Niebieskie cienie na śniegu - Jolanta Knitter-Zakrzewska - ebook
Opis

Wspomnienia najpiękniejszych chwil, efemerycznych i kruchych jak motyle, to często jedyne, co zostaje nam w życiu naznaczonym licznymi rysami. W pogoni za pełnią szczęścia często gubimy sens istnienia, zatracamy się w gonitwie za pieniądzem i prestiżem, zapominając, że to miłość i bliskość drugiego człowieka powinny mieć dla nas największą wartość.

Niebieskie cienie na śniegu to opowieść o krzyżowaniu się dróg, scalaniu dwóch dusz i ich rozdzielaniu, radościach i smutkach, wspólnych wzlotach i upadkach, odnajdywaniu swojego powołania na krętej ścieżce życia, o tęsknocie, rozgoryczeniu oraz potędze miłości – tej głębokiej, prawdziwej, ponadczasowej, sklejającej każde rozbite serce.


Debiutowała w 2012 roku thrillerem „Diabeł tasmański”. Jej kolejny utwór „Asmodeusz. Portrety” (2013) dotyka głębi ludzkich osobowości, których nie sposób w żaden sposób „zaszufladkować”.

Najnowsza książka Jolanty Knitter-Zakrzewskiej „Niebieskie cienie na śniegu” została w dużej mierze oparta na faktach. Podobnie jak w poprzednich utworach w centrum zainteresowania stoi tutaj człowiek – jego wiara, losy i życiowe wybory oraz historia, która jest tym piękniejsza, im bardziej jesteśmy zdolni docenić i pokochać swoją własną codzienność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

UCIECZKA Z RAJUPRAWDZIWA HISTORIA

 

 

Mojemu ukochanemu Mężowi – dedykuję

 

 

 

(…) Czego nie mogą dokonać pieniądze, może modlitwa.(…) I choć na drodze naszej napotykamy ciernie, pułapki, płonące głazy, nie musimy się ich obawiać. On odda nas w opiekę swym aniołom i oni na dłoniach wyniosą nas w górę, bowiem On widzi i słyszy wszystko, a zastępy aniołów są niezliczone

– Joseph Sheridan Le Fanu, „Stryj Silas”

 

 

Sopot, kwiecień 2012

– Człowieku, jedź! To raj na ziemi! Zarobisz górę pieniędzy, kupisz rodzinie dom, a tu co?! Po dziesięć godzin pracy dziennie i na nic cię nie stać! Pan inżynier to powinien zarabiać, a nie w kraju złotówki przeliczać. Nigeria to jest żyła złota. Raj na ziemi. Czarnoskóre piękności w złotych i szkarłatnych sukniach do ziemi noszą na głowach ciężkie dzbany pełne pomarańczy, a tyłkami poruszają tak lekko i zmysłowo, jakby tańczyły właśnie w klubie go-go, a ty byłbyś VIP-em z pierwszego rzędu.

– Ja mam żonę i dzieci.

– Przecież ja ci nie każę robić nic złego. Jedź, zarób, nie wahaj się tak, będziesz mi jeszcze dziękował…

Pokusa dużego zarobku w stosunkowo krótkim czasie, zwłaszcza przy polskich realiach, w których rodzina z normalnych poborów nie jest w stanie niczego sobie zapewnić, poza elementarnym utrzymywaniem się nad powierzchnią idącego na ekonomiczne dno kraju, przyczyniła się do podjęcia decyzji o locie na drugą półkulę Ziemi.

***

Kiedy na lotnisku moja żona i dzieci zostały za barierką oddzielającą pasażerów samolotu, chciało mi się płakać. Wtedy po raz pierwszy, zanim jeszcze stanąłem na afrykańskim lądzie, poczułem pragnienie powrotu…

***

Nigeria, Lagos, maj 2012

Kiedy wysiadłem z samolotu na lotnisku w Lagos po ośmiu godzinach lotu z Gdańska, z przesiadką we Frankfurcie nad Menem, zobaczyłem mnóstwo czarnych twarzy z szerokimi uśmiechami. Śnieżnobiałe zęby połyskiwały już z daleka. Ani jednej białej twarzy. Niesamowite, trudne do opisania wrażenie. Wzrok musi się aż przyzwyczaić do nowych twarzy. Wydawało mi się, że powietrze faluje od wysokiej temperatury. Mój oddech wydawał mi się dziwnie płytki. Nie było mi nawet zbyt gorąco, a mimo to kropelki potu perliły się już na moich skroniach, płynęły strumieniem po plecach. Na lotnisku nie działała akurat klimatyzacja, co było tutaj normą, wkrótce miałem się o tym przekonać…

Wokół roiło się od służby celnej w mundurach, z długą bronią na ramionach. Jeden z uzbrojonych mężczyzn czekał na mnie z przewieszoną przez ramię tekturową tabliczką, na której widniało moje nazwisko: „Mr Kaminski”. Kiedy potwierdziłem, że „mr Kaminski it’s me”, miałem podążać za nim. Szedł tak szybko, że co chwilę znikał z zasięgu mojego wzroku, aż ogarniała mnie panika, że go zgubiłem i zostanę zupełnie sam, nie wiedząc, dokąd pójść. Wyłaniał się jednak co jakiś czas zza lotniskowych słupów i udało mi się dotrzeć za nim do biura odpraw, w którym sprawdzono mi wizę, odebrano kwestionariusz osobowy, jednym słowem, skrupulatnie zarejestrowano moje zjawienie się na afrykańskiej ziemi. Po odprawie celnik doprowadził mnie do samochodu zaparkowanego na ulicy łączącej centrum miasta ze znacznie oddalonym lotniskiem. Za kierownicą siedział John Nemo, który od tej chwili miał stać się moimi nogami – rano woził mnie do pracy, a wieczorem odwoził z pracy do hotelu.

Jazda samochodem w Lagos, a przede wszystkim przechodzenie przez ulicę było wyczynem, który mógł skończyć się śmiercią. Nie obowiązywały tu żadne reguły. Część samochodów jechała pod prąd, pomiędzy nimi krążyli ludzie, niektórzy z nich przewracali się potrącani wprost pod koła pędzących dalej samochodów.

Zatrzymaliśmy się przed hotelem, w którym miałem zamieszkać. Było to ponure gmaszysko, całe otoczone betonowym murem zabezpieczonym drutami kolczastymi, pomiędzy które powtykano kawałki rozbitej szyby. W środku panował przyjemny chłód, szumiała klimatyzacja, która gasła później nagle w środku nocy, tak że człowiek budził się cały zlany potem, z trudem łapiąc głębszy oddech. Wielka, jak trzydrzwiowa szafa, Nigeryjka przywitała nas z uśmiechem, odsłaniając piękne, śnieżnobiałe zęby.

– Nice to meet you!

Te czarnoskóre „piękności” okazały się w większości otyłymi kobietami, dumnie noszącymi zbędne kilogramy. Tłuszcz spowity w długą suknię podkreślał ich status społeczny. Wszyscy serdeczni i uśmiechnięci, a po chwili pojawiała ci się przed nosem wyciągnięta ręka czekająca na napiwek. Minimalny napiwek, zgodnie z przyjętym zwyczajem, wynosił dwieście naira[1] (odpowiednik jednego euro).

W hotelowym pokoju czekali na mnie moi pracodawcy, tworzący spółkę zajmującą się urządzeniami łączności, którymi miałem się zająć. Spółka ta reprezentowała na terenie Nigerii jedną z największych korporacji w Europie. Jeden z nich był Austriakiem. Nazywał się Albert Teufell, drugi to Szwajcar – Martin Schwarz. Miła rozmowa. Serdeczne uśmiechy. Kawa i rady. „Nigdzie nie chodź pieszo, bo mogą cię zabić. Biały na pewno ma całą górę pieniędzy, więc każdy będzie chciał, żebyś się nimi podzielił. Wszyscy będą dla ciebie serdeczni, uśmiechnięci, będą powtarzali: God bless you, ale nie miej złudzeń, zawsze chodzi o to samo – o pieniądze. Nie trzymaj nigdy portfela i komórki na stole, tak jak teraz. To, co jest na stole, nie jest już twoje! Paszport i bilet powrotny trzymaj w sejfie, w pokoju, nie noś przy sobie! Weź do kieszeni jedynie kserokopię paszportu. Jesteś katolikiem?! Chcesz chodzić do kościoła?! Nie, tutaj to niedobry pomysł. Ja też byłem kiedyś katolikiem, ale teraz wolę uczyć Murzynki angielskiego, każdej nocy mam inną uczennicę…”

Gdybym posłuchał rad o paszporcie i bilecie, stałbym się w pewnym sensie ubezwłasnowolniony i jak okoliczności miały pokazać, pewnie nigdy nie zobaczyłbym już rodziny.

Pokój hotelowy był klimatyzowany (codziennie przez kilka godzin nie było prądu, hotel działał na własnym generatorze, ale klimatyzacja wtedy gasła na długi czas), przestronny, z wielkim łóżkiem osłoniętym moskitierą i niewielką łazienką z wiaderkiem, w którym można było zrobić pranie, chyba że ktoś chciał skorzystać z pralni hotelowej – wypranie skarpet: trzysta naira (około trzech euro), koszuli: czterysta naira…

Naprzeciwko hotelu znajdował się sklep. Co prawda, miałem nie chodzić pieszo, ale postanowiłem odważyć się na tak niedaleki „spacer”. Sklep stanowiła budka zbita z desek z wyciętym okienkiem zabezpieczonym metalową siatką. Przez okienko sprzedawca podawał ci towar, po drodze zaczepiali mnie uliczni sprzedawcy doładowań do telefonu, kobiety i dzieci sprzedawały „z ręki” napoje, galę (kawałek mięsa w cieście) i krewetki, poza miastem można było kupić przekąski, tak zwane bushmeat, na przykład suszone gady, suszone króliki, na których można było dostrzec resztki sierści, suszone ryby, owoce – zielone pomarańcze i banany, mandarynki i ananasy. Wszystkie potrawy były przesycone pieprzem chili. Miałem wrażenie, że na każdy kawałek mięsa czy ryby przypada cała torebka pieprzu. Tylko owoce były wolne od tej przyprawy…

***

Czy to nie tutaj, pośród tej bujnej, soczystej, głębokiej zieleni, znajdował się biblijny Eden?

Teraz jednak widzę to jasno, że rajska jest tu tylko roślinność, ludzie… cóż, aniołów raczej nie przypominają, chyba że upadłych… Na świat patrzę w kategoriach dobra i zła i wyborów, których dokonujemy codziennie, pomiędzy tymi dwiema drogami. Jednak nikt tutaj się ze mną nie zgodził, ciągle słyszałem: „Tu nie ma ludzi dobrych ani złych. Tu jest Nigeria”, „Jesteśmy braćmi, ale w dżungli nie ma braci”. Samo Lagos przypominało krainę przeciętą „na pół”, w której piekło i niebo dzieliło zaledwie kilka ulic. Przepaść pomiędzy bogactwem a biedą, luksusem i ubóstwem była ogromna.

Lagos jest największym miastem Nigerii i największym obok Kinszasy i Kairu, miastem Afryki. Mieszka tu około szesnastu milionów ludzi. Była to do 1991 roku stolica Nigerii. Obecnie stolicą jest Abudża. Lagos, mimo przeniesienia stolicy do Abudży, pozostało gospodarczym centrum kraju. Kiedyś leżała w tym miejscu wioska Eko. Jej położenie w zatoce u wybrzeży Atlantyku uczyniło ją dogodnym miejscem dla kontaktów z Europejczykami. W XV wieku przybywający tu Portugalczycy utworzyli pierwszą stację handlową, którą nazwali Lagos (dosł. Jeziora). Taką nazwę nosiło miasto w południowo-zachodniej Portugalii. Handlowano przyprawami, kością słoniową i niewolnikami. Do dziś Nigeryjczycy mówią na białych oibu, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „człowieka, który strzela”. Zapewne tak „przywitali” ich Portugalczycy. To dosłowne znaczenie oczywiście zatarło się i teraz oibu w potocznej świadomości znaczy tyle samo, co white man. W czasach postkolonialnychoibu nie musieli już sami strzelać, wystarczyły metody manipulacji, czego przykładem było ludobójstwo w Rwandzie, dokonane przez skutecznie podburzane bojówki Hutu na plemieniu Tutsi. Europejczycy i Amerykanie świetnie wówczas zarobili na zaopatrzeniu Hutu w broń.

Nigeria powinna być bogatym krajem, ma przecież ropę naftową, ale oczywiście główne zyski czerpią z tego koncerny naftowe należące do Amerykanów oraz innych krajów, wraz z niewielką grupą skorumpowanych urzędników administracji nigeryjskiej. Piękne ziemie mogłyby się stać dźwignią rolnictwa. Jednak w wielu rejonach uprawa ziemi nie jest możliwa, całe obszary są zatrute przez wycieki ropy naftowej, zabrakło jakichkolwiek zabezpieczeń, obszary te są przeżarte do cna przez biedę; ludzie żebrzą, a obdarte dzieci zatrzymują każdy przejeżdżający samochód, by sprzedać owoce, napoje lub tanie chińskie produkty podłej jakości. To wszystko miałem wkrótce zobaczyć na własne oczy, podczas wyjazdów do pracy, na trasie Lagos–Shiroro–Abudża.

***

Rano pod hotelem czekał na mnie samochód z kierowcą. Pracowaliśmy głównie w Lagos, a najdalej osiemset do tysiąca kilometrów od Lagos. Na północy, gdzie przeważali islamiści, było zbyt niebezpiecznie, bomby podkładane pod kościoły chrześcijańskie, porwania białych dla okupu były częścią codzienności…

W Lagos było nieomal tyle samo kościołów, co ulic, najwięcej zielonoświątkowych. Tutaj było weselej niż w kościele katolickim, a co najważniejsze, nie było spowiedzi. Wystarczyło ubrać kolorowy strój, by po sześciu dniach kłamstwa, chciwości i cudzołóstwa znowu być na siódmy dzień „dobrym” człowiekiem. Msza w kościele katolickim trwała trzy godziny. Obejmowała nie tylko modlitwę i eucharystię, ale w dużej mierze śpiew i taniec. Wszyscy w odświętnych strojach – kobiety w sukniach do ziemi i wysokich turbanach, mężczyźni w atłasowych tunikach i nakryciach głowy uszytych z takiego samego materiału tańczyli z namaszczeniem, klaskając w ręce w rytm muzyki granej przez profesjonalny zespół łącznie z perkusją. Z obawy przed profanacją ksiądz przynosił i zabierał z sobą eucharystię, każdy więc, kto chciał iść tego dnia do komunii, musiał zgłosić swoją gotowość przed mszą świętą. Mój szef Albert Teufell dostawał szału na samo słowo church. Ział nienawiścią do kościoła, szczególnie katolickiego, kiedy zdarzało mi się pod nosem zanucić: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”, pluł, dosłownie, w furii, kląc: …fucking church song!. Nie mógł znieść faktu, że ktoś może żyć inaczej niż on – nie zdradzać, wierzyć, modlić się. Koniecznie chciał, żeby wszyscy byli tak samo brudni i popsuci. Już po drugim miesiącu pracy przekonałem się, że ma pieniądze tylko dla swoich prostytutek, które woził w każde miejsce pracy, a nie miał na wypłatę dla inżynierów, których zatrudnił.

Podobnie żył „drugi szef”, Martin. Jedna z jego girlfriends stała się zbyt nachalna. Żeby się jej pozbyć, kupił jej na pożegnanie jeepa, ale mimo to potrafiła go odnaleźć. Jedliśmy obiad w przydrożnym barze, kiedy weszła do środka, machając rękami i krzycząc coś do Martina. Albert zerwał się z barowego stołka, chwycił ją za włosy, przewrócił na ziemię i przeciągnął po kamiennej posadzce aż do drzwi. To był ostatni raz, kiedy ta kobieta pojawiła się w życiu Martina. Zastąpiły ją kolejne prostytutki, którym Martin kupował za grube pieniądze włosy. Naturalne, proste włosy, sprowadzane najczęściej z Indii, były w cenie. Nigeryjki goliły własne kręcone włosy i płaciły fryzjerom fortunę za dolepienie prostych. Prostytucja w ich mentalności nie istniała. Wszystkie dziewczynki były tak wychowywane przez matki. To był po prostu ich „sposób na życie”, a nie prostytucja…

Pracowaliśmy najczęściej w kilkumetrowych barakach, pozbawionych klimatyzacji, gdzie obok sześciu komputerów kłębiło się czterech zlanych potem inżynierów, podczas gdy „przyjaciółki” Martina i Alberta jadły pomarańcze, wpółleżąc na wygodnych sofach, przed telewizorem, w dwukrotnie większych pomieszczeniach, urządzonych na kształt przytulnych apartamentów. Wielokrotnie powtarzały, że „bez pieniędzy facet nie ma prawa do erekcji”. Wszędzie latały samolotami, podczas gdy my – pracownicy – tłukliśmy się samochodem po sześćset kilometrów dziennie, bez pieniędzy, bo od trzech miesięcy czekaliśmy na zaległe wynagrodzenia, zrzucając się po drodze na jedzenie, które kupowaliśmy od dzieciaków w podartych koszulkach i kobiet w kolorowych sukniach. Najczęściej był to kawałek suchego jak podeszwa mięsa, dobrze zakonserwowanego pieprzem, ryby albo wielkie ślimaki suszone na słońcu. Kiedyś sfrustrowany niewywiązywaniem się przez szefów z umowy powiedziałem Murzynowi, z którym pracowałem ramię w ramię każdego dnia, że tylko diabeł wcielony może tak wykorzystywać ludzi i wyłączę im te wszystkie urządzenia, jeśli nie zapłacą nam w przyszłym miesiącu! Mój „brat”, który jednocześnie podkreślał, że „jest moim bratem, ale w dżungli nie ma braci”, był chłopakiem ślepo oddanym „białym panom” i oburzył się bardzo na moje słowa: „Albert Teufell nie jest diabłem! Tu nie ma dobrych i złych. Tu jest Nigeria!”. Wkrótce miałem przekonać się, że każde moje słowo zostało przez niego gorliwie przekazane moim szefom… Na co liczył, na uznanie, awans, pieniądze?

Zastanawiałem się, gdzie są ci łagodni Murzyni, pełni dobroci, o czystych duszach, opisani w Chacie wuja Toma czy Smażonych, zielonych pomidorach? Nie spotkałem tutaj ani jednego podobnego do tych szlachetnych bohaterów człowieka. Gdyby mogli, zdjęliby z ciebie koszulę i buty (takie propozycje też padały: „Masz fajną koszulę, daj mi ją”. „Ale ja ją noszę, jest brudna!” „To nic, ja sobie wypiorę. Masz fajne buty. Have you some spare shoes?! Have you something for me?!”). Gdybyś miał kieszenie wypełnione po brzegi milionami naira, wielu z nich nie zawahałoby cię po prostu zabić.

Byli rozdarci między kościołem chrześcijańskim a wiarą w voodoo. Wiele kobiet praktykuje voodoo. Ich mężowie, zanim zjedzą obiad, z obawy przed otruciem, mówią: „Ty najpierw zjedz!”. Mężczyzna jest przede wszystkim źródłem utrzymania, dopiero w dalszej kolejności, o ile taka w ogóle jest, człowiekiem. Jeśli się nie spełnia, zastępuje go „nowy partner”. Jednocześnie kosztem własnych rodzin mężczyźni utrzymują swoje „przyjaciółki”, wydając majątek na nowe włosy dla nich. Żyją w kłamstwie, donosicielstwie, zdradach, ale za to przywiązują kolosalną wagę do wyglądu zewnętrznego. Kiedy ubiorą białą koszulę, znowu są czyści…

Źródeł ich bezwzględności wobec innych można szukać w dawnych związkach plemiennych i wierzeniach, które cechował silny etnocentryzm. Tak jak Istota Najwyższa jest Bogiem jednego tylko ludu, tak samo i kosmos jest jedyny i niejako „własny” ludu, który daną religię wyznaje. W kosmosie członkowie ludu wyznającego daną religię zajmują centralne miejsce jako ludzie. Inni, nienależący do danej zbiorowości etnicznej, ludźmi w sensie doktrynalnym nie są, a ich położenie w kosmosie sytuowane było w miejscu przyrody nieożywionej. Oczywiście przynależność etniczna nie odgrywa już takiej roli jak kiedyś, a jednak wielu Nigeryjczyków ma drobne nacięcia (tribe mark) w różnych miejscach twarzy, które mówią o przynależności do danego plemienia. W afrykańskich wierzeniach dusza składała się z kilku elementów, z których każdy pełnił jakąś rolę w życiu psychicznym. Afrykańczycy wierzyli, że reinkarnacji mogą ulec niektóre z tych elementów albo nawet wszystkie. Jeden element przechodził z ojca na syna, a w innym jeszcze pojmowaniu reinkarnacji dusza po śmierci człowieka łączy się z duchami przodków danej społeczności, a każdy nowo narodzony człowiek otrzymuje od przodków konieczną do życia duszę. W wierzeniach dawnej Afryki duszę miały zwierzęta, rośliny, minerały i ziemia… Chyba najlepiej mówi o tym wiersz afrykańskiego poety:

Ci, którzy umarli, nigdy stąd nie odeszli.

Są tutaj w gęstniejącym cieniu.

Umarli nie są pod ziemią:

Są w drzewie, które szumi,

Są w drewnie, które jęczy,

Są w wodzie, która płynie,

Są w wodzie, która śpi,

Są w chacie, są w tłumie:

Umarli nie są martwi.

Ci, którzy umarli, nigdy stąd nie odeszli,

Są w piersi kobiety,

Są w dziecku, które płacze,

Są w głowni, która płonie,

Umarli nie są pod ziemią:

Są w ogniu, który umiera,

Są w trawie, która zawodzi,

Są w skamlących skałach,

Są w lesie, są w domu.

Umarli nie są martwi.

***

Lagos, listopad 2012

Światło dzienne gasło tak gwałtownie, jakby ktoś nacisnął kontakt w pokoju i zgasił słońce, spowijając całą przestrzeń w gęstą, lepką od wilgoci, namacalną, ciemność, która narastała niby zbliżające się do ciebie czarne ciało, które pozbawiało człowieka jakiejkolwiek możliwości ruchu. Przestawałeś nagle, z sekundy na sekundę, widzieć swoją rękę, ziemia stawała się obcą planetą, na której każdy krok niesie z sobą ryzyko jakiegoś bliżej nieokreślonego niebezpieczeństwa. W nocy, kiedy gasły wentylatory, budziłem się zlany potem. Najbardziej wtedy, gdy przyśnił mi się mój „przyjaciel”, z którym pracowałem. Ade Ayo mówiący swoim niskim, zachrypniętym głosem: „Albert Teufell nie jest diabłem! Tu nie ma diabłów! Tu nie ma aniołów! Tu jest Nigeria!”.

Kilka dni po mojej rozmowie z Ayo, człowiekiem o mentalności niewolnika ślepo oddanego swemu „białemu panu”, któremu wystarczyły nędzne zaliczki i mglista obietnica wielkich pieniędzy, zostałem „wezwany” na spotkanie z Albertem i Martinem. Asystował im mój kierowca John, dwóch Nigeryjczyków, których nie znałem, przedstawionych mi jako prawników reprezentujących spółkę Martina i Alberta, oraz kilku Murzynów z bronią. „Come!”, „Sit!” – Albert wydawał mi krótkie polecenia, niczym biały pan na plantacji z niewolnikami.

– Uzyskałem pewne informacje na twój temat… – zaczął enigmatycznie. Po chwili zostałem oficjalnie oskarżony o próbę sabotażu, miałem przyznać się do swoich planów zniszczenia urządzeń łączności, oddać dysk, a na moje żądanie, by wypuścili mnie z absurdalnego przesłuchania, usłyszałem:

– Będziesz siedział z dwudziestoma Murzynami w jednej celi! Nie wyjdziesz stąd! Sam nie pojedziesz na lotnisko. Tylko my możemy cię tam zawieźć! Tu jest Nigeria, jak znikniesz, nikt nie będzie nawet wiedział, gdzie cię szukać!

Na dysku, którego żądali, miałem dane dotyczące nie tylko systemów łączności jednej z dużych rządowych firm nigeryjskich, ale też własną pracę o polskich obiektach i całe mnóstwo prywatnych materiałów. Nie chciałem, by to wszystko znalazło się w ich rękach. Wyciągnąłem dysk z laptopa i rzuciłem trzykrotnie o kamienną podłogę, mówiąc przy tym, że teraz mają gwarancję, że nie ma żadnych danych. Nie chciałem już nawet pieniędzy, których mi nie zapłacili, myślałem już tylko gorączkowo o przedostaniu się na lotnisko. Przede mną stała cała masa czarnych twarzy, a pośrodku, dwie, jedyne, białe – Alberta i Martina – najbardziej zacięte. Zastanawiałem się, czy ci dwaj Nigeryjczycy stojący przy drzwiach z bronią są gotowi strzelić na jeden znak Alberta. Byli ślepo oddani swojemu szefowi i bezgranicznie chciwi. Za obietnicę tysięcy naira byli gotowi na bardzo wiele. Czy zobaczę jeszcze swoją rodzinę? Co dla nich znaczyłoby „sprzątnięcie” rzekomego sabotażysty, który upomina się o niezapłacone euro. Każdego dnia giną w Lagos setki ludzi. Nikt o nich nie pyta, a nawet jeśli pyta, nikt nie odnajduje ciała. Część z nich, rozjechana przez samochody, na głównych ulicach Lagos, znika w końcu zrównana dosłownie z czarnym asfaltem, a krew szybko wysycha w promieniach słońca… Byłem przerażony. Jeśli w jakimś filmie padały słowa o „śmiertelnym przerażeniu”, zawsze myślałem o przesadzie językowej użytej do opisania pewnych emocji. Dopiero w tamtej chwili, którą sam przeżyłem, zrozumiałem, że żadne inne słowa nie oddadzą prawdy o tym, co człowiek czuje.

Powiedziałem, że muszę na chwilę wyjść do toalety. W tym czasie zadzwoniłem do znajomego Nigeryjczyka mieszkającego na stałe w Monachium – Monday Mwosu, z którym pracowałem przez jakiś czas, a który wrócił do Niemiec z powodu niewywiązania się przez Alberta i Martina z kontraktu. Opowiedziałem mu, w jakiej sytuacji się znalazłem. Powiedział, że porozumie się ze znajomym i przyśle po mnie samochód. Nie czekałem na kierowcę Alberta, zaszyłem się w miejscu wskazanym przez mojego monachijskiego rozmówcę. Modliłem się w duchu, żarliwie, jak dziecko, by ktoś przysłany przez Mwosu zdążył po mnie przyjechać. Po trzech godzinach podjechał po mnie samochód. Dzięki pomocy przyjaciela dotarłem na lotnisko. Tam załatwiłem wszystkie formalności i sześć godzin czekałem na samolot do Frankfurtu nad Menem. W dżinsach i koszulce polo, po prawie siedmiu godzinach lotu, wysiadłem nareszcie na europejskim lotnisku – we Frankfurcie – i dopiero teraz odczułem, oprócz ulgi i radości z udanej ucieczki z „nigeryjskiego raju”, listopadowy chód. Wszystkie moje rzeczy pozostały w apartamencie w Lagos. Kupiłem puchatą kurtkę i spokojnie czekałem na samolot do Gdańska. Już tylko kilka godzin i zobaczę moją ukochaną żonę i dzieci, z którymi żegnałem się w myślach na „przesłuchaniu” u Alberta T…

***

Pocałunek żony na powitanie był jak łyk źródlanej wody… Znowu mieliśmy po dwadzieścia lat… Jesień koiła rozpalone skronie. Nawet krople deszczu nie były powodem smutku. Mój najmłodszy synek obejmował rączkami moją skołataną głowę:

– Tatusiu, tak się cieszę, że wróciłeś od Murzinów! Czy pojedziesz tam jeszcze?!

– Nie, kochany syneczku, już nigdy więcej nie pojadę, zostanę z wami…

 

Opowiadanie zostało oparte na prawdziwych wydarzeniach.

Nazwiska bohaterów zostały zmienione.

[1] Naira – jednostka monetarna Nigerii.

 

 

WYSOKA BRAMA

 

 

 

Mojej kochanej Mamie

 

 

Olsztyn kocham, moją małą Amerykę,

Olsztyn kocham, moją Amerykę…

– Czerwony Tulipan

 

 

Olsztyn, 1920

O Warmio moja miła,

rodzinna ziemio ma,

tyś mnie do snu tuliła,

miłością pierś ma drga…

Podstępem byłaś wzięta,

Bo chytry był nasz wróg,

Dziś niewoli srogie pęta

Rozerwał sam Bóg

 

Jego ukochana Warmia. Gietrzwałd. Na wzgórzu wznosiła się ku niebu strzelista wieżyczka kościoła. Wewnątrz panował kojący chłód, błoga cisza. Cały strop, przypominający rozległą gwiazdę, zdobiły freski ukazujące świętych. Przed świątynią stała figura Matki Boskiej w błękitnym płaszczu do ziemi. To tutaj ukazała się dzieciom i tutaj znajdowało się święte źródełko upamiętniające tamte zdarzenia. Gietrzwałd, w którym mieszkał, i Olsztyn, który był równie bliski jego sercu. Jego ukochana polska ziemia. Olsztyn będzie polski czy niemiecki? Postanowienia traktatu wersalskiego zapowiadały, że rozstrzygnie o tym plebiscyt. Antoni Fiutak, w swoim rodzinnym Gietrzwałdzie, połowę własnego domu przekazał na prowadzenie szkoły, jedynej, w której można było uczyć się w języku polskim, a na plebiscyt przeznaczył z prywatnej kieszeni czterdzieści tysięcy marek niemieckich – pokaźny majątek – by Polacy „wygrali” Warmię. Strona niemiecka jednak tak ingerowała w głosowanie (Niemcy specjalnie dowożeni do urn), że nie mogło być mowy o polskim sukcesie. Niemcy dysponowali olbrzymią przewagą materialną, organizacyjną i propagandową. Wpływ na przebieg kampanii plebiscytowej miała przede wszystkim terrorystyczna działalność niemieckich bojówek, która działała na zasadzie zastraszenia ludzi przejawiających jakiekolwiek inklinacje do polskości. Do polskiej przegranej niewątpliwie przyczyniła się też stronnicza postawa Komisji Międzysojuszniczej (głównie jej włosko-brytyjskiej części, francuska była nastawiona bardziej propolsko). Poza tym na kartach wyborczych zamiast słowa „Niemcy” wydrukowane były słowa „Prusy Wschodnie”. Mazurzy i Warmiacy mieli zatem wybierać między doskonale im znanymi Prusami Wschodnimi a odrodzonym państwem polskim, z którym stracili łączność w 1772 roku. Kolejną istotną przyczyną był fakt przewiezienia na ten teren przez władze niemieckie około stu tysięcy osób, przeważnie emigrantów z Zagłębia Ruhry, jako urodzonych na terenie Mazur przed 1905 i mających powyżej dwudziestu lat, by mogły wziąć udział w plebiscycie i oddać ten „właściwy” głos. Z tych osób ponad dziewięćdziesiąt pięć procent głosowało za pozostaniem w Prusach Wschodnich. Ostatecznie niemal cały obszar plebiscytowy pozostał w granicach Niemiec.

W podzięce za wygraną Niemcy podarowały Olsztynowi teatr, który paradoksalnie stał się – i jest po dziś dzień – sercem polskiej, a nie niemieckiej kultury. Zanim to jednak nastąpiło, w tym założonym w roku 1925 Treudanku – darze dla miejscowej ludności za wygrany plebiscyt – do 1945 roku sztuki grano wyłącznie w języku niemieckim. Wspaniałe warunki akustyczne umożliwiały również wystawianie oper i operetek, które cieszyły się największym aplauzem publiczności. W repertuarze Treudanku znajdowały się utwory Bizeta, Verdiego, Rossiniego i Wagnera. Po drugiej wojnie światowej otwarcie polskiej sceny zainaugurowano premierą Moralności pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej. Aktorzy zagrali w budynku niemal całkowicie zdewastowanym, pozbawionym ogrzewania, bieżącej wody, szyb i zaplecza teatralnego. Kurtyna została uszyta z worków, ale mimo tak spartańskich warunków tego dnia, 17 listopada 1945 roku, z teatralnej sceny padło polskie słowo – po raz pierwszy od 1925 roku.

***

Antoni zmarł w 1937 roku, zrujnowany finansowo, ale jego syn Marcin, który przed wojną ukończył filologię klasyczną na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, a do roku 1939 był dyrektorem gimnazjum w Gniewie, zamieszkał w Olsztynie razem z żoną Małgorzatą i dziećmi Mirosławą i Jerzym, podejmując tu zaraz po drugiej wojnie światowej pracę nauczyciela łaciny.

Zanim jednak Marcin ukończył studia, przeszedł ciężki okres gimnazjalny, sporo miejsca poświęcił temu okresowi w swoich wspomnieniach jego przyjaciel, Wiktor Steffen: W związku z wyznaczonym na Warmii i Mazurach plebiscytem prasa alarmowała o dalszym zagrożeniu ziem niemieckich. Coraz częściej słyszało się utyskiwania na zaborczych Polaków. W gimnazjum w Ornecie celował pod tym względem nauczyciel Hermann. (…) Wszedł do klasy i zaczął znowu wymyślać na Polaków. W pewnym momencie, zwracając się do mnie, powiedział: Ty także należysz do tej zawszonej hołoty[1].

(…) Ostatnio Schmauch zniszczył najlepszego ucznia z wyższej klasy, Marcina Fiutaka, który pochodził z Gietrzwałdu i przyznawał się do polskiej narodowości. Schmauch zupełnie niespodziewanie postawił mu dwóję z języka niemieckiego i Fiutak nie otrzymał promocji do klasy następnej[2]. Z powodu prześladowań uczniowie polskiego pochodzenia przenieśli się z Ornety do gimnazjum w Lubawie, a następnie w Brodnicy. Na razie nie mogłem opuścić Ornety, gdyż na wyjazd do Olsztyna trzeba było mieć wizę z komisji alianckiej, urzędujących na terenie plebiscytowych Warmii i Mazur. Orneta nie należała już do tych terenów. Na wizę czekałem chyba dziesięć dni, po czym wyjechałem do domu. Po odejściu Marcina Fiutaka, jego brata Władysława i moim w Ornecie pozostało już tylko dwóch uczniów polskiego pochodzenia[3].

Przeprawa do Lubawy okazała się nie tak prosta, jak można było się spodziewać. Do Iławy przyjeżdżaliśmy po południu. Na pociąg do Lubawy trzeba było czekać do następnego rana. (…) Kładliśmy się na szerokich, dębowych stołach i tak spędzaliśmy noc, narażając się nieraz na złośliwe uwagi w rodzaju: „Die polnische Schülerbande”. (…) Najtrudniejsza wyprawa do Polski była we wrześniu 1920 roku. W związku z działaniami wojennymi zamknięto dojazd do Iławy. (…) Dojechaliśmy wtedy w grupie czteroosobowej boczną linią kolejową do małej stacji Szmykwałd, odległej od granicy polskiej mniej więcej cztery kilometry. Wyłudziliśmy od jakiegoś chłopa niemieckiego wóz, żeby z tobołami dojechać do granicy, gdzie nie było oficjalnego przejścia. Właściciel nie mógł pojechać, ale za wysoką opłatą wypożyczył wóz, który miała odprowadzić żona gospodarza. Kilkadziesiąt metrów przed granicą nagle podciąłem konia i w cwale, wśród lamentów kobieciny, minąłem barierkę graniczną, przy której z jednej strony był posterunek niemiecki, z drugiej polski. (…) Pół kilometra za linią graniczną moi towarzysze zsiedli z wozu, a ja wraz z kobietą zawróciłem ku granicy. Znów podciąłem konia, oddałem lejce w ręce kobiety i tuż przed granicą zeskoczyłem z wozu[4].

Życie w Brodnicy okazało się jeszcze cięższe pod względem materialnym. Pieniądze przywiezione z Warmii nie miały już takiej wartości na terenie Polski. O przesłaniu pieniędzy nie było mowy, gdyż na jakiś czas zamknięto granicę. Już po miesiącu zrezygnowaliśmy z Marcinem Fiutakiem z wiktu na stancji i przez kilka tygodni żywiliśmy się tylko suchym chlebem i wodą oraz podkradaną z pól marchwią i brukwią. Marcin ciężko zachorował, a ja czułem się zupełnie wyczerpany (…)[5]. W końcu Marcin i Wiktor zaczęli utrzymywać się dzięki udzielanym korepetycjom i zdali maturę, by następnie skierować swoje kroki na filologię klasyczną na uniwersytecie w Poznaniu. Z ogólnej liczby dwudziestu trzech kandydatów świadectwa dojrzałości otrzymało tylko trzynastu. W dziesięciotysięcznym mieście matura była wielkim wydarzeniem. Przed gmachem gimnazjum czekały dziewczęta z różami, żeby przypiąć je do surdutów pierwszych maturzystów. Kroczyliśmy przez miasto jako bohaterowie dnia w otoczeniu dziewcząt i siódmoklasistów. Gdy doszliśmy do rynku, jakiś zamożny brodnicki kupiec zabrał nas do kawiarni i poczęstował obfitym śniadaniem[6].

 

Olsztyn, 1945

Olsztyn, podobnie jak Gdańsk, został spalony przez wkraczającą Armię Radziecką, pozostały tylko pojedyncze kamienice, zdewastowane kościoły, kaplice pełne połamanych płócien i rozbitych witraży, odłamki szkła, gruzy, wypalone miejsca po domach. Na ulice wyzierały puste okna kamienic w panice opuszczanych przez uciekające niemieckie rodziny. W jednej z nich przy ulicy Kopernika 12, na parterze zamieszkałam razem z rodzicami zaraz po wojnie. Piwnica była pełna skarbów – książek oprawionych w skórę, starych map, lichtarzy, inkrustowanych pater.

Przedtem mieszkało tu niemieckie małżeństwo, noszące nazwisko von Keller, z trzema córeczkami. Uciekli przed „wyzwalającą”, a tak naprawdę zajmującą Olsztyn, Armią Czerwoną, w kierunku Pomorza. Cały dobytek zgromadzili w piwnicy, zapewne z zamiarem powrotu po swój majątek, zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ulice wypełnione były wozami uciekających Niemców. Niektórzy próbowali wywieźć jak najwięcej ze swojego dobytku, tworząc na wozach gigantyczną piramidę skrzyń, walizek i tobołków, a na jej szczycie, otulone czapkami, w szczelnie zapiętych płaszczykach, siedziały dzieci. Niemieccy cywile chcieli dostać się na statek płynący do Niemiec, podobnie jak cała rzeka ludzi. Ofiarami wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie polskie bardzo często była właśnie ludność cywilna. Swoje domy w Prusach, na Pomorzu i Śląsku w popłochu opuściło kilka milionów ludzi. Wielu z nich tego nie przeżyło – na samym statku Wilhelm Gustloff zatonęło ponad osiem tysięcy ludzi, kilka tysięcy więcej osób niż na słynnym Titanicu. W ciemności słychać było krzyki ludzi, rodzice wyrzucali za burtę swoje najmniejsze dzieci, w ostatniej nadziei, że chociaż one zostaną wyłowione z lodowatej wody, że uda im się dostać do przepełnionych i nielicznych szalup.

Dramat cywilów pochodzących z rejonów należących przed wojną do Niemiec polegał na tym, że brakowało dróg do ucieczki. Armia Czerwona parła ze wschodu, jednak zajęła kilka strategicznych węzłów komunikacyjnych. Tłum ciągnący się na kilkadziesiąt kilometrów, gnany strachem przed Rosjanami, ruszył na północ. Niektórym pozostawała tylko przeprawa przez zamarznięte morze. Rodzina von Keller uciekająca z Olsztyna, z kamienicy przy ulicy Kopernika 12, prawdopodobnie zginęła w zimnych odmętach Zalewu Wiślanego, kiedy usiłowali przejechać wozem po zamarzniętej tafli. W lutym 1945 to właśnie przez skutą lodem wodę Zalewu Wiślanego zdecydowało się przeprawić wielu z uciekinierów z Prus Wschodnich. Część z nich, widząc zapadające się pod pękającym lodem całe rodziny, rezygnowała z tak karkołomnej przeprawy. Ci, którzy przeżyli przeprawę przez zalew, wspominają łamiący się pod kołami wozów lód, tonące konie i porozrzucane wzdłuż całej trasy cenne rzeczy. Kosztowności, kufry, srebrne zastawy i rodzinne pamiątki. Dobytek nie tylko potęgował ryzyko załamania się lodu, lecz również opóźniał marsz. Tymczasem Armia Czerwona praktycznie deptała uciekinierom po piętach. Co więcej, kolumny ludzi ostrzeliwane były przez samoloty. Na otwartej przestrzeni nie było gdzie się schować. Kwestia przeżycia okazała się wyłącznie cudem, przypadkiem, loterią…

Słynny „niemiecki porządek” w przypadku ewakuacji ludności cywilnej nie zadziałał w najmniejszym nawet stopniu. Pasażerski statek MS Wilhelm Gustloff, na pokładzie którego stłoczono prawie dziewięć, dziesięć tysięcy uciekinierów, okazał się wyjątkowo łatwym celem dla radzieckich łodzi podwodnych. Wystrzelona przez jedną z nich torpeda wgniotła wodoszczelne drzwi, po czym MS Wilhelm Gustloff zatonął. Niemieckie okręty wojenne były w stanie wydobyć z lodowatej wody tylko dziewięćset sześćdziesięciu z przeprawiających się ludzi.

Nie tylko mieszkańców Prus i Pomorza spotkał podobny los. Rządzący Wrocławiem nazista Karl Hanke zezwolił na opuszczenie miasta dopiero wtedy, gdy Armia Czerwona znajdowała się sto kilometrów od jego granic. Wrocławskie dworce były już zbombardowane, mimo to ludzie próbowali dostać się do jakiegokolwiek pociągu. W wyniku zbiorowej paniki na peronach codziennie ginęli tratowani ludzie, a najwięcej dzieci. Większość wrocławian, wobec braku transportu, musiała uciekać pieszo. Ci, którym mimo bombardowania lotniczego udało się wydostać z miasta, zatrzymywali się często w innych niemieckich miastach, co wcale jednak nie gwarantowało im bezpieczeństwa. Przeciwnie, dziesiątki niedawnych uciekinierów ginęły także tam, gdzie bombardowania przeprowadzali alianci, na przykład w zniszczonym prawie całkowicie Dreźnie.

Po rodzinie Kellerów pozostały tylko rodzinne pamiątki zgromadzone w piwnicy, w której teraz razem z bratem bawiłam się całymi dniami. Nie umiałam czytać po niemiecku, ale z zachwytem wpatrywałam się w czarne gotyckie litery, którymi wypełnione były po brzegi ciężkie księgi oprawione w ciemnoczerwoną skórę ze złotymi napisami: Goethe, Schiller. To tutaj w porzuconym przez uciekającą rodzinę niemiecką dobytku odnalazłam pamiętnik rodziny von Keller z wpisem Immanuela Kanta, który uczynił prawdopodobnie podczas swojej jedynej podróży, jedynego wyjazdu z Królewca, w którym spędził całe swoje życie… Tę bezcenną pamiątkę udało mi się ocalić, wyrywając ją dosłownie z rąk brata, który uważał, że te nic niewarte papiery doskonale posłużą za rozpałkę w piecu…

Wybieraliśmy się czasem na wycieczki nad Łynę. Pamiętam ciemne odmęty wody, do której ktoś wrzucił wojskową pelerynę. Rzeka opływała ciężki ciemnozielony materiał, aż nasiąknął całkowicie wodą i ręce Łyny wciągnęły go w swoją czeluść. W drodze powrotnej mijaliśmy zburzoną kamienicę przy ulicy Piastowskiej, w której przed wojną na piętrze mieściło się pięknie urządzone mieszkanie bogatej rodziny żydowskiej. Na parterze znajdował się ich sklep, pachnący cynamonem, goździkami, czarną herbatą, na półkach stały młynki do kawy i można było kupić tu najznakomitsze liście przeróżnych herbat i ziarna kaw. Kiedy Niemcy wprowadzili swoje porządki podczas okupacji, nikomu nie wolno było kupować u Żydów, podanie im kawałka chleba było karane śmiercią. Matka, ojciec i trzech synów, młodych, wysokich i smukłych o czarnych włosach, białych cerach, błękitnych oczach, zostało zagłodzonych na śmierć we własnym domu, pośród ludzi, w środku dużego miasta. Dwóch synów umarło z głodu na chodniku przed sklepem, który kiedyś tętnił życiem, trzeci nie miał już sił wstawać z łóżka… Niemcy nie potrzebowali dla nich nawet komory gazowej, nie zużyli ani jednego naboju, nie musieli celować do nich swoimi wypolerowanymi karabinami, ani jedna kropla krwi nie padła na ich buty czyste jak lusterka, rękami ze starannie obciętymi paznokciami poprawiali kołderki swoim dzieciom, a następnego dnia od rana zajmowali się mordowaniem.

***

Często bawiliśmy się na zgliszczach szkoły, obok gimnazjum, w którym uczył łaciny nasz ojciec Marcin. To tutaj zginął Mikuś. Mały piesek, który żył z nami od wczesnego dzieciństwa. Mój brat znalazł rozparcelowany karabin, którym zaczął mierzyć do dwóch mężczyzn siedzących niedaleko nas, na gruzowisku. Jeden z nich gwałtownie wyciągnął broń i strzelił prosto w naszego psa. Mikuś zaskowyczał, padł, przestał się ruszać, patrzył tylko na nas wiernymi, wilgotnymi oczami w kolorze ciemnego orzecha. Zanieśliśmy go do domu. Strasznie płakałam, ale ojciec powiedział mi, żebym spała spokojnie, bo Mikuś na pewno wyzdrowieje. Na drugi dzień w domu nie było już wesołego szczekania.

– Tato, gdzie Mikuś? – zapytałam zdziwiona, że mimo jego obietnicy, piesek nie przybiegł do mnie zaraz po przebudzeniu.

– Mikuś pojechał na wieś, tam wróci do zdrowia – powiedział łagodnym głosem ojciec.

Ucieszyłam się, że żyje i odzyska zdrowie.

Po jakimś czasie na nasze pytania o powrót psa do domu tata odpowiedział, że Mikuś jest szczęśliwy, biega po lesie, cieszy się wolnością i szkoda byłoby zamykać go w kamienicy, na wsi jest mu lepiej, wkrótce pojedziemy go odwiedzić. Nigdy już nie zobaczyłam Mikusia. Po latach dopiero zrozumiałam, że swoją opowieścią ojciec chciał złagodzić moje cierpienie po stracie małego przyjaciela…

 

Olsztyn, 2013

Wysoka Brama. Była i jest wejściem do serca Starego Miasta, wrotami wiodącymi ku stojącemu na wzgórzu zamkowi, otoczonego uroczym dziedzińcem, na którym cykliczne odbywają się koncerty; przepiękne głosy i muzyka ożywiają wiekowe mury, a wyczarowane przez artystów i zasłuchaną publiczność klimat i atmosfera letniej nocy rozjaśnionej światłami z reflektorów nadają temu miejscu mistyczny wymiar…

– Babciu – odezwał się Krystian, zerkając w lusterko na siedzącą z tyłu kobietę, która wprawnymi ruchami poprawiała na głowie bladoróżowy kapelusik – czy tutaj zatrzymamy się na noc? – Wskazał ruchem głowy Wysoką Bramę, w której urządzono ciekawy hotelik.

– Nie, nie… – odparła gwałtownie starsza pani, energicznie potrząsając głową, aż misternie zakręcone loki zdawały się nagle rozprostować, by dopiero po chwili wrócić do swojego pierwotnego kształtu.

– Ależ dlaczego, świetnie byłoby spędzić noc w takim miejscu! – nalegał młody mężczyzna.

– Wspomnienia, Krystianku, wspomnienia…

To tutaj czekałam na niego ponad pół wieku temu… Miałam na sobie bladoniebieską sukienkę przewiązaną w talii białym paskiem i białe pantofle na niskim obcasie. W ręku trzymałam płócienną walizkę, a w niej cały swój dobytek – skromną bieliznę, granatową, plisowaną spódnicę, białą bluzkę z falbaną na piersi, beżową sukienkę w bladożółte kwiatki, jedyną, ukochaną książkę Małego Księcia Antoine de Saint-Exupéry’ego. Miałam zaledwie szesnaście lat, zaufanie i wielką miłość… Miałam spotkać się tutaj z Danielem. Uciekłam z domu, by rozpocząć z nim nasze dorosłe życie. Tego dnia czekała mnie przeprowadzka do Gdańska. Ojciec był bardzo chory i gdański szpital chciał podjąć się jego leczenia. Rodzice postanowili, że przeniesiemy się tam na stałe. Wyjazd oznaczał rozłąkę z moim Danielem. Czekałam na niego, a on – po prostu – nie przyszedł… nie przyszedł… nie… Dlaczego, Danielu, dlaczego…?

Pamiętam, że wtedy, tego dnia, w tamtej chwili, po wielu godzinach czekania, taki straszny szloch zaczął wydobywać się ze mnie, gdzieś z głębi… spod serca, podchodził do góry, aż do gardła i wybuchnął tak głośno, że ludzie zatrzymywali się na ulicy i patrzyli na mnie ze zdziwieniem, może niepokojem, a może z ciekawością…

– Babcia! Tyle lat, Daniel i Daniel, a dziadka babcia nie kochała? – zapytał Krystian, nie kryjąc rozdrażnienia.

– Kochałam, kochałam… – odparła staruszka z łagodnym uśmiechem – ty tego jeszcze nie wiesz, ale w życiu są różne miłości… Wyjechałam wtedy do Gdańska, z trudnym do udźwignięcia żalem, goryczą przesłaniającą wszelkie kolory dni, ale czas jest niezawodnym lekarzem. Rozpoczęłam studia medyczne. Nauki było tak dużo, że całkowicie mnie, pochłonęła. Nie ma nic lepszego na złamane serce, mój drogi, jak nauka, praca i… następna miłość… Poznałam twojego dziadka. Jego czułość, dzieci, a później wnuki przywróciły mnie do życia… Może to wszystko, czym się otaczamy, jest próbą wypełnienia jakiegoś braku, straty, próbą zbudowania czegoś sensownego, co mogłoby nas ukoić. Trzeba po prostu dać sobie czas, żeby przestać cierpieć. Czasem trzeba bardzo dużo tego czasu, ale w końcu przychodzi uspokojenie. Wszystko przemija. Każde cierpienie w końcu przeminie…

Najpierw do Gdańska wyjechał mój ojciec, a później my z matką przyjechaliśmy do niego. Kiedy zmarł, moja matka wróciła do Olsztyna razem z bratem, ale ja już nie chciałam tutaj wracać… Każda ulica przypominała mi Daniela i… widok tych wszystkich miejsc, w których byliśmy razem, bardzo mnie bolał… Ten wyjazd do Gdańska tylko dla mnie okazał się zbawienny, mój ojciec miał wiele oczekiwań w związku z wyjazdem, wystarczy spojrzeć tylko na jego listy, ale niestety nadzieje okazały się płonne…

Nie czuł się dobrze już od dłuższego czasu. Chudł, coraz częściej czuł się zmęczony… Któregoś dnia spostrzegł krew w moczu. Zdecydował się w końcu skonsultować z lekarzem.

– Wygląda mi to na malarię – stwierdził olsztyński specjalista. Wypisał leki i zalecił odpoczynek. Jednak Marcin czuł się gorzej i coraz bardziej krwawił.

– Nie możesz zdawać się tylko na opinię jednego lekarza – mówiła matka. – Powinieneś iść jeszcze co najmniej do dwóch, albo najlepiej pojedźmy do Poznania, tam będą wiedzieli, co tobie dolega.

– Myślę, że to może być coś bardzo poważnego – powiedział kolejny lekarz, do którego udał się Marcin, po rozmowie z żoną. – Skieruję pana do szpitala w Gdańsku, tam przeprowadzą wszystkie niezbędne badania, zadecydują, czy pana operować…

– Ale co mi jest? – zapytał Marcin.

– Ma pan chorą nerkę… – rzekł wymijająco lekarz.

– Konkretnie?

– To stwierdzą w Gdańsku…

***

Gdańsk, 11 maja 1948 r.

 

Kochana Małgorzato!

 

Zajechałem szczęśliwie do Gdańska i po długim błądzeniu dostałem się do szpitala Akademii Lekarskiej. Doktor polecony mi przez p. Gębika jest w Szwajcarii i wróci dopiero w lipcu. A więc ta szansa zawiodła.

Jestem już wykąpany w łóżku; nie ma jeszcze jedenastej. Ciasto mi jednak dałaś całe!

Pierwsze wrażenia nie są zbyt przyjemne, zwłaszcza że utracona swoboda ruchów i skazanie na łóżko niemile działają na wyobraźnię. Jest nas czterech w pokoju, piąte łóżko jest jeszcze wolne. Kim są moi towarzysze, jeszcze nie wiem.

Daj mi, Boże, zdrowie, żebym wydostał się szybko ze szpitala! Ale żyję jednak bez kłopotu i nie muszę borykać się z tyloma trudnościami dzień w dzień.

Położenie szpitala jest bardzo ładne. Podróż minęła spokojnie, wszyscy towarzysze olsztyńscy znacznie wcześniej ode mnie wysiedli. A jak Ty, Małgorzato, wróciłaś do domu? Jak się majądzieci? Uściskaj je ode mnie serdecznie. Módlcie się za mnie; mnie tak tęskno za Wami! Ale to chwilowe, po tym zmęczeniu podróżą, i nie ma się czym przejmować. Bylebym tylko zdrowo wrócił do domu i potem już zawsze razem z Wami był.

Cisza szpitalna więcej ciąży niż wrzawa burzowa.

Kiedy ten list, Dosieńko, otrzymasz, może już będę wiedział, co lekarze u mnie stwierdzą. Na razie nie mam jeszcze żadnych danych.

Jutro znów napiszę.

Kocham Cię najmocniej, Dosieńko, wraz z Tobą całuję dziateczki.

Wasz Marcin.

***

Gdańsk, 13 maja 1948 r.

 

Kochana Dochno!

 

Już dwa