końcu Karol, kiedy wezwali go na konsultacje do Krakowa....
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8388797069
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 548
Rok wydania: 2001
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Irena Landau
Text © copyright by Irena Landau Ilustrations © copyright by Ewa Laszczkowska © copyright by Wydawnictwo Jaworski Warszawa 2001
Wydanie I
Wydawnictwo Jaworski” 01-391 Warszawa, ul. A. Krzywoń 6/45 Dział handlowy tel/fax 862-40-36
z
Część pierwsza
TERAZ I DAWNO TEMU
O takiej kuchni Krystyna marzyła. Ściany pomalowane na beżowy kolor, nad stołem i błyszczącym zlewozmywakiem brązowe kafelki, nowoczesna lodówka i zmywarka, mikrofalówka, lśniąca podłoga z jakiejś specjalnej wykładziny, a na szerokim, wygodnym stole mały telewizorek. No i szafki! Po prostu marzenie, ukoronowanie dzieła. Takich szafek Krystyna szukała już od dwóch lat, a znalazł je w końcu Karol, kiedy wezwali go na konsultację do Krakowa.
To swoją drogą miło, że jeszcze go proszą o pomoc, że zdanie doktora Płatka kogoś obchodzi, że proszą go o przej rżenie dokumentacji, zbadanie chorego, zresztą Krystyna nie wiedziała dokładnie, o co im chodziło, Karol jej nie mówił, pewnie bał się, że ją znudzi, a ona nie pytała. Proszą go i dobrze, ona też już jest na emeryturze i to -o wie e aw niej niż Karol, a nie robi z tego tragedii. I też jeszcze osy często matki proszą, żeby do nich przyszła, zbad a ziec o, mają zaufanie, nie chcą chodzić do poradni, do tej smar a tej doktor Teosińskiej. . .
Właśnie niedawno Karol wypatrzył te szafki w a owie i z telefonował, to jest nie do zniesienia, żeby człowie me um sam podjąć żadnej decyzji, co mu mogła powiedzie Krystyn przecież nie widziała szafek?
- Krysieńko, to jak, kupić?
- Skąd mogę wiedzieć? A jaki mają kolor?
- No właśnie, są beżowe i białe. I jeszcze takie se e yno
-Jeśli kupować, to beżowe. Ale nie o to chodzi. Czy mają szufladki? A jakie uchwyty?
- Nie wiem, jakie uchwyty. Mają.
-Co?
- Szufladki. Może przyjechałabyś i sama zdecydowała?
Nie, Krystyna nie mogła wyjechać ze Zdroju, akurat pokoje były zajęte, trzeba było gościom dać obiad, przypilnować Melę, żeby sprzątnęła, mowy nie ma.
- Wiesz, za dwa tygodnie chyba będzie pusto, może wtedy?
- A jak wykupią?
- To nie wiem.
- Ale jak uważasz?
- Kochanie, nic nie uważam, szafki to twoja rzecz, przecież ja mało z nich korzystam. Tylko sobie pomyślałem, że są podobne do tych, które wiszą u Staszków, więc może... Bo tamte ci się podobały.
- A w środku?
- Co w środku?
- Też są takie, jak u Staszków?
- Krysieńko, skąd mam wiedzieć, nie zaglądałem im do szafek.
Ta rozmowa była absurdalna, w końcu Krysia postanowiła zaryzykować i dwa dni później szafki przyjechały do Zdroju. Były wspaniałe, akurat takie, jak trzeba, jeszcze lepsze niż u Staszków. Karol chodził koło żony z tą swoją niepewną miną i spojrzeniem, które już od wielu lat wyprowadzało Krystynę z równowagi.
- No i co? Dobrze wybrałem? Kochanie?
- No, owszem.
Wspaniale wybrał, ale nie musi o tym wiedzieć, będzie się potem puszył przez sto lat, każdego gościa będzie ciągnął do kuchni, nie, lepiej stonować te zachwyty. O, jeden uchwyt jest wyraźnie większy.
- A ten uchwyt? Nie zauważyłeś? Trzeba było reklamować w sklepie, teraz przepadło, nie zawiezie się szafki do Krakowa.
Karol jakby zmalał.
-Jaki uchwyt, o co ci chodzi?
- Ten. Inne są mniejsze.
- Krysieńko, bo szuflady są płytsze. A ta jest głęboka.
- Może, ale jak to wygląda!
Nijak nie wygląda, Krystyna doskonale wie, że jest to rzecz niezauważalna i chyba najmniej ważna na świecie. Ze czepia się Karola i jest wredna. Patrzy na swojego męża, znanego kardiochirurga, mądrego i dobrego człowieka i sama nie wie, kiedy stała się taką czepliwą zołzą, czy tak było od początku, czy Karol znosi to od przeszło trzydziestu lat, czy może ostanio coś takiego się stało, że jego niezaradność, jego wieczna dobroć, je go potakiwanie, działają na nią jak czerwona płachta na byka. No pewnie, że się stało!
- No, już dobrze - opamiętuje się Krystyna - rzeczywiście, szafki są wspaniałe, Michasia powiedziałaby, że super.
Karol, rozpromieniony, poszedł do Staszków na szac y, a kiedy po tygodniu przyjechała Michasia z Judytą, o w ogóle nie zauważyły zmiany.
-Jakie szafki, babciu?
- Te. No i co? v
Michasia spojrzała zdziwiona na babcię, rząd o coją ło obchodziło jak umeblowanie kuchni. Właśnie pozna a balandze u przyjaciółki Rafała i wcale nie miała oc o ty wyj dżać z Warszawy. . .
- Ależ, Michasiu - przekonywała ją matka - przeci odwiedzać babcię. Trzy dni nie pójdziesz do sz o y, nie cieszy? , .
- Masz przedpotopowe pojęcie o radości - złościła się~ na - co z tego? I tak muszę to nadrobić, wiesz, i e to p y-^G mi matematyk odpuści? Albo fizyczka? A wypracow
- Możesz je napisać w Zdroju.
- No wiesz, to już jest dno. Po to jadę do babci, żeby się uczyć? Jedź sama, ja zostanę z ojcem.
-1 z Rafałem.
Dziewczyna się wściekła.
- Nigdy w życiu więcej nic ci nie powiem - wrzasnęła - chcesz, żeby ci mówić, mordujesz mnie: „a co tam było, a kto tam był, a kogo poznałaś, a co jadłaś, a czy aby ktoś ci nie dawał skręta, a czy czegoś nie wąchali, a czy matka Moniki była w domu, a czy babcia ma odciski, a czy...”.
- W tej chwili przestań - krzyknęła Judyta i przez głowę przemknęło jej wspomnienie dokładnie takiej samej rozmowy, jaką kiedyś miała ze swoją matką. - Przestań. Jedziemy do babci i już. Rafała zobaczysz za tydzień.
- Ale dlaczego?
- Dla owego.
Nie był to sensowny argument, ale Michalina jakoś zwiędła i nagle zgodziła się jechać. Może uznała, że tydzień to nie wieki. A poza tym w stwierdzeniu matki zawierała się akceptacja Rafała, czego Judyta nawet nie zauważyła, a co Michalina uznała za dobrą wróżbę. Ale szafki leżały daleko poza kręgiem jej 2a. interesowań i nawet nie powiedziała, że są super. Za to matka, odrabiając jej brak spostrzegawczości, otwierała jedną po drugiej i chwaliła wszystkie pod niebiosa.
- Gdzie je kupiłaś?
- W Krakowie. I nie ja, tylko Karol.
- Karol?? No wiesz, coś podobnego!
Krystyna poczuła się w obowiązku bronić Karola.
- Nie doceniasz go. To naprawdę wspaniały człowie .
- Owszem, czyja mówię, że nie? Wspaniały, ale przyznasz, 2c dupa.
-Judytko!
- Może nie?
Krystyna spojrzała na córkę. Tyle lat minęło, a ona nie chcia-ła uznać Karola za ojca. Był dla niej dobry i czuły, robił co mógł, ale Judyta mówiła o nim „Karol”, nie zgodziła się nawet na „wujka”, a tą nieszczęsną fotografię Andrzeja zawsze nosiła przy sobie. Do ojczyma odnosiła się pobłażliwie, z lekką pogardą i obgadywała go jak mogła. Tak było od początku, od chwili, gdy go poznała. Przychodziła do niej wtedy córka Ąjki, Lusia i dziewczynki godzinami gadały siedząc w małym pokoiku Judyty, śmiały się i chichotały, a w większym pokoju Krysia z Ąjką starały się nie wspominać dawnych czasów, getta, obozu... To znaczy, Krystyna się starała, bo Ąjka zawsze do tych spraw wracała, rozdrapywała stare blizny, może to jeszcze wtedy nie były blizny, minęło niezbyt wiele lat. Czasami przychodziła też Mirka z synem, Szymkiem, doskonale wychowanym chłopcem, któremu dziewczynki robiły kawały i który nigdy się nie złościł w przeciwieństwie do swojej krewkiej matki. Tyle, że Miriam gniewała się nie na Lusię i Judytę, a na Szymka.
-Jak ci nie wstyd, co z ciebie za mężczyzna?! Dlaczego pozwoliłeś im oblać się wodą kolońską? Śmierdzisz jak kokota!
- Przecież jest lany poniedziałek!
- Lany! Żebym ja ciebie nie lunęła!
- Mirka, daj spokój - mitygowała siostrę Ajka - niech się bawią, to przecież dzieci.
- Bo nie mam do tego zdrowia - wzdychała Mirka - Chciałam, żeby Szymek poszedł z Leonem do ZOO, ale nie, piątek, czy świątek, Leon ma robotę.
Mirka zawsze wprowadzała jakiś nerwowy nastrój, chociaż owszem, Krystyna ją lubiła. Była zabawna i dowcipna. Oczywiście lubiła ją nie tak bardzo Jak jej młodszą siostrę, Ąjkę, której imieniem nazwała nawet córkę. Ąjka... ile przeżyćje łączyło. Ile dni spędziły razem...Wyzwolenie z obozu, dom dziecka...
Krystyna stała przed tymi szafkami i miała wrażenie, że czas się cofa. Nie cofał się. Nogi Jak bolały, tak bolą, wstawka robio-
na przez najlepszego protetyka w Zdroju jak uciskała, tak uciska, włosy nie czernieją, lecz straszą matową bielą. Ale szafki są, to jednak pociecha, kiedy jakieś marzenie się spełnia.
Boże drogi, co za płycizna, co za trywialność, Krystyna wstydzi się sama przed sobą, czy szafki w ogóle mogą być marzeniem? Czy można śnić o czymś tak idiotycznym, układać plany co się gdzie postawi, tu dżemy, tam makarony, tu mąkę, a w tej dolnej puszki z jarzynami? Tyle się przeżyło, człowiek był o krok od śmierci, a teraz nagle stały się ważne noże i widelce, które leżą w najwyższej szufladzie obok łyżek, łyżeczek i otwieracza do puszki, który może otwiera, ale nie w rękach Krystyny, tylko jej przeszło dziewięćdziesięcioletniej teściowej? No tak, może to i trywialne, ale miłe. Żeby jeszcze zmienić krzesła, te są niewygodne, twarde, ale do kuchni nie pasują wyściełane, matka Karola słusznie mówi, że „łapią zapachy”, więc co? Może znaleźć jakieś wyplatane. Ale czy nie zepsują wystroju? Aby nie przypominały pokoju w Domu Dziecka.
Krystyna siada na twardym, niewygodnym krześle. Już nawet ten głaz był wygodniejszy, oczywiście, tamten głaz był szczytem szczęścia i wygody, leżał sobie tuż przy torach. Tyle, że był mo-
- Nie siadaj na mokrym kamieniu - przestrzegła ciocia Sara, tak, jakby nie miała w tej chwili większych problemów.
Krysia wstała, zresztą i tak wołała stać, bo wtedy lepiej było wszystko widać. Z jednej strony nie, tam nie warto było patrzeć, bo od świata odgradzał ich wysoki nasyp, może to nie był na-SYP, tylko górka, a pociągjechał doliną? Za to z trzech stron widok był wspaniały. Po prawej żółciła się droga, chyba to był piasek, lekki wiatr podnosił go do góry i tworzyły się małe wiry, jakby drogą szły duszki. Ale tak naprawdę tą drogą nikt nie szedł, była zupełnie pusta. Nie, chyba jednak nie, coś tamtędy biegło, to chyba był pies, ale nie taki, jakie mieli Niemcy w obozie, obrzydliwe, złe wilczury, szczerzące zęby, warczące i zwykle trzymane jednak na smyczy. Zwykle, ale nie zawsze, Krysi w tamtej chwili nie chciało się myśleć o Motlu i jego nogach, które z trudem jakoś się po wielu tygodniach zabliźniły, co Motiowi i tak nie pomogło, bo zabrano go w ostatnim - a może przedostatnim - transporcie. Nie, to był po prostu piesek, Krystyna pomyślała, że oczywiście Niemiec, ale żaden faszysta, zwykły kundelek, może bezdomny, a może nie.
- Ajka, jak myślisz, czy ten piesek biegnie na kolację? A może jest głodny?
- To go nakarm - powiedziała przyjaciółka i wszystkie trzy panie wybuchnęły śmiechem.
- Wesoło wam - wyjęczał pan Kopel, który przywlókł się na spuchniętych nogach z męskiego przedziału - wzięłyście i zwa-
riowałyście? Oni nas wiozą na śmierć, a wy już nie macie co robić, tylko się śmiać?
Ciocia Sara nie chciała się kłócić z ciężko pobitym. Koplem.
- Już nas nie wiozą - stwierdziła oczywistą prawdę - niech pan patrzy, zniknęli.
Niemcy rzeczywiście gdzieś poszli, a może, jak twierdził Marek, pojechali na rowerach. Ten jeden, który się potem kręcił obok wagonów, w końcu także znikł. Nie wiadomo było, czy nie wrócą, optymiści uważali, że nie, pesymiści twierdzili, że tak, a niepewni sądzili, że w najlepszym wypadku przed ucieczką zaminowali pociąg i że za chwilę wszystko wyleci w powietrze. Ciocia Sara na wszelki wypadek kazała dziewczynkom odejść kilka kroków. Dalej nie można było iść, więźniowie byli w głębi Niemiec i nikt nie miałby żadnych szans ucieczki. Poza tym prawdopodobnie strażnicy ukryli się na przykład w lesie i mogli strzelać.
- Wcale nie wierzę w żadne miny - przekonywała Sara -i w żadne strzelanie. Baliby się. I uciekli nagle, kiedy mieli minować?
- Skąd pani wie, że nagle? - pytał Marek - Zwierzali się pani?
Krysia starała się o tym nie myśleć i niczego nie przewidywać. Na razie jest wspaniale, na widok zieleniącego się lasu zapomniała na chwilę o głodzie. Przez las prowadziła dróżka, biegł nią piesek, a potem znikł za drzewami. Ciekawe, pomyślała Krysia, czy Niemcy mająjakieś specjalne, germańskie imiona dla psów? Na prawo widać było wieś, a może raczej miasteczko, a nad czerwonymi dachami wieżyczkę kościoła. W tych domach na pewno mieszkali ludzie.
- Ąjka, jak myślisz, czy tam mieszkają ludzie? Tacy zwyczajni?
Ajka wzruszyła ramionami, była młodsza, ale chyba więcej wiedziała o życiu, a może była tylko bardziej zgorzkniała.
- Pewnie, że ludzie - burknęła - tyle, że niezupełnie.
- Co ty opowiadasz?
- Bo to Niemcy. Tam mieszkają rodziny tych faszystów, morderców. Co to za ludzie?
- Ajka, tak nie można - westchnęła ciocia Sara - ich rodziny nie są niczemu winne.
- Daj pani spokój, jak wychowali tych bandytów, takich mają. Winne, niewinne. Żeby ich ... Co to za huki? - przerwał sam sobie Kopek
- Front - oznajmił napiętym głosem Marek - Front! Dlatego te sukinsyny zwiały. Front! Och, żeby już przyszli! '
-Jeszcze nas tu zastrzelą - jęknął Kopel - Jeszcze jakimś granatem...
Sara pomyślała, że byłaby to ironia losu. O ile można się było zorientować z wiadomości, które przenikały do obozu, w tej części Niemiec walczyli Amerykanie i jeśli nie wiedzą, że w pociągu są więźniowie obozu koncentracyjnego wiezieni na śmierć, to mogą nawet specjalnie pociąg ostrzelać. Może wiezie broń, może niemieckie wojsko?
Nic nie można było na to poradzić, w lesie mogli być Niemcy, ucieczka z pociągu jest niemożliwa. Ciocia Sara usiadła na kamieniu, z którego przed chwilą spędziła Krysię. Jeśli chodziłoby tylko o nią, o Sarę, całe te rozważania nie miałyby sensu, jej było Już wszystko jedno, synek nie żył, mąż nie żył, czym prędzej spotka się z nimi na tamtym świecie, tym lepiej. Ale dziewczynki... tak naprawdę nie jest im żadną ciocią, nie jest żadną ich krewną. W obozie zaprzyjaźniła się z Ąjką i jej starszą siostrą, Mirką. I teraz, kiedy Mirka, ciężko chora, została na stracenie w obozie, miałaby opuścić Ajkę? O tym nawet myśleć nie można. No i Krysia. Właściwie Krysię po śmierci Jej matki chciała przygarnąć matka Meli, ale dziewczynka Jakoś jej nie polubiła. Za to przylgnęła do Ąjki i Mirki i za ich przykładem zaczęła Sarę nazywać „ciocią”. Więc i Krysi nie można było opuścić i o Krysię trzeba się było troszczyć.
Huki były coraz bliższe, nikt jakoś nie zdecydował się na ucieczkę z pociągu, uznano, że tu są jednak większe szanse przeżycia. Sara zaczęła wdrapywać się na nasyp, zatrzymały ją krzyki dziewczynek.
- Nie! Tam może być niebezpiecznie!!! Ciociu!
Śmieszne, gdzie jest teraz bezpiecznie, no, ale skoro tak się boją...
Sara wróciła na mokry kamień, Krysia uspokoiła się, Boże, jak tu pięknie, na niebie widać białe, pierzaste chmurki, a na lewo od pociągu zieleniły się pola przecięte torami. Zielone pola, na takich polach wyrośnie zboże, ze zboża robi się chleb, ci ludzie, którzy tu mieszkają zbiorą zboże i będą mieli tyle chleba, ile zechcą. I kaszę. Tyle kaszy, ile im potrzeba, z kaszy robi się krupnik, to taka zupa, w krupniku pływały kawałki mięsa.
- Ajka, krupnik robi się na mięsie?
- Chyba tak... tak, mama, jak żyła, robiła krupniczek na gęsiej szyi. Skórę nadziewała, a środek wkładała do zupy. I jeszcze dodawała włoszczyznę, to jest marchewka. I może jeszcze coś, ale marchewka na pewno. Jak to pachniało, Krysia!
Ciocia Sara poczuła, jak żołądek zbija jej się w twardą kulę.
- Przestańcie!
- Ale co jest jeszcze w tej włoszczyźnie?
To śmieszne, może to koniec, może za chwilę rąbnie pocisk, albo wrócą Niemcy i ostatnią wiadomością jaką zabiorą dziewczynki na tamten świat będzie wiedza o pietruszce i selerze...
- No więc...
Na nasypie coś się poruszyło, więźniowie zerwali się na równe nogi, z góry zbiegał żołnierz w amerykańskim mundurze, zbiegał z tego wzniesienia, krzyczał, trudno go było zrozumieć, potem jego słowa dotarły do ludzi. Z przerażeniem patrzył na szkielety w łachmanach i wołał, wołał po żydowsku:
- Koniec, koniec, dla was wojna się skończyła, nie płaczcie! Jesteście wolni! Dlaczego plączecie?!
Żołnierz podbiegł, chciał może kogoś objąć, ale tego nie zrobił, stał z wyciągniętymi rękami, czemu dziwił się łzom? Wolność, tą wolnością będą się cieszyć już za chwilę, za godzinę, za pół, ale teraz myślało się o tych, którzy jej nie dożyli, o matkach, o dzieciach, mężach i żonach, o synku wyciągniętym z kryjówki i zakatowanym na śmierć, o matce Ajki zastrzelonej w drodze do obozu, o Weronice, matce Krysi, która umarła w obozie z głodu, o Mirce, umierającej na pryczy, o wszystkich którzy nie doczekali, którzy nie stali teraz przy pociągu.
Żołnierz nie wierzył oczom, takich szkieletów jeszcze nie widział, jak to w ogóle możliwe, żeby ći ludzie żyli? Do wojsk amerykańskich dotarły wiadomości o tym pociągu, może powiedział o nich Jeden ze złapanych w czasie ucieczki esesowców, całe szczęście, bo wiadomo było, żeby nie strzelać. Pierwszy dobiegł właśnie on, ale za nim szli inni żołnierze, wiele rzeczy przeżyli, widzieli śmierć i zniszczenie, ale czegoś takiego Jeszcze nie.
Płakali więźniowie, płakał ten pierwszy oficer, inni Amerykanie stali w ciszy, nie wiadomo było co robić, w końcu widocznie ktoś wydał Jakieś rozkazy.
- Bierzcie bagaże - powiedział Jeden z Amerykanów i Jakoś rozładował niechcący atmosferę, bo ciocia Sära, która znała angielski, zaczęła się śmiać, a gdy przetłumaczyła rozkaz, śmiech ogarnął prawie wszystkich więźniów - bierzcie bagaże i idziemy na kwatery. Ty, czego oni tak ryczą? - zapytał kolegę.
-Jakie bagaże, idioto - wytłumaczył mu żołnierz - co za bagaże? Chyba, że wszy.
- Cicho, Jak możesz, jeszcze ich obrażasz!
- Pan nas nie obraża - odezwała się Sara - oczywiście, że mamy wszy. Trzeba coś z tym zrobić. A na jakie-kwatery nas prowadzicie?
Krysia nie słuchała, angielskiego prawie nie znała i było jej wszystko jedno, gdzie idzie. Nie na śmierć! To już było wspaniałe, dopiero teraz dotarło do dziewczynek, że nic im nie grozi, nikt ich nie pobije, nie zabije, wolno im żyć!
Ogarnęło je jakieś dziwne, zapomniane uczucie, coś trudnego do pojęcia i zdefiniowania, zdawało im się, że powietrze wokół nich zmieniło skład, można było spokojnie oddychać, można było nie patrzeć na boki, można było nie bać się! Tak, to to! Można było się nie bać! Czy jeszcze to potrafiły? Czy kiedykolwiek się tego nauczą?
Ajka kuksnęła Krysię w bok i powiedziała, wreszcie nazwała to dziwne uczucie:
- Kryśka, masz pojęcie?! Jesteśmy bezpieczne! Spójrz, jakie słońce, jak pięknie! Teraz czekają, nas już same pogodne dni!
Krystyna jeszcze raz spojrzała na szafki i westchnęła. Właściwie jedyną osobą która doceniła ich urodę była teściowa, chociaż przy okazji nie zapomniała opowiedzieć o starym kredensie swojej matki.
- Piękne te szafeczki - pokiwała wtedy głową - babę z dziadem można w nich upchnąć. Ale to nie to, co ten stary kredens mamy, nawet nie wiem, skąd on się wziął w naszej chałupie, może był z tego dworku co się palił i z którego państwo się wynieśli, a niektóre meble rozdali ludziom. Dziadek był taki, że żywemu nie przepuścił, no i załapał ten kredens. Chyba tak było. A w tym kredensie to w wojnę karabiny trzymali.,Na przodzie, Krystynko, były woreczki z mąką i cukrem i takie tam, a potem była ścianka i wyglądało, że to już koniec, ale nie, bo z tyłu leżała broń. Matko Najświętsza, jak moja matka, co wtedy też już w latach była, trzęsła się nad tym kredensem. A dzieciaków było pełno w domu, bo to i brata i moje i baliśmy się, żeby które tej broni nie ruszyło, albo się nie dowiedziało o niej, bo jakby ktoś parę z gęby puścił, to śmierć i mogiła. Ale nie, leżało to spokojnie, dopóki nic przyszli chłopcy z lasu i tego nic zabrali. Potem im Antośka nosiła w menażkach grochówkę i właśnie kiedy wracała, ten Szwab ją dopadł. W naszym własnym lesie na polanie ją do-padł i tak Ją urządził. I potem nigdy Już Antośka na żadnego chłopaka nie chciała spojrzeć. A mama tak nad tą Tośką desperowała, że żośtąje^starą pane» ... .j^hl ■
Takie były zachwyty teściowej nad szafkami i Krystyna miała tego serdecznie dosyć, szczególnie, że sagę rodu Płatków znała już na pamięć.
- Może mama obejrzałaby telewizję - proponowała - albo się przeszła?
Starsza pani Płatkowa była fenomenem zdrowia, mimo dziewięćdziesięciu czterech lat nieźle widziała i była całkowicie sprawna, a pod górę szło jej się łatwiej niż Krystynie. Doskonale też rozumiała, że propozycja synowej była podyktowana nie tyle dbałością ojej zdrowie, ile chęcią pozbycia się jej z kuchni. Co więcej, chociaż było jej przykro, rozumiała to i doskonale orientowała się, że malutka kuchenka zainstalowana we wnęce korytarza miała służyć, jak to oznajmił syn, nie tylko letnikom, ale przede wszystkim jej.
- Nie będzie musiała mamusia fatygować się do kuchni - tłumaczył -jakby mamusia na przykład chciała zrobić sobie ziółka, czy ugotować jajeczko. Tu jest szafka z garnuszkami, tu zlew, kuchenka i proszę bardzo...
Pani Kasia spojrzała wtedy na syna „Akurat - pomyślała - ale ziółka i jajeczko i tak są w kuchni. Myślisz, że trafiłeś na głupią?” Ale nie powiedziała tego na głos, tylko podziękowała i nawet upomniała się o tę starą, małą lodóweczkę, która została kilka lat temu wyniesiona do piwnicy.
- Letnicy będą mieli wygodę - wytłumaczyła z ironią, która nie dotarła do Karola.
- Mamusia jest genialna! - stwierdził i lodóweczka stanęła w owej bardzo zresztą przestronnej wnęce.
Rzeczywiście, ludzie, którzy wynajmowali u państwa Płatków pokoje, bardzo sobie chwalili te urządzenia, a pani Katarzyna często z nich korzystała. Tak często; że pewnego dnia Krystynę ogarnęły wyrzuty sumienia.
- Czemu mama nie wejdzie czasem do kuchni? Tu wygodniej zrobić kawę niż na kuchence?
- Przecież... - speszyła się pani Katarzyna - przecież... może bym ci przeszkadzała?
- Ale gdzie tam, mama wejdzie, zjemy ciasto, pogadamy...
I pani Katarzyna zaczęła odwiedzać synową w kuchni, co bywało przyjemne, a czasem męczące i nieraz Krystyna żałowała pochopnie wypowiedzianych słów, ale przecież nie można ich było odwołać. Teściowa zresztą nie nadużywała tego zaproszenia, a kiedy przychodziła, często użalała się nad losem synowej.
- To nie jest w porządku - mówiła - żeby taki doskonały lekarz jak ty, moje dziecko, stał tu nad garami i wysługiwał się takim na przykład Kowalskim.
- Mamo, bo jeszcze usłyszą - wpadała w panikę Krystyna. -To dobrzy goście, dwa razy do roku przyjeżdżają.
- 1 niech ich cholera weźmie dwa razy do roku - pokazywała pazurki teściowa, która miała niewyparzony język, chociaż starała się go poskramiać - same grymasy, a to befsztyk za miękki, a to pościel za twarda.
- Co mama wygaduje!
- Prawdę. A ten ich synalek, żebyś wiedziała, stłukł wczoraj wazon z pokoju jadalnego. Żebyś wiedziała. Dopisz im do rachunku, bo się nie przyznają. A Kowalski wchodzi nogami na sedes!
Krystyna zaczęła się wreszcie śmiać.
- Skąd mama wie?
- Bo były ślady buciorów.
- Może tego pana spod jedynki?
- Ale gdzie tam, to kulturalny człowiek.
- A kulturalni nie korzystają z toalety?
-1 chodzi po domu w kapciach!
To był decydujący argument. Ale właściwie Krystyna nie zgadzała się z teściową, nie widziała nic poniżającego w gotowaniu i przyjmowaniu letników. Emeryturę dostawała niewielką, Karol też i bez dorabiania byłoby ciężko, może nawet trzeba było-
by sprzedać ten domek, co jest nie do pomyślenia. Taka willa była marzeniem Krysi. W chwili, kiedy zobaczyła domek pani Helgi przyrzekła sobie, że kiedyś też będzie miała taki, taki, albo jeszcze ładniejszy, z czerwonym dachem i białymi ścianami, z ogródkiem w którym wśród kwiatów będzie stał przepiękny krasnoludek z gipsu, krasnal w czerwonej czapeczce i czerwonych spodenkach, w bucikach z pomponami i z białą, długą brodą. Niestety, nawet po kupnie wymarzonego domku krasnala w ogródku nie można było postawić, Krystyna już wiedziała, że to jest paskudztwo i szczyt złego smaku. Wiedziała, ale bardzo nad tym bolała i z westchnieniem przyglądała się krasnalom, które stawiali sobie niektórzy sąsiedzi mniej obyci, a może tylko odważniejsi? Kiedyś Krysia zatrzymała się przed największą kwiaciarnią w Zdroju, przed którą pyszniły się gipsowe skrzaty w różnych pozach i nawet w formie doniczek. Krasnalom zamiast kapelusza wyrastały z głowy jakieś czerwone kwiaty. Były jeszcze zabawniejsze niż te, które stały u pani Helgi. Jacyś ludzie patrząc na nie dostawali kolki ze śmiechu, a Krystyna pomyślała, że dobry gust jest częściowo rzeczą umowną i można wyobrazić sobie kulturę, w której obrazy mistrzów uznawanoby za niezrozumiałą szmirę, a takie skrzaty byłyby dziełem sztuki. Dziecko tych śmiejących się ludzi z tęsknotą i pożądaniem przyglądało się figurkom i widać było, że jest zachwycone. Krystyna pocieszyła się tym, że przecież nie chciała-by naśladować tej okropnej Helgi, że domek jest dostatecznym spełnieniem owych dziecięcych marzeń i że krasnal niewątpliwie jest kwintesencją okropieństwa.
Ale domek i bez krasnala był ładny. Może trzeba było wydać te cudem odziedziczone pieniądze inaczej, wrócić do Warszawy, kupić mieszkanie? Były przecież nawet wtedy możliwości kupna, były różne prywatne wille, Ajka nawet wiedziała o czymś konkretnym, namawiała przyjaciółkę jak tylko mogła. Specjalnie przyjechała wtedy do Zdroju, wyszły na werandę, bo w sta-
rym mieszkaniu Płatków nie było gdzie pogadać, siedziały najpierw w słońcu, a potem już po ciemku.
-Jak możesz marnować taką okazję, taki dar losu - Ąjka prawie płakała, perspektywa przyjazdu Krysi do Warszawy była cudowna, mogłyby znowu się spotykać i kto wie, może kiedyś Szy-mek Mirki ożeniłby się z Judytką, wtedy naprawdę staliby się rodziną, a ta idiotka wbiła sobie do głowy Zdrój i domek z czerwonym dachem. - Zlituj się, mogłabyś pracować w szpitalu, a nie w tej nędznej przychodni. Już nie mówiąc o Karolu, wiesz ile może zarobić w stolicy kardiochirurg, jaką karierę może zrobić?
Akurat to nie trafiało do przekonania Krystynie, Karol nigdy nie zrobi żadnej kariery, nie miał siły przebicia, nie umiał nic „załatwiać”, a poza tym sam przyznawał, że nie ma pomysłów i jest raczej dobrym wykonawcą. Nie miał też takich ambicji, doskonale czuł się w Zdroju i chyba nie ciągnęła go Warszawa.
- Studia, pomyślałaś o studiach Judytki? Miałaby blisko na uczelnię, tu nawet liceum jest na niższym poziomie.
- Nic podobnego - uniosła się lokalnym honorem Krystyna -tu jest doskonałe liceum, wychodzą ze znajomością angielskiego, pokaż mi takie w Warszawie.
- Niech ci będzie. No i starzy znajomi, pomyśl tylko, wszyscy tam są, już nie mówiąc o Mirce i Rucie, ale Sławek, Leszek, a może kiedyś wróci Andrzej...
Ąjka nie zdążyła ugryźć się w język, a Krysi zrobiło się gorąco. No właśnie, Andrzej. Może między innymi i dlatego nie chciała wracać do Warszawy. Żeby nie oglądać się za siebie, nie patrzeć na ludzi w tramwaju, nie myśleć ze strachem, a może także z nadzieją, że spotka się Andrzeja już za chwilę, już za rogiem, że może wejdzie do tej kawiarni, gdzie plotkuje się z koleżanką, że może zadzwoni i zainteresuje się dzieckiem, chociaż raz weźmie córeczkę na spacer czy do ZOO, że będzie jej można powiedzieć - „Tatuś wrócił z Afryki, to on”. Nie, Krysty-
na tego wszystkiego nie chciała, a przynajmniej postanowiła, że nie chce. Dosyć się namęczyła, nakłamała, Judyta myślała, że tatuś wyjechał do Afryki i może kiedyś wróci. Do tego, że Andrzej rzucił je obie z dnia na dzień, Krysia się córeczce nie przyznała. Oczywiście, gdy dziewczynka była starsza, domyśliła się, że ojciec uciekł od matki, ale jakoś ciągle wierzyła, że wróci z tej absurdalnej Afryki. Prosiła też o fotografię Andrzeja i kiedyś, kiedy Ajka, oglądając z przyjaciółką stare fotografie, powiedziała „o, popatrz jak Andrzej tu dobrze wyszedł”, wyprosiła to zdjęcie u matki. Krysia pomyślała, że może to i dobrze, nie zaprotestowała i jej córka od tego dnia przechowywała fotografię jak najmilszą relikwię. Tyle, że to nie był ten Andrzej, ale dawny znajomy Krystyny, który już dawno wyemigrował bodajże do Kanady. No i w ten sposób odpadło niebezpieczeństwo poznania przez Judytkę na ulicy własnego ojca, który podobno był w ówczesnych Niemczech Zachodnich i ostatecznie mógł kiedyś wrócić. Nie wiadomo, czy wróciłby do Krysi, a może do kogo innego, podobno spotykał się też z inną dziewczyną i ludzie mówili, że z nią też miał dziecko. Krysia słyszała nawet od znajomych, że jeszcze przed wyjazdem Andrzej poddawał w wątpliwość własne ojcostwo i opowiadał niestworzone historie o jej rzekomym kochanku. Była to czysta złośliwość, Andrzej dobrze wiedział, że z Karolem, którego obrał sobie na ofiarę tych plotek, nic takiego Krysię nie łączyło. Przychodził nieproszony, przynosił kwiaty i słodycze, zdobywał trudne wtedy do kupienia wedlowskie „Ptasie Mleczko”. Odprowadzał też często Krysię z uczelni do domu. Co więcej, ku rozbawieniu nie tylko Krysi i Ajki, ale także Andrzeja, przyszedł do szpitala dzień po urodzeniu się Judyty i słał do młodej mamy liściki pełne admiracji.
Andrzej doskonale wtedy wiedział, że cała ta miłość Karola jest jednostronna i że uwielbienie Karola po prostu Krystynę bawi. A może jednak nie wiedział? A może wygodniej mu było uznać, że coś w tym jest?
Krystyna nie dała się namówić przyjaciółce na powrót do Warszawy i cały spadek po nieznanym wujku wpakowała w do-mek. W biały domek z czerwonym dachem, o wiele ładniejszy od domku pani Helgi. I w niczym, oprócz tej bieli, nie przypominający budynku Domu Dziecka.
Domek Helgi stał w schludnym ogródku, prowadziła do niego ścieżka wysypana białym piaskiem, ściany ganku lśniły w kwietniowym słońcu. Amerykański żołnierz zadzwonił ostro do drzwi. Znał doskonale niemiecki, może dlatego wyznaczyli go do tej roboty, do rozprowadzania byłych więźniów na kwatery. Przed domkiem stało chyba dwanaście osób, reszta poszła z kim innym, nie wiadomo było, kogo Amerykanin umieści akurat tu. Drzwi otworzyła bardzo wystraszona kobieta, .wyglądała jak typowa Niemka z obrazka, tęga, z jasnymi warkoczami okręconymi dookoła głowy, Ąjka pomyślała, że z takich włosów za żadne pierniki nie uda się wygonić wszy i jeśli ta czyścioszka je złapie, będzie musiała obciąć się na zero.
W końcu, po obejrzeniu domu, żołnierz wskazał ciocię Sarę z dziewczynkami.
- Tu będziecie mieszkać - powiedział - a pani ma im zapewnić wyżywienie, wygodne noclegi i co tam jeszcze. Kąpiele. I jakby jakieś rzeczy pani miała, to proszę może im dać.
Kobieta gorliwie potakiwała, mówiła ,Ja, ja,” i dziewczynki pomyślały, że zaraz wyrwie jej się „heil Hitler”. Ale nie, zaprosiła je do środka, żołnierz z pozostałymi więźniami poszli do innych domów, Sara pomachała im ręką i wszystkie trzy weszły do bardzo jasnej kuchni z niebieskimi firaneczkami i haftowanymi ręczniczkami wiszącymi nad zlewem. Niemka patrzyła na nich ze zgrozą w oczach.
- Panic Jezu - jęknęła - co wam ci Amerykanie zrobili?
Wszystkie trzy zerwały się ze stołków, jacy Amerykanie, krzyczały, jacy Amerykanie, to Niemcy, to wy, wy, WY, czy pani w ogóle nie wie, co się dzieje? Czy nie słyszała pani o obozach?
- No tak, tak - cofała się gospodyni - słyszałam, ale przecież tam siedzą zbrodniarze, a nie takie małe dziewczynki?
Szkoda było z nią gadać, ale Sara nie wytrzymała.
- A o gettach też pani nic nie wie?
- Ale to dla Żydów!
- A my co, jesteśmy z Grecji?
Gospodyni zrobiła wielkie oczy, przełknęła ślinę, z trudem do niej docierało, że to są Żydówki, w życiu nie widziała Żyda i właściwie nie wiadomo jak go sobie wyobrażała, pewnie, pomyślała wtedy Krysia, powiedzieli jej, że Żyd ma rogi i kopyta, albo coś w tym rodzaju.
- Ale Hans... mój syn... pisał, że w gettach nie jest źle. Że ludzie mają tam aż za... no, że mają dobrze. Nic nie robią, a jedzenie dostają na kartki. Hans jest... był w Getcie Warszawskim i dobrze mu tam było.
Sara nie miała siły na pogawędki i uświadamianie Niemki, która albo rzeczywiście nic nie wiedziała, albo udawała, cholera ją wie, ją i tego jej Hansa.
-1 jeszcze syn pisał - Niemka nie mogła powstrzymać potoku słów - że nasi są tam dla ludzi bardzo dobrzy, że zorganizowali im życie.
- Raczej śmierć - nie wytrzymała Sara - A może zostawimy te rozważania i pozwoli nam się pani umyć?
Dziewczynki ogarnęła rozpacz, jak to umyć, w kuchni pachniało jakąś zupą, coś bulgotało w garnkach, w czasie tej całej idiotycznej rozmowy Frau Helga, która już zdążyła poprosić, żeby mówić jej po imieniu, obierała kartofle - właśnie obierała, dziewczynki nie wiedziały, czy może ma zamiar obierki wyrzucić i czy można poprosić, żeby je ugotowała i zostawiła na po-
tem - więc w kuchni pachniało, a ciocia Sara myśli o myciu? Ale Helga akurat w tym wypadku zgodziła się po prostu z entuzjazmem, więcej, wygrzebała z jakiejś szafy ubrania i położyła na krześle. Dla cioci sukienkę i sweterek, dla dziewczynek po spódniczce i bluzeczce i nawet trzy pary sandałków.
- A bielizna? - zadała niemądre pytanie i nawet nie czekając na odpowiedź zaniosła do łazienki halki i majtki, a nawet trzy koszule nocne. Różową, żółtą i niebieską, z falbankami i koronkowymi kołnierzykami.
- Trochę to będzie za duże na dziewczynki, a jak się właściwie nazywacie?
-Ja się nazywam NOEMI - powiedział a z naciskiem Krysia, niech ta Niemka wie, jak ma naprawdę na imię, jak się nazywała, zanim mama zdobyła te papiery, zanim przeszły na aryjską stronę, zanim stała się Krysią, a mama Weronką. - Nazywam się Noemi, a mama nazywała się Rebeka.
Niemka przyjęła to do wiadomości, a najbardziej zdziwiła się Ajka.
- Nic, naprawdę?
- Naprawdę.
- Tc rzeczy wam skrócę - przyrzekła Frau Helga - ale jak się położycie.
Krysia doskonale rozumiała, ale nic umiała mówić po niemiecku, więc pociągnęła ciocię Sarę za rękę.
- Nic, najpierw niech da nam jeść!
- Najpierw się umyjemy.
To była łazienka ze snów. Stała tam prawdziwa wanna, nad wanną lśniły kurki, wszystko było pomalowane na jasnozielony, seledynowy kolor, na stołku stała porcelanowa miska w kwiatki, obok niej taki sam dzbanek na wodę. W kącie stał sedes z drewnianą pokrywą, to było wspaniałe, ciocia kazała na chwilę dziewczynkom wyjść, a potem każda po kolei korzystała z tego prawic już zapomnianego urządzenia. Sara nalała wodę do
wanny, brudne rzeczy zwinęła w tobołek i wrzuciła do kosza na śmieci, a potem zawołała Frau Helgę.
- Mogłybyśmy dostać nożyczki?
- Też tak myślałam - ucieszyła się Niemka - tylko nie miałam odwagi wam zaproponować.
Krysia szczypała się raz po razie, wydawało jej się, że śni, jak to, Niemka boi się powiedzieć, żeby ścięły włosy? Doprawdy, koniec świata!
Włosy też zawędrowały do śmieci, Ajka i Krysia wyglądały jak chłopcy, dobrze, że były te spódniczki i bluzeczki, chociaż okazały się za długie.
- Sama wam je skrócę - obiecała ciocia i pani Helga podarowała jej - podarowała na zawsze! - pudełeczko z igłami i nićmi, były tam też małe nożyczki. Po prostu skarb!
„Boże, jaka Gołda byłaby szczęśliwa, gdyby dostała coś takiego...” przypomniała sobie Ajka więźniarkę, która zarabiała jakieś okruchy chleba zaszywając ludziom ubrania. Karmiła tymi okruchami swoją niedorozwiniętą córkę, Rachelę. Obie w końcu umarły, a spadek po nich - kilka igieł - odziedziczyła, czy może zabrała Debora.
- A gdzie jest Debora? - skojarzyły sobie wszystkie trzy, bo Debora i jej matka przeżyły.
- Poszły z innym Amerykaninem - powiedziała ciocia Sara -pewnie też się teraz kąpią.
- Albo jedzą - westchnęła tęsknie Ajka.
- My też zaraz siadamy do stołu.
Dziewczynki wybuchnęły śmiechem, określenie „siadamy do stołu” było czymś absurdalnym, właściwie wszystko co je otaczało, było absurdalne, nie mieściło się w głowie, od tylu lat życie składało się z głodu i strachu, że właśnie to było normą. Sara przyglądała się dziewczynkom i myślała, że chyba nigdyjuż nic będą widziały świata z normalnej perspektywy, że będą równały do dna, że zwykłym życiem będzie dla nich głód i przemykanie
się pod ścianami, a wszystko inne stało się czymś niezwykłym, niewiarygodnym, a co gorsza, przemijającym.
Usiadły wreszcie przy stole, naprawdę, przy prawdziwym stole nakrytym obrusem. Białym obrusem także w kwiatki, widocznie Frau Helga lubiła kwiatki, może jej syn, ten Hans, który miał podobno dwadzieścia dwa lata, i przysyłał mamusi radosne listy z Warszawskiego Getta, może ten Hans też lubił takie wesołe wzorki. Cholera go wie, tego Hansa, myślała Krysia, może on nie jest taki zły, może to „dobry Niemiec”, może po prostu pisał tak, bo nie chciał martwić matki. Krysia, wtedy jeszcze Noemi, słyszała o takim młodym Niemcu, który dał żydowskiemu dziecku tabliczkę czekolady, może to właśnie Hans ...
Obrus był więc w kwiatki, Frau Helga rozstawiała talerze, Aj-ka zaczęła chichotać, bo talerze też były w kwiatki, ale szybko jej uwagę zaprzątnęło to, co gospodyni wykładała z garnków. Ludzie!!! Kiełbaski, kapusta, góra tłuczonych ziemniaków polanych słoninką, Noemi spojrzała spłoszonym wzrokiem na Sarę.
- Niech ona nie leje tej słoniny - wykrztusiła - nie wolno. Tata nie pozwalał.
- Aleja pozwalam - powiedziała ciocia - tatuś by ci to na pewno wybaczył.
- Nie wiem ...
-Ja wiem. Teraz nie to jest najważniejsze. Jedzcie na zdrowie, tylko nie za dużo, bo się pochorujecie.
Łatwo .powiedzieć, dziewczynki rzuciły się na kiełbaski, Krysia starała się jednak wziąć kartofle z boku, mniej omaszczone. Sara pomyślała, że to dobre dziecko i nie zapytała gospodyni, czy te kiełbaski są wieprzowe. Jej i Ajce to nie przeszkadzało, ale skoro ojciec Krysi przestrzegał pewnych zasad...
- Dosyć - powiedziała w jakimś momencie - dosyć, bo dostaniecie skrętu kiszek.
- Ale ciociu!
- Później!
- Ale Frau Helga daje ciasto!
- Potem!
- No, to zaprowadzę was do sypialni - westchnęła gospodyni, sprzątnęła naczynia, złożyła obrus i wskazała swoim gościom schody.
Pokoik był olbrzymi, dziewczynkom zdawało się, że zmieściłoby się tu ze dwadzieścia osób, miał może dziesięć metrów kwadratowych, a ogromne łóżko zajmowało prawie całą ścianę. Co więcej było parterowe, oczywiście Ąjka i Krysiy pamiętały z czasów przedobozowych takie łóżka, ale to było na dodatek niesamowicie szerokie. Przy sąsiedniej ścianie stał jakby tapcza-nik z oparciem, Ajka przypomniała sobie, że to jest sofa. I na łożu i na sofie piętrzyła się biała pościel, o dziwo, bez kwiatków. Krysia podeszła bliżej. Na łóżku leżał materac, a może była to pierzyna, druga pierzyna leżała na wierzchu. Ogromną poduchę uzupełniał wielki jasiek. Na sofce, oprócz materaca leżał, drugi taki sam komplet, pierzyna zwisała aż do ziemi, może była trochę za szeroka. Widocznie Frau Helga pościeliła tu, kiedy one się myły. W rogu pokoju stała szafa zamknięta na klucz, ale kluczyk tkwił w zamku, może gospodyni bała się okazać nieufność, Ąjka schyliła się, coś stało pod łóżkiem, wyciągnęła z brzękiem nocnik w ten sam wzór, który był na misce i dzbanku w łazience, widocznie należał do kompletu. Może Hans, jeśli był to jego pokój, nie lubił w nocy schodzić na dół. A może to nie był pokój Hansa, może Frau Helga miała więcej dzieci, może miała męża który też był na froncie? Nikomu nie chciało się o to zapytać, ale gospodyni sama wskazała zdjęcie hożej dziewczyny. Fotografia, oprawiona w ozdobne ramki, wisiała nad stolikiem.
- To Amanda - Ernestyna, moja córka - powiedziała z dumą w głosie. - Jest w Berlinie. Boże, czyjej się coś nie stało! Nie pi-sze już od miesiąca!
„A niech nie pisze - pomyślała z nienawiścią Krysia - niech przepadnie ta twoja Amanda, twój Hans i twój mąż” - i sama się przestraszyła swoich myśli. Może akurat oni są porządnymi ludźmi?
Gospodyni jeszcze raz westchnęła, spojrzała na swoje lokatorki i wyszła.
- Kładźcie się do łóżka - zarządziła ciocia Sara - ja się prześpię na tapczaniku.
Dziewczynki zapadły w pierzynę, w życiu nie leżały na czymś tak miękkim. Pierwsza wstała Ajka, po niej Krysia.
- O co chodzi, śpijcie!
- Kiedy nas mdli!
Zasnęły dopiero, kiedy ciocia Sara wyjęła spod nich pierzynę. Na łóżku, jak się okazało, leżał jeszcze materac. Dopiero teraz dziewczynki mogły zasnąć. Leżały na materacu, który w porównaniu z pryczą i tak wydawał się utkany z waty, i spały. Było jeszcze widno, wieczór dopiero nadchodził, Ajka i Krysia zasnęły tak, jakby wpadły w głęboką wodę. Sara leżała na sofie i trzęsła się od płaczu, nie chciała ani tej pierzyny, ani kiełbasek na gorąco, ani nawet wolności, której nie doczekał jej mąż i nic doczekał synek, nie doczekali bracia i rodzice. Sara nie chciała żyć.
Jak długo w końcu można zachwycać się kuchennymi szafkami? Krystyna dopiła już prawie zimną kawę i spojrzała na teściową. Starsza pani była dziś jakaś zamyślona i nieswoja.
- Mama źle się czuje?
Nie, właściwie pani Katarzyna nie czuła się źle. Tylko, jak to zwykle nazywała, naszły ją smutne myśli. Wszystko dookoła bła-kło, kolory stawały się jakby rozmazane, dźwięki matowe, nawet powietrze było cięższe. Jakie to dziwne. Ale po co o tym wszystkim opowiadać Krysi, i tak ma dosyć kłopotów, można doskonale zrozumieć, że taka stara baba na karku, to żadna przyjemność. A zresztą o czym tu mówić i jak? Kto zrozumie takiego starego człowieka, pani Katarzyna tyle czytała, od czasu, kiedy mąż umarł i zapisała się do biblioteki, przeczytała pół świata i jeszcze trochę, ale książki, któraby opisywała starość, któraby dobrze opisywała starość, jeszcze nie przeczytała. No bo i jak, przecież tacy staruszkowie już nie piszą książek, przynajmniej pani Katarzynie nic o tym nie wiadomo. Patrzcie ludzie, jak to jest, z najgorszych tarapatów można się wydobyć, nawet jak ktoś był bardzo ciężko chory i prawie umarł, to jednak mógł wyzdrowieć i opisać, co wtedy czuł, co się z nim działo. Niektórzy nawet już umarli, to się nazywa śmierć kliniczna, a potem wracali do życia i opisywali jakieś tam korytarze i to, że patrzyli na siebie z góry, dziwne rzeczy. Niedaleko trzeba szukać, na przykład Krysia, była w takim okropnym obozie, w getcie była i przeżyła. Ci, co przeżyli, piszą jak tam było, inni czytają i coś
tam wiedzą. A starości nie da się przeżyć, ze starości nie ma powrotu, nie da się opowiedzieć jak to jest, kiedy człowiek umiera po troszku. Taka Antosia, która leży w „Słonecznym Domu”, to chyba kpiny, a nie nazwa domu starców, chociaż tam jest i takjeszcze nieźle, no więc taka Antosia, codzień jakby coś traciła, powoli zapomina nawet kim jest, czasami nie rozumie, co się z nią dzieje. Jak się czuje człowiek, który widzi stół, widzi wazon, a nie umie ich nazwać i nie wie, do czego służą? Cały świat staje się powoli nie do pojęcia i żyje się w piekle. Antosia trzyma łyżkę i boi się, nie wie, co to jest, co z tym zrobić, płacze, ktoś na nią krzyczy, ktoś tłumaczy, mówi „Ciociu, jedz, to wspaniałe utarte jabłuszka”, a Antosia nie wie, skąd dochodzi ten głos, dlaczego pada na nią cień, boi się, nie wie, że trzeba jeść. Młodsza jest od pani Katarzyny ta jej siostra, ale w domu nie idzie z nią wytrzymać, robi pod siebie, ani nie żyje, ani nie umiera. I kto może ją zrozumieć? Nawet jej, Kasi, chociaż starszej, ale przecież przytomnej, nikt nie rozumie. Tak właśnie o sobie myśli teściowa Krystyny, Kasia, przecież lata nie zmieniły jej imienia, to na nią Staszek wołał „Kasieńko”, to jej tata przylewał, kiedy stłukła cały koszyk jaj tuż przed Wielkanocą, przylewał, ale dogadywał: „A masz, smarkata, a masz, Kasieńko, żebyś na drugi raz patrzyła, gdzie nogi stawiasz!”.
Raz to się wydają bardzo dawne czasy, a raz bliższe niż wczorajszy obiad. Czy tylko na starość tak myśli latają po latach? Chyba nie, człowiek się składa ze wspomnień, a nie wspomina się przecież życia kolejno, od początku do końca, tylko raz tak, a raz siak, raz wydaje się, że to lanie było wczoraj, a potem zaraz myśli się b ślubie ze Staszkiem, a potem o Marcinie. Gdyby Staszek wiedział, że Marcin miał na drugie Karol, to by chyba swoją Kasieńkę zabił, że taki kawał zrobiła, że syna cichcem nazwała po tym chłopaku, którego tato przepędził jak psa i miał rację. Mało brakowało, a unieszczęśliwiłby Kasię na całe życie, bo jakby to się stało wtedy w stogu na polu, a jakby było dziec-
ko, to Marcin w życiu by się z nią nie ożenił, tak, jak nie ożenił się z Malwinką. I tak Staszek był dobry, że uwierzył. Mogło coś przecież być w tym stogu i gdyby nie piorun, co huknął, wydawałoby się tuż obok, to kto wie. Nie to, żeby się Kasia bała burzy, ale pomyślała, że to ostrzeżenia boskie, wyrwała się i w tę ulewę jak dała chodu przez pole, to Ją dopiero następnego dnia Marcin zobaczył i wyzwał od gówniar i idiotek. I tak się skończyło, a potem Kasia Staszka pokochała, nawet nie mniej, ale jakoś inaczej. Nawet by nie pomyślała, że można z nim iść w burzę na pole, skąd.
Kiedy to życie przeszło, a zaraz się skończy, ile lat można żyć, śmierć chyba o mnie zapomniała, myślała pani Katarzyna, kiedy nachodziły ją takie smutne myśli, jak właśnie teraz. Bo w gruncie rzeczy wiedziała, że te ostatnie lata łagodnie jej przebiegają, że ma szczęście. I syn jest dobry i synowa i Judytka, a wszyscy mądrzy i wykształceni, aż miło pomyśleć. I ta Krysia, chociaż lekarz, wcale się nie dmie, nie puszy, jak przeszła na emeryturę, to otworzyła ten pensjonat i nie wstyd jej gotować dla gości, ani podawać im obiadu. Bo ta Mela to tylko aby zmyje i zamiecie byle jak i już zmęczona, już jej nie ma. Gdyby panią Katarzynę nie bolały stawy, gdyby mogła się schylać Jak Jeszcze marne dziesięć lat temu, sama by zrobiła w godzinę to, co Meli zajmuje pół dnia. Pomogła by Krysi, która jakoś mizernie wygląda, może ma Jakieś zmartwienie, czy Jak? A może doszły do niej jakieś ploty o tej Teresce?
O Teresce pani Katarzyna nieraz myśli wieczorami i tak ją ta sprawa denerwuje, że i przez pół nocy nie zasypia. Ale to nie może być prawda, baby gadają, co im ślina na Język przynosi, przecież nikt inny, tylko ona sama, pani Katarzyna, prosiła Karola, żebyjej wymieniał książki w sanatoryjnej bibliotece, bo sanatoriumjest za bardzo z górki, a potem pod górę ciężko jest wchodzić. Nie tylko jej, nawet Krysi ciężko. A żeby tam się wybierać ze trzy razy w tygodniu, to za duży już wysiłek. Owszem,
czasami, ale jak długo czyta się jedną książkę? Dzień, dwa. Więc poprosiła Karolka, a on jak zawsze, powiedział, że oczywiście, że z miłą chęcią. A w bibliotece nastała akurat Tereska, bo Ko-ziełowej się zmarło, więc ta Teresa była w sam raz, kiedyś nawet ukończyła jakieś kursy. Nie była taka znowu za bardzo młoda, szło jej pod czterdziestkę. Za panienkę była, nie wiadomo dlaczego, bo owszem, niebrzydka i niegłupia. I poznali się, Karol i Tereska, ale żeby coś tam było, w to pani Katarzyna nie mogła, nie chciała uwierzyć, przecież Karol za tą Krysią świata nie widział, że aż to kiedyś Katarzynę złościło. Jeszcze jak studiowali i przyjeżdżał, to ciągle tylko „Krysia” i „Krysia”, a ona była przecież z innym i nawet tę Judytkę tamtemu urodziła. Teraz myśli się o niej, że wnuczka, ale żeby prawdę powiedzieć, to żadna z niej wnuczka, chociaż daje się lubić. Nawet mocniej, niż lubić. Ale jednak. No i w końcu ten jakiś rzucił Krysię i podobno nawet mówił, że Judytka jest Karola, ale to niestety nieprawda, Karol wtedy nic z nią nie miał, a szkoda. No i teraz miałby coś kręcić z Tereską?! •
Kiedy stara Paciowa przyszła i pierwszy raz to Katarzynie powiedziała, matce Karola tylko na śmiech się zebrało i tyle.
- Skąd Paciowa wie, za materac im służyła?
- Niech Katarzyna zaraz nie będzie taka ordynarna, człowiek jtiż słowa nie może powiedzieć. Sama ich widziałam wieczorem, jak się żegnali pod domem Tereski.
- No i co? Pewnie akurat był, jak kończyła pracę i odprowadził ją, żeby sama nie szła po ciemku.
- Tylko, że bibliotekę zamykają o szóstej, a była dziewiąta.
- To ją może spotkał w mieście.
- Głowę dam, że wychodził od niej z domu.
- Może jej coś ciężkiego pomógł nosić.
- Żeby ona przez niego w brzuchu czegoś ciężkiego nie nosiła. Chociaż może i nie, kobita w latach.
-1 mówicie, Paciowa, że ja jestem ordynarna?
- A co ja takiego powiedziałam? Mówię Katarzynie, że on u niej był. I to nie po książkę. Mój stary też tak uważa.
- Pewnie, jak zaczniecie teraz roznosić ploty po całym Zdroju, to każdy, będzie tak myślał. Co wy! Karol tak Krysię uważa...
- Uważa, a swoją drogą... nie wiecie, jak to jest? Najgorzej, jak takiemu chłopu, co już mu latka przeleciały, zapachnie taka Tereska, co to nie wiadomo, z jakiego pieca chleb jadła.
- Głupoty gadacie i tyle.
- Tak? A Kowalska mówiła, że widziała, jak wasz Karolek tę Tereskę całował.
- Co takiego?!
- Co słyszycie.
- Niemożliwe, jak to „całował”? Na widoku?!
- Na ulicy.
-W co?
- No, w rękę, a co, na oczach ludzi miał ją w tyłek całować?
- Wielkie rzeczy, Karol jest dżentelmenem, kobiety całuje w rękę. Dajcie już spokój, Paciowa, bo słuchać się tego nie chce.
To było jakiś czas temu i do Katarzyny kilka razy potem dochodziły jakieś wieści o Karolu i Teresce, ale uważała, że to Faciowie rozpuszczają głupie ploty. Dopiero, kiedy Karol po kolejnym wyjeździć na konsultację przywiózł Krysi broszkę, a drugą identyczną broszkę Katarzyna zobaczyła parę dni później przypiętą do bluzki Teresy, zaniepokoiła się naprawdę. Wyglądało to podejrzanie, a na dodatek głupio. Co będzie, jeśli Krysia spotka Teresę? Jak Karol mógł dawać obu kobietom takie same prezenty? A może to właśnie świadczy o tym, że nic takiego się nie dzieje i jej podejrzenia nie mają podstaw? Może Karol dał Teresce prezent, bo tak się starała i zostawiała dla Katarzyny najlepsze książki i nawet wybierała takie, w których się za bardzo nie zabijali i za bardzo nic włazili do łóżek? Licho wic,
możnaby właściwie zapytać Karola, ale i tak, jakby co, to by przecież nie powiedział. Katarzyna patrzyła na synową i sama nie wiedziała, czy nie ma jednak cienia satysfakcji z powodu tej całej Tereski. Owszem, dobra kobieta z Krysi, złego słowa nie można powiedzieć, ale jeśli się doigrała, to nie jest to bez jej winy. Co tu dużo mówić, za mało szanuje Karolka, taki zdolny z niego lekarz, ludziom serca kraje, aż strach pomyśleć nawet o tym, co on w tym szpitalu robi, gdyby nie Karol, ilu ludzi by jutra nie dożyło, a ona niby też lekarz, ale to już nie to, najwięcej smarków dzieciakom ociera, „katar” mówi, albo „zapalenie oskrzeli”. Daje lekarstwa i do domu. A Karolkiem pomiata. No, może nie aż pomiata, ale rządzi nim jak baba miotłą. A podaj, a przynieś, a zrób, a dlaczego to, a czemu owo. Katarzyna dobrze wie, dlaczego tak jest, pewnie wyżywa się na Karolku, bo nie jest tym jej pierwszym, którego bardziej kochała. A ten, to można powiedzieć, że ją sobie wychodził, Karol, mówiła mu matka, daj spokój, Ewa tak cię lubi, a jakby nie Ewa, to Jola, dziewczyna śliczna i też ma wykształcenie. Ale on nie i nie, zadała mu coś ta Krystyna. I na dodatek Żydówka. Nie, pani Katarzyna nic do nich nie ma, porządni ludzie, tacy jak i inni, ale zawsze to już inna wiara. Dobrze, że dzieci nie mają, bo nie wiadomo byłoby, chrzcić, czy nie. Ciekawe, czy ta Judytka jest chrzczona, raz nawet pani Kasia zapytała Karola, ale on się rozgniewał i nawet powiedział, że to nie mamy sprawa. No i ożenił się z Krysią, wziął ją z cudzym dzieckiem i latał koło niej jak oszalały bąk. W głowie jej przewrócił i tyle. Taka znowu piękna nigdy nie była, ale zrozum tu chłopa, na nikogo innego nie chciał patrzeć. Pani Katarzynie było aż nijako, gdy przyjechali pierwszy raz do Zdroju, tuż przed ślubem. Karol ciągle się zrywał i coś jej podawał, przynosił, ciągle pytał „A może byś Kry-sieńko zjadła, a może wypiła, a czy ci wygodnie, a może wieje”. Historia się powtarza, tak samo było ze Staszkiem ale po ślubie to on już nie był taki uważający, wrzasnąć też potrafił, tylko, że-
by na żonę podniósł rękę, to nie. A Karol i po ślubie taki został i jest taki do dziś. Gdyby Krysia wiedziała, że on coś kręci z Tereską, chyba by na miejscu padła. Ale chyba nie kręci. I po co ona tak Karolkiem dyryguje, zawsze musi postawić na swoim. Nawet gości do tych wynajmowanych pokoi dobiera, jak sama chce, a kiedy Karol prosił, żeby w sezonie dała dwa pokoje dla jego przyjaciela z żoną i dwójką dzieci, to roześmiała mu się w nos, że niby nie prowadzi zakładu dla biednych. Ale kiedy zwalają się jej przyjaciółki, to dobrze. Kiedyś byli tu przez pół latajej przyjaciele, jak im... o, Porterowie, Mirka z synkiem Szymonem i Leon, jej mąż. Jak to było, no tak, ta Mirka potem wyjechała, a Leon z Szymkiem zostali. Chociaż nie, głupio myślę, przecież wtedy żadnego pensjonatu nie było, skądże, Krysia była młoda i pracowała w przychodni. A później, ale tego samego lata przyjechała jeszcze Ajka, siostra Mirki. Boże, ile one się nagadały, nic dziwnego, miały wspólne przeżycia, wspólny los. Swoją drogą, jak pomyślę, że były w takim strasznym obozie... Ze tyle razem przeżyły...
Może jednak to tylko głupie gadanie z tą całą Tereską?!
Krystyna z niepokojem obserwowała matkę Karola. Nie lubiła, gdy starsza pani miała takie dalekie spojrzenie. O czym my-ślała? Swoją drogą to wyjątkowe, żeby człowiek w tym wieku był małomówny, przyjaciółki Krysi ciągle narzekały na gadatliwość matek. Nie, nie można było narzekać, teściowa się Krystynie udała, jest miła i troskliwa, nawet często pyta Krysię ojej losy, wypytuje o Marzenę i ciocię Sarę. Umie słuchać. I nie wiadomo dlaczego najbardziej interesuje ją Sara, żałuje, że umarła i Krysia musiała iść do domu dziecka, mówi, że kiedyś znała kogoś o tym imieniu, Żydówkę handlującą rybami. Tamta też była podobno takim porządnym człowiekiem. Jak to łatwo kogoś tak podsumować. Porządny człowiek, mój Boże, to za mało. O wiele za mało...
Rano nie można było cioci Sary dobudzić, a kiedy przyszedł ten Amerykanin, okazało się, że trzeba nie tylko oprzytomnieć, ale w ogóle wynosić się od Frau Helgi, opuścić ten cudowny, biały domek z czerwonym dachem, zapomnieć o łóżku z pierzyną. Więźniów przenoszono do osiedla, z którego wykwaterowano żony oficerów niemieckich, do szarych bloków, które w porównaniu z obozem były szczytem luksusu. Ajka szarpała Sarę, Krysia nawet chciała oblać ją wodą, ale kiedy przyszedł ten oficer, myśląc, że są już gotowe do drogi i spojrzał na leżącą na sofce kobietę, aż zbladł.
- Nie widzicie, że ona jest nieprzytomna? - krzyknął i pobiegł po sanitariuszy. Po czym położyli Sarę na noszach i dziewczynki, żegnane przez Frau Helgę bez żalu, pojechały same do owego osiedla.
To było straszne. Nagle znów świat się zmienił, znowu wydawało się, że nic nie jest pewne, że wszystko może się w każdej chwili zawalić, że ciocia może umrzeć. Że na pewno umrze. A może i one umrą, tyfus jest zaraźliwy, przenoszą go wszy, a ta jedna kąpiel przecież nie załatwiła sprawy. Dziewczynki siedziały w przydzielonym im pokoju, jednym z dwóch w dużym mieszkaniu, siedziały objęte ramionami i płakały. Płakały aż do wieczora, a wieczorem okazało się, że do drugiego pokoju w tym samym mieszkaniu przywieziono pana Stefana, który w obozie dobrze znał obie dziewczynki. Był to chyba najzaradniejszy i najbardziej rzutki człowiek jakiego można było sobie wyobra-
zić i kiedy wszedł do pokoju Ajki i Krysi od razu było wiadomo, że wszystko jakoś się ułoży, że nie jest tak źle, że ciocia Sara na pewno wyzdrowieje.
- Zaraz tam pójdę i się dowiem - powiedział i rzeczywiście. Po godzinie wrócił, nie wiadomo jakim cudem udało mu się złapać lekarza, który, jak się okazało, został przydzielony do osiedla i dokładnie go wypytać.
- Żyje - powiedział - żyje wasza ciocia i lekarz ma nadzieję, że jakoś to będzie.
- Ale czy jest pewien?
- Moja kochana, tego nikt ci nie powie. Ale nie martwcie się, tymczasem ja się wami zajmę, tu macie chleb, rano rozdadzą śniadanie, tu macie konserwy mięsne, to wasz przydział. A obejrzałyście przynajmniej pokój?
Nie obejrzały, nie wpadło im to nawet do głowy. Pan Stefan cmoknął z dezaprobatą.
- Oni wyganiali te żony jak mogli najszybciej, zabrały tylko to, co pod ręką, w naszym pokoju leżały dwa zegarki w szufladzie i w kredensie jest pełno porcelany, nie wiem, jak ją zabio-rę kiedy będziemy wracać do Warszawy. Nasz to chyba był stołowy, a to jest sypialnia, pokażcie, co tam jest w szafie.
W szafie były ubrania, damskie i męskie, było nawet futro, na dole stały rzędem pantofle i buciki, po prostu skarb, na półkach leżała bielizna, staniczki, halki, coś wspaniałego, Ąjka nie mogła od tego oderwać oczu.
- No dobrze - miała zastrzeżenia Krysia - ale to przecież nie nasze.
Pan Stefan spojrzał na nią jak na wariatkę.
- A czyje?
- No, tych, co tu mieszkali.
- Niemców? Oficerów niemieckich? Oszalałaś?
- Wszystko jedno, jak wrócą, powinni wszystko zastać na miejscu. Chce pan, żeby powiedzieli, że Żydzi kradną?
- Na głupi łeb ci się rzuciło - zdenerwował się ich opiekun -wiesz, gdzie mam to, co oni powiedzą?
- Nie rusz tego, Ajka - poprosiła jednak Krysia - niech ja się zastanowię.
- Przyjdzie Sara, to wam rozjaśni w głowach. Szlachetne istoty się znalazły, oni nas mordują, a wy się trzęsiecie nad parą majtek. Idę, bo mnie krew zaleje. Kopel już na mnie tyle czasu czeka.
-Jaki Kopel?
-Jaki, siaki. Nie znacie Kopia? Ledwo tu przylazł, ci Amerykanie też go chcieli zabrać do szpitala, bo jest pobity. Cały w sińcach i resztę zębów też mu przy wyjściu z obozu ten Szwab wyłuskał. Ale zaparł się, że nie, że nie pójdzie. No i mam go teraz na głowie. Skaranie boskie, człowiek by się przeleciał po blokach, może są tam Jakieś puste mieszkania, to nie, Kopel, a teraz wy.
- Przecież o nic nie prosiłyśmy. •
- I co z tego? Miałem was tak zostawić? Kładźcie się i śpijcie, rano was wezmę do stołówki. Nie zaśpię, budzik też tam stał, chociaż powinien chyba stać w sypialni? Zaraz wam go oddam.
Dziewczynki spojrzały na siebie. Budzik? Prawdziwy budzik? Z dzwonkiem? Ajka pamiętała, że w getcie, w kuchni, stał budzik, mama go nastawiała kiedy gotowała na przykład ziemniaki. Po czterdziestu minutach dzwonił i wtedy mama łapała się za głowę.
- Zapomniałabym! No, na śmierć bym zapomniała! Widzicie, gadamy i gadamy, a ziemniaki by się zmarnowały! Iziek, Mirka, Ajka! Do stołu! A Józio gdzie się znowu pęta?!
Józio zwykle przebiegał z podwórka i wszyscy siadali do kuchennego stołu. Ajka nie pamięta, co jeszcze bywało na obiady, może nawetjakieś mięso? Może te szyjki kurze, które matka kupowała u handlarki Chaniny? Bo to musiało być na samym początku, przecież jeszcze żył Józio, zabity potem na ulicy przez
Niemca, jeszcze tatuś był zdrowy... Przydawał się ten budzik, ale Ąjka nie pamiętała, co się z nim potem stało, może zginął w czasie licznych przenosin? Bardzo jej się chciało budzika, ale może nie wypada, przecież to pan Stefan go znalazł w swoim pokoju, więc niby z jakiej racji?
- Nie, to pana zegarek. A właściwie tych, co tu mieszkali...
Mężczyzna spojrzał na Ąjkę złym wzrokiem.
-Już ty też zaczynasz?! Zaraz mnie tu na miejscu cholera weźmie. Budzik to rzecz sypialniana i zaraz go przyniosę, ale jak go któraś odda jakiemuś Niemcowi, to nogi z dupy powyrywam!
No i po chwili na nocnym stoliku obok łóżek stał piękny, chyba prawie nowy budzik, który zadzwonił następnego dnia rano i dzwonił rankami przez następne kilka dni, aż pewnego ranka, tuż po pobudce, ktoś zapukał do drzwi i to była ciocia Sara. Słaniała się na nogach i, jeśli to możliwe, była jeszcze bledsza niż bezpośrednio po wyzwoleniu, ale to była naprawdę Sara i nie wiadomo było, Jak ją witać, gdzie ją posadzić, jak wycałować... Ąjka płakała, Krysia skakała z radości, zjawił się pan Stefan z najprawdziwszym, niebieskim kwiatkiem w dłoni.
- Skąd pan wziął kwiatek? - zapytała głupio Ąjka, ciągle jeszcze wydawało jej się, że są za drutami, że nie można wyjść na dwór, zresztą sama nie wiedziała, czy to, co ją otacza, jest realne. Ale okazało się, że jej pytanie wcale nie jest takie niedorzeczne.
- Zdobyłam - odpowiedział z dumą Stefan - tu, na terenie osiedla, nie ma takich kwiatów, ale poszedłem na wieś, to tylko trzy kilometry stąd.
- Przecież Amerykanie prosili - wykazała się znajomością przepisów Krysia - żeby tam nie chodzić. Po domach, albo w le-sie mogą się kryć faszyści, nie wiadomo kiedy taki zacznie strzelać. Jeszcze wojna się nie skończyła.
- Mnie się żadna kula nie ima - odpowiedział butnie Stefan -ja sobie zawsze dam radę, co to, nie znacie mnie? Pani Saro kochana, niech pani te kwiatki pachną na zdrowie. A tu jest tabliczka amerykańskiej czekolady. Ajakby co, to proszę do mnie jak w dym, zawsze wszystko załatwię. Na jutro jestem umówiony na wsi z jednym chłopem, zobaczycie, co przyniosę!
I Stefan poszedł, a dziewczynki poczuły, że teraz są bezpieczne, teraz, kiedy ciocia jest z nimi. Nic już nie mogło im się stać, przynajmniej dzisiaj, kiedy Sara jest przy nich, uśmiecha się i przytula obie jak może najmocniej. Tyle, że ich nie całuje, podobno nie znosi całowania i spania w jednym łóżku też nie lubi, więc trzeba dwa przysunięte do siebie łoża przesunąć tak, że jedno, Ajki i Krysi, staje pod jedną ścianą, a drugie aż koło drzwi.
- Dlaczego tak? - chce się dowiedzieć Krysia, ale ciocia mówi byle co, śmieje się i potem idą wszystkie razem na obiad. Sara jest jeszcze słaba, ale tu wszyscy są słabi. Na obiad jest grochówka i kawał mięsa z buraczkami i kartoflami, a na deser kompot. Coś niesłychanego! Dziewczynki codziennie się dziwią, nie mogą przywyknąć do takiej gwałtownej zmiany, dobrze, że ciocia z góry, jeszcze u Frau Helgi zapowiedziała, żeby się nie przejadać i od tego czasu jedna pilnowała drugiej.
To był wspaniały dzień, po obiedzie ciocia położyła się, żeby odpocząć, a dziewczynki wyszły na ulice osiedla i nawet wstąpiły do Debory, która mieszkała z matką w sąsiednim bloku.
