Podwórkowe Biuro Detektywistyczne - Jolanta Knitter-Zakrzewska - ebook
Opis

Jestem Franek. Mam jedenaście lat i jestem szefem Podwórkowego Biura Detektywistycznego. W pracy pomaga mi asystentka – Krysia, która ma osiem lat i jest moją siostrą. Chciałem koniecznie mieć brata, ale Krysia okazała się całkiem fajna. Ma okrągłe, niebieskie oczy, kilka piegów na nosie i włosy w kolorze toffi, które upina w dwie kitki. Nie jesteśmy do siebie za bardzo podobni – mam co prawda także niebieskie oczy, ale włosy żółte, no i jestem dużo większy od Krysi. Wiele dzieciaków i dorosłych, pyta nas, jak to się stało, że otworzyliśmy PBD, czyli Podwórkowe Biuro Detektywistyczne. Sprawa jest prosta. Wszystko zaczęło się od zielonej kanapy...

 

Autorka "Podwórkowego Biura Detektywistycznego" prowadzi warsztaty detektywistyczne dla dzieci i młodzieży w bibliotekach w ramach Afery Kryminalnej - największego na Pomorzu Festiwalu kryminału. Uczy przez zabawę logicznego myślenia, spostrzegawczości, umiejętności rozwiązywania detektywistycznych zagadek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 76

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Jolanta Knitter-Zakrzewska & e-bookowo

ISBN 978-83-8166-038-9

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2019

Konwersja do epub

Podwórkowe Biuro Detektywistyczne, czyli Franek i Krysia na tropie

– Franek, jak tam twoje ułamki? – Tata był bezlitosny. Zbliżał się koniec roku, a on ciągle pytał o pracę domową z matematyki.

– Jakie pułapki?! – wykrzyknęła Krysia, która jak zwykle źle podsłuchiwała.

– Nie pułapki, tylko ułamki – powiedział poważnie tata.

– Krysia, dobrze powiedziała, bo ułamki to pułapki!

A potem tata się zlitował – pozwolił wyjść nam na dwór.

To wtedy znaleźliśmy zieloną kanapę i zostaliśmy detektywami, ale zaraz, zaraz wszystko opowiem wam od początku...

***

Jestem Franek. Mam jedenaście lat i jestem szefem Podwórkowego Biura Detektywistycznego. W pracy pomaga mi asystentka – Krysia, która ma osiem lat i jest moją siostrą. Chciałem koniecznie mieć brata, ale Krysia okazała się całkiem fajna. Ma okrągłe, niebieskie oczy, kilka piegów na nosie i włosy w kolorze toffi, które upina w dwie kitki. Nie jesteśmy do siebie za bardzo podobni – mam co prawda także niebieskie oczy, ale włosy żółte, no i jestem dużo większy od Krysi. Wiele dzieciaków i dorosłych, pyta nas, jak to się stało, że otworzyliśmy PBD, czyli podwórkowe biuro detektywistyczne. Sprawa jest prosta. Wszystko zaczęło się od zielonej kanapy...

Rozdział I. Zielona kanapa

Zapytacie, jak to możliwe, że otwarcie Podwórkowego Biura Detektywistycznego mogło rozpocząć się od zielonej kanapy? Ale właśnie tak było! Razem z Krysią mieszkamy na osiedlu, na którym w kwadracie stoją cztery czteropiętrowe bloki. Pomiędzy nimi parkują samochody, a nieopodal rozciąga się niewielki fragment łąki, porośniętej dziko rosnącą trawą, rumiankami, koniczyna polną i czterema niewielkimi brzozami o białych pniach i jasnozielonych liściach. Pewnego dnia na tym naszym osiedlu koło śmietnika pojawiła się kanapa, obita zielonym pluszem. Któryś z sąsiadów kupił sobie nowe meble i pozbył się tych, które przestały mu się podobać. Jak to możliwe, żeby taka kanapa z zielonego pluszu mogła przestać się podobać, tego nie wiem, ale dorośli są dziwni. To wyjaśnia wszystko. Kiedy tylko my, chłopaki z osiedla, zobaczyliśmy ją – najstarszy z nas – Mariusz, wpadł na pomysł, żeby urządzić sobie z niej skoki w dal. Jednak ledwo wcieliliśmy ten pomysł w życie na horyzoncie pojawiła się Krysia. Oburzyła się, kiedy zobaczyła, jak skaczemy po zielonych poduchach. Jej kucyki w kolorze toffi podskakiwały ze złości na głowie, a oczy z niebieskich stały się granatowe, jakby chmury zasłoniły jasne niebo.

– Zniszczycie tą kanapę! – Jej miły zazwyczaj głosik, teraz stał się dziwnie piskliwy, aż chciało mi się śmiać, kiedy usłyszałem moją młodsza siostrzyczkę, która bawiła się w strażnika miejskiego.

– Co z tego? Przecież ktoś wyrzucił ją na śmietnik – odburknął jej Mariusz tak niemiłym głosem, że jako starszy brat zrobiłem się czujny, czy to nie pora wkroczyć do akcji i bronić Krysi.

– Przecież zawsze chcieliście urządzić sobie na łące bazę podwórkową, a taka kanapa mogłaby się przydać – odparła niczym nie zrażona Krysia.

– No, faktycznie – poparłem siostrę.

Mariusz przestał skakać i zamilkł, a jego mina wskazywała na to, że w jego głowie rozpoczął się intensywny proces myślowy.

– Dobra – powiedział po chwili. Ta kanapa ma kółka, więc nie będzie problemu, żeby ją przesunąć. Postawimy ją pomiędzy brzozami, do drzew przyczepimy pokrowiec, to będzie dach, chroniący ją w razie deszczu.

– A my możemy przynieść nasz plastikowy stolik – dodała triumfalnie Krysia.

Kiedy wszystko było już gotowe, nagle przybiegł do nas chłopiec, który dzisiaj wprowadził się do mieszkania na parterze. Płakał i krzyczał.

– Zginął mi chomik. Pomóżcie! Rodzice urządzili już całe mieszkanie. Akwarium z trocinami i drewnianym domkiem też już czeka i nagle, jak przeprowadzka się skończyła, okazało się, że nie ma chomika! Nie chcę tu mieszkać bez niego. Ma na imię Pysio. Jest biały i ma czarne oczka.

– No dobra, rysopis już mamy, więc przystąpimy do poszukiwań – zadecydowała Krysia.

– Zaraz, zaraz... – zawołałem – rysopis trzeba zapisać i rozdać chłopakom karteczki ze zleceniem poszukiwania!

I wtedy też w mojej głowie jakby zapaliła się żarówka. Pobiegłem do domu po kartki, a z najgrubszego bloku technicznego wyciąłem prostokąt i bardzo starannie napisałem na nim: „Podwórkowe Biuro Detektywistyczne”. Jako szef biura wydałem swoim pracownikom rysopis chomika, który zaginął: włosy białe, oczy czarne, bardzo mały. I polecieliśmy wszyscy na poszukiwania, oprócz Krysi. Ona została mianowana moją asystentką i została w biurze, żeby przyjmować zgłoszenia kolejnych spraw do rozwikłania. Siedziała z bardzo poważną miną na zielonej kanapie przy plastikowym stoliku z tabliczką „Podwórkowe Biuro Detektywistyczne”. A ja, Mariusz, Piotrek i Artur rozpoczęliśmy poszukiwania. Mały Stasiu z parteru, który zgłosił się do nas z prośbą o pomoc, przestał płakać i zaprowadził nas w pierwszej kolejności do swojego pokoju. Sprawdziliśmy jego drewnianą komodę, łóżko w kształcie samochodu i akwarium. Nigdzie nie było Pysia. Jako szef biura detektywistycznego przyglądałem się wszystkiemu ze szczególną uwagą, bo detektyw musi mieć oczy szeroko otwarte i być spostrzegawczy. Cały pokój był czysty, a jednak odnalazłem kilka trocin prowadzących w kierunku wyjścia z mieszkania. To była wskazówka mogąca świadczyć o tym, że Pysio jest na zewnątrz. Z uwagi na wielkość osiedla utrudniało to znacznie poszukiwania. Wysłałem kolegów na zewnątrz, żeby przeszukali przydomowa rabatkę i szukali dalej śladów trocin, a sam przystąpiłem do przesłuchania Franka.

– Kiedy ostatni raz widziałeś Pysia?

– Niosłem go w tekturowym pudełku. Postawiłem na chwilę na ziemi, żeby podnieść akwarium i postawić je na półce. Potem miałem zaraz przenieść do niego Pysia, ale kiedy chciałem to zrobić, już go nie było.

– A wszystkie meble już tutaj stały ja teraz, tak?

Franek chwilę się zastanowił.

– Nie, nie było jeszcze mojego nowego łóżka w kształcie samochodu. Tutaj obok komody stała zielona kanapa.

– Zielona kanapa. I co się z nią stało?

– Tata ją wyniósł na śmietnik, żeby moje nowe łóżko mogło zmieścić się w tym małym pokoiku.

– Stasiu, słuchaj, ty się nie martw. Na pewno ci pomożemy! – Czułem, że zapala się w mojej głowie żarówka i czym prędzej pobiegłem w kierunku naszego biura.

– Co ty tak pędzisz, co się stało? – zapytała Krysia z wielkim zdziwieniem.

– Słuchaj, musimy przeszukać naszą kanapę!

– Ale po co?

– Zobacz, tu jest kilka trocin... – szepnąłem konspiracyjnie, na co Krysia pochyliła się i spojrzała na kanapę.

– Musimy ją podnieść – zadecydowałem i nie czekając na pomoc Krysi uniosłem wieko kanapy do góry, odsłaniając miejsce na pościel, ale było puste – zmierzałem zamknąć kanapę rozczarowany i zniechęcony, kiedy usłyszałem piskliwy głosik Krysi.

– Zaczekaj! Tam jest Pysio. – Podążyłem wzrokiem za jej wyciągniętym palcem i wtedy go zobaczyłem. Mała biała kuleczka z czarnymi oczkami siedziała w kącie. Wziąłem go na ręce i zaniosłem Frankowi.

– Dziękuję! – Stasiu tak bardzo się ucieszył z odnalezienia Pysia, że zanim włożył go do drewnianego domku w akwarium, głaskał go przez dobre piętnaście minut.

Tak rozpocząłem swoją pracę w Podwórkowym Biurze Detektywistycznym, a Krysia stała się moją niezawodną asystentką. Sprawa Pysia okazała się jedną z najprostszych. Wkrótce mieliśmy się zmierzyć z naprawdę tajemniczą i niebezpieczną sprawą. Wszystko zaczęło się od pukania na strychu w starym domu, który stał na przeciwko naszego osiedla...

Rozdział II. Tajemnica starego strychu

O całej sprawie powiedział nam Mariusz. Można mu wierzyć, bo ma już trzynaście lat i wie, że warto mówić prawdę, bo każde kłamstwo i tak wyjdzie na jaw prędzej czy później. A jak człowiek mówi prawdę, to jego głowa jest spokojna, nie musi się martwić, czy zapamięta wszystkie te zmyślone wersje zdarzeń. I Mariusz już o tym wiedział, bo przecież był dorosły. No… Prawie. Ale na czym to ja skończyłem? Ach tak, posłuchajcie wszystkiego od samego początku...

Był bardzo ciepły dzień, jeden z pierwszych dni lipca. Ja i moja asystentka Krysia siedzieliśmy w naszym PBD – Podwórkowym Biurze Detektywistycznym, kiedy zdyszany podbiegł do nas Mariusz.

– Co się stało? – zapytałem od razu.

– Słuchajcie, jest sprawa. Prawdziwa! Detektywistyczna. Poważna. Nie taka jak ten chomik. Kryminalna!

Poczułem nagły przypływ niebywałej energii. Takiej, która jest potrzebna przy stawieniu czoła problemom. W końcu byłem szefem PBD. Co prawda poczułem też niepokój i chyba odrobinę strachu, ale w końcu nikt nie musi o tym wiedzieć. A poza tym odrobina obaw też nie jest zła. Człowiek jest wtedy rozsądniejszy, zastanowi się dwa razy, zanim coś zrobi i może uniknąć nieszczęścia.

– Co to za sprawa? – zapytała rzeczowo Krysia. Wyglądała na zupełnie spokojną. Zawsze twierdziła, że dziewczynki są odważniejsze od chłopaków. I w tej chwili byłbym skłonny w to uwierzyć, chociaż wiadomo, że to nieprawda.

– Słuchajcie, mój tata remontuje ten stary dom, który stoi po przeciwnej stronie naszego osiedla. Mieszka tam pewna staruszka, która powiedziała w zaufaniu mojemu tacie, że na strychu jej domu dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Prawie każdej nocy ktoś tam stuka, słychać kroki, skrzypienie podłogi. Pani Jadwiga, bo tak na imię ma ta starsza pani, poprosiła mojego tatę, by to sprawdził. Mój tata poszedł na ten strych, ale stwierdził, że nikogo tam nie ma. Stało tam podobno roztrojone, pokryte kurzem pianino, lustro w ramie pomalowanej na kolor starego złota, drewniana skrzynia i regał z nierozpadającymi się ze starości książkami, jakieś biurko pełne starych szpargałów, ale nic poza tym. Obrócił całą sprawę w żart. Powiedział, że pani Jadwidze musiało się coś przewidzieć. Ile to razy podczas wietrznej nocy gałąź drzewa puknie w okno albo jego odłamek wpadnie przez lufcik do środka, spadnie na podłogę… Ja też rozmawiałem z panią Jadwigą. Twierdzi, że widziała człowieka w brązowym ubraniu, który krył się na strychu i zaraz uciekł, kiedy jeden raz wieczorem odważyła się tam pójść. Powiedziałem to wszystko tacie, ale on stwierdził, że jest malarzem pokojowym, a nie detektywem i nie będzie się tą sprawą zajmował.

– Czyli oficjalnie zgłaszasz konieczność przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie właśnie nam? – rzeczowo zapytała Krysia.

– Tak jest. Trzeba to sprawdzić. Co dzieje się na tym strychu?

Czułem, jak dreszcz przechodzi mi przez całe ciało, przełknąłem ślinę, w tym momencie nie za bardzo miałem ochotę po ciemku wchodzić na ten strych, ale trudno, byłem detektywem i musiałem pokonać własny strach.

***

– Dzień dobry, pani Jadwigo, czy możemy wejść? – Krysia starała się być odważna, ale słyszałem jak jej głosik robi się coraz wyższy, a to oznaczało, że się denerwuje.

– A tak, dzieciaczki, chodźcie. – Pani Jadwiga miała dobrotliwy uśmiech. Zaprosiła nas do salonu. – Tylko zdejmijcie buty, bo poprzedniej nocy padł deszcz i wokół domu mam pełno błota, a sił na sprzątanie już brak. Od razu mnie łupie w krzyżu, jak tylko wezmę miotłę do ręki – dodała pani Jadwiga.

Wysokie okna zdobiły koronkowe, śnieżnobiałe firanki i ciężkie, aksamitne zasłony w kolorze bardzo ciemnej zieleni. Na środku salonu stał olbrzymi, okrągły, drewniany stół przykryty serwetką zrobioną na szydełku. Pani Jadwiga siedziała w wielkim fotelu z podgłówkiem, który kiedyś był chyba żółty, ale teraz przypominał swoim kolorem starą cytrynę. Ściany były pokryte nowiutką tapetą w liliowe kwiatki. Tata Mariusz właśnie skończył remont, ale pozostała przecież niewyjaśniona zagadka osoby, która straszy na strychu. I razem z Krysią zamierzaliśmy ją rozwikłać.

– Co was tu sprowadza, moje dziateczki?

– Tata naszego kolegi robił tutaj remont i dowiedzieliśmy się, że ma pani kłopot ze strychem. A my możemy pani pomóc, bo prowadzimy Podwórkowe Biuro Detektywistyczne.

– Oho, detektywi? – wykrzyknęła ze zdumieniem pani Jadwiga. – No nie wiem, czy to nie jest zbyt poważna sprawa dla was...

– Czy możemy zobaczy strych? – Trochę niegrzecznie przerwałem starszej pani, ale niecierpliwość zmusiła mnie do tego. Na szczęście pani Jadwiga się nie obraziła. W dodatku zgodziła się pokazać nam strych. To mogło w znacznym stopniu przyczynić się do rozwikłania zagadkowego intruza w domu.

Po krętych, drewnianych schodach, które straszliwie skrzypiały, weszliśmy na poddasze. Zwróciłem uwagę na stopnie. Były czyste, mimo że pani Jadwiga nie miała sił na pucowanie starego domu. Starsza pani uchyliła małe drzwiczki i weszliśmy do środka. Strych był długi i wąski. W powietrzu wirował kurz, jasne pasmo słońca wpadające z niewielkiego okienka w dachu mocno uwidaczniało fruwające drobinki, zupełnie jakby to były malutkie stworzonka, które opanowały to tonące w półmroku, duszne pomieszczenie. Pod skośną ścianą stało pianino. Krysia nacisnęła biały klawisz, wydobywając rozedrgany dźwięk.

– Czy możemy zrobić zdjęcia? – zapytała Krysia.

Pani Jadwiga kiwnęła głową. Cały czas stała przy drzwiach, nie weszła dalej i już po chwili kazała nam zejść na dół. Jakby się bała zbyt długo przebywać na poddaszu. Schodząc stwierdziła jednak, że nie może zbyt długo stać, dlatego byliśmy tam tak krótko, a samych nie mogła nas zostawić, bo nawet jeśli jesteśmy detektywami, to jednak nieletnimi, i ona, dopóki gościmy w jej domu, odpowiada za nasze bezpieczeństwo. Podziękowaliśmy za możliwość zrobienia zdjęć. Oczywiście podczas naszej wizyty z całą pewnością mogę powiedzieć, że nikogo tam poza nami nie było. Ale może ten człowiek na ubrany w brązowy sweter pojawia się dopiero w nocy? Wróciliśmy do naszego biura, żeby razem z Krysią obmyślić dalszy plan działania.

***

Muszę się przyznać, że kiedy tylko rozsiedliśmy się na zielonej kanapie w naszym biurze, zrobiłem się tak głodny, że w ogóle nie mogłem myśleć. Krysia zresztą też. Poszliśmy więc do domu i to w bardzo dobrym momencie, bo nasza mama robiła właśnie naleśniki z dżemem truskawkowym. Chyba nie ma nic lepszego na świecie. Ja zjadłem dwa naleśniki wielkości dużego talerza, a Krysia jeden, z bardzo dużą ilością dżemu. Potem mama podała nam jeszcze sok malinowy. Byłem bardzo szczęśliwy i Krysia też. Krysia wyciągnęła aparat i zaczęła oglądać zdjęcia ze strychu pani Jadwigi. A ja, kiedy już tak się najadłem, to od razu wezbrała we mnie energia i patrząc na te fotografie w moim mózgu zapaliła się żarówka.

– Spójrz na to zdjęcie! – powiedziałem tak głośno, że aż mama obejrzała się na mnie ze zdumieniem. Ale ponieważ śledztwo było ściśle tajne, nie mogliśmy o nim nikomu na razie powiedzieć. Chyłkiem wymknęliśmy się do naszego biura i tam jeszcze raz poprosiłem Krysię, żeby powiększyła zdjęcia ze strychu.

– Co takiego tam widzisz? – zapytała zdziwiona. Zakurzone pianino, stare biurko, kurz w powietrzu, nic więcej tutaj nie ma.

– Spójrz na to zdjęcie! Tutaj jest lustro.

Krysia przyjrzała się uważnie ostatniej fotografii. W głębi strychu na specjalnej nóżce stało wysokie lustro w ramie w kolorze starego złota. Krysia przez dłuższą chwilę przyglądała się szklanej tafli.

– Tutaj ktoś jest... – wyszeptała przestraszona.

– Tak! – odparłem z triumfem.

– Postać w