Maciek pilnie poszukiwany - Irena Landau - ebook

Maciek pilnie poszukiwany ebook

Irena Landau

0,0

Opis

[PK]

 

... jest w tych pełnych humoru opowiadaniach wiele prawdy o życiu i wiele wcale nie mentorskich wskazań, jakich oczekuje dorastający chłopak czy dziewczyna. 

[Janusz Sapa] 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 350

Rok wydania: 1999

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



MACIEK PILNIE

POSZUKIWANY

Irena LancIau

MACIEK PILNIE POSZUKIWANY

5 5 OpOWdAdAA

Tekst © copyright by Irena Landau 32> Okładka © copyright by Malwina Wieczorek-Brade

© Wydawnictwo „Jaworski” 01-391 Warszawa, ul. A. Krzywoń 6/45 e-mail: [email protected]

Wydanie I

WARSZAWA 2006

ISBN 83-88797-41-7

Dział handlowy tcl./fax 862-40-36

Wstęp

RedaLlor Naczelni]

..PI OMYCZI A” Janusza Sapa

W każdym miesiącu na łamach „Płomyczka” ukazują się opowiadania pani Ireny Landau, na które czekają młodzi czytelnicy. Z wielu listów i rozmów dowiadujemy się, że każde wzbudza refleksje,a czasem i emocje. Młodzi spierają się z racjami literackich bohaterów,a niejedna dyskusja w klasie owocuje wnioskami.

Czym przyciągają i urzekają utwory pani Ireny? Na pewno tym, że ich akcja dzieje się nie w jakiejś wyimaginowanej cyberprzestrzeni, czy odległych od rzeczywistości czasach, ale teraz i to blisko, gdzieś między Bugiem a Odrą. Bohaterami zaś są Zosie, Kasie, czy Romkowie przeżywający jakieś problemy, borykający się z pierwszą miłością, szukający najlepszych dróg do spełnienia swych marzeń, albo odpowiedzi na zwykłe pytanie: co to jest szczęście? I właśnie oni, wędrujący nieprzetartymi ścieżkami do życiowego celu, choć poparzą się nieraz w wyniku swych decyzji, zawiodą w przyjaźni, ale zamsze pokażą, że warto zaw-rócić z błędnej drogi, jeszcze raz poszukać i nie tracić nadziei.

Jest w tych pełnych humoru opowiadaniach wiele prawdy o życiu i wiele - wcale nie mentorskich - wskazań, jakich oczekują dorastający chłopak czy dziewczyna.

Właśnie takie utwory drukowane na łamach „Płomyczka” zebrane zostały w tomie, jaki państwo trzymają w rękach. Myślę, że kto przeczyta, nie pożałuje.

Pani Irena Landau, choć od lat gości na łamach miesięcznika dla nastolatków, pisze także dla dorosłych. Pośród prawie sześćdziesięciu pozycji wydanych przez różne oficyny, są też książki adresowane do osób dojrzałych, które niejedno w życiu przeżyły.

I one podziwiają twórczość pisarki, która — przeżywszy okrutne lata wojny i okupacji w ciągłym strachu i niedostatku — potrafi cieszyć się tym, że jest chleb na stole i woda w kranie.                  .

I ten optymizm wlewa w serca tych, którzy sięgają po jej utwory.

Maciek pilnie poszukiwanej

Zaczęło się od zupełnego głupstwa, naprawdę. I to nie była nawet moja wina, tylko Patrycji. A właściwie może nawet nie Patrycji, tylko geografa, który na coś tam zachorował i nie przyszedł na ostatnią lekcję. Wybierałam się spokojnie do domu, bo wiedziałam, że mama robi bitki w sosie śmietanowym według przepisu prababci Anieli, nie macie pojęcia jakie to cudo, niebo w gębie. Aż tu nagle Patrycja podchodzi do mnie i pyta:

— No, to gdzie idziemy?

W ogóle nie zrozumiałam, o co jej chodzi, przecież nie umawiałyśmy się. Fakt, że często gdzieś się razem wybieramy, do kina, czy na lody, ale akurat w piątki nigdy.

— A bo co? Idę na bitki, mama robi.

— Przecież wyskoczyła nam godzina czasu, masz zamiar ją zmarnować?

— Obiad w7 domu, to nie jest żadne marnowanie czasu.

— Ale twoja mama nie wie, że geograf nawalił, pew7nie jeszcze te twoje bitki nie sągotow7e.

No tak, rzeczywiście. Ale co można robić przez godzinę?

— Nie wymiękaj - mówi Patrycja, załapała takie powiedzonka od starszego brata — nie lam się. Jedziemy na miasto, podobno w7 megasamie są szałow7e rajstopy w7 kotki, ostatni krzyk mody. I promocja,tanie jak barszcz.

— Rajstopy7 w7 kotki?!

— O rany, ale z ciebie ciemnota, przecież nie w koty, tylko mają taki wzór jak kotki... no, jak bazie, o rany. Na całej tylnej łydce.

— A jest przednia łydka?

— Nie czepiaj się słów. Masz kasę?

— A ile kosztują?

Tyle miałam, niedawno dostałam miesięczną pensję od babci. No i pojechałam z Patrycją, kupiłyśmy te rajstopy, rzeczywiście, szalowe. Zresztą bo ja wiem, nogi wyglądają trochę jak piegowate. Ale co moda, to moda, nie można się wyłamywać. Potem połaziłyśmy jeszcze, Patrycja kupiła kolczyki, ja taką malutka apaszkę na szyję i komplet — długopis z ołówkiem. Poszła cała babcina forsa, a co gorsze czas jakoś tak minął, że zrobiło się okropnie późno. Kiedy się zorientowałam, aż mi się słabo zrobiło.

— Niech ja skonam — przeraziłam się — mama tam wychodzi z siebie, pewnie już myśli, że wpadłam pod samochód!

— Nie przesadzaj — roześmiała się Patrycja, której rodzice przychodzą do domu wieczorem i do tego czasu może robić, co chce — od razu pod samochód. Zadzwoń i się wytlumącz. Mam komórkę, do roboty.

— Ale co ja mamie powiem? Przecież jak się przyznam, to mnie zabije.

- Ojej, nawiń cokolwiek.

— Ale co „cokolwiek”?

— Ojej... czekaj... no... że zachorowałam i musiałaś mnie odwieźć do szpitala.

— Daj spokój, jeszcze wykraczesz.

— No to... czekaj... że pani zatrzymała cię w szkole.

— Po co?

— Czekaj ... musiałaś pomóc Maćkowi.

— Jakiemu Maćkowi?

— Takiemu, który... no, ma trudności...

— Jaki Maciek ma trudności?

- Żaden, oszalałaś? Nie masz za grosz fantazji?

Owszem, nie tako mam fantazję, ale mnie poniosło. Kiedy mama odebrała telefon i usłyszała mój głos, była taka szczęśliwa, że żyję, że o Macieja zaczęła mnie wypytywać dopiero w domu. Jak się powiedziało „A”, trzeba powiedzieć „13”, prawda? No więc opisałam mamie biednego chłopca, którego wychowuje samotna matka. Mąż ją rzucił z sześciorgiem dzieci i nie płaci alimentów, na dodatek czasem przychodzi pijany i rozrabia. W idziałam taki film w telewizji o maltretowanych rodzinach, trochę dodałam, trochę zmieniłam i wyszła mi z tego okropnie tragiczna historia. Żeby nie przesadzić, wymyśliłam im bogatą babcię, która od czasu do czasu odpala coś tej mamie Maćka, ale dużo nie może, bo ma tylko emeryturę. Ciut się zaplątałam, bo mama się zdumiała:

— To jak, jest bogata, czy żyje z emerytury? Bo albo jedno, albo drugie, jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś zbił majątek na emeryturze.

— Ona ma wysoką.

-Jaką? '

— Nie wiem. Ale czasem coś daje matce Maćka.

- To ile jest tych dzieci? Chłopcy, czy dziewczynki?

Zakręciło mi się w głowie i zamiast po prostu powiedzieć, że ich nie znam, bo przecież nie musiałam, zaczęłam wymieniać imiona. Wymyśliłam, że było trzech chłopców i dwie dziewczynki.

- A mówiłaś, że ich jest sześcioro.

Diabli wiedzą, nie pamiętałam, ale jak mama tak mówi, to widocznie tak powiedziałam. Już doprawdv niedobrze mi się z tego robiło, więc palnęłam:

- Bo było sześcioro, ale jedno umarło.

— Mój Boże, kiedy?

— Dopiero co.

— Och, jej — zmartwiła się mama - a co mu się stało? To był chłopczyk?

— Wpadł pod tramwaj.

— Widzisz — mama złapała się za głowę - sto razy ci mówiłam, żeby przechodzić przy zielonym świetle, a wy nic, tylko...

Miałam po uszy Maćka i jego rodziny.

— Przecież to nie ja wpadłam pod tramwaj, czemu na mnie krzyczysz?

— No tak... i dlatego musiałaś pomóc Maćkowi?

Olśniło mnie, oczywiście, wspaniały powód.

— Właśnie, bo on przez to wszystko miał zaległości i musiałam z nim posiedzieć, a u nich w domu jest okropna, przeokropna ciasnota, więc zostaliśmy w świetlicy.

— Mogłaś zadzwonić.

— W szkole była tego... awaria telefonów.

— Ale przecież w końcu zadzwoniłaś.

— Maciek ma komórkę.

— Taka tam bieda i chłopak ma komórkę? To dlaczego nie dał ci jej od razu?

— Ojej, nie wiem.

— I teraz chyba ciągle mu będziesz pomagała?

Zarysowała się przede mną wspaniała perspektywa. Będę mogła częściej robić z Patrycją te niby maćkowe wypady. Przytaknęłam z entuzjazmem.

— Owszem, często. Jutro też.

— No to zapraszam Maćka do nas. Masz swój pokój, dam wam obiad, tu wam będzie najlepiej. Niech Maciek uprzedzi matkę, zaraz do niego zadzwoń, albo idź, mówiłaś, że mieszka niedaleko. Został jeszcze cały stos tych bitków. Teraz idę do cioci Stasi, a ty załatw z Maciejem. A może chcesz, żebym ja zadzwoniła do jego matki?

Ogarnęła mnie zgroza.

— Ależ nie, skąd, załatwię to sama.

— To jutro na was czekam — uśmiechnęła się mama. — Za godzinę wrócę.

I poszła. Boże, co ja mam zrobić, uśmiercić człowieka? Skąd wezmę mamie tego nieszczęsnego Maćka i to już na jutro?!

Doprawdy, nie widzę żadnego, ale to żadnego wyjścia z sytuacji. Po prostu ciemna noc i mogiła!

Zombi w bigosie

Doprawdy, jestem właściwie prawie dorosła, a rodzice traktują mnie, jakbym miała pięć lat. Właśnie tak było wczoraj, kiedy wybierali się do przyjaciółki mamy na jej rocznicę ślubu.

— Mój Boże — narzekała mama już od śniadania — co za pech! Mamusia nie może przyjść, bo ma grypę, llonko, nawet nie możemy cię do niej zaprowadzić, bo się zarazisz! A twoja mama, Zeneczku?

— Przecież ci mówiłem, ma dyżur w szpitalu.

— Twoja mama zawsze ma dyżur w szpitalu, kiedy jest potrzebna. Już nie ma innego kardiologa w Warszawie?!

— Ależ Basieńko, nie przy dziecku!

Rzeczywiście, przy dziecku, co oni sobie wyobrażają, że ja niczego nie rozumiem? Babcia Iza jest lekarzem i nie ma dla niej nic ważniejszego, niż szpital i chorzy. Nawet tatusia właściwie wychowywała jego babcia, czyli moja prababcia, bo dziadek też jest lekarzem. Tyle, że dentystą, stomatologiem. I też ciągle jest zajęty. A moja mama uważa, że babcia Iza mogłaby czasem zająć się wnuczką, czyli mną. I dlatego tak powiedziała, chociaż właściwie lubi babcię. Zresztą bo ja wiem?

— No, to co proponujesz? Może pani Kowalska?

O, co to, to nie! Nie chcę żadnej pani Kowalskiej, to nasza sąsiadka, od lat przychodzi mnie popilnować, kiedy rodzice wychodzą. Zawsze na kolację gotuje mi jajko na miękko, niena-

widzę jajek na miękko i nie ma takiej siły, żeby jej to wyperswadować. A poza tym ciągle opowiada o swoim synu. Swoją drogą ja na miejscu rodziców bałabym się zostawiać dziecko z osobą, której syn jest złodziejem i ciągle siedzi w więzieniu. A jeśli go wypuszczą i on tu przyjdzie i nas okradnie?

Kiedyś powiedziałam to mamie i mama okropnie na mnie nakrzyczała.

- Pani Kowalska to najporządniejszy człowiek pod słońcem i nie jej wina, że ma takiego synalka! Poza tym jego nie ma. Siedzi. A w ogóle to nie twoja sprawa.

— Pani Kowalska jest w sanatorium — odpowiedziała mama tacie. — Zupełnie nie wiem, co robić. Przecież nie zabierzemy Ilonki ze sobą.

Aż podskoczyłam, to by było fajowo, taka zabawa, pewnie będą same pyszności.

— To w ogóle nie wchodzi w grę — przytaknął tatuś — wykluć zonę.

— Wobec tego idź sam — westchnęła ciężko mama.

— Co ty mówisz, Basieńko, mowy nie ma. Zostawimy Ilonkę samą i już. To przecież duża dziewczynka.

Właśnie i nie tylko duża, ale prawie dorosła. I nie jeden raz zostawałam już sama. Tyle, że nigdy w nocy. W nocy jeszcze nie, ale co za różnica?

Mama spojrzała na mnie z niepewną miną.

— llonko?

— Oczywiście, idźcie spokojnie — powiedziałam — już tyle razy byłam sama i nic się nie stało.

— Ale w nocy?

— Pójdę spać i już.

Mama wzdychała, popatrywała na mnie, a przed wejściem zaczęła dąwać mi rady:

^4 T& ■

- Najlepiej umyj się i do łóżka. Żebyś mi nie zapalała gazu. W termosie masz kakao, tu kanapki, obrałam ci dwie mandarynki. Masz je zjeść. Żebyś nie zapomniała wody zakręcić w łazience. I nikomu pod żadnym pozorem nie otwieraj drzwi! Najlepiej zamknij na łańcuch.

— Ależ Basiu, zastanów się!

— Bo co? A, masz rację. Nie zamykaj na łańcuch, bo nie dostaniemy się do domu, jakbyś spala. Tu masz numer mojej komórki i taty komórki i numer telefonu tam, gdzie będziemy. W razie czego natychmiast dzwoń. Tu masz numery pogotowia i straży pożarnej. Telefon babci znasz.

— Basiu, chodźmy już — zdenerwował się tatuś — skończ z tym.

— Ależ Zeneczku, dziecko zostaje samo. Czy ja już wszystko...

— Jeszcze numer pogotowia górskiego.

— Dobrze ci się śmiać, że też mamusia akurat złapała grypę.

— Idziemy?

No i poszli.W mieszkaniu zrobiło się pusto, ale byłam dumna. Skoro mogę być sama w nocy, to znaczy, że już jestem dorosła. A jeśli jestem dorosła, to nie muszę chodzić wcześnie spać. Mama jednak o czymś zapomniała, nie zabroniła mi oglądać telewizji. No, a jeśli nie zabroniła...

Wzięłam program, na jednej stacji leciał właśnie amerykański horror!

Pycha, rzadko mi się udaje obejrzeć horror, mama tego nie lubi.

Włączyłam telewizor, akurat kończyła się czołówka i zza drzewa wyłaziło coś okropnego.Zombi. Truposz w kolorze niebieskim wlazł po schodkach do domku, w którym spały pozostawione same dzieci.

Truposz z chrzęstem zatarł dłonie, ślina ciekła mu z paszczy, chyba szykował się na ucztę. Pomyślałam, że to przecież wampiry wysysają z ludzi krew, a nie zombi. Ale może ten był właśnie za życia wampirem? Trochę mi się zrobiło dziwnie, ale właśnie w momencie, kiedy zombi ze smakiem przytknął pysk do rączki malej, słodkiej dziewczynki, film się urwał i puścili reklamy. Nie interesowały mnie płatki owsiane „Smakowitość”, ani klej marki „Przyczep”, ani pasy wyszczuplające.

W ustach mi zaschło, a na kakao nie miałam ochoty, więc poszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę. Był tam pyszny sok pomarańczowy, więc sobie nalałam, a potem ukroiłam kawałek żółtego sera, niedużo, naprawdę.

Później zajrzałam do garnka. Bigos! Mama zrobiła cudowny bigos na jutro! Chciałam nałożyć sobie trochę na talerzyk, ale usłyszałam okropne wycie, widocznie reklamy się skończyły, wdęc złapałam cały garnek i łyżkę i pobiegłam do pokoju. Rzeczywiście, film już leciał, ale musiałam coś przepuścić, bo ten chłopiec już nie spał, tylko w7alil zombi jakimś młotkiem, a w* drzwdach stała druga obrzydliwa postać, chyba żona tego zombi, bo klekotała:

— Chodź, pójdź, ukochany mój Hilariuszu, czarny grób na nas czeka...

Ale ten Hilariusz chyba nie słyszał, bo nadbiegali jacyś ludzie, może rodzice tych dzieci. Lecieli z latarkami, a za nim: biegi ogromny pies i nie wiedziałam, czy to jest pies domowy, czy tego zombi, czyli grobowy. Z pyska ciekła mu ślina, a ten chłopiec już przestał wmlić młotkiem, bo osłabł i upadl na podłogę, a po chwili wstał, ale już też jako zombi i rzucił się na własnego tatę, który akurat wpadł do domu. Brr...

Aż mi ciarki chodziły po grzbiecie i naw-et nie wiem, kiedy zjadłam chyba cwnerć garnka tego bigosu. Na zimno.

Co tu dużo mówdć, po kilkunastu minutach sama zaczęłam sie czuć jak kandydatka na zombi, mdliło mnie i... nie będę tego w'cale opisywać.

Powinnam bvła zadzwonić po rodziców, albo nawet po babcię, ale babcia zna się na sercu, a nie na żołądku, a do rodziców nie mogłam się dodzwonić, bo okazało się, że komórki mieli w kieszeni kurtek, a kurtki zostawili w przedpokoju. A w ogóle tam był taki hałas, że normalnego telefonu, który stoi w sypialni, też nikt nie słyszał.                                               •

W końcu ta cala rodzina z filmu została zamordowana, a ja też myślalam, że umieram i zatelefonowałam po dziadka, a dziadek, chociaż dentysta, przyjechał i mi pomógł. Trochę. Dobrze, że i ci, i tamci dziadkowie mają własne klucze i nie musialam otwierać, bo po pierwsze mama mi zabroniła, a po drugie tak się czułam, że nie wiem, czy mogłabym się dowlec do drzwi.

Rodzice wrócili ciemną nocą, była, nie uwierzycie, czwarta czterdzieści osiem rano. Właściwie już jakby świtało. Jak dziadek wyszedł do nich do korytarza, mama o mało nie zemdlała, bo myślała, że coś strasznego się stało. Ale przecież nic się nie stało, tylko bigos mi zaszkodził, widocznie ta kiełbasa była jakaś nie taka, bo przecież to, że zjadłam go na zimno, to nic takiego, lody też się je na zimno. I nawet nóżki w galarecie. I jeszcze tylko to się zdarzyło, że zapomniałam zamknąć lodówkę i wszystko trochę się rozmroziło, a woda trochę przesiąkła do sąsiadów. Nie przesiąkłaby, gdyby butelka mineralnej, a właściwie butla pięcio-litrowa się nie przewróciła. Bo kto widział, żeby taką butlę pchać do lodówki. I po co?

Wydawało mi się, że ją zakręciłam po tym, kiedy wzięłam sobie trochę wody po tym bigosie. Tylko ze trzy szklanki, wielkie rzeczy. Już wtedy mnie mdliło i dlatego nie zauważyłam, że się przewróciła i dlatego nie zamknęłam lodówki. To w ogóle nie moja wina. Każdy może zachorować, prawda?

Dzisiaj już się dobrze czuję, spojrzałam na program — w środę o pierwszej powtarzają ten film, będę sama, bo wracam wcześniej, a rodzice dopiero po paru godzinach. Obejrzę sobie koniec, bo nie wiem, co było dalej, może ocalała chociaż ta dziewczyneczkar Ale jakby były nawet same nieboszczyki, to nic, jestem dorosła i nie biorę filmów na serio. Wcale się takich rzeczy nie boję. 1 naprawdę można mi zaufać. Przecież nie zrobiłam absolutnie niczego, czego mi mama nic pozwoliła.

Właśnie. 1 nie rozumiem dlaczego tatuś gniewał się na mnie przez cały dzień...

W tym stylu...

Ostatni raz widziałem Baśkę półtora roku temu u pani Haliny i teraz, kiedy dowiedziałem się, że przyjeżdża, o mało nie skręciło mnie prawym świdrem w lewą stronę! Mama raczyła zaprosić ją na cały tydzień, bo jej starym zachcialo się Paryża. Widziałem już oczyma duszy, jak to będzie — Maciek to, Maciek owo, zaprowadź Basiulę do kina, dlaczego nie bierzesz jej ze sobą kiedy wychodzisz, dopuść Basiulę do komputera, przestaw telewizor na dobranockę, czy coś w tym stylu, dlaczego nie nakładasz jej buraczków, bądź dżentelmenem... Ufff. Cały tydzień, calutki tydzień z głowy! A jeszcze na dodatek akurat w sobotę ma być jubel u Antka, cieszyłem się na to od miesiąca, ma tam być jego cioteczna siostra, Krystynka, która mi wpadła w oko już dawno temu. Miałem nadzieją, że uda mi się odprowadzić ją do domu, ale jak mi mama wciśnie Baśkę, to ucho od wędzonego śledzia. W ogóle nie wiem, czy Antek będzie chcial ją zaprosić. Wołałbym, żeby nie chcial, tyle że wtedy mama może mnie wcale nie puścić.

Już słyszę, jak mówi: „Ależ, Macieju, chcesz zostawić naszego drogiego gościa samego w sobotni wieczór?!”. Uch!

Sam siebie nie poznaję, ale cieszę się nawet na chodzenie do szkoły, przynajmniej przez te parę godzin nie będę słyszał tego jej uprzykrzonego pisku: „Maciusiu, a ile Jowisz ma księżyców? Maciek, a ile kilometrów jest z Warszawy do Paryża? Słuchaj, jak się gra w tą grę, bo nie umiem nastawić komputera?”. „Nastawia” się zupę na obiad, a komputer w najlepszym wypadku można uruchomić, ale co ja będę tej dziumdzi tłumaczył? Wtedy w Łodzi zrobiłem, co trzeba, na ich własnym komputerze, może się w międzyczasie czegoś nauczyła? Wątpię... Nawet naskoczyłem na mamę:

— Jak to? — zapytałem — zapraszasz mi na głowę tę smarkulę i nawet mnie nie pytasz?!

— A muszę?

— Powinnaś, to ja się będę nią zajmował, to mnie każesz ją holować. Dobrze pamiętam, jak to było w Lodzi. Przyczepiła się do mnie, jak rzep do psiego ogona.

— Maciek, kiedy to było...

— Nie tak znowu dawno. Ale powinnaś była...

— Może i tak, ale Basię musiałam zaprosić.

— Dlaczego?

— Bo mnie Halina prosiła.

- /\ nie mogli jej podrzucić jakiejś babci?

— Maciek, nie pytałam. Przyjaciele mnie proszą o coś, co mogę zrobić i ja nie pytam czy mogli to, albo sio. Robię, co trzeba i tyle. Szczególnie, że dziecko jest miłe i pogodne, w ogóle nie widzę problemu.

— A co z jej szkołą?

- Nie nasza sprawa. Opuści tydzień i tyle.

— A co z nią zrobisz, jak mnie nie będzie w domu?

— Zostanie sama.

— Taki dzieciak?

— Ma już trzynaście lat. A może nawet czternaście. Poczyta sobie, poogląda telewizję. To przecież tylko cztery dni.

— Jak to „cztery”? Pięć!

- W środę wezmę wolny dzień. Zaprowadzę ją do ZOO. A może ty byś z nią poszedł, jutro masz tylko cztery lekcje...

Zaczyna się! Jutro, o czym mamie jeszcze nie zdążyłem powiedzieć, miałem tylko dwie lekcje, bo pani od polskiego zdawała jakieś egzaminy, chyba robiła magisterium, czy doktorat, coś w tym stylu i miała wolne. Umówiłem się z Grześkiem, mieliśmy iść do kina. No tak, teraz klops. Albo zabiorę Baśkę, albo będę miał szlaban, wybieraj tu co wolisz, stryczek, czy gilotynę. Na razie więc w ogóle nic nie odpowiedziałem, tylko zacząłem się okropnie śpieszyć, rozmawialiśmy przy śniadaniu i musiałem lecieć do szkoły. A mama szła na dworzec po tę całą Baśkę.

Wiedziałem, że kiedy wrócę, napatoczę się prosto na tego cholernego dzieciaka. Niedobrze mi się robiło, szczególnie, że, jak sobie nagle przypomniałem, już wtedy w Łodzi musiałem jej się, niech się przekręcę, spodobać, bo snuła się za mną jak cień, a na zakończenie powiedziała mi, że pisze pamiętniczek, jak babcię kocham, pamiętniczek i nazwała go na moją cześć, ni mniej, ni więcej, tylko Maciejniczkicm. O mało nie udusiłem się wtedy ze śmiechu, ale nic, jakoś się opanowałem i nawet powiedziałem, że czuję się zaszczycony, a ta smarkula wzięła to chyba na serio, bo zaczerwieniła się jak mak i zatrzepotała rzęsami. Koszmar.

Cały dzień miałem zepsuty, do domu wlokłem się jak na ścięcie, jutrzejsze kino odwołałem, nie będę zawracał Grześkowi głowy Baśką, kiedy nie muszę.

Szedłem do mieszkania, po prostu ciągnęło mnie w tył, cały tydzień niańczenia tej smarkuli po prostu mnie przerastał. Na dodatek na schodach minąłem jakąś wystrzałową dziewczynę, chyba Hnuczka przyjechała do państwa Kwiatkowskich. No tak, żeby nie Basia, można by spróbować ją poznać, mógłbym iść do pani Kwiatkowskiej, żeby pożyczyć książkę, czy coś w tym stylu. Obejrzałem się, wnuczka miała piękne, długie włosy, była średniego wzrostu, w sam raz, i na dodatek na mój widok uśmiech-nęla się i chyba powiedziała cześć. I jakby się nawet zatrzymała, może jej się wydawało, że mnie zna? Bo ja ją znałem tylko z opowiadań, mieszka z rodzicami w Krakowie, a państwo Kwiatkowscy wprowadzili się tu dopiero pół roku temu. No, dobra, w końcu wszedłem do domu. Mama stała w kuchni i coś siekała.

— Przyjechała?

-Tak.

— A gdzie...

- Zeszła do sklepu po sól, masz pojęcie, zabrakło mi soli!

No tak, kupno soli chyba jej nie przerośnie. Zamknąłem się w pokoju i zacząłem odrabiać lekcje. Po chwili drzwi trzasnęły, a mama zawołała:

— Maciek!

Co miałem robić, wszedłem do pokoju i zatkało mnie zupełnie, absolutnie i bez reszt}. Jestem ostatnim idiotą! Każdy by się chyba z miejsca domyślił, że to była Baśka, a nie żadna wnuczka żadnej pani Kwiatkowskiej.

Przez te półtora roku zrobiła się niepodobna do siebie, za to podobna do pani Haliny, która kiedyś została Miss Uczelni, a i teraz, w wieku około trzydziestu pięciu lat zachowała resztki dawnej urody.

Ze też nie przyszło mi do głowy, że w' naszym wdeku, szczególnie, jeśli chodzi o dziewczyny, półtora roku robi niesamowdtą różnicę. Baśka była śliczna, Kaśka jej nie dorastała nawet do prawej pięty. Stałem z wybałuszonymi oczami i musiałem mieć kretyńską minę, bo Baśka się roześmiała i powdedziała:

— A,to jednak ty. Na schodach nie byłam pewma, zapomniałam, jak wyglądasz.

To tak?! Najpierw^ nazywa sw-oje pamiętniki moim imieniem, a potem o mnie zapomina?! Oto, proszę, jakie są kobiety!

— A co? — wykrztusiłem. — Tak się zmieniłem?

— Jakby trochę.

— Wyprzystojniał, prawda? — wyrwała się mama, o mało jej nie zamordowałem, bo Baśka wcale nie przytaknęła. No, a potem, na własną zgubę, zadzwoniłem do Grześka i powiedziałem, że jednak kino jest aktualne. Po co go ciągnąłem, dlaczego nie poszedłem sam z Baśką, tego najmądrzejsi filozofowie nie wiedzą. No i doigrałem się. Było tak, jak chcialem, żeby to! Wcale nie musiałem zajmować się Barbarą. Do ZOO poszła z Grześkiem, na spacer z Grześkiem, a na sobotnim jublu z kim się musiałem bawić? Z Kryśką, a Grzegorz wypukał mnie do łazienki i poprosił, żebym Krysię odprowadził do domu, bo on chce odprowadzić Basię i ja im nie jestem do niczego potrzebny. To ma być przyjaciel?! Chociaż, jak pomyślę, to właściwie...

No cóż, ślubu z Basią nie brałem, a jeśli w^oli Grześka... I kiedy odprowadzałem Krysię, zauważyłem, że może wcale nie jest brzydsza od Basi, więc tak się zastanawjam, czy się w niej jednak nie zakochać? Tak naprawdę, jak Wołodyjowski w Hajduczku, jak Romeo w Julii, jak Baśka w Grzesiu... To musi być fajna rzecz, ta cała miłość, czy coś takiego w tym stylu...

ziec...

Żeby tak prawdę powiedzieć, a nie skłamać, to nie wiem, czego te kobiety chcąi o czym w ogóle myślą. Zagadka śmiecia. Już nie mówię na przykład o mojej babci, która owszem, tak w ogóle obleci, ale bez przerwy się czepia. Niby dlaczego jej zależy, żebym umył uszyr Kto myje uszy? Ja ich nie widzę i nie przeszkadza mi ich kolor, a jak babcia nie lubi szarego, to już trudno, jej kłopot. Albo guzik. Kto zapina guziki od kurtki, skoro pod nimi i tak jest zamek błyskawiczny, a one są dla szpanu? Nie, musiałem dziś rano wrócić z przedpokoju, czekać, aż babcia ten guzik przyszyje, a jeszcze mama, kiedy wychodziła do pracy, obciachala nie tvlko mnie, ale i babcię.

- Sam może sobie przyszyć guzik, rozpuszczasz go i tyle.

— Sam by szył do wieczora.

— To po powrocie.

— Po powrocie by zapomniał.

Też doprawdy! Jeszcze tego brakowało, żebym miał guziki przyszywać. To nie jest robota dla mężczyzny. I po co? W iktor mówi i ma rację, że nie należy robie niczego, co nie jest konieczne. I rzeczywiście, nie robi, jak go pani Genia poprosiła, żeby jej przyniósł ścierkę ze schowka, bo deszcz się leje z parapetu, to nie przyniósł. Nic nie powiedział, tylko po prostu nie poszedł do schowka. Pani woźna nawymcślala mu od leni, ale on tak się tylko specjalnie uśmiechnął i naw^et nie odpowiedział. Pytam go potem, dlaczego nie przyniósł, a on mówi:

— Nic muszę. I rozmawiać o tym też nie muszę.

Żeby tak prawdę powiedzieć, a nie skłamać, to może Wiktor ma rację, ale ja go nie lubię. Uch, wredny facet. Ten uśmieszek! Nieważne. No więc już nie mówiąc o babci, tylko o innych kobietach, to weźmy na przykład... nie, najpierw pani. To znaczy nasza wychowawczyni z klasy, tak zwana Kiciula. No, jak ktoś się nazywa Kicielska, to jest sam sobie winien. Kiciula też ma humory i nie zgadniesz, co jej wpadnie do głowy w jakiś, powiedzmy, piątek. Człowiek przychodzi do szkoły w dobrym humorze, bo weekend już blisko, a tu bęc, wpada Kiciula i zadaje na poniedziałek wypracowanie: „Co sądzę o bohaterze ostatniej przeczytanej przeze mnie książki”. No i masz, zepsuta cala frajda, przez calv piątkowy wieczór i sobotę rano przeszukiwałem mieszkanie, żeby znaleźć cos cienkiego, bo tej książki, którą ostatnio czytałem w ogóle nie pamiętałem, a pani kazała, żeby to nie była lektura obowiązkowa. Te baby za grosz logiki nie mają, jak nie obowiązkowa, to dlaczego muszę ją czytać? W telewizji leciał film jak ta lala, strzelali, wyli, zepsuli w tej wyty^órni chyba ze sto samochodów. Zresztą nie wiem. Tata mówi, ze to są atrapy, albo zabawki w powiększeniu. A ja nie mogłem oglądać, bo szukałem tej książki. W końcu babcia się zlitowała i wyciągnęła mi coś cienkiego. Żeby prawdę powiedzieć, a nie skłamać, to wcale nie jestem babci wdzięczny, nudy śmiertelne. O jakimś chłopcu, który' dążył do celu, ale trafił trochę obok, bo chcial być kierowcą rajdowym, a został taksówkarzem. 1 co mam napisać, że co sądzę? Sądzę, żeby tak prawdę powiedzieć, że autor przynudza, a chłopak jest... nieważne. Nic nic sądzę ciekawego. ®g’ę innie obchodzi ten chłopak, cala książka jest do kitu. Przeczytałem ją faktycznie szybko, ale pisać wypracowanie było trudniej. No dobrze, wydusiłem z siebie półtorej kartki, a ta cala Kiciula w ogóle nie kazała mi pokazywać zeszytu i powiedziała, że czytać wypracowanie ma tylko ten, który sam chce! Trzeba było uprzedzić, niepotrzebnie zmarnowałem sobie weekend. No i oczywiście zgłosiła się dziewczyna, kto, jak nie Honorata? Nie do wiary, napisała aż pięć stron. 1 ostatnio przeczytała nie jedną książkę, tylko cały cykl, o weterynarzu, to znaczy napisał je angielski chyba weterynarz, Herriot. O swojej pracy na. wsi. Miał różne hece i Honoracie bardzo się podobał i on, i jego jakiś fajny szef i zwariowany brat tego szefa, i jego żona. Nie brata, tylko tego, co pisał książki. Żeby prawdę powiedzieć, a nie skłamać, to bardzo się ucieszyłem, nareszcie miałem powód, żeby normalnie podejść po lekcjach do Honoraty i zwyczajnie z nią pogadać. Już od kilku tygodni chcialem to zrobić, ale nie miałem pretekstu. No więc podszedłem, a minę miałem zwyczajną, jakby nigdy nic, tvlko było mi okropnie gorąco. 1 mówię zupełnie swobodnie:

— Eeee... ty, Honorka, co to ja chcialem...

- Nie wiem, czego chcialeś?

— Żeby tak... tego... pożyczysz mi tę... jak jej tam...

— Gumkę? — pyta, bo właśnie na następnej lekcji było wychowanie plastyczne, to znaczy rysunki.

— Nie, książkę.

-Jaką książkę?

Honorata ma zupełnie czarne oczy, nie uwierzycie, źrenice się wtapiają w ten kolor i w^cale ich nie wadać. Po bokach tęczówki są tylko jakby brązowe plamki i to wygląda, jakby w oczach Honorki latały świetliki. \X losy Honorata też ma czarne i nosi warkocze! Chyba ona jedna jedyna ma w szkole warkocze, to okropnie niemodne, ale jakie ładne! Warkocze Honorki sięgają jej aż do pasa, dałbym wiele, żeby zobaczyć, jak w yglądają rozpuszczone. Są grube, więc tych włosów- byłaby cala masa i Honorata mogłaby zakryć nimi cale plecy. Miałaby taką błyszczącą, puszystą narzutkę.To znaczy nie miałaby, tylko ma, ale ja tego, niestety, nie

mogę zobaczyć. Kiedy Honorka do mnie mówi, widzę, jakie ma białe zęby, jeden z przodu jest trochę krzywy, ale nie szkodzi i tak mi się te jej zęby bardzo podobają. I w ogóle, żeby prawdę powiedzieć, a nie skłamać, cała Honorata jest... no... jest... E tam wszystko jedno.

— Ogłuchłeś? Jaką książkę? Do polskiego?

Tak się jakoś zagapiłem, że w ogóle zapomniałem, o czym była mowa.

— Co? Dlaczego?

— Mirek, jak babcię kocham! Chcialeś pożyczyć książkę, czy nie?!

Te baby, jak się przyczepią do człowieka, to mogą dziurę w brzuchu na wylot wywiercić. Taka Honorka, człowiek by się spodziewał, że będzie inna, delikatna, miła, a ona chichocze jak głupia i jeszcze trąca w bok Marzenę.

- Marzka, popatrz na tego faceta, wygląda, jakby z byka spadl!

Odszedłem, w nosie mam jej weterynarza, nawet sobie przypomniałem, o co mi chodziło, ale już wołałem nic nie mówić. V ięc rvlko powiedziałem:

— Czego rżysz, nie można z tobą pogadać jak z człowiekiem? Chyba jej się głupio zrobiło, bo zawołała za mną:

- Mirek, no co ty, pożartować nie można?

Bo ja wiem... może żal takiej okazji? Zatrzymałem się, pomyślałem, że jak zgodzi się pożyczyć tego Herriota, to będę mógł iść do niej do domu. Nie warto było się obrażać, więc, jak już mówiłem, zatrzymałem się.

— Pożyczysz mi tego weterynarza? Też bym przeczytał.

Powiedziałem to zupełnie gładko,jak gdyby7 nigdy7 nic, aż sam się sobą zachwyciłem, że tak patrzę na Honoratę, że tak noi-malnie z nią rozmawiam i w ogóle. Uśmiechała się, kiedy7 I 1°' norka się śmieje, to na obu policzkach robią się jej dołcczki. Nk

wiem dlaczego to jest takie ładne, niby nic takiego, a jednak. I wcale nie rży, tak tylko w złości powiedziałem, przeciwnie, ślicznie się śmieje i ma w glosie jakieś dzwoneczki. Wydaje mi się, że iskierki w jej oczach i dzwoneczki w śmiechu jakoś się uzupełniają, pojawiają się jednocześnie i Honorka wteds wygląda tak, jakby stała w słońcu, nawet jak pada deszcz.

- Dobra, wstąp do mnie jutro po lekcjach, ale to jest kilka książek, cały cykl, chcesz wszystko od razu, czy po jednej?

— Zobaczę — powiedziałem, bo nie wiem, jak od razu, to wsta.-pię do niej tylko raz, a jak po jednej, to gotowa mi sama przynosić do szkoły i nici z wizyt. Muszę się zastanowić. Honorka z Marzeną poszły sobie do stołówki, a ja zostałem, bo jadam obiady w domu, babcia gotuje, sam nie wiem, jakbym jadał w szkole, mógłbym posiedzieć z Honorką, ale babcia gotuje o dwa nieba lepiej, więc, żeby prawdę powiedzieć, a nie skłamać, chyba wolę domowe żarcie. Honorka Honorką, a babci zupa pomidorowa, albo mostek cielęcy z nadzionkicm, to pycha. Czegoś takiego w stołówce nie ma. Tata nawet mówił, że babcia nie powinna stać tyle czasu przy garnkach i może bym się przerzuci! na stołówkę, ale babcia powiedziała, że nic jej nic jest i że tata zawrraca głowę, że niby co, ma cały dzień liczyć muchy na suficie? A ciężkie rzeczy i tak tata przynosi, kartofle, czy inne takie. Więc chyba zostanę przy domowych obiadach, co tam, Honorkę widzę w klasie, znowu aż tak za nią nie latam, żebv jeść byle co.

Wpadło mi do głowy, że będę musiał naprawdę przecz) tać tego weterynarza, żeby się nie skompromitować przed Honorką, rany Boskie, cały cykl!!!

Nie bardzo lubię czytać, a pisać to już w ogóle nie umiem i nie wiem, jak to poeci robią, że tak pięknie opisują na przykład ukochaną. Ja, żebym się nawet nie wiem jak zakochał,to słowa bym- nie umiał o takiej tam dziewusze napisać. Bo żeby prawdę

powiedzieć, a nie skłamać, to co można napisać o dziewczynie -ma dwie ręce, dwie nogi i nos pośrodku twarzy. Kto by się tam rozczulał? Bo ja nie.

Mój ukcchanij

Zakochałam się. Nie mam zamiaru nikomu mydlić oczu, niczego nie ukrywam, po prostu się zakochałam. On jest cudowny, mądry, zgrabny i rudy. Może wy nie lubicie rudzielców-’, ale ja ubóstwiam. A oczy! Oczy ma brązowe, błyszczą jak nie wiem co, jak kasztany, jak mokre kasztany. Są cudowme! Spojrzenie też ma wspaniałe, mądre i jakby... no tak, jakby czułe. Oczywiście nie jestem żadną idiotką i nie chodzi mi tylko o urodę, chociaż owszem, przyjemnie mi, kiedy się za nami ludzie oglądają. Moje koleżanki, a szczególnie Zuza, aż pękają z zazdrości. Niby udają, ze nic takiego, że każda z nich mogłaby wychodzić z kimś takim, jak Hektor, ale to puste gadanie. Hektor jest jeden jedyny na całym śwdecie! I naw^et imię ma oryginalne. Znaliście kiedyś jakiegoś Hektora? No, wdasnie, głowę dam, że nie.

Rodzice jak to rodzice, najpierw-' słyszeć naw^et o nim nie chcieli. Wcale im się nie podobał.

— Marzenko — mówiła mamia — czy ty wdesz, co mówdsz? Teraz masz się uczyć, mowy nie ma o żadnym Hektorze, ani o innym takim. Doprawdy, to zupełny brak odpowiedzialności. Mowv nie ma, za próg go nie wypuszczę! Może mam jeszcze szykować jakieś jedzenie? Nie uważasz, że nie czas na takie spraww? Owszem, jak zdasz maturę... jak Piotruś pójdzie do szkoły...

- Co ma z tym wspólnego Piotruś? - denerwowałam się. - Co ma do tego matura? Żeby iść na spacer, nie trzeba zdać matury.

— Chyba żartujesz, czy to chodzi tylko o spacery?

— A o co? Tak się, mamo, martwisz, jakbym mówiła, że wychodzę za mąż.

— Tyłko tego brakowało!

— Ale Hektor... co ci szkodzi, przecież nie ty go masz kochać, tylko ja.

- Kochać — prychnęla mama — od razu „kochać”. Wielkich, doprawdy, słów używasz, a przecież...

— Co „przecież”? I co poradzę na to, że go kocham?

— A on ciebie?

Rzeczywiście, to była zasadnicza rzecz. Przypomniałam sobie czule spojrzenie Hektora, w oczach cień uśmiechu... Zawsze tak się cieszył, kiedy mnie widział... Jeśli to nie była jeszcze miłość, to na pewno... Na pewno będzie. Oczywiście, jeśli będę się z nim widywać, bo jeżeli mama nie pozwoli, to cóż... Znajdzie się inna dziewczyna.

— On mnie też pokocha... zobaczysz.

- Wcale nie chcę tego zobaczyć - wtrącił się tata - i doprawdy, dziwię się, że w ogóle poruszyłaś ten temat. Znasz nasze poglądy, wiesz, że nigdy...

— To jest niewola — przerwałam - doprawdy, to niesprawiedliwe, żeby rodzice nam dyktowali, kogo wolno nam kochać, a kogo nie! Taka Zuza wcale by matki nie pytała, tylko przyprowadziła Hektora do domu i tyle!

— A marka Zuzy wyrzuciłaby go na zbity łeb!

— To nie znasz pani Marysi! Ona szanuje cudze uczucia!

— A my nie?

— Właśnie! A wy nie!

Odwróciłam się i poszłam do swojego pokoju. Drzwi się nie domknęły i usłyszałam, jak mama mówi do taty:

— Wszystko przez re twoje pomysły. Po co było brać ją do Izy na ten jubel?

- A kto mógł wiedzieć, że tam będzie Matylda z Hektorem.” Mama zamilkła, no rzeczywiście, trudno było to przewidzieć. Cala rodzina cioci Izy wyjechała, została tylko właśnie Matylda i nocowała przez ten tydzień u ciotki. I tam właśnie pierwszy raz zobaczyłam Hektora, jego cudowne włosy, oczy... A jaki jest mądry! Wreszcie znalazł sic ktoś, kto rozumie, co do niego mówię, kto jest mi życzliwy... Na pewno mnie polubił, cały wieczór mnie nie odstępował. A teraz rodzice na mc nie pozwalają... Kto mnie będzie kochał, jeśb nie Hektor? Jakie smutne będzie moje życie bez niego! Jak co? Pozwolono mi p iko trzy razy się z nim spotkać, tylko trzy razy byłam u cioci, tylko trzy razy poszliśmy razem na spacer... I już? To miałby być koniec? Koniec na wieki?

Zerwałam się z tapczanu i zadzwoniłam do cioci, może ona przekona rodziców. Okazało się, że ani Matyldy, ani Hektora już u niej nie było, rodzina wróciła i oni wrócili do domu.

— Nic z tego — płakałam w słuchawkę — rodzice uważające mam się uczyć, uczyć i tylko ucz^ć. Ciociu,ratuj!

— Daj mi mamę do telefonu, spróbuję ich przekonać. Hektor jest doprawdy taki miły, nie mają się czego obawiać. Już kto, jak kto, ale on by cię nigdy nic skrzywdził.

— Ciociu, jesteś kochana!

Pełna nadziei poprosiłam mamę do telefonu.

-Witaj, łzuniu - powiedziała. Potem słuchała i nagle wytoczyła oskarżenie.

- Bo p’ nie zauważyłaś, ale ona pocałowała Hektora!.... Jak to „nic takiego”? Ohyda! To co, że czysty, przecież mc o to chodzi. Zarazki... Jak to „przesadzam”?... W cale nie... Nie wiem... Myślisz? No tak, kształtowanie odpowiedzialności... Pomówię z Wojtkiem...

Nie zgadniecie, jak się to skończy ło! Mama rzeczy wiście porozmawiała z ojcem, potem mnie zawołali... Musialam przyrzec, żc

nie zaniedbam nauki, że nie pójdę z Hektorem na spacer dalej, niż na sąsiednie podwórko. Że mu sama będę robić jedzenie... Przyrzekłam wszystko i już jest!

Hektor jest u mnie w domu! Na zawsze! Boże, jaka jestem szczęśliwa, jak to dobrze, że rodzinie cioci Izy nie udało się sprzedać wszystkich szczeniaków po Matyldzie! Hektor co rano wita mnie machaniem ogona jest śliczny i jaki mądry! I kocha mnie jak nikogo na świecie!

Akcja „U”

Doprawdy, już nie miała się w kim zakochać, już Polak nie był dla niej dobry! Tylko ten jakiś Paul, czy jak mu tam. Paryżanin, bon jour, pardon, wąs na pąsie! Co rok jeździła do swego papy do Paryża i dobrze, ale akurat teraz napatoczył się ten Pierre, czy Paul, czy jak mu tam.

„Moi drodzy — mówiła niby smutnym głosem, ale oczy jej się aż świeciły — moi kochani, bardzo będę za wami tęsknić, ale mój narzeczony jest architektem, pracuje w Paryżu, jest Francuzem, sami rozumiecie. Załatwi! mi nawet pracę, będę uczyła na kursach polskiego. Odwrotnie niż u nas. Au revoir, kochani, mam nadzieję, że wasz następny nauczyciel będzie z was tak samo dumny, jak ja.”

Koniec, kropka. Zabrała się i pojechała do tego swojego kocha-sia, a do nas przyszła nowa nauczycielka francuskiego i na dodatek, tak jak pani Marie, wychowawczyni.

O rany!

Nie, to będzie nie do wytrzymania, patrzeć na nią nie można, panna Marie była stosunkowo młoda, miała chyba ze dwadzieścia pięć lat, a ta jest stara jak śwńat, conajmniej pięćdziesiątka na karku. I siw^a, kto teraz chodzi siwy, zresztą co mnie to obchodzi, niech się jej mąż martwi. Chociaż w^ątpię, czy ma męża, nic o niej nie wiemy, ale kto by się chcial z nią żenić, siwe włosy, a zęby coś za piękne, chyba ma sztuczną szczękę. 1 okulary. Zsuwa je sobie na nos i patrzy na nas jak bazyliszek. I mówi po francusku, na łeb jej się rzuciło, przecież się dopiero uczymy, a ta od razu na pierwszej lekcji powiedziała, że po polsku się będzie odzywać tylko jako nasza wychowawczyni, a na francuskim tylko w wyjątkowych wypadkach.

No i gulgocze tak szybko, że połowa z nas nie rozumie ani słowa, no, może przesadzam, w każdym razie, kiedy zapowiedziała sprawdzian, ja w ogóle tego nie załapałem i Piotrek też nie, ani Marek, ani Adrian. A te głupie dziewczyny nic nie powiedziały i zjawiliśmy się w ogóle nie uprzedzeni, a potem Anita mówiła, że skąd miały wiedzieć, że my nie wiemy. No, jak to skąd, mogły się domyślić. A nasza madame też mogłaby to powtórzyć po polsku.

No i posypały się jedynki.

Złośliwość ludzka nie ma granic, ale my już pokażemy madame, że z nami ten numer nie przejdzie. No i poszliśmy do dyrektora i wszyscy poprosiliśmy o przeniesienie nas do angielskiej klasy.

— Co was napadło? — zapytał dyrek — przecież panna Marie tak was chwaliła, a ty, Adrian, dostałeś kiedyś nagrodę za wiersz napisany po francusku.

— Teraz nie napiszę nawet brzydkiego słowna na ścianie — burknął Adrian.

— No wiesz — zgorszył się dyrek — co za pomysły!

— W ogóle — powiedziałem — mamy tego po uszy. Madame chce nas zdołować.

— Co wam powiedziała? — zaniepokoił się pan Wiśniewski.

— Nie wiemy.

— ???

— Nie mówi po polsku.

— W ogóle?

— Nie na francuskim.

— Wydaje mi się — zaśmiał się dyrektor Wiśniewski — że to ma sens.

— Tak, a jakbfl do pana mówiła po francusku?

- Nie zrozumiałbym ani słowa.

— No właśnie!

- Ale ja znam angielski, niemiecki i rosyjski. A wy?

- Ojej, ale my się też dopiero uczymy.

— I może właśnie się nauczycie. Przecież macie dobre początki, panna Marie uczyła was dosyć długo.

— Ale my chcemy iść na angielski.

- Za późno, trzeba było zgłosić się na początku. Pomijając inne przeszkody, oni są dosyć zaawansowani. I w ogóle nie zawracajcie głowy, żadna krzywda wam się nie dzieje. Madame jest doskonałą nauczycielką, urodziła się we Francji, w Lyonie. Słuchajcie, już muszę wyjść.

No i tak się to skończyło. Poszliśmy' do parku na naszą ławkę pod wierzbą i zrobiliśmy7 naradę wojenną. Dobra, skoro my' nie możemy' uciec od madame, to zrobimy tak, żeby' ona uciekła od nas. Nazwaliśmy' to „Akcja U” — jak „ucieczka” i założyliśmy' tajne stowarzyszenie, my' — to znaczy' ja, Adrian, Piotrek, Marek i w ostatniej chwili przyłączyła się do nas Dorota, kuzynka Adriana, też z naszej klasy. I jeszcze wciągnęła do stowarzyszenia swoją najlepszą przyjaciółkę, Łucję, która, trzeba przyznać, u panny' Marie też miała słabą dwóję.

Zaczęliśmy' od razu następnego dnia. Madame zaczęła lekcję, Adrian wstał i pyta czy' może wyjść, bo musi. Na to madame odpowiada po francusku, że może. Na to Adrian po polsku, że nie rozumie. Na to madame, że proszę bardzo. Na to Adrian, że nie rozumie i że zaraz będzie za późno. Na to klasa w śmiech, a madame podchodzi do drzwi, otwiera je, pokazuje palcem.

- Teraz rozumiesz? - pyta ciągle po francusku. A Adrian, że na migi to uczą się głuchoniemi i że pani nie po to tu jest, żeby nas uczyć migania i że mu się odechciało. Madame zrobiła się czerwona, przestała zwracać uwagę na Adriana i chyba na złość sobie zwróciła się do Doroty.

— Przeczytaj na glos ten tekst - powiedziała i podsunęła Dorocie kartkę napisaną oczywiście po francusku.

— Ja mam dysleksję, nie umiem czytać.

— Naprawdę? — madame nie bardzo wiedziała, co robić, ale podeszła do Lucji.

— A jjjaaa ssięęę jąjąkam — wygłupiła się Łucja.

Madame zorientowała się, że coś jest nie tak, ale nic, podeszła do Piotrka.

A Piotrek milczy.

— To niemowa — wrzasnął Adrian — a pani uwzięła się na niepełnosprawnych!

Taka głupia to madame jednak nie była. Zabrała swoją kartkę, usiadła przy stoliku i powiedziała coś takim zimnym głosem, aż mi skóra ścierpła.

„Ty, co ona nawija?” zapytał Adrian scenicznym szeptem, a Mirka odpowiedziała:

— Szszsz... przeczyta nam ten tekst sama, a na jutro mamy go streścić w zeszytach.

— Po jakiemu?

— Po hebrajsku — zdenerwowała się Mirka.

— Coooo?                 .

— No, po francusku, durniu!

— Proszę o ciszę — wysyczała madame, a potem zaczęła czytać, muszę przyznać, że powoli i wyraźnie. To był wiersz o koniku polnym i mrówce i nagle rozjaśniło mi się w głowie: przecież znaliśmy to, panna Marie czytała nam to kilka razy, raz nawet w polskim tłumaczeniu.

Po dzwonku rzuciłem się do chłopaków:

— Hej, to się da zrobić, żaden problem! — powiedziałem.

- Ani nawet - wściekł się Adrian — coś ty, a gdzie akcja „U”, jak zaczniesz grzecznie odrabiać lekcje, to madame będzie zadowolona, a chyba nie o to biega?