Miłość aż po grób - Jolanta Knitter-Zakrzewska - ebook
Opis

Były policjant Daniel Grot, zwolniony ze służby po załamaniu spowodowanym tragiczną śmiercią żony, otwiera prywatne biuro detektywistyczne. Tylko praca pozwala mu zapomnieć o przebytym koszmarze, zatem całą energię kieruje na dowody, ślady, billingi, liczby, fakty. Kiedy wkracza do akcji, żadna sprawa nie ma prawa pozostać niewyjaśniona.

Kobiety? Po stracie żony żadna się nie liczy. Zresztą, czy w wieku 47 lat warto zaczynać cokolwiek od nowa? A może jednak?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanta ‌Knitter-Zakrzewska
Miłość aż po ‌grób
© Copyright by ‌Jolanta Knitter-Zakrzewska 2018 ‌
ISBN 978-83-7564-542-2 ‌
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl ‌
Publikacja chroniona prawem ‌autorskim.Zabrania się jej ‌kopiowania, publicznego udostępniania ‌w ‌Internecie ‌oraz odsprzedaży ‌bez ‌zgody Wydawcy. ‌
CV

dane ‌osobowe:Daniel Grot

wiek:47 ‌lat

profesja:prywatny detektyw

samochód:czarny ford fusion

ulubiony ‌napój:mojito

nałogi:e-papieros

stan ‌cywilny:wdowiec

kochanka:praca

dzieci:czterech ‌siostrzeńców

miłość:stracona, ‌chyba ‌że… ‌uda się zdobyć… Sarę ‌Midlaf…

przeczucia:niepewność…

co się ‌liczy:dowody, ‌ślady, billingi, ‌liczby, ‌fakty

cechy charakteru:impulsywny, ‌podejrzliwy, niezawodny

hobby:ryby ‌akwariowe, ‌szachy

Miłość aż po ‌grób

Czego jest ‌najmniej ‌w miłostkach, to miłości.

FrancoisdeLaRochefoucauld

Zawsze marzył ‌o podróżach. Już jako mały ‌chłopak oglądał ‌atlasy, puszczał w ruch ‌globus i planował, ‌które miejsca zobaczy. Kiedy ‌ledwo ‌skończył dwadzieścia lat, wsiadł ‌na pokład samolotu ‌lecącego do ‌kraju z jego snów. Teksas. ‌To tutaj rozpoczął ‌przygodę swojego życia. ‌Jeździł na rodeo, ‌bawił się ‌na ‌imprezach organizowanych ‌po niebezpiecznych ‌pokazach. Na jednej z nich ‌poznał miłość ‌swojego ‌życia. Samanta Forster ‌miała ‌piękne usta, ogromne piersi, ‌długie ‌nogi, bujne tlenione loki ‌i filmowy, hollywoodzki uśmiech. Pobrali ‌się po ‌kilku miesiącach znajomości ‌w Las Vegas, a następnie ‌zamieszkali w El Paso ‌na rzeką Rio Grande. ‌Tomasz Kamiński ‌otworzył dobrze prosperujący ‌sklep z akcesoriami na ‌rodeo. I tutaj rozpoczęli wspólne ‌życie. ‌Zawsze ‌czuł ‌się samotny. ‌Jak ‌wilk. I jak ‌wilk chciał kochać. ‌Jedną kobietę do końca ‌życia. Aż po grób.

Jego miłość nad rzeką Rio Grande kwitła już od trzech lat, aż do tego dnia, w którym zdarzył się tamten wypadek…

* * *

Chciała się od niego uwolnić. Od tej wyniszczającej tęsknoty, czekania, myślenia o nim. Nigdy jej nie opuszczał, jak cień. A jednocześnie był nieobecny. Nieustannie, zawsze, nawet wtedy, kiedy był. Ciągle tylko na chwilę, ukradkiem, bo żona, bo córka, bo pracownicy dowiedzą się, zobaczą. Jak to się w ogóle stało, że zgodziła się na to. Być wiecznie na drugim planie, jak statysta, który czeka na skinienie, by na moment stanął w kadrze, a potem natychmiast usuwa się z planu, bo zepsuje ujęcie. Z przygnębiających myśli wyrwał ją głos ortopedy:

– Rehabilitację poprowadzi pani Emilia Daszyńska. Pani Emilko, proszę bardzo, oddaję pacjenta w pani ręce.

– Dziękuję, panie doktorze – uśmiechnęła się, by chociaż w pracy ukryć swój głęboki smutek.

* * *

Dzwonek przy drzwiach rozdrażnił Daniela. Już był zdenerwowany, bo przegrał do tej pory pięć partii szachów z komputerem. Wczoraj wygrał dwa razy z łatwością. A dzisiaj tyle partii po rząd i ciągle szach-mat. I teraz – za szóstym razem – miał szansę na wygraną, ale nie, akurat w tym momencie musiał zabrzmieć natarczywy dzwonek.

– Zapraszam. – Daniel przełknął rozczarowanie kolejnym matem i zdołał okazać klientce uprzejmość.

– Chciałabym, żeby pan odnalazł tę kobietę.

W biurze Daniela Grota rozsiadła się bardzo zadbana pani – jak sama się przedstawiła, Jadwiga Kamińska – w wieku trudnym do określenia, może około pięćdziesiątki, w granatowym żakiecie zapiętym starannie po samą szyję, a kiedy podawała zdjęcie, zauważył, że jej ręka drży.

– To Samanta Forster-Kamińska, żona mojego syna, Tomasza Kamińskiego.

Spojrzał na zdjęcie. Amerykańska seksbomba. Długie nogi na kilkunastocentymetrowych obcasach, krótkie dżinsowe spodenki z postrzępionymi brzegami, różowy top eksponujący obfity biust, burza blond loków, dolepione rzęsy, narysowane brwi i białe, wielkie zęby, wyeksponowane w szerokim uśmiechu.

– Gdzie ostatnio przebywała?

– Mieszkała razem z moim synem w El Paso w stanie Teksas nad rzeką Rio Grande aż do czasu jego wypadku, a ściśle mówiąc, do momentu przetransportowania go do Polski.

Zamilkła na chwilę, jakby ciężko było jej mówić. Westchnęła głęboko. Daniel Grot – polecony kobiecie jako jeden z najbardziej skutecznych w działaniu detektywów w Trójmieście – spojrzał w jej oczy, wyrażające już tylko bezradność.

– Wie pan co, nie chciałabym się tutaj rozkleić, ciężko mi o tym mówić. Może syn by panu wszystko dokładnie opowiedział, ale on nie może chodzić. Na razie, potem na pewno będzie mógł, ja w to wierzę, to znaczy jestem o tym przekonana. Proszę, niech pan przyjedzie do nas, on panu wszystko opowie. Może nawet dobrze mu to zrobi, bo ze mną za bardzo nie chce o tym mówić. Proszę oto adres: Krokowa dwanaście.

Znałem tę miejscowość. Dzięki bliskości morza, latem zatrzymywało się tu na dłużej lub tylko przejazdem mnóstwo turystów.

* * *

Emilia Daszyńska miała teraz tylko jeden cel. Uwolnić się z trwającej kilka już lat zależności emocjonalnej. Wielokrotnie przekonywała się, że to było jak walka z nałogiem narkotycznym. W końcu doszła do wniosku, że „narkotyk” – Hubert Dębski, musi zniknąć definitywnie i na zawsze z zasięgu jej wzroku. Konieczna była zmiana pracy. Od siedmiu lat pracowała w Klinice Rehabilitacyjnej New Med w Gdańsku. Kiedy przyszła do pracy jako dwudziestoczteroletnia początkująca rehabilitantka, w arkana nowych zajęć wprowadzał ją starszy o pięć lat kolega Hubert Dębski, świetny fizykoterapeuta, mąż i ojciec prześlicznych bliźniaczek Agatki i Agnieszki. Serdeczny, z poczuciem humoru, słuchający o problemach i służący zawsze dobrą radą, szybko potrafił zyskać sympatię pań, tym bardziej że nie szczędził im komplementów, przynajmniej na początku. Kiedy już widział, że przynęta została połknięta, zaczynał porcjować miłe gesty, by ofiara nie zrobiła się nagle zbyt nachalna. Jedną z jego przyjaciółek stała się Emilia Daszyńska – filigranowa brunetka z zielonymi oczami w czarnej oprawie, wyciętymi w kształcie ogromnych migdałów. „W takich oczach można utonąć” – mówił jej często, a słowa jak krople wody drążyły skałę chłodnego dystansu, skracając go tak znacznie, że ukradkowe spotkania stały się ich codziennością. O ile jednak Hubert dobrze się bawił w tej sytuacji, o tyle Emilia cierpiała z upływem każdego roku coraz bardziej. Przyszła tutaj jako młoda, naiwna dziewczyna. Teraz miała lat trzydzieści jeden. Koleżanki dawno powychodziły za mąż i cieszyły się macierzyństwem, a ona nadal czekała od telefonu do spotkania i od spotkania do telefonu. Sama spędzała święta, sylwestra, weekendy, bo Hubert był wzorowym mężem, ojcem i wolny czas poświęcał rodzinie. A Emilia, kim była? Chciała zerwać całkowicie z dawnym życiem, z czekaniem, pozbawionymi realizmu marzeniami, uwolnić się od zależności, przez którą cierpiała nieustannie. Miała pełną świadomość, że nie jest to miłość. Na miłości można się oprzeć. W dodatku jeszcze te dopadające ją w środku nocy wyrzuty sumienia, że sypia z żonatym mężczyzną. Co by czuła jego żona, gdyby się dowiedziała, jak cierpiałyby dzieci, gdyby ich małżeństwo nie przetrwało? Musi zniknąć. Nie tylko dla ratowania siebie samej, ale też ze względu na tamtą kobietę I jej dzieci. Codziennie przeglądała ogłoszenia z ofertami pracy, aż w końcu natknęła się na jedno, które było jak otwarta furtka w klatce, w której sama się zamknęła.

Przyjmę rehabilitanta do opieki nad 37-letnim mężczyzną powypadku samochodowym. Opieka 24 godziny na dobę. Zakwaterowaniei wyżywienie plus wynagrodzenie do uzgodnienia. Zgłoszenia – tylkoosobiście – Krokowa 12.

Emilia umówiła się telefonicznie na przyjazd i jednocześnie dowiedziała się, że jak na razie jest jedyną kandydatką do tej pracy. Co prawda kobieta, z którą rozmawiała, była najwyraźniej rozczarowana, że nie jest mężczyzną, ale w końcu dała się przekonać, że płeć nie ma tu znaczenia, tylko fachowość. „Ale wie pan, mój syn nie chodzi, jeździ na wózku, czy pani da sobie radę, trzeba mu pomóc przedostać się z jednego miejsca do drugiego”. „Jestem skutecznym fachowcem, może mi pani zaufać” – zapewniła Emilia. Jeszcze tego samego dnia złożyła wypowiedzenie w New Med, życzyła powodzenia w życiu Hubertowi na FB, po czym skasowała swoje konto, by nie mógł jej znaleźć. Zmieniła numer telefonu. Do tej pory kilkakrotnie próbowała się z nim pożegnać, ale on widząc to, zaczynał na nowo się starać, by zmieniła zdanie, albo obracał wszystko w żart: „Nie histeryzuj. Nic się złego nie dzieje. W życiu albo się zdradza, albo się jest zdradzanym. Nie ma innych możliwości. Tak się kręci świat, tak zakręcony jest człowiek”.

Przed samym wyjazdem weszła do miejsca, w którym nie była od lat. Kościół pod wezwaniem św. Anny był zawsze otwarty dla zbłąkanych dusz. Emilia zatrzymała się przy konfesjonale. Wierzyła, że spowiedź pomoże jej zmienić samą siebie, rozpocząć nowe życie. Zapamiętała słowa księdza po spowiedzi:

– Nie sięgaj nigdy po kogoś, kto do ciebie nie należy. Małżeństwo to sakrament. Nie wolno w nie wkraczać. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza. To, co zrobiłaś, zostaw w przeszłości I nie rób tego nigdy więcej. Nie wyrzucaj też sobie tego, co było. Widocznie tak musiało się stać. Czasem potrzebujemy unurzać się w błocie aż po same uszy, żeby chcieć zmienić nareszcie brudne ubranie. Przed tobą nowe życie, podporządkuj je Dekalogowi, wtedy twoje ścieżka życiowa będzie jasna i prosta, a nie spowita w mroku wyrzutów sumienia, niepokojów, czekania, bolesnych rozczarowań i poplątana przez ciągłą konieczność kłamstw, by ukryć związek, który nie jest sakramentem. Idź w pokoju.

– Bóg zapłać – wyszeptała.

Ksiądz zapukał w drewnianą ściankę konfesjonału, a ona wyszła z chłodnej niszy na zalaną słońcem ulicę. Powietrze pachniało wiosną.

* * *

– What’s your name?

– Samanta Forster.

Była późna noc kiedy wybudzona ze snu właścicielka motelu w stanie Texas wpisywała imię i nazwisko do bazy danych w swoim wysłużonym laptopie. Zapytała jeszcze, czy pani Forster długo tu zabawi. Samanta odsłoniła białe, wielkie zęby w szerokim uśmiechu.

– A macie tu kasyno?

– Nie.

– No to krótko.

Odwróciła się na pięcie i kołysząc biodrami, zniknęła w głębi korytarza, szukając wzrokiem pokoju numer pięć. Jej celem było Las Vegas. Te miliony neonów, kolorowy tłum ludzi, noce w kasynach, drogie drinki, suknie do ziemi całe w cekinach, pożądliwe spojrzenia mężczyzn, adrenalina przed kolejnym rzutem kulki przez krupiera, wizyty w salonie tatuaży i u najlepszych fryzjerów, nowe wzory na paznokciach. Wtedy dopiero poczuje, że żyje. Ten podły motel to tylko chwilowy przystanek w podróży do raju. A teraz odpocznie. Musi się wyspać przed dalszą podróżą. Pokój numer pięć – jest. Przekręciła klucz w zamku. Rzuciła torbę na podłogę w niewielkim korytarzyku, zdjęła skórzaną kurtkę z frędzlami i zamszowe kozaki, a w reszcie stroju rzuciła się na łóżko.

„Wielkie jak lotnisko. Brakuje tylko pilota, który by mnie zabrał do nieba”. Mimowolnie pomyślała o Tomku. „Nieeee, on na pilota się nie nadaje. Może kiedyś. Teraz już nie”. Po co właściwie za niego wyszła. Nieźle zarabiał, prowadząc swój sklep w Teksasie, sprzedając kowbojskie kapelusze, siodła i tabliczki z napisem w stylu: „Jeśli chcesz żyć, zabieraj tyłek z mojego ogrodu” albo „Uwaga, mój pies ma broń”. Zapowiadał się nieźle. Nie żałował forsy na wspólne imprezowanie, no i w łóżku nie był egoistą. Tylko po ślubie jakoś się taki drętwy zrobił. Głupi Polaczek! Co on sobie myślał? Że teraz ona będzie siedziała tylko w domu, gotowała obiady, zmieniała pieluchy dzieciakom, o których nie przestawał paplać. Może i by chciała kiedyś mieć jedno dziecko z Tomem, ale na razie nie. A on nie mógł tego pojąć. On byłby cały dzień w tym swoim sklepie, a ona sama w domu z ryczącym niemowlakiem, zmęczona, nieumalowana, znudzona? Ona chciała od życia zupełnie czegoś innego. Związek to miała być silna, szaleńcza namiętność, adrenalina, a każda chwila dnia powinna być intensywna. Podróże, imprezy, noce w kasynie, ryzyko, seks. Myślała, że Tom chce tego samego, a on tylko o tym swoim sklepie, potomku, obiedzie, filmie w TV. Koszmar. Nuda. Rutyna. Marazm. A potem ten wypadek przekreślił całe ich wspólne życie, no ale ona w sumie dobrze na tym wyszła. Ma kasę. Baaardzo dużo kasy. I jest wolna. Nareszcie może robić, co chce, bez tego ględzenia, co powinna.

* * *

Krokowa. Znała tę miejscowość jedynie z przejazdów nad morze. Nigdy się tutaj nie zatrzymywała. Teraz miała okazję przyjrzeć się temu miejscu bliżej. Urokliwy spokój. Trzyskrzydłowy zameczek na wzgórzu, otoczony parkiem, ze stawem ozdobionym efektowną fontanną. Tuż obok piękny kościół z czerwonej cegły, ze strzelistą wieżą, w stylu neogotyckim. Spojrzała jeszcze raz na adres i zapytała mijaną właśnie kobietę, w którym kierunku powinna podążać. Kobieta zatrzymała się. Widać, że miała czas i lubiła ludzi. Z uśmiechem wskazała jej drogę, wyciągając przy tym spracowaną rękę. Emilia poszła we wskazanym jej kierunku. Weszła w niewielką uliczkę pomiędzy sklepem ogrodniczym i dwoma sklepikami spożywczymi. Jeden z nich pamiętała z wypraw z rodzicami nad morze. Zawsze zatrzymywali się tutaj i tata kupował całej rodzinie lody, które potem z apetytem pałaszowali, grzejąc się w słońcu i siedząc na pobliskim murku. Miała do przejścia jeszcze około dwóch kilometrów, bo dom Kamińskich znajdował się na samym obrzeżu Krokowej. Spojrzała na budynek. Fasada pomalowana na żółto. Czerwony spadzisty dach. Ogromny balkon, cały w pelargoniach. W oknach drewniane żaluzje i okiennice wychodzące na zewnętrzną stronę, które stanowiły ozdobę domu. Wielkie drewniane drzwi, na środku których widniała kołatka w kształcie głowy lwa. To tutaj. Emilia zatrzymała się. Serce zabiło jej mocniej. Denerwowała się. Bardzo zależało jej na tej pracy. W końcu odważyła się i dotknęła żelaznej głowy lwa z wielką grzywą i rozdziawioną ostrzegawczo paszczą. Stuknęła mocno w drzwi, które po chwili uchyliły się nieznacznie.

– Dzień dobry. Nazywam się Emilia Daszyńska. Ja w sprawie pracy…

– Proszę.

Dzwonek przy żelaznej bramie dał sygnał do wejścia.

* * *

Jak mógł przewidzieć, że ta dziewuszka targnie się na swoje życie. Do tej pory wszystko pozostawało w sferze zabawy, przyjemności, chwili. Każda studentka wiedziała, jaki jest układ. Jego żoną jest książka, którą pisze. Dziewczyna jest tylko relaksem, przyjemnością, chwilowym urozmaiceniem wieczoru, rozkoszą. Zamknął oczy. Znowu ją zobaczył, jaki wchodzi spóźniona na jego pierwszy wykład. Ma długie nogi. Zielone buty i krótką czarną sukienkę z seledynowym kołnierzykiem. I te włosy. Ciemna kaskada spływająca do samego pasa. Oczy wielkie spodki. Brązowe. Zasłuchane. Wpatrzone w niego jak w boga. Tego chciał? Uwielbienia? Nie. Wpadł w nałóg uwodzenia. Było tak banalnie łatwe. Wystarczyło kobiecie ofiarować trochę swojego czasu. Uwagę, zainteresowanie, czułość. A on do tego był przystojny. Banał. Niektóre miał w łóżku jeszcze tej samej nocy, której proponował korepetycje przy lampce wina. Z Zofią było trochę trudniej. Była taka wstydliwa. To powinien być dla niego znak ostrzegawczy. Za późno. Kiedy Zosia zorientowała się, że była tylko chwilową zabaweczką w jego rękach, wyskoczyła z dziesiątego piętra gdańskiego falowca, w którym razem z koleżankami wynajmowała mieszkanie. Współlokatorki imprezowały w „Kwadratowej”, a ona tej nocy była sama. Sama ze swoim upokorzeniem, porzuceniem, świadomością dosyć przykrej prawdy. Ależ przecież była taka młoda. Nie miała nawet dwudziestu lat. Przecież miałaby potem innego chłopaka. Dom z ogródkiem, gromadkę dzieci, pracę w szkole z dziećmi… Nie będzie miała. Potem to całe dochodzenie, przesłuchiwania, ujawnienie romansu, nie tylko tego, ale innych. Wszystkie te gęsi nagle obróciły się przeciwko niemu. Usłyszał, że uwodził, że manipulował, że porzucał. A one, co takie niewinne? Same mu się pchały do łóżka. Siłą nikogo nie wziął. Wydalono go z uczelni. Ciągle miał przed oczami postanowienie komisji dyscyplinarnej, decyzją której Artur Kamiński zostaje odwołany z ze stanowiska adiunkta w katedrze historii nowożytnej na uniwersytecie.

Nie mógł spać. Jeszcze te telefony od niezrównoważonej matki Zosi. Że jest mordercą. Nie umiała wychować córki. Poniosła klęskę. Niech się odczepi! Pił początkowo niewiele. Tylko tyle, żeby zasnąć. Potem coraz więcej. Ledwo obronił doktorat z historii, był w trakcie pisania książki o dwudziestoleciu międzywojennym. I nagle „won z uczelni”. Wszyscy się od niego odwrócili. Została tylko jego żona – książka, której jednak nie był w stanie dokończyć. Oszczędności kończyły się powoli i nieuchronnie, musiał więc wziąć się w garść i wrócić do świata żywych. Tego, co się stało z Zofią, nie był w stanie cofnąć. Któregoś ranka zdołał zwlec się z łóżka o siódmej rano i zamiast po literatkę, sięgnął po kubek. Mocna kawa z mlekiem i jajecznica ze szczypiorkiem postawiły go na nogi. Rozesłał propozycje współpracy po redakcjach periodyków historycznych. W końcu udało mu się rozpocząć nowy rozdział swojego życia. Wydaje się, że dni, miesiące, lata są podobne do siebie i niewiele się zmienia. Nic bardziej mylnego. Zmiana jest jak podziemny prąd, którego nie widać, ale który cały czas rzeźbi koryto rzeki. Zmiana jest nieuchronna, wszechobecna. Jest to jedyna stała rzecz w życiu. Dzisiejszy poranek także rozpoczął od kawy z mlekiem – kolejna zmiana w jego codzienności, tym razem na lepsze, bo był w stanie otworzyć laptopa i napisać kolejną recenzję książki do periodyku historycznego, z którym rozpoczął współpracę.

Po długich chwilach bezczynnego siedzenia przed laptopem w końcu napisał:

Dom Mody Hersego. To tutaj ubierała się śmietankatowarzyska przedwojennej Polski, jak chociażby Hanka Ordonówna,która uwielbiała nakrycia głowy, szczególnie duże kapelusze. Nosiłaje zawadiacko przekrzywione, co podchwyciły wszystkie kobiety,naśladując jej styl. Mało kto wiedział, że Hanka maskuje w tensposób bliznę na skroni, która pozostała jej po tym, kiedyporzucona przez Janusza Sarneckiego w wieku niespełna 20lat przystawiła pistolet do skroni i pociągnęła za spust.W ostatniej chwili ręka jej drgnęła i kula uszkodziła jedynie skroń.Hanka przeżyła, stając się jedną z największych gwiazddwudziestolecia międzywojennego. Wracając jednak do historiisukcesu braci Herse, nie sposób nie wspomnieć, że dommody założyło w roku 1868 trzech braci: Adam, Bogusławi Ferdynand. Warszawa znajdowała się pod zaborem rosyjskim. Naotwarcie salonu zaproszono więc Aleksandrę, żonę rosyjskiegogubernatora. Przy wejściu wisiało wypożyczone na tę okazję futroz Wiednia.„Przyślijcie mi je do pałacu” – zażyczyła sobie.Oczywiście za darmo. Bogusław musiał spełnić życzenie,ale nie stać go było na spłatę tak drogiej rzeczy. Popełniłsamobójstwo. Rozważano ogłoszenie upadłości, jednak Adam sięna to nie zgodził i powoli, dzięki temu, że ludzie w obliczutragedii zaczęli kupować właśnie u Hersego, podźwignął sięz klęski.

Autorzy w równie ciekawy sposób opisują historię domu modyJabłkowskich, fenomen pączków Bliklego, fabrykę Wedla,garnitury Turbasy, kosmetyki Soszyńskich, jubilerstwo Kruka.W dwudziestoleciu międzywojennym największe fortuny stworzyliBlikle i Wedel. Do cukierni Bliklego zapraszał od samego proguportier w eleganckiej liberii z dwoma rzędami guzików.Zazwyczaj tę posadę zajmowali Szwajcarzy, których bardzowielu przybyło do Warszawy, ponieważ Szwajcarię trawiłwówczas kryzys. Młodzi Szwajcarzy nie znali języka, niewielepotrafili, więc chętnie podejmowali się pracy portierów. Bliklei Wedel przetrwali nawet najścia gestapo, ale komuna ichzniszczyła. Wedel był nie tylko utalentowanym kapitalistą, alestworzył takie miejsca pracy, o których dzisiaj można tylkopomarzyć. Podobnie jak Blikle, wyznawał jako jedną zeswoich zasad:„nie gnębić pracowników”. Podczas gdy naświecie fabrykanci borykali się ze strajkami, u Wedla panowałspokój. Każdy robotnik dobrze zarabiał – 40 złotych i wdodatku miał codziennie obiad za pół darmo. Wedel hodowałwłasne świnie, by uzyskiwać taniej mięso do przyzakładowejstołówki. Na miejscu był lekarz, dentysta, fryzjer, szewc, żłobeki przedszkole, w którym kobiety pracujące u Wedla mogłyodwiedzić podczas przerwy swoje pociechy. Wedel znał wszystkichswoich pracowników, jadał z nimi obiady i troszczył sięo każdego indywidualnie. Podczas wojny dzięki niemu ludzienie tylko mieli jedzenie i pracę, ale ukrywał też Żydów.Przetrwał najścia gestapo. Odmówił podpisania volkslisty,nie zdołał jednak przetrwać komunistów. W 1946 roku dofabryki wkroczyli służbiści z SB. Pobili 72-letniego Wedla,wyrzucili go z fabryki. Przetrwał przygarnięty przez dozorcęmieszkającego w kamienicy, która do tej pory była jegowłasnością. Dopiero po 1955 roku prywatnym przedsiębiorcomzaczęło być trochę łatwiej – nie trafiali już do więzień jako„wrogowie Polski Ludowej”. Do tej pory za rządów agentasowieckiego – Bieruta, przedsiębiorcy prywatni mieli tylko jedenwybór: więzienie albo nacjonalizację. Za rządów Bieruta„stracono ponad 2,5 tysiąca żołnierzy Armii Krajowej, a 50tysięcy osób, tzw. przestępców politycznych, wtrącono dowięzień”1.

Autorzy w niezwykle barwny sposób, z wielkim znawstwemtematu i empatią opisali świat polskich fortun, losy ludzi, którzycałe swoje życie poświęcili nie tylko rodzinie, ale również –a czasem przede wszystkim – pracy i swojej pasji, która wyniosłaich do sukcesu, często przerwanego tragicznie – jak w przypadkuWedla – przez komunistów. Książka Leszka Kostrzewskiegoi Piotra Miączyńskiego to istna skarbnica wiedzy, ciekawostek,historii o dwudziestoleciu międzywojennym, na który to okresprzypadł rozkwit polskich fortun, o światach minionych, a czasemkontynuowanych przez potomków dynastii. Znakomita lektura nietylko o dobrej marce, jakości, dobrym stylu, budowaniu fortuny, aleprzede wszystkim o pracy, pasji, tworzeniu, o ludziach –odważnych i przedsiębiorczych, którzy na to pracowali,o dawnych czasach, w których to nie układ i znajomościdecydowały o sukcesie, ale trud i charakter człowieka, jaku Jabłkowskich, gdzie awansować mógł tylko ktoś, kto pracowałna wszystkich stanowiskach, poznał wszystkie działy, bardzodobrze wykonywał swoją pracę, a nie ktoś, kto się zjawił naglez„listem polecającym”.

„Jan Wedel wymyślił ptasie mleczko w 1936 roku. (…) zapytałpracowników:

– Jak byście już mieli wszystko, domy, samochody, szczęśliwąrodzinę. To czego by wam jeszcze brakowało?

– Ptasiego mleka – odpowiedział jeden z nich.

I tak zostało”2.

* * *

– Syn jest w swoim pokoju na piętrze. Zamontowaliśmy windę, żeby ułatwić mu wychodzenie na spacery. Na razie jednak nie jest w stanie nawet siedzieć w wózku inwalidzkim. Szczerze mówiąc, jest pani jedyną osobą, która się zgłosiła. Muszę panią przyjąć. Muszę pani zaufać. Ja już jutro powinnam być z powrotem w Londynie. Życie toczy się dalej. Trzeba z czegoś utrzymać syna, dom, siebie… Prowadzę tam biuro pośrednictwa pracy. Nie mam nikogo, kto by mnie zastąpił. Czekają na mnie. Chciałam zabrać tam syna, ale on nie chce o tym słyszeć. Nie mógł mówić, ale dostawał konwulsji i skurczu mięśni na samo słowo „Londyn”. Chce zostać tutaj, w naszym rodzinnym domu. Tutaj spędził dzieciństwo. Szczęśliwe dzieciństwo. Zostawiam pani swój numer telefonu, klucze od domu, listę leków, wypis syna ze szpitala, ze szczegółowym uwzględnieniem jego stanu po wypadku samochodowym. I zalecenia. Proszę, niech pani nie zawiedzie mojego zaufania. Bardzo mi zależy na tym, żeby syn wrócił do zdrowia. Tyle przeszedł… To cud, że żyje. Po wypadku przez dwa miesiące był w szpitalu. Nieprzytomny, podpięty elektrodami do maszyn podtrzymujących akcję oddechową. Lekarze nie dawali mu praktycznie żadnych szans. Jego żona Samanta zgodziła się na odłączenie Tomka od aparatury podtrzymującej go przy życiu. Potrzebna była jeszcze druga zgoda członka rodziny. Samanta zatelefonowała do mnie. Stwierdziła, że Tomek nigdy nie odzyska przytomności i trzeba podpisać zgodę o odłączenie go od aparatury… Natychmiast wsiadłam do samolotu i poleciałam do El Paso. Nie wiedziałam, w jakim stanie jest Tomek. Wiedziałam jedno. Nigdy nie podpiszę takiej zgody. Skoro oddycha, nieważne, za pomocą czego, to znaczy, że żyje. Jeśli żyje, to odzyska przytomność. Jeśli odzyska przytomność, wróci do zdrowia. Zaraz po przylocie na miejsce zjawiłam się w szpitalu i odmówiłam zgody na zabicie mojego syna. Jednocześnie po tym, co zaproponowała i na co nalegała jego żona, wiedziałam, że nie mogę go tam zostawić. Transport samolotem Tomka do Polski, do szpitala w Gdańsku kosztował dziesięć tysięcy dolarów. Sprzedałam swoje mieszkanie w Trójmieście i wynajęłam tańszy pokój w Londynie, sprzedałam jego sklep w El Paso, spieniężyłam wszystko, co mogłam, i sprowadziłam Tomka do kraju. Zostawiłam jedynie ten dom, w którym kiedyś mieszkała babcia Tomka, a on spędzał wakacje. Wiedziałam, że tutaj poczuje się dobrze. Blisko morza. Zawsze kochał morze…

Odetchnęła głęboko, jakby nabierając sił do dalszego monologu.

– Samanta zniknęła zaraz po mojej odmowie odłączenia Tomka od aparatury – zaczęła z boleścią, zmieniającą łagodne rysy jej twarzy w stare bruzdy. – W Polsce po kilku tygodniach śpiączki farmakologicznej wybudził się. Poznał mnie. Płakałam ze szczęścia. Potem zapytał o Samantę. Lekarze powiedzieli, że każdy wstrząs psychiczny może gwałtownie pogorszyć jego stan zdrowia. Powiedziałam mu tylko, że Samanta musiała na razie zostać w El Paso. Tomek wodził wzrokiem po sali. Był znowu jak dziecko. Nie potrafił mówić, siedzieć, trzymać widelca. Krok po kroku, godziny prób, ćwiczeń, powtarzania… W końcu były postępy. Pamiętał niewiele. Wiedział jedynie, że zabrakło mu benzyny na autostradzie tuż przed El Paso. Wysiadł z samochodu, żeby uzupełnić bak, i wtedy uderzył w niego pędzący z naprzeciwka samochód. Przewrócił się, ale wstał, przeszedł pół metra i dopiero wtedy stracił przytomność. Polonia w El Paso skupiona wokół polskiej parafii zebrała olbrzymie pieniądze na leczenie Tomka. Samanta wszystkie te pieniądze pobrała z konta i zniknęła bez śladu. Wynajęłam detektywa z Gdyni, który ma ją odnaleźć i odzyskać to, co ludzie zgromadzili dla mojego syna, żeby mógł opłacić sobie rehabilitację. Jego ubezpieczenie okazało się niewystarczające…

Kobieta przerwała na chwilę opowieść i ciężko westchnęła.

– Kiedy Tomek poczuje się lepiej, niech pani mu nie pozwoli korzystać z internetu. Będzie szukał tej… – nie dokończyła. – Niech pani mu po prostu nie pozwoli. Proszę, tutaj jest wypis. – Zmieniła nagle temat. – Klucze, pieniądze, leki, mój telefon, chyba o niczym nie zapomniałam. Pójdę jeszcze napić się wody.

Emilia została sama w salonie i naraz usłyszała straszny szloch. Poszła do kuchni. Jadwiga siedziała przy stole. Łzy kapały jej na blat. Emilia podeszła, położyła jej dłoń na ramieniu.

– Zaraz mi przej… przejdzie… czasem nie mam sił…

Po dłuższej chwili opanowała się i znowu była tą samą silną, energiczną kobietą, która otworzyła Emilii drzwi i która za chwilę pełną parą poprowadzi swoją firmę w Londynie.

– Co zrobić. Życie toczy się dalej. Trzeba pracować – powiedziała twardo, wstając od drewnianego stołu, zajmującego większą część kuchni.

* * *

– Emm…

Tomasz nie mógł wymówić imienia rehabilitantki, ale po tym, jak mu się przedstawiła, zdołał chociaż wyartykułować dwie pierwsze litery: „Em”. Kiedy zasnął u siebie w sypialni, a ona szykowała sobie łóżko w salonie na dole, dopadł ją niepokój czy temu podoła, czy podjęła słuszną decyzję. Potem długo leżała w łóżku, nie mogąc zasnąć. Wróciła ta straszna tęsknota. Widziała w ciemności tak wyraźnie twarz Huberta. Miała silne wrażenie, nieomal fizycznie namacalne, że zbliża się do niej w ciemności i za chwilę jej dotknie. Co za diabelstwo – pomyślała – nie tak łatwo uwolnić się od własnych demonów. Co prawda decyzja, którą podjęła, na pewno była wielkim krokiem ku uwolnieniu i wielkiej zmianie, ale w tej chwili było jej bardzo ciężko. Cieszyła się, że zerwała wszelkie kontakty, że nie ma już jego numeru w komórce ani jego nazwiska wśród internetowych znajomych. Nawet gdyby w tym momencie chciała, nie mogła się do niego odezwać. Pomyślała z żalem, ile straciła lat. Dała z siebie wszystko. Całe pokłady miłości, czułości, czasu, a on właściwie zawsze pozostawał chłodny i daleki, obcy. Najchętniej myślała, że to jego wina. Chodził, nachodził, namawiał, uwodził. Ale ona przecież wiedziała, że ma żonę i córeczkę. I tak naprawdę w głębi umysłu zdawała sobie sprawę, że pretensje może mieć tylko i wyłącznie do siebie samej. I tylko ona sama może się z tego uwikłania wydostać. Hubert nigdy nie był jej. Ani ona nigdy nie była jego, bo tak naprawdę jej nie chciał. Co to w ogóle było? Ten dziwny związek trwający latami? Rozrywka. Rozgrywka. Karmienie własnego ego. A często korzystanie z jej materialnej pomocy, bo wydatków Hubert miał bez liku: nowy rowerek z baldachimem dla córeczki, futro z norek dla żony, bezpieczny, rodzinny samochód, wczasy, większe mieszkanie, rachunki, przedszkole, kredyty, meble, tablety, a ona ciągle była sama. Na co miała wydawać pieniądze? W jej życiu istniał tylko Hubert, więc kiedy narzekał, że za mało im płacą, wyciągała kartę kredytową z nieograniczoną miłością, z psim zaufaniem. Pustka. Emocjonalny i finansowy drenaż. Nic więcej, więc czego jeszcze żałuje, po co tęskni, powinna się cieszyć, że ma to za sobą. Nastąpiła upragniona zmiana. Uwolnienie. Spokój. Od tej chwili zadba o siebie, o swoje spokojne, szczęśliwe życie, dobre i uczciwe.

* * *

Artur Kamiński tonął w rozłożonych na biurku książkach. Pisał kolejny artykuł, praca go pochłaniała, dawała radość, trzymała przy życiu. Telefon od wielu dni nie dzwonił, ale dzisiaj akurat dzwonek wibrował bez przerwy jak oszalały. Pewnie znowu matka Zosi ma ochotę powyzywać go od morderców. Wziął telefon do ręki, żeby wyciszyć dzwonek, ale zamiast tego odebrał połączenie, na wyświetlaczu zobaczył słowo: „Matka”. Czego ona może znowu chcieć. Przecież nie jest w stanie zająć się Tomkiem. Co z niego zostało? Warzywo.

– Tak?

– Słuchaj, ja dzisiaj lecę do Londynu.

– A Tomek, sam zostaje? – Artur zakrztusił się ze zdumienia.

– Wynajęłam mu rehabilitantkę. Mógłbyś czasem tam zajrzeć, wiesz, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku.

– Dobrze, mamo.

Potem jeszcze nastąpił potok łez, porad i pożegnań, które nic dobrego nie przynosiły, a lubiły się powtarzać. Artur powtarzał: „dobrze”, „nie martw się, mamo”, „dopilnuję”. To, co zawsze. Wszystkie obietnice, których nigdy nie potrafił dotrzymać. Ale, ale, przecież nastąpiła zmiana, więc tym razem będzie inaczej. Inaczej, znaczy lepiej. Lepiej, czyli dobrze.

Tymczasem jednak miał na głowie Dagnę. Chciał teraz o niej napisać. Żona Przybyszewskiego. Czy on różnił się tak bardzo od niego? Czy nie był indywiduum podobnym do tego, przez które zginęła Zosia?

AutorDagny. Życie i śmierćnie tylko odmalował słowamiduszę tytułowej bohaterki, ale również oddał ducha minionejepoki; ożywione dyskusje o literaturze i sztuce toczonych aż poświt przy butelce absyntu, poszukiwanie natchnienia, zmysłowość,erotyzm, pokazując przy tym, że propagowanie tzw.„wolnejmiłości”, pogardzanie tradycją, odrzucanie jakichkolwiek zasad, odzawsze, aż po teraz, może rodzić tylko chaos, cierpieniei zniszczenie człowieka…

9 marca 1893 roku Dagny Juel – Norweżka, panienkaz dobrego domu, studiująca w Berlinie pianistykę, razemze swoim przyjacielem Edwardem Munchem, przekroczyłapróg winiarni, w której spotykała się berlińska bohema.Munch przedstawił ją tłumowi:„To Dagny Juel”. Zapadłacisza – tak wielkie wrażenie wywierała jej uroda – smukłasylwetka, piękne oczy, bardzo jasna cera, czerwone usta i długieciemne włosy.„Powinieneś ją namalować” – powiedział któryśz nich do Muncha.„Już to zrobiłem” – odparł. Dagnybudziła powszechne zainteresowanie, pożądanie, obsesję, alesama zwróciła uwagę tylko na jednego mężczyznę grającegona pianinie jeden z utworów Schumanna. Zapytała:„Ktoto?” i usłyszała odpowiedź:„Stanisław Przybyszewski”. Tobyło uczucie„od pierwszego spojrzenia”. W sierpniu tegosamego roku Dagny została żoną Przybyszewskiego. Od tejpory zakończyło się jej dotychczasowe, pełne radości życierozkwitającej artystki i rozpoczęła się egzystencja u bokuPrzybyszewskiego, który jak szatan przynosił z sobą nie tylkoopętańcze pożądanie, ale zaraz potem – ból, cierpienie,zazdrość, biedę i odrzucenie. Każdej kobiecie fundował teuczucia, jakby czerpał z tego sadystyczną przyjemność. Tenczłowiek nie potrafił kochać żadnej z nich. Ważne byłozaspokojenie własnego ego i własnego popędu, nic więcej. Zaparawanem pięknych słów, demagogicznej filozofii krył się jedyniebrak skrupułów, nieodpowiedzialność za drugiego człowiekai swoje dzieci, niewyobrażalne okrucieństwo. Niedługo poślubie przedstawił Dagnie swoją kochankę, Martę Foerder,z którą miał już troje dzieci i nadal utrzymywał kontakty.Wkrótce Marta będąc w czwartej ciąży ze Stanisławem,opuszczona przez niego i bez środków do życia, popełnisamobójstwo. Jak Dagny znosiła Przybyszewskiego, jak długomogła wierzyć w jego kłamstwa:„…moja królowo (…) Pragnębyć tylko z Tobą”? Kochała, miała nadzieję i dwoje dzieciz Przybyszewskim – synka Zenona i córeczkę Iwę, coraz rzadziejpytała:„Ale skoro jestem tą jedyną, dlaczego masz inne?”. Corazczęściej pocieszała się alkoholem, podróżami i młodymikochankami, którzy nie byli jednak dla niej prawdziwą miłością.Dzięki swojej inteligencji nigdy nie traciła sarkastycznegopoczucia humoru:„O pani mężu powiada się, że to bardzoniebezpieczny człowiek. – Och… – westchnęła (…) jestem pewna, żenic panu nie grozi z jego strony. Chyba że ma pan ładnążonę”. Jedynie dzieci i twórczość literacka wnosiły w jejżycie sens i harmonię. Nie potrafiła jednak pogodzić sięz nieudanym małżeństwem i zacząć normalnie żyć, bezPrzybyszewskiego. Spróbowali jeszcze raz w Polsce. Prosiłw listach wysyłanych do niej, do Norwegii, w której schroniłasię z dziećmi, by przyjechała do niego do Krakowa. Poco to zrobił, żeby tylko ją zniszczyć? Przybyszewski dalejją zdradzał, z kilkoma kobietami na raz, wszystkie sobieprzedstawiając i opowiadając o nich. Uwiódł żonę Kasprowiczai jednocześnie miał romans z Anielą Pająkówną, która zaszłaz nim w ciążę. Dagny miała dosyć cierpienia zafundowanego jejprzez człowieka całkowicie pozbawionego skrupułów i zdolnościkochania.

„Odeszła od Stacha. (…) Porzuciła go nie dla innegomężczyzny. Dla siebie samej”.

Dagny wzbudzała uwielbienie wśród polskiej bohemyartystycznej. Kochał się w niej między innymi Wyspiański,Żeleński.„Żeleński był tak szybki i delikatny, tak niepodobny doStacha, że odniosłam wrażenie, iż kocham się z aniołem, żezaznałam rozkoszy, nie budząc się ze snu”. Stała się obsesją dlamłodego poety Władysława Emeryka, który płacił za mieszkaniePrzybyszewskich, by Dagny nie odczuła biedy. Emeryk częstopowtarzał:„(…) rodzimy się samotni, samotni żyjemy i samotniumieramy. Wszystko inne jest mitem”3. To właśnie z Emerykiemodbędzie Dagny ostatnią podróż w swoim życiu do Tyflisu. Tutajw hotelowym pokoju młody poeta, zakochany w Dagny, uznając,że śmierć będzie dla niej wybawieniem, końcem cierpienia,odebrał jej życie strzałem w tył głowy, a chwilę późniejpopełnił samobójstwo. W hotelu pozostał jej kilkuletnisynek Zenon, którego po tragicznej śmierci matki odebrałarodzina Dagny. Jej dzieci Zenon i Iwa zostały wychowanew Szwecji przez starszą siostrę Dagny – Gudrun. Dagnyzostała pochowana 8 czerwca 1901 roku w dniu swoich 34urodzin.

* * *

Uwielbiała ten dźwięk, kiedy srebrna kulka uderzała o brzeg rulety i pędziła z obłędną szybkością po szczęśliwych cyfrach. Krupier za chwilę powie… Tak, znowu ona wygrała! Jest szczęściarą. I do tego pożądaną szczęściarą. Brunet przy barze rozbierał ją wzrokiem. Wiedziała, co to oznacza. Tej nocy będzie miała nie tylko forsę, ale i ogiera, który rozpali jej ciało do czerwoności. Samanta Forster. Piękna. Młoda i bogata. Dobrze, że zdążyła sobie zrobić taki seksowny tatuaż tuż nad pośladkami – gałązka bluszczu. Na prawym przedramieniu miała już czarne róże, a na lewym wijącego się węża. To miało odzwierciedlać dwoistość jej natury. Z jednej strony była przecież jak piękny kwiat, z drugiej niebezpieczna jak wąż. Kiedy dowiedziała się, że facet przy barze, który zaprosił ją na Manhattan, ma na imię John, pomyślała, że to imię ładnie wyglądałoby na szyi. Było jej dobrze w jego towarzystwie. Dowcipny komplemenciarz. I ten wzrok. Wiedziała już, że na pocałunkach się nie skończy. Po kolejnym drinku zabrał ją do pokoju na piętrze lokalu, zdarł z niej sukienkę, obnażając piersi, długo drażnił jej sutki, wyprawiając z nimi cuda wskazującym palcem i kciukiem, a potem językiem. Dał jej rozkosz, jakiej dawno nie zaznała. Jęczała głośno, bez żadnych zahamowań. Wtargnął w nią z całą siłą, co już nie za bardzo jej się spodobało. Uderzył ją kilka razy w twarz, a potem przygniótł własnym ciałem, tak że nie była w stanie się uwolnić. Po wszystkim stwierdził, że muszą to koniecznie powtórzyć. Z jednej strony jego brutalność ją przeraziła, z drugiej pociągała. Zgodziła się, podejmując niebezpieczną zabawę, którą jej zaoferował. Jeździli od motelu do motelu, od kasyna do kasyna, od salonu tatuażu do kolejnego. John miał ramiona pełne lwów z rozwianymi grzywami, z paszczami gotowymi do ryku i zaatakowania ofiary, a na przedramieniu wytatuował sobie imię Samanta. Chyba właśnie za to pokochała go najbardziej. Denerwowało ją tylko, że to ona za wszystko płaci, ale John zapewnił ją, że musi jedynie odebrać i aktywować nową kartę bankomatową i wtedy jej wszystko zwróci. Nocami kochali się jak dzikie zwierzęta, nigdy nienasyceni, stale głodni siebie. Krzyczała jego imię: Jooohn, och, John… Czasem tylko jakiś żal ją dopadał, zaraz po tym, jak John kończył. Przypominało się jej dawne życie. Spokój. Bezpieczeństwo. Tom… taki delikatny, uważny, czuły… John był zupełnie inny. Ale przecież Tom był mięczakiem. To John jest prawdziwym superfacetem, a te wszystkie brutalności, ukąszenia, uderzenia, mają służyć – jak jej powiedział – wejściu na wyższy poziom seksualności. Tom nigdy by na to nie wpadł. Ta jego czułostkowość była przecież w gruncie rzeczy przewidywalna i nudna. John był niebezpieczny i magnetyczny. Tomasz stał się mglistym wspomnieniem, pomyłką. Dobrze, że chociaż pieniądze udało jej się zatrzymać po tym nieudanym małżeństwie i wypadku Toma. Jemu i tak by nie pomogły. Lekarz powiedział jej przecież, że nie ma szans na powrót do normalnego życia. Cóż, nic nie może na to poradzić, więc po co ma sobie zaprzątać sobie tym swoją śliczną główkę. Układała włosy przed lustrem. „Ależ jestem piękna – pomyślała z satysfakcją. – Nic dziwnego, że John tak za mną szaleje”.

* * *

Daniel zarezerwował sobie lot do Stanów Zjednoczonych, żałując, że w ogóle przyjął od Jadwigi Kamińskiej zlecenie odnalezienia Samanty Forster-Kamińskiej. To jak szukanie igły w stogu siana. Nieee, wcale nie o to chodziło. Nie chciał przyznać się przed samym sobą, że chodzi tylko i wyłącznie o taką błahostkę, jak lot samolotem. Kilka koniaków i obłok dymu z e-papierosa powinny rozwiązać ten problem. Za dziesięć godzin będzie po wszystkim. Stanie na nowym lądzie i z łatwością znajdzie blond piękność pośród milionów podobnych do niej Amerykanek. Przed lotem musiał jednak spotkać się z Tomaszem Kamińskim. Musi wiedzieć więcej o jego żonie. Miał nadzieję, że jego stan się poprawił na tyle, że wyciągnie od niego informację, która ułatwi odnalezienie Samanty Forster-Kamińskiej.

* * *

Po powrocie z Krokowej Daniel był tak wyczerpany, że z trudem wstawał z łóżka. Nie był w stanie myśleć w tej chwili o locie na drugą półkulę. Tomasz Kamiński poruszał się z trudem, był w stanie tylko na pół godziny wstać z wózka inwalidzkiego, z trudem mówił, sylabizując słowa jak dziecko, które uczy się dopiero czytać. Niewiele pamiętał z wypadku, a Samanta, która chciała go odciąć od aparatury podtrzymującej życie i zniknęła z pieniędzmi przekazanymi przez ofiarnych ludzi na jego rehabilitację, w jego oczach była boginią godną największej miłości. Kiedy mu powiedział, co zrobiła i że ma za zadanie odnalezienie jej, zaczął rzucać po pokoju krzesłami i wołać, że to nie-moż-liwe i to nie-praw-da. Po chwili przewrócił się na ziemię całkiem wyczerpany, a z ust ciekła mu ślina. Do pokoju wpadła zdenerwowana dziewczyna, jak się potem Daniel dowiedział z rozmowy z nią, była to rehabilitantka. Kazała przerwać te rozmowy i przyjechać innego dnia.

Grot wrócił do Gdyni zmęczony i wściekły, nie znosił, kiedy coś szło niezgodnie z jego planem. Jego celem było uzyskanie numeru konta, na które spływały pieniądze, ewentualnie jaką kartą posługuje się obecnie Samanta i jaki jest jej numer telefonu. Dzięki temu ustalenie, gdzie przebywa, byłoby banalnie proste. Tomasz nie zdążył nic powiedzieć. Daniel miał poczucie klęski. Dał plamę na całej linii. Trzeba było inaczej poprowadzić rozmowę. Będzie musiał tam wrócić. Widok tego faceta na wózku, beznadziejnie zakochanego w kobiecie, która go oszukała, działał na niego przygnębiająco. Jeszcze trzy miesiące temu Tomasz był człowiekiem sukcesu, a teraz kaleką, który nie może pogodzić się z prawdą.

Dlaczego ten facet tak mu działał na nerwy? Widział w nim samego siebie, sprzed lat. Z momentu, gdy stracił Elę, która umarła mu na rękach, w kałuży krwi, po akcji ukartowanej z góry przez zazdrosnego kumpla. Nie potrafił jej ocalić i nie potrafił pogodzić się z jej utratą. Był wtedy jak wrak, jak ten facet na wózku, którego nagła zmiana w życiu zwaliła z nóg. Daniel czuł narastające w nim przygnębienie. I wściekłość, że znowu przeszłość wraca i nie pozwala mu normalnie żyć. Wiedział, że to minie. Wystarczy być cierpliwym i zająć się pracą. To zawsze działało. Tylko obowiązki trzymają człowieka w pionie. Nie chciał być jednak teraz sam. I na razie musiał odpocząć od tego zlecenia. Wiedział, co postawi go na nogi. Podróż. Stare jabłonki czekały na niego, pełne zielonych drzew. Szedł od stacji pieszo, nikt po niego nie wyszedł, bo nikogo nie powiadomił o swoim przyjeździe. Z daleka już widział swoją młodszą siostrę Ankę z mężem Dawidem. Siedzieli na werandzie przy kawie. W piaskownicy siedziało trzech chłopaków, podobnych do siebie jak ziarenka piasku. Gabryś, Michał i Rafał. Ile mieli teraz lat? Zaczął rachować w pamięci. Cztery. A na huśtawce śmigał w górę dziewięcioletni Janek. Wyrośli. Nawet tutaj nastąpiła zmiana. Widać ją było właśnie po chłopcach.

– Daniel, to ty? – Anka wybiegła w jego kierunku.

– Aż tak się zmieniłem, że nie jesteś pewna – roześmiał się.

– Nie, stary, ty się nie zmieniasz! – odpowiedziała z uśmiechem, który dodawał mu sił.

Jakie tutaj wszystko było jasne i proste – pomyślał Daniel z uśmiechem. Mimo że wypełnione po brzegi obowiązkami, harmidrem, hałasem, śmiechem, kłótniami, sprzątaniem, gotowaniem, troską o zdrowie dzieciaków, o ich ukształtowanie, ich przyszłość, widział w tym wszystkim po prostu: pełnię życia, po prostu: szczęście.

Pokrzepiła go ta odmiana. Dziecinna paplanina, wojna na pluszaki, w której brał udział po stronie Jana, walcząc dzielnie przeciwko sile rozpuszczonych trojaczków. Gabryś, Michał i Rafał przewiązali sobie paski wokół bioder i powtykali pod nie pluszaki, po które sięgali jak po naboje i rzucali w kierunku Daniela i Jasia, niszcząc ich barykadę zbudowaną z poduszek. Nie wiadomo było nawet, kto wygrał, ale przecież nie miało to najmniejszego znaczenia. Cieszył się jak dziecko z tego przyjazdu do siostry i jej rodziny. To było jak powrót do ciepłego domu. Powrót do rzeczy prostych. Powrót do jasnych imperatywów – do Dekalogu, bo to zgodnie z nim starała się żyć. Ania i Dawid i w tym duchu wychowywali dzieci. Powrót do modlitwy, która wieczorem gościła w tym domu przed snem i o poranku. Powrót do rzeczy zwykłych, które dają niezwykłe szczęście – rozmowa, zabawa z dziećmi, spacer, przytulenie. Daniel jednak wiedział, że zbliża się jego pora, że tam, w nadmorskiej miejscowości, czeka na niego człowiek beznadziejnie zakochany w kimś, kto go okradł nie tylko z pieniędzy – okradł go z miłości.

* * *

Emilia nareszcie zauważyła w Tomku zmianę. Widać to było już w jego wzroku i sposobie wypowiadania sylab. Coraz częściej zabierała go na spacery po okolicy. Szli pieszo aż pod krokowski zamek i siadali na ławce przy fontannie, by odpocząć. Emilia doskonale wiedziała, że nic nie wpływa tak dobrze na zdrowie, jak ruch na świeżyć powietrzu, codzienne, regularne spacery i mnóstwo pozytywnych drobiazgów, jak chociażby smaczne jedzenie. Dlatego codziennie wieczorem przygotowywała ulubione potrawy Tomka, by po powrocie z długiej – jak na jego stan zdrowia – wyprawy mógł posilić się przy dobrze zastawionym stole. Czekały więc na nich dewolaje ze szpinakiem, podsmażane ziemniaki i wiosenna sałatka z sałaty pekińskiej, pomidorów i oliwek, żeberka w ziołach prowansalskich albo karkówka w glazurze z orzechów włoskich i nasion dyni. Tomek zaczął poruszać się o własnych siłach i mówić prawie płynnie. Widać było, że wraca do zdrowia. Któregoś poranka jednak zaniepokoiło ją jego nerwowe powtarzanie „sam”, „sammm…” i stukanie ręką w laptop. Włączyła komputer, a Tomek wystukał wtedy nerwowo słowo „facebook”. Nie było internetu, więc nie mogła mu nawet pomóc się zalogować. Wpadł wtedy w szał. Zrzucił laptop z biurka na ziemię. Próbowała go uspokoić, ale bez rezultatu. Rozbijał sprzęty, rzucił krzesłem. Dopiero, kiedy się zmęczył, usiadł na łóżku i oparł głowę na rękach. Dotknęła jego ramienia, ale odtrącił jej rękę. „Wyj…d!” Z jednej strony było jej przykro, że tak się do niej odezwał, bo zrozumiała, że mówi słowo „wyjdź”, a z drugiej cieszyła się, że wypowiada bez trudu coraz więcej słów. Zeszła do salonu i od razu zadzwoniła do mamy Tomka. Usłyszała, że nie może ulec jego atakom i pod żadnym pozorem nie pozwolić mu na kontakt z Samantą. Emilia próbowała podpowiedzieć, że takie zakazy mogą spotęgować negatywne skutki psychiczne, napięcie, ataki agresji, ale jej pracodawczyni wiedziała lepiej. „Podam pani numer telefonu do mojego starszego syna. Gdyby nie mogła sobie pani poradzić z tymi atakami, niech on przyjedzie na kilka dni”. Emilia podziękowała za pomoc, chociaż wcale nie odczuła żadnej ulgi po tej rozmowie, wręcz przeciwnie, uczucie niepokoju nie opuszczało jej do końca dnia. Wieczorem zadzwoniła do starszego brata Tomasza.

– Dzień dobry…

– Chyba dobry wieczór – przerwał jej, zanim zdążyła cokolwiek dodać.

– Dobry wieczór – poprawiła się i poczuła się spięta jak uczennica wywołana niespodziewanie do odpowiedzi, do której w żadnej mierze nie była przygotowana. – Nazywam się Emilia Daszyńska…

– Ładnie.

Miała wrażenie, że ten niski głos pod drugiej stronie szydzi z niej bez zahamowań.

– Jestem…

– No słyszę, że pani jest, o co chodzi?

Zamilkła skonsternowana. Co to za straszny człowiek – przemknęło jej przez myśl – jak z nim w ogóle rozmawiać. Czuła narastające w niej zdenerwowanie, które pozbawiło ją grzeczności:

– Czy rozmawiam z Arturem Kamińskim? – zapytała ostro.

Tym razem głos w słuchawce uspokoił się i spoważniał.

– Tak – usłyszała stanowcze potwierdzenie.

– Jestem rehabilitantką pana brata. Musi pan do niego przyjechać.

Oczekiwała na kolejne złośliwości, tymczasem w słuchawce zapadła kompletna cisza i nagle, ku swojemu zdziwieniu, usłyszała spokojne, żeby nawet nie powiedzieć, pokorne:

– Dobrze.

– Dobrze? – wykrztusiła.

– No, tak, a co, znowu coś się pani nie podoba? – głos znowu wrócił do swojej maniery szyderstwa.

– Kiedy pan przyjedzie?

– Jutro.

– Dziękuję.

Rozłączyła się i usiadła w kuchni przy stole, usiłując opanować drżenie rąk i bijące zbyt szybko serce. Sięgnęła po jeden z kubków stojących na rzeźbionej w drewnie półce i nalała sobie wody prosto z kranu. Zaschło jej w gardle. Właściwie po co się tak denerwuje. Załatwiła sprawę i już. Jest wszystko dobrze, za chwilę zjawi się tu jego starszy brat i uspokoi jej pacjenta, wybije mu z głowy kontakt z Samantą i wszystko potoczy się normalnym trybem codziennych ćwiczeń, posiłków i spacerów.

Odetchnęła z ulgą, szukając ukojenia w widoku porcelanowych kubków, piętrzących się na drewnianej półce w kuchni. Nie stanowiły żadnego kompletu, wręcz przeciwnie – widać, że każdy pochodził z innej parafii, a jednak miały cechę wspólną – motyw w niebieskim kolorze. Ten, z którego piła wodę, był chyba najładniejszy. Do połowy pomalowany na niebiesko w maleńkie białe kropki, a drugą połowę ozdabiały niebieskie kwiaty na białym tle. Lubiła też ten pomalowany w niebieskie paski przechodzące od jasnego błękitu w ciemny granat, i ten biały w niebieskie róże. Za nim stał niebieski kubek z wielkim kwiatem o granatowych płatkach na środku, a potem kilka z kaszubskim wzorem niebieskich kwiatów, jakie spotyka się często na obrusach i serwetach. Pomyślała, że mimo wszystkich różnic jej sytuacja i Tomka jest w pewnym sensie podobna. Obydwoje stanęli nagle przez koniecznością zmiany i nie bardzo potrafili sobie z nią poradzić. W przypadku Tomką tę zmianę wymusiło samo życie – tragiczny w skutkach wypadek, a w jej przypadku, po latach rozgoryczenia – sama podjęła decyzję o zmianie. Mimo to w nocy budziła ją tęsknota podobna, a może taka sama jak stan, który przeżywał Tomasz, nie mogąc doczekać się kontaktu z Samantą. Och, jak dobrze go rozumiała. Może dlatego tak bardzo chciała, by pojawił się tutaj ostry, zimny, głos rozsądku, który przywróci u Tomasza jasność myślenia. A co jej pomoże? Już sama zmiana miejsca okazała się bardzo przydatna. Pomogła zamknąć jej definitywnie jeden rozdział życia, a bez tego otworzenie kolejnego nie byłoby możliwe. Powoli odkrywała, że świat nie kończy się na Hubercie i firmie, w której do niedawna pracowała. Zmiana bolała, ale wierzyła, że z biegiem czasu przyniesie jej korzyści. Jedną już przyniosła – nie musiała mieć już wyrzutów sumienia z powodu żony Huberta i jej maleńkiej córeczki. Odbierała przecież tamtej kobiecie męża i nieświadomemu dziecku – ojca. Ale teraz – koniec z tym. Poza tym… no właśnie, nie miała już czasu na rozmyślania, całe szczęście.

– E…milka! – usłyszała z góry głos Tomka. Wstała od stołu i ruszyła w jego kierunku.

* * *

Obudziła się wcześniej niż zazwyczaj. Było jej bardzo zimno. Co prawda czerwcowe słońce przywodziło już na myśl letnie dni, jednak mury wielkiego domu pozostawały nieogrzane, zwłaszcza o świcie. Bosymi stopami dotknęła drewnianych paneli. Trzęsła się z zimna, kiedy szła na piętro, by zobaczyć, czy Tomasz jeszcze śpi i czy niczego mu nie potrzeba. Jego sypialnia mieściła się w lewym skrzydle domu, okna wychodziły na wschód i oświetlały pokój przez czerwoną zasłonę, zalewając pokój ciepłym blaskiem. Tomasz oddychał miarowo, spał bardzo głęboko na wznak, ale na jego twarzy nie widać było spokoju. Jakiś mięsień w twarzy drgał mu nerwowo, nawet w trakcie tak głębokiego snu, kręcił się niespokojnie, więc Emilia jak najszybciej zamknęła z powrotem drzwi, by go nie obudzić. Zeszła po cichu na dół. Wstawiła w kuchni czajnik elektryczne. Miły szum wypełnił ciszę, a kiedy sięgnęła po puszkę z kawą, jej zapach wprawił ją w dobry nastrój. Usiadła przy kuchennym stole z niebieskim kubkiem w ręku. Przez chwilę piła kawę z mlekiem z niczym niezmąconą przyjemnością, ale nieprzyzwyczajony do bezczynności umysł natychmiast znalazł sobie zajęcie: zaczęła spoglądać raz po raz na zegar i z minuty na minutę rosło w niej oczekiwanie na przyjazd Artura Kamińskiego. Zależało jej bardzo na tym, by zjawił się przed przebudzeniem się Tomasza, by mogła zrzucić z siebie brzemię odpowiedzialności, które ciążyło jej, ilekroć wracał temat skontaktowania się z Samantą Forster. Czego właściwie spodziewała? Że jako starszy brat wybije mu z pamięci ukochaną kobietę?

* * *

Przyjechał. Co miał innego w tej chwili do roboty. Po drodze wpadł na pomysł, że mógłby na tym skorzystać. Namówi brata na sprzedaż domu i podzielą się pieniędzmi. Skończy się jego niestabilna sytuacja materialna, a współpraca z periodykami historycznymi nabierze charakteru wyłącznie hobbystycznego. Po przyjeździe przeżył wstrząs. Co prawda matka mówiła mu, że wypadek był katastrofalny w skutkach, ale nie spodziewał się, że Tomek jest w aż tak ciężkim stanie. Poruszał się wyłącznie na wózku inwalidzkim i miał kłopoty z wypowiedzeniem się. Co prawda jego rehabilitantka zapewniała go, że aparat mowy zaczyna funkcjonować prawidłowo i Tomek robi postępy, ale trudno mu było w tej chwili w to uwierzyć. Emilia tego dnia starała się zadbać o miłą, domową, ciepłą atmosferę. Wierzyła, że takie sprawy potrafią zdziałać cuda. I miała na to dowody. Pacjenci po wypadkach, otoczeni opieką i współpracą bliskich, bardzo szybko potrafili wrócić do zdrowia, ba, niekiedy nawet do pełni sił. Wola życia była u nich większa, energia życiowa doładowana bliskością ludzi, którzy dobrze im życzyli, do tego dobre jedzenie, spacery, mnóstwo miłych drobiazgów. Wszystko to miało znaczenie. Na obiad przygotowała więc ulubioną potrawę Tomka. Żeberka. Tomek klepał się po brzuchu, żeby pokazać jak mu smakuje, miał jeszcze kłopot z przypomnieniem sobie i artykulacją wielu słów, ale wszystko potrafił wyrazić gestami, mimiką, nawet wzrokiem. Za to Artur bawił się słowami jak żongler kolorowymi piłeczkami, nie szczędząc Emilii komplementów:

– Żeberka, hmmm, ale pachną – posmakował. – Ale pyszne, co do nich dodałaś? Pieprz, sól to oczywiste, ale wyczuwam coś jeszcze, czego nie potrafię nazwać.

– Oregano, zioła prowansalskie, papryka chili.

– Jesteś czarodziejką, Emilko – powiedział miękko Artur, nie odrywając od niej wzroku i zaglądając jej głęboko w oczy.

– Dziękuję – odparła i szybko spojrzała w talerz, zaskoczona wzrokiem Artura i tonem jego głosu. Był uwodzicielski. Czarujący. Powinna zacząć się go obawiać?

Artur widząc zmieszanie Emilii, zamilkł na chwilę. Znowu zaczyna. Obiecał samemu sobie, że z tym skończy. Z uwodzeniem. Ale to było silniejsze od niego. Przyzwyczaił się do takiego zachowania. Mówi się, że przyzwyczajanie to druga natura człowieka, ale on wiedział, że jest dużo gorzej. Człowiek staje się taki, jak jego przyzwyczajenia.

* * *

Samanta Forster kupiła czerwone zamszowe kozaczki z frędzlami, krótką spódniczkę z białego dżinsu i top obszyty srebrnymi cekinami. Na głowie zakręciła sobie całą burzę loków. Zdążyła też zrobić tipsy. Wybrała w studium paznokcia czerwony lakier, ozdobiony na brzegu srebrnym wzorem w kształcie węża. Wpadła do zaprzyjaźnionej tatuażystki i na lewym pośladku wytatuowała sobie imię ukochanego. John będzie miał dzisiaj niespodziankę. Po całym dniu zakupów i przygotowań zatrzymała się przed kasynem. Była taka szczęśliwa. Wreszcie żyła tak, jak tego pragnęła. Każdy dzień był przygodą.

Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza trzydzieści. John powinien tutaj na nią czekać, ale go nie było. Próbowała się dodzwonić do niego. Sygnał był wolny, ale nie odbierał. W końcu oddzwonił.

– Słuchaj, Samy, mam kłopoty, zatrzymała mnie policja, miałem przy sobie trochę za dużo trawy, potrzebna jest kasa na kaucję.

– To ja przyjadę wpłacić.

– Nie, nie, słuchaj, jest już w drodze do ciebie moja siostra, będzie szybciej, ona wie co i jak, daj jej sto dwadzieścia tysięcy dolarów dolarów, ona wpłaci kaucję, idź spokojnie do kasyna, ja tam do ciebie przyjadę.

Zanim skończyła rozmowę, stanęła przed nią młoda dziewczyna, mocno wymalowana, w topie, który ledwo przykrywał jej silikonowy biust.

– Jestem Susan, siostra Johna.

Samanta spojrzała na nią z dezaprobatą. Co za siostrę ma John – pomyślała – wygląda jak tania dziwka. Chwile wahała się, zanim dała jej pieniądze, w końcu wyciągnęła plik banknotów, a potem poszła do kasyna i rozpoczęła grę, lada chwila spodziewając się przyjazdu Johna. Czekała całą noc. Nad ranem odszukała komisariat policji i zapytała o zatrzymanie Johna Parkera. Policjant sprawdził dane w bazie, posprawdzał jeszcze podległe jednostki i zapewnił ją, że nikt taki nie został zatrzymany. Wyszła oszołomiona na zewnątrz i kilkanaście razy próbowała połączyć się z Johnem. Nie odbierał. W końcu ktoś odebrał, ale nie był to John. Facet przedstawił się jako Ricardo Morris i powiedział, że kupił ten telefon od Johna Parkera. Samanta wypytała go płaczliwym głosem o Johna. Wygląd się zgadzał. W dodatku dowiedziała się, że John był w towarzystwie swojej dziewczyny. Z opisu wyglądało na to, że była to jego siostra.

– Jaka siostra? Tak się nie obściskuje siostry!

Samanta zamarła z telefonem w ręku. Zaczęły do niej docierać fakty. John przysłał do niej dziewczynę, z którą spotykał się od jakiegoś czasu – może jeszcze zanim poznał Samantę – po pieniądze i razem zniknęli. To wszystko. Koniec. Jak mogła być tak głupia? Tom… – jęknęła w duchu. Tom by nigdy czegoś takiego mi nie zrobił.

* * *

Emilia była zdenerwowana i oburzona zachowaniem Artura. To ona włożyła tyle wysiłku, żeby odciąć Tomka od internetu, od możliwości skontaktowania się z oszustką, która go wykorzystała i porzuciła, wezwała go na pomoc, by wyperswadował bratu utrzymywanie kontaktu z kobietą, która była jak trujący bluszcz, owijający go tak szczelnie, że nie mógł już dostrzec słońca, a co on zrobił?! Spełnił wszystkie zachcianki Tomasza. Zaniósł do jego pokoju laptopa, podłączył modem z internetem, dał mu telefon komórkowy i nie zareagował najmniejszym gestem protestu, kiedy Tomasz zalogował się na Facebooku i napisał do Samanty, by przyleciała do niego jak najszybciej. Podał jej adres, swój nowy numer telefonu. Do tego wysłał kilka serduszek i zapewnienie: „I love you!”.

* * *

– Jak mogłeś to zrobić?! – Emilia nie panowała nad swoim głosem, kiedy Artur zszedł na dół do salonu, w którym czekała na niego, by z nim pomówić. – Co ja teraz powiem waszej mamie?! Ja obiecałam, że dopilnuję, żeby Tomek nie miał kontaktu z żoną! Ona go okradła i chciała zabić!

– Uspokój się – odparł ze stoickim spokojem Artur i usiadł na kanapie przed kominkiem, patrząc z obojętnością w ogień buzujący na kominku.

W głowie miał już ułożony plan. Ta cała Samanta przyjedzie tu i z pewnością, kiedy zobaczy, że Tomek wraca do zdrowia, będzie chciała wrócić z nim do El Passo, żeby znowu tam otworzył swój mały biznes. Forsę już pewnie wydała, więc będą potrzebowali pieniędzy na lot. I co pozostanie? Sprzedać dom w Krokowej, a ponieważ Artur jest współwłaścicielem, będzie musiał za to dostać połowę pieniędzy, za które spokojnie da się żyć bez uganiania się za kolejnymi zleceniami z periodyków historycznych. Matka jest teraz w Londynie, zajęta pracą, nie będzie mogła się wtrącać, tylko ta cała rehabilitantka: co ona taka nerwowa i przejęta swoją misją. Jak tylko Tomek poczuje się lepiej – a widać było, że z każdym dniem nabiera sił – zwolni ją po prostu. Tymczasem chciał ją koniecznie uspokoić, żeby nie wydzwaniała do ich matki i nie narobiła niepotrzebnego hałasu.

– Emilko, Tomek jest dorosłym człowiekiem. Ani nasza matka, ani ty, ani ja nie możemy za niego żyć, za niego podejmować decyzji. On musi się sam przekonać na własnej skórze, jaka jest Samanta, i wtedy sam podjąć decyzję o rozwodzie. Dopóki mu na to nie pozwolimy, dopóty będzie o niej marzył, żył iluzjami, a wręcz urośnie ona w jego oczach do jakiejś ofiary, której matka i ja nie pozwalają na kontakt z mężem.

Emilia usiadła, bo do tej pory chodziła niespokojnie po salonie. Wydawało jej się, że to, co mówi Artur, ma sens. Nawet, gdyby Samanta tu przyjechała, z pewnością nie jest w stanie się zmienić i Tomek przejrzy na oczy. To jedyna droga, by się od tej kobiety uwolnił. Podobnie jak ona od Huberta. Musiała tyle lat przeżyć w trującym, niszczącym ją uzależnieniu, by w końcu samodzielnie podjąć decyzję o diametralnej zmianie, choć była to najtrudniejsza decyzja w jej życiu.

Artur patrzył na Emilię, która zamilkła nagle, i siedział teraz obok niego, głęboko zamyślona. Odgarnął jej włosy z ramienia.

– Jesteś taka piękna, i dobra. – Artur mówił niskim głosem, pochylając się w kierunku jej ucha. – Dlaczego wybrałaś to odludzie, dlaczego jesteś sama?

Emilia zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się w głos, dając upust żalowi i napięciu, które narastało w niej, odkąd zmieniła pracę i wyjechała z Gdańska. Nie mogła przestać płakać, a Artur przygarnął ją do siebie, otoczył ramionami. Trwali tak w bardzo długim przytuleniu. Emilia czuła, jakby opuszczało ją uczucie osamotnienia, a łzy przyniosły upragnioną ulgę. Artura rozpierało w środku triumfalne uczucie kolejnej zdobyczy. „Ta Emilka jest bardzo ładna. Co za ciało! Mogę się jeszcze trochę zabawić, zanim sprzedamy dom i wyjadę stąd na dobre”.

Kiedy Emilia uspokoiła się i uwolniła z jego objęcia, zaproponował, by przeszli się po Krokowej.

– Opowiesz mi wtedy, skąd te łzy – powiedział najcieplej, jak to tylko on potrafił.

Zgodziła się. Wyszli w majowe słońce. Światło załamywało się w kroplach wody w fontannie umieszczonej na środku stawu tuż przy kompleksie pałacowym.

– Wiesz, co to za miejsce? Jaka jest jego historia? – zapytał Artur, kiedy zbliżyli się do karwińskiego pałacu.

– Nie, opowiedz mi o tym – poprosiła, zadowolona, że rozmowa ma szansę potoczyć się innymi torami niż osobiste zwierzenia. Wstydziła się tak naprawdę przyznać do tego, co ją dręczy. Związek z żonatym mężczyzną. Każdy powie, że sama jest sobie winna. Wiedziała przecież, że ma rodzinę, i nie miała żadnego prawa dotykać w jakikolwiek sposób jego życia.

– Krokowa jest gniazdem rodowym jednego z najstarszych szlacheckich rodów pomorskich, którego przodek „milites Gneomirus” pojawił się w dokumentach już w 1285 roku. Przedstawiciele rodziny słyną też z krewkiego temperamentu. I nie zawsze dobrze się to dla nich kończy. W 1516 roku burmistrz Gdańska Eberhard Ferber nakazuje ściąć Hansa Krokowskiego, a jego głowę na drągu wystawić, ku przestrodze, przed murami miasta. Na początku XVIII wieku wygasa linia Krokowskich z Krokowej, a po I rozbiorze Polski tutejszy zamek i okoliczne dobra przechodzą w ręce najbliższej rodziny z linii niemieckiej. W 1772 roku rotmistrz Kaspar Reinhold von Krockow składa przysięgę wierności królowi pruskiemu. Utrzymanie majątku jednak go przerasta – zaledwie dziesięć lat później musi wystawić tutejsze ziemie na licytację. Choć wszystko wskazywało na to, że dobra rodziny przejdą w ręce tczewskiego landrata Caspara Ludwika von Bellow, czarnym koniem licytacji okazała się Luiza von Krockow. Aby kupić siedzibę rodową, musiała uciec się do podstępu, bo kobiety w tym czasie nie miały prawa podpisywać umów handlowych – Luizie udało się uzyskać pełnomocnictwo męża, które zatwierdził król pruski. Najstarsze fundamenty zamku w Krokowej pochodzą z XIV wieku. Siedzibę swojego rodu Krokowscy urządzali na kształt warowni – otaczały ją solidne fortyfikacje i umocnienia. Dopiero gdy zawitała tu Luiza Krokowska, pałac zmienił swoje oblicze – nowa właścicielka kazała dobudować dwa skrzydła, ziemią z wałów obronnych zasypać fosę, a na okolicznych łąkach założyła pięćdziesięciohektarowy park. I na tym ładna historia tego rodu powoli się kończy. Kiedy do władzy dochodzi Hitler, demonstrując swoją siłę, bracia von Krockow – wszyscy podobnie do siebie – piękni, smukli mężczyźni: Reinhold, Ulrich, Heinrich, Albrecht stają wobec odwiecznego wyboru pomiędzy dobrem i złem. Reinhold idzie służyć do polskiej kawalerii, a dwóch z braci zaciąga się do niemieckiej armii. Brat staje przeciwko braciom. Po kampanii wrześniowej Reinhold, Ulrich i Heinrich znów są na froncie, ale tym razem wszyscy trzej w niemieckich mundurach. I to czarnych z trupimi czaszkami, SS. Tylko Albrecht konsekwentnie nie rusza się z rodowych włości. A potem ginie pierwszy, drugi, trzeci brat. Albrecht odprowadza ich po kolei do rodzinnego grobowca. Niegdysiejsza siedziba rodu von Krockow mieści dziś przytulny hotel. Otoczony pięknym parkiem trzyskrzydłowy pałac to miejsce chętnie odwiedzane przez gości z całego świata. Trudno im się dziwić, skoro od lat znajdują tu niezwykle rodzinną atmosferę i wyjeżdżają z postanowieniem rychłego powrotu. Jak każdy zamek, tak i ten w Krokowej ma swoją białą damę. Jest nią Luiza von Krockow, piękna i utalentowana hrabina, która jak nikt inny przyczyniła się do rozkwitu zamku w XVIII wieku.

– Potrafisz opowiadać. Mam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie. – Emilia nie kryła, że jest pod wrażeniem osobowości Artura.

Przyglądał się jej przez dłuższy czas, czerpiąc przyjemność z wyrazu jej twarzy, w którym dostrzegł wyraźnie, że jest pod jego urokiem.

– No, a teraz ty, opowiedz mi swoją historię. Dlaczego przyjechałaś tutaj, do Krokowej? Dlaczego sama?

– Chciałam koniecznie zmienić pracę i natknęłam się w prasie na ogłoszenie waszej mamy. Przyjechałam od razu, zostałam przyjęta do pracy i jestem. Tomek był w bardzo ciężkim stanie, a teraz chodzi, mówi, odzyskuje siły, to niesamowicie budujące dla rehabilitanta. Sukces i radość z dobrze wykonanej pracy, zresztą to właściwie moja niewielka zasługa, Tomek kocha życie i ma w sobie niesamowitą wiarę, że będzie całkowicie zdrowy, wróci do Ameryki, stanie na nogi, znowu będzie z Samantą…

– No dobrze, a dlaczego chciałaś zmienić pracę?

– Zmiana miejsca miała mi pomóc zerwać znajomość z mężczyzną, który ma żonę i córkę. To był zły układ i chciałam go definitywnie zakończyć – wyznała szczerze Emilia.

– I udało się? – drążył Artur.

Zawahała się. Przez umysł przemknęła jej ta dręcząca tęsknota, która pojawia się nocami, a nawet wiele razy w ciągu dnia, zdołała jednak powiedzieć zdecydowanym głosem:

– Tak. Udało się. Mogę tutaj poświęcić się pracy i zrobić coś dobrego dla Tomka. Chciałabym, żeby całkowicie odzyskał zdrowie. I żeby tak jak mnie od Huberta, udało mu się uwolnić od Samanty.