Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Witamy, przedstawiamy wam waszych rówieśników, którzy uczą się, są zakochani na śmierć i życie, czasem z wzajemnością, a czasem niezupełnie. Przedstawiamy wam Patryka, który nie ma lekkiego życia oraz jego opiekunów pana i panią Owieczko. Poznacie też panią Weronikę, której w prawdziwym życiu wolelibyście nie spotkać.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (2)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 264
Rok wydania: 2005
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CIOTUNIA
Z PIEKŁA RODEM
IRENA LANDAU CiOTONIA Z PIEKŁA RODEM
Tekst © copyright by Irena Landau Okładka © copyright by Ewa Szydłowska © Wydawnictwo „Jaworski” 01-391 Warszawa, ul. A. Krzywoń 6/45 e-mail: jaworski [email protected]
Wydanie 1
WARSZAWA 2005
Dział handlowy tel./fax 862-40-36
ISBN 83-88797-51-4
I
I
I
I j
t
i
PROLOG
Weronice wydawało się, że takiej miłości, jaką właśnie przeżywa, nie było nigdy ani nigdzie. Na sam widok Adama bilo jej serce, gdy słyszała jego głos, traciła oddech. Każde spotkanie, często wyczekiwane bardzo długo, było pasmem najszczęśliwszych chwil, a każda z tych chwil była pełniejsza, bardziej znacząca, lepiej zapamiętywana, niż całe dnie, a nawet tygodnie, szare tygodnie, kiedy nie widziała Adama. Na lekcjach pisała jego imię w brulionie z czarną, miękką okładką. Teraz już takich zeszytów, chyba nie ma, pani Weronika rozglądała się często w sklepach papierniczych, były tam wspaniale oprawione notesy, różnego rodzaju zeszyty w twardych, kolorowych okładkach, ale takiego brulionu nigdy nie znalazła. Zresztą nie był już potrzebny, już na pewno nigdy nie napisze niczego, co wyrażałoby jej miłość do Adama. Mój Boże, z latami nawet to uczucie zblakło. A może nie?
W brulionie imię „Adam” było pisane wprost i wspak, małymi i wielkimi literami, było pisane piórem, długopisów wtedy przecież nie było, więc piórem, ołówkiem i kolorowymi kredkami. Było otaczane kółkiem i serduszkiem, było łączone z imieniem Weroniki w najbardziej wymyślny sposób. Weronika kaligrafowała też swoje imię z nazwiskiem Adama. „Weronika Jaskólska”, jak to pięknie wyglądało. „Wera J.”, „Weronka Jaskólska”, „Weronika Adamowa Jaskólska”.
Nic z tego. Żadna Jaskólska, /\dam ożenił się z kim innym, zerwał z Weroniką i nie zostawił nawet swojego zdjęcia. Z latami gubiły się gdzieś rysy jego twarzy, zresztą teraz ma... miałby? No więc teraz ma przeszło siedemdziesiąt lat. Nie do wiary!
Jak można było zaprzepaścić taką miłość, na pewno nikt go nie pokochał tak, jak Weronika, dla nikogo nie był całym światem. Nie liczyło się nic innego, nawet dwója - która wtedy była stopniem „niedostatecznym” - nawet dwója z chemii, opłakiwana i dręcząca, była niczym wobec tego, że Adam znów nie przyszedł, znowu nie zatelefonował, że w czasie wakacji nie odpowiadał na płomienne list)’ Weroniki. Może zbyt płomienne?
Minęło wie lat, Weronika wyszła za mąż, owdowiała, syn się ożenił, a miłość do Adama ciągle jednak tkwiła cierniem w sercu. Może właśnie wtedy Weronika zaczęła gorzknieć, każdy by zgorzkniał, każdy! Weronika uważała, że życie jest podłe, nikt jej nigdy tak naprawdę nie kochał. Nawet ten Bolcio, ten okropny Bolcio, który wyznawał jej miłość, przylatywał z kwiatkami, skamlał u jej nóg, także potem, tyle lat po ślubie ją zdradził. Weronika oczom nie uwierzyła, kiedy zobaczyła go z bardzo młodą kobietą, szli pod rękę, a tamta była w ciąży.
Gdyby Weronika mogła coś podobnego przewidzieć, nigdy by się nie zgodziła na ślub. Bolcio był sąsiadem jej rodziców, ich domki stały obok siebie, między ogródkami była nawet furtka. Bolesława przygarnęła po wojnie jego daleka kuzynka, Gabriela, oprócz niej wszyscy z rodziny zginęli, a ona została w tej willi sama. Oczywiście zamieszkali tam lokatorzy, było ciasno, Warszawa leżała w gruzach i trzeba było przyjmować ludzi do ocalałych domów. Ale byli to obcy ludzie i oprócz Bolka Gabriela nikogo nie miała. I ten Bolek oświadczył się Weronice kiedy tylko dostał przydział własnego mieszkania, a później je nawet wykupił. Kiedy to było, mój Boże, Weronika nie dotknęłaby tego Bołcia szmatą na kiju, gdyby nie chciała pokazać Adamowi, że bez laski, że ona pierwsza weźmie ślub, że wcale jej nie zależy! Ona pierwsza!
No i wyszła za tego Bolka, jednego była pewna, że będzie ją kochał przez całe życie. I srogo się zawiodła, przygruchał sobie tę... tę... już mu nie wystarczył Barteczek, syn jego i Weroniki, tamta też urodziła mu dziecko! Ale Weronika powiedziała - wóz albo przewóz, jeśli się dowiem, że chociaż raz byłeś u tego bękarta, w życiu nie zobaczysz naszego Bartusia! W życiu! Wybieraj!
No i wybrał, rzeczywiście, rzucił tamtą wywłokę, na dzieciaka tyle, że płacił, ale o żadnych kontaktach nawet nie mógł marzyć, Weronika rozliczała go z każdej minuty. I dopięła swego, chociaż, prawdę mówiąc, czuła dla tego Bolcia pogardę nawet za to, co sama na nim wymogła. Mięczak! No i w końcu umarł, wszystko spartaczył, nawet swoją śmierć. Bo gdyby żyl, ta zasuszona stara panna, ta Gabriela, na pewno jemu zapisałaby tę sąsiednią willę, lokatorzy w końcu się wynieśli, mieszkała tam sama. A tak, to nie było pewności co będzie. Weronika była prawie pewna, że zapisze willę Barteczkowi, przecież to syn Bolcia, jej najbliższy krewny.
Weronika układa rzeczy w szafie, jak to się losy plotą, Bolcio umarł, a ta jego wywloką, która była młodsza od niego chyba ze trzydzieści lat, doprawdy, nie wiadomo co zobaczyła w tym ciapowatym Bolciu, podobno tez zginęła w jakimś wypadku. Weronika miała zamiar zatruć jej życie, ale się nie udało.
Sukienki już wiszą, Weronika myśli, że właściwie nie ma po co żyć. Nie ma po co karmić tego starego, pozbawionego resztek urody cielska. Trzyma w ręce paskudną sukienkę, czarną w białe listeczki nagle, zupełnie nagle doznaje olśnienia! Owszem, jest po co żyć! Po to, żeby im wszystkim pokazać, że jej nie można krzywdzić tak bezkarnie! Starsza pani im pokaże, nie daruje, jeszcze ją popamiętają, bała się, że umrze w zapomnieniu, otóż nie, nie zapomną Weroniki, będzie się im śniła po nocach! Nawet ci, którzy umarli, przypomną sobie o mej na tamtym świecie!
Starsza pani już ułożyła rzeczy i usiadła na tapczaniku.
Trzeba sobie to wszystko dobrze przemyśleć, nie wystarczy mieć cel w życiu, cala rzecz w tym, żeby go zrealizować.
ozdzia
DOM MARTYNY
Od dnia, w którym ciotka Weronika zjawiła się na progu domu Martyny, życie stało się trudne do zniesienia. Dziewczyna w ogóle nie rozumiała, dlaczego rodzice zgodzili się na tę nieprzytomną przeprowadzkę i to na dodatek nie pytając wcale, czy ona, Martyna, nie ma nic przeciwko temu.
— Nie pytaliśmy, bo znaliśmy twoje zdanie — odpowiadała mama — i wybacz, ale to są zbyt poważne sprawy', musieliśmy' sami zadecydować.
- A z Wojtkiem rozmawialiście!
- Wojtek jest pełnoletni.
- Ważne rzeczy, dopiero skończył osiemnaście lat!
— Wiesz co, nie zawracaj mi głowy - zdenerwowała się w czasie tej rozmowy' pani Renata - sytuacja była przymusowa.
— Wcale nie, ciotka mogła zamieszkać u Bartka, ma własną rodzinę, syna, wnuki! Dlaczego akurat my?
— Dobrze wiesz, że Bartek nie utrzymuje stosunków z Weroniką.
— Wcale mu się nie dziwię.
— Martyna!
- No co, „Martyna”?! Ciotka jest nie do wytrzymania, to się źle skończy!
No i rzeczywiście w domu Martynki atmosfera codziennie się zagęszczała. Ciotka ciągle jeszcze urządzała swój pokój, wyrzucała stamtąd meble i, nie kryjąc obrzydzenia, różne obrazki i bibeloty.
— Nie rozumiem, Reniu, jak można wieszać na ścianie „Słoneczniki” Van Gogha. Wiszą w każdej poczekalni u każdego dentysty, cóż za banał! W ogóle wieszanie reprodukcji to łatwizna. Przecież taka tandeta nikomu nie może się podobać. Po prostu wstyd przed ludźmi.
— A ciocia by chciała, żebym wieszała oryginały?! Van Gogha?!!
— Nie tylko Van Gogh malował, zresztą to i tak wariat i człowiek rozwiązły, niech mu ziemia lekką będzie. Są inni, ja też trochę maluję...
Mama wzdychała i szła do kuchni. Doskonale wiedziała co robi przyjmując siostrę swojej matki, ale nie było innego wyjścia. Ciotka mieszkała w domu, który przejął na własność pan Kowalski, syn, a może nawet wnuk przedwojennego właściciela tej walącej się już teraz kamienicy. Postanowi! ją zburzyć i wy budować sobie na placu willę z garażem.
Nielicznym, mieszkającym jeszcze w budynku lokatorom, dał niewielkie odszkodowanie, za które można było kupić sobie kawalerkę. Owszem, ale na prowincji, w żadnym razie w Warszawie. Ciotka Weronika przyznała się zresztą do tych pieniędzy dopiero potem, kiedy już od kilku tygodni mieszkała u siostrzenicy.
— Akurat wystarczy tego na mój pogrzeb - stwierdziła - masz mi wystawić pomniczek z bazaltu, postaraj się, żeby to było na Powązkach, nie chcę leżeć w jakiejś Wólce...
— Na Powązkach już dawno zabrakło miejsc.
— Za pieniądze wszystko się znajdzie.
— Po co o tym mówić, ciocia ma dopiero siedemdziesiąt lat, może żyć do stu...
„Nie daj Boże” — pomyślało się wtedy Martynie i aż się przestraszyła własnej myśli. Nie, nie życzyła nikomu aż tak źle. Przeciwnie, namówiła brata na prezent dla pani Weroniki — kupili jej na spółkę dwa kupony totolotka. Może wygra, wzbogaci się i kupi sobie mieszkanie. Najlepiej na drugim końcu Warszawy.
Tymczasem jednak ciotka, a właściwie ciocia-babcia, wiła sobie gniazdko w domu państwa Jankowskich. Cóż było robić, tylko oni mogli ją przyjąć, Martyna mieszkała w siedmiopokojowej willi, w jednym pokoju ojciec urządził sobie gabinet, drugi był sypialnią rodziców, trzeci - to tak zwany przez babcię salon, zwany dawniej stołowym, w czwartym mieszkał brat Martyny, w piątym Martyna, w szóstym, tak zwanym gościnnym nocowali ukochani krewni, gdy przyjeżdżali z Lyonu, lub inni, nie mniej kochani, mieszkający na stałe w Gdańsku. A w szóstym mieszkała babcia. Właściwie cała willa była własnością babci, mieszkali w niej jeszcze jej rodzice, czyli pradziadkowie Martyny. I oczywiście, część spadku po nich należała się także Weronice. Były tam dawniej jakieś rozliczenia. Jedna córka dostała gotówkę, druga domek, ale Weronika zawsze twierdziła, że została pokrzywdzona, a babcia jakby temu nie przeczyła. Formalnie wszystko było w porządku, a jednak babcia wyznała kiedyś swojej córce, Renacie:
- Wiesz, kochanie, rodzice kochali mnie bardziej niż Weronikę.
- Wcale im się nie dziwię - stwierdziła wtedy pani Renata. Znała ciotkę od wieków i unikała jej jak mogła.
— Ale widzisz, to jest błędne koło. Nie wiem, czy rodzice mniej ją kochali dlatego, że była nieznośna, czy odwrotnie.
- Mamo - zaśmiała się pani Renata - nie bądź takim psychologiem.
— Dlaczego?
- Dlatego, że ciotkę w kołysce zamieniły złe wróżki. Zabrali słodkie dziecko, a podrzucili diabełka.
- Daj spokój. A mnie Weroniki żal. I mam wyrzuty sumienia. Ta willa była chyba więcej warta niż to, co ona odziedziczyła.
- I co na to poradzisz.
- Nic. Ale gdyby była w potrzebie...
- To co?
- To uważam, że miałaby prawo tu zamieszkać.
— Mamusiu, na litość boską!
- Nie rób takiej miny, przecież jej nie zapraszam. Ma ładne mieszkanie, ma emeryturę, jakby co, to Bartek jej pomoże.
— Przecież zerwała z nim stosunki.
— Kiedyś się przeprosi.
Ale tak się stało, że babcia Martyny nagle umarła. Jeszcze we wtorek była z wnuczką w kinie, a w czwartek dostała rozległego zawału. Nic nie pomogło, babci już nie było, a na pogrzebie zjawiła się ciotka Weronika i jeszcze w czasie nabożeństwa złapała siostrzenicę za rękaw.
— Biedna Oleńka, świeć panie nad jej duszą - szepnęła - a co robicie z jej pokojem?
Zapłakana matka Martyny nie bardzo rozumiała o co ciotce chodzi.
— Nic nie robimy. Nie wiem.
— Bo jestem w takiej sytuacji — szeptała pani Weronika — w takiej sytuacji... Bo ten drań Kowalski... I właściwie należałoby mi się...
— Ciociu, chcę posłuchać księdza...
— Dobrze, to ja przyjdę pojutrze.
I przyszła. Pani Renata przypomniała sobie wtedy rozmowę z matką i chociaż wiedziała na co się naraża, nie mogła odmówić ciotce.
— Staszeczku — tłumaczyła się - co miałam zrobić? Jej się należy.
- Wiesz, co jej się należy? - o mało nie wyraził się ojciec. — Tak, właśnie to! Obrzydzi nam życie!
- To co ma robić? Stara kobieta, nie ma się gdzie podziać, a pokój mamy jest pusty!
- Ma syna!
— I synową. Wiesz, jak się nienawidzą. Poza tym Bartek mieszka w trzech pokojach z Janeczką i trojgiem dzieci. Tam nie ma gdzie wsadzić szpilki. A pokój mamy...
Ojciec Martyny rozumiał, że nie ma wyjścia.
— Powiedz tej... tej jędzy, żeby nie przestępowała progu gabinetu.
- Sam jej powiedz.
— Żebyś wiedziała, że powiem. Muszę mieć jakiś spokojny kąt.
- A ja?
— Do sypialni też niech nie wchodzi.
I ojciec Martyny rzeczywiście zdobył się na rozmowę z ciotką. Było to dwa dni po przeprowadzce, złapał ją, kiedy obładowana pościelą, schodziła na dół.
— Co ciocia robi?
— Wyrzucam te lachy. Myślisz, że będę spać pod kołdrą nieboszczki? Mam swoją.
— A gdzie ciocia to niesie?
— Do sypialni. Albo do ciebie.
- Ciocia położy to na tym krześle, kiedy przyjdzie Renia, zdecyduje co z tym zrobić. A do gabinetu proszę nie wchodzić, ja tam pracuję. Tego... Tego... przeciąg może zwiać papiery z biurka. Bardzo ciocię proszę. Gabinet to mój azyl. A do sypialni też nie radziłbym zaglądać, tam przy biu-reczku pracuje czasem Renia. A...
Ciotka stała przy krześle w salonie jak przymurowana. Zagryzała wargi, na policzkach wykwitły jej niezdrowe rumieńce.
— Jak śmiesz mi tu rozkazywać?! — zasyczała. — Do gabinetu nie, do sypialni nie! Kim ty tu jesteś, proszę ja ciebie?! Lokatorem, tak lokatorem! Wżeniłeś się w tę willę, to jest dom moich rodziców, nasze dziedzictwo! JA tu jestem u siebie, zrozumiano?! Ja, nie ty! Nie będziesz mi mówić, gdzie mogę wchodzić, a dokąd nie! A z toalety łaskawie pozwolisz mi korzystać?!
- Ależ ciociu...
- Nie jestem twoją ciocią!
- Ależ pani Weroniko...
— Po imieniu możesz się zwracać do swoich kochanek!
- Ależ...
— I nie musiałeś mi rozkazywać! Do twojej śmierdzącej nory i tak nie weśzlabym za żadne skarby. Ani do waszej sypialni. Ohyda!
Pani Weronika podniosła głowę i pomaszerowała do swojego pokoju, a kiedy jej siostrzenica wróciła, została przez ciotkę poinformowana o karygodnym zachowaniu się Stanisława...
— Trochę racji ciocia ma - mówiła później Renata. — Zachowałeś się niezbyt grzecznie.
- A jak mogłem grzecznie jej powiedzieć, żeby nie pętała sie po całym domu?
- Przeproś ją. I tak swoje załatwiłeś.
I przy kolacji ojciec Martynki powiedział:
— Przepraszam panią. Mam nadzieję, że pani zapomni...
— Nie zapomnę, nigdy niczego nie zapominam — oświadczyła ciocia Weronika - nie zapominam i nie przebaczam. Ale możemy udawać, że wszystko jest w porządku.
— Udawać? •
— Właśnie. I dlatego możesz mi mówić „ciociu”.
Martyna widziała, że ojciec chcial coś odpowiedzieć i widziała, jak mama złapała go za łokieć. I tak się tamta sprawa zakończyła. Ciotka rzeczywiście omijała gabinet i sypialnię z daleka, co wcale nie cieszyło Martyny, bo częściej bywała w jej pokoju, a także u Wojtka. Kiedyś, kiedy ciotka spala, oznajmił rodzicom:
— Wezmę i zrzucę babsko ze schodów.
— Wojtek — zdenerwowała się mama — oszalałeś?
— Nie, to nie ja oszalałem. To wy! Lepiej sprzedać willę i kupić ciotce kawalerkę, a nam normalne mieszkanie. Przecież z nią nie można wytrzymać! Wiecie, co mi dzisiaj powiedziała?
— Że u mnie w pokoju rozpościera się odór. Odór!!
Martyna parsknęła śmiechem, uśmiechnął się też ojciec.
— Co was tak bawi?
Ale Wojtek doskonale wiedział, co rodzinę bawi i następnego dnia wyrzucił z szuflad stare kanapki, brudne ubrania włożył do pralki i, co było wydarzeniem nieznanym w dziejach kraju, zamiótł i odkurz' I wszystkie kąty.
— No i popatrz — powiedziała wieczorem pani Renia - ciotka jednak na coś się przydała.
Ale Martyna przeczuwała, że działania brata są spowodowane nie nl-ko słowami ciotki. I miała rację. Następnego dnia w progi ich tak dotąd spokojnego domu wtargnęła następna osoba.
Nazywała się Klaudia, miała długie, proste włosy, które co chwila niesłychanie kobiecym ruchem odrzucała w tył dzwoniąc przy tym kilkoma różnej wielkości kolczykami. W mieszkaniu, obok gderania ciotka, słychać było wieczorami perlisty śmiech Klaudii, która prawie codziennie odwiedzała Wojtka.
Martyna czuła, że dłużej tego wszystkiego nie wytrzyma...
Rozdział II
STARSZA PANI BEZ SUMIENIA
Pani Weronika nie po raz pierwszy w życiu czuła się niezrozumiana, niechciana i pokrzywdzona. Cała ta rodzina była do ostateczności rozpuszczona przez Aleksandrę, która pomimo swojej, według siostry na pokaz okazywanej miękkości i bezradności, zawsze jakby mimo woli osiągała cele. To ona, nikt inny oczywiście, tylko ona, namówiła rodziców do niesprawiedliwego podziału majątku, to jej zapisano dom, wartość stałą i stabilną, a nie pieniądze, które dziś są, a jutro ich nie ma. Bo i pewnie, jeden samochód, drugi, remont, a właściwie przebudowa mieszkania, a potem kupno mieszkania dla Bartka, jeszcze za jego narze-czeństwa z Moniczką. Kto mógł wiedzieć, że ten wyrodny syn tak się zachowa, zerwie z taką porządną panną i ożeni się z tą koszmarną Janiną. Trzy pokoje, wygody, wszystko jak psu w zadek.
Wszyscy ją krzywdzili. Rodzice, koleżanki, Adam!!! Adam! A potem mąż. I jeszcze Ola... I jeszcze... A teraz Renata z tą całą smarkatą Martyną. I z Wojtkiem, już nie mówiąc o mężu Renaty', o Stanisławie, który rozpiera się w mieszkaniu żony, w domu, który bardziej należy' się jej, Weronice, niż jemu. Przecież ma jeszcze ten list, zaraz, gdzie on jest? O, jest, no właśnie, Ola pisze, że ma wyrzuty sumienia, bo pieniądze, które miała Weronka ze spadku, zniknęły, a dom stoi i właściwie Weronka może mogłaby wtedy poprosić ojca, żeby jej zapisał połowę tego i połowę tego. Jest ten list, a oni się tu panoszą.
Ta cała Martyna ciągle chichocze, zobaczymy, czy będzie się śmiać, jak dojdzie do weronczynych lat, przecież mało co tak szybko mija, jak młodość. Martyna nawet się me obejrzy i pewnego dnia zobaczy w lustrze zmarszczki, ciekawe, kto wtedy z niej będzie kpił, przypomni sobie ciotkę Weronikę, będzie taka sama, przecież Weronka też kiedyś była młoda. I co je dzieli, tylko czas, a czas płynie w każdej sekundzie.
I trzeba wykorzystać jego resztki, przypomnieć sobie wszystkie żale, wszystkie krzywdy, wyrównać rachunki. Właśnie, wyrównać rachunki!
Weronka znajduje w nieopróżnionej szufladzie Oli brulion i ołówek, przydadzą się. No więc kogo tu wpisać, kto zmarnował Weronce życie, to jedno, jedyne życie?
Oczywiście pierwsze miejsce należy się matce. Mamusi.
Weronika wygładza kartkę i na górze pisze wersalikami „MATKA”.
* * *
— No i jak było — zapytała Weronka, zaczerwieniona i podniecona — mamusiu, jak było?
Mama nie uśmiecha się, nic przytula córki tak, jak pani Kowalczyk ściska swoją Mariolę, matka ma puste oczy i wydęte wargi.
— Cóż ci mam powiedzieć, moje dziecko?
- Nie, nic — wycofała się Weronka — nic, ja wiem, opuściłam nutę, ja wiem, może trochę za szybko, ale przecież wszyscy klaskali, przecież nawet pani mnie pochwaliła, przecież...
— No, cóż, pani przygotowała ten, jakby to nazwać, pokaz ? Bo przecież nie koncert — mama poprawiła apaszkę, wtedy modne były apaszki w grochy i rzeczywiście, to ładnie wyglądało, apaszka w niebieskie grochy do granatowej sukienki. Weronka też miała na sobie granatową sukienkę z białym kołnierzykiem, ale białych mankietów nie chciała.
— Mamo, dłonie będzie lepiej widać przy ciemnym.
- A kto będzie oglądał twoje ręce? - zapytała z ironią mama. - Czy ty aby nie przesadzasz?
- Pianistom patrzy się na ręce.
— Pianistom... chyba żartujesz. Masz się za Chopina?
— No nie, ale...
- Zresztą mnie - podkreśliła mama - mnie jest to doprawdy obojętne. Bez mankietów, to bez. Co za różnica.
Ale to było jeszcze przed występem, przed tym występem, który stanowił zakończenie trzeciego roku nauki. A Weronika myslała o tym, co było potem. . .
' - Ale mamusiu, no powiedz, jednak powiedz, pomijając te potknięcia, to jak było? Bo podobno mam miękkie uderzenie i...
Mama pokręciła głową, westchnęła.
-Jeśli nalegasz... może masz rację, kto ci powie, jeśli nie matka. No więc, jakby tu, widziałaś kiedyś sukienki naszywane błyszczącymi pajet-kami, czy koralikami, nie wiem, jak to nazwać. Może to i efektowne, skrzy się, błyszczy, ale to tandeta. Niektórym się podoba, ale zapamiętaj moje słowa. Tan-de-ta. Jeśli jednak chcesz się dalej uczyć, to proszę, ja ci przecież pieniędzy nie żałuję. Ale nawet ja lepiej grałam, a twoja babcia miała absolutny słuch.
Mama nie żyje już od wielu lat, pianino dawno ktoś kupił, Weronika nie wie, czy umiałaby wystukać gamę.To słowo wlokło się za nią przez całe życie, cokolwiek zrobiła, cokolwiek kupiła, pierwszą jej wątpliwością, pierwszym lękiem, pierwszą oceną, była nieśmiertelna „tandeta”. Bo przecież prawie nic w życiu nie bywa doskonałe, perełki nie są wspaniałymi perłami, sukienka zawsze mogłaby być elegantsza, meble lepsze, mąż przystojniejszy...
No więc tak, na pierwszej stronie mama i wcale nie tylko za ten występ, o nie, nie tylko. Przede wszystkim za Halinę. Weronika wie, że to banalne, że to po prostu śmieszne, tyle lat minęło, Halina już dawno jest na emeryturze, jej piękne włosy posiwiały, piękna twarz się pobruździła, wokół ust ma zmarszczki, na które ludzie mówią „kurza pupa”. Zresztą Halina też zapracowała sobie na swoją kartkę w tym zeszycie, ale to później, teraz mama. Mama, wiecznie zachwycająca się cioteczną siostrą Weroniki.
- Moj Boże, Witoldzie - zwracała się do taty, dziewczynka dobrze wiedziała co będzie dalej. - Mój Boże, Witoldzie, wpadła dziś Halinka, jakie ta Maria ma szczęście, żeby mieć taką cudowną córkę...
- My też mamy cudowne córki — mówił ciepło tata, no tak, niewątpliwie, to była okoliczność łagodząca, ojciec miewał przyjemne odruchy
— Ależ co ty mówisz, trzeba ci było zobaczyć Halinkę. Co za włosy!
A oczy! I podobno ma same piątki.
— Przecież Weronika też się dobrze uczy.
— No tak — przyznawała mama po namyśle - dobrze. Na ogól. Różnie bywa. A poza tym Halinka ma talent. Maluje i to jak! Ma specjalne lekcje, Maria wydaje na nie majątek, ale warto. A Halinka jest wytrwała, nie to co ty, Weroniko. Nie wiem dlaczego przestałaś chodzić na muzykę.
— Właśnie — ojciec odłożył nóż i widelec — dlaczego? Moje dziecko, nic nie przychodzi ani łatwo, ani od razu. Jeśli wszystko cię będzie nudzić, do niczego w życiu nie dojdziesz.
— Ale tato — broniła się dziewczyna — ja nie mam talentu. Szkoda było czasu.
- Kto ci to powiedział? Mnie się podobało, kiedy grałaś A teraz pianino stoi zamknięte.
— Już nie będę grać.
Mama wzdycha, podnosi oczy do góry ■ Weronika wie, jest pewna, że w ogóle nie pamięta tej rozmowy' po występie, że po prostu uleciała jej z głowy, nie sądziła aby była ważna.
— No i widzisz, Witoldzie, teraz widzisz, co ja muszę znosić, te wieczne kaprysy, niestworzone pomysły. Niby dlaczego nie będziesz grała? Jeśli nawet nie chcesz się dalej uczyć, to przecież możesz choćby dla przyjemności sobie pograć.
— Kiedy właśnie nie sprawia mi to przyjemności. Ty też przestałaś grać, a przecież kiedyś nawet występowałaś i...
— Nie twoja sprawa!
- Trzy lata wyrzucaliśmy pieniądze!
- Dajmy temu spokój - łagodzi ojciec - jeszcze ci ta niechęć przejdzie.
- No właśnie - mówi Ola - ja lubię kiedy grasz.
— Nie przejdzie. Niech Halina na nim pogra.
- Halina nie umie - wzdycha mama - ale za to jak maluje. Wygrała konkurs międzyszkolny.
To prawda, wygrała, zajęła drugie miejsce, nawet pisali o tym w gazecie. Ciotka Maria mało nie pękła z dumy, mama Weroniki jej gratulowała, a potem długo wspominała tę historię.
- No i widzisz, gdybyś ty się do czegoś przyłożyła, może też miałabyś jakieś osiągnięcia. Ale nie, tylko gapiłabyś się w okno. Patrzysz pewnie, czy Adam nie idzie?
Właśnie, Adam, następny na liście. Miał przyjść i nie przychodził, o Adamie trzeba będzie dłużej podumać, ale nie o niego teraz chodzi, tylko o mamę. Skąd zawsze wiedziała kiedy miał przyjść, kiedy zadzwonić?
- Masz teraz zmywać, a nie wgapiać się w telefon. Ola jest w pokoju, jakby ten smarkacz zadzwonił, to by cię wywołała z kuchni. Ale nie ma obawy, nie zadzwoni.
- Wcale się nie umawiałam.
— Akurat, to może się on nie umawiał. Swoją drogą nie rozumiem -mama wierciła córce nożem w otwartej ranie — nie rozumiem, jak można tak się narzucać chłopakowi. I to jakiemu, synowi kuśnierza, doprawdy. Pomyślałby kto, że jest o kim mówić, słyszałam, że ten jego tatuś nie wydewa za kołnierz.
Weronka nie miała o tym pojęcia i była pewna, że mama to całe pijaństwo wymyśliła, ani ona, ani tato nie znali rodziców Adama, ani nie mieli żadnych wspólnych znajomych. Adam mieszkał zresztą w bardzo odległej dzielnicy, na dalekiej Pradze i nigdy' Weroniki nie zaprosił do domu. Skąd mama mogła mieć jakiekolwiek wiadomości o jego ojcu?
- Nic podobnego - mówi na wszelki wypadek i tak gwałtownie odstawia talerz na suszarkę, że o mało nie pęka. — To bardzo porządna rodzina.
- Niech ci będzie, przecież to wszystko jedno, co nas może obchodzić jego rodzina.
— Może obchodzić - Weronka wyciera ręce w ściereczkę, serce jej bi-je, właśnie nadszedł ten moment, teraz, teraz powie, niech mama wie, niech się wszyscy dowiedzą. Ola dwa dni temu o mało nie usiadła na środku pokoju, kiedy Weronka jej się zwierzyła, kiedy opowiedziała, jak to było, i że Adam na tej ławce na skwerku całował ją i całował i w koń-
CU umówili się, tak to jakoś wyszło, nieważne, jak się ta rozmowa zaczęła, ale zanim wstali już byli umówieni — zaraz po szkole, po maturze, bio-rąślub. Więc jest właściwie zaręczona! Mama chyba będzie krzyczeć, będzie przeciwna, nie szkodzi, Weronka jest przygotowana na trudności, wszystko przezwycięży, wszystko, aby być z Adamem. Na zawsze z Adamem, na wieki wieków z Adamem. No już, teraz, dziewczyna czuje się jak ktoś, kto zaraz ma rzucić granat.
— Musi obchodzić — powtarza — bo to będzie też nasza rodzina.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
- Mamo, zaręczyliśmy się - mówi bez tchu.
No, teraz się zacznie.
— Zaręczyłaś się, to się odręczysz - parska mama - też doprawdy. A szklanki kto umyje?
Adam wtedy nie zadzwonił, nie dzwonił przez cały tydzień, a w jego mieszkaniu nie było telefonu, więc Weronika... Nie, o Adamie później. Adam też zasłużył sobie na najgorsze, tyle, że nie wiadomo gdzie się obraca i czy w ogóle żyje. .Ale Warszawa to nie dżungla, jakoś się znajdzie i Adama.
A teraz ciągle mama, mama, która zlekceważyła nie tylko zaręczyny córki, ale wszystko, wszystko co było w jej życiu ważne, najważniejsze, najbardziej znaczące.
Tak więc na pierwszej stronie zeszytu pani Weronika wpisuje: Matka, Wólka Węglowa, a potem w punktach to wszystko, co właśnie sobie przemyślała. Zostaje jeszcze miejsce, będzie można dopełniać. Trzeba też od razu czerwonym kolorem wpisać na dole strony to, co można jeszcze zrobić. Weronice nie drży ręka, całe życie starała się być dobra dla ludzi, tak przynajmniej o sobie myśli, taką ma o sobie opinię, nic drży jej ręka, najwyższy czas się zmienić, dopomnieć o swoje, pomyśleć o własnej satysfakcji, o odwecie, pokazać ludziom, że ona też ma uczucia, że nie można nią pomiatać, że trzeba się z nią liczyć. Weronice nie drży ręka, dosyć się już natrzęsła w życiu nad chorą matką, nad Wojtkiem, nad mężem, nad każdym, kto miał ręce i nogi, nad Romaną, którą powitała w pracy może bez specjalnego entuzjazmu, ale przecież w końcu przychylnie i doczekała się z jej strony ładnej wdzięczności, nie ma co mówić! Jeden ojciec, tylko jeden tato nie odpowiedział jej złem za dobro, nad Adamem też się użalała, niejeden raz, kiedy złamał obojczyk, kiedy matka mu chorowała, kiedy bolał go ząb! Parzyła mu jakieś ziółka, przytulała, a on... No i Elżbieta! Najgorsza z najgorszych, nawet nie wiadomo, czy tylko ją winić, czy matkę. Oczywiście matkę i za to trzeba winić, kto wmanewrował Weronikę w przyjaźń z tą całą hrabianką, po prostu wierzyć się nie chciało, że komuś mogły imponować takie rzeczy, mało powiedzieć, że imponowały, mama po prostu na temat tej całej rodzinki oślepła i ogłupiała!
Weronika patrzy na pierwszą stronę brulionu i chce napisać list do matki, to nic, że dawno nie żyje, może jest tu, w tym pokoju, może jednak patrzy z zaświatów na córkę, którą tak okrutnie krzywdziła. Może przeczytałaby ten list, może w końcu zrozumiałaby, że źle robiła! Źle!
Nie warto, jeśli mama jest tutaj, to i tak wie, o czym Weronika myśli. Zresztą za wcześnie na list, za wcześnie na odwet, jeszcze się wiele zdarzyło, Weronika nie skończyła jeszcze z matką, ten żal nigdy się nie skończy. Nigdy.
Rozdział III
TINA, TINECZKA
Poranek był obrzydliwy, siąpił deszcz, Martynie nie chcialo się otwierać parasolki. Co z nią potem zrobi w szatni? Wsadzona do szafki zmoczy wszystko co tam jest, nawet, jeśli się ją włoży do plastykowej torby i tak będzie parować i wydzielać z siebie zapach kurzu i spalin. Ohyda. W ogóle wszystko tu jest obrzydliwe, po wakacjach w Lenowde Martyna nie wytrzymywała własnej przecież i rodzonej Warszawy. Niczego tu nie było, ani lasu, ani rzeki kilka kroków za domem. Niewielka to była rzeczka, ale jednak. Pachniała zielenią i wodą, odbijały się w niej drzewa, a wdeczorem światła miasteczka. Nie było w Warszawie tajemniczych ruin zamku, nie było góry na której ten zamek stał, Martyna nie chciała nawet myśleć o licznych w końcu atrakcjach stolicy, nic jej nie bawiło, ani supermarkety, ani zabytki, ani kina, teatry, czy' muzea, za którymi tak tęsknił Sebastian. No właśnie, w Warszawce przede wszystkim nie było Sebastiana.
Na chodniku rozlewały się kałuże, Martyna weszła na trawnik biegnący z boku. Ziemia wydawała paskudne, mlaszczące odgłosy; możliwe, naw'et bardzo możliwe, że ziemia w Lenowie też tak kląskała, ale wtedy było to miłe i zabawne, Sebastian trzymał Martynę za rękę, stawiał długie kroki i mówił z czułością '8 glosie:
- Tineczko, Tinko, drobisz jak wróbel, na mój jeden krok ty wydrep-tujesz trzy.
Przesadzał, nie trzy, najwyżej półtora, ale Martyna się nic spierała, niech będą trzy, niech będzie dziesięć, aż jej się słabo robiło z rozczulenia, kiedy słyszała jak Sebastian powtarzał „Tineczko, Tinko”, zawsze dwa razy, nikt tak dotychczas Martyny nie nazywał. I pomyśleć, że Martyna awanturowała się przez cały czerwiec, Anita wyjeżdżała z rodzicami do Włoch, do Italii, Marek jechał z kumplami pod namiot w Bieszczady, a ona, Martyna, miała spędzać wakacje w tym zapyziałym Leno-wie tylko dlatego, że mieszkała tam siostra taty, ciocia Misia. Darmowe lato, tak to sobie w myśli nazwała, właściwie nie tylko w myśli, wykrzyczała to kiedyś ojcu prosto w twarz.
-To tak, to Wojtek jedzie do Zakopca, a na mnie już zabrakło kasy, ja się nie liczę, ja mogę jechać byle gdzie, zwalić się cioci Misi na głowę, tak? Siedzieć w tej mieścinie, tak? Całe sześć tygodni, tak?!
- Ale potem jedziemy na dwa tygodnie razem do Krynicy...
- Kicham na Krynicę, wielkie rzeczy, byłam tam już ze sto razy, Krynica i Krynica!
- Tatuś musi brać kąpiele, pić wody mineralne, kamica...
- Ale ja nie mam kamicy. 1 w ogóle, kiedy to będzie! Sześć tygodni mam pokutować w Lenowie sama jak palec!
- Uspokój się - denerwowała się mama — ojciec nie powinien słuchać tych bredni i tak ma za wysokie ciśnienie.
- Daj spokój, niech się wygada - powiedział jakoś bez złości tata — niech wyleje z siebie tę straszną gorycz, niech nie dusi w sobie tego tragicznego przeżycia. Wysyłamy panienkę do Lenowa na pewną zgubę, a ty lekceważysz jej obiekcje.
Martyna nie znosiła ironii, ale na słowa ojca nie znalazła odpowiedzi. Miała zamiar trzasnąć drzwiami, ale jakoś się opanowała. Mama zaczęła zdejmować obrus ze stołu i nagle sobie coś przypomniała.
— Przecież u cioci nie będziesz sama, jedzie tam także Sebastian.
— Co to jest „Sebastian”?
— To syn cioci.
- Ten niemożliwy Bastuś? Zawsze myślałam, że to od Bartłomieja. Nie widziałam go od wieków.
— Bo na stałe mieszka u ojca w Krakowie. Przecież wiesz, że oni się rozwiedli.
— I syn cioci został z ojcem?
— Oczywiście, przecież...
— Daj spokój, to są ich sprawy rodzinne — wtrącił się ojciec — i nie nasz interes z kim został Bastek. W każdym razie na lato przyjeżdża do Le-nowa, więc będziesz miała towarzystwo.
Martyna z przerażeniem przypomniała sobie niezbyt schludnego wyrostka, który mówił z pełnymi ustami obsypując okruszkami sąsiadów, chłopaka, który przezywał ją „panną niedotykalską” od czasu kiedy ją popchnął, a ona z płaczem pobiegła poskarżyć się mamie. Mama jednak nie chciała się wtrącać w dziecięce kłótnie, Martyna więc poradziła sobie sama i już po chwili Sebastian, krwawiąc obficie z nosa biegł do swojego taty. Wujek wtedy spojrzał z podziwem na dziewczynkę.
— No, ale masz cios — powiedział — ta, to sobie da radę w życiu.
Cała sprawa zakończyła się wtedy awanturą, a potem Martyna widziała kuzyna jeszcze ze dwa, trzy razy na różnych uroczystościach rodzinnych. Trzymała się od wyrośniętego chłopaka jak najdalej. A ostatnio, na pogrzebie babci, wydał jej się jakby trochę zmieniony, może sprawiło to porządne ubranie i czarny sweter. Nie była to jednak chwila na przyglądanie się komukolwiek. Martyna płakała cały czas, martwiła się, jak nigdy w życiu i nie interesował jej żaden brat cioteczny.
I wtedy, przed wakacjami, jego obecność w Lenowie wcale nie miała być atrakcją. Sebastian był od Martyny o cztery lata starszy, ale wiadomo, że dziewczęta szybciej stają się dorosłe. A chłopcy pozosta|ą jeszcze długo kompletnie niedojrzali i, według Martyny, Sebastian był po prostu smarkaczem, żeby nie powiedzieć gnojkiem. Wcale nie miała ochoty ani na jego towarzystwo, ani na Lenowo, ani na tak długi pobyt u cioci Misi, co do której miała takie zastrzeżenia. Była, tak jak tato, złośliwa, a jej powiedzonka, zwykle nietaktowne, krążyły po całej rodzinie. Właściwie Martyna lubiła ją, ale też trochę się bała tej starszej siostry ojca, która po wieloletnich starciach wreszcie wyprowadziła się od męża i przeniosła z Krakowa do rodzinnej rudery w Lenowie. To, co z ową ruderą zrobiła, wprawiło w podziw jej brata. Przy pomocy przyjaciół odremontowała domek od podstaw, odnowiła meble, wprawiła szyby i nawet klamki doprowadziła do lśnienia. Martyna spędziła tam kiedyś bardzo przyjemną Wielkanoc. Ale wtedy wizyta trwała cztery dni, a u cioci była też mama, na dwa dni przyjechał ojciec. A teraz miało to trwać sześć długich tygodni! Po prostu nie do wytrzymania!
Martyna wspominała tamte przedwakacyjne protesty i nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Błoto dostało jej się do buta, pięta ocierała się o lepką bryję. Ohyda! Wszystko teraz wydawało się jej obrzydliwe, mama sto razy prosiła, żeby wykreśliła ze swojego repertuaru to paskudne słówko, ale co było robić, kiedy określenie „ohyda” ciągle wpadało dziewczynie do głowy Na dodatek zapowiadała się dziś klasówka z matematyki, a pani Euzebiusz, tak właśnie się nazwala - Janina Amelia Euzebiusz, nie była taką cudowną nauczycielką, jak legendarny już pan Stanisław Owieczko. Martyna słyszała o nim, kiedy chodziła jeszcze do szkoły podstawowej. Pan Owieczko uczył kiedyś mamę i mama do dziś, chociaż jest humanistką, lubi matematykę. Po prostu nie do wiary. Niestety, pan Owieczko przeszedł już na emeryturę i tylko daje korepetycje najbardziej potrzebującym tego uczniom. Miałby, co może zabrzmieć absurdalnie, większą ilość lekcji, gdyby brał za nie pieniądze. Niestety, absolutnie odmawiał wzięcia jakiejkolwiek zapłaty. Wobec tego pani dyrektorka kierowała do niego tylko młodzież będącą w złych warunkach materialnych, ludzi z trudnościami, lecz z dobrą wolą. Martyna do tych ostatnich nie należała. Matematyki nie lubiła, a pani Euzebiusz wyprowadzała ją z równowagi.
- Cóż to - mawiała - panna Marrynka nie raczyła rozwiązać zadania?
- Kiedy ja nic nie rozumiem...
- Zrozumiesz, kiedy nie otrzymasz promocji.
Takie rozmówki nikogo nie podnosiły na duchu. Matematyczka owszem, starała się na lekcji wytłumaczyć ten niezrozumiały przez uczniów temat, ale po wstępnych złośliwościach mało kto ją słuchał.
No i dzisiaj właśnie będzie klasówka, dzisiaj, kiedy Martyna miała taki zły dzień.
Już od zeszłej środy' czekała na telefon z Krakowa, a Sebastian milczał. Dziewczyna postanowiła nie telefonować, niech on sobie nie myśli, że bez niego nie można żyć. Ciekawe, czy' on w' ogóle coś sobie myśli, to znaczy, czy myśli o Martynie. Diabli wtedzą, może ma kogoś w Krakowie. Przysięgał że nie, może nawet nie kłamał, ale to było tak okropnie, tak niesamowicie dawno. Od tego czasu wiele się mogło zmienić. On się mógł zmienić, ale nie Martyna. Zawsze będzie go kochała, jego i tylko jego, w życiu dziewczyny będzie Sebastian i tylko Sebastian. Nikogo innego nigdy nie pokocha, od pierwszego wejrzenia poczuła, że on i tylko on. Wtedy aż się przestraszyła, bo wydawało się to niemożliwe, jak to, brat cioteczny! Syn siostry rodzonego ojca! Ale na szczęście okazało się, że tej przeszkody wcale nie ma, że chłopiec jest tylko pasierbem ciotki. Kiedy Martyna dowiedziała się, że może śmiało kochać Sebastiana, kamień spadl tej z serca, poczuła się szczęśliwa, jak nigdy w życiu i o mało nie zraziła sobie ciotki na cale życie.
