Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
... barszcz pryska na obrus, dziewczyna usiłuje złapać przewracający się talerz. za późno, na obrus i sukienkę leje się struga czerwonej cieczy. Katastrofa! Pan Marian gwałtownie wstaje. No tak cedzi było za pięknie. Moja dorosła córka jak nikt na świecie potrafi fundować mi rozczarowanie. Przez chwilę, Andżeliko, wydawało mi się, że jesteś coś warta. Przez krótką chwilę. (...) Wstyd! Wstyd mi, że jesteś moim dzieckiem!.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 341
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Irena LanJau
KOSZMARNY NARZECZONY
Mltjika Blbllotaka Publiczna Im. B. Pruaa w Mlawla
iiiimiHim
10005990
Tekst © copyright by Irena Landau
Okładka © copyright by Ihor Moniatovskyi © Wydawnictwo „Jaworski” 01-391 Warszawa, ul. A. Krzywoń 6/45 e-mail: [email protected]
Wydanie I
WARSZAWA 2006
ISBN 83-88797-69-7
Dział handlowy tel./fax 022-862-40-36
Rozdział I
SEN
Śniło mi się, że w nocy wyszłam z domu, ale byłam w jakimś bezpiecznym świecie, gdzie nie trzeba się było niczego bać, ani bandytów, ani samochodów, ani tego, że rodzice będą się niepokoić. Zwyczajnie sobie wyszłam, bo chciałam być na dworze i pospacerować. Doszłam do jakiegoś pięknego ogrodu, który otaczał ambasadę francuską. Nie wiem czemu akurat ambasadę i czemu akurat francuską, jeszcze się zastanowię, bo przecież jakiś powód chyba musiał być. Niedaleko bramy rosły zielone krzaki, położyłam się wśród miękkich witek na pachnącej ziemi i spojrzałam w niebo. Było jednocześnie czarne i świetliste, błyszczały na nim gwiazdy, niektóre były małe, a niektóre o wiele większe. I część’tych gwiazd spadała, pomyślałam, że kiedy gwiazda spada, trzeba czegoś sobie życzyć. To było jakieś okropnie ważne życzenie i ucieszyłam się, że teraz na pewno się spełni. A potem zaczął padać ulewny deszcz, podniosłam się i poszłam do niedalekiej portierni, do której akurat dojeżdżała czarna, elegancka limuzyna. Jakaś kobieta pozwoliła mi wsiąść i zabrała mnie na przyjęcie do tej ambasady, gdzie wszyscy patrzyli na mnie jak na raroga (właściwie nie wiem, co to jest raróg, znam go tylko
z tego powiedzonka). Sen przestał być taki przyjemny i obudziłam się.
Zajrzałam do słownika — raróg to jest ptak drapieżny z rodziny sokołów, a patrzeć na kogoś jak na raroga, to znaczy patrzyć jak na jakieś dziwadło. Nie wiem, czemu we śnie wpadło mi do głowy takie staroświeckie określenie, Maciek by powiedział, że patrzyli na mnie, jakbym dała plamę, albo ciała i że miałam w tej ambasadzie przechlapane. Tego snu chyba nie opowiem Maćkowi, on nie zrozumie, jak się wspaniale czułam, patrząc na te spadające gwiazdy. Cudownie. Chyba byłam po prostu szczęśliwa i okropnie się cieszyłam, że spełni się to moje życzenie, moje marzenie...
No, a teraz będzie najlepsze. Szlag by to trafił, po prostu można pęknąć ze złości, mam całkowicie przerąbane i aż mnie skręca. Nie pamiętam, za żadne pierniki nie mogę sobie przypomnieć, co to było za życzenie, o czym myślałam leżąc w tych pachnących krzakach, co szepnęłam tej spadającej gwieździe. Gdyby to wszystko stało się na jawie, mogłabym wziąć pod uwagę parę opcji, jest kilka rzeczy, o których marzę, które obv się stały w' moim życiu. Ale kto wie, co człowiekowi może strzelić do głowy we śnie? Może chciałam na przykład, żeby niebo było fioletowe? Może życzyłam sobie, żeby mój pies zaczął mówić? Może chciałam, żeby z kranu płynęła coca cola? Może wpadł mi do głowy jakiś zupełnie kretyński pomysł, może chciałam grać na trąbie? Albo mieć skrzydła anielskie? Albo, żeby mama ugotowała żurek? Bijcie mnie, zabijcie, wiem, że to życzenie wypowiadałam w uniesieniu, że byłam cala szczęśliwa i pewna, że się spełni i ta pewność sprawiała, że czułam się... no nie wiem... nigdy w życiu nie czułam się taka lekka, nigdy nie było mi tak cudownie. Ale dlaczego? DLACZEGO???
Cały poranek zastanawiałam się, zgadywałam, oczywiście przychodziło mi do głowy milion pomysłów, najbardziej szalony dotyczył mamy, wydaje nr się, że coś ją dręczy, może się w kimś zakochała?! Doprawdy, mam powody, żeby to podejrzewać. Jeśli tak, to sama nie wiem, może powinnam jej życzyć szczęściar Ale nie, spełnienie tego życzenia nie wprawiłoby mnie przecież w zachwvt, jak to, mama miałaby przestać kochać tatę?! To niemożliwe, wtedy ja nigdy nie byłabym szczęśliwa! A może chciałam być już zupełnie dorosła i wyjść za mąż i mieć dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Albo może myślałam o maturze, żeby ją zdać, a potem studiować medycynę i być pediatrą i leczyć chore dzieci, ale tak, żeby każde wyleczyć, żeby wyzdrowiało, bo nie zniosę, jeśli jakieś mi...Nawet myśleć o tym nie mogę.
Nie wiem, chyba gwiazda nie spada tak długo, żeby' wymyślić sobie całą przyszłość. A może chodziło mi o tatusia? Żeby' nie chodził taki smutny? Żeby' nie patrzył na mamę jak zbity psiak, żeby' nie kręcił się koło niej, żeby' się tak nie starał? Serce mi się kraje, kiedy' na to patrzę i myślę sobie, że nie warto, a już najbardziej ja nie jestem tego warta. Mają mnie za głuptasa, za małe dziecko, robią to, a przynajmniej mama, niby' dla mojego dobra. Bo dziecko ma mieć normalny' dom a rozbita rodzina, jak piszą w jednej książce, kładzie się cieniem na życiu potomstwa. 1 ja jestem tym „potomstwem”. Może się i kładzie, a to, co się dzieje, to jest w porządku? Smutna mina mamy, grymas na jej twarzy, ile razy tato ją zwyczajnie cmoka na do widzenia, to jest w porządku ? A westchnienia taty, a to, jak stoi przy oknie, kiedy' mama pół godziny' później wraca z pracy, to jest w porządku i nie otacza mnie żaden cień? Czy' oni myślą, że jestem ślepa?
Boże, tak się cieszyliśmy, kiedy' mama nareszcie dostała pracę, kiedy zaczęła pracować w księgowości firmy „M& R”. Mama od początku była zachwycona, jakie miłe stosunki, mówiła i nawet jej nie przeszkadzało, że siadywała tam po dziesięć godzin.
- Oni cię wykorzystują — narzekał tata, który, co tu dużo mówić, lubił obiady przyrządzone w domu, lubił wracać do czystego, uporządkowanego mieszkania i chociaż pogodził się z tym, że teraz musiał bardziej pomagać mamie, nie był specjalnie zachwycony.
— Ależ kochanie — mówiła mama — przecież mi dobrze płacą.
— No tak, ale czy warto...Wołałbym, żebyś zarabiała trochę mniej, i nie siedziała tyle czasu w biurze.
— To pokaż mi tę pracę, w której będę zarabiała trochę mniej.
Rzeczywiście, żadnej innej pracy nie było. I tato jakoś się przyzwyczaił do nowej sytuacji, nawet jakbyś polubił trochę gotowanie, wracał wcześniej niż mama i czasem robił jakieś zapiekanki, makarony, takie rzeczy. Mama wracała, zjadała, chwaliła. A potem zaczął ją odwozić jeden z jej szefów. Boże, jaki banał ! Nie sądzę, żeby tam między7 mamą a tym facetem coś złego się działo, ale widać było, że mama myśli o nim, ciągle o nim mówiła. Aż pewnego razu tata się zaniepokoił.
— Co jest z tym twoim bossem?
— A co ma być ?
— Ciągle o nim słyszę.
— No to co ? Jak cię nudzi moja praca, to mogę o niej nie mówić — powiedziała mama, a ja w jej głosie wyczułam coś dziwnego. Trochę złości, jakąś zaczepność.
— Nie o to chodzi... — odpowiedział ojciec i nie wiem, czy7 zwrócił uwagę na to, że mama więcej prawne nigdy7 o facecie nie wspomniała. Temat skończył się definitywnie, po prostu jak nożem uciął. yAle nie skończyły7 się podwożenia do domu, tyle, że samochód stawał jakby7 trochę dalej. Z pokoju rodziców i z dużego pokoju nie było go widać, ale z mojego okna owszem. Że też mama o tym nie pomyślała. Może w gruncie rzeczy miała czyste sumienie, tylko wołała, żeby ojciec się nie denerwował. Chociaż właściwie nie wiem, czy można mieć czyste sumienie, jeśli człowiek się zakocha w kim innym? Bo tak, ho po prostu wiem, że mama zakochała się w tym palancie i to, że może nic innego ich nie łączyło (tak myślę), nie było w tym wszystkim najważniejsze. Tatuś też o tym wie, to widać gołym okiem.
Może wtedy prosiłam gwiazdę, żeby mamie przeszło to kretyńskie zauroczenie ? Może to się spełni?
A może prosiłam o wielką miłość dla siebie? Bo Maciek, no cóż Maciek to Maciek, byłby wspaniałym mężem, chłopak odpowiedzialny, punktualny, zawsze schludny, nie nosi żadnych kolczyków ani w uchu, ani w nosie, ani w brwiach, ani prawdopodobnie w pępku. Interesuje się, tak jak ja, medycyną, chce bvć takim plastycznym chirurgiem i uszczęśliwiać ludzi.
— Chodzi sobie babka, podpiera się nosem, tylko sobie wyobraź — mówi — wszyscy się z niej śmieją, w szkole miała ksywkę „nosorożec”. Ma kompleksy, nie wierzy, że można ją kochać, ma całkowicie przechlapane, jest nieszczęśliwa na maksa. A ja robię jej kinol jak marzenie, każda gwiazda z Hollywood może jej pozazdrościć, całe życie jej się zmienia. No?
— Super — odpowiedziałam, bo rzeczywiście, to jest wspaniałe. Każda dziewczyna mogłaby mi pozazdrościć takiego chłopaka, mama aż pieje z zachwytu. Maciek jest synem jej przyjaciółki, nazywam ją ciocią Dorcią, chociaż nie jest wcale naszą krewną. Ale zna mamę jeszcze ze szkoły podstawowej, a z Maćkiem bawiliśmy się w tak zwianym piaseczku. Obie panie już dawno zaplanowały sobie, że będziemy parą, no i rzeczywiście. jesteśmy. Bardzo się lubimy, naprawdę, lepszego przyjaciela trudno sobie w ogóle wymarzyć, wdemy o sobie wszystko.
Także to, że się nie kochamy.
Nie kochamy się w taki sposób, jak na przykład Monika z Sebastianem, jak Eliza z Bartkiem, jak Romeo i Julia, jak pan Wołodyjowski z Baśką, jak kiedyś kochali się moi rodzice. Nikt o tym, oprócz nas nie wie, nie chcemy na razie martwić naszych matek, które już teraz planują nasz ślub i kiedy kilka tygodni temu zapytałam, czy warto teraz o tym myśleć i że przecież w naszym wieku wszystko może się sto razy zmienić, mama popukała palcem w niemalowane drewno, czyli w nogę naszego stołu i powiedziała, że nie chce słuchać takich głupot, że taka miłość, jak moja i Maćka, taka miłość, która trwa od dzieciństwa, nie może zniknąć i one - czyli mama i ciocia Dorcia — już teraz czują się rodziną. I żebym nie wygadywała byle czego, bo jeszcze uroczę. Opowiedziałam o tej rozmowie Maćkowi, a on mi wygnał, że też kiedyś usiłował zasugerować matce, że może nic z tego ślubu nie będzie, a jego matka w ogóle nie przyjęła jego słów do wiadomości, powiedziała, że chyba żartuje i kazała mu iść po ziemniaki. Miał przynieść trzy kilo i nie zapomnieć o koperku i to szybko, a niemądre pomysły może sobie darować. Maciek zapytał, czego ma przynieść trzy kilo, koperku, czy kartofli, a ciocia przegnała go z kuchni ścierką. A potem, wieczorem, ciocia Dorcia jeszcze wróciła do tej rozmowj' i oświadczyła, że jak się dowie, że Maciek pozwala sobie na jakieś nieodpowiedzialne, nawet przelotne flirty z kim innym, to mu oberwie uszy i może zapomnieć o nowym komputerze. Zabawne, oni myślą, że my się kochamy, i ciotka tylko boi się, że Maciek, jak to zwykle mężczyźni, zrobi jakiś skok w bok i wszystko zepsuje. A tu nie ma czego psuć, a w każdym razie nie miłości, której w ogóle nie ma, chyba, żeby tak nazwać wspaniałą przyjaźń. Ale to co innego.
Więc na razie udajemy i wygodnie nam z tym, jest z kim iść na dvskotekę, czy do kina. Ale w pewnej chwili to trzaśnie, już widzę, że Maciek ogląda się za taką Patrycją z równoległej klasy. Nie dziwię mu się, ta Patrycja jest po prostu piękna. Ma matkę Polkę i tatę chyba z Konga. Ten ojciec podobno tu studiował architekturę i został. Patrycja jest niesamowicie oryginalna, a takich oczu nigdy w życiu nie widziałam. Na razie nie mówiłam o tym z Maćkiem, może sam zacznie. On też wszystkiego o mnie nie wie, ale o Kubie oczywiście wie, trudno by było nie zauważyć faceta, który bez przerwy się za mną pęta. Komedia! Dziewczyny nie wierzą, że nie byłam z nim ani razu na randce i że on mnie nic nie obchodzi. Świr, słowo daję, chodzi do klasy maturalnej, lepiej by się uczył. Czasem mnie wkurza, co on sobie myśli? Ale o Franku Maćkowi nie powiedziałam, zresztą nie ma, niestety7, o czym mów-ić. A może to życzenie dotyczyło właśnie Franciszka? Byłoby niegłupio, ale nie wiem, chociaż wysilam łepetynę, jak mogę. Nie, za żadne pierniki nie mogę sobie przypomnieć, można oszaleć, pamiętam te krzaki, niebo, deszcz i na-wet środek tej cholernej ambasady, ale życzenie mi umknęło. Że tak powiem, zapadło się w nicość. Jestem wściekła i okropnie brzy7-dkie słowa cisną się na moje różane wargi! Uch! Zwyczajna skleroza!
I na dodatek tkwi we mnie kretyńska pewność, chyba pozostałość ze snu, że to życzenie się spełni. Tyle, że nawet nie będę o tym wiedziała, coś się stanie i ja nie skojarzę tego z tamtymi spadającymi gwiazdami. A może na przykład Zosi wyskoczy pryszcz na samym środku czoła? Owszem, dobre życzenie, ale chyba wtedy, we śnie, nie ogarnęłaby mnie z tego powodu aż taka euforia. Pryszcz na czole Zosi to byłaby mila rzecz, ale nie aż powód do szczęścia. No więc nie wiem i nigdy się nie dowiem, co sobie wtedy pomyślałam, chyba, że ten sen się powtórzy. Czy to jest w ogóle możliwe? Chyba me, a poza tym skąd bym wiedziała, że to jest takie samo ży7czenie? U tam, pomieszanie z poplątaniem, powinnam w ogóle ptzestac o tym my7sleć i wziąć się za chemię ostatecznie ile pałek można mieć? Chociaż ostatnio miałam sukces, dostałam calutką dwóję. Nasza chemiczka, pani Ełkowicz, nawet się zdziwiła.
— No, no — powiedziała — co za sukces, kto by pomyślał, musiałaś się porządnie przyłożyć.
Nie lubię pani Eł i tyle.
W ogóle życie jest niesamowicie skomplikowane.
Rozdział II
Życie czasami jest jakieś takie ironiczne, sama nie wiem, jak to nazwać. Tego, co się stało, na pewno nie życzyłam sobie we śnie. Teraz już powoli dochodzę do siebie, pielęgniarka mówi, że powinnam myśleć o samych przyjemnych sprawach, to nie będzie mnie tak głowa bolała i w ogóle lepiej się poczuję. Dobrze jej mówić, niby o czym mam myśleć, jak wszystko się wali i ciągle mi się wydaje, że w domu trwa ta kretyńska impreza, a muzyka gra w dużym pokoju. Nawet myślałam, że Andżelika, moja koleżanka, która leży na sąsiednim wyrku, nastawiła tak głośno radio, ale nie. Teraz śpi, a mnie w głowie ciągle kotłuje się tamten wieczór. Bo nie wiem, po jakiego grzyba rodzice zrobili taką hecę, może nie chcą się przyznać, że coś się wali, może mama usiłuje skleić ten rozbity garnek, może ojciec myśli że to wszystko jeszcze się ułoży, że mama się opamięta. Same „może”, i nic dziwnego, przecież ja właściwie nic nie wiem, tylko się domyślam. Ludzie mówią takie rzeczy, że człowiek sam już nie wie. Kiedy mama mieszała z zapałem bigos, kiedy posłała mnie po groszek w puszce do przybrania półmiska z wędlinami, miałam przez chwilę nadzieję, że p^że ńil ię zdawało, może jestem durną kreumką, a ten pan
jest po prostu szefem mamy i tyle. Bo po co by z taką pompą urządzali dwudziestą rocznicę ślubu, jeśli by wiedzieli, że się mają zamiar rozstać? A może nie mają zamiaru?
Przyszło ze dwadzieścia osób, tłok, krzyk, duszno jak diabli, a kiedy tato otworzył okna ,taka znajoma mamy jeszcze ze szkoły, Mariola, zaczęła się drzeć, że jest przeciąg, że ona od przeciągu dostaje zapalenia ucha, żeby natychmiast zamknąć. No to tata zamknął, i wtedy zaczęła mantyczyć jedna starsza pani, że nie ma czym oddychać i ona zaraz padnie na serce. Więc mama otworzyła okno w moim pokoju ,a drzwi zostawiła uchylone i wtedy okazało się, że nie mam wyjścia, że muszę tak, czy siak, uczestniczyć w tej imprezie, a przynajmniej słuchać tego, co dorośli nawijają.
Nie jestem taka głupia, żeby uważać wszystkich starszych ludzi za kretynów, absolutnie nie. Ale kiedy ludzie zbierają się do kupy, rzadko słyszy się coś sensownego, niezależnie od ich wieku. Weźmy moje koleżanki — z prawie każdą oddzielnie można się doskonale dogadać, rozmawiamy o wszystkim, począwszy od plotek, a skończywszy na Platonie. Ale niech się nas zbierze kilka na raz, od razu w powietrze lecą niesamowite głupoty. Chichoczemy, dokuczamy sobie, obgadujemy chłopaków, opowiadamy jakieś zmyślone historyjki, piszczymy, można puścić pawia na sam nasz widok. Nie jeden raz w tramwaju, kiedy na przykład klasa jechała na wycieczkę, widziałam zgorszone spojrzenia dorosłych. „Dzisiejsza młodzież”. Już podobno na murach Pompei znaleziono podobne napisy. Ludzie w grupie zachowują się zupełnie inaczej, niż w pojedynkę, to się podobno nazywa „psychologia tłumu”, czy jakoś tak.
No więc w domu kłębił się ten tłum, a mama z ciocią Dor-cią najwięcej czasu spędzały w kuchni, a kuchnia jest bliżej mojego pokoju, niż tak zwany salon. Więc wszystko słyszałam.
— Na łeb ci się rzuciło, Agata, jak możesz? — warczała ciocia Dorcia.
- Co „jak mogę”, przecież ci mówię, że nic między nami nic było.
-Jakie „nic”, a te kwiatki, to podwożenie do domu? A to, że bez przerw}7 o nim myślisz?
- Dorcia, to jest zupełnie co innego, niż sobie wyobrażasz.
— Nic sobie nie wyobrażam, ale to nie jest w porządku, Leszek sobie na to nie zasłużył.
- Na co sobie nie zasłużył, bredzisz!
— Daj spokój — sarknęła ciocia Dorcia — Leszek nie jest idiotą. I Laura też nie.
— Co ma do tego Laura?! Jakich plot się nasłuchałaś ?! Możesz być pewna, że Leszek i Laura mają swój rozum i nic złego nawet im do głowy nie przychodzi.
- Akurat, na pewno widzą, jak chodzisz i wzdychasz. Romansik z szefem, co za banał, opamiętaj się !
— Dora, przyjmij do wiadomości, że nie wiesz, o czym mówisz. Weź te kanapki i zanieś ludziom. Nie, czekaj, jeszcze zamieszaj bigos, bo ja mam całe ręce w tym cholernym keczupie.
No, była chwila przerw}, mama umyła chyba ręce i poszła do gości. Do kuchni wszedł taki jeden kumpel taty, pan Rysio, zajrzał do lodówki, wyjął puszkę piwa i już zabierał się do otwierania, kiedy zjawił się tato. Pomyślałam sobie, że jeśli był w łazience, to musiał słyszeć rozmowę mamy z ciocią Dorcią! O rany!
— Czuj się jak u siebie w domu, nie krępuj się, piwa ci u nas dostatek — burknął takim wściekłym głosem, że chyba miałam rację, wszystko słyszał!
— O rany, kpisz, czy co? — zaczął się obrażać ów R\ sio.
- Wcale nie kpię, co ty, przyzwyczajony jestem, że wszyscy mają mnie za osła, któremu każdy może wejść na głow7ę. A może ci jeszcze pokazać, jak się otwiera sejf? Przykro mi, ale nie mam sejfu. A może chcesz moją obrączkę, albo pierścionek Agaty?
— Odbiło ci ?
— Nie, ale w pokoju stoi może dziesięć puszek, a te dwie schowałem dla siebie , chyba mam prawo?
— Nigdy nie lubiłeś piwa.
— Słuchaj, to nie twój interes, lubiłem, czy nie. Moja lodówka, moje piwo, czego jeszcze sobie życzysz, może ci dać moje koszule, albo gacie?!
Aż mnie zatkało w tym moim pokoju, tata był niepodobny do siebie, zawsze wyrażał się, no jak by to ująć, kulturalnie, a tu nagle napada na tego gościa i właściwie za nic, wielkie rzeczy, jakieś świńskie piwsko. Kiedy u kogoś z nas jest impreza, każdy bierze z lodówki co chce, mama Maćka nawet wynosi część żarcia na ten czas do sąsiadki. Może takie buszowanie po cudzej lodówce nie jest w porządku, teraz pomyślałam, że chyba naprawdę nie jest, ale ostatecznie trudno to nazwać kradzieżą. A ojciec zachowywał się tak, jak by przyłapał tego Ryszarda na rabunku. Znajomy taty się wściekł i nawet mu się nie dziwńę.
— To piwo z pokoju jest ciepłe jak psia noga — warknął — a mnie suszy. Ale masz, zabieraj je sobie, możesz je sobie wsadzić w... Mam gdzieś twoje piwsko i tę całą rocznicę, a jak chcesz oddać komuś swroje gacie, to polecam szefunia Agaty
Zrobiło mi się po prostu słabo, skąd ten facet o nim wiedział? Chyba, że ciocia Dorcia powiedziała o swoich domysłach jego żonie.Ona też tu była, tańczyła w salonie z jakimś gościem. Co za ludzie, ciocia Dorcia, najlepsza przyjaciółka mamy, a taka plotkara. Powinnam uprzedzić mamę, żeby się babie nie zwierzała. Powie się jedno słowo, a z pyska takiej paiici wyleci dziesięć. Z miejsca znielubiłam ciocię Dorcię, ale przyszło mi do głowy, że kto wde, może jego żona dowiedziała się jakoś inaczej, a może mama jej sama powiedziała? Też się z nią przyjaźniła, nie tak, jak z matką Maćka, ale jednak. Chadzały razem na kawę do „Muszelki”, czasem we dwie, a czasem w trzy babki, raz nawet byłam tam z nimi.
Dziwię się mamie, że w ogolę komuś powiedziała o tej swojej sympatii, czy jak to nazwać, do owego cholernego faceta. Bo może coś w tej gadaninie jest? Chciała się poradzić, czy co? Może zastanawiała się nad rozwodem? Aż mi się zimno zrobiło, Boże, co teraz będzie? Żal mi taty i żal mi mamy, jeżeli kocha innego, to musi się okropnie czuć, może byłoby jednak lepiej, gdyby wyszła za tamtego...Nie, nawet mi się o tym nie chce myśleć, to jakieś nieporozumienie! Nie widziałam aż tak dobrze taty, ale na pewno albo zbladł, albo się zaczerwienił, albo zrobiło mu się słabo. Bałam się, że zemdleje w tej kuchni, ale nie.
- COŚ TY POWIEDZIAŁ??? - krzyknął.
— To, co słyszałeś.
— Chcesz po łbie?!!
— Proszę bardzo, tylko żebyś potem nie płakał.
- Świnia — wyjąkał ojciec, którego nagłe opuścił duchboiow# — bydlę. Jak możesz?!
Panu Ryśkowi widocznie zrobiło się głupio.
— Bo po co na mnie napadłeś, czepiasz się głupiego piwa, wkurzyłem się. I tak sobie powiedziałem, nie znam tego jej szefa.
- Nie zalewaj. — powiedział zmęczonym głosem tato — Miałeś coś na myśli, może nie?
- Nic nie wiesz o gościu? - zdziwił się pan Ryszard.
- Niby co mam wiedzieć? Szef jak szef.
— I niczego nie podejrzewasz?
- Niby czego ? Nie muszę zwracać uwagi na babską gadaninę.
- Nie udawaj Greka, oni się ciągle spotykają, wszyscy o tym mówią.
— Niech mówią, ja wierzę Agacie. No, może go trochę za bardzo lubi, ale jej przejdzie.
— I tak spokojnie patrzysz, jak Agata cię roluje ?
— Słuchaj, odczep się, nikt mnie nie roluje. Na pewno nic się tam takiego nie dzieje. A ty też myślisz, że ona... no, że oni...?
Usłyszałam prychnięcie, głos Ryszarda aż ociekał pogardą.
— Owszem, myślę, a ty nie strugaj naiwniaka. Nawet nie wiem, jak cię nazwać, ja bym mojej Maryśce nogi powyrywał, a temu gnojkowi powybijał wszystkie zęby! Talerze by po domu fruwały, zamknąłbym babę.na klucz ! Coś takiego! A ty sobie spokojnie czekasz! I doczekasz się, aż cię rzuci do diabła i zejdzie się na dobre z tym palantem ! I co wtedy zrobisz ?
— A co można w ogóle zrobić, nawet, jak by to była prawda?! Chociaż to są głupie ploty i tyle.
-Jak chcesz być ślepy, to proszę bardzo, twoja sprawa.
Siedziałam w pokoju i chciało mi się płakać, nie wiedziałam, jak jest naprawdę. Rzeczywiście, mama często widywała się z tym szefem, czasem nawet dzwonił w sobotę i mama mówiła, że musi na chwilę wyskoczyć, żeby się z nim zobaczyć. Może ten Ryszard ma rację? Może tata wie, tylko woli chować głowę w piasek, albo jest taki flegmatyczny, czy gapowaty, czy tolerancyjny, sama nie wiem, jak to nazwać. A może mamie taki brak reakcji wcale się nie podoba, może wołałaby, aby tata o nią walczył?
W dużym pokoju rżnęła muzyka, w kuchni na razie nikogo nie było, ten Rysio zabrał jednak zimne piwo i poszedł, a tata wyniósł się chwilkę po nim. Głodna byłam jak pies, postanowiłam wziąć sobie trochę tego sławnego maminego bigosu, jeżeli się nie przypalił. Ale nie, mama, wychodząc, zgasiła gaz, ostatecznie danko gotowało się już trzeci dzień, mogło chwilkę odpocząć.
Wzięłam z szafki miseczkę, z szuflady obrzydliwą, stareńką łyżkę, bo wszystlde sztućce leżały już na tacce w dużym pokoju, a wcale mi się nie chciało tam włazie. Zmartwienie zmartwieniem, a odżywiać się każde żyjące stworzenie musi. Zanurzyłam wazową łychę w pachnącą brązowawą masę i przechyliłam garnek, żeby wyłowić chociaż jednego grzybka.
Potem wszyscy mówili, że miałam niebywałe szczęście, gdyby mama wcześniej nie zgasiła gazu, to bym się poparzyła o wiele gorzej. To nic była moja wina, kiedy zanurzyłam łychę w bigosie, poślizgnęłam się, przewróciłam garnek, upadlam na podłogę, a bigos upadł na mnie.
Chyba straciłam na chwilę przytomność, bo kiedy się ocknęłam, stał nade mną jakiś lekarz z pogotowia, a przy drzwiach kuchni kłębił się tłum gości. Nie wiem, czy bardziej żałowali mnie, czy tego bigosu, który się zmarnował. Największą frajdę miał Kryształ, mój pies, nazywany w skrócie Krystek, niewdzięczne bydlę żarło ten bigos i aż się zachłystywało z rozkoszy, mama mi potem powiedziała, że odchorował tę ucztę. A ja pojechałam karetką do szpitala. Złożyli mi złamaną nogę, ale przedtem odkopali z tego bigosu i okazało się, że oparzyłam sobie rękę i dekolt. Na ręce zostanie mały ślad, ale na szyi na szczęście podobno nie. To lewa ręka, boli, jak cholera, zabandażowali mnie ,nie wiem, jak to będzie wyglądało i bardzo się martwię, bo może obrzydliwie ? Ale lekarz powiedział, że nie, że najwyżej skóra będzie ciut bielsza. No trudno. 1 jeszcze mi powiedziano, żebym się cieszyła, że ten bigos nie walnął mnie w twarz, że nie spadl na oczy i w ogóle...Brrr. A potem mama jeszcze powiedziała, że w życiu więcej nie zaprosi takiej jednej pani Marty, bo kiedy karetka mnie zabrała i goście zaczęli się rozchodzić i ciocia Dorcia , której mama zostawiła klucze, zaczęła sprzątać w kuchni, to ta Marta wlazła, wzięła garnek, przyniosła
sobie łyżkę z pokoju i wyżarła resztę bigosu. Nawet go wyskrobała. Ciocia Dorcia zapytała, czy jej nie wstyd, takie nieszczęście, a ona myśli tylko o swoim brzuchu. A ta Marta odpowiedziała, że w ogóle nie rozumie o czym Dorota mówi, że od tego, czy się bigos zmarnuje, nie zależy zdrowie tej dziewuchy, czyli mnie. Że przyszła specjalnie na ten bigos i nie ma zamiaru sobie żałować. Na to ciocia powiedziała, że ta Marta powinna wyjść za mąż za Krystka, bo on też żre bigos, chociaż, kiedy Laurę zabierała karetka, to był niespokojny. A Marta, która jest panienką, chociaż ma już trzydzieści pięć lat, zapytała, gdzie jest ten Krystek. No to ciocia jej pokazała i została nazwana ohydną świnią. Pani Marta dojadła bigos i uprzedziła, że więcej jej noga w tym wariatkowie nie postanie. A ciocia już nic nie odpowiedziała, zamknęła mieszkanie na klucz i klucze zawiozła moim rodzicom do szpitala.
No i teraz leżę jak zdechła ryba. Z tą nogą może by mnie wypisali do domu, ale po oparzeniu ręka się paskudzi, więc jeszcze muszę zostać. Andżelika na tę wiadomość nawet się nagle jakby otrząsnęła z tego ciągłego smutku.
— Dobrze, że jeszcze tu pobędziesz — powiedziała — cieszę się.
Ja się nie cieszę. Chociaż, bo ja wiem, mama i tata okropnie się przestraszyli i teraz ciągle przychodzą, czasami razem i wygląda na to, że wszystko się między nimi dobrze układa.. Mama nawet wzięła urlop, może nie ma czasu myśleć o tym szefie, może to się dzięki temu bigosowi rozmyje? Jeśli tak, to warto było złamać nawet cztery nogi.
Maciek też był, przyszedł trzy razy sam, a raz z matką, czyli ciocią Dorcią. Przyniósł czekoladki, kwiatki i książkę z dowcipami. Okropnie się spodobał Andżelice i zapytała, czy jestem w nim bardzo zakochana, a ja odpowiedziałam prawdę, że nie. Teraz Andżelika robi słodkie oczy do Maćka. Muszę jej powiedzieć o Patrycji, po co ma mieć nadzieję.
A żarcie jest tu mdłe, gdzie im tam do kuchni mamy.
Rozdział III
ANDŻELIKA
Sensacja, w życiu bym nie zgadła, ona mi wcale na coś podobnego nie wygląda, pojęcia nie miałam co jej jest, a tu taka niesamowita historia. Okazuje się, że Andżelika w ogóle nie powinna leżeć na tym samym oddziale, co ja, ale tam nie było miejsca i położyli nas razem, bo jesteśmy w podobnym wieku. Zresztą obie nie będziemy tu zimować, mnie się łapa zaczyna goić, a ona też już się czuje o wiele lepiej.
Od razu na początku zapytałam co jej jest, też ma jedną rękę zabandażowaną, myślałam, że może też ją oparzyła, ale ona jakoś' tak burknęła, że się zatruła, ale kiedy zap\ tałam czym, bo Maciek kiedyś zatruł się lodami, zmieniła temat, a ja potem do tego nie wracałam . Jakoś zapomniałam, odtruli ją i dobra, nie ma co miętosić tematu. Zresztą z Andżeliką jest o czym gadać, lubię ją nie muszę ostatecznie wiedzieć, czy zaszkodziły jej lody, czy jakaś inna golonka. Gadamy całymi dniami i wczoraj Andżelika mnie poprosiła, żebym ją nazywała Anką, bo nienawidzi swojego całego imienia, a jak wziąć tylko dwie pierwsze i dwie ostatnie sylaby, to właśnie wychodzi „Anka”. Tylko kiedy jej mama przyjdzie, to nie, to niech już będzie całe imię, bo mama jest bar-
dzo z niego dumna i uważa, że obdarowała córkę już, jak się wyraziła, w zaraniu życia, najpiękniejszym imieniem na świecie.
— No dobra, jak chcesz — powiedziałam — chociaż Andżelika też jest w porządku. O co ci chodzi?
— O nic, po prostu tego nie lubię.
— A jak masz na drugie imię?
— Bibianna.
— Naprawdę?!
— Naprawdę. Mama chciała, żeby było oryginalnie.
- No i jest.
— Dobra, ale pamiętaj, że wolę być Anką.
— Proszę bardzo — zaśmiałam się — mnie tam wszystko jedno.
Ciągle przynudzam tymi imionami, ale nie o to chodzi, w ogóle nie o to. No więc wczoraj przyszła mama Andże...tego, Anki, Anka akurat poszła na zastrzyk, a jej mama zaciągnęła mnie do korytarza, za róg, tak, żeby Anka nie mogła nas zobaczyć, kiedy będzie wracała. Nie rozumiałam o co babce chodzi, jaki może mieć do mnie interes zupełnie obca kobieta. No dobra, ale wlokła mnie, to za nią pokuśtykałam , ostatecznie nic mi w tym szpitalu pełnym kręcących się ludzi nie mogła zrobić. Za rogiem prawie przycisnęła mnie do ściany, stanęłam, chociaż w tym gipsie było mi bardzo niewygodnie.
— Dziecko kochane, Bogu dziękuję, że Andżelika jest w jednym pokoju z taką porządną, odpowiedzialną dziewczyną.
Spojrzałam na nią, skąd ona może wiedzieć, czy jestem odpowiedzialna, a może właśnie uciekłam z domu i zamordowałam parę małolatów?
— Moje serce to czuje — odpowiedziała na pytanie, które chyba wyczytała z mojego wyrazu twarzy — moje serce czuje, że jesteś naszym ratunkiem!
- ???
- Nie dziw się tak, czy dziecko ci mówiło, dlaczego tu leży?
- Zatruła się — odpowiedziałam.
- No tak, chociaż to niby prawda, ale nie cała, mój Boże, to nie jest cała prawda. Ona, kochanie, zatruła się proszkami. I potem ciachnęła się żyletką ! I nikt nie wie, dlaczego!
Głupio mi się zrobiło. Narkotyki to jest coś, co nie mieści mi się w głowie, coś, o czym nawet nie chcę słuchać, chociaż może nie mam racji, bo należy wiedzieć, co się obok człowieka dzieje. Ale na samą myśl o tych obrzydlistwach robi mi się gorąco ze strachu. Nie chcę mieć z tym wszystkim w ogóle do czynienia, nie chcę gadać z nikim, kto zażywa to koszmarne świństwo. Taki ktoś, to ostatni kretyn, każdy wie, czym się kończy ćpanie i prawie każdy ćpun jest sam sobie winny. Kiedy słyszę, że ktoś nie jest winien, bo go namówiono, szlag mnie trafia, nikt nie musi się stosować do kretyńskich namów, skoro wie, że pakuje się przez to w horror. W ogóle chcę być od takich spraw jak najdalej ,a jeżeli babsko myśli, że znalazło sobie kogoś, kogo w to wkręci w taki, czy inny sposób, to się myli. Niech poślą Ankę na odwyk, sorrv, przykro mi, ale ja nie chcę w ogóle mieć z narkomanami do czynienia, za żadne pierniki. Wiem, że to nie jest w porządku, że powinno się podać rękę, pomóc, takie tam, przykro mi, ale nie. Nie i już. Skóra mi ścierpła, postanowiłam z miejsca wywiewać ze szpitala. Ręka już się goiła, mogę przychodzić z domu na opatrunki, wołę kuśtykać nawet na piechotę, niż leżeć z narkomanką na jednej sali.
- Przedawkowała ? - wykrztusiłam — Ale co?
— Moje środki nasenne — zapłakała babka — moje własne środki nasenne ! A potem się pokaleczyła ! Boże, przecież ona ni ;dy nie chciała nawet łyknąć aspiryny, każdą pastylkę musiałam jej od dzieciństwa silą wpychać, teraz też tak jest, mówiła, że ją od lekarstw mdli. Jak miała wziąć zastrzyk, to jeszcze miesiąc temu musiałam ją przekupywać, tak się bała, a to było tylko szczepienie przeciw grypie...a tu nagle... Ja, rozumiesz, nie mogę spać, bo mój mąż...jednym słowem mam bardzo, ale to bardzo ciężkie życie. Ten ciągły brak pewności, chwiejna stabilizacja... I biorę co wieczór medykamenty , muszę mieć zapas, więc każdego lekarza proszę o receptę...To są drogie proszki, ale akurat u nas pieniądze nie grają roli, to znaczy owszem, mój mąż jest oszczędny, chciałam mieć własny samochód, a on mi zaproponował coś takiego, w czym wstydziłabym się nawet podjechać pod supermarket, i o pianinie nawet nie chciał słyszeć, a przecież taka panienka jak Andżelika powinna uczyć się muzyki. Fortepian albo pianino, to szlachetny instrument, moja babcia tak pięknie grała walczyki...Ale mój mąż trzyma kasę żelazną ręką. Tak więc widzisz, że moje życie nie jest usłane różami, a na dodatek biedna Andżelika jest, jaka jest. Ale bardzo ją kocham i nigdy bym nie...
Czułam, że zaraz upadnę, na tej nodze w gipsie trudno było ustać. Nie bardzo rozumiałam, o co matce Anki chodzi, ale jakoś przestało mi to wyglądać na narkotyki.
— Przepraszam — przerwałam mamie Anki - ale ja już nie mogę stać.
— A to nibv czemu?
— Noga mnie boli w tym gipsie.
— W jakim gipsie?— zdumiała się matka Anki.
Nie zauważyła! No dajcie ludzie spokój, w ogóle nie zauważyła, że mam złamaną nogę, głupia, czy co? Inna rzecz, że noszę piżamę, ale jednak...
— W zwyczajnym, mam złamaną nogę.
— Och, rzeczywiście, no to sobie usiądziemy, czekaj, ja tutaj, a ty sobie przynieś krzesełko, stoi tam pod drzwiami, widzisz?
Niesamowita facetka, jak miałam sobie przynieść krzesło, skoro podpierałam się kulą i ledwo lazłam? Rozsiadła się spokojnie, rozejrzała się dookoła, do głowy jej nie wpadlo, że akurat w tej sytuacji, to ona mnie powinna nosić stołki. No nic, właśnie przechodził lekarz, zobaczył, jak mocuję się z krzesłem i krzyknął:
- Co ty sobie wyobrażasz, smarkata, za co się łapiesz, chcesz się przewrócić i rozwalić sobie drugą, nogę? Żeby było do pary?
Złapał krzesło i postawił obok mamy Anki, bo machała ręką, że to niby tu.
- Pani nie powinna córce pozwalać na takie numery — powiedział — ta dzisiejsza młodzież jest pieodpowńedzialna.
Poszedł sobie, a mama Anki spojrzała za nim.
- O co mu chodziło, przecież krzesła nie nosisz nogą, tylko ręką i moją córką też nie jesteś, a szkoda — westchnęła — ale może trochę racji miał, przepraszam, nie pomyślałam. Trzeba nam było usiąść o, tam, tam stoi kilka krzeseł obok siebie. Bo mnie, rozumiesz, nie wolno dźwigać, rok temu miałam operację wyrostka. To znaczy ślepej kiszki. Mówiłam ci, że życie mnie nie pieści. No, a teraz ta historia z Andżeliczką. To już doprawdy szczyt wszystkiego, gdybym przyszła godzinę później...
Okazuje się, że ta kretynka, Anka, usiłowała popełnić samobójstwo, wcale nie przedawkowała leków z powodu narkomanii. Zwyczajnie wzięła mamine proszki nasenne i zżarła cały7 zapas. Ale dlaczego, jak można zrobić takie głupstwo ? Może zrobiła to nienaumyślnie ? No nie, czegoś takiego nie da się zrobić przypadkowo, musiała obmyślić sobie cały7 plan, wybrać chwilę, kiedy7 nikogo nie będzie w domu, ukraść matce te tabletki, połknąć je, popić wodą... A potem jeszcze wzięła żyletkę i... Na żaden przypadek nie ma tu miejsca. Biedna Anka, co mogło ją aż tak wkurzyć ?
- I co, pani ją znalazła?
— \X laśnie. O mało nie dostałam zawału. Zadzwoniłam na pogotowie, a potem do męża. Musieli mnie ratować, o mało nie
umarłam... Nie wiem, za co Bóg mnie tak każę, przecież jesteśmy oboje zdrowi i ja i mąż, a tu takie dziecko. Takie pomysły. I bez tego jej przyszłość leży mi ciężarem na sercu. Lekarze mogą sobie mówić, co chcą, a ja swoje wiem, to wszystko to zwyczajne opóźnienie w rozwoju. Niedorozwój i tyle... Żeby nie umieć napisać porządnie dwóch słów...a teraz to...Moj mąż jest taki okropnie zawiedziony, po prostu żal na niego patrzeć. Dawniej pokładał tak wielkie nadzieje...Nie wiem, co będzie dalej. I tak sobie pomyślałam, że jeżeli byś chciała z nią przebywać...taka znajomość dobrze by dziecku zrobiła.
— Zaraz, jak to „opóźniona”? — zdumiałam się, absolutnie nic takiego nie zauważyłam.
— No, opóźniona, ale to bardzo przykra sprawa — westchnęła ta pani.
Miałam dosyć tej całej nieprzytomnej rodzinki, Anka już chyba dawno wróciła do pokoju, może nawet mnie szuka.
— No tak — burknęłam — ale czego pani po mnie oczekuje?
— Właśnie, moje dziecko, jesteś taka miła, zrównoważona. Wytłumacz jakoś temu dziecku, że całe życie przed nią, że jej braki nie przeszkodzą jej w skończeniu szkoły, że może nawet, mój Boże, przebrnie przez maturę. Nie każdy musi mieć jakieś specjalne zdolności. Myślałam, że geny zadziałają, każda kobieta w naszej rodzinie miała zdolności literackie, moja mamusia wydała własnym sumptem trzy romanse. Ja też, nie chwaląc się, mogę się nazwać poetką, kiedyś nawet wydrukowali mój wiersz w dziale „Czytelnicy piszą”, cała Polska mogła to przeczytać. W domu mam zapisane trzy bruliony. A Andżelika, cóż, nie potrafi napisać bez błędu dwóch zdań. A ten jej charakter pisma, coś potwornego, tego nie da się odczytać! Robi okropne błędy ortograficzne, nauczycielka sugerowała że to nic poważnego, nawet to jakoś nazwała, ale to bzdury, dawniej niczego takiego nie było. Na to pomogą tylko ćwiczenia, ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia. Andżelika musi w każdej wolnej chwili siedzieć i przepisywać różne teksty, a to Pana Tadeusza, a to Potop, a to artykuły z gazet. Opóźnienie, po prostu rozpacz, mąż już właściwie machnął ręką, stracił nadzieję, tragedia. Ale mimo to przecież czeka ją jakieś tam życie, właśnie chcę, żebyś z nią pogadała, dziecko drogie. Taka serdeczna rozmowa przyjaciółek. Nie masz pojęcia, jak liczę na ciebie. Może coś z niej wydusisz, może powie, czemu zrobiła taką okropną rzecz, to grzech, jak można odbierać sobie życie?! Mój Boże! Taka przyjaźń będzie zbawienna dla Andżeliki, bo tak w ogóle ma mało koleżanek, kiedy ma się z nimi spotykać? Musi się przecież uczyć. No i to przepisywanie...
— Zaraz i dlatego ona...dlatego wzięła te proszki?
— A kto może wiedzieć, co takiemu biedactwu wpadnie do głowy. Rozmawiała tu z nią psycholożka, ale też nic z dziecka nie wyciągnęła. Mąż jest kompletnie, absolutnie rozczarowany, nawet nie jest w stanie tego ukryć. A te jej próby pisarskie...Coś okropnego, nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Mąż mówił, że to nieszczęsne dziecko ma ambicje grubo ponad możliwości, że to się źle skończy. Ze to dom bez fundamentów. No i rzeczywiście...
Mąciło mi się w głowie, biedna Anka. Sama mam kłopoty z ortografią, nauczyciele o tym wiedzą, próbuję ćwiczyć, ale żebv całymi dniami... obłęd! Nie wiem, jak mam rozmawiać z tą dziewczyną, co tu pomoże moja gadka, skoro za kilka dni wróci do swojego domu i wszystko zacznie się od początku.
Salowa, pani Jadzia, chyba najmilsza osoba w szpitalu, jechała już z wózkiem, na którym stały talerze z zupą. Tym razem na pewno się nie oparzę, zupsko ledwo parowało, nad stolikiem unosiła się słaba mgiełka.
— Laura, do pokoju! — zawołała pani Jadwiga — Obiad!
Z trudem podniosłam się z krzesła, noga swędziła i cierpła, matce Anki nie wpadło do głowy, żeby mi podać rękę. Spojrzała na zegarek.
— Wszyscy święci, już dwunasta — krzyknęła — a ja nawet nie pogadałam z dzieckiem!
Pobiegła truchtem do naszego pokoju, przytuliła Ankę.
— O, jesteś — ucieszyła się moja koleżanka — myślałam, że już poszłaś.
— Nie, skąd, zagadałyśmy się z Lizą na korytarzu.
— Z jaką Lizą?
— No jak to, z tą? — mama Anki wskazała na mnie, właśnie wtaczałam się przez drzwi.
— To Laura.
— No widzisz, jaką masz starą matkę — uśmiechnęła się kokieteryjnie mama Anki — zapomniałam i to na „L” i tamto. Liza, Laura, właściwie wszystko jedno.
— I tyle czasu rozmawiałyście, może o mnie? — najeżyła się Anka.
Jej mama mrugnęła do mnie konspiracyjnie.
— Ale skąd, Liza chciała się tylko poradzić...
— W jakiej sprawie? — nie wierzyła Andżelika. Już nawet nie poprawiała mojego imienia, widocznie jej mama nie była w stanie go zapamiętać.
— Ach, w rodzinnej.
— Naprawdę?
Co miałam robić, nie mogłam przecież powiedzieć, że baba kłamie.
— No tak, rozmawiałyśmy o sprawach rodzinnych, ale chodziło o moją koleżankę.
Dziadek Mietek byłby mnie zabił. Nie znosił tego rodzaju odzywek, które niby były prawdą, ale jednocześnie nią jak najbardziej nie były.
- To jest perfidne wprowadzanie kogoś w błąd - mawiał -gorsze, niż normalne łgarstwo , bo kiedy się sypnie, człowiek na dodatek mówi, że nie skłamał i nie można mu niczego dowieść. I jeszcze czuje się czysty, jak śnieg, bo powiedział prawdę. Ale ważne są intencje. Zła wola! Fuj!
Niewątpliwie miałam złą wolę, bo chociaż rzeczywiście rozmawiałyśmy o rodzinnych sprawach koleżanki, wiedziałam, że Anka nie odniesie tego do siebie. Tyle, że nic innego nie wpadło mi do głowy. Matka Andżeliki kiwnęła z aprobatą głowąJ jej się podobał mój wykręt. Chyba pomyślała, że jestem cwana.
— No to, kochanie, na mnie już czas — oznajmiła — Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że jesteś w pokoju z Lizunią, że się przy-jaźnicie. Nie martw się niczym, kochanie, wszystko będzie OK, przekonasz się, kto wie, jakie życie się przed człowiekiem ściele, nawet przed dziewczynką z pewnymi trudnościami ? A poza rym, mój aniołku, jesteś w końcu niebrzydka, zobaczysz, znajdzie się chłopiec, za którego wyjdziesz za mąż i będziesz szczęśliwa. W sekrecie ci powiem, że mężczyźni nawet nie lubią inteligentnych kobiet. Niczym się nie martw. Uszy też ci zoperujemy. Pa!
Poszła sobie, a ja nie zrozumiałam ostatniego zdania.
— Anka, jakie uszy? Masz kłopoty ze słuchem?
Anka westchnęła.
- A gdzie tam, chodzi o operację plastyczną. Odstają mi.
— Nie zauważyłam, pokaż.
Anka odgarnęła włosy. Oni chyba powariowali, uszy, jak uszy, no, nie przylegały ciasno do czaszki, ale bvły, że tak powiem, przeciętne. Pomacałam swoje, też były mniej więcej takie same. W ogóle nie było o czym mówić, a operacja chyba nie miała sensu.
- Ty słuchaj, o co ci chodzi, uszy, jak uszy.
- Ja wiem - powiedziała, ku mojemu zdziwieniu, Anka. Myślalam, że to ona ma jakieś kompleksy - ja wiem. Tylko mama
mówi, że powinnam być możliwie jak najładniejsza, skoro inne rzeczy nie dopisują. Może kiedyś zechcę się czesać w ścisły kok i wtedy te uszy... ale według mnie to nie ma sensu. Nic w ogóle nie ma sensu i oni mają rację, do niczego w życiu nie dojdę. Próbowałam, naprawdę próbowałam, tam nie było błędów ortograficznych, komputer mi wszystko poprawił i mimo to... Nic nie ma sensu!
Przestraszyłam się, o czym ona mówi, może nie wybiła sobie z głowy tego nieprzytomnego pomysłu?
— Co ty wygadujesz — powiedziałam — nie można tak. I dlaczego w ogóle wzięłaś te proszki? I jeszcze się pocięłaś, że też nie zwróciłam uwagi na bandaże...
Chlapnęłam to i pożałowałam, że nie ugryzłam się w język. Jak mogłam być taka nietaktowna? Anka spojrzała na mnie i zaczęła:
— Skąd...
Ale przerwała, bo właśnie drzwi się otworzyły i wszedł jakiś facet. Anka wstała z łóżka i rzuciła mu się na szyję.
— Tatusiu !
Gość bez entuzjazmu pocałował ją w czoło.
- Nie ekscytuj się tak, moje dziecko - powiedział jakimś dziwnie zimnym głosem — nie denerwuj się, doprawdy, więcej zrównoważenia.
— Kiedy ja się nie denerwuję — Anka zrobiła się czerwona, jak pomidor — wcale się nie denerwuję, tylko się cieszę, że jednak przyszedłeś. Wybaczyłeś mi?
Tatuś spojrzał na mnie z dezaprobatą.
— Czy panienka może chodzić z tą nogą? — zapytał.
— Łatwiej niż bez — zdobyłam się na dowcip.
— Proszę?
— Mogę.
- A czy panienka zrobiłaby nam te grzeczność i pozwoliła na rozmowę w cztery oczy?
- Czy to znaczy, że mam stąd wy... tego, wyjść?
- Właśnie.
' Przyszło mi do głowy, że to oni powinni wyjść, na przykład do bufetu, ale jak miałam to powiedzieć ? Zresztą co mi szkodziło, mogłam wyjść.
- No dobrze — powiedziałam — to do widzenia.
— Moje uszanowanie — ukłonił się facet.
Wyszłam z pokoju, niech sobie rozmawiają. Może ojciec Anki jest przytomniejszy, niż jej matka? Zal mi ich wszystkich, pewnie mają dobre chęci, ale im nie wychodzi. Myśleli, że dobrze robią i patrzcie ludzie, co z tego wynikło. Chociaż myślę, że Anka grubo przesadziła, mogła napyskować, postawić się, a nie od razu popełniać samobójstwo. A może miała jeszcze inny powód?
Rozdział IV
Kwiatki...Ale jakie? Róże? Dziewięć czerwonych róż, albo trzynaście, dla mnie to szczęśliwa liczba. Tyle, że nie mam takiej kasy. A może trzy? Trzy czerwone róże, symbol miłości, dziewczyny lubią takie sentymentalne zagrania. Gdyby już był bez, kupiłbym całą gałąź, ale to nie sezon na bez.
A może nie kwiaty, tylko książkę? Co czytuje taka dziewczyna, jak Laura? Mój Boże, jak mało o niej wiem, jest mi najdroższa na świecie, ciągle mam ją przed oczami, a nie wiem, co lubi. Oczywiście oprócz tego kretyna Maćka, smarkacza ze swojej klasy idiot} z damską buziuchną i krzywymi nogami. Nie mogę o nim myśleć, bo krew mnie zalewa, ciągle ze sobą gadają, a ja na własne oczy widziałem, jak ten bałwan robił słodkie oczy do Patrycji DO PATRYCJI!!! Czy ten chłopak nie ma za grosz wstydu, czy nie jest Polakiem, czy nie ma dumy? Patriotyzmu?
