Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Co jest?! burczy jasnowłosy dżentelmen. Ojej, przepraszam bąka Magda i patrzy na kolegę. Patrzy i patrzy. Patrzy i nie może wzroku oderwać. To jest właśnie to! Wymarzony, szarooki, przystojny. Brwi czarne, rzęsy na kilometr. Wzrok przeszywający, a jednocześnie jakby pieszczotliwy. Dłonie z czystymi paznokciami, piękne, długie palce. Głos jak dzwon. Może to baryton, albo wręcz bas. Magda zapomniała o szkole, lekcjach, nauczycielach. Nareszcie!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 202
Rok wydania: 2004
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Irena Landau
I WYDAWNICTWO/ ®
Jaworski
Tekst © Irena Landau
Ilustracja © Ewa Laszczkowska
©Wydawnictwo “JAWORSKI” 01-391 Warszawa, ul. A. Krzywoń 6/45 e-mail: jaworski [email protected]
WARSZAWA
Dział handlowy tel./fax 862-40-36
ISBN 83-88797-47-6
Druk i oprawa: Zakłady Graficzne „Drogowiec” Kielce
Magda szła do nowej szkoły z duszą na ramieniu. Nawet trudno się temu dziwić. Dziewczyna nie znała ani nauczycieli, ani kolegów, oczywiście, oprócz Bartka Stasiaka i Emilki. Dzięki Bogu, że chociaż Emilka zdała do tego samego liceum, bo bez Bartka chyba by się obeszło...
Kiedy Madzia pomyślała, że ten kretyn znowu się przyczepi, zrobiło jej się słabo. Przez całą szkołę podstawową Bartek nazywał ją „panienką", wyśmiewał wszystko, co mówiła, albo robiła. Łaził za nią jak cień i dokuczał, dokuczał, dokuczał... A teraz zły los sprawił, że znalazł się w tej samej pierwszej licealnej ogólniaka imienia Jana Chryzostoma Paska. Emilka podejrzewała, że chłopiec w jakiś, sobie tylko wiadomy sposób, pomógł losowi.
- Zwariowałaś? - Informowała się po egzaminach Magda.
- Raczej nie. On się w tobie kocha.
Przypuszczenie było, zdaniem Magdy, idiotyczne.
- Chyba odwrotnie!
- Odwrotnie? To znaczy, że ty się w nim kochasz?!
- Wiesz co, Emiliado? - zdenerwowała się Magda. - Puknij się w łeb! Ja?! W tej zarazie?! „Odwrotnie", to znaczy, że on mnie nie znosi. Ciągle się przyczepia. Wszystko mu nie pasuje.
- No właśnie - odpowiedziała pozornie bez sensu Emilka. -Zresztą nie martw się. We dwójkę jakoś sobie z nim poradzimy...
We dwójkę... No tak... Zresztą nie Bartek był powodem, że Magda się bała. On przynajmniej był kimś znanym, a do jego wygłupów Magda była przyzwyczajona. Gorsze były te wszystkie niewiadome - koledzy, szkoła... O, gdyby Emilka szła teraz z Magdą, byłoby lepiej, ale przyjaciółka jak pojechała w sierpniu do krewnych w Londynie, tak nie wracała i nie wracała.
„Sama nie wiem - pisała do Magdy - czy to dobrze, że tu mam jeszcze pobyć, czy źle. Mama mi przysłała podręczniki i powiada, że najważniejsza jest dobra znajomość angielskiego. Fakt, że mówię coraz lepiej, nawet z Dianą oplotkowałyśmy jej rodzinkę! Pouczę się tu trochę z książek, a jak wrócę to mnie do reszty oświecisz, dobra? Tyle, że nikogo z klasy teraz nie poznam, będzie mi łyso. No, co się odwlecze, to nie udecze, grunt, że znam debie. Do zobaczenia, twoja na wieki Emilia Plater."
Tak wyglądała sprawa z Emilką i teraz Magda jest sama przez ten pierwszy najgorszy okres. Co za pech!
Magda dotarła właśnie do szerokich drzwi z ciemnego drewna. Były obramowane szarym murem, jak za zamierzchłych czasów, kiedy do tego samego liceum chodziła mama i jak za czasów wręcz prehistorycznych, gdy w szarych murach babcia łapała dwóje z chemii. Niestety, żadna z babcinych nauczycielek już tu nie uczyła, nawet nie było wiadomo, czy ktoś z tamtego zespołu nauczycielskiego jeszcze żyje. Uczyły natomiast dwie nauczycielki mamy - pani od polskiego i pani od historii oraz nauczyciel matematyki, bardzo już wiekowy pan Stanisław Owieczko. Podobno nie można było po jego lekcjach nie rozumieć matematyki, nawet jeśli się było osłem i tępym matołem. Pan Owieczko dawno już przekroczył wiek emerytalny, ale nie chciała go puśdć dyrekcja szkoły, ministerstwo, grono nauczycielskie, a także, co bywa zwykle rzeczą rzadko spotykaną, młodzież. Na wieść, że nauczyciel zamierza zrezygnować wreszcie z pracy, wszyscy uczniowie klas, w których wykładał matematykę, przyszli ubrani na czarno. Aby było wiadomo, że nie jest to jednak żałoba, każdy niósł jedną czerwoną różyczkę, którą wręczył panu Owieczko dopiero po jego przyrzeczeniu, że przemyśli sprawę. No i pan Stanisław został, a jego decyzję klasy powitały gromkim „Meeeee!!!!" - okrzykiem dozwolonym i usankcjonowanym od pokoleń.
No tak, ale o innych pedagogach Magda nie wiedziała nic. Nawet mama, która na przykład o perypetiach z matematykiem dowiedziała się od córki swojej przyjaciółki, reszty nauczycieli nie znała. Tak, że nie wiadomo było, co kryje się za tymi ciemnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Teraz właśnie Magda je przekracza i od razu wpada na plecy wysokiego, barczystego chłopaka.
- Co jest?! - burczy jasnowłosy dżentelmen.
- Ojej, przepraszam - bąka Magda i patrzy na kolegę. Patrzy i patrzy. Patrzy i nie może wzroku oderwać. To jest właśnie to! Wymarzony, szarooki, przystojny. Brwi czarne, rzęsy na kilometr. Wzrok przeszywający, a jednocześnie jakby pieszczotliwy. Dłonie z czystymi paznokciami, piękne, długie palce. Głos jak dzwon. Może to baryton albo wręcz bas. Magda zapomniała o szkole, lekcjach, nauczycielach. Nareszcie!
- I czego stoisz, jak przyrośnięta, nastąp się, przejść nie można!
„To jednak baryton..."
- Ogłuchłaś?
- Nie... tak... o co chodzi? - ocknęła się Magda.
- Odsuń się, stoisz jak słup.
- Ojej, przepraszam.
Magda z trudem odrywa stopy od podłogi i rusza naprzód z bezmyślnym uśmiechem. Królewicz z barytonem idzie jakby obok niej, jakby z nią...
- Gdzie tu jest pierwsza Be? - udaje się wykrztusić dziewczynie.
- Zaraz... tam... A co, ty tu pierwszy raz?
- Byłam na egzaminie. Ale w ogóle to tak, pierwszy. A ty?
- O, ho, ho - takiego pięknego śmiechu Madzia nie słyszała jeszcze nigdy. - O, ho, ho... Ja już tu wrosłem z korzeniami. Jestem w dmgiej A.
„To znaczy - myśli gorączkowo dziewczyna - to znaczy, że jest o rok starszy. Cudownie. Ciekawe, jak się nazywa?" - zastanawia się i w tej samej chwiłi zachwycający blondyn pyta:
- A ty jak się wabisz?
- Magdalena Ośka. A... a ty?
- Jerzy. Jerzy Czajowski. To znaczy Jurek.
- Na mnie mówią Magda.
- E tam - krzywi się Jerzy Czajowski - „Magda". Nie. Dla mnie będziesz Lena. Chcesz?
Ojej! To coś znaczy! To na pewno coś znaczy... Dla niego... Specjalnie dla niego... Lena... Nikt nigdy tak nie mówił, a teraz on... Jurek... Lena...
Drrrr! To po prostu świństwo. Tak dzwonić na człowieka jak na jakiegoś niewolnika. Wyrywać ze snu, z marzeń!
- Rany koguta, to ja lecę. Cześć, Lena.
- Cześć - odpowiada Magda i myśli „Dla ciebie mogłabym być nawet HermenegiJdą".
* * *
Wychowawczynią okazała się bardzo młoda pani od w.f. Weszła dziarskim krokiem do klasy i uśmiechnęła się tak szeroko, że widać jej było wszystkie bielutkie i domyte zęby, od jedynek do szóstek włącznie.
- Witaj, młodzieży! - powiedziała. - Jestem waszą wychowawczynią i mam zamiar was wychowywać, żebyście sobie nie myśleli! Co się mówi?
- Dzień-do-bry-pa-ni! - wy skandowali uczniowie, a Bartek pisnął sopranem nadprogramowe „cześć".
- Cześć - odpowiedziała nie zrażona nauczycielka - nazywam się Janina Altowicz. Będę wyczytywała wasze nazwiska, a wy powiecie mi, z kim chcecie siedzieć. Bananowska Ela.
- Ja z Witusią Remek!
Witusia Remek też się podniosła, pani zapisała coś w dzienniku i wy-czytywanie potoczyło się dalej. Madzia przestała słuchać. Przed jej oczami zamigotała czupryna blond, szare spojrzenie...
- Ośka. Ośka! Ośka!!! Nie ma cię, czy śpisz?
- Ona jest obecna, ale nieprzytomna - przypomniał sobie stary kawał Bartek. Nauczycielka widocznie wiedziała, że dawniej na osoby obecne mówiło się, że są „przytomne", bo grzecznie się roześmiała i to dopiero obudziło Magdę.
- Jestem!
- Z kim chcesz siedzieć?
- Aby nie z Bartkiem Stasiakiem!
Klasa, nie wiadomo dlaczego, zarechotała.
- Ja bym z nią chętnie usiadła - odezwała się jakaś ładna blondynka i zanim Magda zdążyła zaprotestować, pani zapisała coś w dzienniku. Chłopak, który usiadł prowizorycznie przy Magdzie wstał i nowa koleżanka przycupnęła na jego miejscu. Wyglądała bardzo sympatycznie, ale co powie Emilka?!! Przecież uma-wiały się, że będą razem! Że też Jurek akurat dziś musiał Magdę ogłupić! Czemu od razu nie powiedziała nauczycielce, że chce poczekać na Emilkę? Po co wyrywała się z tym kretynem Bartkiem? Teraz, bez względu na sens jej uwagi, wszyscy będą ich łączyć! O, Bartek jest zadowolony, śmieje się, coś tam mruczy do kolegi. Blondynka też się uśmiecha, jak jej teraz powiedzieć, że Magda miała inne plany? Trzeba było od razu. Teraz z każdą minutą jest trudniej, szczególnie, że Magdalena słyszy szept koleżanki:
- Ojej, fajnie. Ja się nazywam Ewita, Ewita Ozdowska. Jak to dobrze, że nie wybrałaś nikogo innego. Od pierwszej chwili mi się spodobałaś, jak tylko weszłaśdo klasy, z takim roztargnionym spojrzeniem... Pewnie układałaś wiersz. No przyznaj się, ja też piszę wiersze.
Miła ta Ewita, ale okropnie naiwna. Dziecinna. Wiersze. No tak, zdarza się... Ale żeby od razu o tym opowiadać?
- Mieszkam niedaleko - szept Ewity zaczyna być trochę irytujący - jak chcesz, to możemy się razem uczyć.
- Dziewczyny, cisza! - ingeruje nauczycielka. - Koniec listy7. Teraz wyjmijcie zeszyty, podyktuję wam różne takie rzeczy organizacyjne...
Śmiertelna nuda. Zebrania Komitetu Rodzicielskiego. Opłaty7 za obiady. Składki. Trzeba to zapisać, chociaż okrutnie się nie chce, bo myśli uciekają na pierwsze piętro, tam, gdzie skierował kroki upojny blondyn, gdzie jest sala, w której uczy się klasa druga A.
I nawet nie można iść do Emilki, żeby jej wszystko opowiedzieć. A zresztą, jak w ogóle można będzie rozmawiać z Emilią, skoro tak trudno wytłumaczyć, jak to się stało, że Ewita... że z Ewitą... Życie jest doprawdy zbyt skomplikowane.
Pan Andrzej nie lubił jesieni. Kiedyś, kiedy był zakochany w Adeli, spadające liście, ich złotobrązowy kolor, kojarzyły mu się z lek-korudawymi włosami dziewczyny i dlatego wrzesień i październik wprawiały go w dobry nastrój. Jedna z tych rzeczy nie zmieniła się - kolor liści nadal przypominał mu włosy Ady, ale właśnie te skojarzenia były przykre i niepożądane.
- Do diabła z Adą - mruczał pan Andrzej sam do siebie - do diabła z tym typem! Niech to wszystko szlag trafi!
Do dworca było już blisko. Za trzy kwadranse przyjedzie pociąg, a z pociągu wysiądzie jego syn, Wojtek. Jaki będzie? Co się okaże, co z niego może wyskoczyć po pobycie - aż wstyd pomyśleć! -w domu poprawczym? Pan Andrzej był pełen obaw. Przed tą okropną sprawą Wojtek mieszkał z matką i ojczymem i widocznie nie było mu tam dobrze, skoro pewnego dnia rzucił się na męża matki ze srebrnym, ciężkim świecznikiem. Ojczym Wojtka znalazł się w szpitalu, wdała się w to policja. Potem sąd, wyrok. No, a teraz ten Sekundowicz nie chce na oczy widzieć chłopaka. „Czy dam sobie z nim radę?" - denerwuje się pan Reśniak i nie ma pojęcia, jak przywitać, jak potraktować swego syna.
Już jest na dworcu, o wiele za wcześnie. Warto może napić się kawy? W dworcowej kawiarni jest tłok, do jedynego wolnego stolika razem z panem Andrzejem zbliża się jakaś pani.
- Ależ proszę bardzo.
- Przecież pan był pierwszy?
- Ale pani jest kobietą...
- Nie ma o czym mówić - śmieje się ta pani — przecież możemy usiąść obydwoje.
- Pozwoli pani?
Pani pozwoliła. Była bardzo miła i bardzo nawet ładna - zadbana, pachnąca, ubrana skromnie, ale gustownie. W innych okolicznościach może pan Andrzej byłby bardziej wymowny, ale teraz nie w głowie mu były flirty. Jego sąsiadka zorientowała się, że coś jest nie w porządku.
- Ma pan chyba jakiś kłopot?
- No... sam nie wiem.
- Zdrowie?
- Ależ nie, skąd. Wie pani, syn przyjeżdża.
Koniec zwierzeń. Kropka. To przecież obca kobieta. Pana Andrzeja kusi, żeby opowiedzieć o wszystkim, ale nie. Skoro on sam nie wie komu wierzyć, czy synowi, który opowiadał takie nieprawdopodobne rzeczy, czy temu typowi, który może kłamał, a może nie, to jaką radę może mu dać ktoś obcy, nawet taki miły jak ta pani. A ta pani właśnie się uśmiecha.
- Ja przecież nie nalegam. Każdy ma swoje problemy. Może kiedyś pan mi powie?
Maria już w trakcie tego zdania czuje, że się zagalopowała. „Kiedyś" - to tak, jakby proponowała ponowne spotkanie. Ojej, pani Maria nie lubi się narzucać. Może ten facet nic nie zauważy?
Pomimo wszystko zauważył. Uśmiechnął się.
- Rzeczywiście, może kiedyś. Ale w tym celu musimy się poznać bliżej. - Teraz to on ma wrażenie, że jest niezręczny. Sformułowanie było niezbyt eleganckie. Ta pani zaraz zacznie się wycofywać. Ale nie. Właśnie wyciąga wizytówkę.
- Proszę do mnie zadzwonić, jeśli pan będzie miał ochotę porozmawiać.
Zabrzmiało to idiotycznie. Pani Maria, tak jak i jej towarzysz, nie ma dobrego dnia. Po cholerę mu dawała wizytówkę, pewnie za chwilę ją wyrzuci. Teraz on powinien się przedstawić i właśnie zaczyna.
- Andrzej Reśniak, pracuję...
Ale głośnik coś bełkocze i pan Andrzej zrywa się jak oparzony.
- Przepraszam, to mój pociąg, do zobaczenia!
Pobiegł. Szkoda. Już dawno pani Marii nikt tak się nie podobał. Miły facet, kulturalny. Oczytany. I ten dołek w brodzie!
Taki sam dołek w brodzie ma chłopiec, który właśnie wysiadł z pociągu. Rozgląda się. Jest! Jest ojciec. Wbiega właśnie na peron i na widok syna zatrzymuje się jak wryty.
— Wojtek!
- No to jestem - mówi na przywitanie chłopiec i zbliża się niepewnie do pana Andrzeja. - No to jestem. Cześć. - Wojtek stoi z opuszczonymi rękami. Nie wie, co robić.
Nie wie, jak ojciec przyjmie syna, który napadł na człowieka, rozbił mu głowę, syna, który był oskarżany także o kradzież. Którego nie chce własna matka. Syna kryminalistę, można by powiedzieć wyrzutka społeczeństwa, syna którego oskarżają także i" o kłamstwa, o zniesławienie. „Będziesz teraz mieszkał z rodzonym ojcem - pisała ostatnio matka. - Boleczek nie chce cię widzieć na oczy, chyba że go przeprosisz i odwołasz te wszystkie absurdalne świństwa. Jesteś moim jedynym synem i serce mi krwawi, ale to ci powiem, że się Boleczkowi nie dziwię. Twój ojciec zgodził się wziąć cię pod opiekę i chociaż sąd przyznał tę opiekę mnie, ja rezygnuję. Widocznie coś jest w tobie złego, z czym sobie nie poradziłam i to jest moją tragedią i porażką. Więc proszę, pomieszkaj z tatą, niech i on poczuje, co to znaczy mieć takiego syna. Pomimo wszystko kocham cię i do serca przytulam i ile mogę, tyle ci wybaczam, mój biedny synku."
Jeżeli rodzony ojciec czuje to samo, co matka, to Wojtek dziękuje bardzo, nie skorzysta. Już woli nie wiem co, woli uciec, mieszkać na dworcu.
Pan Andrzej widzi niepewność w oczach syna i serce mu się ściska. A jeśli on cały czas mówił prawdę?
- No, jesteś nareszcie - udało się ojcu opanować drżenie głosu - już się doczekać nie mogłem! Boże, ile czasu marzyłem o tym, żeby z tobą zamieszkać i w końcu jesteś!
Pan Andrzej podchodzi do syna i po męsku klepie go po plecach, aż nagle nie wytrzymuje, obejmuje mocno chłopca, całuje go w oba policzki, gładzi po głowie. Obaj panowie ukrywają przed sobą starannie trochę załzawione spojrzenia i idą do domu.
* * *
Antonina nie znosiła swojego imienia i na pewno nie używałaby go, gdyby miała drugie. Niestety, rodzice stwierdzili, że dając swoim córkom tak piękne imiona spełnili już swój obowiązek wobec nich i dalej głowić się nie muszą.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi - odpowiadała pani Maria na zarzuty starszej córki. - „Antonina" to takie królewskie imię. Twoja prababcia tak się...
Dziewczyna miała niemiły zwyczaj przerywania rozmówcy w pół słowa.
- Otóż to. Prababcia! Właśnie wtedy były modne takie imiona.
- Modne! Dzisiaj wszystko jest modne! Zresztą możesz być „Antosią" albo „Niną". Jeszcze ci mało?
- E tam. Starocie. Wołałabym być Violettą!
- Przepraszam, zapomniałam cię przed chrztem zapytać - burknęła zgryźliwie mama.
- Zresztą Madzia ma też tylko jedno imię i co?
- I stęka...
- Nie, już nie - wtrąciła Magda. - Przecież mogę być „Leną". To takie ładne imię. Romantyczne. Więc właśnie...
- Od kiedy ty jesteś „Leną"? - przerwała Madzi starsza siostra.
- Nikt nigdy tak cię nie nazywał.
- Ale może - powiedziała wolno dziewczyna - i właśnie...
- Co „właśnie"?
- Nieważne.
Pani Maria ciężko westchnęła. Trudno jej było wychowywać dwie córki. Ojciec dziewczynek umarł nagle na zawał pięć lat temu i cho-
ciąż mama Madzi i Antoniny robiła co mogła, żeby w domu było przytulnie, czasem po prostu nie wytrzymywała samotności. Oczywiście samotność nie była taka dokuczliwa, skoro w domu mieszkały dwie dorastające panny. Ale co córki, to nie mąż... Mąż, który przytuli, pocałuje, przyniesie kwiatki, a także naprawi kran, załatwi na przykład sprawy podatkowe. Przez prawie pięć lat pani Maria była wierna pamięci męża, ale ostatnio... No cóż, ostatnio na dworcu poznała pana Andrzeja. I tak się zdarzyło, że dosyć długo czekała na jego telefon. Już ze smutkiem myślała, że nic z tej znajomości nie będzie. Tymczasem po pewnym czasie nowy znajomy się odezwał. I od tej chwili zaczęły się dni zupełnie inne niż dotychczas. Pełne radości, że ktoś jest i pełne smutku, bo ten ktoś był smutny.
A pan Andrzej rozdarty pomiędzy nową miłością a strachem o Wojtka, był wyjątkowo trudnym towarzyszem. Nagle, podczas seansu w kinie szeptał „Marysiu, nie wytrzymam, wychodzimy!" i chociaż film wcale nie był taki zły, trzeba było zbierać się, przepychać pomiędzy rzędami i wychodzić. Pan Reśniak przepraszał potem jak mógł.
- Kochana, wybacz, nie mogłem wysiedzieć, zdawało mi się, że z Wojtkiem coś się stało.
- Nie szkodzi - pani Maria rozumiała Andrzeja - ale co się mogło stać? To taki dorosły chłopak.
- Mógł narozrabiać, wpaść pod coś, bo ja wiem? Mógł uciec z domu.
- Po co miałby uciekać? Przecież mu dobrze, robisz co możesz.
- Ale co ja o nim wiem? I w ogóle, co wiem o takich chłopcach? Tyle czasu mieszkał z Adą. Tak bym chciał, żeby mnie zaakceptował.
- Kiedy on cię akceptuje, naprawdę!
- Tak tylko mówisz.
- Prawdę mówię, mam własne dzieci, to wiem.
Ale pani Ada też martwiła się o Wojtka i jej córki zauważyły, że matka jest czasem nieswoja. Antonina była tym zmartwiona.
W czwartek po lekcjach przyszła nawet do klasy I B.
- Nie leć, Magda. Musimy pogadać.
- O czym? - zapytała niecierpliwie młodsza siostra.
Miała nadzieję, że w szatni spotka Jurka, który od owego pamiętnego poniedziałku znikł dziewczynie zupełnie z oczu.
- O mamie.
- A co się stało?!
- Nie rób takiej miny, nic się nie stało. Ale mama mi się nie podoba.
- No wiesz!
Dziewczynki wychodziły już ze szkoły. Jurka nie było ani w szatni, ani na boisku. Zapadł się pod ziemię, czy co?
- Przecież nie w tym znaczeniu. Tylko jest jakaś inna. Przypaliła rosół.
- Tak, wiem. Nie przypaliła, tylko się wygotował.
- A mama rozmawiała przez telefon.
- Akurat ciebie to nie powinno dziwić. Ile razy dzwoni Jacek, tyle razy okupujesz telefon przez godzinę. Biedni ci jego rodzice, wyobrażam sobie te rachunki.
- Stać ich. Mają firmę. Nie to, co my.
- Żartujesz? Wyobrażasz sobie mamę handlującą męskimi gatkami?
- Wcale nie gatkami, tylko podkoszulkami!
- Jeden diabeł.
- A co ci się nie podoba? Ludzie ciężko pracują...
- Wiem. Wszystko mi się podoba, ale to nie dla mamy. Ona umie tylko zajmować się dziećmi.
- Specjalnej troski.
— No właśnie. Wyobrażasz sobie piękniejszy zawód?
- Piękniejszy nie, ale lepiej płatny.
- Nie zawracaj głowy. Mama daje korepetycje z francuskiego i niczego ci nie brakuje.
- Powiedzmy.
- Nie bądź Świnia.
- Nięjęstem. Właśnie ci mówię, że z mamą coś jest nie tak. Zgubiła bnet miesić ny.
- Wielkie halo.
- Wyszła na ulicę w dwóch różnych butach. Kazała sobie zmienić kolor włosów.
- Zauważyłam. Nawet jej ładnie.
- Wychodzi gdzieś. Wraca zaaferowana. Przygnębiona.
- Pewnie martwi się o tę Asię z chorobą Dawna. Ma poważne sprawy z sercem.
- Nie, to nie o to chodzi. Obawiam się - Antonina spojrzała na młodszą siostrę - obawiam się... „czy można taką smarkulę wtajemniczać w swoje podejrzenia? Ale jeśli nie ją, to kogo?"
- Czego się obawiasz?
- Że mama... że...
- No, powiedz - Madzię zdziwił ten nieśmiały ton, zwykle raczej apodyktycznej starszej, siostry.
- Kiedy nie wiem.
- Zaczęłaś, to skończ. Ja już też zaczynam się denerwować.
- No dobrze. Boję się, że mama dostała się w jakieś złe towarzystwo... Narkotyki...
- ZWAR-IO-WA-ŁAŚ????!!!! MAMA????
- A co, mama nie człowiek?
- W tym wieku?
- W jakim wieku? Ma trzydzieści dziewięć lat!
- Pierwszy raz słyszę, żeby córki podejrzewały o coś takiego matkę - Madzia nie chciała wierzyć własnym uszom - odwrotnie, to owszem, ale żeby w tę stonę?!
- Nie mądrz się, pomyśl. Mama jest roztargniona, nieswoja, przychodzi i snuje się po domu. Wszystko gubi.
- Nie wszystko.
- Nie czepiaj się słów. I zauważyłam, że ma nową broszkę. W życiu widziałaś, żeby mama kupowała sobie złotą biżuterię?!
- Pewnie dostała.
- Właśnie. OD KOGO? Przecież nie od Asi!
- Może od jakiejś matki któregoś z tych dzieci.
- I myślisz, że mama przyjęłaby taki drogi prezent od matki dziecka?
- Nie, to wykluczone.
- Widzisz. Więc od kogo? I ZA CO???
- No, za co?
- Może za... rozprowadzanie narkotyku?
- No nie - oburzyła się Magda - co za dużo, to i świni się znudzi. Absolutnie niemożliwe.
- Może masz rację. Nie, komuś by narkotyku nie dała. Ale może sama bierze i jakiś kumpel jej dał tę broszkę. A może to taka broszka, w której ukryta jest działka?
- W broszce?
- Jak może być w pierścionku - sama czytałam - może być i w broszce. Słuchaj, ja nie wiem, ale coś się dzieje.
- A ty od razu wymyślasz niestworzone rzeczy. Może mama jest zakochana?
- Też mi to wpadło do głowy. W tym Andrzeju, co? Ale byłaby wesoła. A jest... no... zdenerwowana.
- Może on ją wystawił do wiatru? Biedna mama.
- Akurat. Po pierwsze, takiej babki jak mama nikt nie rzuci. A po drugie, nie miałaby takich zmiennych nastrojów. Raz podśpiewuje, a raz prawie płacze.
No tak. Rzeczywiście. Magda zaniepokoiła się już teraz bardzo serio.
- To co robimy?
- Właśnie nie wiem. Może ją zapytamy?
Pomysł był niezły, chociaż ryzykowny. Dorośli bardzo różnie reagują na pytania własnych dzieci. Może mama odpowie, a może objedzie. Może nie odpowie. Ale spróbować trzeba było.
- No i co ?
- Dobra. Zapytamy. Przecież nas nie zabije. A jeśli ma jakiś problem, to może razem...
Na tym stanęło. Siostry, z duszą na ramieniu i niepokojem w sercu, wracały powoli do domu...
Wojtek nie był już dzieckiem. Zdawało mu się, że nie jest nawet młody. Czas spędzony w Domu Poprawczym zdawał się nie mieć określonych ram. Każdy dzień ciągnął się miesiącami, każdy miesiąc latami. Chłopak wiedział, że zrobił źle, ale przecież musiał się bronić...
Jak mieszkać pod jednym dachem z człowiekiem, którego posłało się na parę miesięcy do szpitala? Przecież ojczym, ile razy spojrzy na Wojtka, przypomni sobie tamten dzień, tamte czasy. Będzie się odgrywał, będzie dokuczał, cholera wie, co zrobi! Ale list matki rozstrzygnął tę sprawę. Ona nie uwierzyła synowi.
Nie uwierzył mu nikt. Ani matka, ani chyba sąd, ani wychowawca w Domu Poprawczym. „Mój kochany - powiedział - bardzo mi przykro, ale nie tego dotyczył wyrok. Nie powodu, dla którego uderzyłeś, bo kradzieży ci nie dowiedziono. Tylko tego, że uderzyłeś! A ja ci ani wierzę, ani nie wierzę. Każdy tutaj miał sto powodów, milion usprawiedliwień, każdy kradł, bo musiał, zaczepiał, delikatnie mówiąc, dziewczyny, bo same chciały, bił, bo go sprowokowano. Nie ma winnych..No rzeczywiście, wychowawca swoją rację miał. Ale przecież Wojtek wiedział, że musiał się bronić! Ten Bolesław, ten profesor doktor, był silniejszy! Gołymi rękami nie dawało się go odepchnąć, a szarpał się tak, że Wojtek stracił głowę. No i ten świecznik sam mu wlazł w rękę, stał na takim niskim
stoliku. Jak to ludziom wytłumaczyć? Nikt Wojtkowi nie wierzy, nawet mama. Mama!
- Wojtek - powiedziała wtedy, a oczy miała czerwone od płaczu - Wojtek, jak mogłeś wymyślić coś tak obrzydliwego?!
- To prawda!
- Synu, to nieprawda! Już trzy lata jesteśmy małżeństwem. Nie ma bardziej czułego i delikatnego mężczyzny niż Bolek. To ostatni człowiek, który by miał... który by chciał... który miałby takie skłonności!
- Ale przecież ja wiem!
- Wiesz! Wiesz, że jesteś zazdrosny, bo mieliśmy sami jechać w góry. Tatuś...
- Nie mów o nim „tatuś"!!!
- Dobrze. Bolek. No więc Bolek usiłował ci to wytłumaczyć i...
- Wytłumaczyć! - Wojtka jeszcze dziś zalewał gniew - wytłumaczyć! On mnie usiłował przekupić! I to nie pierwszy raz! Od roku! Od roku się za mną snuł!
- Kłamiesz!
- To on kłamie! Co wieczór przychodził otulać mnie kołderką. Całować na dobranoc! Na początku myślałem, że jest taki sentymentalny, ale potem...
- Jest sentymentalny! Otulał cię, jak tatuś synka!
- Mamo! Przecież nie jestem głupi!
- Masz pokręconą wyobraźnię. Naczytałeś się brudów w różnych pisemkach!
- Tak?! A wiesz, jaką cenę zaproponował mi za to, żebyście zabrali mnie do Zakopanego?
- Niczego ci nie zaproponował!
- Nie tylko zaproponował, ale zaczął na siłę...
- Zamilcz! Kłamiesz!
- A dlaczego dałem mu świecznikiem w łeb?!!!
- No właśnie - zapłakała mama i przez stół, w tym smutnym areszcie, ujęła rękę syna - dlaczego?! Wojtusiu?! Dlaczego?! Powiedz
mi prawdę?! TY mi powiedz. Bolek już to powiedział, jak tylko się ocknął, ale chcę, żebyś sam...
— Powiedział?! To dlaczego mi nie wierzysz?!
- Nie wyznasz mamie prawdy?!
- Jakiej prawdy, do cholery?!
- No, jak tak, to ja ci powiem! Wszystko się wydało! Wszyscy już i tak wiedzą! Mam syna złodzieja i prawie mordercę! Doczekałam się!
- O czym ty mówisz?!
Wojtek na całe życie zapamięta czerwoną, zapłakaną twarz matki i dziwne uczucie zanurzania się w zimnej wodzie, jakie go ogarnęło.
Jeszcze chwilkę przedtem, miał nadzieję, że nic gorszego już go nie może spotkać, że o nic więcej już go nie oskarżą. Ale okazało się, że jednak...
- Bolek mi powiedział, temu poliqantowi zresztą też. Nie możesz go winić, musiał się bronić przed twoimi absurdalnymi zarzutami. No więc powiedział. Wszystko się wydało.
- Ale co? - ledwie wykrztusił Wojtek przez zaciśnięte gardło.
- Nie udawaj, że nie wiesz! Prawdę! Że złapał cię, jak mu wyciągałeś z portfela grubszą forsę! To wszystko, za co miał kupić nowy komputer! A stary ty miałeś dostać! I tak się odwdzięczyłeś!!!
Wojtkowi zdawało się wtedy, że sufit wali mu się na głowę.
- Mamo! On kłamie! Nie ruszyłem jego parszywego portfela. Od niego nie wziąłbym pieniędzy, nawet jakby mi dawał! Zaczął się ze mną szarpać i wtedy... Przecież widziałaś, że mam siniec na ręce!!!
Mama wyglądała o dwadzieścia lat starzej niż dwa dni temu. Płakała. Głos jej drżał. Wojtkowi żal się zrobiło i siebie, i matki.
- Oczy... oczywiście, chciał ci odebrać portfel. Dlatego cię złapał za rękę.
- Wcale nie dlatego!!! Chciał...
- Nie powtarzaj! - zerwała się matka z krzesła. - Nie powtarzaj tych oszczerstw! Tych bredni! Jak ci nie wstyd! Nie powinieneś na-
wet wiedzieć o takich sprawach. Daj mi spokój. Dajcie mi wszyscy spokój... doczekałam się! Niech się dzieje, co chce!
Roztrzęsiona matka wybiegła wtedy z pokoju, a sąd, rodzony ojciec, wychowawca - wszyscy uwierzyli ojczymowi, a nie Wojtkowi.
To było dawno, jakby w innym życiu. A teraz chłopiec wrócił, poważny, zmieniony, nieufny, bez uśmiechu. Wrócił nie do matki, ale do ojca. Tymczasem. Nie wiadomo było, co będzie dalej. Rodzice, nagle jakby pogodzeni, spotykali się prawie codziennie i radzili, debatowali. Ojczyma Wojtek jeszcze nie widział, chociaż mieszkał przecież z matką na sąsiedniej ulicy. Nie widział, ale zobaczy. Na samą myśl o tym chłopcu robiło się niedobrze. To było dawno... to nie „było",' to jest. Jest i nigdy nie minie.
No, a szkoła? Właśnie się zaczęła i ojciec zaproponował, żeby Wojtek poszedł nie do tej starej, gdzie wszyscy go znali, tylko do nowej, do tej, gdzie chodzą córki pani Marii. Swoją drogą, chłopcu robiło się jakoś dziwnie, kiedy myślał o tej znajomej ojca.
Pewnego dnia pani Maria przyszła o trzeciej, kiedy ojca jeszcze nie mogło być. Udawała tylko, że jest zaskoczona jego nieobecnością. Wojtek głupi nie jest, od razu to wyczuł.
- A kiedy tatuś będzie?
„Tatuś"... od czasu rozwodu rodziców, od czasu, kiedy mama mówiła o ojcu właśnie tylko „twój ojciec", Wojtek też tylko tak o nim myślał. No dobrze, niech wróci ta stara nazwa.
- Ta... tatuś będzie za godzinę.
- A mogę poczekać?
- Oczywiście.
- A dasz mi kawę?
„Kogo, co" - pomyślało się Wojtkowi - „Dasz mi - kogo, co - no tak, co? Kawę, a nie kawy. Nie dasz mi... kogo, czego? Czego mi nie dasz? Kawy. Zgadza się, a ja bym źle powiedział. Kawę. O czym ja myślę, pani Maria czeka, a ja takie tam głupoty."
— Oczywiście, oczywiście — odpowiedział na zdziwione spojrzenie znajomej ojca. - Już się robi, sekundę...
